Strona główna » Kryminał » Droga do odkupienia

Droga do odkupienia

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-120-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Droga do odkupienia

„Po wstrząsającym prologu każdy kolejny rozdział wciąga czytelnika jak czarna dziura. Przeczytajcie tę powieść. A potem sięgnijcie po inne jego książki. Naprawdę warto!” David Baldacci Policjantce z Karoliny Północnej, Elizabeth Black, grozi zarzut podwójnego zabójstwa. Kobieta zastrzeliła gwałcicieli, którzy w opuszczonym domu przetrzymywali osiemnastoletnią Channing Shore. Ze względu na fakt, że biała policjantka oddała kilkanaście strzałów do dwóch czarnoskórych mężczyzn, sprawa nabiera wielkiego rozgłosu. Jednak Elizabeth pozostaje dziwnie obojętna na rozwój wewnętrznego śledztwa. Problemy osaczają ją jeszcze bardziej, gdy Adrian Wall – gliniarz, w którym kiedyś była zakochana – wychodzi z więzienia zwolniony przedterminowo po trzynastu latach odsiadki, skazany za morderstwo, jednak mimo przytłaczających dowodów Elizabeth zawsze była przekonana, że to nie on zabił Julię Strange. Żądny zemsty syn jego domniemanej ofiary omal nie zabija Adriana, który wkrótce znów staje się obiektem podejrzeń, gdy w podobnych okolicznościach ginie kolejna kobieta…

Polecane książki

Na co dzień niewielu z nas przywiązuje wagę do sposobu wypowiadania czy budowy wypowiedzi. Przyczyna jest prosta: mówimy po polsku, myślimy po polsku, a więc i piszemy po polsku, bywają jednak momenty, gdy cała nasza niewiedza językowa zostaje obnażona – jednym z nich jest moment składania pracy mag...
Publikacja dotyczy problematyki urlopów wypoczynkowych w kontekście jednego z podstawowych praw pracowniczych - prawa do odpoczynku. Autorka wyjaśnia pojęcie i znaczenie tego prawa, przedstawia jego uzasadnienie, a także wskazuje na podstawowe instrumenty jego realizacji, wśród których główną rolę o...
Język perski jest oficjalnym i urzędowym językiem Iranu. Posługuje się nim nie tylko 30 mln Irańczyków w samym Iranie, ale także mniejszości narodowe w krajach sąsiednich. Należy do rodziny języków indoeuropejskich. Przejął od Arabów alfabet i zapożyczył wiele słów z ich języka....
Pasją panny Philippy Westleigh jest gra na fortepianie i komponowanie muzyki. Marzy też o koncertowaniu, jednak ze względu na bliznę szpecącą jej twarz stroni od ludzi z towarzystwa. Kiedy dowiaduje się o domu gier dla wysoko urodzonych dam, udaje się do jego właściciela, sir Xaviera, i prosi go...
W monografii podjęto próbę wykorzystania danych statystycznych o systemach emerytalnych ok. 30 krajów europejskich do oceny ich adekwatności dochodowej, efektywności oraz redystrybucyjności. Zbadano również zależności między tymi kategoriami oraz ich zróżnicowanie w przekroju porządków emerytalnych,...
Skrypt ,,Powszechna historia ustrojów państw - ćwiczenia" przeznaczony jest zarówno dla studentów prawa, administracji i historii, jak i uczniów szkół średnich. Zawiera klarowne przedstawienie ewolucji ,,modelowych" ustrojów: Anglii, Francji, Niemiec, Rosji i Stanów Zjednoczonych ameryki, urozmaicon...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa John Hart

Tytuł oryginału:

REDEMPTION ROAD

Copyright © 2016 by John Hart.

Published by arrangement with St. Martin’s Press, LLC. All rights reserved.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: © Szara Sowa

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Iwona Wyrwisz, Anna Just, Agnieszka Majewska

ISBN: 978-83-8110-120-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Nordego, Matthew i Mickeya.

Dziś porządnych facetów już nie ma…

Podziękowania

Chciałbym podziękować za życzliwość, wsparcie i cierpliwość Sally Richardson, Johnowi Sargentowi, Thomasowi Dunne, Kate Parkin, Nickowi Sayersowi, Jennifer Enderlin, Pete’owi Wolvertonowi, Christianowi Rohrowi i Esther Newberg. Jak zawsze przyjaciele i rodzina liczą się najbardziej, ale niezachwiane wsparcie znakomitych wydawców, redaktorów i agentów ma ogromne znaczenie.

Gdyby nie wytężone wysiłki i głębokie zaangażowanie ludzi znających się na rzeczy, niewielu książkom udałoby się osiągnąć sukces, z czego mało kto zdaje sobie sprawę tak dobrze jak autor powieści. Dlatego oprócz wymienionych powyżej osób jestem również niezmiernie wdzięczny Emmie Stein, Jeffreyowi Capshew, Kenowi Hollandowi, Cathy Turiano, Kennethowi J. Silverowi, Paulowi Hochmanowi, Jeffowi Dodesowi, Tracey Guest, Emi Battaglii, Justinowi Valleli, Jimmy’emu Iacobellemu i Michaelowi Storringsowi. Pragnę także podziękować doskonałym fachowcom z działu sprzedaży wydawnictwa Macmillan.

Nie mogę także pominąć sędziego Jamesa Randolpha, który doradzał mi w kwestiach prawnych. Wszelkie błędy w tej materii biorę na siebie. Jestem również wdzięczny Markusowi Wilhelmowi, który zawsze udzielał mi wsparcia. Inman Majors czytał pierwsze szkice mojej powieści i służył mi wnikliwymi uwagami. Szczególne podziękowania kieruję pod adresem chłopców z The Hung Jury – Corbana, Johna, Inmana i Chada – podziwiam was i jestem zachwycony tym, co wspólnie stworzyliśmy.

Moja żona jak zwykle okazywała mi świętą cierpliwość, a dzieci spisały się na medal. Dlatego na koniec dziękuję właśnie im – Katie, Saylorowi i Sophie. Bez was to wszystko nie miałoby sensu.

To zimne i niepewne Alleluja.

– LEONARD COHEN

Wczoraj

Jej wyjątkowe piękno brało się z tego, że nie zdawała sobie sprawy z własnej doskonałości. Obserwował ją dostatecznie długo, żeby się tego domyślić, ale jego przypuszczenia potwierdziły się dopiero wtedy, kiedy poznał ją osobiście. Była skromna, nieśmiała i łatwo ulegała wpływom. Przypuszczalnie brakowało jej pewności siebie albo nie należała do szczególnie bystrych. Może czuła się samotna lub nie umiała znaleźć swojego miejsca w tym skomplikowanym świecie.

Tak naprawdę nie miało to znaczenia.

Wyglądała odpowiednio, jednak o wszystkim decydowały oczy.

Jej oczy błyszczały, gdy kroczyła po chodniku ubrana w letnią sukienkę, która falowała luźno wokół kolan, ale nie było w tym nic nieprzyzwoitego. Podobały mu się zwiewne fałdy sukienki i zgrabne ruchy nóg i rąk dziewczyny. Miała bladą skórę i była spokojna. Wolałby trochę inną fryzurę, ale tej też nie mógł nic zarzucić.

Tak naprawdę chodziło mu o oczy.

Musiały być przejrzyste i głęboko, ufnie spoglądać, więc obserwował ją czujnie, aby mieć pewność, że nic się nie zmieniło w ciągu tych kilku ostatnich dni, odkąd umówili się na spotkanie. Rozglądała się dokoła ze skruszoną miną i z daleka wyczuwał jej zgorzknienie wywołane nieudanymi związkami i bezsensowną pracą. Spodziewała się więcej po swoim życiu. Rozumiał to dużo lepiej niż większość mężczyzn.

– Cześć, Ramono.

Bez zażenowania utrzymywała dystans, kiedy znaleźli się już tak blisko siebie. Jej ciemne rzęsy rzucały cienie na zaokrąglone policzki. Opuściła głowę pod takim kątem, że nie mógł podziwiać doskonałej linii jej szczęki.

– Miło mi, że się na to zdecydowaliśmy – powiedział. – Myślę, że to będzie dobrze spędzone popołudnie.

– Dziękuję, że znalazłeś czas – odparła, wciąż patrząc w dół, a na jej twarzy pojawił się rumieniec. – Wiem, że jesteś zajęty.

– Przyszłość ma znaczenie dla każdego z nas. Wybór drogi życiowej, kariera zawodowa, rodzina, osobista satysfakcja. Trzeba to wszystko przemyśleć i zaplanować. Nikt nie musi robić tego w pojedynkę, nie w takim miasteczku jak to. Tutaj wszyscy się znamy i pomagamy sobie nawzajem. Przekonasz się, kiedy trochę dłużej z nami pomieszkasz. Każdy jest tu życzliwy, nie tylko ja.

Pokiwała głową, ale on przejrzał jej obiekcje. Poznali się niby przez przypadek, lecz nie była pewna, czy nie otwiera się zbytnio przed nieznajomym. Ale on miał ten wyjątkowy dar – jego twarz i szarmanckie maniery budziły zaufanie. Niektóre kobiety pragnęły, żeby podać im pomocną dłoń i cierpliwie ich wysłuchać. Kiedy nabierały pewności, że jego zainteresowanie nie jest podszyte chęcią uwiedzenia, szło już łatwo. Emanował uprzejmością i opanowaniem, a one uważały go za światowca.

– Gotowa? – zapytał, otwierając przed nią drzwi samochodu, i zauważył, że wzdrygnęła się na widok sfatygowanej tapicerki, którą pokrywały rozdarcia i dziury wypalone papierosami. – Ten jest pożyczony. Wybacz, ale swój musiałem zostawić w warsztacie.

Przygryzła dolną wargę, a pod gładką skórą jej łydki naprężyły się mięśnie. Wciąż nie odrywała wzroku od pokrytej plamami deski rozdzielczej i przetartych dywaników. Musiał jakoś ją zdopingować.

