Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Bystry potok

Bystry potok

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-62222-92-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Bystry potok

"Bystry potok" to zapis wielu rozmów przeprowadzonych w kawiarniach Paryża, Londynu i Warszawy. Niezwykle wciągające i erudycyjne dysputy, w których poważne tematy mieszają się z lekkimi uszczypliwościami i żartami, dotykają zarówno rzeczy błahych, jak i poważnych, takich jak śmierć, Bóg, filozofia czy polityka. To tutaj humor Woody’ego Allena spotyka się z idealizmem Platona. Ta znakomita intelektualna przygoda przyniesie wiele satysfakcji czytelnikom, zwłaszcza tym poszukującym sensu życia.

"Chcę, by ta powieść, te kilka słów, były pomnikiem, który wystawię swojej młodości. Oto byłem ja, tym się zajmowałem, o tym myślałem. W swojej codzienności pragnąłem być szlachetny i wzniosły. (...) Ta powieść ma być jak moja młodość – nieskończona i wieczna. Jeśli nie jestem w stanie zatrzymać czasu, zatrzymam choć słowa. Będę się na starość wpatrywał w ukryte znaczenia, które zostawiłem. Wiele z tych zdań wypełni się sensem, który obecnie pozostaje ukryty, skryty przyszłością. Życie przyniesie mi zdarzenia, które zapełnią te strony dodatkowymi znaczeniami. Na równi z moją przeszłością i teraźniejszością te strony zawierają moją przyszłość. I mimo że chodzi wyłącznie o mnie – moje ja, moją duszę, moje serce – to przekaz tej powieści jest uniwersalny".

Polecane książki

Nieszczęście bycia Grekiem jest z założenia zapewne książką satyryczną, ale nie wiadomo, w których momentach autor przestaje żartować. Na szczęście dla nas, czytelników spoza Grecji, nie można jej traktować jako zbioru prawd  objawionych, ale raczej jako listę anegdot i tropów, przydatnych w m...
Poradnik do humorystycznej gry przygodowej „Gobliiins 4” zawiera opis przygód trójki sympatycznych goblinów od początku do końca – wliczając w to ukryty, bonusowy etap zabawy. Gobliiins 4 - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak m.in. Etap pierwszy - Biuro detektywisty...
Książka? Nie, to przyszłość rozrywki! Projekt Endgame to multimedialne doświadczenie, w którym rzeczywistość przeplata się z fikcją.Trzy powieści, jedna gra dla miliardów graczy.No i 3 000 000 $ nagrody! Przyszłość nie została jeszcze określona.Dopiero Endgame ją zweryfikuje.   W Ziemię uderza ser...
Św. Wincenty z Lerynu: Pamiętnik (Commonitorium). Rozprawa Pielgrzyma o starożytności i powszechności wiary katolickiej przeciw niezbożnym nowościom wszystkich kacerzy to dzieło, którego napisanie sam autor sam tak uzasadnił: „Według słów i upomnienia Pisma: „Pytaj ojców twoich i oznajmią tobie, sta...
Autorka prezentuje historyczne ujęcie kwestii odrodzenia narodowego Polaków na obszarze współczesnej Wileńszczyzny na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem działań na rzecz utworzenia polskojęzycznej, autonomicznej jednostki w obrębie Litwy. Wątek polityki narodowościowej w...
1294 rok p.n.e. Ramzes II prowadzi swoją armię na twierdzę Hetytów. Wyprawa  kończy  się  klęską,  bo  Egipcjanie  zostają  wciągnięci  w  zasadzkę. 1991 rok n.e. Saddam Husajn spodziewa się, że wojska koalicji uderzą od strony Zatoki Perskiej. Atrapy sprzętu wojskowego i fałszywe wiadomości radiowe...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Przemysław Chojecki

Strona tytułowa

Projekt okładki i ilustracja: Łukasz Różyński

Korekta: Natalia Tarka

Skład: Izabella Król

Copyright © Przemysław Chojecki, 2016

Copyright © Wydawnictwo Papierowy Motyl, 2016

Wydanie pierwsze • Kręczki 2016

Wydawnictwo Papierowy Motyl

ul. Lucerny 1a • lok. 24 • 05-850 Kręczki

www.papierowymotyl.pl

wydawnictwo@papierowymotyl.pl

ISBN 978-83-62222-92-6

Publikacja elektroniczna

WIKTOR I

Powieść powinno zaczynać się od prostych zdań.
Świeciło słońce w piękny letni poranek. Krótko czekałem na Wiktora.
Dosiadł się do mnie tuż po tym, jak usiadłem przy jednym ze stolików w
Charlotte w Warszawie na placu Zbawiciela. Byliśmy umówieni na śniadanie.

— Jak leci? Jak Warszawa? — zaczął.

— Znakomicie — odpowiedziałem. — Uwielbiam
Warszawę. Ostatnio głównie spotykam się ze znajomymi, chodzę po wystawach,
a także do kina, do teatru. Prócz tego myślę o projektach, chcę działać.

— Coś konkretnego?

— Aplikacje mobilne. Wynająłem już grafika i
programistę. Pomysł banalny, użytkownicy wrzucają własną treść. Robię to z
czystej ciekawości, czy wyjdzie.

— Na początku pewnie będziesz musiał większość
wrzucać sam.

— Jasne, jestem na to przygotowany. Mogę też
zawsze kogoś wynająć do tego. Chcę spróbować.

— To świetnie, powodzenia — popatrzyliśmy w tym
samym momencie na instalację tęczy stojącą na placu Zbawiciela i Wiktor
zmienił temat. — Ale to skandal, że ją odbudowują za każdym razem. Na
dodatek postawili tu straż miejską, która cały czas jej pilnuje. A z
drugiej strony prezydent miasta zasłania się, że nie ma pieniędzy na stałą
ekspozycję dzieł Beksińskiego — irytował się.

— Uważam, że powinno być święto w Warszawie.
Doroczne palenie tęczy — roześmiałem się. — Na przykład: każdego roku
tęczę podpala najlepsza uczennica warszawskich podstawówek.

— Zabawne — roześmiał się. — Ale to jednak jest
skandal. Jakby mało było do zrobienia w Warszawie.

— Ale mimo wszystko to się zmienia. Coraz
sensowniejsze projekty powstają.

— Powoli. Ze znajomymi stwierdziliśmy ostatnio,
że wszyscy za dwadzieścia lat spotkamy się w polityce.

— Chętnie do was dołączę — uśmiechnąłem się. —
Mam potrzebę działania. Ale wpierw chcę spróbować sił w biznesie i zdobyć
kapitał, bo do polityki nie chcę iść dla pieniędzy. Lubię niezależność, a
nie będę jej miał, jeśli wcześniej nie osiągnę ekonomicznej niezależności.

— Dobry plan.

— Widzę politykę jako służbę.

— To tak jak ja. Mój tata był w polityce jakiś
czas temu.

— Jest jeszcze aktywny?

— Nie, już nie. Ale widuje się z kolegami z tego
grona. Mówiłem ci, ze chodził do Staszica?

— Tak, tak, jak się widzieliśmy w Paryżu.
Uwielbiam swoje byłe liceum.

— Ja swoje też — roześmiał się.

— A swoją drogą, wiesz, że ostatnio poznałem
Marysię, która chodziła z tobą do klasy?

— To moja dobra znajoma. Gdzie ją poznałeś?

— Na urodzinach koleżanki, przez wspólnych
znajomych. Nawet często się widujemy. Mijamy się na uniwersytecie.

— A tak, przecież ona studiuje matematykę. To
naprawdę zabawne.

— Świat jest mały.

— A jak twoja matematyka? Kiedy bronisz doktorat?

— Jeszcze nie wiem. To już nie zależy ode mnie.
Doktorat złożyłem i czekam na recenzje. Komisja ma wybrać dwóch
recenzentów. Cały proces na moim francuskim uniwersytecie jest tajny.

— Jak to?

— Mój promotor proponuje listę potencjalnych
recenzentów, a komisja sama dokonuje wyboru, nie powiadamiając o nim,
dopóki recenzenci nie dostarczą recenzji.

— Ciekawe. I co, myślisz, że obronisz? —
roześmiał się.

— Pewnie, to formalność. Najtrudniejsze jest
napisanie samej pracy. Po trzech latach trudów w końcu się udało.

— To i tak szybko.

— W miarę szybko, ale francuski system jest
trochę inny.

— Ty robiłeś też magisterkę we Francji?

— Tak, zacząłem od Erasmusa, a potem zostałem w
Paryżu w ramach umowy o podwójny dyplom z Uniwersytetem Warszawskim.

— Nieźle.

— A ty zamierzasz zostać we Francji?

— Nie wiem. Na razie tak. Myślę, że skończę
studia, a potem chciałbym wyjechać do Stanów.

— Nie dziwię się, idealne miejsce dla
kinematografii.

— Tak, dlatego chcę tam spróbować. Ale zobaczymy,
co wyjdzie. A ty co zamierzasz po Francji?

— Oksford!

— A tak, mówiłeś. Kiedy jedziesz?

— Oczekują mnie tam właściwie od teraz, odkąd
tylko złożyłem prace doktorską, ale chcę dopiero pojechać po wakacjach w
sierpniu. Chcę jeszcze nacieszyć się Polską.

— Masz jakieś plany?

— Nic konkretnego, oprócz tego, że chcę mieszkać
dalej w Warszawie, spotykać się ze znajomymi i korzystać z tutejszych
atrakcji. Uwielbiam Warszawę!

— To tak jak ja!

— Swoją drogą, potem możemy pójść Mokotowską.
Widziałeś kamienicę, którą odnawiają naprzeciwko Teatru Współczesnego?

— Jeszcze nie.

— Jest piękna! Chętnie ci ją pokażę później.
Idealne miejsce do mieszkania. Chciałbym docelowo mieszkać w okolicach
placu Zbawiciela — uśmiechnąłem się.

— Inną kamienicę odnawiają na Hożej blisko mnie.
Widziałeś?

— Tak, kojarzę. Też jest fantastyczna.

— W tamtych okolicach jest jeszcze sporo takich
projektów. Warszawa się zmienia.

— Zgadzam się. Myślę, że za
dwadzieścia-trzydzieści lat, będzie śmiało mogła konkurować z Paryżem pod
względem piękna architektury.

— Na pewno, patrząc na tempo rozwoju. Za każdym
razem jak przyjeżdżam, siostra mi mówi o nowych restauracjach i barach.
Ostatnio byliśmy w restauracji Mąka i Woda. Znasz?

— Tak, ale jeszcze nie byłem. Też mnie zachwyca
ilość nowości w Warszawie.

— Jeszcze tylko gdybyśmy mieli polityków na
odpowiednim poziomie. Socjalizm uczynił swoje.

— To jest miejsce dla nas. My musimy działać —
roześmiałem się.

