Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Dziennik Dowodcy Rosomaka

Dziennik Dowodcy Rosomaka

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-645-2392-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Dziennik Dowodcy Rosomaka

Wiosną 2011 roku w Afganistanie znalazła się 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana – elitarna formacja Wojska Polskiego. Nieźle wyszkolona i wyposażona, stanęła do walki z przeciwnikiem, którego najważniejszą bronią okazały się miny-pułapki, znajomość terenu i przychylność miejscowej ludności. Technika musiała odejść na dalszy plan, kluczową rolę odegrać miały cechy charakteru wysłanych na tę dziwną wojnę żołnierzy. Czy „Wielkopolanie” podołali? Bywało z tym różnie, o czym bez owijania w bawełnę pisze kapral Jacek Dutkiewicz. Jego dziennik to świadectwo uczestnika wydarzeń, świetnego żołnierza, obdarzonego przy tym zmysłem obserwacji i talentem literackim. Zredagowany już po śmierci autora, jest pozycją obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych historią wojskowości.

 

Polecane książki

Polskie instytucje finansowe mają obowiązek raportowania wszelkich przepływów pieniężnych dokonywanych przez obywateli USA na terenie RP poprzez informowanie amerykańskiego fiskusa (IRS) o rachunkach bankowych prowadzonych dla podatników, rezydentów i obywateli USA. dowiedz się kogo dokładnie dotycz...
Urodzili się w latach siedemdziesiątych. Dorastali w czasach kartek i kolejek, gdy najzwyklejsza kawa czy czekolada były niedostępnymi dobrami luksusowymi. To właśnie im przyszło teraz nadrabiać dziesięciolecia gospodarczego zapóźnienia Polski. Teraz pracują na sukces - niestety nie swój; są tylko t...
Grupa przyjaciół spędza przerwę świąteczną w luksusowej chacie myśliwskiej na odludziu. Największe od dziesięcioleci opady śniegu sprawiają, że zostają odcięci od świata. Zabawa trwa w najlepsze. Do momentu, gdy jedno z nich zostaje znalezione martwe. Dziewięcioro przyjaciół, jeden morderca. To ...
Złoto jest w jej krwi, w jej oddechu, a nawet w jej oczach. Lee Westfall ma silną kochającą rodzinę. Ma dom, który kocha i wiernego rumaka. Ma także najlepszego przyjaciela, którzy być może będzie być kimś ważniejszym. Lee ma także tajemnicę. Wyczuwa złoto w otaczającym ją świecie. Nawet żyły znajdu...
Para dziennikarzy z Polski wyjeżdża na wygraną w konkursie wycieczkę do Lizbony. Już pierwszego dnia pobytu dochodzi do tragicznego wypadku, a dziwne zachowanie przewodniczki zapowiada, że nie będzie to sielski wypoczynek. Sceptycznie nastawiony do wyjazdu Michał zostaje mimo woli włączony w ciąg ni...
Stan prawny na 31.08.2007 r. Monografia jest pierwszym w polskiej literaturze prawniczej kompleksowym opracowaniem problematyki cywilnoprawnej dotyczącej prawa do integralności utworu. Autorka podejmuje zarówno rozważania teoretycznoprawne odnoszące się do zagadnienia integralności utworu, jak i o...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Marcin Ogdowski

© 2017 WARBOOK Sp. z o.o.

 

Redakcja: Marcin Ogdowski

Korekta językowa: Zespół redakcyjny

Okładka: Paweł Gierula

Fotografia na okładce: Szymon Pożoga

 

Redakcja techniczna, skład, eBook: Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Mapa: Wydawnictwo Gauss

 

ISBN 978-83-645-2392-2

Ustroń 2017

 

Wydawca: WARBOOK

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

WSTĘP

Był 20 maja 2015 roku. Jak co dzień rano zaj­rza­łem na „ścia­nę” swo­je­go Fa­ce­bo­oka. Nie­mal od razu na ekra­nie mo­ni­to­ra wy­świe­tlił się post au­tor­stwa Ra­fa­ła Mier­ni­ka. Puł­kow­ni­ka po­zna­łem nie­mal pięć lat wcze­śniej – ja by­łem wów­czas na wy­jeź­dzie re­por­ter­skim w Afga­ni­sta­nie, Ra­fał, wraz z gru­pą in­nych woj­sko­wych, od­by­wał re­ko­ne­sans w pro­win­cji Gha­zni. Miał do niej wró­cić wio­sną 2011 roku jako do­wód­ca Zgru­po­wa­nia Bo­jo­we­go „Alfa” w ra­mach IX zmia­ny Pol­skie­go Kon­tyn­gen­tu Woj­sko­we­go.

Jed­nym z pod­wład­nych Mier­ni­ka był Ja­cek Dut­kie­wicz, ka­pral, do­wód­ca Ro­so­ma­ka. To wła­śnie jego fo­to­gra­fie za­wi­sły tego ma­jo­we­go po­ran­ka na „łolu” puł­kow­ni­ka Mier­ni­ka.

– Mat­ko… – wes­tchną­łem, szyb­ko do­my­śla­jąc się, co ów set zdjęć ozna­cza.

„Dzi­siaj od­szedł od nas na wiecz­ną służ­bę Ja­cek Dut­kie­wicz” – pi­sał Ra­fał. „Strze­lec Kon­ny Wiel­ko­pol­ski z wy­bo­ru i pa­sji. We­te­ran Służ­by Oj­czyź­nie w Afga­ni­sta­nie, wszech­stron­ny spor­to­wiec i nade wszyst­ko Czło­wiek Wiel­kie­go Ser­ca i nie­spo­ży­tej ener­gii ży­cio­wej. Smut­ny to dzień, Jac­ku, kie­dy opusz­czasz nas bez roz­ka­zu! Co z przy­ja­ciół­mi, plu­to­nem, szwa­dro­nem i całą strze­lec­ką bra­cią?! Już nie zro­bi­my ra­zem niby nie­po­trzeb­nej ni­ko­mu in­no­wa­cji, nie przy­wie­ziesz zna­ko­mi­te­go piw­ka z Czarn­ko­wa i nie po­ga­wo­rzy­my o pla­nach na przy­szłość. Wiel­ka Stra­ta i wiel­ka pust­ka, Jac­ku, po To­bie zo­sta­nie, na­praw­dę nie­wie­lu żoł­nie­rzy tak wry­ło się w moją pa­mięć jak Ty. En­tu­zja­stycz­ny, pro­fe­sjo­nal­ny w Afga­ni­sta­nie, wraż­li­wy na dru­gie­go czło­wie­ka, fo­to­graf-es­te­ta (…). Tak wszech­stron­ny w co­dzien­nym ży­ciu – nie­któ­rzy ma­wia­li Czło­wiek Re­ne­san­su. Ry­zy­kant, nie­cier­pli­wy, z ema­nu­ją­cą nadak­tyw­no­ścią – ty­siąc srok za ogon, a jed­nak każ­de­mu zdą­ży­łeś po­móc. Po pro­stu żoł­nier­ski żoł­nierz. (…) Wie­rzę, że bę­dziesz miał co ro­bić w nie­biań­skim szwa­dro­nie. Nie za­po­mnę ni­g­dy st. kpr. Jac­ka Dut­kie­wi­cza! Dzię­ku­ję Ci za wspól­ną, wspa­nia­łą służ­bę! Cześć Two­jej Pa­mię­ci!”.

„Ja­sna cho­le­ra, ko­lej­ny…” – ta smut­na myśl za­go­ści­ła w mo­jej gło­wie. Ja­cek do­łą­czył do gro­na chło­pa­ków, któ­rzy po po­wro­cie z woj­ny – gdzie wie­lo­krot­nie na­ra­ża­li swo­je ży­cie – zgi­nę­li w bez­piecz­nej, zda­wa­ło­by się, Pol­sce. Kil­ka mie­się­cy wcze­śniej taki los spo­tkał mo­je­go zna­jo­me­go, któ­ry za­bił się, ja­dąc mo­to­cy­klem. Ze śro­do­wi­ska we­te­ra­nów i ich ro­dzin co ja­kiś czas do­cie­ra­ły do mnie in­for­ma­cje o po­dob­nych tra­ge­diach. Pa­skud­ny psi­kus losu…

Dut­kie­wi­cza owo fa­tum do­pa­dło, gdy ska­kał ze spa­do­chro­nem.

– I nie uda­ło nam się spo­tkać – wy­szep­ta­łem, wra­ca­jąc wspo­mnie­nia­mi do wy­da­rzeń sprzed czte­rech lat.

