Strona główna » Kryminał » Droga do Little Star

Droga do Little Star

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-954645-1-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Droga do Little Star

Jest rok 2045. Po serii katastrof naturalnych, spowodowanych zmianami klimatycznymi i ludzką interwencją, większość życia na Ziemi uległa zniszczeniu. W miejsce Stanów Zjednoczonych powstało militarystyczne państwo o nazwie Federacja Północna, które dąży do uzyskania kontroli nad pozostałymi zasobami ziemskimi za pomocą konfliktu zbrojnego, zwanego potocznie wojną o zasoby. Narratorem książki jest Victor „Vortex” Cresta, trzydziestosiedmioletni policjant i były zawodowy bokser, który przechodzi kryzys – po czterech latach związku odchodzi od niego żona, w pracy też nie układa się najlepiej. Pewnego dnia Victor otrzymuje od dawno niewidzianego przyjaciela z dzieciństwa list z wiadomością o śmierci ojca i decyduje się wrócić do rodzinnego miasteczka po dwudziestu jeden latach nieobecności, z nadzieją na odpoczynek od problemów i poukładanie życia na nowo. Nie ma jednak pojęcia, że w Little Star będzie musiał zmierzyć się z niebezpieczeństwem, na które nie jest przygotowany... Droga do Little Star to powieść łącząca w sobie cechy thrillera psychologicznego, kryminału noir, powieści drogi, a nawet westernu. Porywająca historia o poszukiwaniu swojej tożsamości i miejsca na świecie, odwadze i znajdowaniu w sobie siły w obliczu przeciwności.

Polecane książki

Imigracje to opowieści o różnych wymiarach obcości. Życie w Stanach Zjednoczonych, indyjskie wesele, turystyczna wycieczka do Turcji. Azjatycka drag queen, ekscentryczny ojciec, osamotniona i zamknięta w swoim świecie emigrantka. Obsesje, depresje, rozmaite odcienie zagubienia i niedostosowania. Spo...
„Ptaki oceanów. Piętnaście lat później” to fascynująca opowieść kapitana Romana Paszke o okołoziemskich regatach The Race 2000. Przeplatają ją barwne wspomnienia – od budowy pierwszych jachtów hi-tech w Polsce, przez nierówną walkę ze światową czołówką regatową i pierwsze sukcesy w wyścigach, aż po ...
  Zeszyty historyczne – broń II wojny światowej 42 rodzaje oręża. Mamy tu oręż od pistoletów maszynowych po lotniskowce. Obok samolotów oraz czołgów niemieckich – również brytyjskie, amerykańskie i sowieckie. Przedstawiamy nie tylko narzędzia bezpośredniego zadawania śmierci, ale też urządzenia w t...
Historia pewnego rozwodu to relacja trzydziestoparolatka, który dowiaduje się, że kobieta, którą poślubił przed 16-tu laty z wielkiej miłości i wiązał z nią swoją przyszłość do końca życia, z którą ma dwie fantastyczne córki, toczy z nim niezrozumiałą rozgrywkę bez względu na koszty, nie oszczęd...
Wiersze z początku pisane były tylko do szuflady. Ten skromny tomik jest zbiorem przemyśleń, obserwacji, wielu rozmów, ale przede wszystkim skrywanych i bardzo osobistych uczuć....
Z jakimi daniami obcokrajowcy kojarzą tradycyjną kuchnię polską? Najczęściej wymieniają bigos, barszcz czerwony, gołąbki, pierogi i kopytka. My, Polacy, często zapominamy o tych daniach, inspirujemy się obcymi kuchniami, potrawami, które są aktualnie popularne czy modne. Jednak czasem warto wrócić d...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Zuzanna Wittner

Spis treści
CZĘŚĆ I. N-CITYROZDZIAŁ IROZDZIAŁ IICZĘŚĆ II. LITTLE STARROZDZIAŁ IIIROZDZIAŁ IVROZDZIAŁ VROZDZIAŁ VIROZDZIAŁ VIIROZDZIAŁ VIIIROZDZIAŁ IXROZDZIAŁ XROZDZIAŁ XIROZDZIAŁ XIIROZDZIAŁ XIIIROZDZIAŁ XIVROZDZIAŁ XVROZDZIAŁ XVIROZDZIAŁ XVIIROZDZIAŁ XVIIIROZDZIAŁ XIXROZDZIAŁ XXCZĘŚĆ III. KOJOTROZDZIAŁ XXIROZDZIAŁ XXIIROZDZIAŁ XXIIIROZDZIAŁ XXIVEPILOG

Dla Z.Z.

I’m

Człowiek nie

ROZDZIAŁ I

Moją pierwszą reakcją na wieść o śmierci ojca była ulga.

Pomyślałem, że spoko, pojadę do Little Star na pogrzeb i dzięki temu wreszcie trochę odpocznę od swojego cholernego życia. Rzecz jasna, wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że dzięki tej decyzji właduję się w straszne gówno. Ale gdybym wiedział, że się przewrócę, to bym usiadł, nie?

Odłożyłem list na stół. Rzecz jasna w takich sytuacjach możliwość odpoczynku od życia nie powinna być pierwszą rzeczą, która przychodzi ci na myśl. Nie wtedy, gdy dowiadujesz się, że zmarł twój ojciec, którego nie widziałeś od wielu lat, i teraz masz jechać do zabitej dechami dziury na Południu, żeby się z nim odpowiednio pożegnać. Skoro nie starczyło ci już przyzwoitości, żeby go przez ten czas przynajmniej odwiedzić.

Miałem ochotę zapalić papierosa. Niech to wszyscy diabli.

Od dawna próbowałem rzucić palenie, na ogół z marnym skutkiem. Teraz właśnie nadszedł jeden z tych momentów, gdy po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że się nie powstrzymam. Potrzebowałem tego. Potrzebowałem nie tyle trucizny w płucach, ile rytuału związanego z zapalaniem fajek, utrzymaniem ich w palcach pomimo drżenia rąk, powolnym wypuszczaniem dymu z ust i obserwowaniem, jak tworzy w powietrzu różne kształty, zanim się rozwieje. Taki rytuał pozwalał czymś się zająć, odwrócić na chwilę uwagę od kołowrotu obsesyjnych myśli.

Ponieważ nie miałem w domu żadnych papierosów, przez chwilę grzebałem w szufladzie komody w poszukiwaniu karty, na której rejestrowało się punkty pozwalające nabywać towary reglamentowane przez rząd – takie jak alkohol czy papierosy właśnie. Nie miałem pojęcia, ile dokładnie punktów znajduje się na moim koncie, ale to nie było istotne. Wcisnąłem małą kwadratową kartę do kieszeni spodni, włożyłem buty i wyszedłem.

Na zewnątrz było duszno, lepkie powietrze wciskało się do płuc, zmuszając je do jeszcze cięższej pracy niż zwykle. Przystanąłem na chwilę na chodniku. Nie potrafiłem się zdecydować, w którą stronę pójść. Przypatrywałem się w zamyśleniu mijającym mnie przechodniom i samochodom. Od czasu do czasu obok mojej głowy przelatywały policyjne drony. Nienawidziłem tych małych latających gówien. Ich bzyczący dźwięk doprowadzał mnie do szału, jak zepsuta jarzeniówka migocząca idiotycznie pod sufitem na korytarzu szpitala albo urzędu.

Na dole kamienicy znajdował się sklep spożywczy, w którym dawniej wybijano szybę średnio raz na tydzień. Początkowo za każdym razem wzywano mnie, pewnie dlatego, że byłem najbliżej. Wystarczyło zejść trzy piętra po schodach i już mieli glinę na miejscu. Jednak za którymś razem właściciel sklepu po prostu dał sobie spokój ze zgłaszaniem i zakleił wybitą szybę kartonem. Wówczas włamania ustały.

Wymieniłem punkty na pięć paczek papierosów. Kupiłem też dwie butelki wina. Miałem poczucie, że muszę mieć pod ręką wszystko, co pomoże mi przetrwać. Stałem przed półkami z alkoholem przez całą wieczność, próbując stłumić narastające uczucie paniki, jak gdyby od tego, co wybiorę, miało zależeć czyjeś życie. Rzadko kupowałem wino, ale wiedziałem, że w tej sytuacji potrzebne mi będzie coś trochę mocniejszego niż piwo. Piwo pije się dla relaksu po ciężkim dniu. Wino – najlepiej w ilościach hurtowych – pije się wtedy, gdy twoje życie zaczyna się walić. Okej, to się zgadzało. Pije się je także wtedy, gdy chcesz znaleźć odpowiedzi na jakieś pytania. Jednak miałem przeczucie, że na dnie butelki raczej tych odpowiedzi nie znajdę.

Chłód i półmrok panujące wewnątrz sklepu przynosiły ulgę. Moja skóra przypominała papier ścierny.

– Coś jeszcze? – zapytał ponuro sprzedawca, pakując moje sprawunki do brązowej papierowej torby. Jego twarz była szarawa i zarośnięta, wyglądał, jakby nie spał od tygodnia. Witamy w klubie, pomyślałem.

– Nie, dzięki. – Zacisnąłem palce na uchwytach torby. – Miłego wieczoru – dodałem.

Sprzedawca prychnął pogardliwie, jak gdybym powiedział coś skrajnie idiotycznego. Patrzył na mnie spode łba. Nagle zdałem sobie sprawę, że nigdy przedtem go nie widziałem. Mógł zostać niedawno zatrudniony, a mimo to sprawiał wrażenie, jak gdyby siedział w tym sklepie od czasów paleolitu. Zwalczyłem w sobie chęć, żeby sprawdzić, czy nie jest przytwierdzony na stałe do podłogi i porośnięty pajęczynami.

To miasto. To ono w ten sposób działało na ludzi. Każdy był obcym, wrogiem.

Wróciłem do mieszkania. W jego przeraźliwej ciszy słyszałem jedynie bicie własnego serca, powolne i pełne wysiłku, jak gdyby niechętne. Zamknąłem drzwi na zamek i kopnięciem zrzuciłem buty. Usiadłem przy stole, położyłem na nim torbę z zakupami i wpatrzyłem się w ścianę. W głowie mi dudniło, oczy piekły.