— Pewnie. Trochę moich znajomych już się
zaangażowało w lokalną politykę. Życzę im jak najlepiej. Ja na razie
zostaję przy filmach.

— Jasne, skończ studia, zostań reżyserem
światowej klasy, a dopiero potem baw się w politykę. Kultura jest równie
ważna. Film to przecież jeden z elementów miękkiej siły. Bardzo dobrze
wpływa na wizerunek kraju za granicą.

— Tak, my akurat mamy szczęście do filmów. W
historii mieliśmy wielu dobrych reżyserów. Cała łódzka szkoła filmowa.
Mógłbym ci wiele nazwisk wymienić.

— Wierzę.

— Ostatnio choćby Smarzowski.

— Kojarzę nazwisko, ale jeszcze nic nie
widziałem.

— To koniecznie zobacz. Jest znakomity.

— Swoją drogą, jaki jest twój ulubiony reżyser?

— Tarantino. Jest niesamowity. W tym momencie ma
zupełnie nieograniczone możliwości twórcze. Może igrać z konwencją bez
obaw. Django,
Bękarty wojny. Widziałeś?

— Tak, tak.

— Genialny jest. To, co robi, ma duży wydźwięk.

— Ja ostatnio nadrabiam klasyki.

— Co obejrzałeś?

— Choćby całą trylogię Ojca chrzestnego.

— I jak?

— Trzecia część była słaba, ale poza tym — film
znakomity! Widziałem też Scarface.

— A Goodfellas?

— Chyba tak, ale już dawno i nie pamiętam. Zbyt
szybko zapominam.

— To obejrzyj jeszcze raz, też jest dobry. Co
jeszcze widziałeś?

— Wiridianę.

— Bunuela?

— Tak, bardzo mi się podobał. Swoją drogą
widziałem też polską Idę i zaskoczyły mnie podobieństwa między oboma filmami. Ogólny
kadr jest podobny: zakonnica, która przed złożeniem ślubów wieczystych
udaje się do jedynego członka swej rodziny, po czym rezygnuje ze złożenia
ślubów. Oba filmy są utrzymane w czarno-białej konwencji.

— Dobra uwaga. Ja Idy jeszcze nie
widziałem. Jest teraz kilka filmów w kinie, na które chcę iść.

— Często oglądasz filmy?

— Tak, staram się obejrzeć przynajmniej jeden
dziennie.

— To rzeczywiście dużo. Ale to w końcu jest twoja
praca.

— Tak, tak. To mi dużo daje. Niektóre filmy
oglądam po kilka razy. Większość dobrych filmów obejrzałem przynajmniej
dwukrotnie.

— Chętnie bym sam oglądał więcej. A co ostatnio
czytasz?

— Filmowe teksty, na przykład książkę Bergmana.

— Laterna
magica?

— Tak, znasz?

— Znam, ale nie czytałem. Bergman to jeden z
moich ulubionych reżyserów. Obejrzałem ponad dwadzieścia jego filmów. Jak
ci się podoba jego książka?

— Dobra, ale trudna w lekturze.

— Muszę w końcu spróbować ją przeczytać. Jest na
mojej liście od dawna. Mam nieustanne wrażenie, że lista książek, które
powinienem przeczytać, wydłuża się. Kiedyś byłem przekonany, że da się
poznać klasykę.

— Pytanie: czym jest klasyka?

— Tak, to jest dobre pytanie i odpowiedź na to
nie może zależeć od czasu i miejsca. Ale wierzę, że są rzeczy absolutnie
klasyczne. Jeśli książka przetrwała w ludzkiej świadomości ponad dwieście
lat jako wartościowe dzieło, to i przetrwa dwa tysiące.

— To może być i dobre kryterium, ale w ten sposób
wyłączasz całą współczesną literaturę.

— Z literaturą współczesną mam problem. Niezbyt
ją cenię. Zdarzają się wyjątki, ale większość jest bezwartościowa.

— A z co ze starszymi autorami, na przykład z
dwudziestego wieku? Proust? Czy z naszych: Gombrowicz, Herbert, Miłosz?

— To jest właśnie dla mnie problematyczne. Oni
wszyscy są klasyką, wierzę, że trzeba ich znać, ale nie jestem przekonany,
czy to samo stwierdzenie będzie prawdziwe za dwieście lat. Na ile nasza
ocena ich dorobku zależy od okoliczności, w których żyjemy?

— Wiesz, na pewno zależy, ale też będzie zależała
w przyszłości.

— Dokładnie to mam na myśli. Tak, w przyszłości
też będzie zależała, ale w inny sposób, bo i okoliczności będą inne.
Dopiero będąc wypróbowanym w różnych czasach, dane dzieło może pretendować
do uniwersalizmu, a więc do bycia klasycznym.

— Rozumiem i zgadzam się. Ja obecnie też czytam
głównie klasykę. Planuję sięgnąć po Conrada w najbliższym czasie.

— Dobry wybór. Żałuję, że znam go stanowczo zbyt
słabo.

— Mi udało się znaleźć na Kole kompletne wydanie
wszystkich dzieł Conrada.

— Znakomicie! Powinienem wybrać się na Koło,
dawno tam nie byłem. Ostatnio kupuję w dużych ilościach książki na
serwisach aukcyjnych. Można znaleźć naprawdę dobre okazje. Zresztą kupuję
też inne stare przedmioty. Niedawno znalazłem piękną, srebrną tabakierę z
dziewiętnastego wieku zrobioną w Prusach.

— Świetnie. Ja takie rzeczy znajduję właśnie na
Kole. Moja rodzina często kupuje tam różne przedmioty. Ale najlepsze i tak
jest marché aux
puces w Paryżu. Byłeś?

— Tak, ale tylko raz. Duże wrażenie na mnie
zrobiło.

— To największy targ staroci w Europie. Mój tata
stamtąd wielokrotnie przywoził różne przedmioty.

— Chętnie wybiorę się ponownie. A ty tam bywasz?

— Tak, byłem kilka razy. Ostatnim razem kupiłem
właśnie kilka książek o reżyserach filmowych. Uwielbiam klimat tego
miejsca.

— Nie dziwię się. Ja większość antyków kupuję
przez serwisy aukcyjne w internecie.

— To jest bardzo wygodne, ale niektóre przedmioty
warto zobaczyć przed kupnem.

— Pewnie, zresztą to jest zupełnie inaczej, gdy
możesz porozmawiać na żywo ze sprzedawcą.

Zdumiewające jest, jak działa ludzka pamięć. Pamiętam
tę rozmowę. Pamiętam Wiktora i dokładne okoliczności. Uciekają mi jednak
pojedyncze zdania. Mam przed sobą wrażenie, które to spotkanie na mnie
wywarło. Pamiętam powyższy dialog, ale reszta jest jedynie mgliście
zarysowana.

W pewnym momencie zapłaciliśmy rachunek i wyszliśmy.
Zaczęliśmy spacerować po okolicy. Poszliśmy na początek Mokotowskiej, by
zobaczyć, jak została odnowiona kamienica naprzeciwko Teatru
Współczesnego. Weszliśmy na podwórze. To był piękny widok. Spacerowaliśmy
Mokotowską aż do placu Trzech Krzyży, podziwiając okoliczne kamienice.
Mimo wojennych zniszczeń, zachowało się trochę pięknej architektury. Lubię
tę część miasta. Podoba mi się Piękna i okoliczne ambasady oraz parki.
Lubię plac Trzech Krzyży i plac Zbawiciela. Zdarza mi się spacerować po
Łazienkach.

Gdy zastanawiam się nad tym, zdaję sobie sprawę z mej
miłości do Warszawy. Kocham to miasto! Im dalej od niego jestem, tym
bardziej za nim tęsknię. Pięć lat spędziłem w Paryżu, od pewnego czasu
mieszkam w Oksfordzie w Anglii, lecz w Warszawie jest moje serce. Tutaj
chcę nieustannie wracać. Liczne podróże i wieloletnia emigracja pozwoliły
mi zrozumieć wyjątkowość stolicy, a także unikalność Polski i Polaków.

Nawet na obczyźnie najczęściej spotykam się z
kompatriotami. Uwielbiam polską mowę i kulturę. Emigracja oddaliła ode
mnie naiwność spojrzenia. Myślę częściej o moich powinnościach wobec
kraju. Początek wykształcenia odebrałem w Polsce. Następne dopełniłem
studia we Francji. Teraz jestem w Anglii, gdzie uzupełniam swoją znajomość
kultury. Po dwóch latach spędzonych tutaj chcę wrócić, by swoje
doświadczenie i nabytą wiedzę oddać Polsce. Czuję wewnętrzną potrzebę, by
działać i spłacić zaciągnięty dług.

Powraca do mnie nieustannie pytanie, jak mogę
najlepiej wykorzystać swoje talenty. Zajmuję się z powodzeniem pracą
naukową. Pragnę rozwijać matematykę w Polsce, podejmując dawne tradycje —
lwowskie i warszawskie. Czy mi się to uda? Nie wiem, wciąż wątpię w swoje
umiejętności. Niełatwo się jednak poddaję. Mam wiele samozaparcia, które
pozwala mi działać. Wierzę w słuszność podejmowanych wysiłków. Cierpliwość
przyniesie owoce. Czy tak duże, jak tego oczekuję? Tego też nie wiem. Nie
znam przyszłości. Jestem młody, a to znaczy, że mam w sobie wiele
idealizmu, mimo że moja młodość jest już nie pierwsza. Mam też energię do
działania. Rozmowy ze znajomymi motywują mnie, by znaleźć ujście dla tej
energii. Piszę, by dać odpowiedź i zostawić świadectwo. Żyłem!

MICHAŁ I

Z Michałem spotkałem się nad Sekwaną w Paryżu. Było
ciepło, zapadł już zmrok. Wzięliśmy ze sobą butelkę wina i usiedliśmy na
brzegu w okolicach Jussieu. Paryż błyszczał światłami. Michał robił w
Paryżu doktorat z matematyki — tak jak i ja. Znaliśmy się już od kilku
lat. Wyjechaliśmy do Francji w tym samym czasie i taką samą drogę
przeszliśmy. Dobrze się znaliśmy. Lubiłem z nim rozmawiać. Nasze
spojrzenie na rzeczywistość było podobne ogólnie, choć różniło się —
nieraz znacząco — w szczegółach. Dyskutowaliśmy o wszystkim. Jedynie z
Michałem byłem w stanie rozmawiać zarówno o sztuce, kulturze, świecie,
młodości, jak i matematyce i samym życiu matematyka. Obaj zgadzaliśmy się,
że to są dwa różne życia.