***

La­tem 2011 roku duża część mo­jej za­wo­do­wej ak­tyw­no­ści sku­pia­ła się wo­kół blo­ga „zA­fga­ni­sta­nu.pl”. Mi­ja­ły dwa lata, od­kąd za­czą­łem pro­wa­dzić swój in­ter­ne­to­wy, re­por­ter­ski dzien­nik, któ­ry z pro­jek­tu pla­no­wa­ne­go na chwi­lę (na po­je­dyn­czy wy­jazd do Afga­ni­sta­nu) zdo­łał się już prze­kształ­cić w praw­dzi­wą in­sty­tu­cję. Z licz­nym fo­rum, z całą sie­cią współ­pra­cow­ni­ków, któ­rzy po­ma­ga­li mi tym wszyst­kim za­rzą­dzać i dba­li o to, bym miał do­stęp do eks­klu­zyw­nych in­for­ma­cji. Jak­kol­wiek bo­wiem „solą” blo­ga były moje bez­po­śred­nie re­la­cje z Afga­ni­sta­nu, nie mo­głem prze­by­wać tam dłu­żej niż kil­ka ty­go­dni w roku.

27 lip­ca 2011 roku na moją skrzyn­kę ma­ilo­wą przy­szedł list o enig­ma­tycz­nym ty­tu­le „Dzien­nik”. Prze­czy­ta­łem dwa pierw­sze zda­nia i uśmiech­ną­łem się pod no­sem.

„Z ma­ilem do Pana zwle­ka­łem dość dłu­go i nie wiem do te­raz, czy po­wi­nie­nem pi­sać. Je­stem mi­sjo­na­rzem na IX zmia­nie, od po­cząt­ku swo­je­go po­by­tu na mi­sji, a wła­ści­wie od mo­men­tu przy­lo­tu do Ma­nas, sta­ram się pro­wa­dzić nie tyle blog, co coś w ro­dza­ju dzien­ni­ka” – pi­sał au­tor wia­do­mo­ści.

„zA­fga­ni­sta­nu.pl” był pierw­szą w Pol­sce tego ro­dza­ju for­mą wo­jen­nej ko­re­spon­den­cji. Suk­ces blo­ga za­chę­cił inne oso­by do pój­ścia moim tro­pem – w tak wą­skiej ni­szy trud­no mó­wić o wy­sy­pie, ale po­ja­wi­ło się jesz­cze kil­ka „afgań­skich” blo­gów. Ża­den z nich nie zdo­był jed­nak ta­kiej po­pu­lar­no­ści jak „zA­fga­ni­sta­nu.pl”. W mo­jej re­ak­cji kry­ło się za­tem tro­chę po­czu­cia wyż­szo­ści („ha, ko­lej­ny…”), wię­cej jed­nak było au­ten­tycz­ne­go za­cie­ka­wie­nia. „Żoł­nierz, w do­dat­ku tam, na miej­scu – tego jesz­cze nie było. Efekt może być cie­ka­wy” – kal­ku­lo­wa­łem.

„Je­że­li miał­by Pan czas i ocho­tę, to za­pra­szam do lek­tu­ry, choć pi­sma­kiem je­stem ra­czej mar­nym, a i fo­to­gra­fem kiep­skim. Chciał­bym jed­nak w ten spo­sób po­dzie­lić się wła­sny­mi ob­ser­wa­cja­mi go­ścia, któ­ry – jak to się mówi – jeź­dzi – ale i sta­ra się trzy­mać lek­ki dy­stans do ca­ło­ści ota­cza­ją­cych go wy­da­rzeń. Wpi­sy umiesz­czam nie­re­gu­lar­nie, nie są to dzie­ła sztu­ki, a fo­to­gra­fie wy­bie­ram z tych pstry­ka­nych przy oka­zji, cał­ko­wi­cie nie­pro­fe­sjo­nal­nym sprzę­tem i nie­pro­fe­sjo­nal­nym okiem. Mimo wszyst­ko za­pra­szam. Pro­szę jed­nak o nie­upu­blicz­nia­nie in­for­ma­cji, niech po­zo­sta­ną ta­jem­ni­cą dzien­ni­kar­ską. Po pro­stu pi­sa­nym na żywo pa­mięt­ni­kiem” – za­strze­gał au­tor li­stu. Do tych słów do­łą­czo­ny był ad­res WWW dzien­ni­ka.

Klik­ną­łem i na kil­ka go­dzin po­grą­ży­łem się w lek­tu­rze. Tak za­czę­ła się moja współ­pra­ca z Jac­kiem Dut­kie­wi­czem.

***

Po raz pierw­szy Ja­cek po­ra­to­wał mnie 29 lip­ca 2011 roku. Dzień wcze­śniej w Afga­ni­sta­nie – w wy­ni­ku eks­plo­zji miny pod Ro­so­ma­kiem – zgi­nął star­szy sze­re­go­wy Pa­weł Po­świat. Mia­łem ską­pe in­for­ma­cje na ten te­mat, na­pi­sa­łem więc do Dut­kie­wi­cza:

„Dziś nie mo­głem się po­wstrzy­mać (wciąż by­łem w trak­cie lek­tu­ry za­le­głych wpi­sów – dop. MO) i poza ko­lej­ką wsze­dłem we wpis z 28 lip­ca; chcia­łem zo­ba­czyć, czy za­re­ago­wał Pan na śmierć Paw­ła. Moc­ny ma­te­riał! Nie zna­łem kil­ku szcze­gó­łów zda­rze­nia, a chciał­bym o nim na­pi­sać. W związ­ku z tym mam proś­bę – czy mogę się po­si­lić 3–4 zda­nia­mi z Pań­skie­go wpi­su, pre­zen­tu­jąc je jako wy­po­wie­dzi ano­ni­mo­we­go żoł­nie­rza?”.

„Nie wi­dzę naj­mniej­sze­go pro­ble­mu” – Ja­cek od­pi­sał bar­dzo szyb­ko. „Pro­szę jed­nak – ze zna­nych Panu przy­czyn – o za­cho­wa­nie ano­ni­mo­wo­ści. Pro­szę rów­nież ko­niecz­nie prze­czy­tać wpis z dziś (…). Cały dzień do­cie­ra­ły bo­wiem do nas nowe in­for­ma­cje, czę­sto de­men­tu­ją­ce po­przed­nie”.

Owe „zna­ne mi przy­czy­ny” wkrót­ce dały o so­bie znać. 12 sierp­nia 2011 roku Ja­cek przy­słał mi krót­kie­go ma­ila z in­for­ma­cją, że za­bez­pie­czył do­stęp do dzien­ni­ka. Po­dał lo­gin i ha­sło, a dzień póź­niej wy­ja­śnił:

„Nie chciał­bym usły­szeć po ja­kimś cza­sie, że na­pi­sa­łem za wie­le. W ten spo­sób gru­pa od­bior­ców jest ogra­ni­czo­na, skła­da­ją­ca się tyl­ko z osób za­ufa­nych”.

Ja­cek nie zdra­dzał woj­sko­wych ta­jem­nic, nie był nie­świa­do­mie nie­dy­skret­ny. Znał świet­nie swój żoł­nier­ski fach, od­dał mu się bez resz­ty – da­le­ki za­tem był od szko­dze­nia ar­mii i ko­le­gom. Lecz jako in­si­der do­brze też wie­dział, że w woj­sku – któ­re­go część wciąż men­tal­nie tkwi­ła w cza­sach sprzed 1989 roku – nie wszyst­kim spodo­ba się na­wet ogra­ni­czo­na trans­pa­rent­ność. Wo­lał za­tem nie ry­zy­ko­wać kon­fron­ta­cji z ja­kimś – jak to zwykł pi­sać – „szta­bo­lem” czy „tre­pem”, któ­ry, gdy­by mu po­zwo­lić, utaj­nił­by na­wet ja­dło­spis.

***

La­tem 2011 roku by­łem już „po sło­wie” ze Sła­wo­mi­rem Brud­nym, sze­fem wy­daw­nic­twa En­der. Na po­waż­nie za­bie­ra­łem się za na­pi­sa­nie swo­jej pierw­szej książ­ki – „zA­fga­ni­sta­nu.pl. Al­fa­bet pol­skiej mi­sji”. Moż­li­wość czy­ta­nia dzien­ni­ka Jac­ka stwo­rzy­ła do­dat­ko­wą oka­zję, z któ­rej żal było nie sko­rzy­stać. 13 sierp­nia wy­sła­łem do Gha­zni ko­lej­ny list.

Autor w drodze do Manas.Fot. z ar­chi­wum Jac­ka Dut­kie­wi­cza

„Dzię­ku­ję za włą­cze­nie do gro­na wta­jem­ni­czo­nych. Mam też proś­bę – czy na ta­kiej sa­mej za­sa­dzie jak ostat­nio (czy­li ano­ni­mo­wa wy­po­wiedź) mogę przy­wo­ły­wać inne Pań­skie opi­nie i ob­ser­wa­cje? Py­tam na przy­szłość oraz w kon­tek­ście książ­ki, któ­rą przy­go­to­wu­ję, a któ­ra opie­ra się o blog”.