Myślałem o dniu, w którym widziałem się z ojcem po raz ostatni. Pamiętałem go tak dobrze, jak gdyby to było wczoraj. Stałem wtedy w salonie najeżony jak gotowy do ataku wściekły pies, a stojący naprzeciw mnie tato wyglądał na sfrustrowanego. Przejechał dłonią po twarzy, próbując zachować spokój.

– Czyś ty kompletnie oszalał? Chcesz jechać sam do N-City? Co będziesz robił? Z czego się utrzymasz?

– Poradzę sobie.

– Victor, bądź rozsądny.

– Wszystko jest lepsze niż ta cholerna dziura. Nie będę tu tkwił do końca życia.

– Zastanów się. Skończy się tak, że wylądujesz na ulicy.

– Lepsza ulica gdziekolwiek niż dom w Little Star.

– Chyba nie mówisz poważnie!

– Owszem, mówię!

– Victor… dopiero co straciłem twoją matkę. Nie mogę stracić też ciebie.

I wtedy powiedziałem coś, czego prawdopodobnie będę żałował do końca życia.

– To twoja wina, że ją zabrali. Nic nie zrobiłeś. Oddałeś im ją bez walki.

Odwróciłem się, zarzuciłem torbę na ramię i wyszedłem, trzasnąwszy drzwiami.

Wiem, że w końcu wybaczył mi te okropne, brutalne słowa. Wiem, bo jakiś czas później dostałem od niego list. Ja sam jednak nigdy nie zdołałem do końca wybaczyć ani sobie, ani jemu.

Przeczytałem list od ojca tyle razy, że w końcu nauczyłem się go niemal na pamięć. Złożony w ośmioro i pomięty, wylądował w moim portfelu i wszędzie go ze sobą nosiłem. Od czasu do czasu wyjmowałem go i czytałem ponownie. Napisał do mnie kilka lat po tym, jak opuściłem Little Star. Kartka była zwyczajna, wyrwana z notatnika w kratkę, czarne litery równe i wyraziste, stawiane energicznymi pociągnięciami pióra.

Victor,

próbowałem cię odszukać, żeby się dowiedzieć, czy w ogóle żyjesz. Dostałem Twój adres od Jima – mam nadzieję, że nie masz mu za złe, że mi go dał. Cieszę się, że utrzymujesz z nim kontakt.

Wiem, że winisz mnie za to, że zabrali Jules, i wcale Ci się nie dziwię. Sam też siebie za to obwiniam i wciąż rozmyślam, czy mogłem temu zapobiec. Jeszcze nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie i nie wiem, czy kiedykolwiek znajdę.

Jestem pewien, że świetnie sobie radzisz. Słyszałem, że dostałeś się do akademii policyjnej. Gratuluję. Policjant to dobry zawód, chociaż niebezpieczny. Jednak Ty nigdy nie bałeś się wyzwań. W końcu jesteś synem swojej matki. Masz w sobie jej siłę i odwagę. Jules byłaby z Ciebie dumna. Ja też jestem z Ciebie dumny. Zawsze byłem, chociaż nie mówiłem Ci tego zbyt często. Pewnie to był błąd.

Odezwij się czasem, synu, żebym wiedział, że wszystko u Ciebie w porządku. Chociaż i tak zawsze będę się o Ciebie martwił, bo jesteś moim dzieckiem, a rodzice nigdy nie przestają martwić się o swoje dzieci.

Ray

Ten list sprawił, że najpierw poczułem się jak ostatnia świnia, a potem zalała mnie fala ulgi. Aż do tego momentu nie zdawałem sobie sprawy, jak wielki ciężar dźwigałem przez cały ten czas. Wiele razy próbowałem napisać do ojca o wszystkim, co mi leżało na sercu, ale właściwe słowa nie chciały się układać na papierze. Z listami do Jamesa, mojego najlepszego przyjaciela, który nadal mieszkał w Little Star i pracował jako lekarz, nie miałem tego problemu.

Ojciec dotrzymał obietnicy i pisywał do mnie regularnie, chociaż nigdy nie odpowiadałem. Zbierałem listy od niego do pudełka po butach, które trzymałem na półce w szafie. Obok stało drugie pudełko z listami od Jamesa. Moja jedyna forma kontaktu z domem.

Myślałby kto, że istnieje coś takiego jak poczta mailowa. Po ojcu nawet się nie spodziewałem, że będzie z niej korzystał, ale James to zupełnie inna bajka. Chyba można powiedzieć, że był starej daty, w każdym razie też wolał tradycyjną pocztę. O ile listy od mojego ojca były zwięzłe i jak gdyby trochę niepewne, o tyle mój najlepszy przyjaciel pisywał długie wywody, pełne przemyśleń na wszystkie możliwe tematy. Uwielbiałem czytać jego listy. Czułem się wtedy prawie tak, jak gdyby był obok.

A teraz, po dwudziestu jeden latach od naszego ostatniego spotkania twarzą w twarz, znów się do mnie odezwał.

Tym razem list był krótki, napisany w tonie współczująco-życzliwym, tak bardzo typowym dla Jamesa. Pisał, że mój ojciec zmarł trzy dni wcześniej. Pytał, czy chciałbym przyjechać do rodzinnego miasteczka i się z nim pożegnać. Dodawał też, że sam bardzo chętnie by się ze mną zobaczył. Zakończył dość enigmatycznym dopiskiem: W Little Star sporo się zmieniło. Mamy pewien problem i miałem nadzieję, że ze względu na swoje doświadczenie w pracy będziesz mógł nam pomóc. Nie dzwoń, pogadamy, kiedy przyjedziesz.

List przyszedł w dobrym momencie. Moje życie było pierdoloną stertą gruzu i nie miałem żadnego pomysłu, co robić dalej. James zawsze miał niezłe wyczucie.

Ostatnio spędzałem czas, kuląc się w pozycji embrionalnej i wyjąc jak zwierzę. To właśnie robiłem przez wiele wieczorów, gdy rzeczywistość miażdżyła mnie swoim ciężarem, a chlanie przestawało przynosić ulgę. Kładłem się wtedy w ubraniu na łóżku, w objęciach trzymając ulubioną kurtkę pilotkę z brązowej skóry, i płakałem jak głupi.

Dzięki Bogu, czy ktokolwiek tam siedzi w górze, nikt mnie nie widział. Miałem wrażenie, że coś się we mnie rozsypało. Nie byłem w stanie utrzymać w sobie tych wszystkich emocji, których nagle zacząłem doświadczać. Zalały mnie wielką, bezlitosną falą, nie dając mi żadnych szans.

Płakałem zatem, a gdy się zmęczyłem, zasypiałem. Budził mnie ostry, przenikliwy ból w okolicach mostka. Kilka razy zapomniałem, jak się oddycha. Tonąłem. Ktoś chwycił mnie za serce i próbował je wyrwać bez znieczulenia.

Tak właśnie czuje się człowiek, którego zostawiła żona. Tę kurtkę, którą teraz do siebie przytulałem jak ktoś niespełna rozumu, dostałem od niej.

Nie dziwię się, że mnie zostawiła. Sam też bym siebie zostawił. Monica i tak dość długo wytrzymała. Z czasem zrozumiałem, że odeszła z mojej winy. Jednak wtedy uderzyło mnie to dosyć niespodziewanie i kurewsko mocno, jak gdybym dostał w twarz cegłą.

– Victor, do diabła. My po prostu nie możemy być razem – powiedziała.

– Nie mam ochoty być z facetem, dla którego praktycznie nie istnieję – powiedziała.

Nie odzywałem się i to ją chyba trochę ubodło. Patrzyła na mnie zimno. Zdałem sobie sprawę, że w pewnym momencie staliśmy się dla siebie zupełnie obcymi ludźmi.

– Mógłbyś chociaż udawać, że się przejmujesz – powiedziała. – Ty w ogóle przejmujesz się czymkolwiek? Swoją cholerną pracą? Bo mną na pewno nie. Masz mnie w dupie. No więc ja też mam cię w dupie. Odchodzę i nawet nie próbuj mnie zatrzymać.

Nie próbowałem. Kiedy zatrzasnęły się za nią drzwi, zwinąłem się z bólu jak człowiek znienacka trafiony z całej siły w splot słoneczny.

Mój brak reakcji zapewne ostatecznie potwierdzał jej przekonanie, że nie mam żadnych uczuć i mi na niej w ogóle nie zależy. Prawda była inna. Jej odejście było dla mnie takim szokiem, że nie byłem w stanie oddychać, jakbym zaliczył solidny cios pięścią w żołądek. W mojej głowie ziała lodowata pustka.

Nie zostało mi po niej zbyt wiele prócz kilku wspólnych zdjęć, książek i kurtki, którą uwielbiałem. Kupiła mi ją na samym początku naszego związku. Zanim ją poznałem, nie poświęcałem zbyt wielkiej uwagi kwestii ciuchów. Mój wygląd był mi zazwyczaj całkowicie obojętny, dopóki było mi ciepło i wygodnie. Dopiero ona przekonała mnie, że powinienem bardziej o siebie zadbać.

Wtedy była sobota i szliśmy przez miasto, objęci i rozchichotani jak para nastolatków. Nawet nie pamiętam, co nas tak bawiło, pamiętam tylko, że czułem się szczęśliwy. Monica zawsze sprawiała, że chciałem być najlepszą możliwą wersją samego siebie. Myślę, że na tym właśnie polega bycie z kimś, to znaczy z tą właściwą osobą – że przy niej chcesz być coraz lepszym pod każdym względem. Przy Monice naprawdę wierzyłem, że jestem w stanie osiągnąć wszystko, co sobie wymarzę. Wierzyłem też – przynajmniej przez jakiś czas – że jestem lepszym człowiekiem, niż sam o sobie myślałem.