Nasze rozmowy były satysfakcjonujące dzięki
różnorodności. Z Michałem mogłem pozwolić sobie na zupełną szczerość i
dowolne porównania. Nie miało znaczenia, czy rozmawialiśmy o sztuce, nauce
czy kobietach. Tematy płynnie się zmieniały. Jestem przekonany, że to
Michał miał najpełniejszy obraz mnie. Zastanawiam się, jakim mnie widział.
Pamiętam wyraźnie jego twarz i sposób mówienia. Pamiętam zapalane przez
niego papierosy — najczęściej z komentarzem, że to już ostatni.

— Powinienem ciężej pracować — zacząłem — wciąż
mam wrażenie, że robię zbyt mało. Obijam się i marnuję czas na rzeczy
bezwartościowe.

— Ale masz już te kilka artykułów.

— To nic nie znaczy. Wciąż się porównuję z
Peterem. Geniusz jego prac matematycznych za każdym razem wzbudza we mnie
motywację i ambicję działania. Jest we mnie zadra chęci bycia najlepszym.
Chciałbym go dogonić, więc myślę o biegu. Lecz nie staram się należycie.
Zbyt wiele rzeczy sprawia, że tracę koncentrację. Czy nie rozmieniam się
na drobne w tych wszystkich aktywnościach?

— Pewnie się rozmieniasz — roześmiał się. — Ale
czy to źle? Przecież jesteś szczęśliwy.

— Jasne, jestem. Cieszę się z każdego dnia, jest
we mnie radość, której nie potrafię się pozbyć. Ale towarzyszy mi też
nieustannie uczucie bycia „nie dość”. To nie jest kompleks niższości. Nie
czuję się gorszy. Jeśli już, to wręcz przeciwnie. Tu raczej chodzi o
poczucie marnowania własnych talentów. Muszę dokonać wyboru i wybrać drogę
dla siebie. Nie mogę trzymać wszystkich srok za ogon, a chyba to próbuję
robić w tej chwili. Czy pisanie tej powieści tego nie przypomina? Z
perspektywy mojej pracy naukowej to jest najzwyklejsza strata czasu. To
właśnie czyni praca naukowa i w tym jestem zupełnie matematykiem —
rozumiem potrzebę kompletnego oddania się jednej rzeczy. Z drugiej zaś
strony moja część społeczna wyrywa się i krzyczy, bym tego nie robił, bo
zmarnuję życie.

— To dlaczego piszesz? — zapytał.

— Bo chcę oddać słowami niesamowitą młodość,
którą przeżywam.

— Po co? Nie sądzisz, że wcześniej to już zostało
zrobione i może znacznie lepiej niż ty to robisz obecnie? Nie zrozum mnie
źle, nie wiem nic o twoim talencie i może się okaże, że to, co piszesz,
jest naprawdę niezwykłe bez względu na to, z czym porównywać. Ale jeśli
nie?

— Też sobie zadaję te pytania. Ale piszę, bo
muszę. To jest także niezwykłe. Już wielokrotnie myślałem, żeby przestać
to robić. Sam siebie pytałem, po co to robię. Przecież niczego mi nie
brakuje. Mam materialnie zapewniony byt na satysfakcjonującym poziomie.
Matematyka zapewnia mi intelektualne wyzwania. Różnorodni znajomi
sprawiają, że wiodę bogate życie towarzyskie. Dlaczego więc jeszcze chcę
cokolwiek pisać? Czy pisanie nie powinno się brać z niezgody na coś, by
było autentyczne? Na te pytania często nie znajdowałem odpowiedzi.
Odkładałem pisanie na później albo w ogóle stwierdzałem, że nie ma sensu
tego kończyć. Spójrz, przecież to, co piszę, nie jest nawet powieścią w
znaczeniu, jakie funkcjonowało jeszcze sto lat temu. Łączę nieporadne
dialogi z rozważaniami filozoficznymi. Staram się zawrzeć coś, co mnie
tworzy, co jest moją młodością, a to nieustannie mi się wymyka. Gonię to,
a to ucieka. Ale nie potrafię przestać. Widzisz, wczoraj w nocy nie mogłem
zasnąć. Do głowy przychodziły mi sceny, postaci, dialogi, myśli. To
wszystko wymagało odpowiedniej formy. Oto jest forma, której potrzebuję.

— Rozumiem. Zdaje mi się to uczciwym
wytłumaczeniem. A co z poczuciem marnowania czasu?

— Jest stale przy mnie. Nawet gdy teraz
rozmawiamy, zastanawiam się, czy może nie lepiej byłoby czynić co innego.
Tak też mam z pisaniem. Gdy piszę, myślę, czy warto, abym pisał. Pisanie
jest tylko przykładem. Tak wygląda każda aktywność.

— Zawsze zastanawiasz się, czy to, co robisz, ma
sens?

— Zawsze nie, na szczęście udaje mi się od czasu
do czasu zapomnieć o tym — uśmiechnąłem się. — Potrzeba ciągłego
skutecznego wykorzystywania czasu byłaby nieznośna. To, co odczuwam, to i
tak często zbyt dużo. Myślę, że na razie jestem we względnej równowadze.
Czas, który tracę, tracę w kulturalny sposób.

— Co to znaczy? — roześmiał się.

— Czytam artykuły o zupełnie nieistotnych
kwestiach — odpowiedziałem śmiechem. — Wiem, mógłbym lepiej i mam taki
zamiar. Choćby czytanie książek było lepsze. Albo oglądanie filmów.

— Starasz się wykorzystywać czas jak Terence Tao?
— uśmiechnął się.

— O tak! Nawet lepiej, o ile to możliwe. Żartuję
oczywiście. Nie wiem, czy będę w stanie wykorzystać czas lepiej niż on. Na
pewno nie w tym samym sensie. Dla mnie kluczowa jest dywersyfikacja
podejmowanych czynności. Nie mógłbym na przykład cały dzień zajmować się
jedną rzeczą, a na pewno nie każdego dnia od rana do wieczora.

— Ale przecież zajmowałeś się tak matematyką.

— Tak, gdy byłem kilka lat młodszy. Wtedy jeszcze
mogłem to robić. Zauważyłem, że ostatnio mogę to powtarzać coraz rzadziej.
Coraz rzadziej zdarza mi się być czymś zafascynowanym na tyle, by
zapomnieć o reszcie świata. W dodatku mam wrażenie, że pogorszyła mi się
ostatnio koncentracja. Ot, wina współczesnego świata. To jest też związane
z wykonywaniem wielu czynności. Mój umysł przeskakuje pomiędzy
czynnościami, chce zrobić niektóre rzeczy z wyprzedzeniem. Straciłem sporo
z cierpliwości i koncentracji, którą miałem dawniej.

— Ale to można ćwiczyć.

— Oczywiście, staram się to robić. Ale to mozolna
praca.

— Jak każda praca nad sobą.

— Masz rację. Może to jest klucz do powieści,
którą piszę. Potrzebuję cierpliwości i koncentracji, aby prawdziwie
wniknąć w życie i je opisać. Nie mogę zapomnieć o natchnieniu.

— No, w końcu mówisz jak pisarz! — roześmiał się.

— Staram się, staram — także zacząłem się śmiać.
— Wciąż się obawiam, że wyjdzie z tego jedna wielka blaga.

— Nie martw się. Debiut zawsze jest trudny. To
jest jak z pierwszym artykułem naukowym. Przypomnij sobie, jakie z tym
wiązały się emocje. A teraz? Naturalnie przychodzi ci pisanie kolejnych
artykułów. Sam niedawno mi mówiłeś, że kończysz obecnie dwa teksty
matematyczne. Świetny wynik!

— Tak, tu być może będzie podobnie. Pierwszy raz
jest zawsze najtrudniejszy i z nim wiąże się najwięcej lęku. Z drugiej
strony, pierwsze razy pamięta się najlepiej. Wszystko inne rozpływa się
szybko w odmętach pamięci.

— Nie przypominaj mi nawet, czuję się stary.

— Ja też — roześmiałem się.

— Przestań, jesteś dwa lata młodszy.

— To niewielka różnica.

— Obecnie już niewielka. Jak chcesz. Obaj
jesteśmy starzy. Dużo to nie zmienia.

— Skąd taka refleksja? Nie masz nawet
trzydziestki.

— Pamięć — sam o tym wspomniałeś — coraz więcej
zapominam, coraz więcej przeszłości wydaje mi się nieistotna, mimo że
jeszcze niedawno ówczesne zdarzenia były tak ważne. Zmieniają mi się
priorytety w życiu. Zmieniam plany. Dużo jest tego. Ale wiesz, co jest
najgorsze?

— Co?

— Młodsi. Najgorsze jest widzieć i spotykać
dwudziestolatków, którzy jeszcze mają wszystko przed sobą. Biała karta.
Mogą wszystko! Mają nieskończone możliwości!

— Ty też masz.

— Tak, ale to nie to samo. Oni naprawdę mogą
wszystko. Zazdroszczę im tego wieku, patrząc ze swojej perspektywy.
Chętnie bym się z nimi zamienił.

— Zachowując obecną wiedzę o życiu?

— Niekoniecznie. Sama młodość jest piękna.

— Jest. Ale nie jest wartością absolutną. To jest
jeden z problemów naszego świata. Ludzie nieustannie gonią za młodością.
Hołdują ciału i głupocie. Modę i trendy dyktują nastolatki.

— Tak, to prawda, ale nie chodzi mi o młodość w
tym sensie — sensie cielesnym. Mnie naprawdę chodzi o te możliwości,
których my już nie mamy w takim stopniu.

— Zgadzam się. To jest piękno młodości. Lecz
późniejsze lata przynoszą nowe możliwości. Wierzę w to, że każdy wiek jest
piękny. Albo przynajmniej może być, bo z upływającym czasem jest to coraz
bardziej zależne od nas.

— Tak, wiele zależy od nas — dieta, sport, życie
towarzyskie. Myślę, że ty dobrze robisz.

— Dość dobrze, ale jest sporo do poprawy —
uśmiechnąłem się.

— Ale mówiłeś o hołdowaniu głupocie.

— Tak, sam to przecież zauważasz. Widać to na
każdym kroku w internecie, choćby po komentarzach na różnych portalach.
Widać to także po ogólnym spadku poziomu kultury. Oczywiście brzmię teraz
jak tysiące oburzonych moralistów przede mną. Od zawsze ludzie narzekali
na młodsze pokolenia. Cóż, w ostatecznym rozrachunku najwyżej historia
mnie także zaliczy do tego gatunku. Sądzę jednak, że nasze czasy są
naprawdę głupsze niż jeszcze sto lat temu. Zasługują na termin „drugie
średniowiecze”.

— Ha! — roześmiał się. — Zabawne, ale może masz
rację. Ludziom, szczególnie w Europie Zachodniej, było zbyt dobrze w
ostatnich kilku dziesięcioleciach. Żadnych katastrof, wojen, wielkich
kryzysów. Ot, stabilizacja, która powoduje śmierć.