Dut­kie­wicz od­po­wie­dział nie­mal na­tych­miast:

„(…) Co do proś­by, tra­dy­cyj­nie nie ma pro­ble­mu. Oczy­wi­ście na tych sa­mych wa­run­kach jak po­przed­nio”.

Za­bra­łem się do pra­cy, „Al­fa­bet” tra­fił do księ­gar­ni w li­sto­pa­dzie 2011 roku. Nie po­wstał­by, gdy­by nie szcze­gól­na po­moc kil­ku osób, w tym Jac­ka. Chcia­łem mu za to po­dzię­ko­wać na kar­tach książ­ki, ale wów­czas usły­sza­łem:

– Mar­cin, te­raz wy­star­czy Two­je do­bre sło­wo, a ofi­cjal­nie po­dzię­ku­jesz mi po mo­jej śmier­ci.

Uśmiech­ną­łem się wte­dy, my­śląc so­bie: „Chło­pie, to pew­nie ja, star­szy, odej­dę prę­dzej”. Sta­ło się ina­czej…

***

Wrze­sień 2011 roku był szó­stym mie­sią­cem służ­by Jac­ka w Afga­ni­sta­nie. Za kil­ka ty­go­dni Dut­kie­wicz miał wra­cać do Pol­ski. Dzien­nik był za­tem już bli­ski do­ce­lo­wej for­my – i co­raz bar­dziej przy­po­mi­nał ka­wał so­lid­nej książ­ki. 15 wrze­śnia na­pi­sa­łem więc do Jac­ka:

„(…) Nie za­sta­na­wia­łeś się kie­dyś nad wy­da­niem dzien­ni­ka?”.

W od­po­wie­dzi prze­czy­ta­łem:

„(…) Co do dzien­ni­ka – kil­ka osób już mnie py­ta­ło i, szcze­rze mó­wiąc, jest to cie­ka­wa opcja. (…) Wy­ma­ga­ło­by to prze­czy­ta­nia ca­łe­go tek­stu, sko­ry­go­wa­nia, do­pi­sa­nia bra­ku­ją­cych dni, z któ­rych mam tyl­ko no­tat­ki. By­ła­by to jed­nak go­rą­ca pu­bli­ka­cja, po­nie­waż tekst jest dość moc­no kry­tycz­ny… Zo­ba­czy­my, co przy­nie­sie czas”.

Po tym ma­ilu opo­wie­dzia­łem o Jac­ko­wym dzien­ni­ku Sław­ko­wi Brud­ne­mu, a Dut­kie­wi­czo­wi prze­ka­za­łem na­mia­ry na wy­daw­cę. Uzna­łem, że na tym moja rola się skoń­czy­ła i póź­niej nie wra­ca­łem już w ko­re­spon­den­cji z Jac­kiem do te­ma­tu książ­ki.

Dut­kie­wicz przy­le­ciał do Pol­ski w li­sto­pa­dzie 2011 roku. Po nie­uda­nej pró­bie spo­tka­nia się na po­cząt­ku 2012 roku po­zo­sta­li­śmy wy­łącz­nie w kon­tak­cie ma­ilo­wym. Ja­cek jed­nak za­wsze ki­bi­co­wał moim ko­lej­nym wy­jaz­dom do Afga­ni­sta­nu, czy­tał i re­cen­zo­wał na­stęp­ne książ­ki. Ja zaś, ob­ser­wu­jąc zdję­cia na jego fejs­bu­ko­wym pro­fi­lu, wi­dzia­łem, że z pa­sją bie­gał ma­ra­to­ny, upra­wiał nur­ko­wa­nie i sko­ki spa­do­chro­no­we.

***

16 czerw­ca 2015 roku, nie­mal mie­siąc po śmier­ci Jac­ka, ode­bra­łem wia­do­mość od jego sio­stry, Mag­dy.

„(…) Wiem, że ma Pan kon­tak­ty w róż­nych wy­daw­nic­twach. Chcia­ła­bym uczcić pa­mięć mo­je­go ko­cha­ne­go bra­cisz­ka i wy­dać jego pa­mięt­nik z Afga­ni­sta­nu. Tyl­ko nie bar­dzo wiem, czy jest to moż­li­we, a je­śli jest, to od cze­go za­cząć?”.

Znów ode­zwa­łem się do Sław­ka Brud­ne­go, re­ko­men­du­jąc mu te­mat. Wy­daw­ca skon­tak­to­wał się z ro­dzi­ną Dut­kie­wi­czów, szyb­ko do­szli do wstęp­ne­go po­ro­zu­mie­nia. Ktoś jed­nak mu­siał się za­jąć re­dak­cją dzien­ni­ka. Po­mysł, by wziąć to zle­ce­nie, po­ja­wił się w mo­jej gło­wie już w 2011 roku, lecz była to luź­na idea, któ­ra w paź­dzier­ni­ku 2015 roku na­bra­ła zu­peł­nie in­ne­go wy­mia­ru.

„(…) Nie ukry­wam, że tak tro­szecz­kę i tak po ci­chu li­czę na Pana po­moc w tym przed­się­wzię­ciu” – pi­sa­ła mi w li­ście Sta­ni­sła­wa Dut­kie­wicz, mama Jac­ka. Od tej chwi­li zre­da­go­wa­nie dzien­ni­ka sta­ło się dla mnie zo­bo­wią­za­niem ho­no­ro­wym.

***

Do­pie­ro kil­ka­na­ście mie­się­cy póź­niej zdo­ła­łem wró­cić do lek­tu­ry Jac­ko­we­go blo­ga. W lu­tym 2017 roku przy­stą­pi­łem do pra­cy, z miej­sca prze­kli­na­jąc pew­ne ce­chy au­to­ra – Dut­kie­wicz miał bo­wiem non­sza­lanc­ki sto­su­nek do in­ter­punk­cji. I uwiel­biał zda­nia wie­lo­krot­nie zło­żo­ne. My­ślę, że uda­ło mi się za­ra­dzić tym sła­bo­ściom tek­stu.

Po­cząt­ko­wo za sła­bość uzna­wa­łem też nie­kon­se­kwen­cję Jac­ka w od­nie­sie­niu do cza­su – raz, w po­je­dyn­czym wpi­sie, uży­wał for­my cza­su prze­szłe­go, in­nym ra­zem te­raź­niej­sze­go. Szyb­ko jed­nak zro­zu­mia­łem, z cze­go to wy­ni­ka. Wpi­sy nie były pi­sa­ne „ciur­kiem” – Dut­kie­wicz no­to­wał z do­sko­ku, w wol­nej chwi­li, cza­sem za­pi­sy­wał bie­żą­ce spo­strze­że­nia, cza­sem zaś ro­bił to w try­bie re­tro­spek­cji. Róż­ni­ce we wspo­mi­na­nych for­mach są za­tem do­dat­ko­wą war­to­ścią dzien­ni­ka, od­sła­nia­ją­cą ku­li­sy jego po­wsta­nia.

Nie­ste­ty, nie uda­ło mi się do­trzeć do no­ta­tek, o któ­rych – w jed­nym z li­stów – pi­sał Ja­cek. Z tego po­wo­du w dzien­ni­ku nie ma do­dat­ko­wych tre­ści poza tymi, któ­re za­war­to w nim pod­czas mi­sji. A więc tak jak w wer­sji elek­tro­nicz­nej bra­ku­je wpi­sów z kil­ku­na­stu dni, ko­lej­nych kil­ka­na­ście ma po­stać le­d­wie wzmia­nek. W ar­chi­wum Jac­ka nie od­na­la­złem zdjęć z wrze­śnia i paź­dzier­ni­ka 2011 roku – więk­szość wpi­sów z tego okre­su nie była co praw­da ilu­stro­wa­na, jed­nak w książ­ce bra­ku­je kil­ku­na­stu fo­to­gra­fii obec­nych w ory­gi­na­le (te, któ­re są, po­cho­dzą ze stro­ny WWW dzien­ni­ka; ich ko­pio­wa­nie uzna­li­śmy za osta­tecz­ność z uwa­gi na sła­bą ja­kość pli­ków). Pod­pi­sy pod zdję­cia­mi – poza za­war­ty­mi bez­po­śred­nio w tek­ście – po­cho­dzą od re­dak­cji.

Zre­da­go­wa­ny dzien­nik jest krót­szy od ory­gi­na­łu o oko­ło 10 pro­cent. „Pod nóż” po­szły frag­men­ty, któ­re za­wie­ra­ły tre­ści nie­istot­ne (jak roz­wle­kłe opi­sy kra­jo­bra­zów) czy nie­zro­zu­mia­łe dla czy­tel­ni­ka.