– Byliśmy umówieni na jutro, pamiętasz? Na rozmowę przy kawie późnym popołudniem – powiedział i uśmiechnął się. – Gdyby nic się nie zmieniło, przyjechałbym własnym samochodem, ale nalegałaś, żeby przełożyć spotkanie. To się stało w ostatniej chwili i tak naprawdę robimy to ze względu na ciebie…

Zawiesił głos i odczekał chwilę, pozwalając wybrzmieć swoim słowom. Chciał, żeby sobie przypomniała, że to jej zależało na tym spotkaniu, a nie odwrotnie. W końcu pokiwała głową, bo jego argument był logiczny, a poza tym nie chciała wyjść na osobę, która przejmuje się taką błahostką jak samochód, zwłaszcza że nie miała własnego.

– Jutro rano moja matka przyjeżdża z Tennessee – oznajmiła i spojrzała za siebie w stronę budynku mieszkalnego, a w kącikach jej ust pojawiły się nowe zmarszczki. – To niezapowiedziana wizyta.

– Ach, tak.

– No i jest moją matką.

– Wiem, mówiłaś – odparł, a w jego głosie dało się wyczuć lekką frustrację pomieszaną ze zniecierpliwieniem. Uśmiechnął się, żeby poprawić nastrój, choć wcale nie był zadowolony, że przypomniała mu o swoich prowincjonalnych korzeniach, które sięgały jakiejś zapadłej dziury na Południu. – Samochód pożyczyłem od bratanka – dodał. – Jest studentem.

– To wszystko wyjaśnia.

Miała na myśli nieświeży zapach i brud, ale zaraz potem się roześmiała, więc jej zawtórował.

– Ech, te dzieciaki – mruknął.

– No właśnie.

Zaprosił ją gestem do środka, naśladując wytworny ukłon, i powiedział coś o karocy. Parsknęła śmiechem, ale nie zwrócił już na to uwagi. Liczyło się tylko jedno: wsiadła do auta.

– Lubię takie niedziele – oświadczyła, siedząc sztywno na fotelu, kiedy zajmował miejsce za kierownicą. – Spokój, cisza i ta świadomość, że nic się nie wydarzy. – Przygładziła sukienkę i spojrzała na niego. – A ty lubisz niedziele?

– Oczywiście – odparł, choć były mu zupełnie obojętne. – Powiedziałaś matce o naszym spotkaniu?

– Nic podobnego. Potem musiałabym odpowiadać na tysiące pytań. Oświadczyłaby, że jestem zdesperowana albo nieodpowiedzialna i powinnam była zwrócić się z tym do niej.

– Może jej nie doceniasz.

– Nie znasz mojej matki.

Pokiwał głową, jakby rozumiał jej wyobcowanie. Miała apodyktyczną matkę, a ojciec był gdzieś daleko albo nie żył. Przekręcił kluczyk w stacyjce, zachwycając się pozycją, w jakiej siedziała – wyprostowane plecy, splecione dłonie oparte na podbrzuszu.

– Nasi bliscy zazwyczaj widzą w nas to, co chcą zobaczyć, a nie to, jacy naprawdę jesteśmy. Myślę, że gdyby twoja matka przyjrzała ci się uważniej, byłaby mile zaskoczona.

Zauważył, że sprawił jej przyjemność tymi słowami. Ruszył z miejsca i kontynuował rozmowę, żeby podtrzymać miły nastrój.

– A twoje przyjaciółki? – zapytał. – Koleżanki z pracy? Mówiłaś im?

– Tylko że jestem dzisiaj umówiona w prywatnej sprawie. – Uśmiechnęła się i posłała mu to ciepłe wyraziste spojrzenie, które tak go urzekało. – Są bardzo ciekawskie.

– Nie wątpię – odparł, wywołując u niej kolejny uśmiech.

Upłynęło dwanaście minut, zanim zdobyła się na pierwsze konkretne pytanie.

– Zaczekaj. Myślałam, że pójdziemy na kawę.

– Najpierw zabiorę cię w jedno miejsce.

– Jakie miejsce?

– To niespodzianka.

Obróciła głowę i spojrzała w tył na niknące w oddali zabudowania. Dookoła rozpościerały się tylko bezludne pola i lasy. Widok ciągnącej się przed nimi pustej drogi musiał nabrać dla niej nowego znaczenia, bo uniosła ręce do twarzy, wodząc nerwowo palcami po szyi i policzkach.

– Moje przyjaciółki będą się niepokoić.

– Myślałem, że im nie powiedziałaś.

– Mówiłam coś takiego?

Popatrzył na nią, ale się nie odezwał. Niebo za szybą przybrało kolor purpury, a między gałęziami drzew przeciskały się pomarańczowe promienie zachodzącego słońca. Zostawili miasto daleko za sobą i jechali w kierunku odległego wzgórza, na którym wznosił się samotnie opuszczony kościół. Jego zrujnowana dzwonnica sprawiała wrażenie, jakby zapadła się pod ciężarem ciemniejącego nieba.

– Uwielbiam ruiny kościołów.

– Co?

– Nie widzisz?

Pokazał palcem przed siebie, a ona wytężyła wzrok i przez chwilę obserwowała sędziwe kamienne ściany i przechylony krzyż.

– Sama nie wiem.

Targał nią niepokój, ale usiłowała przekonać samą siebie, że wszystko jest w porządku. Kilka minut później poprosiła go, żeby odwiózł ją z powrotem do domu.

– Niezbyt dobrze się czuję.

– Już prawie jesteśmy na miejscu – odparł, wodząc wzrokiem za czarnymi sylwetkami kosów, które krążyły nad dachem kościoła.

Czuł jej strach; wiedział, że jest przerażona jego słowami, widokiem odludnych ruin i tym dziwnym niskim poświstem, który wydobywał się spomiędzy jego warg.

– Masz bardzo wyraziste oczy – powiedział. – Czy ktoś już ci to mówił?

– Chyba zaraz zwymiotuję.

– Nic ci nie będzie.

Skręcił w żwirową drogę i wydawało się, że na całym świecie nie ma nic poza koronami drzew, mrocznym niebem i ciepłem, które biło od jej skóry. Kiedy przejechali przez otwartą bramę w zardzewiałym ogrodzeniu, dziewczyna zaczęła płakać. Z każdą chwilą atmosfera stawała się coraz bardziej napięta.

– Nie bój się – uspokoił ją.

– Dlaczego to robisz?

– A co ja takiego robię?

Płakała coraz głośniej, ale siedziała nieruchomo. Samochód wytoczył się spomiędzy drzew na porośniętą chwastami polankę, na której walały się stare narzędzia i kawałki przerdzewiałej blachy. Nad nimi górowała zaokrąglona bryła pustego silosu o ścianach pokrytych zaciekami, którego szpiczasty wierzchołek różowił się w ostatnich promieniach niknącego za horyzontem słońca. Niewielkie drzwi u podstawy ziały czernią. Dziewczyna przyglądała się przez chwilę monumentalnej sylwetce, a kiedy z powrotem opuściła wzrok, zobaczyła kajdanki w jego rękach.

– Załóż to.

Rzucił jej metalowe bransoletki i na zwiewnej sukience zaczęła rosnąć ciepła wilgotna plama. Widział, jak rozgląda się rozpaczliwie dookoła, wypatrując ludzi, ostatnich błysków dnia albo czegokolwiek, co dałoby jej nadzieję.

– Wyobrażaj sobie, że to się dzieje na niby.

Posłusznie założyła kajdanki, które pobrzękiwały dźwięcznie na jej nadgarstkach jak małe dzwoneczki.

– Dlaczego to robisz?

Zadała mu to samo pytanie co przedtem, ale nie mógł mieć jej tego za złe. Wyłączył silnik i przez chwilę słuchał dobiegających spod maski cichych trzasków. Było gorąco i samochód wypełniała woń moczu, ale nie przeszkadzało mu to.

– Mieliśmy to zrobić jutro. – Przycisnął paralizator do żeber dziewczyny i patrzył, jak jej ciałem wstrząsają konwulsje, kiedy nacisnął spust. – Do tego czasu nie będziesz mi potrzebna.

Rozdział 1

Gideon Strange uniósł powieki i usłyszał dobiegający z ciemności szloch ojca. Trwał w bezruchu, chociaż odgłos ten nie był dla niego niczym nowym ani niespodziewanym. Ojciec często zaszywał się w jego pokoju i siedział skulony w kącie, jakby to było ostatnie bezpieczne miejsce na ziemi, a Gideon miał ochotę go zapytać, dlaczego po tylu latach wciąż jest taki smutny, słaby i zdruzgotany. Byłoby to proste pytanie i gdyby ojciec potrafił zachować się jak mężczyzna, prawdopodobnie udzieliłby na nie odpowiedzi. Ale Gideon wiedział, jakiej reakcji mógłby się spodziewać, dlatego nie odrywając głowy od poduszki, wbijał wzrok w ciemny kąt. Wreszcie ojciec podniósł się z podłogi, podszedł do jego łóżka i przez kilka długich minut stał w milczeniu, spoglądając w dół. Potem nachylił się i dotknął jego włosów.

– Błagam, Boże, błagam – wyszeptał, próbując dodać sobie sił, a potem zwrócił się do swojej nieżyjącej od dawna żony: – Pomóż mi, Julio.

Gideon uważał, że to wszystko jest żałosne; ta bezradność, łzy i roztrzęsione, lepkie od brudu palce. Najtrudniej było mu wytrwać w bezruchu, ale nie dlatego, że jego matka nie żyła i nie mogła odpowiedzieć na żadne z pytań. Zdawał sobie sprawę, że gdyby się poruszył, ojciec przypuszczalnie by go zapytał, czy się obudził, czy jest mu smutno i czy też czuje się zagubiony. A wtedy Gideon musiałby powiedzieć prawdę, wyznać, że doskwiera mu coś zupełnie innego i w głębi ducha czuje się tak bardzo osamotniony, jak żaden chłopiec w jego wieku nie powinien się czuć. Ale ojciec już się więcej nie odezwał. Pogładził go tylko po głowie i wstał, emanując niewzruszonym spokojem, jak gdyby pomoc, której się domagał, jakimś cudem dotarła do niego z zaświatów. Gideon wiedział, że coś takiego nigdy nie nastąpi. Oglądał stare zdjęcia ojca i zachował go w mglistych wspomnieniach jako człowieka, który uśmiechał się, żartował i nie pogrążał się codziennie w rozpaczliwym pijaństwie. Przez lata łudził się, że tamten człowiek jeszcze powróci, że to w ogóle jest możliwe. Ale jego ojciec traktował życie jak przykrą konieczność, wypalając się z każdym dniem, i tylko wspomnienia zmarłej żony rozbudzały w nim jakiekolwiek uczucia. Sprawiał wtedy wrażenie ożywionego, jeśli to przelotne iskrzenie i gasnący żar można uznać za oznakę życia.