— O tym właśnie myślałem. I nie sądzę, by z tej
śmierci łatwo się było wyrwać.

— Potrzeba zapewne zupełnego upadku, by ta
tendencja się odwróciła. Historia kołem się toczy. Ludzkość jeszcze nie
raz upadnie i nie raz przeżyje złoty wiek.

— Racja, pytanie tylko, co my możemy zrobić, aby
przyczynić się do złotego wieku tu i teraz.

— A możemy? Jednostki mało mogą.

— Tak, ale możemy się zjednoczyć we wspólnym
działaniu. Małe kroki, kilka osób. To działa jak lawina.

— O ile idea i jej przedstawienie jest
odpowiednio dobre.

— Jasne. Trzeba pamiętać, że początki są
najtrudniejsze. Zaczynasz od zera.

— Dlatego moja pesymistyczna natura wątpi, czy to
może się udać. Myślisz o złotym okresie, a zaczynasz od ruin. Wątpię, by
dało się przeprowadzić konieczne zmiany tak szybko. Zbyt wiele zależy od
innych ludzi, a mentalność najtrudniej zmienić.

— Masz rację, ale wciąż wierzę, że warto
próbować. Miałbym poczucie straty życia, gdybym nie próbował wprowadzać
zmian. To jest najgłębsze we mnie — nieustanne pragnienie życia pełnią.
Nie da się żyć pełnią, nie żyjąc z innymi i dla innych w działaniu.

— O sobie też nie możesz zapomnieć. Wewnętrzny
rozwój jest równie ważny.

— Oczywiście. Mój ideał życia jest
grecko-rzymski: doskonalenie ciała i ducha, pragmatyzm połączony z
ideałami i dalekosiężnymi planami, rozwaga, spokój, opanowanie, ale i
ambicja.

— Nie wiem, czy to nie jest zbyt dużo jak na
dzisiejsze czasy.

— Każde czasy są dobre. Uwielbiam także nasze za
możliwości, które dają.

Siedzieliśmy w milczeniu przez chwilę, patrząc na
przejeżdżające samochody, spacerujących ludzi, Sekwanę. To zabawne — te
dialogi naprawdę tak wyglądały. Wielokrotnie, szczególnie w lato,
siadywaliśmy nad rzeką. Brzeg Sekwany był tłoczny, gwarny. Wiele osób
przychodziło z butelkami wina i rozmawiało do późnych godzin nocnych.

— Nie wierzę w naukę — powiedziałem.

— Co to znaczy?

— Nie wierzę w kult nauki, który obecnie panuje.

— Czy nie paradoksalnie? — zapytał.

— Bo sam jestem naukowcem?

— Tak.

— Nie, to dzięki temu jeszcze bardziej nie
wierzę. Gdybym nie wiedział, czym są badania naukowe — intensywne, trudne,
głębokie — może i byłbym skłonny sądzić, że nauka jest lekiem na wszystko.
Może myślałbym, że wystarczy zacytować „amerykańskich naukowców”, którzy
opublikowali wyniki swoich badań w periodyku naukowym, by ostatecznie
rozstrzygnąć daną kwestię. Nie jestem naiwny. Poza matematyką żadna z nauk
nie daje dostępu do ostatecznej prawdy. Zwłaszcza dzisiaj, na każde
stwierdzenie znajdzie się naukowiec, który je potwierdzi. Nie wierzę w
naukę.

— Masz rację. Obecna nauka, szczególnie w
humanistyce, bardziej przypomina zabobon niż rzetelne dochodzenie prawdy.
Nie znaczy to, że wszystkie wysiłki w tych dziedzinach są błędem.

— Oczywiście, ale duża część jest.

— Tak. Poza tym, już od dłuższego czasu zniknął
dawny model profesora jako osoby oczytanej i kulturalnej. Większość
dzisiejszych naukowców to specjaliści w wąskich dziedzinach, o tym samym
statusie, co ludzie pracujący w korporacjach. Ich praca zaczyna być coraz
bardziej korporacyjna — pisanie grantów, szybkie pisanie kolejnych
artykułów naukowych, sprawy administracyjne.

— Dobrze widać to na przykładzie Stanów
Zjednoczonych z ich systemem tenure track —
odpowiedziałem. — Tęsknię za przedwojennym modelem.

— Chyba nie masz za czym. Wygląda, że realizujesz
go dość dobrze. Z jednej strony piszesz artykuły, jeździsz na konferencje
po całym świecie, z drugiej zaś dbasz o swoją erudycję i życie
towarzyskie.

— Masz rację — roześmiałem się. — Żałuję, że
ludzie nie wiedzą, czym jest matematyka obecnie.

— Chciałbyś, by programu Langlandsa uczyli w
liceum? — zaśmiał się.

— Czemu nie? — powiedziałem z uśmiechem. — Ale
wystarczyłoby mi, gdyby ludzi udało się przekonać, że matematyka
abstrakcyjna jest sztuką. Chciałbym, by w końcu zyskała ten sam status, co
malarstwo — by nie wypadało nie znać niektórych matematycznych faktów czy
biogramów niektórych matematyków. Już fizyce jest bliżej do tego.

— Teoria strun, mechanika kwantowa… — wymienił.

— Tak. Z matematyką zaś wciąż jest problem. Sam
wiesz jak często ludzie po usłyszeniu, czym się zajmujesz, odpowiadają, że
nigdy nie byli dobrzy z matematyki w szkole. Przecież to jest idiotyczne.
Czy ktoś mówi sportowcom, że nigdy nie był dobry z lekcji wychowania
fizycznego w szkole, albo malarzom, że słaby był z lekcji rysunku?

— Nie — roześmiał się.

— Sam widzisz, że jest to głupie.

— I jak chcesz to zmienić?

— Cierpliwie tłumacząc, popularyzując. W
ostatnich lata powstało kilka dobrych książek tłumaczących różne
współczesne działy matematyki. Uważam, że jest to dobry kierunek. To, co
robię obecnie w swojej powieści, ma także zadziałać w tym kierunku. Chcę,
by matematyką weszła do kultury, by stała się jej częścią, i to częścią
piękną i dumną.

— Zgadzam się, choć to wciąż nie jest
satysfakcjonujące. Powinniśmy starać się przebić do głównego nurtu. Myślę,
że zwłaszcza filmy o matematyce i matematykach mogłyby wnieść dużo
pozytywnego.

— Definitywnie, jest wiele biografii, które aż
proszą się o zekranizowanie — zaczynając od Galois czy Grothendiecka. W
dodatku warto pisać książki fabularne na kanwie ich życiorysów.

— Prawdziwy sukces udałoby się osiągnąć, gdyby
matematyka i matematycy weszli do kultury popularnej.
Pytanie tylko, czy rzeczywiście nam tego potrzeba.

— Dlaczego nie? Popularyzując matematykę,
pokazujemy jak bardzo jest ona istotna. Mamy również większe szanse na
uzyskanie dofinansowania na naukę, która nie ma natychmiastowych
zastosowań.

— To prawda, to jest dobry powód. Ale z drugiej
strony matematyka zdaje się odległa od popkultury — zastanowił się. —
Chociaż nie, cofam to. To jest możliwe.

— Też tak myślę, choć nie jest to proste.

— Piękny
umysł jest znakomitym przykładem.

— Na dobry film o matematyku — tak. Nie pomógł on
jednak wyobrażeniu o matematykach — tylko utwierdził pogląd, że są to
ludzie opętani ideą, a najlepsi są na pograniczu choroby psychicznej.

— A to nieprawda? — roześmiał się. — Żartuję
oczywiście, ale przyznasz, że matematycy są dziwni. Niewątpliwie w
większości są społecznie upośledzeni, ale na własne życzenie. Nie zawsze
tak było i nie musi tak być w przyszłości. Jestem zwolennikiem równowagi.

— Dobre — śmiał się dalej. — Na czym by ona miała
polegać?

— Na równowadze między czasem pracy a
aktywnościami poza nią. Problem polega na tym, że badania matematyczne są
bardzo intensywne. Myślisz nad problemem nieprzerwanie — w dzień i w nocy
— notujesz pomysły, sprawdzasz różne możliwości, nic nie działa, myślisz
dalej, czytasz. Trudno to ograniczyć, bo jest to jednocześnie twoja praca
i przyjemność.

— Tak, robimy matematykę dla przyjemności —
uśmiechnął się.

— Właśnie, dlatego tak trudno o zdrowy stosunek
do niej. Jeśli starasz się rozwiązać szczególnie piękny problem, a innych
przecież nie warto próbować rozwiązywać, to nie jest łatwo przestać o nim
myśleć nawet po wyjściu z biura.

— W ogóle nie można mówić o pracy w biurze czy
poza nim. Możesz pracować gdziekolwiek: uniwersytet, dom, biblioteki,
plaża w Brazylii.

— Jak zrobił to jeden medalista Fieldsa —
roześmialiśmy się. — To właśnie chciałbym przekazać — wolność prowadzenia
badań matematycznych, ich konieczność, przyjemność z tego płynącą.
Jednocześnie mogłoby to posłużyć jako zachęta dla przyszłych pokoleń.

— To też jest ważne. Matematyka obecnie jest
wszędzie, mimo że nie widać jej na pierwszy rzut oka. Komputery, internet,
telewizja, karty płatnicze.

— Tak, matematyka, mimo wszechobecności, stoi w
cieniu. Ludzie nie czują potrzeby jej zgłębiania.

— Wymagasz, by chcieli poznawać najnowsze teorie?
Nie da się ich zrozumieć bez wielu lat lektur i rozmyślań. Zobacz, że
nawet osoby po studiach matematycznych wiedzą o współczesnej matematyce
bardzo mało.

— Masz rację, nie wymagam tego. Chcę jedynie, by
ludzie mieli ogólne pojęcie, czym jest współczesna matematyka. Chcę, by
znali choć kilku najwybitniejszych matematyków i by mieli wyobrażenie o
ich życiu. Uważam, że taka wiedza poszerzyłaby znacznie horyzonty i
przyczyniła się do ogólnego rozwoju ludzkości.

— Rozumiem.

Jednym z tematów, który często powracał w naszych
rozmowach, były kobiety. Rozmawialiśmy o wspólnych koleżankach, o
związkach, o chęci stabilizacji i założeniu rodziny, o tym, czego
oczekujemy od kobiety w związku. Każda z tych rozmów była okraszana
bieżącymi anegdotami. Ten temat nigdy mi się nie nudził.

— Dla mnie miłość to wybór, nagięcie woli —
kontynuowałem. — Miłość to nie jest zakochanie.

— Jasne, tego nie kwestionuję — odpowiedział. —
Mówię tylko, że uczucia są niezmiernie ważne. Nie możesz zaczynać związku
bez uczuć. Przynajmniej ja tego nie mogę, nie wiem jak ty.