Nie zmie­nia to fak­tu, że sta­ra­łem się za­cho­wać Jac­ko­wy styl. Zda­niem naj­bliż­szych au­to­ra – po­do­ła­łem temu za­da­niu. Ze spo­ko­jem du­cha mogę więc po­le­cić Pań­stwu „dzien­nik Du­die­go”, któ­re­go Mar­cin Ogdow­ski jest je­dy­nie re­dak­to­rem. Lek­tu­rę, któ­ra po­sia­da wszel­kie ce­chy do­sko­na­łe­go re­por­ta­żu. Moim zda­niem – a wy­gła­szam je jako au­tor kil­ku po­zy­cji po­świę­co­nych Afga­ni­sta­no­wi – to zde­cy­do­wa­nie naj­lep­sza książ­ka o pol­skiej mi­sji u pod­nó­ża Hin­du­ku­szu. Jest w niej wszyst­ko, cze­go moż­na ocze­ki­wać od wo­jen­nej re­la­cji bez­po­śred­nie­go uczest­ni­ka wy­da­rzeń – żoł­nie­rza „bo­jów­ki”. To dzien­nik z krwi, potu i łez, uka­zu­ją­cy praw­dzi­we ob­li­cza – czę­sto wsty­dli­wie prze­mil­cza­ne – „naj­więk­szej ope­ra­cji Woj­ska Pol­skie­go po II woj­nie świa­to­wej”.

 

Mar­cin Ogdow­ski

Dom We­te­ra­na w Ląd­ku Zdro­ju,

czer­wiec 2017

DZIENNIKAutor „w zielonym” – mundurze polowym koloru zielonego (choć pokrowiec hełmu pustynny, co było typową niekonsekwencją wśród Polaków służących w Afganistanie).Fot. z ar­chi­wum Jac­ka Dut­kie­wi­czaManas, Kirgistan6 kwietnia 2011 roku

W Pol­sce 7:06, u nas 11:06, a ja już po śnia­dan­ku. Dziś wzią­łem ja­jecz­ni­cę, za­pie­ka­ne pa­rów­ki, a do tego świe­ża su­ró­wecz­ka, po­mi­do­rek, oliw­ki. Na do­kład­kę ku­bek kawy (sty­ro­pia­no­wy…) i dwa ciast­ka zbo­żo­we.

Sia­dasz na sto­łów­ce, same Ame­ry­kań­ce, no i gru­pa na­szych. Kogo sły­chać? Na­szych! Tam­ci mają nie­sa­mo­wi­tą kul­tu­rę – nie ma wci­ska­nia się przed ko­lej­kę, cze­ka­ją, aż so­bie na­ło­żysz, do­pie­ro póź­niej pod­cho­dzą. Pew­nie taki woj­sko­wy ry­gor. Roz­mo­wy na sto­łów­ce też na wła­ści­wym po­zio­mie re­gu­la­to­ra vo­lu­me.

No i ko­lej­na róż­ni­ca – kul­tu­ra ubio­ru. Na­sze mun­du­ry są mier­ne­go wy­ko­na­nia, z mier­nej ja­ko­ści ma­te­ria­łu – o czym jesz­cze się nie prze­ko­na­łem, lecz ko­le­dzy za­pew­nia­ją, że nie­ba­wem się prze­ko­nam. U nich na­to­miast za­rów­no wy­ko­na­nie, jak i ilość wy­po­sa­że­nia eli­mi­nu­je „eks­pe­ry­men­ty mun­du­ro­we”, do ja­kich do­cho­dzi u nas. Nie wi­dzia­łem Ame­ry­kań­ca, któ­ry sie­dział­by na sto­łów­ce bez blu­zy, o wy­cho­dze­niu z na­mio­tu bez czap­ki w ogó­le nie ma mowy. A nasi? Ten bez blu­zy, ten z ja­kąś cho­le­ra wie jaką, o chło­pa­kach z jed­no­stek spe­cjal­nych nie mó­wię, bo u nich to już kom­plet­nie „każ­dy chuj na swój strój”. Ale szcze­rze – wca­le się tym eks­pe­ry­men­tom nie dzi­wię. Sam do­sta­łem ko­szul­kę na ma­mu­ta z za­pa­so­wym miej­scem na sło­nia, więc „czem­prę­dzej” uda­łem się do skle­pu dla żoł­nie­rzy, zwa­ne­go tu „pi-eks­em” (PX w za­pi­sie), w celu na­by­cia dro­gą kup­na, za je­dy­nie „ten najn­ti najn do­lars”, trzech ko­szu­lek w roz­mia­rze M. I niech mnie te­raz mun­du­ro­wiec z jed­nost­ki w czte­ry li­te­ry cmok­nie. Pol­skie ko­szul­ki pusz­czę na Al­le­gro. Pój­dą jak świe­że bu­łecz­ki wśród dzie­cia­ków ba­wią­cych się po la­sach w woj­sko, i jesz­cze to moje „ten najn­ti najn” zwró­ci mi się trzy razy.

Nie wie­dzia­łem, że Ame­ry­ka­nie mają osob­ny ka­nał TV, w któ­rym, w prze­rwach od re­la­cji spor­to­wych, za­miast blo­ków re­kla­mo­wych lecą fil­my pro­pa­gan­do­we ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie ma co, pod­bu­do­wu­ją chło­pa­ków. Sam ga­pi­łem się w nie jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny. Do kom­ple­tu: pro­gno­za po­go­dy dla re­jo­nów mi­sji: Ka­bul, Ma­nas, Bag­dad… Dwa te­le­wi­zo­ry LCD na sto­łów­ce za­pew­nia­ją peł­ny po­gląd na sy­tu­ację.

Moje dwie bel­ki ozna­cza­ją u nich KA­PI­TA­NA, i chło­pa­ki boją się mnie jak cho­le­ra. Do­szło do tego, że na uli­cy od­da­ją mi ho­nor­ki. Ja­sny gwint!

Wczo­raj, gdy wy­cho­dzi­łem ze skle­pu, za­ha­czył mnie ja­kiś go­ściu w ich­nim mun­du­rze – i mówi do mnie po pol­sku. Oka­za­ło się, że fa­cet fak­tycz­nie nasz, od ja­kie­goś cza­su słu­ży ku chwa­le Uni­ted Sta­tes of Ame­ri­ca i jest mu do­brze. Opo­wia­dał, że w ich przy­pad­ku nie ma zbie­ra­ni­ny chęt­nych na mi­sję, tak jak u nas. Je­dzie cała bry­ga­da, sto pro­cent lu­dzi. Na cały rok. Nie­za­leż­nie czy ktoś chce, czy nie chce.

Zmie­nia się data na­sze­go wy­lo­tu do Ba­gram. Nie pierw­szy i pew­nie nie ostat­ni raz. O zmia­nie do­wie­dzie­li­śmy się aku­rat, gdy mie­li­śmy ru­szać do prze­pa­ko­wy­wa­nia ba­ga­żu – czy­li o trze­ciej. Je­dy­na do­bra wia­do­mość: moż­na dłu­żej po­spać. Jed­no­cze­śnie kiep­ska, bo sie­dzi­my da­lej w tym sa­mym miej­scu i cze­ka­my.

Błą­ka­jąc się po po­łu­dniu, wpa­dli­śmy na lody do DI­FAC-u1). Dziś pierw­sze w mo­jej ka­rie­rze cze­ko­la­do­we z do­dat­kiem orze­chów. W po­roz­wie­sza­nych na ścia­nach te­le­wi­zo­rach wia­do­mo­ści z ca­łe­go świa­ta. Spra­wa smo­leń­ska do­cie­ra na­wet tu, za spra­wą ka­na­łu Rus­sia To­day. A my­śla­łem, że ode­rwę się od niej, bę­dąc poza kra­jem…

1) Stołówka (od ang. DI­FAC, Di­ning Fa­ci­li­ty).

Le­ci­my da­lej, wpa­da­my do klu­bu Pete’s Pla­ce. Tu moż­na po­prze­glą­dać in­ter­net, po­grać w bi­lard, spo­tkać Po­la­ka z USA. Dru­gie­go. Gość 15 lat słu­ży w Sta­nach jako re­ali­za­tor dźwię­ku dla US Air For­ce. Ob­słu­gu­je kon­cer­ty, wy­stą­pie­nia. Wy­emi­gro­wał 25 lat temu, zro­bił stu­dia i za­trud­nił się w woj­sku. Ko­lej­ny, któ­ry nie na­rze­ka.

Obiad: „czi­ken”, ryż po­la­łem so­sem He­inz 57, pa­pry­ka, sa­ła­ta cię­ta, oliw­ki, sok po­ma­rań­czo­wy, kawa. Ku­bek sty­ro­pia­no­wy prze­cie­ka w dro­dze do na­mio­tu. Ktoś pro­po­nu­je ame­ry­kań­ską tak­ty­kę – usiąść z je­dze­niem przy sto­le i sie­dzieć moż­li­wie naj­dłu­żej, jak się da. Je­śli za­brak­nie je­dze­nia albo kawy, za­wsze moż­na wstać i so­bie do­nieść.

Dla­cze­go ten in­ter­net tak prze­ry­wa? „Ma­nas mo­ra­le”2) po­łącz, po­łącz, po­łącz… Mi­nu­ta in­ter­ne­tu i 10 mi­nut prze­rwy. Tak, żeby z ra­do­ści nie ogłu­pieć.