Ojciec po raz ostatni przeczesał jego włosy palcami, a potem wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi. Gideon odczekał minutę i cicho wysunął się spod kołdry. Miał na sobie ubranie, a w jego żyłach buzowały kofeina i adrenalina. Mimo wysiłków bezskutecznie próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio śnił albo rozmyślał o czymś innym niż to, czego potrzeba, żeby zabić człowieka.

Z trudem przełknął ślinę i uchylił drzwi, starając się nie zwracać uwagi na bladą skórę swoich chudych rąk i kołatanie serca, które uderzało szybko jak u królika. Wmówił sobie, że jako czternastolatek jest dostatecznie męski i wcale nie musi być starszy, żeby nacisnąć spust. Zresztą chłopcy stawali się mężczyznami, bo taka była wola Boga, a Gideon zamierzał tylko zrobić to, co powinien był zrobić jego ojciec, gdyby nie okazał się zbyt słaby. Oznaczało to również, że zabójstwo i śmierć są częścią bożego planu – to właśnie Gideon sobie powtarzał zatopiony w mroku swoich myśli, starając się usilnie podtrzymać na duchu tę część siebie, która trzęsła się i pociła ze strachu, i z trudem powstrzymując wymioty.

Minęło trzynaście lat od śmierci jego matki i trzy tygodnie od dnia, w którym znalazł mały czarny rewolwer ojca. Dziesięć dni później odkrył, że pociąg, który mija jego miasteczko o drugiej w nocy, dojeżdża do przeciwległej granicy hrabstwa, gdzie stoją szare bryły zabudowań więzienia. Znał chłopaków, którzy już kiedyś wskakiwali do tego pociągu. Podstawa to szybko biec, mówili, i nie myśleć o tych potężnych ciężkich kołach, które połyskują jak nóż gilotyny. Ale Gideon obawiał się, że popełni jakiś błąd i upadnie na tory. Śnił o tym co noc i w koszmarach oślepiał go nagły błysk przeszywający ciemność, a ból, który temu towarzyszył, był tak autentyczny, że jeszcze po przebudzeniu czuł pulsowanie w nogach. Nawet na jawie była to przerażająca wizja, więc odepchnął ją od siebie i uchylił drzwi na tyle szeroko, żeby widzieć ojca, który siedział rozparty w starym brązowym fotelu, przyciskając poduszkę do piersi, i wbijał wzrok w zepsuty telewizor. Ten sam telewizor, w którym Gideon ukrył rewolwer dwa dni wcześniej, zaraz po tym, jak wykradł go z szuflady w komodzie ojca. Teraz uświadomił sobie, że powinien był schować go w swoim pokoju, ale wtedy wydawało mu się, że w całym domu nie ma lepszej kryjówki od zakurzonych trzewi starego telewizora, który nie działał od dziewięciu lat.

Tylko jak teraz wyjąć broń z tej kryjówki, skoro ojciec siedzi tuż obok?

Powinien był rozegrać to inaczej, ale czasami jego myśli podążały krętymi ścieżkami. Nie zamierzał niczego komplikować, ale po prostu funkcjonował w taki sposób i nawet życzliwi nauczyciele sugerowali mu, aby zajął się raczej stolarką albo ślusarstwem, zamiast rozmyślać o dziwacznych słowach z tych grubych i ciężkich książek. Teraz, czając się w ciemności, pomyślał, że mimo wszystko jego nauczyciele chyba mieli rację, bo nie mając rewolweru, nie może nikogo zastrzelić ani się obronić, ani udowodnić Bogu, że jest gotów uczynić to, co do niego należy.

Po minucie zamknął drzwi, gorączkowo szukając w myślach rozwiązania. Pociąg przejeżdżał o drugiej… ale zegar pokazywał już dwadzieścia jeden po pierwszej.

O wpół do drugiej znów uchylił drzwi i przyglądał się butelce, która wędrowała w górę i w dół, aż w końcu wyśliznęła się z bezwładnej dłoni, kiedy ojciec zasnął i osunął się w fotelu. Gideon odczekał jeszcze pięć minut, a potem zakradł się do salonu i ruszył do celu, stąpając ostrożnie między walającymi się na podłodze częściami silników i pustymi butelkami. Znieruchomiał, kiedy ulicą przejechał z warkotem jakiś samochód i smuga światła z reflektorów wdarła się przez szczelinę między zasłonami do pogrążonego w mroku wnętrza. Kiedy znów zrobiło się ciemno, przyklęknął za telewizorem, zdjął tylną obudowę i wyciągnął ze środka rewolwer, który wydał mu się cięższy niż poprzednim razem. Odchylił bębenek i sprawdził, czy naboje są na miejscu.

– Synu?

To był słaby głos słabego człowieka. Gideon wstał i zobaczył, że ojciec nie śpi. Jego ciemna sylwetka wyglądała jak wielka dziura w poplamionej tapicerce. Sprawiał wrażenie wystraszonego i przez chwilę Gideon miał ochotę zaszyć się z powrotem w łóżku. Był gotów ze wszystkiego zrezygnować i udawać, że nic się nie stało. Dobrze byłoby nie zabijać nikogo, pomyślał. Mógłby odłożyć broń na miejsce i wrócić do swojego pokoju. Ale wtedy zobaczył w rękach ojca aureolę z kwiatów. Teraz były wysuszone i kruche, ale w dniu ślubu matka nosiła je we włosach jak koronę. Patrzył na te zakurzone i wyblakłe róże oraz gipsówki, wyobrażając sobie, jak ta scena – mężczyzna z wiankiem zwiędłych kwiatów i chłopiec z rewolwerem – wyglądałaby w oczach przypadkowego obserwatora. Miał ochotę wyjaśnić, w czym tkwi symboliczna moc tego obrazu, żeby ten słaby człowiek w fotelu zrozumiał, że syn musi dokonać tego, na co nie zdobył się ojciec. Ale nie powiedział ani słowa, tylko obrócił się i wybiegł. Usłyszał jeszcze, jak ojciec wymawia jego imię, ale już otwierał drzwi i omal nie upadł, zeskakując z ganku. Ściskał twardą rękojeść rewolweru, który zdążył się nagrzać w jego dłoni, i czuł rozchodzące się po łydkach drgania, kiedy biegł po betonowych płytach chodnika. W połowie kwartału skręcił, przemknął cichaczem przez podwórko jakiegoś emeryta, przedarł się przez gęsty zagajnik i pobiegł na wschód wzdłuż strumienia aż na szczyt wzgórza, gdzie za obwisłym siatkowym ogrodzeniem rdzewiały opuszczone hale fabryczne.

Kiedy dopadł do siatki, wciąż słyszał dobiegające z oddali wołanie ojca, który raz za razem powtarzał jego imię. Jego głos drżał z wysiłku i stał się ochrypły, aż w końcu zamilkł. Gideon wahał się przez krótką chwilę, ale gdy na zachodzie rozległ się gwizd pociągu, przełożył broń pod ogrodzeniem i wspiął się na siatkę. Sterczące druty poharatały mu skórę, a gdy zeskakiwał na plac po drugiej stronie, stracił równowagę i boleśnie stłukł sobie kolana. Pociąg znów zagwizdał, tym razem trochę głośniej.

Nie musisz tego robić.

Nikt nie musi umierać.

Ale on wiedział, że to przemawia strach. Jego matka nie żyła, a człowiek, który ją zamordował, musiał za to zapłacić. Dlatego ruszył w kierunku przejścia między osmalonymi zgliszczami wytwórni mebli a dawną przędzalnią, której boczna ściana całkowicie się zawaliła. Między budynkami mrok był gęstszy, ale Gideon ani razu nie upadł, chociaż potykał się o rozrzucone cegły, idąc w stronę dziury w ogrodzeniu, obok której rósł rozłożysty dąb. Nieopodal stała latarnia, ale stracił jej światło z oczu, kiedy przeczołgał się pod rozerwaną siatką i zjechał na brzuchu do rowu po drugiej stronie. Zeschnięta ziemia osuwała się pod jego ciężarem i musiał uważać, żeby nie zgubić w ciemności rewolweru, który położył przed sobą, gdy przeciskał się przez dziurę. Potem wstał, podszedł do przeciwległej skarpy, rozchlapując płytką wodę zalegającą na dnie, i wspiął się na górę. Na szczycie stanął pośrodku alei chwastów i karłowatych krzaków, które ciągnęły się po obu stronach bielejących w mroku szyn. Sapał ciężko z wysiłku i zgięty wpół łapał oddech, kiedy zza zakrętu wyłonił się pociąg i blask jego reflektorów zalał zbocze wzgórza.

Tutaj powinien zwolnić, pomyślał Gideon.

Ale pociąg nie zwolnił. Wjechał na wzniesienie, jakby nie stanowiło dla niego żadnej przeszkody. Trzy potężne lokomotywy przemknęły obok Gideona, któremu wydawało się, że rozpędzony kolos wysysa powietrze z jego płuc. Ale na wzgórze z każdą chwilą wtaczały się kolejne wagony i chłopiec czuł, jak mijają go w mroku dziesiątki dudniących osi, czuł ich ciężar, z którym zmagały się olbrzymie silniki, i nagle zdał sobie sprawę, że skład zaczyna zwalniać. Jechał teraz z taką prędkością, że niemal dawało się za nim nadążyć i właśnie tego próbował dokonać Gideon, biegnąc z całych sił, podczas gdy spod kół tryskały snopy żółtych iskier, a przeraźliwy zgrzyt metalu zdawał się przewiercać go na wylot. Wyciągał rękę w stronę przejeżdżających wagonów, ale wyślizgane szczeble drabinek były zbyt wysoko.

Zaryzykował spojrzenie za siebie i zobaczył, że zostało mu już niewiele wagonów; nie więcej niż dwadzieścia. Jeżeli nie wskoczy do tego pociągu, nie dojedzie do więzienia. Rozczapierzył palce, ale potknął się i upadł, zdzierając sobie skórę z policzka. Znów puścił się pędem, sięgnął do metalowego szczebla i kiedy zacisnął na nim dłoń, poczuł gwałtowne szarpnięcie i przeszywający ból w ramieniu. Jego buty zadudniły na drewnianych podkładach, podciągnął się i po chwili był już w środku.

Dokonał tego. Znalazł się w pociągu, którym dojedzie na drugi koniec hrabstwa, żeby zabić człowieka. Kiedy sobie to uświadomił, poczuł przytłaczający ciężar mroku. To już było coś więcej niż tylko rozmowy, snucie planów i czekanie.

Za cztery godziny wzejdzie słońce.

A potem padną strzały.

Śledził wzrokiem czarne kontury wzgórz, które wznosiły się i opadały, a między nimi połyskiwały jak gwiazdy rozświetlone okna domów. Rozmyślał o bezsennych nocach i głodzie, a kiedy zobaczył przed sobą migotliwą wstęgę rzeki, zaczął wypatrywać więzienia i dostrzegł je kilka kilometrów dalej w głębi doliny, gdzie jarzyło się skupisko jaskrawych świateł. Szybko rosło w oczach, więc Gideon wychylił się z wagonu i spojrzał w dół. Grunt przy torach był płaski i leżało na nim niewiele kamieni, ale on długo nie potrafił zdobyć się na skok. Minął już cel swojej podróży, który teraz z powrotem zapadał się w ciemność jak tonący statek. Nie mógł stracić go z oczu, więc przywołał w myślach twarz matki, odepchnął się i poleciał w ciemność, by uderzyć o ziemię jak worek piasku.

Kiedy odzyskał przytomność, wciąż panowała noc i chociaż gwiazdy zaczynały już blaknąć, ich nikły blask dawał mu wystarczająco dużo światła. Pokuśtykał wzdłuż torów, aż dotarł do drogi prowadzącej w stronę gromadki niewielkich brązowych budynków, na które patrzył kiedyś przez tylną szybę odjeżdżającego samochodu. Przeszedł pod wielką tablicą z czarnym napisem „Witamy u skazańców” i omiótł badawczym wzrokiem stojący na poboczu bar o dwóch oknach i ścianach z pustaków. W szybie zobaczył rozmazane odbicie swojej twarzy. W pobliżu nie było żadnych ludzi ani pojazdów, a kiedy spojrzał na południe, zobaczył majaczące w oddali zabudowania więzienia. Wpatrywał się w nie przez kilka minut, a potem wśliznął się w wąski zaułek za barem i przywarł plecami do kontenera na śmieci, który zalatywał smażonym kurczakiem, papierosami i moczem. Powinien być zadowolony, że udało mu się dotrzeć tak daleko, ale twardy kształt rewolweru wsuniętego za pasek na brzuchu nie dawał o sobie zapomnieć. Próbował obserwować drogę, ale nie było na czym skupić wzroku, więc zamknął oczy i pomyślał o pikniku, na który wybrali się całą rodziną, kiedy był mały. Zrobiona tego dnia fotografia stała oprawiona w ramkę na stoliku obok jego łóżka. Miał wtedy na sobie żółte spodenki z wielkimi guzikami i wydawało mu się, że pamięta, jak ojciec kręcił się, trzymając go wysoko w powietrzu. Długo wspominał tamte beztroskie chwile, a potem wyobraził sobie, co będzie czuł, zabijając człowieka, który odebrał mu dzieciństwo.

Odwieść kurek. Wyprostować rękę. Mocno trzymać broń.

Tyle razy ćwiczył to wszystko w myślach, że bez trudu poradziłby sobie w rzeczywistości, ale nawet w jego wyobraźni ręka trzymająca rewolwer drżała i palec nigdy nie zginał się na spuście. Snuł tę wizję tysiące razy i zawsze było tak samo.

Jego ojciec nie umiał zachować się jak mężczyzna.

On też nie zdoła.

Przycisnął chłodną lufę do czoła i modlił się, prosząc Boga o siłę, a potem zaczął wszystko od początku.

Odwieść kurek. Wyprostować rękę…

Jeszcze przez godzinę próbował się przygotować na tę chwilę, a potem zwymiotował i objął rękami tułów, jakby wraz z zawartością żołądka uszło z niego całe ciepło.

Rozdział 2

Elizabeth wiedziała, że powinna zasnąć, ale jej znużenie miało nie tylko fizyczny charakter. Jego przyczyną byli dwaj martwi mężczyźni i związane z nimi pytania; jako policjantka z trzynastoletnim stażem musiała się zmierzyć z widmem katastrofy, które zawisło nad jej karierą. Odtwarzała to wszystko w myślach jak film – zaginiona dziewczyna i piwnica, zakrwawiony drut i huk dwóch pierwszych wystrzałów. Mogłaby się wytłumaczyć z dwóch, może nawet z sześciu, ale osiemnaście pocisków w dwóch ciałach trudno wyjaśnić, nawet jeżeli dziewczyna przeżyła. Od strzelaniny minęły cztery dni, a życie toczyło się dalej, ale jej wszystko wydawało się obce. Wczoraj na ulicy zaczepiła ją czteroosobowa rodzina, żeby podziękować za to, że naprawia świat. Godzinę później jakiś człowiek napluł na rękaw jej ulubionej kurtki.

Zapalając papierosa, Elizabeth pomyślała o tym, jak bardzo wszystko zależy od punktu widzenia. Dla tych, którzy mieli dzieci, była bohaterką. Dziewczyna została porwana, a złoczyńcy ponieśli zasłużoną karę. Wielu ludzi uważało to za słuszne. Ale w oczach tych, którzy z zasady odnosili się nieufnie do policji, Elizabeth była uosobieniem wszystkich najgorszych przywar władzy. Dwaj mężczyźni zginęli gwałtowną i brutalną śmiercią. Nieważne, że handlowali prochami, że byli gwałcicielami i porywaczami. Ich ciała zostały podziurawione kulami, a dla niektórych coś takiego było niewybaczalne. Mówiono o torturach, egzekucji i brutalności policji. Elizabeth ciężko to przeżywała, ale przede wszystkim czuła się po prostu zmęczona. Zastanawiała się, jak długo to jeszcze potrwa, zanim przestaną ją nękać koszmary i normalnie się wyśpi.

Chociaż w mieście nic się nie zmieniło i wciąż otaczali ją ci sami ludzie, z każdą godziną było jej coraz trudniej pozostać taką osobą jak niegdyś. Dzisiejszy dzień stanowił najlepszy tego przykład. Spędziła siedem godzin za kierownicą, jeżdżąc bez celu po ulicach miasta i bezdrożach hrabstwa, mijając komendę policji i własny dom i zapuszczając się aż pod samo więzienie. Ale cóż innego miała robić. Nie mogła iść do pracy, a w domu dokuczała jej pustka.

Wjechała na ciemny parking w otoczonej złą sławą dzielnicy, wyłączyła silnik i zasłuchała się w nocne odgłosy miasta. Z oddalonego o dwie przecznice klubu dobiegał dudniący odgłos muzyki. Zapiszczał pasek klinowy w samochodzie, który wyłonił się zza rogu. Gdzieś w pobliżu rozległ się śmiech. Po czterech latach służby mundurowej i dziewięciu ze złotą odznaką wydziału kryminalnego rozpoznawała wszystkie odcienie w nocnym tętnie miasta. Kochała to miasto, które było całym jej życiem, ale teraz wydawało się…

Jakie? Czy „zepsute” to odpowiednie słowo? Chyba raczej zbyt surowe. Może „obce”? Albo „nieswoje”?

Kiedy wysiadała z samochodu, stojąca nieopodal latarnia uliczna zamigotała dwa razy i zgasła. Otoczona mrokiem Elizabeth obróciła się, powoli przywołując w pamięci obraz wszystkich krętych zaułków i ciemnych uliczek w promieniu dziesięciu kwartałów. Znała okoliczne meliny i noclegownie, znała prostytutki i dilerów, a także wiedziała, gdzie wystarczy powiedzieć coś nieodpowiedniego albo rwać się do bitki, żeby zarobić kulkę. W tym mrocznym zakątku podupadłego miasta zamordowano siedem osób, i to tylko w ciągu ostatnich trzech lat.

Setki razy bywała w gorszych miejscach, ale teraz nie miała odznaki i to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Ten atrybut autorytetu moralnego miał dla niej wielkie znaczenie, dawał jej poczucie przynależności do czegoś większego niż ona sama. Nie bała się, ale miała wrażenie, jakby była naga. Elizabeth nie spotykała się z mężczyznami, nie miała przyjaciółek i nie oddawała się żadnym pasjom. Po prostu była policjantką. Lubiła atmosferę walki i wyścigu z czasem, a kiedy zdarzało się jej pomagać ludziom, którzy naprawdę mieli dobre zamiary, doświadczała tego cudownego uczucia spełnienia. Co jej zostanie, jeżeli straci to wszystko?

Channing – odpowiedziała sobie. Zostanie jej Channing.

Wydawało się dziwne, że dziewczyna, której prawie nie znała, tak wiele dla niej znaczyła. Ale tak było. Myślała o niej, ilekroć czuła się przygnębiona albo zagubiona. Albo kiedy cały świat zawalił się jej na głowę i liczyła się z ewentualnością, że zostanie skazana na więzienie po tym, co się stało w tamtej zimnej i wilgotnej piwnicznej norze. Channing wyszła z tego cało i mimo urazów wciąż miała szansę, by jeszcze kiedyś cieszyć się pełnią normalnego życia. Niewielu ofiarom się to udawało. Elizabeth znała nawet gliniarzy, którym to się nie udało.

Zdeptała niedopałek i wrzuciła monetę do automatu z gazetami stojącego przed opustoszałą knajpką. Wróciła do samochodu i rozłożyła na kierownicy papierową płachtę, na której zobaczyła siebie. Na czarno-białym zdjęciu sprawiała wrażenie chłodnej i nieprzystępnej, ale może to przez ten nagłówek własna twarz wydała się jej taka obca.

„Bohaterska policjantka czy anioł śmierci?”

Wystarczyło przeczytać dwa akapity, by mieć całkowitą jasność, co myślał autor artykułu. Chociaż więcej niż raz użył słowa „rzekomo”, nie szczędził również takich zwrotów, jak „zagadkowa brutalność”, „nieuzasadnione użycie siły” i „śmierć w straszliwych cierpieniach”. Wyglądało na to, że po długich latach przychylności prasy lokalna gazeta zwróciła się przeciwko niej. Nie było w tym nic zaskakującego, zważywszy na głośne protesty, powszechne oburzenie i śledztwo z udziałem policji stanowej. Fotografia, którą wybrali, mówiła sama za siebie. Stojąc ze spuszczonym wzrokiem przed budynkiem sądu, wydawała się zimna i wyniosła, a wydatne kości policzkowe, głęboko osadzone oczy i gładka skóra, której gazetowy druk nadał szary kolor, tylko potęgowały to wrażenie.

– Anioł śmierci. Jezu…

Rzuciła gazetę na tylne siedzenie, przekręciła kluczyk w stacyjce i wyjechała z niebezpiecznej dzielnicy. Minęła marmurowy gmach sądu i fontannę stojącą na środku placu, po czym skierowała się w stronę uniwersytetu, gdzie przemykała jak duch obok barów i kawiarni, przed którymi stały grupki roześmianej młodzieży. Potem jechała przez bardziej ekskluzywną okolicę, mijając lofty, galerie sztuki i odrestaurowane magazyny, w których zagnieździły się puby, salony spa i kameralne teatry. Chodnikami przechadzali się turyści i hipsterzy, gdzieniegdzie snuli się bezdomni. Kiedy dotarła do dwupasmówki, która przebiegała obok starego centrum handlowego i przydrożnych sieciowych barów, wcisnęła mocniej gaz. Panował tutaj mniejszy ruch i nie było tylu pieszych. Włączyła radio, ale kanały informacyjne ją nudziły i nie znalazła muzyki, która by jej odpowiadała. Skręciła na wschód i jadąc wąską drogą, która biegła między niewielkimi zagajnikami i osiedlami domków jednorodzinnych, po dwudziestu minutach przekroczyła granicę miasta. Pięć minut później droga zaczęła piąć się pod górę. Kiedy zaparkowała na szczycie wzgórza, zapaliła kolejnego papierosa i spoglądając na widoczne w dole miasto, pomyślała, że z daleka wygląda całkiem niewinnie. Na chwilę zapomniała o dziewczynie i o tamtej piwnicy. Nie było krzyków, krwi ani dymu, nie było okaleczonego dziecka ani nieodwracalnych szkód. Były tylko światło i ciemność. Nic pomiędzy. Żadnych szarości ani półcieni.

Podeszła do krawędzi skarpy i patrząc w dół, próbowała znaleźć dla siebie jakiś promyk nadziei. Nie postawiono jej zarzutów. Nie groziło jej więzienie.

Przynajmniej na razie…

Rzuciła w ciemność niedopałek papierosa i zadzwoniła do niej po raz trzeci w ciągu trzech ostatnich dni.

– Cześć, Channing. To ja.

– Pani detektyw Black?

– Prosiłam, żebyś mówiła mi po imieniu, pamiętasz?

– Tak, przepraszam. Już spałam.

– Obudziłam cię? Och, wybacz. Ostatnio jestem rozkojarzona. – Przycisnęła mocniej telefon do ucha i zamknęła oczy. – Tracę rachubę czasu.

– Nic nie szkodzi. Zażywam pigułki nasenne. Moja mama, wiesz…

W tle rozległ się jakiś szelest i Elizabeth wyobraziła sobie, jak Channing siada na łóżku. Była filigranową osiemnastolatką o udręczonym spojrzeniu i głowie pełnej wspomnień, których nie powinno mieć żadne dziecko.

– Martwiłam się o ciebie. W całym tym zamieszaniu jest mi lżej, kiedy słyszę, że lepiej się czujesz.

– Głównie śpię. Tylko kiedy się budzę, jest gorzej.

– Tak mi przykro.

– Nikomu nie powiedziałam.

Nagle Elizabeth znieruchomiała. W górę zbocza unosiło się ciepłe powietrze, ale ona zadrżała z zimna.

– Nie dlatego dzwonię, skarbie. Nie musisz…

– Zrobiłam, jak prosiłaś. Nie powiedziałam nikomu, co naprawdę się stało. I nie powiem. Nie mogłabym.

– Wiem, ale…

– Czy twój świat czasem pogrąża się w mroku?

– Ty płaczesz, Channing?

– Bo mój trochę poszarzał.

Głos dziewczyny zaczął drżeć i Elizabeth wyobraziła sobie jej pokój w dużym domu rodziców po drugiej stronie miasta. Przed sześcioma dniami zniknęła. Ktoś porwał ją prosto z ulicy. Żadnych świadków. Żadnego motywu poza tym najbardziej oczywistym. Dwa dni później Elizabeth wyprowadziła ją z piwnicy opuszczonego domu. Jej prześladowcy zginęli nafaszerowani ołowiem. A teraz, po czterech dniach, rozmawiały sobie w środku nocy, a dziewczyna znów siedziała w pokoju o różowych ścianach wypełnionym pamiątkami z dzieciństwa. Jeżeli tkwił w tym jakiś ukryty przekaz, Elizabeth nie potrafiła go znaleźć.

– Nie powinnam dzwonić – powiedziała. – To było samolubne z mojej strony. Połóż się spać.

W słuchawce rozległ się stłumiony syk.

– Channing?

– Oni pytali, co się stało. Moi rodzice, psychologowie… Dopytywali się cały czas, ale powiedziałam im tylko, jak zabiłaś tamtych dwóch, jak mnie uratowałaś i jak się cieszyłam, kiedy umierali.

– Dobrze zrobiłaś. Wszystko jest w porządku.

– Czy to znaczy, że jestem zła? Bo się cieszyłam? Bo uważam, że osiemnaście kul to za mało?

– Oczywiście, że nie. Zasłużyli na to.

Ale dziewczyna nie przestawała płakać.

– Widzę ich, kiedy zamykam oczy. Wciąż słyszę, jak sobie dowcipkują i zastanawiają się, w jaki sposób mnie zabić – powiedziała przez łzy, a jej głos drżał coraz bardziej. – Ciągle czuję na skórze jego zęby.

– Channing…

– Słuchałam tego tyle razy, aż w końcu uwierzyłam w to, co powtarzał. Że zasłużyłam na to, co mi robią. Że będę błagać, żeby pozwolili mi umrzeć.

Zaciśnięte na telefonie palce Elizabeth zbielały jeszcze bardziej. Lekarze naliczyli na ciele dziewczyny dziewiętnaście śladów ugryzień, których większość przebiła skórę, ale najdotkliwiej okaleczyły ją słowa tych zbirów oraz strach i świadomość, że znajduje się w beznadziejnym położeniu.

– Musiałabym go prosić, żeby mnie zabił. Gdybyś nie przyszła na czas, musiałabym go błagać.

– Już po wszystkim.

– Nie sądzę.

– Naprawdę. Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje.

Channing znów zamilkła i w ciszy słychać było tylko jej urywany oddech.

– Odwiedzisz mnie jutro?

– Postaram się – odparła policjantka.

– Proszę.

– Mam jutro spotkanie z policją stanową. Jeśli zdążę, przyjadę do ciebie. Jeśli nie, będę pojutrze.

– Obiecujesz?

– Tak – powiedziała Elizabeth, chociaż nie miała pojęcia, jak mogłaby pomóc rozbitej psychicznie dziewczynie.

Skończyła rozmowę i wróciła do samochodu. Wciąż czuła się skołowana i tak samo jak za każdym razem, kiedy nie miała gdzie się podziać i nie wiedziała czym się zająć, pojechała do kościoła swojego ojca, skromnego budynku, którego smukła i blada sylwetka odcinała się na tle nocnego nieba. Zaparkowała przed strzelistą dzwonnicą i patrząc na rząd małych domków, które w ciemności wyglądały jak pudełka, po raz setny pomyślała, że mogłaby mieszkać w takim miejscu. Ci ubodzy ludzie pracowali, wychowywali swoje dzieci i pomagali sobie nawzajem. Takie dobrosąsiedzkie stosunki były w tych czasach rzadkością i Elizabeth często uzmysławiała sobie, że to miejsce stało się tak wyjątkowe dzięki jej rodzicom. Choć nie zgadzała się z poglądami ojca na świat i życie, musiała przyznać, że był doskonałym pastorem. Droga, którą proponował, była odpowiednia dla kogoś, kto chciał podtrzymywać więź z Bogiem. Wierzył w dobroć i wspólnotę. Utrzymywał tę społeczność w ruchu, ale nic by z tego nie wyszło, gdyby wszystko nie odbywało się na jego zasadach.

Elizabeth straciła tę ufność, kiedy skończyła siedemnaście lat.

Idąc wąskim podjazdem pod rozłożystymi koronami drzew, dotarła do małej plebanii, w której mieszkali jej rodzice. Ich dom, podobnie jak kościół, był skromny i miał pomalowane na biało ściany. Spodziewała się, że obydwoje będą już spać, ale przez kuchenne okno zobaczyła siedzącą przy stole matkę. Miała tak samo wydatne kości policzkowe i głęboko osadzone oczy jak jej córka; była piękną kobietą o siwiejących włosach i mimo wielu lat ciężkiej pracy jej skóra pozostała gładka. Elizabeth przyglądała się jej przez minutę, podczas gdy z oddali dobiegało ujadanie psów i warkot silnika, a w jednym z pobliskich domów rozległo się kwilenie dziecka. Odkąd doszło do strzelaniny, unikała tego miejsca.

Więc dlaczego tu przyjechałam? – zadała sobie w myślach pytanie. Na pewno nie ze względu na ojca. Nigdy w życiu.

Więc dlaczego?

Ale znała odpowiedź.

Kiedy zapukała w futrynę, za siatkowymi drzwiami rozległ się szelest sukni i po chwili na progu stanęła matka.

– Cześć, mamo.

– Moja dziewczynka. – Matka pchnęła drzwi i wyszła na ganek. Jej oczy błyszczały, a twarz rozpromienił radosny uśmiech, kiedy rozpostarła ramiona i wzięła córkę w objęcia. – Nie dzwonisz, nie pokazujesz się.

Mówiła lekkim i swobodnym tonem, lecz Elizabeth nie zamierzała owijać w bawełnę.

– Miałam ostatnio ciężki okres. Przepraszam.

Matka cofnęła się o krok i zmierzyła ją badawczym wzrokiem.

– Wiesz, że zostawiliśmy ci kilka wiadomości. Nawet twój ojciec zadzwonił.

– Nie mogę rozmawiać z tatą.

– Naprawdę jest aż tak źle?

– Poprzestańmy na tym, że mam już dosyć tych, którzy się zastanawiają, czy dostąpię zbawienia.

To nie był żart, ale matka parsknęła szczerym śmiechem.

– Chodź się napić – powiedziała, po czym zaprosiła córkę do środka i posadziła ją przy niewielkim stole, na którym postawiła dwie szklanki z kostkami lodu i opróżnioną do połowy butelkę whisky. – Chcesz o tym porozmawiać?

Elizabeth pokręciła głową. Chciałaby pozwolić sobie teraz na szczerość, ale dawno temu odkryła, że wystarczy jedna kropla kłamstwa, żeby zatruć całą studnię prawdy. Lepiej nic nie mówić. Lepiej zdusić wszystko w sobie.

– Nie zamierzam się izolować, ale to wszystko wydaje się takie… zagmatwane.

– Zagmatwane?

– Tak.

– Och, co za bzdura – odparła matka i machnięciem ręki uciszyła Elizabeth, która otwierała usta, żeby coś dodać. – Jesteś najbardziej zdroworozsądkową osobą, jaką znam. Jako dziecko i jako dorosła zawsze patrzyłaś na świat bardziej trzeźwo niż większość ludzi. Pod tym względem jesteś podobna do ojca, choć wasze poglądy tak bardzo się różnią.

Elizabeth spojrzała w głąb pogrążonego w mroku korytarza.

– Czy on tu jest?

– Twój ojciec? Nie, poszedł do Turnerów. Znów mają kłopoty i próbuje im pomóc.

Elizabeth znała Turnerów. Raz złożyła im wizytę, gdy w ostatnim miesiącu służby patrolowej przyjęła wezwanie do ich domu. Dobrze zapamiętała ciasny pokój i pijaną kobietę w różowej podomce, która mogła ważyć co najwyżej czterdzieści pięć kilo. Jej mąż leżał zakrwawiony na podłodze, a ona wymachiwała wałkiem do ciasta i krzyczała, że nie będzie rozmawiać z nikim oprócz wielebnego. Elizabeth była gotowa użyć siły, ale jej ojciec uspokoił kobietę, której mąż po raz kolejny nie zamierzał składać skargi. Tak było przed laty, a wielebny wciąż służył im swoimi radami.

– On się nigdy nie zraża, prawda?

– Twój ojciec? Nigdy.

– Mówił coś o strzelaninie?

– Nie, kochanie. Cóż mógłby powiedzieć?

To było właściwe pytanie, a Elizabeth domyślała się, jak brzmi odpowiedź. Mógł ją obwiniać o śmierć tamtych ludzi, ale przede wszystkim o to, że została policjantką. Mógł powiedzieć, że zawiodła zaufanie, a jedna fatalna decyzja pociągnęła za sobą tyle zła.

– Wciąż trudno mu zaakceptować to, jaką wybrałam drogę w życiu.

– Ależ skąd. Poza tym jest twoim ojcem i tęskni za tobą.

– Za mną?

– Może za tym, jak było kiedyś. Za lepszymi czasami. Nikt nie chce być znienawidzony przez własną córkę.

– Nie czuję do niego nienawiści.

– Ale też mu nie wybaczyłaś.

Elizabeth musiała matce przyznać rację. Trzymała się na dystans i do ojca odnosiła się chłodno.

– Jak to możliwe, że tak bardzo się od siebie różnicie? – zapytała.

– Tak naprawdę jesteśmy podobni.

– Podobni jak radość i zgorzknienie. Jak przyzwolenie i kara. Jesteś jego całkowitym przeciwieństwem. Zastanawiam się, jakim cudem wytrzymaliście ze sobą tak długo. To dla mnie niepojęte, naprawdę.

– Jesteś niesprawiedliwa dla ojca.

– Czyżby?

– Co ci mogę powiedzieć, kochanie? – Matka uśmiechnęła się i wypiła łyk whisky. – Serce nie sługa.

– Nawet po tylu latach?

– Cóż, może teraz serce już nie jest takie ważne. Owszem, ojciec bywa trudny, ale tylko dlatego, że postrzega świat w taki konkretny sposób. Dobro i zło, jedna prosta droga do celu. Ale im jestem starsza, tym więcej otuchy dodaje mi jego niewzruszona pewność.

– Przecież ty kiedyś studiowałaś filozofię, na miłość boską.

– To było inne życie…

– Mieszkałaś w Paryżu. Pisałaś wiersze.

Matka lekceważąco machnęła ręką.

– Byłam młoda, a Paryż to wielkie miasto. Dziwisz się, jak ze sobą wytrzymujemy, a ja wciąż pamiętam, jakie uczucia budziła we mnie ta jego wizja i determinacja, by codziennie czynić świat lepszym. Życie z twoim ojcem było jak obcowanie z ogniem, tylko żywioł i surowa energia. Co rano wstawał z łóżka zapatrzony w swój cel i tak samo kończył każdy dzień. Przez wiele lat byłam z nim naprawdę szczęśliwa.

– A teraz?

Na twarzy matki pojawił się tęskny uśmiech.

– Powiem tylko, że chociaż robi się coraz bardziej zacięty, moje miejsce zawsze będzie u jego boku.

Elizabeth podziwiała ją za to oddanie pełne niewymuszonego dostojeństwa. Pastor i jego żona. Przez chwilę zastanawiała się, jak kiedyś wyglądało ich życie – namiętność i wzniosłe idee, pierwsze lata małżeństwa i wielka murowana świątynia. Spojrzała w okno, za którym tonęły w mroku małe ogródki rozdzielone kamiennymi murkami, zbrązowiała trawa i mały ubogi kościółek o wypłowiałych od słońca drewnianych ścianach.

– Tu jest całkiem inaczej, prawda? Czasem wspominam to poprzednie miejsce, chłodne i zaciszne. Ten malowniczy widok ze schodów przed głównym wejściem.

– Myślałam, że nie znosiłaś tamtego kościoła.

– Nie zawsze tak było. I nie z taką zaciekłością.

– Powiedz, kochanie, co cię tutaj sprowadza. Tak naprawdę.

Elizabeth dostrzegła w szybie odbicie zatroskanej twarzy matki. Westchnęła ciężko.

– Czy ja jestem dobrym człowiekiem? – zapytała i od razu pokręciła głową, widząc, że matka zaczyna się uśmiechać. – Mówię poważnie. Na przykład teraz, zwalam się w środku nocy, bo moje życie stanęło na głowie i czuję się niepewnie.

– Nie bądź głupia.

– Czy ja potrafię tylko brać?

– Elizabeth Frances Black, w całym swoim życiu nigdy nie wyciągnęłaś po nic ręki. Odkąd pamiętam, zawsze tylko się poświęcałaś, najpierw dla ojca, potem dla wspólnoty, a teraz dla całego miasta. Ile medali zdobyłaś? Ilu ludziom ocaliłaś życie? O co tak naprawdę ci chodzi?

Elizabeth odwróciła twarz od okna i utkwiła wzrok w szklance.

– Wiesz, jak dobrze strzelam.

– Ach, teraz już rozumiem – powiedziała matka, po czym usiadła naprzeciwko niej i wzięła ją za rękę. – Skoro strzeliłaś do nich osiemnaście razy, nie zrobiłaś tego bez powodu. Zawsze będę tak uważać, cokolwiek ludzie by mówili.

– Czytałaś gazety?

Matka prychnęła lekceważąco.

– Same ogólniki i wypaczone informacje.

– Dwaj ludzie nie żyją. O czym tu jeszcze mówić?

– Córeczko – odparła matka i napełniła szklankę Elizabeth, a potem uzupełniła swoją. – To tak, jakby ktoś próbował opisać wschód księżyca, używając tylko słowa „biel”, albo samym słowem „woda” chciał oddać cały majestat oceanu. Ocaliłaś niewinną dziewczynę, a przy tym wszystko inne schodzi na dalszy plan.

– Wiesz, że policja stanowa prowadzi śledztwo?

– Wiem tylko, że zrobiłaś to, co uważałaś za słuszne, a jeśli strzeliłaś do nich osiemnaście razy, musiałaś mieć jakiś ważny powód.

– A jeżeli śledczy ze stanowej będą innego zdania?

– O mój Boże. Nie możesz aż tak bardzo wątpić w siebie. Przeprowadzą całe to swoje śledztwo, a potem oczyszczą cię z podejrzeń. Na pewno tak będzie.

– Teraz nic nie jest pewne. Nie wiadomo, co się stało i dlaczego. W zasadzie nie śpię od tamtego czasu.

Matka wypiła łyk ze swojej szklanki i znacząco uniosła palec.

– Jest ci znane słowo „natchnienie”? Jego znaczenie? Wiesz, skąd pochodzi?

Elizabeth pokręciła głową.

– W średniowieczu nikt nie wiedział, co sprawia, że niektórzy ludzie są wyjątkowi. Nikt nie rozumiał, na czym polega wyobraźnia, kreatywność czy wizjonerstwo. Ludzie spędzali całe życie w tej samej małej wiosce. Nie mieli pojęcia, dlaczego słońce wschodzi czy zachodzi i dlaczego nastaje zima. Ciężko harowali, ryjąc w ziemi, i umierali młodo dziesiątkowani przez choroby. W tych mrocznych i ciężkich czasach każdy stawał w obliczu tych samych ograniczeń, każdy z wyjątkiem tych nielicznych, którzy postrzegali świat inaczej: poetów i wynalazców, malarzy i architektów. Przeciętni zjadacze chleba nie rozumieli takich ludzi; było dla nich niepojęte, jak ktoś może pewnego ranka otworzyć oczy i zobaczyć świat w innych barwach. Sądzili, że to dar od Boga. Cudowny powiew mądrości zesłany z nieba, który nazwali natchnieniem.

– Nie jestem artystką ani wizjonerką.

– Mimo to posiadasz rzadki dar widzenia, jakiego nie powstydziłoby się wielu poetów. Patrzysz przenikliwie i rozumnie. Nie zabiłabyś tych ludzi, gdybyś nie musiała.

– Posłuchaj, mamo…

– Natchnienie – przerwała jej matka i uniosła szklankę do ust. Jej oczy szkliły się od łez. – Zesłane przez samego Boga.

Pół godziny później Elizabeth znów jechała przez śródmieście. Jak na Karolinę Północną miasto było całkiem spore; w jego granicach mieszkało sto tysięcy osób, a drugie tyle było rozsiane po całym terenie hrabstwa. Niektóre miejsca wciąż zachowały świetność, ale po dziesięciu latach zastoju gospodarczego zaczynały pojawiać się rysy. W okolicach, które dawniej tętniły życiem, było coraz więcej zamkniętych na głucho sklepów; nikt nie wymieniał powybijanych szyb ani nie malował odrapanych ścian. Mijając budynek, w którym kiedyś mieściła się jej ulubiona restauracja, zobaczyła na rogu grupę awanturujących się nastolatków. Agresja i frustracja ludzi też stawały się coraz bardziej widoczne. Wskaźnik bezrobocia dwukrotnie przewyższał średnią krajową i z każdym rokiem coraz trudniej było ukryć fakt, że najlepsze czasy bezpowrotnie minęły. Nie oznaczało to jednak, że niektóre zakątki miasta nie urzekały wciąż swoim pięknem, jak zabytkowe wille za ogrodzeniami z kutego żelaza i spiżowe pomniki, które przypominały o odwadze i poświęceniu bohaterów wojennych. Miastu nie brakowało powodów do dumy, ale nawet najbardziej szacowni obywatele zachowywali ostrożność w jej wyrażaniu, jakby to mogło im jakoś zaszkodzić i jakby najbezpieczniej było nie wychylać się zbytnio i czekać na lepsze czasy.

Elizabeth zaparkowała przed komendą policji i spojrzała przez przednią szybę na dwupiętrowy budynek wzniesiony z tego samego marmuru co gmach sądu. Na niewielkim placu przy bocznej ulicy stała chińska restauracja, a przecznicę dalej za cmentarzem konfederatów mieściła się stacja kolejowa, od której odchodziły tory na północ i południe. W dzieciństwie zdarzało się jej często wędrować wzdłuż tych torów, gdy w sobotnie poranki wybierała się z koleżankami do miasta, żeby obejrzeć w kinie jakiś film albo posiedzieć w parku i popatrzeć na chłopaków. Teraz coś takiego było dla niej nie do pomyślenia. Dzieciaki na torach kolejowych. Chodzenie samopas po mieście. Opuściła szybę i do wnętrza samochodu wpadła woń rozgrzanego asfaltu i gumy. Zapaliła papierosa.

Trzynaście lat – pomyślała, spoglądając na posterunek. Próbowała sobie wyobrazić, że to wszystko przepadło; jej praca, więzi łączące ją z ludźmi, poczucie misji. Od siedemnastego roku życia marzyła już tylko o wstąpieniu do policji, bo wiedziała, że policjanci nie boją się tego, co przeraża zwykłych ludzi. Że są silni, mają władzę i to, co robią, jest sensowne. Byli dla niej pozytywnymi bohaterami.

Czy nadal w to wierzyła? Zamknęła oczy, zastanawiając się nad tym pytaniem. Kiedy uniosła powieki, zobaczyła Francisa Dyera, który zszedł po szerokich stopniach przed głównym wejściem do komendy i przeciął ulicę na skos. Na jego twarzy odcisnęły się zmęczenie i przygnębienie. Od czasu strzelaniny sporo się kłócili, ale nie było między nimi zaciekłości. Był od niej starszy i szczerze się o nią martwił.

– Cześć, kapitanie. Nie spodziewałam się, że spotkam cię tutaj o tej porze.

Dyer przystanął obok otwartego okna i przyjrzał się badawczo jej twarzy, a potem omiótł wzrokiem walające się we wnętrzu samochodu pudełka po papierosach, puszki po red bullu i kilka zmiętych gazet na tylnym siedzeniu. Jego spojrzenie zatrzymało się na komórce, która leżała na fotelu obok niej.

– Zostawiłem ci sześć wiadomości.

– Wyłączyłam telefon. Przepraszam.

– Dlaczego?

– Głównie dzwonią do mnie dziennikarze. Może ty chciałbyś z nimi porozmawiać?

Zezłościło go jej nastawienie. Z jednej strony niepokoił się o nią, ale z drugiej obowiązywały ich procedury. Była detektywem, ale została zawieszona, przyjaźnili się, lecz nie aż tak blisko, by mógł sobie pozwolić na taką frustrację. Jego zapadnięte oczy i rumieniec na twarzy wyrażały to, co przeżywał.

– Co tutaj robisz w środku nocy, Liz? – zapytał, lecz ona tylko wzruszyła ramionami. – Mówiłem ci, że dopóki twoja sprawa nie zostanie wyjaśniona…

– Nie zamierzałam tam wchodzić.

Dyer odczekał kilka sekund. Zmarszczki na jego twarzy nie zmieniły układu, a oczy wyrażały wciąż tę samą troskę.

– Jesteś na jutro umówiona ze śledczymi z policji stanowej. Pamiętasz?

– Oczywiście.

– Rozmawiałaś ze swoim adwokatem?

– Tak – skłamała. – Wszystko uzgodnione.

– W takim razie powinnaś spędzać czas z rodziną albo przyjaciółmi. Z ludźmi, którzy cię kochają.

– Byłam na kolacji z przyjaciółmi.

– Tak? A co jadłaś? – zapytał podejrzliwie, ale nim zdążyła odpowiedzieć, dodał: – Nieważne. Nie chcę, żebyś mnie okłamywała. – Spojrzał na nią znad wąskich okularów, a potem omiótł czujnym wzrokiem ulicę. – Za pięć minut w moim biurze.

Kiedy ją zostawił, Elizabeth przez minutę dochodziła do siebie. Potem przecięła ulicę i wspięła się po schodach prowadzących do przeszklonych drzwi, w których odbijało się światło latarni ulicznych i gwiazd. W holu zmusiła się do uśmiechu i unosząc ręce, dała znak sierżantowi, który siedział za kuloodporną szybą.

– Tak, wiem – mruknął. – Dyer powiedział, że mam cię wpuścić. Zmieniłaś się.

– Naprawdę? Jak?

Sierżant pokręcił głową.

– Jestem za stary na takie bzdety.

– Jakie bzdety?

– Ocenianie wyglądu kobiet.

Zabrzęczał zamek magnetyczny, pchnęła drzwi i weszła po schodach na piętro, gdzie mieściła się podłużna otwarta przestrzeń biurowa, z której korzystali detektywi. Była prawie pusta, a większość biurek spowijał cień. Przez kilka sekund nikt jej nie zauważył, a potem szczęknęły zamykane drzwi i zwalisty gliniarz w pomiętym garniturze uniósł głowę znad rozłożonych na blacie papierów.

– Patrzcie, patrzcie, Black znów na pokładzie. Siemano.

– Siemano? – Elizabeth przestąpiła próg.

– A co? – Policjant rozparł się na krześle. – Po luzacku nie można?

– Bardziej pasuje ci to, co masz.

– To znaczy?

– Kredyt hipoteczny, dzieciaki – odparła, przystając obok jego biurka. – Piętnaście kilo nadwagi i ta sama żona od ilu lat? Od dziewięciu?

– Dziesięciu.

– Otóż to. Kochająca rodzina, miażdżyca i dwadzieścia lat do emerytury.

– Bardzo śmieszne. Dzięki.

Elizabeth wzięła kwaskowego żelka ze stojącego na biurku słoja, przysiadła bokiem na blacie i spojrzała z góry na okrągłą twarz Charliego Becketta. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i sporo przytył, ale kiedyś widziała, jak przerzucił ważącego sto kilo podejrzanego nad dachem zaparkowanego samochodu i nawet nie zarysował lakieru.

– Fajna fryzura – powiedział.

Elizabeth przejechała dłonią po krótkich, sterczących ostro kosmykach włosów.

– Poważnie?

– To był sarkazm, kobieto. Czemu to sobie zrobiłaś?

– Może chciałam odmienić widok w lustrze.

– A może powinnaś była zlecić to komuś, kto zna się na rzeczy. Kiedy to się stało? Bo widziałem cię przedwczoraj.

Elizabeth niewiele pamiętała ze swoich postrzyżyn. Była czwarta nad ranem, a ona miała mocno w czubie i nawet nie zapaliła światła w łazience. Z czegoś się śmiała, ale bardziej przypominało to płacz.

– Co tu robisz, Charlie? Jest po północy.

– Była strzelanina na uczelni.

– Jezu, tylko nie to.

– Nie, nic z tych rzeczy – uspokoił ją Beckett. – Miejscowi chcieli spuścić łomot jakiemuś pierwszoroczniakowi, którego uznali za geja. Gej czy nie, ale okazało się, że chłopak ma pozwolenie na broń, i kiedy we czterech zapędzili go w ślepy zaułek za salonem fryzjerskim, wyciągnął trzydziestkęósemkę.

– Zabił kogoś?

– Jednego postrzelił w ramię, a wtedy reszta dała nogę. Ale mamy nazwiska, szukamy ich.

– Jakieś zarzuty przeciwko studentowi?

– Czterech na jednego? – Beckett pokręcił głową. – Dzieciak nigdy nie był notowany. Z tego, co tu widzę, została tylko papierkowa robota.

– To już chyba po sprawie.

– Też tak sądzę.

– Posłuchaj, muszę iść.

– Wiem, kapitan mówił, że przyjdziesz. Nie wyglądał na zadowolonego.

– Zdybał mnie, kiedy koczowałam na parkingu.

– Bo jesteś zawieszona. Pamiętasz o tym, prawda?

– Pamiętam.

– A ty nie bardzo się starasz poprawić swoją sytuację.

Wiedziała, co miał na myśli. Pojawiły się pytania dotyczące incydentu w piwnicy, na które nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Naciski ze strony policji stanowej i prokuratora generalnego były coraz silniejsze.

– Porozmawiajmy o czymś innym – zaproponowała. – Co u Carol?

Beckett wzruszył ramionami.

– Pracuje do późna.

– To jakieś pogotowie fryzjerskie?

– Możesz mi wierzyć albo nie, ale są takie rzeczy. Na przykład ślub albo przyjęcie rozwodowe. W nocy farba, rano strzyżenie i modelowanie.

– Nieźle.

– Wiem. Swoją drogą, Carol nadal chce cię umówić na randkę.

– Z kim? Z tym ortodontą?

– Z dentystą.

– A co za różnica?

– Myślę, że dentysta lepiej zarabia.

Elizabeth wskazała kciukiem za siebie.

– On tam czeka.

– Posłuchaj, Liz. – Beckett nachylił się w jej stronę i ściszył głos. – Próbowałem cię odciążyć przez ostatnie dni. Starałem się zachować jak partner i przyjaciel, okazać zrozumienie. Ale jutro ci śledczy ze stanowej…

– Mają moje zeznanie. Jeśli będą zadawać te same pytania, nie uzyskają innych odpowiedzi.

– Mieli cztery dni na znalezienie świadków, przesłuchanie Channing, zbadanie dowodów. Nie będą zadawać takich samych pytań i dobrze o tym wiesz.

– Ale ja nie mam nic nowego do powiedzenia.

– Tu chodzi o politykę, Liz. Przecież rozumiesz, prawda? Biała policjantka, czarne ofiary…

– Oni nie są ofiarami.

– Posłuchaj – rzekł Beckett, patrząc jej w oczy z zatroskaną miną. – Oni chcą przyskrzynić glinę z rasistowskimi zapędami i rozchwianą psychiką, a wygląda na to, że nadajesz się idealnie. Zbliżają się wybory i prokurator generalny pragnie się przypodobać czarnej społeczności. Uważa to za świetną okazję.

– Ale mnie to nie obchodzi.

– Strzeliłaś do nich osiemnaście razy.

– A oni przez dwadzieścia cztery godziny gwałcili tę dziewczynę.

– Wiem, ale…

– Tak mocno związali jej ręce drutem, że miała rany do kości.

– Liz, posłuchaj…

– To ty mnie posłuchaj! Powiedzieli, że ją uduszą, kiedy im się znudzi, a ciało wrzucą do kamieniołomu. Mieli przygotowany worek foliowy i taśmę klejącą. Jeden z nich chciał ją gwałcić, kiedy będzie umierała. Nazywali to ujeżdżaniem białej laski.

– Wiem o tym wszystkim – powiedział Beckett.

– W takim razie nie mamy o czym rozmawiać.

– Ale rozmawiamy. Ojciec Channing jest biały i bogaty, a faceci, których zastrzeliłaś, byli biedni i czarni. To polityka. Media już rozdmuchały sprawę. Czytałaś gazety. Niewiele brakuje, żeby rozniosło się na cały kraj. Niektórym zależy na pokazowym procesie.

Elizabeth wiedziała, kogo miał na myśli. Polityków. Agitatorów. Ludzi, którzy uważają, że system jest zepsuty do szpiku kości.

– Nie mogę o tym rozmawiać.

– A możesz porozmawiać z adwokatem?

– Już to zrobiłam.

– Nie zrobiłaś. – Beckett opadł na oparcie krzesła, nie spuszczając z niej wzroku. – Dzwonił tutaj i pytał o ciebie. Powiedział, że nie spotkałaś się z nim i nie odbierasz telefonu. Policja stanowa chce cię oskarżyć o podwójne zabójstwo, a ty pogrywasz sobie tak, jakbyś nie wpakowała całego magazynka w dwóch nieuzbrojonych ludzi.

– Miałam powód.

– Nie wątpię, ale nie o to chodzi, prawda? Gliniarze też trafiają za kratki i wiesz o tym lepiej niż większość z nas.

Spojrzenie Becketta było równie wyraziste jak jego słowa, lecz Elizabeth się tym nie przejęła. Nawet po trzynastu latach.

– Nie zamierzam o nim rozmawiać, Charlie. Nie dzisiaj i nie z tobą.

– Ale on jutro wychodzi. Przypuszczam, że dostrzegasz ironię.

Beckett założył splecione dłonie za głowę, jak gdyby chciał ją sprowokować do zakwestionowania faktów.

Gliniarze też trafiają za kratki. Czasami wychodzą na wolność.

– Lepiej już pójdę do kapitana.

– Zaczekaj, Liz.

Nie posłuchała go. Dwa razy zapukała do drzwi gabinetu Dyera, zanim nacisnęła klamkę. Kapitan siedział za biurkiem i nawet o tak późnej porze jego garnitur wyglądał świeżo, a krawat znajdował się na swoim miejscu.

– Wszystko w porządku?

Elizabeth machnęła ręką, ale nie mogła ukryć złości ani rozczarowania.

– Koleżeńskie rady.

– Beckett chce dla ciebie jak najlepiej. Podobnie jak my wszyscy.

– W takim razie pozwól mi wrócić do pracy.

– Naprawdę sądzisz, że to dla ciebie dobre rozwiązanie?

Elizabeth odwróciła wzrok, bo jego pytanie trafiło niemal w sedno.

– Ta praca jest tym, co potrafię robić najlepiej.

– Nie przywrócę cię do obowiązków, dopóki ta sprawa nie zostanie wyjaśniona.

– Jak długo to jeszcze potrwa?

– To nie jest właściwe pytanie.

Opadła ciężko na krzesło i spojrzała na swoje odbicie w szybie. Straciła na wadze, a jej włosy wyglądały koszmarnie.

– A jakie pytanie jest właściwe?

– Pamiętasz, kiedy ostatnio coś jadłaś?

– To nie ma nic do rzeczy.

– A kiedy ostatnio spałaś?

– No dobra, przyznaję, że ostatnie dni były trochę… skomplikowane.

– Skomplikowane? Na litość boską, Liz, masz sińce pod oczami, jakby ktoś cię pobił. Nie można cię zastać w domu, nie odbierasz telefonu i ciągle jeździsz tym rozlatującym się gratem.

– To jest mustang rocznik sześćdziesiąty siódmy.

– Nie wiem, kto go dopuścił do ruchu. – Dyer pochylił się nad biurkiem i zaplótł palce. – Śledczy ze stanowej w kółko o ciebie wypytują, a mnie coraz trudniej jest ich przekonać, że można na tobie polegać. Tydzień temu użyłbym takich słów jak „rozsądna”, „błyskotliwa” i „opanowana”. A teraz nie wiem, co powiedzieć. Stałaś się roztrzęsiona, posępna i nieprzewidywalna. Za dużo pijesz i po raz pierwszy od dziesięciu lat zaczęłaś palić. Nie chcesz rozmawiać z psychologiem ani ze swoimi kolegami. – Kapitan zawiesił głos i uniósł dłoń, wskazując na jej zmierzwione włosy i pobladłą twarz. – Wyglądasz jak wampir, jak cień…

– Moglibyśmy pogadać na jakiś inny temat?

– Myślę, że nie powiedziałaś prawdy o tym, co się wydarzyło w tej piwnicy. Taki temat ci odpowiada?

Elizabeth odwróciła wzrok.

– Kolejność wydarzeń w twoim raporcie nie trzyma się kupy, Liz. Śledczy tego nie kupują ani ja. A ta dziewczyna gubi się w szczegółach, dlatego podejrzewam, że też kłamie. Brakuje ci całej godziny. Opróżniłaś cały magazynek.

– Jeżeli skończyliśmy…

– Nie skończyliśmy. – Dyer rozparł się w fotelu z niezadowoloną miną. – Zadzwoniłem do twojego ojca.

– Ach. – To jedno krótkie westchnienie wyrażało więcej niż tysiące słów. – Jak się miewa wielebny Black?

– Jego zdaniem pęknięcia w twojej duszy są tak głębokie, że nawet światło łaski Bożej nie zdoła ich rozjaśnić.

– No cóż, mój ojciec zawsze miał dar wymowy.

– To dobry człowiek. Dlaczego nie chcesz, żeby ci pomógł?

– Udział w jego nabożeństwach dwa razy w roku nie upoważnia cię do dyskutowania z nim o moim życiu. Nie chcę go w to mieszać i nie potrzebuję pomocy.

– Ależ potrzebujesz. – Dyer oparł łokcie na biurku. – I właśnie to jest najsmutniejsze. Należysz do najlepszych glin, z jakimi miałem w życiu do czynienia, ale powoli staczasz się w przepaść. Nikt z nas nie będzie obojętnie na to patrzył. Chcemy ci pomóc. Pozwól nam na to.

– Dostanę z powrotem odznakę czy nie?

– Najpierw doprowadź tę sprawę do końca. Wyjaśnij wszystko albo ci goście ze stanowej zjedzą cię żywcem.

– Wiem, co robię.

Elizabeth wstała z krzesła i podeszła do drzwi.

– Dziś po południu przejeżdżałaś koło więzienia – powiedział Dyer, który również podniósł się z fotela za biurkiem.

Zastygła z ręką na klamce i powoli obróciła głowę. Domyślała się, o czym chciał porozmawiać kapitan. Podobnie jak Beckett i wszyscy jej koledzy.

– Śledzisz mnie? – zapytała lodowatym tonem.

– Nie.

– Więc kto mnie widział?

– To nie ma znaczenia. Wiesz, o co mi chodzi.

– Załóżmy, że nie czytam w myślach.

– Nie chcę, żebyś zbliżała się do Adriana Walla.

– Jakiego Adriana?

– I nie zgrywaj mi tu głupiej. Dostał zwolnienie warunkowe i wychodzi jutro rano.

– Nie wiem, o czym mówisz – odparła, ale wiedziała doskonale i obydwoje zdawali sobie z tego sprawę.

Rozdział 3

Paradoks życia za kratami polegał na tym, że w miejscu, gdzie można było nie doczekać wieczoru, każdy poranek zaczynał się dokładnie tak samo. Przez kilka sekund po przebudzeniu człowiek nie wiedział, gdzie jest i co się z nim dzieje. Te pierwsze sekundy były jak ciepły powiew magii, który znikał bez śladu, kiedy osadzonego przygniatała rzeczywistość, a przeszłość niczym wierny pies nie odstępowała go na krok. Ten poranek nie różnił się od innych – z początku bezruch, a potem wspomnienia tego wszystkiego, co niosło ze sobą trzynaście lat odsiadki.

Chwile takie jak ta dla większości osadzonych były dosyć przykre. Jeśli więzień był ekspolicjantem, znosił je jeszcze gorzej. Dla takiego gliniarza jak Adrian były nie do zniesienia.