Roześmialiśmy się.

— Ja też bym nie mógł. To jest właśnie mój
problem. Zbyt wolno się zakochuję, a bez zakochania to jest zupełnie bez
sensu.

— Zgadzam się.

— Mam wiele koleżanek, które zdają się sensownymi
kandydatkami. Mimo licznych spotkań nie czuję absolutnie nic. Jest tylko
delikatna ciekawość.

— Zbyt dużo o tym myślisz. Też miałem ten
problem.

— Może masz rację. Mam postanowienie noworoczne —
umawiać się na randki!

— Ładnie! — roześmiał się. — I jak ci idzie?

— Powoli.

— Próbuj. Dobre postanowienie.

— Też tak myślę. Z drugiej strony, to również
jest bez sensu.

— Mówiłeś, życie nie ma sensu — roześmiał się.

— Tak, nie ma! — śmiałem się. — I to jest właśnie
najpiękniejsze! Życie nie ma sensu, więc sam mogę nadać sens swoim
działaniom.

— A Bóg? A zbawienie?

— Jasne, jeśli mówimy o sensie, to jedyny
globalny, który możesz powziąć, jest właśnie zbawieniem duszy. Ale to jest
cel, a nie sens. Staram się odróżniać jedno od drugiego.

— Dobrze, to jaka jest różnica?

— Cel jest konkretnym osiągnięciem. Sens jest
właściwością, którą możesz co najwyżej odkryć.

— Czyli zbawienie nie jest właściwością życia?

— Nie jest. Życie nie ma ustalonych właściwości.
Sam możesz wybrać, jak twoje życie będzie wyglądało, i od ciebie zależy,
co z nim uczynisz — oczywiście do pewnego stopnia. Zdaję sobie sprawę, że
okoliczności mają znaczenie. Choć podoba mi się ta naiwna, amerykańska
wiara, że człowiek może wszystko, jeśli tylko chce. Jest mi to bliskie i
sam staram się tak postępować, mimo świadomości licznych ograniczeń, które
wynikają z samego życia.

— Ja wyzbyłem się tej naiwności. Widzę jak duży
wpływ ma dzieciństwo, pierwsze lata w szkole i cała młodość.

— Oczywiście, ale później — na przykład po
studiach — wciąż jeszcze możesz się zmienić. Zgadzam się, że przychodzi to
trudniej, bo jesteś już przyzwyczajony do pewnych zachowań. Masz swoje
nawyki, ale każdy nawyk można zastąpić innym. Kwestia cierpliwości.

— Czasem potrzeba jej zbyt dużo. To są niekiedy
tygodnie ćwiczeń. Nie jest łatwo znaleźć motywację. Zobacz, że w przypadku
dzieci zmiany następują szybko. Wychowanie ma bardzo duży wpływ. Potem
jesteś w stanie niewiele zmienić. Naprawdę mało w porównaniu z tym, jak
się zmieniałeś w dzieciństwie.

— Cóż, może masz rację. Obawiam się jednak, że
niełatwo przełamię swoją wiarę w możliwości człowieka. Widzę to po sobie.
Zmieniałem się w przeszłości wielokrotnie i wciąż się zmieniam i
doskonalę. Chcę zmian. Przychodzą one do mnie coraz rzadziej i z większym
wysiłkiem, ale przychodzą.

— Do mnie już nie — roześmiał się.

— Akurat, po prostu nie chcesz się przyznać przed
samym sobą. Nawet zakochanie przychodzi do późnego wieku. Pamiętaj, co
Wokulski odrzekł na pytanie Ochockiego.

— Co?

— Dokładnie to! On jako czterdziestolatek się
zakochał!

— Ale w dwudziestokilkulatce! I zobacz, jak
marnie skończył — roześmiał się.

— Liczy się, że się zakochał — roześmiałem się. —
O skutkach nie mówimy. Jeżeli on mógł się zakochać, to i my możemy.

— Nigdy temu nie przeczyłem. Wątpię tylko co do
możliwości zmiany w każdym wieku.

— Sądzę, że zmiana i zakochanie idą ze sobą w
parze. Zmiany wynikają z zakochania. Nie mam tu na myśli tylko zakochania
w kobiecie, ale także w przedmiotach, w nauce, w konkretnej działalności.
To wszystko nas zmienia i może nas zmienić w każdym wieku.

— Niech ci będzie, ale nie jestem przekonany. Mam
bardziej pragmatyczną wizję życia. Uważam, że w pewnym momencie jesteśmy
już zamknięci na zmiany. Ten moment następuje w większości jeszcze przed
trzydziestką.

— To co potem?

— Potem tylko trwasz w formach, które przyswoiłeś
w młodości. Nie wychodzisz poza to, co znasz, a jeśli wychodzisz, to
nieznacznie. Nie mam tu na myśli niepodejmowania nieoczekiwanych zajęć.
Jasne, możesz się w nie zaangażować, ale twój sposób myślenia się nie
zmieni. To jest jak z późnymi emigrantami. Jeśli wyjedziesz z własnego
kraju po czterdziestce, to będziesz żył, jak żyłeś dotychczas, pomimo
nowego miejsca i innej kultury, która cię otacza.

— Zgodzę się z tobą. Emigracja w pewnym wieku
jest już tylko fizyczna, a nie duchowa. Nie przyswajasz nowych zwyczajów
tak łatwo, jak robiłeś to wcześniej. Nie masz na to ochoty. Starych drzew
się nie przesadza. Dlatego uważam, że zakochanie się w późniejszym wieku,
mimo że możliwe, jest zupełnie inne. Nie zmienia twoich nawyków aż tak.
Ale w sumie — co nam do tego? Jesteśmy młodzi.

— Tak, cieszmy się — roześmiałem się. — I
zakochujmy!

— Oby, oby — roześmiał się. — Choć ja w tym
momencie nie mam na to czasu właściwie. Muszę skończyć ten doktorat.

— Rozumiem cię, ale wiesz — zawsze znajdą się
wymówki. Potem będziesz musiał napisać kolejną pracę matematyczną, złożyć
wniosek o grant, habilitować się. Powodów jest dużo.

— Masz rację — roześmiał się. — Ale to nade mną
wyjątkowo ciąży. Jest to już końcówka. Złożę doktorat i mogę się
zakochiwać.

— A co potem? Składałeś już podania o pracę?

— Tak, rozesłałem je już do kilkunastu uczelni w
Stanach. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

— Znakomicie, trzymam kciuki. Złóż też podania do
Europy — Niemcy, Francja, Anglia. Warto mieć plan B.

— Wiem, wiem, zrobię to później, jak już dostanę
odpowiedzi z Ameryki. A ty co planujesz?

— Jeśli chodzi o pracę? Na razie nic. Mój
kontrakt na Oksfordzie trwa dwa lata, zostało mi jeszcze półtora roku. W
dodatku istnieje możliwość przedłużenia mojego pobytu. To sprawia, że nie
muszę się tym obecnie martwić. Myślę jednak o powrocie do Warszawy.
Zobaczymy.

— Masz to ładnie ułożone teraz.

— Tak, cieszy mnie to. Jestem też otwarty na
Paryż. Przyjemnie byłoby móc połączyć pracę w Warszawie z
kilkutygodniowymi pobytami nad Sekwaną. O to będę się już starał być może
za pół roku. Czas szybko płynie.

— Pamiętam jak rozmawialiśmy na dwa miesiące
przed twoim wylotem do Oksfordu. Minęło już pół roku, odkąd tam jesteś.

— Dokładnie. Im jestem starszy, tym dotkliwiej
czuję upływ czasu. Pół roku, które mnie dzieli od kolejnych podań o pracę,
nie wydaje mi się długim czasem.

— Ale jest to mimo wszystko pół roku spokoju.

— Tak, patrząc z innej perspektywy — to jest
bardzo dużo. Szczególnie jak uświadomię sobie, że przez półtora roku mam
zagwarantowaną pracę, która sprawia mi przyjemność, daje satysfakcję i
stawia przede mną wyzwania. Tę życiową łatwość traktuję jak zobowiązanie.
Mam warunki ku temu, by prawdziwie wydobyć z siebie piękno.

— Obrałeś dobry kierunek.

— Dziękuję. Staram się. Kluczowe dla mnie jest
to, by nie angażować się w zbyt wiele czynności naraz i oczywiście, by nie
marnować czasu.

— Trochę straty czasu ci nie zaszkodzi —
uśmiechnął się. — Wino nad Sekwaną na przykład!

— Tu się zgodzę — roześmiałem się. — Oby nie za
wiele. A jeżeli już, to choć niezbyt często.

— Dobra filozofia — roześmiał się. — Ja w
kategoriach straty czasu w ogóle nie myślę. Staram się skończyć pewne
naukowe projekty, a resztę czasu poświęcić na znajomych i kulturę.

— Popieram. A co czytasz obecnie?

— Wciąż Braci Karamazow.

— Są genialni.

— Tak, bardzo mi się ta książka podoba. Żałuję,
że nie czytałem wcześniej. Dostojewski jest niesamowity, jeśli chodzi o
poruszanie problemów sumienia, ukazywanie rosyjskiej duszy — jeśli takowa
istnieje — a także rozważanie dobra i zła. Jego historie są bardzo
plastyczne. Te kilkaset stron Braci Karamazow
czyta się bardzo szybko.

— Dostojewskiego uwielbiam. Właśnie Braci,
ale także Biesy
i Idiotę.

— Biesy były o rewolucji? Tam pojawiał się Stawrogin?

— Tak.

— To też czytałem. Fabułę pamiętam jak przez
mgłę.

— Mam ten sam problem — bardzo szybko zapominam.
Czytam coraz więcej i coraz więcej zapominam.

— Ja dlatego zacząłem wracać do niektórych
książek.

— Również powinienem zacząć to robić. Na razie
wracam do niektórych filmów po kilka razy.

— I co ostatnio widziałeś?

— Skazani
na Shawshank.

— Dopiero teraz?

— Niestety nie miałem wcześniej okazji. Film jest
wybitny.

— Mi też się bardzo podobał.

— A zmieniając temat, lecisz na jakieś
konferencje w najbliższym czasie? Pytam, bo ja w tym roku nie widziałem,
by coś ciekawego się działo.

— Tak, będę w Korei.

— A to świetnie, w Seulu?

— Nie, w Pohang. To taka mała miejscowość, w
której zupełnie nic nie ma — uśmiechnął się.

— Kojarzę, Giovanni tam był i mi opowiadał, jak
widzieliśmy się w Paryżu.

— Właśnie. Ale i tak się cieszę — powiedział.

— Pewnie, Korea Południowa jest fantastyczna. Ja
byłem pod dużym wrażeniem Seulu. Historia miasta jest urzekająca, bo jest
tak podobna do historii Warszawy. Seul został niemal zupełnie zniszczony
na początku lat pięćdziesiątych podczas wojen między Koreą Północną a
Południową.