2) Nazwa sieci.

Zro­bił się wie­czór, tym sa­mym tem­pe­ra­tu­ra po­ooooooszła w dół. Na­mio­ty są oczy­wi­ście ogrze­wa­ne, i to so­lid­nie. Od­czu­li­śmy to pierw­szej nocy, kie­dy nad ra­nem obu­dzi­li­śmy się zla­ni po­tem. Ta­kie „sał­na so­lu­szyn”. Roz­pra­co­wa­nie na­grzew­ni­cy nie trwa­ło dłu­go. Kto ją roz­pra­co­wał? Oczy­wi­ście my, Po­la­cy. Gdy­by nie na­sza pol­ska do­cie­kli­wość, miesz­ka­ją­cy z nami Ame­ry­ka­nie pew­nie do te­raz roz­pusz­cza­li­by się z go­rą­ca.

Autor w Manas.Fot. z ar­chi­wum Jac­ka Dut­kie­wi­czaManas, Kirgistan – Bagram, Afganistan7 kwietnia 2011 roku

Dzień roz­po­czął się… nie­za­koń­cze­niem dnia po­przed­nie­go. Oko­ło pierw­szej w nocy cza­su kir­gi­skie­go wpa­dłem na póź­ną ko­la­cję i kawę, z peł­ną świa­do­mo­ścią do­brze wy­ko­na­ne­go prze­nie­sie­nia ba­ga­żu przed za­pla­no­wa­nym wy­lo­tem.

Go­dzi­na 3:45 – go­to­wość na hali od­praw, ko­lej­na kawa – bo prze­cież jak się coś dzie­je, i tak nie po­tra­fię za­snąć. Po­tem ame­ry­kań­ski tani film sen­sa­cyj­ny i wyj­ście do sa­mo­lo­tu oko­ło go­dzi­ny 5:30.

Mó­wi­li mi, że Her­cu­les jest duży. To ko­los. W tra­dy­cyj­nych bar­wach US Air For­ce, sza­ro-sza­rych, za­ska­ku­je po wej­ściu na po­kład nie tyl­ko prze­strze­nią, ale i bra­kiem wy­koń­cze­nia, do któ­re­go przy­zwy­cza­iłem się już w sa­mo­lo­tach pa­sa­żer­skich. Po pro­stu wszyst­kie ka­ble, rur­ki, czuj­nicz­ki i inne pier­dół­ki, łącz­nie z mo­co­wa­niem skrzy­deł, „na­gie” na mo­ich oczach. Miejsc sie­dzą­cych mul­tum. Wla­zło oko­ło stu chło­pa plus kil­ka pa­let ba­ga­żu za nami. Każ­dy do­stał kom­plet sto­pe­rów do uszu. To na ha­łas sil­ni­ków.

Dwu­dzie­sta trze­cia go­dzi­na bez snu.

Lot roz­po­czął się wraz ze wscho­dem słoń­ca nad lot­ni­skiem Bisz­kek-Ma­nas. Przez dwa okien­ka – je­dy­ne w ca­łej czę­ści trans­por­to­wej sa­mo­lo­tu, w do­dat­ku umiesz­czo­ne poza czy­im­kol­wiek za­się­giem – raz po raz, w za­leż­no­ści od po­ło­że­nia ma­szy­ny, wpa­da­ły po­ma­rań­czo­we pro­mie­nie. Kąt pa­da­nia świa­tła zmie­niał się rów­nie szyb­ko jak po­ło­że­nie Her­cu­le­sa. Bar­dzo szyb­ko. „Pa­sa­żer” ta­kich cu­dów nie wy­czy­nia. Przy­czy­na jest pro­sta: na­tych­miast po roz­po­czę­ciu pod­cho­dze­nia do lot­ni­ska Ba­gram Air Field sa­mo­lot leci jako lot bo­jo­wy. Jego gwał­tow­ne uni­ki i szyb­kie za­rzu­ca­nie ma­szy­ną są więc nor­mą. Mia­łem oka­zję zo­ba­czyć to nie­co póź­niej, po wy­lą­do­wa­niu, na przy­kła­dzie in­ne­go Her­cu­le­sa. Wła­ści­wie od razu, bo­wiem ruch na tym lot­ni­sku jest ogrom­ny. Sa­mo­lot czy he­li­kop­ter lą­du­ją­cy lub star­tu­ją­cy co czte­ry-pięć mi­nut ni­ko­go tu nie dzi­wi.

Po­czu­łem po­wiew woj­ny.

I zo­ba­czy­łem góry. Po­tęż­ne, ogrom­ne, wszę­dzie do­oko­ła. Do tej pory Afga­ni­stan mo­głem je­dy­nie wy­obra­żać so­bie na pod­sta­wie zdjęć i fil­mów. Te­raz już wiem, co to wszech­obec­ny, wy­bit­nie su­chy kurz, któ­ry osia­da na wszyst­kim i wszyst­kich…

W słoń­cu jest cie­pło, w cie­niu spo­ry chłód. Na ter­mi­na­lu kupa ko­czu­ją­cych żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich. Już nie­ba­wem wy­krzyk­ną ostat­nie „Ho­oah!” i po­wi­ta­ją swój „home, swe­et home”.

Au­to­bus prze­wo­zi nas przez Ba­gram. To prak­tycz­nie sa­mo­dziel­ne mia­sto woj­sko­we, któ­rym ob­ro­sło lot­ni­sko. Moż­na więc trak­to­wać je jako prze­ro­śnię­te ron­do z kil­ku­dzie­się­cio­ma do­jaz­da­mi. Te­ren w ca­ło­ści ogro­dzo­ny wy­so­kim na kil­ka me­trów mu­rem z płyt lub pło­tem z kon­cer­ti­ną – dru­tem kol­cza­stym w no­wym wy­da­niu. Lot­ni­sko jest w cen­trum, co spra­wia, że co chwi­lę coś mi ha­ła­su­je. A to my­śliw­ce hu­la­ją­ce nad gó­ra­mi, a to śmi­głow­ce zna­ne z fil­mu „Black Hawk Down”, czy mo­car­ne Her­cu­le­sy, któ­re po­zna­łem już od środ­ka.

Za­kwa­te­ro­wa­li nas w na­mio­cie, w czę­ści obo­zu zwa­nej „War­rior” (wo­jow­nik). We­wnątrz, tak na oko, łóż­ka dla pię­ciu­set osób. Pię­tru­sy. Dziś – PRE­MIE­RA! – będę spał na „ga­łę­zi”, czy­li na gó­rze.

Po roz­ła­do­wa­niu przy­wie­zio­nych pol­ską cię­ża­rów­ką (nową!) ba­ga­ży, stwier­dzi­łem, że nuda nie ma szans (pra­wie jak pra­gnie­nie!), i pu­ści­łem się „na mia­sto” z gru­pą lu­dzi, z któ­ry­mi wspól­nie krę­ci­my się od kil­ku dni. Baś­ką z El­blą­ga, sa­ni­ta­riusz­ką, Mać­kiem, do­brym ko­le­gą z Ba­ta­lio­nu Do­wo­dze­nia z Mię­dzy­rze­cza, no i z kimś jesz­cze. Au­to­bu­sy kur­su­ją tu co dwa­dzie­ścia mi­nut i jeż­dżą w kół­ko. Wo­kół lot­ni­ska, czy­li wo­kół bazy. Tak więc obo­jęt­nie w co i kie­dy wsią­dziesz, i tak do­je­dziesz. Albo w jed­ną, albo w dru­gą stro­nę. Przy­sta­nek to bud­ka zbi­ta z pły­ty MDF, oczy­wi­ście okle­jo­na pa­trio­tycz­ny­mi pla­ka­ta­mi ar­mii „ju-es-ej”.

Obiad jak każ­dy inny, tyle tyl­ko że na dużo więk­szej sto­łów­ce. Po­wi­nie­nem na­pi­sać „na dużo więk­szym DI­FAC-u”, praw­da? Uczę się jesz­cze tego słow­nic­twa.

Afgań­czyk po­da­ją­cy cie­płe pierw­sze da­nie pyta z ich­nim ak­cen­tem: „Ryź? Riba?”. I do­da­je: „Smać­ne­go!”.

W cza­sie „prze­rwy w ży­cio­ry­sie” – czy­li cza­su do ko­la­cji – po­bie­głem ku­pić do­stęp do in­ter­ne­tu. Jest bez­prze­wo­do­wy, się­ga mi do na­mio­tu i kosz­tu­je 5 albo 10 do­la­rów, da­jąc od­po­wied­nio 10 albo 20 go­dzin do­stę­pu do sie­ci. Coś nie za­try­bi­ło, coś się nie zga­da­ło, więc wzią­łem lap­to­pa do ple­ca­ka i po­le­cia­łem usiąść na sto­li­ku obok bud­ki, w któ­rej fa­cet sprze­dał mi do­stęp.