W pewnym momencie pokazała mi wystawę sklepu, obok którego przechodziliśmy.

– Vic, popatrz. Świetnie by ci było w tej kurtce.

– Mam już przecież kurtkę.

– Jedną. Starą jak świat, i w dodatku całą w dziurach. A ta jest fajna. Zobacz, to prawdziwa skóra.

– Skąd wiesz, że prawdziwa?

– Chodź, to się przekonamy – zaproponowała Monica i po chwili już była w sklepie. Poszedłem za nią z wahaniem.

Poprosiła sprzedawcę, żeby zdjął kurtkę z wystawy i przekonała mnie, żebym ją przymierzył. Pasowała idealnie. Gdy spojrzałem w lustro, patrzył na mnie stamtąd całkiem fajny gość – stanowczy i pewny siebie. Spodobał mi się. Mógłbym się z nim zaprzyjaźnić. Mógłbym nim być.

Monica wyjrzała mi zza pleców i też patrzyła z aprobatą na faceta w lustrze.

– Wyglądasz wspaniale – stwierdziła, a ja odwróciłem się i pocałowałem ją.

– To co, szybki numerek w przymierzalni? – zaproponowałem, a ona trzepnęła mnie w ramię i poszła zapłacić za kurtkę. Miała rację, to była prawdziwa skóra. Wciągnąłem w nozdrza jej zapach. Uwielbiałem zapach skórzanych rzeczy.

Od tamtej pory nosiłem tę kurtkę cały czas – Monica się śmiała, że gdybym mógł, nie zdejmowałbym jej nawet pod prysznicem. Czasem dla żartu nazywała mnie swoim pilotem.

To były dobre czasy. Kiedyś. Na początku. Zanim wszystko spierdoliłem na amen, myślałem, leżąc z tą cholerną kurtką w ramionach.

Moja żona twierdziła, że przejmuję się jedynie pracą. Ironia polegała na tym, że w pracę też stopniowo przestawałem już wierzyć, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w Fogham Heights. A może nigdy tak naprawdę w nią nie wierzyłem.

– Dobra, Cresta, dość tego. Weź sobie wolne – powiedział mój przełożony, Frank Harvey, szef jednostki wywiadowczej w NCPD, do której należałem. Zawsze zwracał się do mnie po nazwisku, podobnie jak wszyscy inni. Oprócz Moniki.

– Szefie?

– Weź wolne – powtórzył z naciskiem. – I tak masz dużo niewykorzystanego urlopu. Dobrze ci to zrobi.

– Chodzi o Fogham Heights? – spytałem.

– Niech cię głowa nie boli o Fogham Heights – zgasił mnie Frank. – Wiem, że chcesz się jakoś zrehabilitować za tamto, pokazać, że nadal jesteś dobrym gliną. Jesteś, Cresta, dla mnie to nie ulega wątpliwości. Śledztwo wewnętrzne nie zdołało nic wykazać i bardzo mnie to cieszy, te gnojki potrafią się przypieprzyć nawet do źle wypełnionego formularza, psiakrew.

Frank miał na pieńku z Wydziałem Spraw Wewnętrznych. Średnio raz na kwartał ktoś z naszej jednostki lądował u nich na dywaniku.

– Ale zrobiłeś się nerwowy, spóźniasz się, nie słuchasz, co się do ciebie mówi. Skaczesz ludziom do oczu. Zrób sobie, u diabła, przerwę.

– Sir. To jakiś nonsens. Pracuję tak samo dobrze, jak zawsze.

– Cresta, ten urlop nie ma charakteru karnego, tylko zdrowotny. Przechodzisz trudny okres i wszyscy o tym wiemy. Jesteś przemęczony, a więc zdekoncentrowany i nieuważny. Stanowisz zagrożenie dla innych. Nie pokazuj mi się na oczy, zanim nie dojdziesz do siebie. Potem zobaczymy, co zrobić dalej.

Dojść do siebie. Dobre sobie.

Sprawa Fogham Heights cholernie gryzła mnie w dupę. Mijały tygodnie, potem miesiące, a ja nadal nie potrafiłem się z tego otrząsnąć, chociaż wszyscy wokół zapewniali, że to nie była moja wina.

Tamtego dnia niebo miało kolor wyrzuconej na brzeg zdechłej ryby. Wiał ostry wiatr, lodowaty chłód przenikał mnie do szpiku kości. Owinąłem się szczelniej kurtką, ale nic to nie dało. Żeby się trochę rozgrzać, kupiłem kawę na ulicznym stoisku, ale zanim zdążyłem donieść ją do samochodu, była już zimna. Popijałem ją z papierowego kubka, patrzyłem przez okno i myślałem o tym, jak bardzo nienawidzę tego miasta.

Mój partner Brett O’Malley, rumiany bostończyk o okrągłej twarzy i rudoblond włosach, które podobnie jak nazwisko wskazywały na jego szkocko-irlandzkie korzenie, siedział obok i jak zwykle gadał jak najęty. W pewnym momencie zacząłem na serio rozważać ściągnięcie skarpetki, zwinięcie jej w kulkę i wepchnięcie mu do gardła.

– …no i przyniosła mi zamówienie, a potem do mnie mrugnęła. Przysięgam, że to zrobiła, nie przywidziało mi się. Rude włosy do ramion, okrągły tyłek – westchnął z rozmarzeniem. – Wiesz, jak ja lubię rude. Mają temperament, kiedyś jedna taka mało mnie nie wykończyła, ledwie dałem radę tamtej nocy pomiędzy kolejnymi razami, aż musiałem…

– Jezu, Brett. Nie chcę słuchać o twoich podbojach.

– Ej, zaliczanie dobrze robi. Jesteś żonaty, powinieneś już o tym wiedzieć.

– Jeśli nie przestaniesz gadać o zaliczaniu, wepchnę ci kajdanki w dupę. Chociaż nie, jeszcze ci się spodoba.

Zatrzeszczała krótkofalówka.

– 2-A-16, centrala, jesteście tam? Odbiór.

– Centrala, 2-A-16, oficerowie Cresta, O’Malley, odbiór – powiedziałem.

– Dostaliśmy zgłoszenie, wtargnięcie na teren prywatny, uzbrojony napastnik płci męskiej, możliwe włamanie z użyciem broni palnej, Fogham Heights, Creek Avenue 44.

– Centrala, przyjąłem, A-16 w drodze – odparłem i zapuściłem silnik.

Fogham Heights było na ogół dość spokojną dzielnicą – domki jednorodzinne, ładnie przystrzyżone trawniki, jedna z tych części miasta, gdzie nigdy nic się nie działo. Aż do teraz.

– Ciekawe, czy dostaniemy wsparcie – odezwał się Brett.

– Może nie będzie potrzebne.

– Mam nadzieję. Nie chciałbym, żeby ktoś odstrzelił mi dupę.

– Mógłby ci odstrzelić język – odparłem.

– Jesteś zajebiście zabawny, Cresta. Umieram ze śmiechu.

– Zawsze do usług.

Gdy zjawiliśmy się na miejscu, na ulicy było pusto i cicho. Mimo to, gdy zaparkowaliśmy pod wskazanym adresem, wysiedliśmy z bronią gotową do strzału. Zanim zdołaliśmy zbliżyć się do drzwi frontowych, z domu wyszedł mężczyzna w narzuconym na ramiona długim płaszczu. Trzymał pod nim ręce. Na jego twarzy malowała się mieszanka rozpaczy i determinacji.

– Sir! Proszę pokazać ręce! – krzyknąłem.

– To ja dzwoniłem – oznajmił mężczyzna w płaszczu nieobecnym głosem. – Wiedziałem, że przyjedziecie.

– Proszę się nie zbliżać i pokazać ręce albo będziemy strzelać!

Mężczyzna uśmiechnął się i w tym momencie zrozumiałem, że to wszystko nie skończy się dobrze.

– Powiedzcie Steph, że ją kocham. Zawsze ją kochałem – powiedział z rozmarzeniem. – A wy dobrze robicie swoją robotę.

– Proszę się nie zbliżać!

Wyciągnął spod płaszcza broń i wycelował w Bretta, który stał bliżej niego. Oddałem dwa strzały w jego klatkę piersiową. Runął na ziemię. Cały czas trzymając broń w gotowości, wyszarpnąłem krótkofalówkę zza paska.

– Centrala, tu A-16, wsparcie potrzebne na Fogham Heights, Creek Avenue 44! – krzyknąłem. – Przyślijcie ambulans, podejrzany ranny, oddano dwa strzały, odbiór!

– A-16, tu centrala, odbiór – zatrzeszczało. – Wsparcie w drodze.

Brett podbiegł do mężczyzny, leżącego na chodniku twarzą w dół. Pod nim tworzyła się ciemna kałuża, broń wypadła mu z ręki. Brett ukucnął i podniósł ją z ziemi.

– Półautomatyczna trzystaosiemdziesiątka – powiedział. – Odbezpieczona, ale nie naładowana.

Wstał i spojrzał na mnie, ciągle trzymając broń w ręku.

– Wygląda to na samobójstwo. Z ręki gliniarza.

– Boże – wymamrotałem. – Kurwa mać.

– Mogłem zginąć. Nie wiedzieliśmy, że nie jest naładowany. W tej robocie tak jest, Cresta. Nie dręcz się tym.

Spojrzał w dal, gdzieś ponad dachy domów i dodał bardzo cicho:

– Nie chciałbym, żeby był tu ze mną ktokolwiek inny.

Zostałem zawieszony w obowiązkach służbowych na czas wyjaśnienia sytuacji przez Wydział Spraw Wewnętrznych. Jego szefem był Paul Croach, którego za plecami nazywaliśmy Karaluchem. Podejrzewam, że o tym wiedział i dlatego lubił się na wszystkich wyżywać. Był wysoki, chudy i miał długą szyję. Nosił okulary w drucianych oprawkach i czasem powłóczył nogami. Przypatrywał mi się zza swojego wielkiego biurka, jakbym był kłaczkiem wyrzyganym przez kota na dywan.

– Jako departament policji jesteśmy nieustannie na celowniku – zrzędził. – Takie rzeczy tylko dolewają oliwy do ognia. Słucha mnie pan?

– Tak, proszę pana – odparłem.

– Te hieny z mediów tylko patrzą, którędy się do nas przyczepić. Za każdym razem, gdy usłyszą o strzelaninie z udziałem policji, sikają z radości. Strzelamy do kogoś, źle. Nie strzelamy, też źle, bo znowu jakiś diler się wywinął i co właściwie robimy za pieniądze podatników. Słucha mnie pan?

Milczałem.

– Oficerze Cresta?

– Staram się nie czytać gazet – odparłem.

Paul Croach westchnął ponuro. Miałem ochotę wziąć leżący na stole długopis i wcisnąć mu go w oko. Biurokratyczny kutas.

– Harvey i jego gang – burknął. – Jesteście prawdziwymi wrzodami na tyłku.

– Wykonujemy tylko swoją pracę, proszę pana – odparłem.

– Taaa, wszyscy jesteście aniołkami. Jutro o ósmej rano niech się pan zgłosi na symulację wydarzeń w Fogham Heights. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli zastosować postępowania dyscyplinarnego. Słucha mnie pan?

Wyszedłem z gabinetu, powstrzymując chęć, by z całej siły trzasnąć drzwiami.

Śledztwo nie wykazało żadnych nieprawidłowości, tak jak powiedział Frank. Mogłem się założyć, że między nim a Croachem trwała jakaś wojna nerwów, ale szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie to.

Facet, którego zastrzeliłem w Fogham Heights, nazywał się Richard Bingham. Już wcześniej miał problemy z prawem. Kilkakrotnie wzywano do niego policję za zakłócanie porządku i przemoc domową – lubił przyłożyć swojej żonie po pijaku. Po którejś takiej sytuacji z rzędu jego żona w końcu się wyprowadziła i złożyła pozew o rozwód. Tamtego dnia poszedł błagać ją o jeszcze jedną szansę. Gdy odmówiła, Bingham postanowił odebrać sobie życie. Był głęboko wierzący; najwyraźniej uważał, że śmierć z rąk policjantów zmyje z niego piętno grzechu.

Bretta i mnie skierowano do policyjnego psychologa, całkiem fajnej babeczki o imieniu Karen. Była w porządku, ale nie mogła nic poradzić na poczucie winy, które drążyło mnie jak złośliwy robak. W snach widziałem twarz Binghama, jak się uśmiechnął na chwilę przed wycelowaniem broni w Bretta. Miałem koszmary, że Brett umiera, a ja stoję jak sparaliżowany i nie mogę mu pomóc, albo że Bingham zabija nas obu. Nie rozmawiałem o tym z nikim prócz Karen, ale gdy siedziałem w jej gabinecie, moje myśli odpływały gdzieś daleko i nawet nie słyszałem, co do mnie mówi. Tak samo było wieczorami, gdy Monica próbowała ze mną rozmawiać. Siedziałem całymi godzinami przed telewizorem i w ogóle nie docierały do mnie ani jej słowa, ani to, co działo się na ekranie.

Kiedy wszystkimi siłami próbujesz zaczerpnąć tchu i po prostu przeżyć kolejne pięć minut, a potem następne i następne – to dobra strategia, żeby przetrwać chwile, w których wydaje ci się, że ktoś przywalił ci klatkę piersiową toną cegieł – nie myślisz o tym, co będzie kiedyś. Nie istnieje coś takiego jak nadzieja. Istnieje tylko pięć minut, gdy na nowo uczysz się żyć. Dlatego list od Jamesa był wybawieniem. Dosłownie. Cofnął mnie znad przepaści. Po raz pierwszy od wielu lat pomyślałem, żeby wrócić do domu.

Świat bardzo się zmienił, odkąd ostatni raz byłem w Little Star. Zawsze trochę idealizujemy przeszłość, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że czasy naprawdę zmieniły się na gorsze. Wszędzie wszystkiego brakowało – wody, jedzenia, środków czystości, ubrań, papierosów, piwa. Dosłownie wszystkiego, a najbardziej benzyny. Benzyna była racjonowana, tak samo jak wszystko pozostałe, ale napędzanych nią samochodów i tak używali już tylko ci, których nie było stać na nic lepszego. Ci, których było stać, jeździli samochodami napędzanymi paliwem wodorowym albo energię słoneczną. Chociaż w zasadzie należałem raczej do pierwszych niż drugich, miałem porządny samochód kupiony z drugiej ręki – pomarańczowego jeepa rubicona z zainstalowanymi panelami słonecznymi, który jeździł jak złoto. Słońce było jedynym dobrem, którego mieliśmy pod dostatkiem; sojusznik, który w każdej chwili mógł obrócić się przeciwko nam, gotowe nas unicestwić bóstwo.

List od najlepszego przyjaciela zakończył ten dziwny czas w moim życiu, który trochę za bardzo przypominał sen – wszystko wokół trwało w zawieszeniu, rzeczy działy się dużo wolniej, a rzeczywistość miała większą gęstość niż zazwyczaj. Gdy oprzytomniałem, a rozpacz przestała targać moimi wnętrznościami, wpadłem we wściekłość. Przez kilka wieczorów z rzędu szedłem do knajpy, zalewałem się w trupa, a potem demolowałem wszystko, co byłem w stanie zdemolować. Wybiłem kilka szyb, przylutowałem paru kolesiom, którzy krzywo na mnie patrzyli. Myślałem, że przyniesie mi to ulgę, ale nie przyniosło.

Później przyszło odrętwienie. Byłem jak wydrążona skorupa. Miałem gdzieś pracę, byłą żonę, całe to pierdolone miasto i pierdolony kraj. Miałem gdzieś, co się ze mną stanie. Niewiele zostało na świecie rzeczy, których nie miałem gdzieś. Frank Harvey miał rację, przestałem być sobą.

Często myślałem o Richardzie Binghamie i kierujących nim motywach. Biedny sukinsyn musiał być naprawdę zdesperowany i teraz już rozumiałem, dlaczego, ale w żaden sposób nie zmieniało to faktu, że nadal byłem wściekły. Posłużył się mną jak narzędziem do zrealizowania swoich chorych fantazji. Jeśli naprawdę chciał popełnić samobójstwo, nie musiał wciągać w to innych. Mógł po prostu powiesić się na pasku w łazience. Do diabła z nim i jego urojeniami na temat grzechu i życia wiecznego.

Gdy postanowiłem wyruszyć do Little Star, osobiście zrobiłem gruntowny przegląd Dyni – mojego ukochanego jeepa rubicona – i zapakowałem do bagażnika część swojego dobytku, którego najważniejszy element stanowił spory zapas wody pitnej. Little Star znajdowało się tydzień drogi od N-City i trochę kiepsko byłoby umrzeć z pragnienia, nawet nie zdoławszy tam dotrzeć.

A potem wyruszyłem na Południe.

Wyjechałem z miasta o wschodzie słońca. Świt zawsze był moją ulubioną porą. O świcie człowiek ma poczucie, że wszystko jest możliwe. Obserwujesz, jak słońce wyłania się zza horyzontu i odczuwasz głód. Świat jest młody.

Przez wiele lat codziennie wstawałem o szóstej rano – zaraz po przebudzeniu, regularnie jak w wojsku. Nauczyłem się tego jeszcze jako nastolatek, gdy zacząłem ćwiczyć boks i w związku z tym musiałem wstawać na poranne treningi. Tak się do tego przyzwyczaiłem, że zostało mi do dzisiaj. Lubiłem stawać przy oknie, bez pośpiechu pijąc kawę i patrząc na budzące się do życia miasto. Te kilka chwil dla siebie o poranku czasem było moim jedynym wytchnieniem w ciągu dnia.

Wyjeżdżanie z miasta o świcie miało też inną wielką zaletę – o tej porze nie było korków. Słońce odbijało się w szybach wieżowców, stwarzając wrażenie, że budynki płoną żywym ogniem na tle złotoróżowego nieba. Śmignąłem przez opustoszałe jeszcze o tej porze centrum prosto na międzystanową, czując potężny dreszcz emocji. Zapomniałem już, jak bardzo lubię podróżować. W ostatnich latach nie miałem do tego zbyt wielu okazji.

Federacja Północna, zwana w lepszych czasach Stanami Zjednoczonymi, to taka ziemia jałowa – w większości składa się z pustych, kamienistych ugorów porośniętych rzadką, suchą trawą. Ciężko się tutaj żyje. Dewastacja środowiska postępowała cicho i zdradziecko, aż dziesięć lat temu świat nawiedziła seria klęsk żywiołowych, wskutek której wyginęło niemal czterdzieści procent roślinności i zwierząt na Ziemi, a ludzie zaczęli umierać z głodu, pragnienia i różnych chorób w niewiarygodnym tempie. Ci, którzy przeżyli, w większości ruszyli wielką falą na północ w nadziei na lepsze życie.

Niedługo potem na świecie wybuchła brutalna wojna o resztki zasobów żywności i wody. To właśnie wtedy prezydent podpisał dekret, na mocy którego Stany Zjednoczone przekształciły się w państwo militarystyczne o nazwie Federacja Północna ze stolicą w North City, zwanym w skrócie N-City. Dekret zwany Dekretem Zero.

Władze szybko zmobilizowały armię i rozpoczęły ekspansję na tereny, na których jeszcze cokolwiek rosło i był dostęp do wody pitnej. Od tamtej chwili cały czas trwa wojna między Federacją Północną a resztą świata, powszechnie nazywana wojną o zasoby. Nie wygląda na to, żeby miała się szybko zakończyć.

Największy problem mamy z wodą. Dostęp do czystej, nadającej się do picia wody to dzisiaj wyjątkowy luksus. Zawsze nad tym rozmyślam, gdy zastanawiam się, czy danego dnia wziąć prysznic, czy nie. Zazwyczaj staram się oszczędzać wodę na tyle, na ile jestem w stanie, ale wydaje mi się, że nie wszyscy zawracają sobie tym głowę. Ludzie najczęściej myślą, że jeśli akurat coś mają, będą to mieli zawsze. Tego rodzaju mentalność panuje w N-City. Zresztą chyba nie tylko tam. Dekret Zero zmienił wiele rzeczy, ale nie był w stanie zmienić ludzkiej natury.

Zapowiadał się niezły upał. Sięgnąłem do schowka i wyjąłem okulary przeciwsłoneczne. Na poboczu drogi stała odrapana tablica z napisem pełnym fałszywej serdeczności.

Opuszczasz granice N-City. Mamy nadzieję, że jeszcze do nas wrócisz!

– Walcie się – powiedziałem i wcisnąłem gaz do dechy, a wiatr wywiał mi z głowy wszystkie myśli o przeszłości.

ROZDZIAŁ II

Cholerny Dziki Zachód, wersja 2.0. Przysięgam.

Poprzewracane słupy telefoniczne, poprzecinane kable. Porośnięte suchą trawą linie kolejowe, tory wiodące donikąd, urywające się w szczerym polu. Ciągnące się całymi kilometrami szare połacie spalonej, wyjałowionej ziemi, a w niej wyrwy wielkie jak kratery. Żadnego ptaka, żadnego zwierzęcia, naokoło jedynie wrogie pustkowia. Czarne, powykręcane gałęzie drzew. Umierająca rzeczywistość, której zaczęliśmy kopać grób już w momencie, gdy jako ludzkość postawiliśmy pierwsze kroki na tej planecie.

Świat, w którym przyszło nam żyć, jest światem, w którym możemy przejrzeć się jak w lustrze. Jego oblicze to nasza własna twarz.

Kiedy zdecydowałem, że wyruszam na Południe, nie miałem żadnych wątpliwości, że tę podróż należało odbyć samochodem. Musiałem liczyć się z tym, że po drodze może mi zabraknąć wody, pozostawała też kwestia bezpieczeństwa. Podróżowanie samemu przez puste, zdziczałe bezdroża wiązało się z pewnym ryzykiem. Byłem jednak gotów je podjąć. Potrzebowałem czasu dla siebie, czasu, żeby móc spokojnie przemyśleć sprawy, nad którymi nie miałem możliwości zastanowić się w N-City. Byłem świadomy, że brak czasu to tylko jeden z powodów, dla których nie chciałem rozmyślać nad swoim życiem – a może jedynie zwyczajna wymówka. Każdy ma jakieś demony, z którymi boi się zmierzyć. Nie byłem wyjątkiem.

Poza tym uwielbiałem podróże samochodem. Moja Dynia była najwierniejszą towarzyszką. Wiedziałem, że mnie nie zawiedzie i nie rozkraczy się gdzieś po drodze. Zawsze mogłem na nią liczyć – na nią i na porządne amerykańskie drogi. To było chyba jedyne, co zostało ze starej, dobrej Ameryki. Drogi i autostrady w Ameryce zostały zbudowane tak, żeby móc przetrwać absolutnie wszystko, bo mieliśmy świadomość, że nasze przetrwanie w dużej mierze zależy od możliwości pokonywania długich dystansów.

Były jeszcze pociągi, przede wszystkim towarowe, regularnie napadane i okradane – jak na dawnym Dzikim Zachodzie. Władze Federacji zlikwidowały wiele tras kolejowych ze względu na oszczędności. Niesłychanie zaskakujące, nie?

Istniał jeden ekspres, którego dwie trasy przebiegały z zachodu na wschód oraz z północy na południe. Nazywał się Black Eagle i jako jedyny z czynnych pociągów był bardzo dobrze strzeżony. Jednak bilety trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem, nie mówiąc już o tym, że człowiek musiałby zastawić pół domu, żeby w ogóle było go na to stać.

Rozmyślając o tym wszystkim, życzyłem z głębi serca włodarzom naszego pięknego kraju, żeby poszli w diabły. To nie ci, którzy podpisywali dokumenty i zbierali się w małych pokojach bez okien i z elektronicznymi mapami na ścianach, nie ci, którzy nocą pili szampana w pokojach ze złotymi klamkami, nie ci, którzy na ekranach telewizorów wygadywali bezwstydne, bezczelne brednie – to nie oni płacili cenę za to, że żyliśmy w piekle, chociaż to oni byli za to odpowiedzialni. Cenę płaciliśmy my, którzy codziennie za wszelką cenę próbowaliśmy przetrwać, my, którzy niejednokrotnie ze strachu baliśmy się zamknąć oczy, żeby nie wróciły wspomnienia tego, co widzieliśmy. My, którzy nigdy nie mogliśmy mieć pewności, czy nadejdzie jutro, a jeśli nadejdzie – czy jego twarz będzie twarzą przyjaciela, czy wroga.

Po drodze mijałem od czasu do czasu opuszczone dworce kolejowe, rdzewiejące wagony, zbudowane na środku pola i opuszczone drewniane baraki, wyschnięte drzewa o czarnych pniach. Jednak najczęściej widziałem wokół tylko pustkę, a przed sobą horyzont. Cisza owijała się wokół mnie niczym ciasny bandaż. Gorące powietrze falowało. Raz na pół dnia mijały mnie wojskowe ciężarówki, zapewne konwoje z pomocą humanitarną – leki, żywność i tym podobne. Dwa razy w oddali przejechał pociąg. Poza tym nie spotkałem po drodze żywej duszy.

Nie przeszkadzało mi to.

Trzeciego dnia podróży natrafiłem na ludzką czaszkę. Leżała tuż przy drodze.

Z ciekawości wyszedłem z samochodu i dokładnie ją obejrzałem. Spoczywała w czerwonym pyle jak wyrzut sumienia i uśmiechała się do mnie. Szkieletu nigdzie nie było widać. Słyszałem o ludziach, którzy znajdują kości i zabierają je, żeby później wyrabiać z nich różne rzeczy. Zastanawiałem się, dlaczego nie wzięli też czaszki. Może ocenili ją jako niewystarczająco przydatną. Ciekaw byłem, kim był ten nieszczęśnik i dlaczego zakończył życie akurat tutaj, przy drodze. Postanowiłem zabrać czaszkę ze sobą. Przynajmniej będzie do kogo się odezwać.

– Tyle godzin samotnej jazdy, przyjacielu – powiedziałem do swojej nowej towarzyszki podróży – i w końcu zaczynasz rozmyślać nad sprawami, nad którymi nie powinieneś rozmyślać. To się nigdy dobrze nie kończy, kapujesz?

Czaszka nie odpowiedziała. Uśmiechała się jedynie współczująco.

W moim przypadku te sprawy miały na imię Monica. Wiedziałem, że prędzej czy później otworzę po raz kolejny tę wielką, ziejącą ranę w sercu i zacznę w niej wiercić kawałkiem rozbitego szkła.

Gdy cię poznałem – a jeszcze później, gdy stałaś przede mną w białej ślubnej sukience, w której wyglądałaś tak zjawiskowo, że aż bolało mnie serce, i myślałem, że zaraz wyskoczy mi z piersi – gdy zwróciłaś na mnie uwagę, na mnie, tak jakby nie było na świecie innych facetów, lepszych, mądrzejszych, przystojniejszych ode mnie, gdy po raz pierwszy na mnie spojrzałaś, poczułem, że właśnie dostałem od losu dar, o którym nie śmiałem nawet marzyć. Byłem wybrańcem Boga, byłem tym, do którego zstąpiłaś z wysokości i wyciągnęłaś do niego rękę. Dlaczego to zrobiłaś? Kim byłem dla ciebie? Co takiego zobaczyłaś we mnie, że w twoich brązowych oczach pojawiło się ciepło, którego samym wspomnieniem mogłem się ogrzać nawet w najzimniejszą noc? Co takiego mogłem ci zaoferować, czego nie mieli inni? Dlaczego pojawiłaś się w moim życiu i wywróciłaś je do góry nogami? Dlaczego ofiarowałaś mi coś, czego nikt nigdy – jestem tego pewien – przede mną nie otrzymał, czego nie można kupić za żadne pieniądze? I dlaczego pozwoliłaś, żebym sam, własnymi rękami, do tego stopnia spieprzył to, co było dla mnie tak cenne?

Gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym to. Powiedziałbym wszystkie te słowa, które wtedy wydawały mi się nie na miejscu. Które bałem się powiedzieć. Zrobiłbym wszystko, co powinienem był zrobić, a co ciągle odkładałem na później. Nie brałbym niczego za pewnik, nie stchórzyłbym w momencie, gdy należało wykazać się odwagą. Byłbym z tobą szczery, zamiast cię okłamywać.

Gdy szłaś w moją stronę w białej sukni, świat nie istniał. Ja nie istniałem. Nie istniało nic poza tobą.

Chciałem zatrzymać ten moment na zawsze, zatopić go w czasie i sprawić, żeby nigdy nie przestał trwać. Myślałem, że tak będzie już zawsze. Powinienem był wiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak na zawsze. Nigdy nic nie jest nam dane na zawsze. W końcu przychodzi dzień, gdy ktoś puka do drzwi i trzeba zapłacić rachunek, bo inaczej wyłączą nam prąd i resztę życia spędzimy w ciemności i zimnie.

Coś przeszkadzało mi w patrzeniu na drogę. Załamywała się przede mną w niewyraźne, płynne, świetliste linie, aż w pewnym momencie zorientowałem się, że do oczu napłynęły mi łzy. Cholera by to wzięła.

Przeklinając własną głupotę, spróbowałem myśleć o czymś innym. Nie było to łatwe.

W pewnym momencie przyszła mi do głowy Eph. Wraz z myślą o niej pojawiło się poczucie winy. Praktycznie o niej zapomniałem. Powinienem był chociaż zapytać, co u niej słychać. Wiedziałem tylko, że świetnie sobie radzi w akademii wojskowej.

To pochmurne, chude i uparte stworzenie, które kiedyś wziąłem pod swoje skrzydła, było naprawdę nieustraszone. Wysyłała mi czasem zdjęcia z akademii – Eph sama i z innymi kadetami, Eph podczas ćwiczeń, jej biurko (zastanawiałem się czasem, czy to naprawdę jej biurko i jej kwatera, czy dla żartu sfotografowała jakiś niezamieszkany pokój, tak idealny porządek tam panował i tak niewiele miała osobistych rzeczy), książki, które czytała. Jej raporty semestralne były zawsze nie tylko bez zarzutu, ale wręcz ociekały perfekcją. Ten dzieciak urodził się do wojska. Najlepszy czas w biegach, najlepsza na drążku, najlepsza na strzelnicy. Czasem dla żartu przysyłała mi też swoje wypracowania. „Czy twoim zdaniem Federacja Północna jest najlepszym krajem na świecie – uzasadnij swoją odpowiedź”. Były zwięzłe i przemyślane i za nie też dostawała najlepsze oceny. Gdy o tym wszystkim myślałem, czułem tak wielką dumę, że aż mnie w środku coś bolało.

Miała jakieś dwanaście lat, gdy zaczęła przychodzić pod salę, w której trenowałem boks. Wszyscy ignorowali chudą dziewczynkę z poważną miną, która codziennie rano siadała na starych oponach leżących na ulicy przed dawnym magazynem, gdzie mieściła się sala, i godzinami uparcie wpatrywała się w drzwi wejściowe. Po kilku tygodniach widywania jej tam nie wytrzymałem i któregoś dnia spytałem:

– Hej, mała, jak masz na imię?

Odpowiedziała tak cicho, że początkowo w ogóle nie usłyszałem, więc musiałem poprosić, żeby powtórzyła, i osłupiałem. Euphoria? Jezu kochany, co to za imię? Skróciłem je do Eph, ale i tak później zawsze się z niego nabijałem, chociaż wiedziałem, że imię to przecież nie jej wina, sama go sobie nie nadała. Zastanawiałem się kiedyś, co sobie myśleli ludzie, którzy ją tak nazwali. Nie znałem chyba nikogo, do kogo to imię pasowałoby mniej. Za to Eph pasowało doskonale. Gdy pierwszy raz ją tak nazwałem, oczy jej rozbłysły.

Później zaczęliśmy wspólnie trenować boks – to znaczy każdego ranka najpierw ja normalnie dostawałem wycisk od mojego trenera, a później przez godzinę bawiłem się w trenera Eph. Podeszła do sprawy bardzo poważnie (później się przekonałem, że do wszystkiego w życiu podchodziła poważnie). Trenowała tak intensywnie, że dwa razy zwichnęła sobie nadgarstek. Dostałem wtedy niezły opieprz od trenera, że skoro już bawię się w pana nauczyciela, to powinienem być bardziej odpowiedzialny. Zmieniliśmy strategię i wkrótce Eph robiła postępy w błyskawicznym tempie. Czuwałem nad nią jak jastrząb. Kilka razy jakieś gnojki spróbowały się z niej naśmiewać. Nie reagowała na ich zaczepki, wbijała w nich tylko nieruchomy wzrok, za to ja później na podwórku za magazynem uświadomiłem im bardzo dobitnie, że najlepszym wyjściem z tej sytuacji będzie dla nich opuścić na zawsze nie tylko tę salę treningową, ale w ogóle to miasto, a najlepiej tę planetę. Pierdolone łajzy. Niechby byli chociaż w jednej dziesiątej tak zdeterminowani, tak odważni i pracowali tak ciężko, jak to dziecko, do którego powoli coraz bardziej się przywiązywałem.

Zawsze przychodziła sama. Spędzała w sali treningowej długie godziny i nigdy nikt się nią nie zainteresował, nie przyszedł razem z nią, nawet nie zadzwonił. Wydawało mi się to lekko podejrzane. Ale na każdą wzmiankę o rodzicach reagowała spojrzeniem pełnym takiego smutku, że w końcu przestałem pytać. Nie chciała mówić, to nie naciskałem, widocznie miała swoje powody. Dużo później dowiedziałem się, że miała starszego brata, ale nigdy się nie pojawił.

Ktoś mógłby się zdziwić, że chciało mi się bezinteresownie poświęcać czas i energię jakiejś obcej smarkuli nie wiadomo skąd, podczas gdy normalnie mógłbym na przykład rozbijać się po mieście z kumplami od treningów, wyrywać napotkane w barach laski albo przynajmniej udzielać komuś lekcji boksu i kosić za to szmal. Prawda była taka, że lubiłem jej towarzystwo. Nie miałem zbyt wielu znajomych, za to często słyszałem od różnych osób – głównie od żony – że mam trudny charakter i ciężko ze mną wytrzymać. Brett O’Malley natomiast twierdził, że mam kij w dupie, ale on twierdził tak prawie o każdym.

Gdy emocje zaczynają rozwalać ci życie, musisz nauczyć się trzymać je w ryzach, a najbezpieczniej jest udawać, że w ogóle ich nie odczuwasz.

Mój najlepszy przyjaciel mieszkał w zapomnianej przez Boga dziurze na Południu, więc to małe, milczące stworzenie z czasem stało się najbliższą mi osobą. Gdyby ktoś mnie zapytał, kiedy i jak to się stało, pewnie nie potrafiłbym odpowiedzieć. Rzeczy po prostu się działy. Tak było przez całe moje życie.

Kiedyś się rozchorowałem i nie przychodziłem na salę przez tydzień. Gdy się w końcu pojawiłem, Eph mało mnie nie przewróciła, pędząc do mnie z prędkością światła i obejmując mnie w pasie tak mocno, że miałem trudności z oddychaniem. Pogłaskałem ją po głowie, oczy mnie zapiekły. Jestem sentymentalnym kretynem.

Któregoś dnia zagadnąłem:

– Dzieciaku?

– Co?

– Hej, pamiętasz, jak rozmawialiśmy na temat odpowiadania „co”?

– Przepraszam. Słucham?

– No. Tak lepiej. Dlaczego właściwie zaczęłaś tu przychodzić?

– Chciałam popatrzeć, jak się trenuje.

– Chciałaś popatrzeć, jak bije się ludzi?

– No… tak.

– Dlaczego?

– Chciałam zobaczyć, jak to się robi.

– Chciałaś nauczyć się bić?

– Tak.

– Dlaczego?

Trochę było mi głupio, że tak drążę temat, ale naprawdę mnie to interesowało. Nieczęsto spotyka się małe dziewczynki, które chcą nauczyć się bić i przychodzą dzień w dzień pod salę, w której masa spoconych kolesi obija sobie nawzajem mordy.

– Jak umiesz się bić, nikt nie może zrobić ci krzywdy – wyraz jej oczu był poważny.

Przez chwilę mnie zatkało.

– Chcesz powiedzieć, że ktoś zrobił ci krzywdę…?

– Nie. Ale i tak chcę się nauczyć bić. Bo oni mówią, że nie mogę.

– Oni?

– Chłopaki z naszej klasy.

– Oni mówią, że nie możesz się bić?

– No. Mówią, że dziewczyny nie mogą się bić.

– Tak mówią?

– No.

– A mówią, dlaczego właściwie dziewczyny nie mogą się bić?

– Bo są słabe. Słabsze od chłopaków.

– Nie słuchaj ich. Dziewczyny mogą się bić tak samo dobrze, jak chłopaki.

– Naprawdę?

– Tak. Ja ci to mówię. A ja wiem lepiej niż oni.

Eph umilkła i zmarszczyła brwi.

– Gdy cię ktoś zapyta, powiedz, że to ja ci tak powiedziałem.

– Dobra.

– Idziemy na pizzę? – spytałem. Pokiwała energicznie głową.

Wiem, że ludzie myślą różne rzeczy na temat mojej przyjaźni z Eph. Zdarzyło mi się kilka razy podsłuchać rozmowy na ten temat. Większość olałem, a ze dwa razy ostro się wkurwiłem, wyszedłem zza rogu i spuściłem porządny wpierdol paru osobom, które trochę za bardzo kłapały jadaczką. Ludzie naprawdę powinni się nauczyć zajmować własnymi sprawami.

Dopóki nie spotkałem Moniki (o Chryste… głupie serce), Eph była jedyną osobą, której się zwierzałem. Mogłem z nią gadać godzinami. Nie czułem się oceniany, a to było dla mnie ważne.

Lubiliśmy siadać po treningu na małym murku koło magazynu, w którym mieściła się sala treningowa, i prowadzić długie rozmowy o wszystkim i o niczym. Chociaż „rozmowy” to chyba za dużo powiedziane – zazwyczaj były to monologi z mojej strony. Eph zawsze wysłuchiwała ich z powagą, po czym robiła takie podsumowanie, że opadała mi szczęka.

Szczególnie pamiętam jedną dyskusję o tym, dlaczego należy być miłym i uprzejmym dla ludzi. Kiedyś właśnie o to mnie zapytała i długo się zastanawiałem, co powiedzieć, bo szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia. Sam nie uważałem się za miłego faceta, chociaż to pewnie zależy od definicji. Nie uważałem też, żeby bycie miłym mogło człowieka zaprowadzić zbyt daleko w życiu, szczególnie w N-City. Gdybym chodził po mieście i się do wszystkich uśmiechał, pewnie zaraz dostałbym w mordę albo zapakowano by mnie do czubków. Ale nie mogłem powiedzieć czegoś takiego dwunastoletniemu dzieciakowi.

– Myślę, że trzeba być uprzejmym dla innych, bo wtedy nam wszystkim lepiej się żyje. Tak myślę.

– A ty jesteś uprzejmy dla ludzi?

– Nie wiem. Staram się być.

– I lepiej ci się żyje?

Tu mnie ma, pomyślałem.

– To nie zawsze wychodzi, wiesz. Ale trzeba próbować.

– Jest dużo ludzi, którzy wcale nie są mili ani uprzejmi.

– Masz rację, niestety.

– I wygląda, że żyje im się całkiem dobrze – dodała Eph.

Nieraz się zastanawiałem, jak to możliwe że ten dzieciak jest aż tak spostrzegawczy. Bardziej niż niektórzy znani mi dorośli. Dzięki niej czułem się wartościowym człowiekiem, kimś, kto coś znaczy. Dopóki ta dziewczynka obdarzała mnie zaufaniem, wiedziałem, że mogę przenosić góry.

Oczywiście to wszystko nie stało się z dnia na dzień. Na jej zaufanie pracowałem latami, ale wydaje mi się, że nigdy go nie zawiodłem. Nie było też tak, że wiedziałem o niej wszystko, wręcz przeciwnie. Nigdy nie poznałem jej rodziców ani brata – wiedziałem tylko, że ma na imię Ben – nie miałem również pojęcia, gdzie mieszka. Nie pytałem. Wiedziałem, że jeśli kiedyś będzie chciała mi powiedzieć, to powie.

Gdy miała dziewiętnaście lat, przyszła i oznajmiła mi, że chociaż niedługo kończy szkołę, nie ma pojęcia, co zrobić ze swoim życiem. Miała nadzieję, że jej coś doradzę. Ja wtedy od kilku lat pracowałem już w policji, ale nie byłem pewien, czy taka kariera by jej odpowiadała. Zawodowy boks też chyba jej nie kręcił – lubiła się bić, ale twierdziła, że nie chciałaby robić tego dla pieniędzy. Zastanawialiśmy się nad tym wspólnie przez jakiś czas, aż któregoś dnia zasugerowałem jej wojsko i oczy jej rozbłysły.

To była dla niej idealna ścieżka kariery – była zdyscyplinowana, rozsądna, silna fizycznie, odporna psychicznie i łaknęła jakiejś struktury, jakiegoś porządku w tym świecie pełnym chaosu. Odprowadzając ją pierwszego dnia pod drzwi akademii, byłem z niej niesamowicie dumny, zupełnie jakbym był jej ojcem. Którego, swoją drogą, tam nie było. Żałowałem, że nie mam pojęcia, kim jest i czy w ogóle istnieje. Jego szczęście zresztą, że tego nie wiedziałem, bo na samą myśl o człowieku, który powinien był być tutaj zamiast mnie, odprowadzać ją i mówić jej, jaki jest z niej dumny – aż świerzbiły mnie ręce. Powtórzyłem jej po raz setny, że jeśli będzie czegokolwiek potrzebowała, o każdej porze dnia i nocy ma do mnie walić jak w dym, po czym uścisnąłem ją na pożegnanie i patrzyłem, jak idzie ścieżką w kierunku kampusu – drobna sylwetka z ciemnymi włosami związanymi w koński ogon.

Nawet gdy zacząłem spotykać się z Monicą, nie wspomniałem jej nigdy o Eph. Może w głębi duszy obawiałem się, że mogłoby to zostać niewłaściwie odebrane, nie wiem. W każdym razie coś mnie przed tym powstrzymywało i nawet jeśli Monica jakimś cudem dowiedziała się o istnieniu Eph, też nigdy nie dała mi do zrozumienia, że wie. Może nie miałem potrzeby, żeby jej mówić, a może zwyczajnie okłamywaliśmy się nawzajem.

Myśl o byłej żonie wywołała nową falę kłującego bólu w klatce piersiowej, więc postanowiłem posłuchać muzyki. Mam w Dyni zainstalowane świetne stereo, a w nim tysiące utworów. Większości z nich w ogóle nie słucham. Jestem pod tym względem niereformowalny – uwielbiam starocie. Współczesna muzyka w ogóle do mnie nie przemawia, za to kocham rocka z lat dziewięćdziesiątych. Na posterunku nieustannie się ze mnie nabijają – „Cresta, gdy ty byłeś młody, całą Federację porastała jeszcze puszcza, co nie?” Mogą spadać na drzewo, ja wiem swoje. Nie ma jak dobra muzyka. Tylko musi być właśnie taka – dobra.

Moja miłość do rocka z lat dziewięćdziesiątych to zasługa mojej mamy. Była fanką Aerosmith i zaraziła mnie ich muzyką. Deuces are wild albo Sweet emotion to utwory, których mogę słuchać w nieskończoność i nigdy mi się nie znudzą. Włączyłem więc Aerosmith na cały regulator i zacząłem śpiewać razem ze Stevenem Tylerem. Gdy tylko utwór się kończył, wciskałem replay. Słuchałem i śpiewałem, śpiewałem i słuchałem, aż zapadł zmierzch, a ja dotarłem do małego, obskurnego motelu pośrodku niczego.

Takie motele to relikt przeszłości. Kiedyś ludzie podróżowali znacznie częściej. Pozostały po tym ślady w postaci dróg wiodących donikąd, wymarłych miast i miasteczek, widmowych sklepów i restauracji. Czasem mam wrażenie, że ten kraj składa się w całości z N-City na północy oraz opuszczonych ruder na Południu, pomiędzy którymi błąkają się jakieś niedobitki. Gdzieś tam jest też James. I mój ojciec… a przynajmniej był do tej pory.

Dobra, Cresta, weź się w garść.

Sądziłem, że motel też jest opuszczony, ale był tam jeden gość, który popatrzył na mnie szklistym wzrokiem, gdy go zapytałem o pokój, i zaczął mi opowiadać długą i zawiłą historię o jakimś facecie, który wjechał konno do sklepu nocnego i zażądał piwa, a gdy go zapytano, dlaczego jeździ po sklepie na koniu, odpowiedział, że był zbyt pijany, żeby wsiąść w samochód. Historyjka była pełna dygresji oraz wątków pobocznych i już po pięciu minutach słuchania miałem ochotę odgryźć sobie rękę. W końcu dostałem klucz od pokoju i mogłem iść na górę. Wyglądało na to, że byłem jedynym gościem w motelu i szczerze się z tego cieszyłem.

Pokój był mały, duszny i wyklejony wyjątkowo ohydną tapetą – żółtą w brązowe różyczki – ale nie należę do ludzi, którzy się czepiają takich rzeczy. Na tyle przyzwyczaiłem się już do otaczającej mnie wszędzie brzydoty, że niemal przestałem ją zauważać.

Facet na dole wspominał coś o tym, że woda została już wyłączona na dziś i prysznic będzie można wziąć dopiero jutro, więc nie pozostało mi nic innego, niż próbować zasnąć.

Taaa, „próbować” to dobre słowo.

Telewizor w pokoju miał tylko dwa kanały – na jednym pokazywano wiadomości, głównie z frontu, na drugim pornografię. Ponieważ miałem serdecznie dość wiadomości i wiedziałem, że nie zobaczę w nich nic, co poprawiłoby mi humor, wybrałem pornografię i oglądałem ją do późna w noc, desperacko waląc konia, ale to też nie poprawiło mi nastroju. Zasnąłem w ubraniu, ze strużkami łez zasychającymi wolno na policzkach.

Śniła mi się Monica. Miała na sobie białą sukienkę i mówiła, że popełniła błąd i chce, żebyśmy do siebie wrócili. Nawet we śnie czułem, jakie to jest żałosne i popierdolone, i jakim jestem frajerem, że śnię taki sen. Chciałem się odezwać, ale nie mogłem wydobyć z siebie głosu, nie mogłem się też ruszyć. Obezwładniające poczucie samotności i beznadziei przedostało się nawet do mojego snu i przylgnęło do mnie jak warstwa smoły.

Prysznic trwał całe trzy minuty – tylko na tyle starczyło wody. Zapytałem gościa na dole, czy jest możliwość zjedzenia jakiegoś śniadania, po czym mało się nie porzygałem na widok zaschniętych resztek jajecznicy na talerzu stojącym na stoliku, przy którym oglądał telewizję.

Jego też nie interesowały wiadomości.

Rzuciłem na kontuar klucz od pokoju i odjechałem z uczuciem ulgi, że prawdopodobnie widzę to miejsce po raz ostatni.

Nadal byłem wściekle głodny, w dodatku nie spałem zbyt dobrze. Ta kombinacja – głód, brak snu i zmęczenie związane z długą podróżą – sprawiła, że naprawdę miałem nadzieję, że nikt nie wejdzie mi dzisiaj w drogę. Równocześnie miałem nadzieję, że jednak wejdzie i będę mógł się na nim wyładować.

Nie mówcie mi, że na tym pieprzonym, cholernym końcu świata nie ma żadnej porządnej restauracji. No dobra. Nawet niekoniecznie porządnej. Jakiejkolwiek.

Przede mną widniał zupełnie nieprawdopodobny krajobraz – ciemnoczerwona ziemia, rysująca się ostrą linią horyzontu na tle czystego, niebieskiego nieba. W oddali majaczyły czarne sylwetki drzew pozbawionych liści. Ich gałęzie wyciągały się ku niebu w niemym błaganiu, jak ręce włóczęgów żebrzących o wodę. Nade mną słońce prażyło wściekle, jak gdyby chciało spalić wszystko, co jeszcze pozostało z tego świata. Odruchowo spojrzałem w górę, szukając krążących sępów.

Podróż na kraniec świata, podróż ku śmierci. Wieczny sen. Pogrzebany w czerwonej ziemi, pod błękitnym niebem. Kości bielejące na ceglastym piasku, czaszka nieznajomego przy drodze.

Przed sobą ujrzałem niewielki budynek. Modliłem się, żeby to nie było złudzenie.

Budynek okazał się małą restauracją o nazwie Restauracja, wypisanej krętymi różowymi literami w postaci neonu nad drzwiami. Nawet nie przewróciłem oczami. Niech się nazywają jak chcą, byle dali mi coś do jedzenia.

W tego rodzaju lokalach zazwyczaj można się spodziewać brudu, duszącego zapachu smażeniny z kuchni na zapleczu i stolików pokrytych plamami zastarzałego tłuszczu, jednak tutaj pachniało świeżo upieczonym chlebem, a na stolikach ktoś rozłożył uprasowane białe obrusy. Nad kontuarem wisiała czarna tablica, na której kredą wypisano menu. Przy drzwiach znajdowała się mała półka z książkami. W tle radio grało gęstą, energetyczną muzykę, w której partie gitary tworzyły bezkresną przestrzeń na tle bębnów wybijających plemienny rytm.

Usiadłem w rogu i wziąłem do ręki kartę. Byłem tak potwornie głodny, że najchętniej zamówiłbym wszystko, co się w niej znajdowało. Spojrzałem przez okno. Rozpościerająca się przede mną ceglasta przestrzeń, ginąca w oddali pod błękitną kopułą, wydawała się snem. Wszystko wydawało się snem, który po raz pierwszy od dawna nie przypominał koszmaru.

– Kochanie?

Kelnerka była młoda i szczupła, miała bladą twarz i długie włosy, a na nosie kilka małych brązowych piegów. Srebrne pierścionki na palcach błysnęły, gdy z kieszonki fartucha wyjęła mały notes i ołówek.

– Czego pragniesz? – zapytała sennym głosem. Jej spojrzenie uciekło w kierunku czaszki, którą zabrałem z samochodu i położyłem na stole naprzeciwko siebie. Zdążyłem ją polubić. Pozwalała mi spokojnie gadać i zawsze się uśmiechała w sposób, który mnie nie drażnił.

– Nowego życia – odparłem.

Zerknęła w zamyśleniu przez okno.

– To nie u nas.

– Jasne, że nie.

– Musisz wyjść i pójść pieszo.

– Co?

– Skręcić na zachód, potem na wschód, a potem jeszcze raz na wschód. I jeszcze raz.

– Jeśli pójdę na zachód, a potem trzy razy na wschód, znajdę się w punkcie wyjścia.

– No właśnie. Będziesz tam, gdzie byłeś już przedtem.

– Skąd jesteś, dziewczyno lubiąca zagadki?

– Jestem ze Spokane – odparła, a w jej głosie było coś tęsknego.

– Spokane. Macie fajne wodospady – powiedziałem, byle coś powiedzieć.

– Wszyscy zawsze mówią o wodospadach. Nigdy w życiu nie widziałam żadnego wodospadu.

– Co w takim razie widziałaś?

– Rzekę. Mosty na rzece. Tonące we mgle górskie szczyty.

Czułem, że zaczynam się zakochiwać.

– A co robisz tutaj, dziewczyno ze Spokane?

– Wysłuchuję historii.

– Dużo ich?

– O tak – odparła. – Każdy, kto tu przychodzi, ma własną.

– Pewnie nie każda jest warta wysłuchania – zauważyłem, myśląc o facecie z motelu.

– Wręcz przeciwnie. Każdego trzeba wysłuchać. Nawet jeśli na początku nie znajdujemy w tym sensu.

– Mnie też?

– Tak. Ale najpierw śniadanie.

Ołówek zawisł w powietrzu nad notesem. Po chwili schowała go do kieszeni fartucha.

– Ufasz mi, chłopaku pragnący nowego życia?

– Tak – odparłem. Nigdy w życiu nikt nie nazwał mnie chłopakiem. W jej ustach zabrzmiało to tak, jak gdyby nazywano mnie tak zawsze.

– To dobrze. Dostaniesz najlepsze śniadanie, jakie jadłeś do tej pory.

Zniknęła na zapleczu, a ja patrzyłem za nią. Wyobraziłem sobie, że proszę ją, by pokazała mi drogę, a potem razem znikamy na ścieżce prowadzącej na okryty mgłą górski szczyt.

– Cały czas leci jedna piosenka – zauważyłem, gdy przyniosła mi jedzenie. – Co to za zespół?

– Nazywają się Cat Gang and the Tea Infuser Man – odparła. – To zespół, w którym gra nasz barista. Bez przerwy każe nam tego słuchać.

– Fajnie grają.

– Nieprawda, grają okropnie. Nie musisz udawać, że ci się to podoba. My już się przyzwyczailiśmy.

Gdy kelnerka zniknęła, rozejrzałem się wokół. Prócz niej w restauracji znajdował się tylko wspomniany barista, który stał za kontuarem i przygotowywał kawę. Byłem jedynym gościem, ale nie wyglądało na to, by tym dwojgu to przeszkadzało.

– Mówiła prawdę – powiedziałem do czaszki. – To naprawdę bardzo dobre śniadanie, nie uważasz?

Moja towarzyszka podróży uśmiechała się z aprobatą.

– Zawsze panują tu takie pustki? – zapytałem kelnerki, gdy przyszła, żeby dolać mi kawy. Miała chude nadgarstki, które sprawiały wrażenie bardzo kruchych, a na prawej dłoni małą bliznę po oparzeniu.

Tak naprawdę miałem ochotę zapytać „Wyjdziesz za mnie?”

– Tak – odparła w zamyśleniu. – Chciałeś zapytać o coś zupełnie innego, prawda?

Przeszedł mnie dreszcz.

– Jesteś samotny, panie Nowe Życie. Od razu to widać.

– Naprawdę? Pewnie każdemu to mówisz.

– Każdy jest samotny.

– I ty ich z tego leczysz?

– Ja ich tylko karmię. Oni sami siebie leczą. Albo nie.

Dotknęła dłonią mojego policzka. Była pierwszą kobietą od ponad roku, która mnie dotknęła.

– Nie spędzę z tobą nocy.

– Ja nie…

– To by w niczym nie pomogło. Musisz jechać dalej.

– Dokąd?

– Na Południe.

– Skąd… Dobra, nieważne.

– Oczywiście, że jedziesz na Południe. Inaczej by cię tu nie było. Wszyscy, którzy jadą na Południe, prędzej czy później tu trafiają.

Milczałem. Dziewczyna przyglądała mi się, przekrzywiając lekko głowę.

– Jesteś z North City, prawda?

– N-City – mruknąłem.

– Duże miasto. Pewnie miło się tam mieszka, co?

– Nie – odparłem.

– Jesteś policjantem?

– Skąd wiesz?

Nie odpowiedziała. Jej chłodne, badawcze spojrzenie wędrowało po mnie z góry na dół, miałem wrażenie, że prześwietla mnie na wylot. Nie było to spojrzenie kobiety zainteresowanej mężczyzną.

– A gdzie żona?

– Żona…? Ja… ja nie… Skąd to wiesz?

Bez słowa wskazała na ślad po obrączce.

– Rozwód – wymamrotałem.

– I teraz jedziesz po spokój?

– Tak.

– Szkoda, że twój ojciec umarł.

Poderwałem głowę.

– Przepraszam…??

– No, spokoju tam raczej nie znajdziesz – jej zielone oczy były niemal przezroczyste. – Ale nie będziesz też miał okazji myśleć o byłej żonie. Już tamci dwaj o to zadbają. Należy się 15,95.

– Jacy tamci dwaj?

Nie odpowiedziała. Nadal przyglądała mi się zagadkowym wzrokiem.

– Zabierz mnie ze sobą – wyrwało mi się nagle. – Zabierz mnie do Spokane. W góry. Nad rzekę. Proszę.

Pokręciła głową.

– To, czego szukasz, jest gdzie indziej.

Sprzątnęła ze stołu talerze, z wprawą balansując nimi na tacy.

– Zrobię ci jeszcze kawy.

– Dzięki. Może facet jest kiepskim muzykiem, ale dobrze się spisuje jako barista.

Stojący za kontuarem koleś od kawy spojrzał na mnie spode łba.

Gdy opuściłem restaurację, byłem kimś trochę innym niż jeszcze dziś rano. Wiedziałem, że prawdopodobnie nigdy już nie zobaczę dziewczyny ze Spokane, tak jak właściciela motelu, w którym spędziłem wczorajszą noc. Zniknęli na zawsze w moich wspomnieniach, niczym zjawy okryte chmurą kurzu na drodze. Wspomnienia kiedyś zbledną, zatrą się i rozwieją we mgle, takiej jak ta, która okrywa górskie szczyty w Spokane.

Chciałem jeszcze kiedyś spotkać tajemniczą kelnerkę z restauracji zwanej Restauracją. Chciałem, żeby znów dotknęła mojej twarzy drobną dłonią i wysłuchała mojej historii. Chciałem posłuchać jej głosu, którym opowiadałaby mi własną. Miałem jednak świadomość, że nie wszystkie marzenia w życiu mogą się spełnić. I nie wszystkie powinny. Kiedyś jakiś inny zdesperowany, samotny frajer, taki jak ja, przyjdzie na śniadanie, a ona go dotknie i stwierdzi, że może go uzdrowić, i spędzi z nim noc.

Ja tymczasem spędziłem następną noc jedynie w towarzystwie czaszki oraz własnych niespokojnych myśli, leżąc na tylnym siedzeniu w samochodzie przykrytym brezentową płachtą. Tym razem, gdy w końcu udało mi się zasnąć, nie dręczyły mnie żadne koszmary, jednak rano powróciły słowa kelnerki: Spokoju to tam raczej nie znajdziesz. Już tamci dwaj o to zadbają. Zastanawiałem się, czy miało to coś wspólnego z tym, o czym wspomniał mi w liście James. Mamy pewien problem i miałem nadzieję, że ze względu na swoje doświadczenie w pracy będziesz mógł nam pomóc…

Bolała mnie głowa. Łyknąłem dwie aspiryny i ruszyłem w dalszą drogę. To, co powiedziała kelnerka, obudziło we mnie poczucie celu, nie jechałem już do Little Star tylko po to, by być gdzie indziej. Gdziekolwiek.

Sucha, spękana ziemia, wypolerowany błękit, a czasem wytarta i przygaszona szarość nieba, nieokreśloność czasu – to wszystko witało mnie z otwartymi ramionami jak dawno niewidzianego przyjaciela. Mimo wszystkich niewygód przynależałem do drogi. Swoją obojętnością wobec tego, co może mnie spotkać, swoim brakiem emocjonalnego zaangażowania składałem jej hołd.