— To w ogóle jest tragiczna historia.

— Wojna koreańska?

— Tak. Wracając do Seulu, przez ostatnie
pięćdziesiąt lat miasto zostało całkowicie odbudowane i stało się
nowoczesną metropolią z fantastyczną architekturą. Skyline
miasta zachwyca. Porównując to do Warszawy, widzę, czym moje miasto mogło
się stać i żałuję niewykorzystanych możliwości.

— Tylko musisz pamiętać, że Koreańczycy w Seulu
mogli cieszyć się wolnością ekonomiczną. Mieli wprawdzie dyktaturę
wojskową, ale rząd dbał o rozwój ekonomiczny kraju i skutki tego widać. U
nas komunizm skutecznie zabił prywatną przedsiębiorczość, więc nasza
stolica nie mogła rozwijać się w takim tempie.

— Masz słuszność. Dopiero teraz się to zmienia,
choć powoli.

— Nie jest tak źle. Jest już w Warszawie kilka
czy nawet kilkanaście wieżowców. W planach są kolejne. Są dwie linie
metra. Miasto jest dobrze skomunikowane autobusami i tramwajami. W dodatku
jest bardzo dynamiczne.

— Tak, jego dynamika mnie zachwyca. Za każdym
razem, gdy wracam po dłuższej nieobecności, zdumiewa mnie liczba nowo
otwartych barów, restauracji, sklepów, a także liczne nowe aktywności
miejskie. Warszawa ma olbrzymi potencjał i wierzę w to, że dojdziemy do
poziomu Seulu. Z zachowaniem oczywiście charakteru miasta.

— Ten charakter i tak został zniszczony w trakcie
wojny.

— W dużej mierze tak. Zginął wraz ze zrujnowanymi
kamienicami i wąskimi ulicami. Ale to, co zostało, jest coraz częściej
odnawiane. Wielu inwestorów skupia się na renowacji dawnych budynków i ich
rozbudowaniem z zachowaniem starego charakteru.

— Świetna inicjatywa! — powiedział.

— Tak, sam bym się chętnie tym zajął w
przyszłości.

— Jak już porzucisz karierę naukową? — zapytał
się z uśmiechem.

— Być może wcześniej — odpowiedziałem. — Nie
sądzę, bym musiał rezygnować z nauki w tym celu. Co najwyżej powinienem
odpowiednio podzielić czas na różne obowiązki. Zresztą zgodnie ze słowami
Hardy’ego, matematyka to gra dla młodych. Powyżej wieku
czterdziestu-pięćdziesięciu lat zaczynasz przegrywać z młodszymi od
siebie. Nie jesteś już tak bystry, jak dawniej, a doświadczenie wiele nie
pomaga. Wciąż możesz tworzyć, ale statystycznie masz małe szanse na
dokonanie przełomu.

— Jestem skłonny się zgodzić. Ale najlepsze jest
wciąż przed nami, bo najlepsze osiągnięcia ma się w okolicach
trzydziestego drugiego roku życia.

— Statystycznie — dopowiedziałem.

— Oczywiście, że statystycznie. Matematyka trochę
przypomina sport. Z innymi naukami jest inaczej, bo doświadczenie daje
bardzo wiele. W naukach ścisłych liczy się bardziej twoja bystrość niż
oczytanie, które dość szybko można nadrobić.

— Przynajmniej mając już podłoże. Bo jest
przecież ten pierwszy okres robienia doktoratu, w którym głównie się
czyta, czyta i czyta. Dopiero potem jesteś w stanie podjąć pracę twórczą.

— Tak, na szczęście obaj mamy już ten etap za
sobą — uśmiechnął się.

— O tak, choć doczytywanie nigdy się nie kończy,
bo wciąż pojawiają się nowe prace i nowe odkrycia.

— Taką drogę wybraliśmy.

— Czasami miewam wątpliwości. Jest tyle
prostszych zajęć. Biznes jawi mi się jako aktywność zupełnie niewymagająca
w porównaniu do trudów zajmowania się badawczo matematyką.

— Pewnie, łatwiej jest inwestować, tworzyć firmy,
zarządzać, niż zajmować się formułą śladu — roześmiał się.

— Ty takich myśli nie miałeś?

— Miałem, ale chcę skończyć to, co zacząłem —
doktorat. Niewiele mi zostało. Potem będę myślał na nowo. Wątpliwości
przychodzą do mnie również co jakiś czas, bo widzę znajomych, którzy
zrezygnowali — poszli do korporacji lub pootwierali własne firmy — i na
dobre im to wychodzi.

— A może sprawiają tylko takie wrażenie? —
zapytałem.

— Może, ale trudno jest to ocenić. To był tylko
przykład. Sam powinienem zdecydować, czym zajmować się w życiu, co sprawi
mi największą radość i mnie najbardziej rozwinie. Praca powinna być
przyjemna. Mogę zrezygnować z gratyfikacji finansowej, ale nie chcę tkwić
po wiele godzin w pracy, której nie lubię.

— Tu znowu się zgadzamy. Moim problemem jest to,
że interesuje mnie zbyt dużo. Świat jest naprawdę niemożliwie piękny i
oferuje nieskończenie wiele możliwości. Chcę wszystkiego.

— A nie możesz.

— Nie mogę. Muszę wybrać. Jest to trudne, ale
jakże fascynujące! Zastanawiam się nad własnym życiem w perspektywie
wieczności. Kim chciałbym się stać w wieczności? Jak tego dokonać?
Odpowiadając na to pytanie, stawiam sobie pytania o bliższe cele. Wyznaję
metodę małych kroków. Duży sukces to lawina małych sukcesów. Liczy się
regularność i nieustanna wola działania.

— Te cechy zdaje się, że masz.

— Tak sądzę.

— Ale skromności ci brakuje — roześmiał się.

— Tylko czasami — uśmiechnąłem się. — Nie lubię
się chwalić i w większości milczę. Czasem tylko wspominam o swoich
osiągnięciach. Z tobą jednak jestem szczery i cieszę się, że mogę być.

— Jest mi miło.

— Wracając do tematu, planuję jednocześnie na
tydzień, miesiąc, rok do przodu. Im odleglejsza data, tym plany są mniej
wyraźne. Dopuszczam spontaniczność i nieoczekiwane zdarzenia.

— To dobrze, bez tego życie byłoby przeraźliwie
nudne.

— W ten sposób życie jest pełniejsze i bogatsze w
doświadczenia.

— Na pewno. Zamykając kolejne pudełka tej
szkatułkowej rozmowy, chciałem ci doradzić, byś na razie nie rezygnował z
matematyki. Zrobisz jak uważasz, ale do tych trzydziestu paru lat
powinieneś wytrzymać. Zdążysz jeszcze zbić majątek, dokonać wielkich
rzeczy także, ale matematyka jest wybredna. Bardzo trudno ci będzie
wrócić, jeśli teraz się z nią rozstaniesz.

— Zdaję sobie z tego sprawę i dziękuję za radę.
Nie zamierzam rezygnować z matematyki. Naprawdę ją kocham i nie wyobrażam
sobie życia bez niej. Najważniejszym pytaniem jest, jakie obrać proporcje. Na co poświęcać gros czasu? Na razie mam
odpowiedź. Większość czasu będę poświęcał matematyce — do wspomnianego
przez ciebie wieku. Potem zdecyduję na nowo, gdy zobaczę, dokąd ta droga
mnie doprowadziła.

— Słusznie, myślę, że to doprowadzi cię do
najlepszych rezultatów. Nie warto przerywać w połowie. Poświęciłeś dużo
czasu na karierę naukową — spojrzał na zegarek. — Słuchaj, będę już musiał
uciekać.

— Dobrze, masz czas w przyszłym tygodniu?

— Tak, jeszcze się domówimy, ale możemy wstępnie
ustalić spotkanie na taką samą porę jak dzisiaj.

— Idealnie. Do zobaczenia.

— Cześć.

Podaliśmy sobie dłonie na pożegnanie i poszliśmy —
każdy w swoją stronę.

JA I

Uwielbiam spotkania z ludźmi. To uwielbienie zrodziło
się we mnie dopiero kilka lat temu. Jako dziecko preferowałem samotność,
bawiąc się najlepiej we własnym towarzystwie — z wyjątkiem dla piłki
nożnej. Ale poza sportem czas spędzałem czytając bądź grając na
komputerze. Ostatnia aktywność pomogła mi rozwinąć znakomitą wyobraźnię,
dzięki której widzę plastycznie opisywane sceny. Jak szybko rozpierzchło
się dzieciństwo w mrokach niepamięci! Z tamtych chwil nic mi nie zostało.
Jestem dojrzały pierwszą młodością. Mam dwadzieścia siedem lat.

Wciąż za mało wykorzystuję dany mi czas. Chcę pełni!
Chcę czuć intensywność, chcę żyć całkowicie i do ostatka. Myślę o
możliwościach, jakie stoją przede mną. Jest ich nieskończenie wiele —
które mam wybrać?

Jak mam pisać powieść? Czym chcę, żeby była?
Strumieniem, który ze mnie wypływa, uzupełnieniem mojego dziennika, który
prowadzę już od kilku lat i zamierzam prowadzić do śmierci? Chcę, by była
tym wszystkim, czym nie są moje wiersze, dziennik, matematyka. Chcę, by ta
powieść, te kilka słów, były pomnikiem, który wystawię swojej młodości.
Oto byłem ja, tym się zajmowałem, o tym myślałem. W swojej codzienności pragnąłem
być szlachetny i wzniosły. Miałem ambitne plany. Młodość
przypominała wznoszenie katedry. Kolejne rusztowania, kolejne piętra,
wciąż wyżej i wyżej. Nie chcę kończyć tych starań. Chcę wciąż więcej i
bardziej. Bardziej żyć, prawdziwiej, do ostatka. Chcę poznać wszystko, co
życie może mi dać. Chcę moją młodość zmęczyć doświadczeniami, chcę
patrzyć, jak ledwo nadąża za moją duszą. Pragnę absolutnie wszystkiego.
Nie mogę się zatrzymać w pół drogi. Oto jest moja wędrówka. Za każdym
szczytem czeka kolejny szczyt. Wspinaczka nie ma końca. Ta powieść ma być
jak moja młodość — nieskończona i wieczna. Jeśli nie jestem w stanie
zatrzymać czasu, zatrzymam choć słowa. Będę się na starość wpatrywał w
ukryte znaczenia, które zostawiłem. Wiele z tych zdań wypełni się sensem,
który obecnie pozostaje ukryty, skryty przyszłością. Życie przyniesie mi
zdarzenia, które zapełnią te strony dodatkowymi znaczeniami. Na równi z
moją przeszłością i teraźniejszością te strony zawierają moją przyszłość.
I mimo że chodzi wyłącznie o mnie — moje „ja”, moją duszę, moje serce — to
przekaz tej powieści jest uniwersalny. Jestem prefiguracją każdego
ludzkiego losu, każdej młodości. Jestem każdym człowiekiem, który istniał
i który dopiero zaistnieje. Moje „ja” to wszechświat, moje człowieczeństwo
to człowieczeństwo ogółu.