Vis-à-vis mnie ze zde­ner­wo­wa­nia czer­wie­ni się mło­dy Ame­ry­ka­niec. Ge­sta­mi daje mi znać, że coś nie dzia­ła. Po­sie­dział jesz­cze tro­chę, ze­rwał się i… my­śla­łem, że po­biegł za­tłuc fa­ce­ta od in­ter­ne­tu. Na szczę­ście po­biegł go tyl­ko ochrza­nić.

Ku za­sko­cze­niu Ame­ry­kań­ca za­czą­łem go wy­py­ty­wać w jego ję­zy­ku, co za­ła­twił, o co cho­dzi itp. Wy­tłu­ma­czył, po­śmia­li­śmy się i każ­dy po­szedł w swo­ją stro­nę. Na­wia­sem mó­wiąc, ar­mia USA jest strasz­nie mło­da. Chło­pa­ki mają po 18–20 lat. I już do Afga­ni­sta­nu. Na rok.

Jest 19:49 cza­su pol­skie­go, 22:19 cza­su Ba­gram i 23:49 cza­su Ma­nas. Wciąż nie spa­łem.

Nie po­bra­łem dziś ka­mi­zel­ki, bo roz­mia­ry za­czy­na­ją się od XL i idą tyl­ko w górę. No ale od cze­go mam ko­le­gę w Gha­zni?

Da­lej: do­sta­łem amu­ni­cję i od te­raz się z nią nie roz­sta­ję, mamy cho­dzić wszę­dzie z bro­nią.

Wieloosobowy namiot w Manas.Fot. Ja­cek Dut­kie­wicz

Da­lej: do ma­jo­rów i ka­pi­ta­nów mó­wię jak do swo­ich – w koń­cu je­ste­śmy na jed­nej mi­sji i tak się le­piej gada.

Da­lej: nie ku­pi­łem od­żyw­ki, ale ku­pię ju­tro – po­dob­no tu są naj­tań­sze. No ale ze skle­pu wy­mio­tło. No do­bra, z „pi-eksa” wy­mio­tło.

Ogo­lę się ju­tro rano. Wy­ślę ten tekst i idę spać. Już nie li­czę, któ­ra to go­dzi­na bez snu.

Bagram, Afganistan8 kwietnia 2011 roku

W nocy co chwi­lę bu­dzi nas huk F-16 i he­li­kop­te­rów. Do tego ko­lej­na gru­pa, któ­ra mia­ła przy­le­cieć przed nami, a zo­sta­ła za­trzy­ma­na na lot­ni­sku Bisz­kek na do­dat­ko­we kil­ka­na­ście go­dzin, zwa­li­ła się oko­ło pierw­szej, nie da­jąc spo­koj­nie po­spać.

Nad ra­nem w śpi­wo­rze zro­bi­ło się go­rą­co. Wy­wa­lił mnie mój imien­nik, twier­dząc, że może war­to sko­czyć na śnia­da­nie. Była 8:00 cza­su Ba­gram. Śnia­da­nie: dziś wy­bra­łem ja­jecz­ko sa­dzo­ne, ryż na pa­rze, po­mi­do­ra – bar­dzo mi tu sma­ku­je – mle­ko cze­ko­la­do­we i kawę moc­ną (do wy­bo­ru jest i „sła­ba”).

Nie dzi­wię się, że w na­mio­cie było go­rą­co. Nikt nie kwa­pił się do prze­łą­cze­nia na­grzew­ni­cy na chło­dze­nie. Za­ni­ka pol­ska ce­cha kom­bi­na­to­ra?

Za­pla­no­wa­ne na 9:00 szko­le­nie wzię­ło w łeb. Po­mysł chwi­li to wy­pad „na mia­sto”, po­mysł jesz­cze krót­szej chwi­li to ku­pie­nie kok­taj­lu wa­ni­lio­we­go. Ogól­nie po­mysł do­bry, ale roz­miar kok­taj­lu już nie­ko­niecz­nie.

Za­bi­ja­nie cza­su na siłę wy­cho­dzi nam dziś wy­jąt­ko­wo prze­cięt­nie. Ja­kaś kawa, ja­kiś au­to­bus do cze­goś w ro­dza­ju cen­trum i ko­lej­na wi­zy­ta w skle­pie. Mo­no­to­nia. No bo jak ina­czej wy­tłu­ma­czyć chęć przej­ścia po­ło­wy Ba­gram pie­szo? Je­dy­ny plus – zna­la­złem mniej­szy PX, wy­po­sa­żo­ny le­piej niż jego więk­szy od­po­wied­nik dwa ki­lo­me­try da­lej.

Im póź­niej, tym gło­śniej. F-16 ro­bią po­twor­nie dużo huku, a za­wsze star­tu­ją w pa­rach. Ale ma to pęd! Pró­ba uchwy­ce­nia star­tu apa­ra­tem wy­cho­dzi rów­nie śred­nio jak za­bi­ja­nie cza­su.

Ktoś rzu­cił ha­sło, że wczo­raj roz­da­wa­li za­licz­ki. Nie wiem, gdzie ja wte­dy by­łem, na szczę­ście będą roz­da­wać też ju­tro. Po­cze­kam z tymi swo­imi 55 do­la­ra­mi w pra­wej kie­sze­ni blu­zy.

Nie lu­bię cwa­nia­ków. I nie po­lu­bię pa­lan­ta, któ­ry wra­ca­jąc z mi­sji, bę­dzie uda­wał, że wszyst­kie ro­zu­my po­zja­dał. Ta­kie re­flek­sje przy­cho­dzą do gło­wy po usły­sze­niu kil­ku zdań od wra­ca­ją­cych wła­śnie z Gha­zni. A im więk­szy „szta­buch”, tym wię­cej ma do po­wie­dze­nia…

Ta­kie samo po­dej­ście mam do wy­jeż­dża­ją­cych dru­gi lub ko­lej­ny raz. Nie do wszyst­kich, bo moż­na wy­cią­gnąć cie­ka­we in­for­ma­cje, któ­re na­praw­dę się przy­da­dzą. Wkur­wia­ją mnie jed­nak na­chal­ne typy udzie­la­ją­ce rad w to­nie „by­łem naj­lep­szy, a inni do dupy”. Boże, cho­ciaż nie­spe­cjal­nie w Cie­bie wie­rzę, uwol­nij mnie od ta­kich pa­ja­ców.

Prze­le­cia­ły F-16.

Wci­snę­li nam do na­mio­tu Fran­cu­zów i nikt z nimi nie gada. Mamy po­wód do za­do­wo­le­nia, bo oni nie do­sta­li mun­du­rów pu­styn­nych. Taki spo­sób na pod­bu­do­wa­nie so­bie mo­ra­le. W dru­gą stro­nę też to dzia­ła, kie­dy mi­ja­ją nas jan­ke­si. Wciąż nie mam rów­nież ka­mi­zel­ki, co robi się tro­chę iry­tu­ją­ce. Je­że­li do ju­tra nie do­sta­nę „elki”, bio­rę więk­szą i wy­mie­niam w Gha­zni.

I znów F-16. Po­czu­łem się jak za sta­rych do­brych cza­sów w Czarn­ko­wie, kie­dy star­tu­ją­ce z Piły Iskry zmu­sza­ły nas do ła­pa­nia wy­cho­dzą­cych z sza­fek szkla­nek.

Ko­la­cja to było coś. Pią­tek w ame­ry­kań­skim „di­fa­ku” to grill. Stek z gril­la, go­rą­cy, pach­ną­cy… Se­zon gril­lo­wy otwar­ty! Mia­ło to ina­czej wy­glą­dać, no ale mówi się trud­no. Przy­naj­mniej nie mu­sia­łem mę­czyć się z roz­pa­la­niem wę­gla.

F-16.

Cha­rak­te­ry­stycz­na ce­cha afgań­skiej ob­słu­gi kuch­ni to bro­da pod­wi­nię­ta i za­bez­pie­czo­na czymś ta­kim, jak no­szą na­sze pa­nie w skle­pach spo­żyw­czych na gło­wach. Wy­glą­da dziw­nie, ale pew­nie to nie­wiel­kie wy­rze­cze­nie w po­rów­na­niu z fak­tem za­trud­nie­nia i nie­złą jak na ten kraj pen­sją.

F-16. Daw­no nie prze­le­cia­ły, ja­kieś pięć mi­nut.

19:50, za na­mio­tem mor­dę drze ten ich świą­to­bli­wy. W su­mie robi to trzy razy dzien­nie.

Wie­czór już cie­kaw­szy. Ktoś wy­ka­po­wał, że naj­tań­sze roz­mo­wy do kra­ju są z bu­dek te­le­fo­nicz­nych AT&T, z kar­tą pre­pa­id. Za 20 do­la­rów, w za­leż­no­ści od tego, do ja­kiej sie­ci się dzwo­ni, moż­na ga­dać od 30 do 150 mi­nut. Ile do­kład­nie – to mówi uprzej­my głos pani w słu­chaw­ce, oczy­wi­ście in en­glish. Opła­ca się w po­rów­na­niu z afgań­ski­mi sie­cia­mi ko­mór­ko­wy­mi, gdzie kar­ta SIM kosz­tu­je 9 do­la­rów, do­ła­do­wa­nie od 20 do 57 do­la­rów, a roz­mów za tę kwo­tę jest chy­ba kil­ka­dzie­siąt mi­nut. Na­wia­sem mó­wiąc, do­sta­łem czte­ry SMS-y po­wi­tal­ne sie­ci Eti­sa­lat. Dzię­ku­ję, nie sko­rzy­stam.

Daw­no nie le­cia­ło F-16. Ko­le­ga na­to­miast ode­brał te­le­fon od uprzej­mej pani z ban­ku, że „wła­śnie na jego kon­cie do­ko­na­no trans­ak­cji z dziw­ne­go kra­ju”. Bez ko­men­ta­rza.

Po­ja­wia­ją się kon­kre­ty na te­mat wy­lo­tu do Sha­ra­ny, skąd prze­wi­dzia­no dal­szy lot he­li­kop­te­ra­mi już do Gha­zni. Przez me­ga­fon oznaj­mio­no mi, że lecę ju­tro o 16:45, a na spa­ko­wa­nie się będę miał pół go­dzi­ny. Z na­sze­go wspól­ne­go do­tych­czas lotu da­lej w tak szyb­kim ter­mi­nie leci nas tyl­ko czte­rech. Trud­no, za­bio­rę resz­cie moją przej­ściów­kę za­si­la­nia, niech kom­bi­nu­ją. A w Gha­zni po­dob­no bu­rza.

Afgań­czyk, po­pu­lar­nie zwa­ny „szu­sza­kiem”3), po­bił Ame­ry­kań­ca. Nie wiem o co, ale szyb­ko go zwi­nę­li i chy­ba jed­no­cze­śnie do­ko­nał sa­mo­zwol­nie­nia z pra­cy.

3) Określenie nagminnie używane przez Polaków w Afganistanie (a wcześniej w Iraku) wobec miejscowych, o negatywnej konotacji (szuszak – brudas).

W na­mio­cie ciem­no, mru­ga­ją świa­tła lap­to­pów. Po­bie­gał­bym za­miast spać, bo jest świet­na po­go­da, ale za głę­bo­ko scho­wa­łem buty do bie­ga­nia. Po­bie­gam w Gha­zni.

Idę spać, a przy­jem­niej spró­bu­ję. Taak… F-16, Black Hawk, F-16… – nici ze spa­nia.

F-16 i nici ze spania…Fot. Ja­cek Dut­kie­wiczBagram–Sharana–Bagram, Afganistan9 kwietnia 2011 roku

Ko­lej­ny sło­necz­ny dzień w Ba­gram. W tem­pe­ra­tu­rze do­cho­dzą­cej do 27 stop­ni Cel­sju­sza w cie­niu prze­szli­śmy pierw­sze tu­taj szko­le­nie. W od­róż­nie­niu od szko­leń kra­jo­wych, od­by­wa­nych we­dług ści­śle na­rzu­co­nej me­to­dy­ki „bacz­ność, uczyć was będę”, to opie­ra­ło się na naj­prost­szej za­sa­dzie na­ucza­nia – or­ga­no­lep­tycz­nej. Do­tknąć, po­ma­cać, po­li­zać. Czte­ry go­dzi­ny mi­nę­ły jak z bi­cza strze­lił.

Przy­le­cia­ła ko­lej­na gru­pa z War­rio­ra4) i Gha­zni.

4) Druga (po Ghazni) co do wielkości baza naszego kontyngentu w Afganistanie, znajdująca się na południu „polskiej” prowincji. Nie należy mylić z „Warriorem”, częścią obozowiska w Bagram.

Zo­rien­to­wa­ny w sy­tu­acji i za­po­zna­ny ze spo­so­bem za­ła­twia­nia so­bie ka­mi­zel­ki, na­resz­cie zo­sta­łem szczę­śli­wym po­sia­da­czem je­dy­nej chy­ba tu­taj ka­mi­zel­ki odłam­ko­od­por­nej roz­mia­ru L. Spraw­dze­nie kom­ple­tu we­dług li­sty – wszyst­ko jest! Pro­blem drę­czą­cy mnie przez ostat­nie dwa dni znik­nął jak ręką od­jął. Na­wia­sem mó­wiąc, nie wy­obra­żał­bym so­bie sie­bie w ka­mi­zel­ce więk­sze­go roz­mia­ru. „Elka” to i tak spo­re by­dlę na mnie, a XL czy XXL? Dzię­ku­ję, z ta­ki­mi roz­mia­ra­mi nie tań­czę.

Każ­dy przy­lot grup ro­tu­ją­cych się z Afga­ni­sta­nu do kra­ju to ide­al­na oka­zja do zdo­by­cia in­for­ma­cji z pierw­szej ręki. Py­ta­nia typu „jak tam jest, jak czę­sto jeź­dzi­cie, jak wy­po­sa­żo­ny jest PX”, czy ob­li­ga­to­ryj­ne „a jak kon­takt z kra­jem” po­wta­rza­ją się na­gmin­nie.

Dziś usły­sza­łem rów­nież, że wra­ca­ją­cych do kra­ju py­ta­ją zło­śli­wie: „By­łeś na mi­sji czy w Gha­zni?”. Sły­sza­łem już, że Gha­zni, wła­śnie ze wzglę­du na sta­cjo­nu­ją­cy tam sztab PKW (Pol­skie­go Kon­tyn­gen­tu Woj­sko­we­go), jest spe­cy­ficz­ne. Na­wet pan Ogdow­ski, re­por­ter In­te­ria.pl pro­wa­dzą­cy stro­nę zA­fga­ni­sta­nu.pl, wspo­mniał o tej sy­tu­acji. Tak zwa­na „pe­da­łó­wa”, czy­li cze­pia­nie się o brak na­szyw­ki, o brak be­re­tu, o nie tak no­szo­ną blu­zę. Lu­dzie, tu jest woj­na! Już wcze­śniej wspo­mi­na­łem, że nie do­cho­dzi­ło­by do ta­kich sy­tu­acji jak misz­masz mun­du­ro­wy, gdy­by nie kiep­skie wy­po­sa­że­nie na­sze­go kon­tyn­gen­tu w po­rów­na­niu z na­wet stan­dar­do­wym wy­po­sa­że­niem żoł­nie­rzy USA. Cho­ciaż – co war­to pod­kre­ślić – na­szy­mi Be­ry­la­mi pod­nie­ca­ją się tak samo jak my ich em-czwór­ka­mi.

Przy­je­chał fa­cet z kasą, wy­pła­ca za­licz­ki. Już moż­na od­dy­chać tak jak­by spo­koj­niej.

Na go­dzi­nę 16:15 za­pla­no­wa­no nam pa­ko­wa­nie ma­nat­ków, na­to­miast pół go­dzi­ny póź­niej mie­li­śmy wy­jeż­dżać na lot­ni­sko. Rąk do ła­do­wa­nia ba­ga­żu na Sta­ra jak zwy­kle brak. Nie po­tra­fię znieść ta­kiej sy­tu­acji, sam więc, upa­ko­wa­ny w ka­mi­zel­kę, wsko­czy­łem na pakę i do­łą­czy­łem do i tak li­chej gru­py trzech „pa­ko­wa­czy”. A niech pa­trzą, mnie nie boli.

Go­dzi­na wy­jaz­du – pla­no­wa­na 16:45, wy­jazd 16:45. Pre­cy­zja jak ni­g­dy i ni­g­dzie. Pod­rzu­ce­ni na lot­ni­sko roz­ło­ży­li­śmy gra­ty i roz­po­czę­li­śmy po­szu­ki­wa­nia kawy. Oczy­wi­ście gra­tis dla żoł­nie­rzy. Od uprzej­mej pani „za ba­rem”, na py­ta­nie, czy wpi­sać się na li­stę, usły­sza­łem „si!”.

Lot roz­po­czął się pla­no­wo. Upa­ko­wa­ni wraz z ba­ga­ża­mi do C-130 wy­star­to­wa­li­śmy z kie­run­ku Sha­ra­ny. No i tu wy­ro­bi­ło się moje zda­nie o żan­dar­me­rii, po­pu­lar­nie w woj­sku zwa­nej „że­to­na­mi”. O cwa­nia­kach już pi­sa­łem? No, to mamy tu wy­da­nie cwa­nia­ków do kwa­dra­tu. Albo pół­głów­ków. Ro­zu­miem – nie na­le­ży uogól­niać i wrzu­cać wszyst­kich do jed­ne­go wor­ka, ale… Do rze­czy, wła­śnie zo­ba­czy­łem pol­skie cham­stwo w „naj­lep­szym” wy­da­niu, któ­re­go obiek­tem stał się pi­lot US Air For­ce. Nie­sub­or­dy­na­cja, to­tal­na głu­po­ta. Bo je­że­li pada ko­men­da „nie ro­bić zdjęć”, to do­ty­czy ona wszyst­kich, praw­da? „Że­to­nów” rów­nież, czy się mylę? Czy są lep­si i „lep­siej­si”?