Piszę powieść, by zostawić swój głos. Jestem młody, a
więc pyszny, dumny, pewny siebie. Jestem młody, a więc chcę nieustannie
nowego, staram się, upadam i powstaję. Chcę to wszystko schwytać i zamknąć
w słowa na zawsze. Ta powieść jest świadkiem moich zmagań. Oddać to, co
mnie tworzy, czym żyję, czego pragnę. Życie jest najwspanialszą przygodą,
najpiękniejszą opowieścią.

Jestem obecnie w Oksfordzie, wśród blisko
tysiącletnich murów. Jest dzień moich dwudziestych siódmych urodzin.
Zastanawiam się nad przeszłością i przyszłością. Myślę o tym, kim się
stałem, co osiągnąłem, do czego dążę. Jestem zadowolony, bo moje działania
spotykają się z aprobatą. Spełniam się. Mam wielu znajomych i kilku
przyjaciół. Mam z kim rozmawiać na każdy temat. Jestem zanurzony w
kulturę, sztukę i życie towarzyskie. Mimo to nieustannie słyszę podszepty
duszy: „Możesz więcej! Mylisz się, myśląc, że wykorzystujesz swoje
talenty. Możesz więcej! To, do czego doszedłeś, to nic. Jesteś w stanie
pójść znacznie dalej. Jesteś w stanie osiągnąć rzeczy, o których nawet nie
śnisz, że są możliwe. Spójrz na to, gdzie jesteś. To nic, które masz i
którym jesteś, to nic jest jednak czymś godnym pozazdroszczenia. Ty wiesz,
że to jest prawdziwie nic. Inni mogą cię podziwiać, lecz ty wiesz, że to
nie kosztowało cię wiele. Wielokrotnie się przede mną przyznawałeś wszak —
jestem niczym. Tak, jesteś! Jesteś niczym, ale możesz być wszystkim. Twój
potencjał nie ma granic. Pójdź za mną, zanurz się w życie, które ci
pokazuję, pracuj, a to nic, które osiągnąłeś, stanie się wszystkim.
Popatrz na swoją przeszłość. Czy doszedłbyś tu, gdzie jesteś, bez pracy?
Wiesz, że nie. Mimo to zmieniłeś się w ostatnich latach. Te pierwszych
kilka sukcesów zabiło w tobie głód pełni. Już nie chcesz nic udowadniać.
Masz rację — inni ludzie nie są istotni. Ale ja jestem! Przede mną
odpowiadasz i mi musisz udowodnić, że jesteś mnie warty. Tylko mi! Widzę
każdy twój krok, znam każdy twój plan. Widzę twoje możliwości i dlatego
wymagam. Nie jesteś jak inni. Jesteś wyjątkowy. Ja jestem wyjątkowa.
Otrzymując mnie, otrzymałeś wieczność, której sobie nie wyobrażałeś.
Przyjmując mnie z pierwszym tchnieniem, dostałeś płomień, który nigdy nie
gaśnie. Mylisz się, twierdząc, że to twoja młodość rozpala cię. Ja jestem
ogniem, który w tobie płonie. Ja jestem pragnieniem świata. Ja jestem w
tobie tą esencją nieskończoności i nieśmiertelności, którą czujesz w sobie
tak wyraźnie. Teraz, gdy jesteśmy szczerzy, nie pozostaje ci nic innego,
jak mnie posłuchać. Pójdź za mną, a znajdziesz skarby, o których nie
marzył żaden z dawnych królów. Chyba rozumiesz już teraz, że ja jestem
wszystkim. Nie odniesiesz żadnej korzyści, choćbyś cały świat zdobył, a
mnie zostawił obojętnie. Lecz ze mną zdobędziesz każdy ze światów. Nikt i
nic cię nie powstrzyma. Pójdź za mną, a poznasz prawdziwą władzę i
potęgę”. Słyszę ją codziennie. Mówi do mnie, gdy jesteśmy sami. Snuje
przede mną plany, nim usnę. Opowiada mi o dawnych czasach. Mówi o tym,
czym była, gdy jeszcze się nie narodziłem. Słucham uważnie.

Za moją pierwszą powieścią będę tęsknił jak za
pierwszą młodością. Jej pisanie będzie mi niczym pierwsze pocałunki. Czas
płynie. Tempus
fugit. Gdy czytam Horacego czy Tacyta, zdaję
sobie sprawę, jak szybko odejdę. To życie, które mam obecnie przed sobą,
jest jak podmuch wiatru. Jestem jak trawa, jak wiosenne kwiaty, jak liście
na drzewach. Chcę być kometą na nieboskłonie ludzkości. Przeminę, lecz
zostawię za sobą piękny ślad. Istniałem. Miałem piękne, bogate życie. Oto
chwila, która jest wiecznością.

FRANEK I

Zaprosiłem Franka do siebie. Uwielbiam go. Jest moim
przyjacielem od czasów licealnych i od tamtego okresu widujemy się
regularnie. „Regularnie” to może zbyt duże słowo wobec moich ciągłych
wyjazdów, ale z pewnością spotykamy się często. Rozmawiamy o wszystkim.
Zresztą czy nie ze wszystkimi rozmawiam o wszystkim? Ale z Frankiem to
wszystko bardziej się uosabia.

Usiadł na kanapie i poczęstowałem go herbatą.

— To jak tam biznesy? — powiedział z przekąsem i
uśmiechem.

— W porządku — roześmiałem się. — Będzie dobrze,
grafik i programista już są. Myślę, że w przeciągu miesiąca będą już
pierwsze efekty.

— A to świetnie, powodzenia! — uśmiechnął się.

— A co, Franku, u ciebie? Jak warsztaty, które
prowadzisz z dziećmi?

— Dziękuję, dobrze.

— A warsztaty? — uśmiechnąłem się.

— Już się skończyły. Może poprowadzę kolejne, ale
jeszcze nie teraz.

— To co teraz robisz?

— Śpiewam, pomagam tacie.

— Rozwijasz się?

— Można tak to nazwać. Mam kilka pomysłów na
zarabianie pieniędzy i chcę je wypróbować.

— Świetnie! A co u Kingi?

— A w porządku, dziękuję — roześmiał się.

Franek jest lakoniczny w mowie i nim przejdziemy do
głębszego dialogu, dokonujemy wymiany prostych zdań, ślizgających się po
powierzchni. Nie lubi opowiadać o sobie i długo go muszę nakłaniać do
tego, by powiedział mi w końcu, czym zajmował się, odkąd ostatni raz się
widzieliśmy. Choć właściwie nigdy nie udało mi się tego do końca ustalić.
Rozmowy nasze z początku często oscylują wobec zdrowia i pogody. Często
wymieniamy się spostrzeżeniami o kulturze — ja mówię Frankowi o ostatnio
przeczytanych przeze mnie książkach, on opowiada mi o operach i filmach.
Od słowa do słowa, dialog w końcu zaczyna skupiać się na głębszych
treściach. Nie znaczy to oczywiście, że zdrowie czy pogoda nie są
istotnymi kwestiami!

— Ostatnio chodzi mi po głowie inny pomysł —
zacząłem.

— Jaki?

— Chcę napisać powieść. Coraz częściej przychodzą
do mnie sceny, aktorzy, dialogi.

— O czym będziesz pisał?

— O życiu, o tym, czego doświadczam, i w jaki
sposób świat staje się we mnie.

— Masz na to czas?

— Zamierzam pisać w czasie wolnym, wykorzystać te
trzydzieści minut, które zdarza się w czasie pomiędzy, kiedy nie masz już
siły na nic. Albo nie, zamierzam wstawać rano każdego dnia i pisać — Franek
się uśmiechnął. — No dobrze, prawie każdego.

— Życzę powodzenia — odpowiedział.

— A dziękuję! Przyda się. Nie tylko dlatego, że
jestem dyletantem. Także dlatego, że nie wiem, na co się porywam. Nie
wiem, co z tego wyjdzie, jaki będzie efekt, jaki odbiór, czy napiszę
cokolwiek wartościowego. Wiesz, lubię prowadzić dziennik, ale to co
innego. Dziennik to krótkie zdania, błyskotliwe sformułowania raz
dziennie. Tutaj zaś muszę się starać cały czas. Powieść będzie rozgrywała
się w dialogach. Dialogach, które nie mogą być sztuczne, bo, widzisz,
pragnę oddać to, kim jesteśmy. Ten unikalny punkt w czasoprzestrzeni,
który zajmowaliśmy. Dla mnie sztuka jest uzupełnieniem mojej osobowości i
jej naturalną ekspresją. Odnajduję się w literaturze, w pisaniu, bo chcę
oddawać swoje myśli — tak w rozmowie, jak i na papierze. Chcę się dzielić
i móc o tym dyskutować. W tym znajduję piękno człowieczeństwa.

— Więc głównie zajmujesz się sobą?

— Tak, czy mogę poznać cokolwiek innego lepiej? —
uśmiechnąłem się.

— Nie — odpowiedział Franek. — Masz rację. Dla
mnie, gdybym nie został nauczony inaczej, nie istniałoby nic poza tym, co
tu i teraz. Czas przeszły niemalże nie istnieje, przyszły tym bardziej.
Stąd to, że próbujesz określić to nasze obecne „teraz” jest chlubnym
zadaniem. Ciekaw jestem, co z tego wyjdzie. Podjąłeś już pierwsze kroki?

— Tak jak ci już wspomniałem, przychodzą do mnie
różne sceny. Wyrzekam się fabuły, która wiedzie czytelnika od wydarzenia
do wydarzenia. Chcę życia. Życia, które każdy z nas odczuwa głęboko przez
swoją młodość. Jak zapisać inaczej ten gąszcz doświadczeń, jak nie w
formie dialogu? To cały czas czynimy — spotykamy się i rozmawiamy. Ja
opowiadam ci o sobie, ty mówisz mi o sobie. Konstruujemy wspólną
przestrzeń. Do tego dochodzą proste rzeczy — idziemy na piwo, spacerujemy
po Warszawie. To wszystko tworzy naszą codzienność, która jest unikalna, a
jednocześnie dokładnie taka, jak codzienność wszystkich innych ludzi. Czy
da się odmalować życie pisaniem? Jaki styl obrać? Wiesz, czuję się trochę
jak malarz przed płótnem. Mając za sobą całą wspaniałą historię malarstwa,
mogę wybrać styl, który mi odpowiada. Jednocześnie chcę stanąć w opozycji
do sztuki współczesnej, do tego wielkiego „nic”. Marzę o powrocie do
czasów bardziej oświeconych, w których ceniono dobry gust.

— To może stać się twoim problemem w przyszłości,
gdy już skończysz powieść. Myślisz, że ludzie będą chcieli ją czytać? Czy
nie wybiorą raczej kolejnego „bestsellerowego pisarza”? Bo wątpię, byś
celował w podobne „dzieła”. Czytelnik masowy cię nie interesuje.

— Masz rację, Franku. Chcę się raczej zwrócić do
ludzi podobnych nam. Nie wiem, ilu ich jest. Jasne, że chcę być czytany.
Po cóż innego pisać? Uderzasz w dobry punkt. Chciałbym być dobrze
odbierany i oceniany. Chciałbym być literacko rozpoznawalny. Oto paradoks.
Jak być masowym inteligentnie? Wracając do malarzy, to trochę jak próba
namalowania tysięcy obrazów przy zachowaniu najwyższego poziomu. Bardzo
rzadko się udaje, ale się jednak udaje, co pokazuje przykład Rubensa.

— Nie uważasz, że problemem w odbiorze może być
twój język? Gdy mówisz, używasz miejscami języka podniosłego, więc
wyobrażam sobie, że twój styl pisania będzie jeszcze wyższy. Czy to nie
będzie suche, zniechęcające?

— Zależy. Zgadzam się z tobą, że mam na sobie
wiele językowych gorsetów. Nie mogę się rozluźnić. Nie potrafię na
przykład zapisywać przekleństw z czystym sumieniem. Szkopuł więc w tym, by
uczynić mój podniosły, „napuszony” język znośnym przez inne zabiegi.

— Jakie? — przerwał mi Franek.

— Przez dynamizm na przykład. Stąd dialogi,
urywane zdania. Rozmowy, które zaczynają się powoli, by dopiero przejść do
tego, co mnie najbardziej interesuje, do samej rzeczywistości w jej głębi.
Jak u Platona. Uczta zaczyna się od tego, jak bohaterowie wspominają, że zbyt
dużo wypili ubiegłej nocy i dzisiaj nie chcą tego powtarzać. To jest punkt
wyjścia do ich filozofowania. To samo chcę zrobić w swojej powieści.
Wychodząc od prostych sytuacji, tego, jak żyjemy, od kawiarnianych
spotkań, od wyjść na miasto, spacerów, obiadów do rozmów głębokich.

— Ale będziesz poetyzował?

— Pewnie. Uwielbiam młodość i życie, które
otrzymałem. Radość jest dla mnie naturalna. Nie potrzebuję się o nią
starać. Wystarczy, że zacznę ją wyrażać tak, jak do mnie przychodzi. Ale
jeśli pytasz o to, czy będę wymyślał sytuacje i bohaterów, to odpowiedź
jest podwójna. Bohaterami będziecie wy, przyjaciele i znajomi. Ludzie, z
którymi rozmawiam bądź rozmawiałem. Dialogi będą wymyślone, choć punktem
wyjścia będą prawdziwe dialogi, które odbyliśmy.

— Tak jak teraz rozmawiamy, nie rozmawialiśmy
wtedy u ciebie.

— Masz rację, ale zarys tej rozmowy był podobny.
Starałem się przedstawić ci to, co myślę o mojej powieści i dlaczego chcę
ją napisać. To też oddaję tutaj. Papier ma to do siebie, że mogę wracać do
raz napisanych słów, poprawiając zdania, skreślając niepotrzebne
wyrażenia. Stąd się będzie brała idealizacja życia w mojej prozie.
Jednocześnie chciałbym oddać to życie prawdziwe. Wiesz, te spojrzenia,
uśmiechy, które wymieniamy, spontaniczne żarty, z których wspólnie się
śmiejemy. Albo to, że teraz patrzysz za okno czy w kubek z herbatą, który
jest przed tobą. To wszystko składa się na piękno życia, na codzienność,
która w swojej pełni wymyka się słowom. To jest piękne — nie mogę oddać
życia takim, jakim jest naprawdę, ale mogę odmalować obraz tego, jak sam
odbieram życie. Choć i to tylko w zarysie. Pisanie jest jak malarstwo, a
zdania jak kładzione impasty. Rzucam farby, patrzę na otrzymany kształt i
poprawiam, cyzeluję aż do otrzymania zadowalającego efektu. Styl pisania
jest zgodny z moim charakterem, ale nie jest mną. Dlatego nie oddaję
rzeczywistości takiej, jaką jest naprawdę. Oto staję się sam dla siebie na
nowo na kartach powieści, tak samo jak stwarzam na nowo każdego z was.

— Pięknie, pięknie, mam nadzieję, że dobrze wyjdę
— zaśmiał się.

— Pewnie — zmrużyłem oczy w uśmiechu.

— Skoro chcesz oddać życie, to co z nudą? —
zapytał ironicznie.

— I ona znajdzie swoje miejsce. Widzisz, rozmowy,
które odbywamy, czasem są porywające, a czasem nas nudzą i męczą. To
zależy od konkretnego dnia, od poruszanych tematów. Moja powieść będzie
taka sama. Czasami będziesz miał jej dość, bo znużą cię powtórzenia,
płytki small talk, zbyt częste zmiany. Wątpię, bym w powieści mógł osiągnąć
doskonałość każdego zdania. Nastawiam się na efekt całości, choć
oczywiście będą również znakomite fragmenty. Rzecz w tym, że nie jestem
tego w stanie teraz przewidzieć ani nawet z góry napisać. Piszę, bo czuję
wewnętrzny imperatyw. Również tematy są mi narzucone. Nie mam wyboru.
Decyduję dopiero po fakcie, widząc słowa na papierze. Wtedy mogę skreślać
i zmieniać to, co mi się nie podoba.

— To i tak wiele. W prawdziwym życiu nie możesz
tego zrobić. Konsekwencje twoich czynów są wieczne.

— Brzmi jak predestynacja i brak możliwości
uzyskania przebaczenia — roześmiałem się.

— Nie, nie — mam na myśli to, że nie jesteś w
stanie niczego wykreślić.

— Wiem, wiem. Droczę się tylko z tobą. Dlatego
dobrze pisać jest łatwiej, niż dobrze żyć. W życiu masz tylko jedną
szansę.

— Nic dwa razy się nie zdarza — uśmiechnął się.

— Dlatego każda chwila jest wyjątkowa —
powiedziałem. — Ale jedno jest podobne w życiu i pisaniu.

— Tak?

— Trud. Jeżeli chcesz tworzyć, wcześniej czy
później odczujesz znój pracy. Będziesz miał dość, choć jednocześnie będzie
ci towarzyszyła świadomość, że jeśli teraz się wycofasz, wszystko
przepadnie.

— Jedna szansa.

— Tak, możesz skreślać słowa do woli, ale nie
możesz ich do woli stawiać na papierze. Musisz czekać na natchnienie i
jeżeli ono w końcu przyjdzie, musisz usiąść i do końca go użyć, pisząc
zdanie po zdaniu. To jest chyba właśnie mozół pracy pisarza. Czasem bywa
to bolesne.

— Cóż, jak z każdą pracą, którą lubisz. Tak samo
działają spotkania z ludźmi. Popatrz na nas. Uwielbiamy ze sobą rozmawiać,
ale nie wytrzymalibyśmy ze sobą bez przerw. Przychodzi moment, kiedy mamy
siebie dość i rozstajemy się, by umówić się na kolejne spotkanie w innym
czasie.

— Czasem są takie rozmowy, których masz dość, są
bolesne, ale masz świadomość, że powinieneś doprowadzić je do końca. One
także budują prawdziwe relacje. Gdy pojawia się problem między dwiema
osobami, nie warto go zbywać milczeniem.

— Nie warto też analizować go do końca.

— Tak, mam tendencję do tego drugiego właśnie.
Cóż, złoty środek. Wierzę, że gdy podejdzie się z życzliwością i
szczerością do drugiej osoby, osiągnie się kompromis. Jeśli oboje macie
taką postawę i jesteście odpowiednio otwarci — powiedział. — Lecz czasem
warto przemyśleć, czy nie lepiej przemilczeć problem. Jeśli na przykład
zajmujecie skrajne stanowiska polityczne, to jestem przekonany, że lepiej
powiedzieć mniej niż więcej.

— Rozumiem twój punkt widzenia, ale ja bym dalej
próbował dialogu. Delikatnego i subtelnego. Warto rozmawiać. Warto się
mierzyć z innością, aby poznać lepiej świat i siebie. Nie jesteśmy od
siebie aż tak różni. Mówię tu o ogóle ludzkości. Pewne rzeczy są globalnie
uznawane za wartość — życie, pokój, miłość.

— Interpretacja się różni.

— Tak, i o tej interpretacji warto dyskutować.
Dialog jest podstawą dobrze działającego społeczeństwa obywatelskiego.
Polityka także powinna opierać się na dialogu. Obecnie w polityce jest go
za mało. Te podziały na prawicę i lewicę tylko ograniczają możliwość
porozumienia i wypracowania linii wspólnego działania. To błąd moim
zdaniem. Wracając do samego pisania…

— Tak?

— Chcę oddać czasy, w których żyjemy.

— Dlaczego? Wydają ci się wyjątkowe?

— Tak. Nie tylko dlatego, że technologicznie
dokonał się w ostatnich pięćdziesięciu latach przełom, który zmienił
funkcjonowanie ludzi w społeczeństwie. Pomyśl, są media społecznościowe,
telefony komórkowe, internet i możliwość bycia w kontakcie cały czas z
każdym człowiekiem na ziemi.

— Zgadzam się, że to jest zdumiewające.

— Żyjemy w czasach olbrzymiej zmiany. Nie mamy
absolutnie pojęcia, co stanie się dalej. Co będzie za kolejne pięćdziesiąt
lat? Nikt nawet nie stawia hipotez. Najbliżej prawdy zdają się być pisarze
science fiction. Chcę popatrzyć na ten czas jak kronikarz. Opisać, ale
poprzez samych ludzi, przez sposób rozmowy, przez zainteresowania. Chcę
oddać absolutnie wszystko: społeczeństwo, politykę, literaturę, naukę,
technologię, kwestie materialne i duchowe, psychologię. Chcę dać obraz
świata, który istniał i który był naszym udziałem, a który już być może
nigdy nie będzie taki.

— Nic dwa razy się nie zdarza — uśmiechnął się.

— Właśnie, więc i szansę mam tylko jedną. Teraz
albo nigdy. To jest doskonały moment. Ta powieść nie była możliwa
wcześniej i nie będzie możliwa później. Ona tkwi w Teraz, a jednocześnie
jest uniwersalna; uniwersalna w mowie o wartościach, które nie zależą od
konkretnych czasów.

— Natura ludzka jest stała.