Gdzieś w oko­li­cach lot­ni­ska do­ce­lo­we­go zła­pa­ła nas bu­rza. Je­den błysk, deszcz, dru­gi błysk, za­rzu­ca­nie sa­mo­lo­tem. Po trze­cim bły­sku po­czu­łem, jak sa­mo­lot za­wra­ca. Dla mnie wszyst­ko było już ja­sne – wra­ca­my do Ba­gram. To nie pierw­sza taka sy­tu­acja. W roz­mo­wie z ja­kimś ma­ri­ne do­wie­dzia­łem się, że on pró­bu­je le­cieć dziś już trze­ci raz. Wła­śnie trze­ci raz za­wró­ci­li jego lot prak­tycz­nie znad lot­ni­ska do­ce­lo­we­go.

Jacek – jego etatową bronią był Mini-Beryl.Fot. z ar­chi­wum Jac­ka Dut­kie­wi­cza

Wró­ci­li­śmy na Ba­gram Air Field. Ulo­ko­wa­li­śmy się wy­god­nie na pod­ło­dze lot­ni­ska i cze­ka­my na to, co się wy­da­rzy. Głod­ni wpa­dli­śmy na po­mysł po­szu­ka­nia naj­bliż­sze­go „di­fa­ku”. OK, py­ta­nie o dro­gę wy­cho­dzi… śred­nio, je­że­li Ame­ry­ka­nin cię nie zro­zu­mie. Ko­le­ga spró­bo­wał swo­ich sił w an­giel­skim. Z py­ta­nia o „di­fak” Ame­ry­ka­niec wy­ła­pał je­dy­nie „fuck”! No do­brze, nie każ­dy ope­ru­je ame­ry­kań­skim ak­cen­tem per­fek­cyj­nie.

Roz­pa­da­ło się na do­bre. To ide­al­na oka­zja, by prze­wieźć nas z lot­ni­ska z po­wro­tem na obo­zo­wi­sko. Sta­rem, bez plan­de­ki. Cała sy­tu­acja roz­ba­wi­ła nas tak bar­dzo, że żart za żar­tem pa­da­ły tak czę­sto jak kro­ple desz­czu. A niech nas zo­ba­czą znów w na­mio­cie. Po­wie­my, że już wra­ca­my z mi­sji!

Bagram, Afganistan10 kwietnia 2011 roku

Leje. Deszcz tłu­cze w dach na­mio­tu. Mno­żąc to razy roz­miar da­chu, otrzy­mu­je­my nie­sa­mo­wi­ty ha­łas, któ­ry nie daje po­spać. Od sa­me­go rana ob­słu­ga obo­zo­wi­ska za­su­wa ze szczo­ta­mi, wy­mia­ta­jąc wodę, któ­ra za­czę­ła na­pły­wać do środ­ka. Zło­śli­wie moż­na po­wie­dzieć, że ma­ry­na­rze po­win­ni mieć te­raz raj!

Mimo ha­ła­su śpię moż­li­wie naj­dłu­żej, w koń­cu jest nie­dzie­la. Tej nocy za po­dusz­kę ro­bi­ła mi tor­ba od ka­mi­zel­ki.

10 kwiet­nia – rocz­ni­ca smo­leń­ska, a tu­taj ŚWIĘ­TY SPO­KÓJ. Jak do­brze, że ten cały te­atr roz­gry­wa­ją­cy się w kra­ju jest da­le­ko od nas.

No trud­no, pora wstać i iść coś zjeść. Dziś uda­ło się wy­jąt­ko­wo die­te­tycz­nie. Oprócz tego – jak to się pi­sze – kor­dą ble (?), zie­lo­no: po­mi­dor (wiem, jest czer­wo­ny), sa­ła­ta cię­ta, oliw­ki, ogó­rek ki­szo­ny, do tego kawa w sty­ro­pia­nie i moje ulu­bio­ne ciast­ka z orze­cha­mi.

Szko­da dnia na płasz­cze­nie tył­ka. Szyb­ka run­da na przy­sło­wio­we mia­sto to je­den ze spo­so­bów na za­bi­cie cza­su. W au­to­bu­sie „War­rior–PX Express Shut­tle Bus” tra­dy­cyj­nie już ra­dio­sta­cja Fre­edom (Wol­ność) – Ra­dio AFN Afga­ni­stan. To ame­ry­kań­ska sta­cja ra­dio­wa dla słu­żą­cych tu żoł­nie­rzy, na­da­ją­ca oprócz naj­now­szych prze­bo­jów mu­zy­ki dan­ce in­for­ma­cje ze Sta­nów oraz re­jo­nów mi­sji.

Po po­wro­cie po za­le­d­wie go­dzi­nie stwier­dzi­łem, że na­miot wciąż od­pły­wa. Za­tem ko­lej­na ewa­ku­acja – idę ku­pić kar­tę AT&T, za­dzwo­nię do domu. Może le­piej ode­zwać się gło­sem niż kle­pać wciąż na Gadu-Gadu. Pod­nie­sie­nie słu­chaw­ki, uprzej­my głos pani dzię­ku­je mi „za służ­bę dla na­sze­go wspa­nia­łe­go kra­ju”. Ko­mu­ni­kat był po an­giel­sku. Dzwo­nię. Re­ak­cja po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki skła­nia mnie do stwier­dze­nia, że to naj­lep­sze, co dziś zro­bi­łem. Ko­le­ga z pod­sta­wów­ki, z któ­rym spo­tka­łem się po la­tach na przy­go­to­wa­niach do wy­jaz­du na mi­sję, a co lep­sze – są­siad ma­muś­ki – wła­śnie wy­la­tu­je z kra­ju. Pew­nie się z nim tu nie spo­tkam, ale już wiem, że na­sze mat­ki mają wspól­ny te­mat do roz­mów i nie­po­trzeb­nych zmar­twień.

Wra­cam do na­mio­tu. A ten wciąż pły­nie. Wy­cho­dzę, lecę do skle­pu ku­pić lo­ke­ra. To po­pu­lar­na na­zwa du­że­go pla­sti­ko­we­go po­jem­ni­ka, skrzy­ni trans­por­to­wej z me­ta­lo­wy­mi za­mknię­cia­mi, kół­ka­mi i uchwy­ta­mi do trans­por­tu. Bar­dzo przy­dat­ny przy wy­jaz­dach na mi­sje, sta­bil­ny, nie da się go zgnieść ba­ga­żem wrzu­co­nym „przy­pad­kiem” na nie­go (patrz: pa­ko­wa­nie ba­ga­żu na Sta­ra), a przede wszyst­kim SZCZEL­NY. W ta­kim dniu jak dziś i przy dzi­siej­szym sta­nie na­mio­tu to chy­ba je­dy­ny do­bry po­mysł, aby ciu­chy nie wy­glą­da­ły jak po pra­niu.

Wpa­dam też do fa­ce­ta po in­ter­net. Za­do­wo­lo­ny, pod­ska­ku­je na fo­te­lu w okien­ku w rytm gło­śnej mu­zy­ki. „In­dish mu­sic my friend! Dan­ce!” (In­dyj­ska mu­zy­ka, przy­ja­cie­lu, za­tańcz!).

Prze­sta­ło pa­dać, na­miot do­bi­ja do por­tu. Pi­sa­nie dzi­siej­sze­go dzien­ni­ka prze­ry­wa mi za­pla­no­wa­ne na go­dzi­nę 17:00 roz­po­czę­cie ko­lej­ne­go kur­su. Spodo­ba­ło mi się stwier­dze­nie, któ­rym je­den z in­struk­to­rów roz­po­czął swo­ją gad­kę: „Je­że­li ktoś był już na mi­sji i twier­dzi, że wszyst­ko, albo co­kol­wiek, o mi­sjach wie, jest w da­le­kim błę­dzie. Nie wie nic. A je­że­li z tym zda­niem się nie zga­dza, szyb­ko zo­sta­nie wy­pro­wa­dzo­ny z błę­du”. Do­bre, zwłasz­cza w te­ma­cie wspo­mnia­nych już wcze­śniej „mi­syj­nych cwa­nia­ków”.

Leje deszcz….Fot. Ja­cek Dut­kie­wicz

Wra­ca­jąc pod na­szą przy­du­żą „pa­łat­kę”, nogą ścią­gam z łó­żek ja­kieś 10 lap­to­pów. Te prze­dłu­ża­cze na pod­ło­dze to zły po­mysł, tym bar­dziej…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej