Strona główna » Obyczajowe i romanse » Jak każe obyczaj

Jak każe obyczaj

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7779-290-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Jak każe obyczaj

Undine Spragg ma wielkie ambicje – chce osiągnąć „wszystko, co najlepsze”. Dzięki imponującej (a zarazem przerażającej) wytrwałości, ogromnemu sprytowi, zatrważającej zdolności manipulacji oraz nietuzinkowej urodzie i przepysznemu egoizmowi udaje jej się piąć na coraz to wyższe szczeble drabiny społecznej. Trafia do nowojorskiego światka, na paryskie salony, do zamków francuskiej arystokracji… Na każdym etapie swojej kariery poznaje dotychczas jej obce obyczaje, do których błyskawicznie się adaptuje. Gdzie są granice ambicji tej fascynującej antybohaterki? Czy je osiągnie? I wreszcie: kto za to wszystko zapłaci?

Polecane książki

Wstrząsający dokument o najgłośniejszych zabójstwach dzieci, z których większość miała miejsce na terenie naszego kraju. Sprawczyniami wielu z przedstawionych tu morderstw są matki ofiar - osoby często niezrównoważone psychicznie, niewydolne społecznie czy wyrachowane i cyniczne. Autorzy przypominaj...
Opowiadanie oparte na motywach scenariusza serialu „07 zgłoś się”. Z pewnością przypomni przygody przystojnego porucznika Borewicza, przed którym drżał świat przestępczy PRL-u....
W każdym z nas drzemią ukryte żądze i tajemnicze alter ego, o którego istnieniu wolelibyśmy nie wiedzieć. Niektórzy rzeczywiście nie próbują dociec, jakie „drugie ja” się w nich kryje, inni natomiast doskonale o nim wiedzą i z chęcią oddają się swoim fetyszom i upod...
Kompendium teologii Jana Pawła II - niezwykłą spuścizną intelektualną Papieża Polaka Twórczość teologiczna Papieża obejmuje m.in. czternaście encyklik, piętnaście adhortacji, sześć książek, dziesiątki orędzi, setki katechez wygłoszonych podczas audiencji, przemówienia, homilie i listy. Publ...
Marian Jan Kustra: Poeta, prozaik, eseista, Na koncie wiele wydanych tomików, a w przygotowaniu do druku biografia, powieść historyczna, esej, nowe poematy i nowe wiersze. Autor był w Stanach Zjednoczonych na zaproszenie Polonii. Członek wielu komisji w konkursach literackich w kilku miastach Polski...
W książce omówiono zagadnienia dotyczące pracy radnego w radach gmin, powiatów i sejmików województw, ze szczególnym uwzględnieniem jego statusu prawnego jako funkcjonariusza publicznego. Celem poradnika jest pomoc radnym jednostek samorządu terytorialnego w prawidłowym i efektywnym wykonywaniu mand...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Edith Wharton

I

– Undine Spragg! Jak możesz? – jęknęła jej matka, podnosząc przedwcześnie pomarszczoną, ciężką od pierścionków dłoń, aby obronić liścik przyniesiony przed chwilą przez ospałego boya hotelowego.

Jednak jej obrona – podobnie jak jej sprzeciw – była z góry skazana na porażkę. Gdy pani Spragg wciąż uśmiechała się do gościa, panna Spragg zdobyła kartkę jednym ruchem swoich szybkich, młodych palców i udała się do okna, by przeczytać zdobycz.

– Uznałam, że to do mnie – rzuciła tylko przez ramię do matki.

– Widziała pani kiedyś… – wymamrotała z karcącą dumą pani Spragg.

Pani Heeny – tęga, profesjonalnie wyglądająca osoba w wodoodpornej narzutce ochronnej, z odsłoniętą rdzawą woalką i wyświechtaną torebką ze skóry aligatora u stóp – powiodła wzrokiem za spojrzeniem gospodyni z wesołą aprobatą.

– Ładniejszej figury dawno nie widziałam – przytaknęła, odpowiadając raczej przesłaniu niż dosłownemu znaczeniu pytania.

Pani Spragg i pani Heeny siedziały rozparte w dwóch ciężkich, pozłacanych fotelach jednego z prywatnych salonów hotelu Stentorian. Apartament zajmowany przez państwa Spraggów nosił dumną nazwę „ludwiczkowego”. Ponad intensywnie wypolerowaną mahoniową boazerią ściany pokoju wyłożone były łososioworóżowym adamaszkiem. Dodatkowo zdobiły je owalne portrety Marii Antoniny i księżniczki de Lamballe. Na stoliku z blatem z onyksu meksykańskiego, ustawionym pośrodku kwiecistego dywanu, stała palma w pozłacanym koszyku przewiązanym różową kokardą. Poza tą dekoracją i leżącym obok egzemplarzem „Psa Baskerville’ów” pokój nie nosił śladów ludzkiego użytkowania. Pani Spragg prezentowała całkowite oderwanie od świata, niczym woskowy manekin na sklepowej wystawie. Jej strój był wystarczająco modny, aby mogła być umieszczona w takiej scenerii, a blade, łagodne rysy jej twarzy, opuchnięte powieki i opadające kąciki ust sprawiały wrażenie lekko nadtopionej figury, z której wytopił się podwójny podbródek.

Panią Heeny natomiast cechowała pewna dodająca otuchę stabilność i swoista namacalność. Mocne usadowienie jej ciemno odzianej zwalistości w fotelu i silny uścisk wielkich, czerwonych dłoni na pozłacanych podłokietnikach świadczyły o zorganizowaniu, samowystarczalności i aktywności – była w końcu manikiurzystką i masażystką nowojorskiej socjety. Względem pani Spragg i jej córki pełniła podwójną funkcję „manipulatorki” i przyjaciółki. Po zakończeniu pracy fizycznej weszła w tę drugą rolę, by „podnieść na duchu” samotne damy ze Stentoriana.

Dziewczyna, której „figura” otrzymała profesjonalną pochwałę pani Heeny, ruszyła swój prześliczny zarys i odeszła od okna.

– Proszę! Weź to jednak! – powiedziała, mnąc kartkę i rzucając ją z pogardą na kolana matki.

– A więc to nie jest od pana Popple’a? – zapytała nietaktownie pani Spragg.

– Nie, nie jest. Skąd ci przyszło do głowy, że stwierdziłam, że to od niego? – prychnęła córka. Natychmiast jednak dodała w wybuchu dziecinnego rozczarowania: – To tylko od siostry pana Marvella… A przynajmniej twierdzi, że jest jego siostrą.

Pani Spragg skrzywiła się zmieszana, przebierając palcami przy pasku w poszukiwaniu binokli wśród dżetowych zawieszek u swej szatelenki1.

Niebieskie oczka pani Heeny rozbłysły ciekawością.

– Marvell? O którego Marvella chodzi?

– A, to taki niski człowieczek… Pan Popple chyba mówił, że ma na imię Ralph – wyjaśniła bez większego zainteresowania dziewczyna.

Jej matka dodała:

– Undine poznała tych dwóch panów zeszłego wieczoru podczas hotelowego przyjęcia. A kiedy pan Popple zaproponował jej, by wybrali się na jedną z tych nowych sztuk, pomyślała…

– A skąd ty możesz wiedzieć, co ja sobie pomyślałam? – Undine zareagowała gwałtownie, rzucając matce ostrzegawcze spojrzenie szarymi oczyma spod prostych, czarnych brwi.

– Przecież mówiłaś, że pomyślałaś… – Pani Spragg zaczęła z wyrzutem, lecz pani Heeny, nie zważając na ich niesnaski, drążyła dalej:

– Jaki Popple? Claud Walsingham Popple, ten portrecista?

– Tak, chyba ten. Powiedział, że chętnie by mnie namalował. Przedstawiła nas sobie Mabel Lipscomb. Nie obchodzi mnie, czy go jeszcze kiedykolwiek zobaczę! – powiedziała dziewczyna, oblana gniewnym różem.

– Zna go pani? – spytała pani Spragg.

– A owszem, znam. Robiłam mu manikiur przed jego pierwszym malowaniem dla kogoś z towarzystwa. Pełnowymiarowy portret pani Harmonowej B. Driscoll! – Pani Heeny uśmiechnęła się pobłażliwie do swych rozmówczyń. – Ja znam wszystkich. Kto mnie nie zna, ten nie należy do dobrego towarzystwa. Claud Walsingham Popple należy. Ale nie aż tak – zawyrokowała – jak Ralph Marvell, ten wasz „niski człowieczek”.

Na tę wieść Undine Spragg zwróciła się do pani Heeny jednym szybkim, ukazującym jej młodzieńczą zwinność obrotem. Dziewczyna nieustannie kręciła się, a każdy jej ruch wydawał się zaczynać od karku, tuż pod upięciem czerwonozłotych włosów, i płynnie przechodzić przez całe jej gibkie ciało aż po czubki palców u rąk i zgrabnych, niecierpliwych stóp.

– A więc pani zna Marvellów? Czy oni są stylowi? – spytała.

Pani Heeny zrobiła bezsilny gest nauczyciela, który bezowocnie próbuje włożyć podstawy wiedzy w niechętnie do jej przyjęcia głowy.

– Oj, Undine! Przecież wiele razy już o nich opowiadałam! Jego matka jest z Dagonetów. Mieszkają ze starym Urbanem Dagonetem przy placu Waszyngtona.

Pani Spragg rozumiała z tego nawet mniej niż jej córka.

– Tak daleko? Dlaczego mieszkają z kimś? Nie stać ich na własny dom?

Undine pojmowała szybciej niż matka. Spojrzała pytająco na panią Heeny.

– A więc pan Marvell jest tak samo stylowy jak pan Popple?

– Tak samo? Ależ Claud Walsingham Popple nie dorasta mu do pięt!

Dziewczyna jednym susem doskoczyła do matki, wyrwała jej i wygładziła pomiętą kartkę.

– Czy Laura Fairford to jego siostra?

– Tak. Żona Henleya Fairforda. Co pisze?

Twarz Undine rozjaśniła się, jakby nagle zza potrójnej kotary hotelu Stentorian padł na nią promień słońca.

– Pisze, że chce, żebym przyszła do niej na kolację w następną środę. Czy to nie dziwne? Dlaczego to ona mnie zaprasza? Przecież nawet mnie nie zna! – Z tonu dziewczyny można by wnioskować, że przywykła do bycia „zapraszaną” przez tych, którzy ją znali.

Pani Heeny zaśmiała się:

– Ale on cię zna, prawda?

– Kto? Ralph Marvell? Zna, oczywiście, że tak. Pan Popple przyprowadził go na wczorajsze przyjęcie.

– No i masz… Kiedy młody mężczyzna z towarzystwa chce ponownie zobaczyć jakąś dziewczynę, prosi siostrę, by ją zaprosiła.

Undine popatrzyła na nią z niedowierzaniem.

– Ależ to dziwaczne! Przecież nie wszyscy mają siostry, prawda? Dla tych ten zwyczaj musi być koszmarem.

– Wtedy proszą matki albo zwracają się o pomoc do kogoś, kto już stawał na ślubnym kobiercu – odrzekła wszechwiedząca pani Heeny.

– Do żonatych panów? – spytała lekko oszołomiona, lecz szczerze żądna wiedzy pani Spragg.

– Przebóg! Nie. Proszą zamężne przyjaciółki.

– Ale czy tam też będą same panie? – zatroskała się pani Spragg, wiedząc, że w takim przypadku Undine byłaby wielce rozczarowana.

– Gdzie? Na kolacjach? Oczywiście, że nie! Pani Fairford wydaje najelegantsze kolacje w mieście. Sprawozdanie z jednej było nawet w dzisiejszych „Plotkach nowojorskich”. Mam je zresztą tu, w moich wycinkach. – Pani Heeny nachyliła się nad torbą i wyciągnęła z niej plik artykułów z gazet. Rozłożyła je na swych szerokich kolanach i zaczęła przebierać w nich poślinionym palcem.

– O, tutaj… – powiedziała, wyciągając jeden papierek na szerokość ręki. Odchyliwszy głowę, poczęła czytać dobitnym głosem, nie bacząc na znaki przestankowe: – „W zeszłą środę pani Henleyowa Fairford wyprawiła kolejną uroczą kolacyjkę. Jak zwykle zaproszonych było mało i zostali starannie dobrani. Wśród pominiętych zapanował płacz i zgrzytanie zębów, zwłaszcza że po kolacji Madame Olga Łukowska zademonstrowała najnowsze steppe dances”. To po francusku nowe kroki taneczne – skwitowała pani Heeny, wrzucając papier z powrotem do torby.

– A panią Fairford też pani zna? – dopytywała się skwapliwie Undine. Pani Spragg, na której notka najwyraźniej zrobiła wrażenie, wciąż była żądna informacji. Drążyła więc dalej:

– Czy ona mieszka przy Piątej Alei?

– Nie, ma kamieniczkę przy Trzydziestej Ósmej Ulicy, za Park Avenue.

Paniom znów zrzedły miny, więc masażystka czym prędzej dodała:

– Ale jak najchętniej przyjmują ją we wszystkich wielkich rezydencjach! – Po czym zwróciła się wprost do Undine: – A owszem, znam ją. Parę lat temu masowałam jej skręconą kostkę. Ma prześliczne maniery, ale zupełnie brak jej daru konwersacji. Niektóre moje klientki potrafią naprawdę przepięknie konwersować – dodała.

Undine zamyśliła się, spoglądając na kartkę.

– Zaadresowana jest do mamy… „do pani Abnerowej E. Spragg”. Przedziwne: „Czy pozwoli Pani córce zjeść ze mną kolację?”. Pozwolić? Prześmieszne! Czy ta pani Fairford jest jakaś… dziwna?

– Sama jesteś dziwna! – obruszyła się pani Heeny. – Nie wiesz, że w najlepszym towarzystwie wypada udawać, że dziewczęta nie mogą nic zrobić bez pozwolenia matki? Zapamiętaj to. Przyjmując zaproszenie od mężczyzny, musisz powiedzieć, że wpierw musisz zapytać mamusi.

– Rety! A skąd mama będzie wiedziała, co odpowiedzieć?

– Mama odpowie to, co będziesz chciała. Lepiej powiedz jej, że chcesz iść na kolację do pani Fairford – dodała żartobliwie manikiurzystka, zbierając narzutkę i sięgając po torbę.

– Ojej, czy to znaczy, że to ja muszę napisać odpowiedź? – Zdenerwowanie pani Spragg rosło.

Pani Heeny zastanowiła się.

– Nie. Myślę, że Undine może odpowiedzieć w pani imieniu. Przecież pani Fairford nie zna pani pisma.

Pani Spragg przyjęła to z widoczną ulgą. Undine wymknęła się z kartką do swojego pokoju. Jej matka zagłębiła się w fotelu i płaczliwym tonem zwróciła się do pani Heeny:

– Ach, proszę jeszcze trochę zostać. Przez cały dzień nie widziałam żywej duszy, a jakoś nie wiem, o czym mogłabym rozmawiać z tą francuską pokojówką.

Pani Heeny zerknęła na gospodynię z przyjacielskim współczuciem. W pełni zdawała sobie sprawę, że była jedynym jasnym punktem w codziennej egzystencji pani Spragg. Rodzina przeniosła się z Apex do Nowego Jorku mniej więcej dwa lata temu, lecz w nowym środowisku nie udawało im się nawiązywać nowych znajomości. Gdy mniej więcej cztery miesiące temu lekarz pani Spragg poprosił panią Heeny, żeby zaczęła odwiedzać jego pacjentkę, zrobił to raczej ze względu na potrzeby jej duszy, a nie ciała. Pani Heeny widywała już takie przypadki: nie pierwszy raz trafiała do bogatej, bezradnej rodziny, uwięzionej w samotnym przepychu wytwornego hotelu na manhattańskim West Side. Ojciec szukał namiastki życia towarzyskiego w hotelowym barze, a matka, pozbawiona nawet takiego kontaktu z innymi przedstawicielkami swego gatunku, przez nudę i bezczynność popadała w chorobę. Nieszczęsna pani Spragg za młodu sama sobie prała, lecz odkąd wzbogacili się i takie zajęcie stało się niestosowne, ogarnął ją pewien rodzaj inercji, który panie z Apex uważały za przywilej zamożności. W Apex jednak miała towarzystwo, a zanim przeprowadzili się do eleganckiego jak na to miasto hotelu Mealey, w dzień niezmiennie zajmowały ją obowiązki domowe. Natomiast Nowy Jork najwidoczniej nie dawał żadnych możliwości jakichkolwiek zajęć, które przystałyby damie. Dlatego też pani Spragg zażywała ruchu za pośrednictwem pani Heeny, która potrafiła przejąć kontrolę nie tylko nad jej mięśniami, ale i wyobraźnią. To ona wypełniała długie, samotne, upiorne dni barwnymi anegdotami z życia Van Degenów, Driscollów, Chaunceyów Ellingów czy innych towarzyskich magnatów, których najdrobniejsze poczynania pani Spragg i Undine śledziły z oddali jeszcze w Apex dzięki gazetom, a którzy teraz wydawali się matce i córce nawet odleglejsi, chociaż ich olimpijskie wrota dzieliła od bram Stentoriana tylko szerokość Central Parku.

Dla siebie pani Spragg nie miała żadnych ambicji, zdawało się, że przeniosła całą swoją osobowość na dziecko. Jej gorącym pragnieniem było, aby spełniły się wszystkie marzenia jej córki. Czasem wydawało się jej, że pani Heeny, która przecież z taką łatwością przestępowała tamte święte progi, mogłaby kiedyś uzyskać wstęp i dla Undine.

– Cóż, mogę jeszcze chwilę zostać, jeśli pani ma takie życzenie, ale może w trakcie rozmowy wypoleruję pani paznokietki? Będzie weselej – zaproponowała, po czym postawiła torbę na stoliku i zaczęła pokrywać jego błyszczący onyksowy blat buteleczkami i polerkami.

Pani Spragg na znak przyzwolenia zsunęła pierścionki z małych, przebarwionych dłoni. W uścisku pani Heeny było coś kojącego. Zdawała sobie sprawę, że przyjemność ta będzie kosztować trzy dolary, jednak czuła się bezpiecznie – to jest wiedziała, że Abner nie miałby nic przeciwko temu.

Od czasu ich dość nagłego wyjazdu z Apex dla pani Spragg było jasne, że Abner postanowił nie mieć nic przeciwko niczemu i niezależnie od kosztów „doprowadzić do końca” ich nowojorską przygodę. Teraz widać było wyraźnie, że koszty będą znaczne. Już dwa lata mieszkali w Nowym Jorku bez żadnych towarzyskich korzyści dla córki. To one, rzecz jasna, były przyczyną ich przeprowadzki. Jeśli kiedyś istniały inne, bardziej naglące powody, nigdy o nich nie wspominali, nawet w pozłacanym ukryciu stentoriańskiej sypialni. Na ten temat panowała cisza tak całkowita, że dla pani Spragg przestał istnieć; naprawdę wierzyła, że, jak to ujął Abner, opuścili Apex, gdyż Undine z niego wyrosła.

Ale biedne dziecko na razie zdawało się jeszcze za małe na Nowy Jork, niedostrzegalne dla jego niebacznych tłumów. Matka Undine drżała na myśl, że kiedyś jej córka spostrzeże własną niewidoczność. Sama nie miała nic przeciwko długiemu oczekiwaniu, dysponowała całymi pokładami limfatycznej cierpliwości. Jednak ostatnio zauważyła, że Undine zaczyna się niecierpliwić, a rodzice dziewczyny niczego nie lękali się bardziej niż jej niezadowolenia. Pani Spragg bezwiednie wyraziła swe matczyne troski w słowach, które po chwili padły:

– Mam nadzieję, że teraz się wreszcie trochę uspokoi – wymruczała, sama czując ogarniający ją spokój, gdy jej dłoń tonęła w przepastnym uścisku pani Heeny.

– Kto? Undine?

– Tak. Strasznie się nastawiła na wizytę tego pana Popple’a. Z jego wczorajszego zachowania wywnioskowała, że dziś na pewno przyjdzie. Biedactwo, jest taka samotna. Wcale się jej nie dziwię.

– Oj, przyjdzie, przyjdzie. W Nowym Jorku sprawy rozwijają się trochę wolniej. – Pani Heeny pocieszająco pokierowała pilnikiem.

Pani Spragg znów westchnęła.

– Właśnie widzę. Mówi się, że nowojorczycy ciągle się spieszą, ale jakoś nie widzę, by spieszyli się z nami zapoznać.

Pani Heeny odsunęła się, by spojrzeć na swoje dzieło.

– Pani poczeka, pani tylko poczeka. Czasem, jak się za szybko pociągnie, to pójdzie cały szew!

– Ach tak, ach tak! – wykrzyknęła pani Spragg z tragiczną emfazą, przez co masażystka aż podniosła ku niej wzrok.

– Wiadomo, że tak. A w Nowym Jorku tym bardziej. Ze złym towarzystwem to jak z lepem na muchy: jak się w nie trafi, to można się wyrywać i wyrywać, ale już się z niego nie wydostanie.

Matka Undine wydała z siebie kolejne westchnienie, jeszcze bardziej bezradne.

– Och, żeby pani mogła to powiedzieć Undine…

– Ja tam myślę, że Undine nie ma się co martwić. Taka dziewczyna może sobie pozwolić na odrobinę czekania. A jeśli młody Marvell naprawdę jest nią zauroczony, to lada moment będzie miała wstęp w najlepsze kręgi.

Ta kojąca myśl pozwoliła pani Spragg oddać się już całkowicie posługom pani Heeny, które przedłużyły się o jeszcze jedną radosną, pełną zwierzeń godzinę. Ledwo pożegnała się z masażystką i zaczęła zakładać z powrotem pierścienie na palce, otworzyły się drzwi i wkroczył jej mąż.

Pan Spragg wszedł do pokoju w milczeniu, położył cylinder na stoliku pośrodku salonu, a płaszcz przewiesił przez jeden z pozłacanych foteli. Był w miarę wysoki, miał siwą brodę i lekko się garbił. Jego cała postać świadczyła o prowadzonym przez niego siedzącym trybie życia; gdyby nie cierpiał na niestrawność, zapewne byłby otyły. Nad jego ostrożnymi, podkrążonymi szarymi oczyma widniały proste czarne brwi, takie same jak u jego córki. Rzadkie włosy trochę za bardzo nachodziły na kołnierz marynarki. Na grubym złotym łańcuszku przepasującym pomiętą czarną marynarkę dyndało godło masońskie.

Stanął nieruchomo pośrodku pokoju, wiodąc powolnym, pionierskim spojrzeniem po tej pozłacanej otchłani. W końcu zapytał delikatnie:

– A więc, mateczko?

Pani Spragg nie ruszyła się z miejsca, ale jej oczy, skupione na nim, pełne były czułości.

– Undine została poproszona na kolację, a pani Heeny twierdzi, że to jedna z najlepszych rodzin. U siostry jednego z panów, których przedstawiła wczoraj Mabel Lipscomb.

W jej głosie słychać było nutę tryumfu, jako że to za namową jej i Undine pan Spragg zgodził się na przeprowadzkę z zakupionego już domu przy West End Avenue do hotelu Stentorian. Undine dość wcześnie uznała, że „zajmując się domem” nie mieli wielkich szans na zawieranie korzystnych znajomości; wszyscy stylowi ludzie, których znała, wynajmowali pokoje lub mieszkali w hotelach. Pani Spragg szybko dała się przekonać, ale mąż stawiał opór, gdyż nie był w stanie od razu sprzedać lub korzystnie wynająć domu. Chwilę po przeprowadzce wydawało się, że to on miał rację, że pierwsze kroki w dobrym towarzystwie postawić było równie trudno w eleganckim hotelu jak we własnym domu. Dlatego też pani Spragg zależało, by wiedział, że Undine rzeczywiście zawdzięczała swoje pierwsze zaproszenie spotkaniu w Stentorianie.

– Widzisz, Abnerze? Miałyśmy rację, żeby się tu przenieść – dodała. Jej mąż odpowiedział z roztargnieniem:

– Widać wam zawsze udaje się mieć rację.

Na jego twarzy dalej jednak nie zagościł uśmiech. Zamiast jak zwykle przed obiadem usiąść i zapalić cygaro, kilka razy bez celu okrążył pokój, po czym stanął przed żoną.

– Co się stało? Czy coś niedobrego w pracy? – spytała. Jej oczy przyjęły jego niepokój.

Pojęcie pani Spragg o tym, co działo się „w pracy”, było bardzo nikłe, lecz już od dawna potrafiła czytać z barometru, którym stała się dla niej twarz męża; wiedziała, kiedy mogła gadać jak najęta, a kiedy należało przerwać i powstrzymać się z trajkotaniem aż do przejścia nadchodzącej burzy.

Pokręcił głową.

– N… nie. Nic, czego nie mógłbym opanować, jeśli tylko ty i Undine przestaniecie choć przez chwilę tyle wydawać. – Przerwał i popatrzył w stronę drzwi do pokoju córki. – A ona gdzie? Wyszła?

– Chyba jest u siebie, przegląda suknie z Francuzką. Nie wiem, czy ma coś, co mogłaby nałożyć na tę kolację – dodała nieśmiało.

Pan Spragg wreszcie się uśmiechnął.

– Cóż – odrzekł proroczo – podejrzewam, że będzie miała w co się ubrać.

Znowu spojrzał na drzwi do pokoju córki, jakby chciał się upewnić, czy na pewno są zamknięte, po czym zbliżywszy się do żony, szepnął:

– Widziałem dziś w mieście Elmera Moffatta.

– Och, Abnerze! – Panią Spragg przeszła fala prawie fizycznego lęku. Jej dłonie ozdobione klejnotami zaczęły się trząść w fałdach czarnego brokatu, a miękkie policzki opadły niczym przekłuty balonik.

– Och, Abnerze! – jęknęła kolejny raz, również patrząc na drzwi do pokoju córki. Czarne brwi jej męża zebrały się w gniewnym grymasie. Widać jednak było, że jego gniew nie jest skierowany na żonę.

– I co ci przyjdzie z tego „och-abnerowania”? Elmer Moffatt nic dla nas nie znaczy. Jakbyśmy go nigdy nie znali.

– Wiem przecież. Ale co on tu robi? Rozmawiałeś z nim? – wykrztusiła.

Wsunął oba kciuki do kieszeni kamizelki.

– Nie. Elmer i ja nie mamy już sobie nic do powiedzenia.

Pani Spragg jęknęła:

– Tylko nie mów jej, że go widziałeś.

– Zrobię, jak mi każesz, ale ona sama może go spotkać.

– Oj, wątpię. Nie w tych nowych kręgach, w których się obraca. Tak czy siak, nie mów jej.

Odwrócił się, wymacując jakieś cygaro, które zawsze nosił luzem w kieszeni.

Żona wstała, podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu.

– Ale on nie może jej nic zrobić?

– Zrobić? – Odwrócił się wściekle. – Niech ją tylko tknie, to ja mu już pokażę!

1 Szatelenka (chatelaine): kobiecy przybornik u pasa, do którego na łańcuszkach przypinano drobne przedmioty, np. okulary, klucze, nożyczki czy przybory do haftowania.
II

Ściany biało-złotej sypialni Undine wyłożone były boazerią w morskim odcieniu zieleni, a na podłodze leżał dywan koloru starego różu. Okna wyglądały na Siedemdziesiątą Drugą Ulicę i pozbawione liści korony drzew w Central Parku.

Undine podeszła do okna, odsunęła kolejne warstwy koronki i spojrzała na wschód, w stronę dalekiego rzędu eleganckich kamienic na rozciągającej się za parkiem Piątej Alei. Właśnie tam chciała się znaleźć!

Odwróciła się od okna, podeszła do biurka i położyła przed sobą liścik od pani Fairford. Zaczęła go uważnie studiować. W rubryce „Wieści z buduaru” jednej z niedzielnych gazet wyczytała, że najelegantsze kobiety piszą teraz białym atramentem na krwistoczerwonym papierze. Wbrew radom mamy zamówiła dość duży zapas takiej papeterii, opatrzonej w dodatku jej srebrnym monogramem. Rozczarowało ją zatem, że papeteria pani Fairford była zwykła, biała, nawet bez monogramu – jedynie z adresem i numerem telefonu! Dało to Undine niezbyt dobre mniemanie o pozycji społecznej pani Fairford. Przez chwilę z dużą satysfakcją myślała o napisaniu odpowiedzi na krwistoczerwonej kartce. Przypomniała sobie jednak gorące pochwały pani Heeny pod adresem pani Fairford i jej ręka z piórem zadrżała. Co z tego, jeśli nawet biały papier jest teraz modniejszy? Krwistoczerwony i tak wydawał jej się bardziej stylowy. Nie obchodziło jej, że czerwony papier może się nie podobać pani Fairford, ważne, żeby to jej się podobał! Nie będzie się zniżać do poziomu kogoś, kto mieszka w jakimś tam domku za Park Avenue…

Undine była zaciekle samodzielna, a równocześnie uwielbiała naśladować innych. Pragnęła zaskakiwać wszystkich polotem i oryginalnością, ale nie mogła się powstrzymać od przyjmowania pozy ostatniej osoby, którą spotkała. Skutkiem tego było pogmatwanie ideałów, które przysparzało jej wiele niepokoju w razie potrzeby wyboru pomiędzy dwiema drogami. Wahała się jeszcze przez chwilę, po czym wyciągnęła z szuflady kartkę zwykłej hotelowej papeterii.

Zabawnie było podszywać się w liście pod mamę. Chichotała, pisząc: „Z radością pozwolę mej córce spożyć z Panią kolację” („spożyć” brzmiało bardziej elegancko niż użyte przez adresatkę „zjeść”). Gdy przyszła kolej na podpis, napotkała nową trudność. Pani Fairford podpisała się „Laura Fairford”, zupełnie jakby była uczennicą piszącą do koleżanki. Ale czy stanowi ona dobry wzór dla pani Spragg? Undine nie mogła znieść myśli, że jej matka mogłaby zniżyć się do poziomu mieszkańców terenów za Park Avenue, więc rezolutnie napisała: „Z poważaniem, pani Abnerowa E. Spragg”. Wtedy jednak zalała ją fala niepewności, więc zaczęła od nowa i przepisała formułkę pani Fairford: „Pozdrawiam, Leota B. Spragg”. To jednak wydało się jej dziwnym zestawieniem formalności i swobody, więc podjęła trzecią próbę: „Całuję, Leota B. Spragg”. Co z kolei było pewną przesadą, jako że panie się nawet nie znały. Po wielu próbach w końcu zdecydowała się na kompromis i zakończyła liścik sformułowaniem: „Łącząc pozdrowienia, pani Leota B. Spragg”. Może było to trochę zbyt konwencjonalne, ale za to przynajmniej poprawne. Mając tę sprawę za sobą, otworzyła z rozmachem drzwi sypialni i władczo zawołała w głąb korytarza:

– Celeste!

Gdy ukazała się jej francuska pokojówka, Undine wydała polecenie:

– Chcę przejrzeć wszystkie moje wieczorowe suknie.

Biorąc pod uwagę rozmiary jej garderoby, panna Spragg miała stosunkowo mało sukien wieczorowych. Rok wcześniej zamówiła ich całkiem dużo, jednak niemożność ich użycia irytowała ją, więc zniecierpliwiona pozbyła się ich, oddając pokojówce. Od tamtego czasu wraz z matką uległy abstrakcyjnej przyjemności zakupów jedynie dwa czy trzy razy – po prostu dlatego, że suknie były zbyt śliczne, by się im oprzeć, a Undine tak przepięknie w nich wyglądała. Jednak i one już jej zbrzydły. Zbrzydło jej patrzenie, jak wiszą nienoszone w szafie niczym ciąg kpiących pytań. Teraz, gdy Celeste wykładała je na łóżko, zdawały się Undine obrzydliwie pospolite, jakby wytańczyła je na strzępy. Mimo to uległa namowom służącej i zaczęła kolejno przymierzać.

Pierwsza i druga nie zyskały na bliższej inspekcji. Wydawały się staromodne.

– To przez te rękawy – marudziła dziewczyna, odrzucając je na bok.

Trzecia była zdecydowanie najładniejsza. Jednak właśnie ją miała na sobie poprzedniego wieczoru, a nie podlegało dyskusji, że nie może założyć jej drugi raz w ciągu tego samego tygodnia. Mimo to samo oglądanie się w niej sprawiało dziewczynie przyjemność, bo przywodziło na myśl ożywione rozmowy z Claudem Walsinghamem Popple’em oraz cichszą, lecz jak się okazało bardziej owocną rozmowę z jego niskim przyjacielem, młodzieńcem, na którego wówczas ledwo zwróciła uwagę.

– Możesz już iść, Celeste. Sama ją zdejmę – powiedziała. Gdy tylko pokojówka wyszła objuczona odrzuconymi strojami, Undine zaryglowała drzwi, przyciągnęła bliżej wielkie tremo i przegrzebawszy szufladę w poszukiwaniu wachlarza i rękawiczek, upadła na krzesło przed lustrem niczym dama, która właśnie dotarła na wieczorny bal. Celeste, nim wyszła, spuściła żaluzje i zapaliła światło elektryczne: biało-złoty pokój i rozświetlone kinkiety stanowiły wyśmienite tło do podtrzymania tej fantazji. Tak ostry blask mógł być zabójczy dla półtonów i subtelności pozowania, ale uroda Undine było równie wyrazista, prawie tak samo ostra, jak otaczająca ją jasność. Czarne brwi, złotorude włosy i wreszcie czysta biel i czerwień jej cery rzucały wyzwanie bezlitosnemu światłu. Była niczym baśniowa istota mieszkająca w promieniach słońca.

Jako dziecko Undine wykazywała bardzo umiarkowane zainteresowanie rozrywkami rówieśniczek. Nawet w najmłodszych latach, kiedy mieszkała z rodzicami na obskurnych przedmieściach Apex, a dni spędzała przy płocie z Indianą Frusk, piegowatą córką hydraulika z naprzeciwka, mało interesowały ją lalki czy skakanki. Jeszcze mniej zajmowały ją hałaśliwe zabawy, w których głośna Indiana, niczym Atalanta, przodowała wśród miejscowych chłopców. Już wtedy największą rozkosz sprawiały jej „przebieranki”: zakładanie odświętnej maminej spódnicy i „bycie damą” przed lustrem. To upodobanie nie przeminęło z wiekiem i Undine dalej ćwiczyła tę samą tajemną pantomimę: poprawiała warstwy spódnicy, machała wachlarzem, poruszała ustami w niemych rozmowach i śmiechu. Ostatnimi czasy omijała wszystko, co przypominało jej o zawiedzionych ambicjach towarzyskich. Teraz jednak mogła znów – i to bez skrupułów – oddawać się radości teatralizowania własnej urody. Już za parę dni sama odgrywać będzie sceny ćwiczone teraz przed lustrem. Czerpała przyjemność z wypróbowywania wrażenia, które w środę miała wywrzeć na gościach pani Fairford.

Przez chwilę gawędziła z kółkiem wymyślonych wielbicieli; obracała się to w jedną, to w drugą stronę, wachlowała się, wierciła, bawiła suknią, dokładnie tak, jak czyniła naprawdę, gdy tylko ludzie ją zauważali. Jej nieustający ruch nie wynikał z nieśmiałości: wyobrażała sobie, że właśnie tak należy zachowywać się w towarzystwie, a „żywotność” rozumiała jako głośność i ruchliwość. Dlatego też patrzyła na siebie z dumą. Zmieniała pozy, podziwiała światło w swoich włosach, błysk zębów w uśmiechu, czyste cienie swej szyi i ramion. Miała tylko jeden powód do niepokoju: łuk szyi i przejście talii w biodra wydały się jej nieco zbyt pełne. Była na tyle wysoka, że spokojnie mogła być trochę cięższa, lecz akurat w modzie panowała nadmierna szczupłość, a nic tak nie napełniało Undine lękiem jak wizja jakiegokolwiek odbiegania od normy.

W końcu przestała się kręcić i błyszczeć do własnego odbicia. Rozsiadła się w fotelu i oddała wspomnieniom. Patrząc wstecz, była na siebie zła, że tak mało uwagi poświęciła młodemu Marvellowi, który okazał się przecież jakże bardziej jej wart niż jego olśniewający przyjaciel. Przy spotkaniu wywarł na niej wrażenie nieśmiałego, mniej obytego w towarzystwie. Na swój cichy, autoironiczny sposób powiedział co prawda jedną czy dwie dowcipne rzeczy. Brakowało mu jednak mistrzowskich umiejętności pana Popple’a, jego dominującego, lecz zarazem pieszczotliwego sposobu mówienia. Kiedy malarz skierował swoje czarne oczy na Undine i wyszeptał coś „artystycznego” o kolorze jej włosów, przez jej całe jestestwo przeszedł dreszcz rozkoszy. Nawet teraz trudno było uwierzyć, że to nie on okazał się wyższy rangą od młodego Marvella. Wydawał się znacznie bardziej pasować do świata, o którym czytała w niedzielnych dodatkach do gazet – do porywającego, złocistego świata Van Degenów, Driscollów i im podobnych.

Usłyszawszy w korytarzu pożegnalne słowa matki skierowane do pani Heeny, Undine poderwała się. Poczekała, aż skończą rozmawiać, po czym otworzyła drzwi i wciągnęła przerażoną masażystkę do sypialni. Pani Heeny spoglądała z podziwem na świetlistą zjawę, w której towarzystwie tak nagle się znalazła.

– Bój się Boga, Undine! Wyglądasz doprawdy porażająco! Przymierzasz suknię na kolację pani Fairford?

– Tak… to znaczy nie… ta jest stara! – Oczy dziewczyny zabłysły spod czarnych brwi. – Proszę mi powiedzieć prawdę… czy oni są rzeczywiście aż tak stylowi, jak pani mówi?

– Kto taki? Fairfordowie i Marvellowie? Jeśli są za mało stylowi dla ciebie, to zostało ci tylko udać się na dwór angielski!

Undine wyprostowała się.

– Chcę tylko tego, co najlepsze. Czy są tak stylowi jak Driscollowie i Van Degenowie?

Pani Heeny zaśmiała się pogardliwie.

– Patrzcie państwo, jaka podejrzliwa dziewczyna! Na własne oczy widziałam, jak pani Harmonowa B. Driscoll z Piątej Alei leżała w swym aksamitnym różowym łożu cała we łzach, bo nie została zaproszona na wieczorek muzyczny u pani Paulowej Marvell. Niewyobrażalnym szczęściem byłoby dla niej dostać zaproszenie na kolację do nich! To coś, czego nie kupisz za te ich wielkie fortuny… I ona doskonale o tym wie!

Undine stała przez chwilę nieruchomo z lśniącymi policzkami i lekko rozchylonymi ustami, po czym rzuciła się pani Heeny w ramiona.

– Och! Pani jest dla mnie taka kochana! – szepnęła wprost w rdzawą woalkę masażystki, która śmiejąc się serdecznie, uwolniła się z jej objęć.

Na pożegnanie pani Heeny jeszcze odwróciła się i poradziła:

– Zmierzaj śmiało, lecz cierpliwie do celu, Undine, a dojdziesz, gdzie dusza zapragnie.

Zmierzaj śmiało i cierpliwie do celu, Undine! Tak, tej właśnie rady potrzebowała! Czasem, w najczarniejszych swoich nastrojach, obwiniała rodziców, że sami jej tak nie poradzili. Jest taka młoda… a oni mówią jej tak mało! Patrząc wstecz, aż wzdrygnęła się na wspomnienie wielu cudem unikniętych niebezpieczeństw. Już po przyjeździe do Nowego Jorku aż dwa razy o mało nie uwikłała się w bardzo przykre przygody, a podczas pierwszej zimy w mieście przez chwilę była nawet zaręczona z pewnym przystojnym Austriakiem, nauczycielem konnej jazdy, który towarzyszył jej w przejażdżkach po Central Parku. Od niechcenia pokazał jej etui na wizytówki z wygrawerowaną koroną i wyznał, że został zmuszony do odejścia z pułku dragonów za to, że pojedynkował się o względy jakiejś hrabiny. W wyniku tych zwierzeń Undine przyrzekła mu rękę, jako zadatek oddając mu swój pierścionek z różowego złota z perłą. W zamian dostała obrączkę z plecionego srebra – dar otrzymany od umierającej hrabiny na łożu śmierci, kiedy to mężczyzna przyrzekł się z nim nie rozstawać, dopóki nie spotka kobiety piękniejszej niż ona.

Na całe szczęście niedługo po tym Undine wpadła na Mabel Lipscomb, którą znała ze szkoły z internatem jako Mabel Blitch. Jako jedyna nowojorczanka panna Blitch zajmowała w szkole pozycję szczególną. O jej względy przez pewien czas toczyła się ostra rywalizacja pomiędzy Undine a Indianą, której rodzicom jakimś cudem udało się na semestr zapewnić jej miejsce w tej instytucji. Mimo że Indiana nie miała skrupułów i dość agresywnie zwracała na siebie uwagę, zwycięstwo odniosła Undine. Mabel stwierdziła, że jest ona bardziej dystyngowana. Skonsternowana Indiana nazwała koleżanki „sentymentalnymi mięczakami” i na zawsze zniknęła ze sceny swojej porażki.

Potem Mabel wróciła do Nowego Jorku i poślubiła maklera. Undine zaczęła stawiać pierwsze kroki w towarzyskim oświeceniu od dnia ponownego spotkania ze świeżo upieczoną panią Lipscomb, która wzięła ją pod swoje skrzydła.

Harry Lipscomb uparł się, by zbadać przeszłość austro-węgierskiego absztyfikanta. Dowiedział się, że jego prawdziwe nazwisko brzmi Aaronson i że musiał opuścić Kraków, gdyż zarzucano mu dokonywanie przeróżnych szwindli, polegających głównie na pozbawianiu panien służących oszczędności. W świetle tych odkryć Undine po raz pierwszy dostrzegła, że jego usta były zbyt czerwone, a włosy – wypomadowane. Samo wspomnienie tego epizodu przyprawiało ją teraz o mdłości. Dlatego też postanowiła mniej ufać własnym impulsom, zwłaszcza w kwestii rozdawania pierścionków. Ostatecznie jednak uznała, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, i że dużo ją to doświadczenie nauczyło – zwłaszcza że to właśnie za namową Mabel Lipscomb rodzina przeniosła się do Stentoriana, w którym już wtedy mieszkała jej przyjaciółka.

Mabel z natury nie była monopolistką. Bez zbędnej zwłoki przedstawiła Undine całemu stentoriańskiemu towarzystwu i jego odnogom. Całe to środowisko uzależnione było od różnego rodzaju „dni”, połączone członkostwem w niezliczonej ilości klubów: przyziemnych, kulturalnych czy „szczerych”. Mabel brała Undine na „dni”; na spotkaniach klubów przedstawiała ją jako „swego gościa”. Wspierała ją w tym obecność innych bywalców, takich jak „moja przyjaciółka panna Stager, z Phalanx w Georgii”, albo – zwłaszcza jeśli dama miała ambicje literackie – po prostu „moja przyjaciółka Ora Prance Chettle z Nebraski… tak, z tych Chettle’ów”.

Część spotkań odbywała się w luksusowych hotelach, zacumowanych w wyższych partiach dzielnicy Upper West Side, nazwanych dostojnie jak okręty wojenne: Olimpian, Incandescent, Irmolu. Inne, zapewne te bardziej ekskluzywne, organizowano w równie luksusowych apartamentowcach, których nazwy były bardziej romantyczne: Parthenon, Tintern Abbey czy Lido.

Undine najbardziej lubiła światowe przyjęcia, na których atrakcją były przeróżne gry. Wracała obładowana nagrodami z holenderskiego srebra. Nie mniejsze wrażenie wywierały na niej kluby dyskusyjne, w których zasłużone miejscowe damy zwracały się do publiczności z zaimprowizowanego podwyższenia lub których członkowie dyskutowali na tak zawsze ważne tematy, jak na przykład: „Czym jest urok?” czy też „Powieść tendencyjna”. Następnie, wśród dalszych dyskusji na temat „moralnych aspektów” problemu wieczoru, spożywano różową lemoniadę i wielobarwne tartinki.

Wszystko to było bardzo nowe i ciekawe. Z początku Undine zazdrościła Mabel Lipscomb jej pozycji w tych kręgach, z czasem jednak zaczęła gardzić przyjaciółką za brak wyższych ambicji. Szybko spostrzegła, że „przedstawienie” w środowisku przez Mabel nie zbliżyło jej ani trochę do Piątej Alei. Jeszcze w Apex podatna wyobraźnia Undine karmiła się poczynaniami tej części miasta. Panna Sprag znała wszystkie nazwiska należące do nowojorskiej złotej arystokracji, jej pasją było zaznajamianie się z rysami najsławniejszych potomków tego milieu i śledzenie ich losów w codziennej prasie. Wśród znajomych Mabel bezowocnie wypatrywała najprawdziwszych dziedziców, tylko czasami udawało jej się zobaczyć na własne oczy kogoś z ich kręgów. Taką nęcącą postacią był Claud Walsingham Popple, który malował portret, jak to Lipscombowie określili, „żony magnata stalowego”. Malarz uznał za swój zawodowy obowiązek zjawić się na jednej z proszonych herbatek klientki. Tam też Mable spotkał zaszczyt poznania go; i tam opowiedziała mu o swojej przyjaciółce, pannie Spragg.

Przed uważną Undine ujawniały się w ten sposób niespodziewane podziały społeczne. Już zaczynała się martwić, że cała ta wiedza nie przyda jej się na nic, kiedy to nadzieja odżyła wraz z pojawieniem się pana Popple’a i jego przyjaciela na przyjęciu w hotelu Stentorian. Była już pewna, że wie dość, by nigdy nie pomylić się tak okropnie jak w przypadku Aaronsona. Teraz jednak dostrzegła, że znów popełniła gafę, wyróżniając Clauda Walsinghama Popple’a, prawie lekceważąc jego dostojniejszego kompana. Jakże to wszystko było strasznie skomplikowane! Opowieść pani Heeny o rozpaczy szacownej pani Harmonowej B. Driscoll jeszcze bardziej powiększyła jej konsternację.

Dotychczas Undine myślała, że rody Driscollów, Van Degenów i ich sprzymierzeńcy piastowali niepodważalnie najwyższe miejsce w nowojorskim światku. Tak też wydawało się Mabel Lipscomb, która często przechwalała się znajomością z niejaką panią Spoff, która była przecież tylko kuzynką drugiego stopnia pani Harmonowej B. Driscoll. Kto by pomyślał, że ona, Undine Spragg z Apex, zostanie wkrótce przedstawiona w kręgu tak ekskluzywnym, że nawet Driscollowie i Van Degenowie nie mogli się do niego dostać! Tyle tylko wystarczyło, by tryumf zawrócił dziewczynie w głowie; by wprawił ją w stan niebezpiecznej pewności siebie, w którym popełniała najgorsze głupstwa.

Wstała, podeszła bliżej lustra i przyjrzała się odbiciu swych błyszczących oczu i płonących policzków. Tym razem jej obawy były zbędne: nie popełni już więcej błędów i gaf! Teraz wreszcie pozna odpowiednich ludzi. Jej pragnienia zostaną wnet spełnione!

Gdy stała tak, uśmiechając się do swego radosnego odbicia, usłyszała w sąsiednim pokoju głos ojca. Natychmiast zaczęła zdzierać z siebie suknię, ściągać długie rękawiczki i wypinać różę z włosów. Odrzuciwszy na bok zdjęte szaty, przywdziała szlafroczek i otwarła drzwi do salonu.

Pan Spragg stał koło mamy, która siedziała ponuro ze zwieszoną głową, jak podczas któregoś ze swoich „epizodów”. Gdy Undine weszła, spojrzał na nią natychmiast.

– Tato! Czy mama już ci mówiła? Pani Fairford zaprosiła mnie na kolację. To córka żony Paula Marvella, tej z Dagonetów, a oni są najbardziej stylowi ze wszystkich! Gardzą nawet Driscollami i Van Degenami!

Pan Spragg patrzył na córkę z rozbawioną czułością.

– Czyżby? Dlaczego więc mieliby się z tobą zadawać? – zaśmiał się.

– Nie mam pojęcia! Może mają nadzieję, że przedstawię im ciebie! – odpowiedziała tym samym tonem. I zaraz rzuciła się mu w ramiona, łaskocząc go w policzek świeżymi włosami.

– I co? Zamierzasz się tam wybrać? Czy przyjęłaś już zaproszenie? – Podjął żart, wciąż jeszcze trwając w jej uścisku. Za nimi pani Spragg poruszyła się w fotelu z lekkim jękiem.

Undine odrzuciła głowę do tyłu, zanurzając swoje spojrzenie w oczach ojca, przytulając się do niego tak mocno, że dla jego zmęczonego starego wzroku jej twarz stała się tylko świetlistą plamą.

– Tak strasznie bym chciała! – oświadczyła. – Ale zupełnie nie mam w co się ubrać!

Słysząc to, pani Spragg jęknęła jeszcze głośniej:

– Undine, nie prosiłabym ojca o więcej ubrań zaraz po ostatnich rachunkach.

– Do tych ostatnich jeszcze nie dotarłem… jeszcze tonę w poprzednich – przerwał jej mąż, podnosząc ręce i chwytając smukłe nadgarstki córki.

– Cóż, dobrze… jeśli chcecie, bym wyglądała jak strach na wróble i by mnie już nigdy więcej nie zaproszono! Mam sukienkę, która wybornie się nada! – zagroziła Undine tonem balansującym pomiędzy żartem a złością.

Pan Spragg odsunął córkę na odległość ramion. Jego twarz rozświetlił uśmiech, który rozszedł się aż do zmarszczek przy oczach.

– Cóż, ta sukienka może się przydać na jakieś inne okazje. Leć, wybierz sobie coś nowego na tę proszoną kolację… – Nim dokończył, znów znalazł się w jej uścisku. Okrzyki i całusy zagłuszyły jego ostatnie słowa.

III

Undine za żadne skarby nie wyznałaby tego rodzicom, ale kolacja u Fairfordów ją zawiodła.

Po pierwsze: ich dom był mały i dość obskurny. Żadnych złoceń, żadnej obfitości rozproszonego światła. Salon, w którym siedzieli po kolacji, przypominał Undine starą bibliotekę w Apex, zanim wybudowano nowy, marmurowy budynek: lampy z zielonymi abażurami stojące w bladych kałużach światła, ściany od podłogi aż po sufit zapchane rzędami książek. W dodatku zamiast gazowej „belki” czy wypolerowanego paleniska z elektrycznymi żarówkami za rubinowym szkłem mieli staroświecki kominek na drewno wprost z jakichś sentymentalnych obrazków świątecznych przedstawiających wnętrze wiejskiego gospodarstwa. Kiedy wypadały z niego kawałki drewna, pani Fairford lub jej brat rzucali się, by wepchnąć je na miejsce, rozrzucając przy tym niezgrabnie dookoła popiół.

Sama kolacja też okazała się rozczarowująca. Undine była zbyt młoda, by przywiązywać wagę do kulinarnych szczegółów, ale spodziewała się oglądać towarzystwo przez misy pełne storczyków i jeść śliczne, kolorowe przystawki podawane na karbowanych papierkach. Zamiast tego pośrodku stołu stało tylko jedno niskie naczynie z paprocią, a podano zwyczajne pieczone mięsiwa, których pochodzenie bez trudu rozpoznawała. Jakby wszystkim gościom zalecono dietę na niestrawność! Przy takiej ilości porad dla gospodyń w niedzielnych gazetach pani Fairford mogła przecież nauczyć się czegoś nowocześniejszego. Przez chwilę Undine podejrzewała wręcz, że nie była to prawdziwa „proszona kolacja” i że zaproszono ją na to, co jadano tu na co dzień.

Wystarczył jednak rzut oka wokół stołu, by się przekonać, że celem pani Fairford nie było podjęcie swych gości w aż tak nieokazały sposób. Było ich tylko ośmioro, ale w tej liczbie znalazła się przecież młoda pani Van Degen, żona Petera, z tych Dagonetów. A uwaga, którą ta młoda dama, sama przecież należąca do najważniejszych bohaterek rubryk towarzyskich, poświęcała pozostałym zebranym, świadczyła, że musieli oni być ważniejsi, niż się Undine z początku wydawało. Polubiła panią Fairford: małą, pewną siebie kobietkę z wielkim nosem i co chwila odsłanianymi w uśmiechu zdrowymi zębami. Undine nie nazwałaby ją „stylową” – odziana była w niemodną czerń i staroświeckie błyskotki – ale miała swoiste poczucie humoru, które przypomniało dziewczynie jej ojca w chwilach, kiedy nie był zmęczony albo gdy nie zamartwiał się finansami. Kolejna z obecnych dam była siwa, toteż na bardzo krótko przykuła uwagę Undine. Czwarta, przedstawiona jako panna Harriet Ray, wydawała się rówieśniczką Undine. Została jednak od razu odrzucona z powodu brzydoty i tego, że miała na sobie sukienkę w zeszłorocznym fasonie.

Panowie też zrobili na niej mniejsze wrażenie, niż oczekiwała. Po panu Fairfordzie nie spodziewała się wiele dobrego – żonaci mężczyźni z natury są nieinteresujący – a jego łysina i siwe wąsy dyskwalifikowały go automatycznie. Miała jednak nadzieję na spotkanie jakichś ciekawych rówieśników, w głębi serca liczyła na obecność pana Popple’a. Ale go nie było, a z pozostałych panów jeden – Bowen – był beznadziejnie stary (Undine podejrzewała, że mógł on być małżonkiem siwej damy), a dwóm młodszym, zdaje się przyjaciołom młodego Marvella, brakowało uroku Clauda Walsinghama.

Undine siedziała pomiędzy panem Bowenem a młodym Marvellem. Stwierdziła, że jest bardzo „słodki” (tak zwykła określać sympatyczność), lecz zachowywał się nawet bardziej nieśmiało niż na przyjęciu w hotelu. Nie była do końca pewna, czy naprawdę był nieśmiały, czy też ta jego małomówność wynikała z nowego rodzaju zarozumiałości, która wyrażała się negatywnie, a nie agresywnie. Niewysoki, lecz proporcjonalnie zbudowany; miał jasną karnację. Patrzył na nią miłym, prawie że czułym wzrokiem, gładząc swój mały blond wąsik, lecz zadanie wyróżnienia jej i wciągnięcia do rozmowy pozostawił siostrze i reszcie obecnych.

Pani Fairford mówiła z taką swadą, że dziewczyna dziwiła się, czemu pani Heeny odmawiała gospodyni daru konwersacji. Lecz choć Undine uważała małomówne osoby za niezręczne, niełatwo też było zrobić na niej wrażenie łatwością wypowiadania się. Pani Fairford była mniej wygadana i używała mniej wyszukanego słownictwa niż którakolwiek z pań z Apex; różnica polegała na tym, że w jej przypadku rozmowa przypominała koncert, a nie występ solowy. Wciąż wciągała do rozmowy innych, każdemu dając szansę, nadawała rytm swym uśmiechem, potrafiła harmonijnie zgrać i połączyć wszystkie wypowiedzi. Starała się dopilnować, by Undine też miała okazję popisać się podczas tego koncertu. Jednak ekspansywne impulsy dziewczyny zwykle równoważyła jej instynktowna nieufność. Tej nocy przeważyło to ostatnie. Miała zamiar obserwować, słuchać i nie dać się ponieść, siedziała więc wyprostowana i zaróżowiona, udzielając odpowiedzi szybkich, lecz zwięzłych, a wszystkie wypowiedzi podkreślając nerwowym śmiechem. Gdy gospodarz częstował ją winogronami, odpowiedziała: „Dziękuję, nie mam nic przeciwko”, a gdy uważała, że ktoś chce ją zaszokować, mówiła: „Nie zdziwiłoby mnie to”.

Dzięki tej przytomności umysłu mogła uważnie słuchać wszystkiego, o czym mówiono. Rozmowa toczyła się bardziej na temat kwestii ogólnych niż konkretnych osób, a właśnie do tego drugiego była dotąd przyzwyczajona. Odwołania do obrazów i książek puszczała mimo uszu, łapała jednak i chowała na przyszłość wszelkie aluzje osobiste. Gdy przypadkowo padło nazwisko Popple, róż jej policzków pogłębił się.

– Tak, tak, maluje mnie – mówiła pani Peterowa Van Degen, swoim zwyczajem lekko cedząc słowa. – Wiecie, w tym roku on maluje wszystkich…

Undine usłyszała, jak pani Fairford szepnęła „Ładny mi powód!” do pana Bowena, który odpowiedział, też szeptem: „Iście vandegenowski, prawda?”. Gospodyni przytaknęła, wzruszając ramionami.

– Ten rozkoszny Popple… on maluje dokładnie tak, jak rozmawia! – stwierdziła siwa dama. – Wszystkie jego obrazy zdają się ogłaszać wszem wobec, jaki z niego dżentelmen, jaki wzbudza zachwyt wśród kobiet! To nie są portrety tej czy innej pani czy panny, ale po prostu obrazy wrażenia, jakie Popple sobie wyobraża, że na nich wywarł.

Pani Fairford uśmiechnęła się.

– Czasem tak sobie myślę – dodała – że pan Popple to chyba jedyny dżentelmen, jakiego znam. A przynajmniej jest jedynym mężczyzną, który kiedykolwiek powiedziałby, że jest dżentelmenem… Bo pan Popple nigdy nie omieszka o tym wspomnieć…

Undine była zbyt wprawna w wychwytywaniu właściwej jej rodakom ironii, by nie zauważyć, że jej towarzysze żartują sobie z malarza. Wzdrygnęła się, słysząc ich docinki, zupełnie jakby kierowane były pod jej adresem. Równocześnie dało jej to odurzające poczucie znajdowania się w samym centrum stylowego świata. Jej uwagę odwrócił zasłyszany komentarz wyszeptany przez panią Van Degen do młodego Marvella pod osłoną ogólnego śmiechu:

– Myślałam, że podobają ci się jego obrazy. Inaczej nie wzięłabym go, żeby mnie malował.

W jej tonie było coś, co wzbudziło czujność Undine, nadstawiła więc ucha, by usłyszeć odpowiedź.

– Sądzę, że namaluje cię wyśmienicie. Musisz niedługo pozwolić mi przyjść i zobaczyć. – Ton Marvella był zawsze tak lekki, tak neutralny, że Undine nie była pewna, czy rzeczywiście miało to brzmieć tak obojętnie, jak się wydawało. Spuściła wzrok na owoce na swym talerzu i ukradkiem, przez rzęsy, taksowała spojrzeniem panią Van Degen.

Nie była ona ani piękną, ani rzucającą się w oczy, a jedynie dziewczęcą, ciemną istotą o łzawych oczach, która uśmiechała się często i niespokojnie. Miała jednak znacznie wymyślniejszy strój i biżuterię niż inne obecne damy, a jej elegancja i ruchliwość sprawiły, że wydała się Undine mniej od nich obca. Rozmawiając z Marvellem, rzucała mu spojrzenia równocześnie błagalne i zaborcze. Jej obserwatorka nie potrafiła określić, czy to wyraz jedynie rodzinnej zażyłości (dziewczyna zauważyła, że wszyscy byli tu w mniejszym czy większym stopniu spokrewnieni), czy jednak czegoś bardziej intymnego. Podobnie odpowiedź młodego Marvella mogła być albo jawnym wyznaniem koleżeństwa, albo skrywać zupełnie inne uczucie. W tym świecie półświateł, półtonów, eliminacji i abrewiacji dziewczynie wszystko wydawało się rozmyte i niejasne. Poczuła gwałtowne pragnienie przyćmienia wszystkich tych starych związków i zapewnienia sobie czołowego miejsca w towarzystwie.

Jednak gdy później siedziała z paniami w salonie, gdzie przysiadła się do niej pani Fairford, znów poczuła nieufność. Chciała być zauważona, jednak lękała się, że zostanie potraktowana z góry. Znów nie była pewna, jak rozumieć zmiany tonu gospodyni. Nie robiła ona żadnych nietaktownych aluzji do jej krótkiego stażu jako nowojorczanki – dla Undine nie mogło być nic gorszego – ale jej pytania o widziane obrazy czy o najnowsze książki były prawie tak samo podejrzane, zwłaszcza że za każdym razem musiała odpowiadać przecząco. Undine nawet nie zdawała sobie sprawy, że można było oglądać jakieś obrazy, a tym bardziej, że „chodziło się” je oglądać. Nie czytała też żadnej nowej książki poza „Już całusów ustał czas”, o której z kolei pani Fairford nie słyszała. Tak samo odmienne były ich gusta teatralne; choć Undine widziała „Oolaloo” czternaście razy i „szalała” za Nedem Norrisem w „Przy saturatorze”, nie słyszała o sławnej berlińskiej trupie grającej Szekspira w Teatrze Niemieckim, i tylko ze słyszenia kojarzyła nazwisko zdolnej amerykańskiej aktorki, która próbowała wystawiać „repertuarowe” sztuki z dobrym zespołem teatralnym. Rozmowa ożywiła się, gdy dziewczyna przypomniała sobie, że widziała Sarę Bernhard na scenie w sztuce, którą nazwała „Legnął” i w innej, której tytuł wymawiała „Febra”. Daleko jednak nie zaszły, gdyż Undine zapomniała, o czym były te przedstawienia – pamiętała tylko własne rozczarowanie, gdy okazało się, że aktorka była znacznie starsza, niż dziewczyna się spodziewała.

Sytuacja nie poprawiła się również po powrocie panów z palarni. Henley Fairford zajął przy Undine miejsce żony. Skoro w Apex nie słyszało się, by żonaty mężczyzna narzucał swoje towarzystwo młodej panience, dziewczyna wywnioskowała, że inni nie mieli ochoty z nią rozmawiać, a gospodarze sprzymierzyli się, by uwolnić od niej swoich gości. Dlatego też zadarła bardzo wysoko swój śliczny nosek. Na wszystkie próby podtrzymania rozmowy przez pana Fairforda odpowiadała: „Nie mogę powiedzieć” albo „Doprawdy?”, a że jego próby nawiązania konwersacji nie były ani częste, ani ciekawe, oboje odczuli wielką ulgę, gdy siwa staruszka dała znak do wyjścia.

Młody Marvell znalazł się przed nią w przedpokoju. Undine zobaczyła, że pani Van Degen zakłada pelerynę. Gdy się nią porządnie nakryła, dotknęła ramienia kuzyna.

– Ralphuś, złotko, prawda, że pójdziesz ze mną w piątek do opery? Najpierw coś zjemy… Peter je kolację w klubie. – Wymienili się czymś w rodzaju porozumiewawczego uśmiechu, po czym Undine usłyszała, że młody człowiek przyjmuje zaproszenie. Następnie pani Van Degen zwróciła się do niej:

– Do widzenia, panno Spragg, mam nadzieję, że pani…

„…też przyjdzie do mnie na kolację?” Na pewno to miała na myśli! Serce Undine zabiło mocniej.

– …wpadnie do mnie kiedyś po południu – dokończyła pani Van Degen, schodząc już po schodkach do automobilu, przed którym czekał odziany w futro lokaj z jeszcze większą stertą futer w ramionach.

Twarz Undine oblała się rumieńcem, gdy dziewczyna odwróciła się, by przyjąć swój płaszcz. Założyła go ze wzniosłą powolnością, po czym zauważyła, że koło niej stoi Marvell w kapeluszu i płaszczu. Serce zabiło jej jeszcze mocniej. Ależ to oczywiste, że „odeskortuje” ją do domu! Ten wspaniały młodzian (teraz uważała go za wielce wspaniałego), który jadał kolację sam na sam z mężatkami, którego „Van Degenowie” nazywali „Ralphusiem złotkiem”, tak naprawdę nie zwracał uwagi na nikogo prócz jej! Na samą myśl utracone, gorące samozadowolenie ponownie zaczęło płynąć w żyłach dziewczyny.

Cała ulica pokryta była lodem. Przez jedną cudowną chwilę Undine schodziła pod rękę z Marvellem. Trzymała go mocno za ramię, gdy jeszcze czekali, aż nadjedzie powóz. Jednak gdy tylko pomógł jej wsiąść, zamknął drzwi i podał rękę przez otwarte okno.

– Do widzenia – powiedział z uśmiechem.

Undine nie potrafiła ukryć złamanej dumy, wybąkując głupio z otchłani rozczarowania:

– Och… Do widzenia.

IV

– Tato, na następny piątek musisz wziąć dla mnie lożę w operze!

Rodzice Undine po jej tonie poznali natychmiast, że córka jest „podenerwowana”.

Żywili wielkie nadzieje, że kolacja u Fairfordów podziała na nią kojąco. Gdy późnym rankiem córka zeszła, ociągając się, w zawilgły splendor stentoriańskiej sali śniadaniowej, było oczywiste, że stało się coś wręcz przeciwnego. To był dla nich cios.

Państwo Spraggowie od razu zauważyli podenerwowanie Undine. Jej oczy z przejrzyście szarych pociemniały do koloru szkolnej tablicy. Ponad nimi proste czarne brwi złowieszczo łączyły się w jedną linię, a pełne czerwone wargi skurczyły się w prostą kreskę. Rodzice bezbłędnie rozpoznali oznaki nadchodzącej burzy.

Gdy Undine szła ku nim przez wystawną, duszną salę, w której pod zdobionym sufitem bezustannie unosiły się opary kawy, a niezamiatany gąbczasty dywan mógł pochłonąć roczną dawkę okruszków, pan Spragg – dokończywszy ostatnie danie obfitego śniadania – właśnie poprawiał swoje małe złote binokle, by rzucić okiem na gazetę.

Dookoła siedziały inne bogato odziane, bezbarwne rodziny, które w milczeniu przedzierały się przez jadłospis, jakby celowo złożony z najmniej pasujących do siebie potraw świata. Pośrodku pomieszczenia stała grupka równie bezbarwnych kelnerów. Odwróceni plecami do gości, którym mieli usługiwać, pogrążeni byli w leniwej rozmowie.

Undine, która wstawała zbyt późno, by móc zjeść śniadanie z rodziną, zazwyczaj za radą artykułów z „Wieści z buduaru” na temat „przebiegu dnia damy z towarzystwa” raczyła się w łóżku czekoladą przyniesioną przez Celeste i dlatego już samo pojawienie się jej w hotelowej restauracji przygotowało rodziców na najgorsze. Bliższa inspekcja tylko potwierdziła ich obawy. Pan Spragg złożył gazetę i przypiął binokle do kamizelki z miną człowieka, który woli od razu poznać najstraszniejszą prawdę i mieć to z głowy.

– Lożę w operze? – wykrztusiła pani Spragg. Odsunęła na bok banany ze śmietanką, które próbowała jeść, będąc zbyt zaspaną, aby posilić się smażoną wątróbką lub krabami z majonezem.

– Parterową – uściśliła córka, wciąż zwracając się do ojca i ignorując okrzyki matki. Zniżyła się nawet do wyjaśnienia: – Piątek to najmodniejsza noc, a ten nowy tenor będzie znów śpiewał w „Kawalerii”.

– Czyżby? – Pan Spragg wsadził ręce do kieszeni kamizelki i zaczął bujać się na krześle. Wnet przypomniał sobie, że nie ma za sobą ściany. Gdy odzyskał równowagę, rzekł: – A nie starczyłoby ci kilka dobrych miejsc w pierwszych rzędach?

– Nie, nie starczyłoby – odpowiedziała, a jej oblicze pociemniało jeszcze bardziej.

Ojciec spojrzał na nią z rozbawieniem.

– Zaprosiłaś wszystkich wczorajszych biesiadników, hę?

– Nie, nikogo.

– Sama chcesz zająć całą lożę?

Undine pogardliwie milczała.

– Chyba nie zamierzasz zabrać tam matki i mnie?

Było to tak niezaprzeczalnie komiczne, że zaśmiali się wszyscy, nawet pani Spragg. Undine kontynuowała już łagodniej:

– Chcę zrobić coś miłego dla Mabel Lipscomb, czymś się jej odwdzięczyć. Ona wszędzie mnie zabiera, a ja dla niej jeszcze nic nie zrobiłam, nic a nic.

To odwołanie się do narodowej wiary w obowiązek wzajemności nie zawiodło. Pani Spragg szepnęła:

– Prawda, Abnerze! Nic a nic!

Pan Spragg nie ugiął się jednak tak łatwo.

– A wiesz, ile taka loża kosztuje?

– Nie, ale myślę, że ty wiesz – odparła Undine z nieuświadomioną nonszalancją.

– Owszem, wiem. I w tym problem. Dlaczego nie wystarczą ci zwykłe miejsca?

– Mabel sama może sobie na nie kupić bilety.

– Prawda – dorzuciła pani Spragg, która zawsze jako pierwsza ulegała argumentom córki.

– Cóż, ja nie mogę wynająć jej loży.

Twarz Undine spochmurniała jeszcze bardziej. Milczała, a czekolada gęstniała w filiżance. Jedną ręką, prawie tak obficie przystrojoną pierścionkami jak dłoń jej matki, bębniła po pomiętym obrusie.

Wreszcie wycedziła przez zęby:

– Równie dobrze możemy od razu wrócić do Apex!

Pani Spragg rzuciła mężowi przerażone spojrzenie. Taka próba sił między dwoma nieugiętymi osobami zawsze przyprawiała ją o palpitacje. Żałowała, że nie ma przy sobie fiolki z naparstnicą.

– Loża na parterze kosztuje sto dwadzieścia pięć dolarów na wieczór – powiedział pan Spragg, wkładając wykałaczkę do kieszeni kamizelki.

– Jeden wieczór wystarczy.

Popatrzył na nią z pytającym spojrzeniem, uwidaczniającym zmarszczki wokół oczu.

– Undine, tobie zwykle wystarcza jeden raz.

Zauważyli to jeszcze za czasów jej wczesnego dzieciństwa: Undine nigdy niczego nie pragnęła długo, ale zawsze chciała to mieć „natychmiast”. A dopóki nie postawiła na swoim, bywała nie do zniesienia.

– Choć bardziej opłacałoby się wynająć ją na cały sezon – stwierdziła. Ojciec spostrzegł, jak strasznie się wystawił. Miała dwa sposoby na wyciąganie od niego czegoś wbrew jego woli i przekonaniom: czułością i pochlebstwem albo nieuprzejmością i chłodem. Sam nie wiedział, czego obawiał się bardziej. Gdy była dzieckiem, podziwiali jej asertywność, ba! chwalili się nią w całym Apex. Jednak ta „asertywność” dawno już spowodowała całkowite zastraszenie pani Spragg, a teraz zaczęła przerażać również jej męża.

– Prawda jest taka, córeczko – zaczął niepewnie – że na ten miesiąc jestem ździebko spłukany.

Jak zawsze, gdy wspominał o interesach, jej oczy przybrały nieobecny wyraz. To była domena mężczyzn. Po co w ogóle zajmowali się „interesami”, po co chodzili „do pracy”, jeśli nie po to, by oddawać jej owoce swym kobietom? Wstała gwałtownie, stanęła nad rodzicami i rzekła, bardziej do siebie niż do nich:

– Chyba wybiorę się na przejażdżkę.

– Ależ Undine! – Pani Spragg zadrżała. Zawsze dostawała palpitacji, gdy córka jeździła konno, a od przygody z Aaronsonem jej obawy nie ograniczały się do tego, co mógłby zrobić koń.

– A może weźmiesz mamusię na malutkie zakupki? – zaproponował pan Spragg, niewątpliwie mając na uwadze swoje ograniczone zasoby.

Undine nic nie odpowiedziała. Zamiast tego zamaszyście ruszyła ku wyjściu, nie czekając, aby przepuścić matkę w drzwiach. Z każdego rysu jej młodych, aroganckich pleców biło lekceważenie i złość. Potulna pani Spragg ruszyła za nią chwiejnie. Pan Spragg leniwie skierował się do marmurowego hallu, by kupić cygaro, po czym pojechał do pracy metrem.

Undine nie wybrała się na przejażdżkę kierowana jakąś wielką miłością do konnej jazdy, ale dlatego, że chciała „pokazać” mamie. Była prawie pewna, że w końcu dostanie swoją lożę, ale nie widziała sensu walczyć o swoje prawa. Przede wszystkim była zła na matkę, że tak słabo ją poparła. Gdyby w takich sytuacjach nie trzymały się razem, zawsze miałaby dwa razy więcej roboty.

Undine nienawidziła „scen”. W gruncie rzeczy kochała spokój i chciałaby żyć w całkowitej harmonii z rodzicami. Nic jednak nie mogła poradzić na to, że zachowywali się nierozsądnie. Odkąd pamiętała, w sprawie pieniędzy zawsze były jakieś „ceregiele”, jednak i ona, i matka w końcu dostawały to, na co miały ochotę, bez widocznych ubytków w rodzinnym majątku. Z tego naturalnie wynikało, że mogły swobodnie czerpać z obfitych funduszy, a chwilowe opory pana Spragga wynikały wyłącznie z jego niedoskonałego pojęcia na temat tego, co jest w życiu niezbędne.

Po powrocie z przejażdżki dziewczyna została przyjęta przez matkę, jakby właśnie wróciła z zaświatów. Było to, rzecz jasna, absurdalne, Undine jednak uodporniła się na niedorzeczne zachowania swoich rodziców.

– Czy tato dzwonił? – spytała krótko.

– Jeszcze nie.

Undine zacisnęła usta, ale dalej w milczeniu uważnie zdejmowała myśliczek2.

– Myślałby kto, że proszę go o cały gmach opery, a on tak się cacka z jedną głupią lożą – mruknęła, odrzucając na bok swój elegancko skrojony rajtrok. Pani Spragg złapała lecący żakiet i położywszy na łóżku, wygładziła go. Ani jedna, ani druga nie mogła „znieść” towarzystwa pokojówki przy toalecie, więc pani Spragg zawsze w takich przypadkach przyjmowała rolę służącej Undine.

– Wiesz, córciu, tatuś nie zawsze ma pod ręką pieniądze, a ostatnio rachunki były wysokie. W Apex był bogaczem, ale Nowy Jork to zupełnie co innego.

Stała przed córką, spoglądając na nią błagalnie.

Undine usiadła, aby odpiąć toczek i rozpiąć kamizelkę. Na słowa matki niecierpliwym ruchem podniosła głowę.

– W takim razie czemuśmy w ogóle wyjechali z Apex? – wykrzyknęła.

Pani Spragg zwykle kapitulowała pod srogim spojrzeniem córki, jednak tym razem jej wzrok dzielnie wytrzymał atak, aż powieki Undine opadły, ocieniając rzęsami zarumienione policzki.

Zerwała się z miejsca, szamocąc się z zapięciem przy pasku spódnicy. Na ten widok pani Spragg, zmieniając się znów ze śmiałej w potulną, zaczęła gorliwie kręcić się wokół córki, jeszcze bardziej krępując jej ruchy.

– Mamo, jakbyś tylko puściła moją spódnicę… Dwa razy szybciej by mi szło odpinać ją samej.

Do pani Spragg dotarło, że jej obecność jest już niepożądana. Zaczęła się wycofywać, ale – jakby zatrzymała ją jakaś wyższa siła – stanęła i rzucając córce ostatnie spojrzenie, zapytała:

– A czy przypadkiem nie spotkałaś dzisiaj kogoś, córeczko?

Undine zmarszczyła brwi: biedziła się teraz z długim skórzanym trzewikiem.

– Czy kogoś spotkałam? Masz na myśli kogoś znajomego? Przecież ja tu nie znam nikogo… I nigdy nie poznam, skoro taty nie stać, bym mogła wychodzić do ludzi!

Jedno mocne pociągnięcie i bucik wreszcie zszedł z nogi. Undine rzuciła go wściekle na dywan koloru starego różu, a pani Spragg odwróciła się, by ukryć wyraz niewypowiedzianej ulgi, i dyskretnie wymknęła się z pomieszczenia.

Mijał dzień. Undine miała zamiar zejść do Mabel Lipscomb i poopowiadać jej o kolacji u Fairfordów, lecz wciąż czuła gorzki posmak porażki poprzedniego wieczoru. Co z tego będzie? Wiedziała, że raczej nic. Ralph Marvell nie zapytał, kiedy może ją odwiedzić, a wstydziła się przyznać przyjaciółce, że nawet jej nie odwiózł.

Nagle postanowiła wyjść i zobaczyć te obrazy, o których tyle nasłuchała się u pani Fairford. A nuż natknie się na kogoś, z kim jadła wczoraj kolację? Z ich rozmów można by wywnioskować, że całe życie spędzali w galeriach sztuki.

Ta myśl ją ożywiła. Nałożyła jedno ze swych najpiękniejszych futer i kapelusz, za który nie ośmieliła się jeszcze przedłożyć rachunku tacie. Wybijała właśnie najmodniejsza godzina na Piątej Alei, ale Undine nie znała żadnej z pań, które kłaniały się sobie w dążących w różne strony automobilach. Musiała zadowolić się pełnymi podziwu spojrzeniami, które wzbudzała, idąc chodnikiem. Do hołdów ulicy była jednak przyzwyczajona, jej próżność potrzebowała czegoś bardziej wyszukanego.

Dotarła do galerii, którą wymieniła pani Fairford. Były tam tłumy jeszcze większe niż na Piątej Alei, a część osób tkwiących przed obrazami miała „wygląd” świadczący o towarzyskim wyświęceniu. Spacerując między tymi ludźmi, Undine zdawała sobie sprawę, że zwraca na siebie prawie tyle samo uwagi co na ulicy. Narzuciła więc sobie pozę uwagi i zachwytu przed płótnami. Naśladując pewną wysoką dziewczynę w sobolach, skrobała notatki w katalogu wystawy, a po jej pochylonych w skupieniu plecach rozchodziły się fale skrępowania.

W pewnej chwili jej uwagę zwróciła kobieta w czerni, która przyglądała się uważnie obrazom przez szkła w szylkretowych oprawkach, przystrojonych diamentami i zawieszonych na długim perłowym łańcuszku. Undine od razu pomyślała o możliwościach, jakie zabawka taka daje przy prezentowaniu zgrabnych ruchów nadgarstka w połączeniu z wyniosłymi ruchami głowy. Nagle patrzenie na świat gołym okiem wydało jej się strasznie plebejskie i nieprzyzwoite, a wszystkie ulotne marzenia skumulowały się w pożądaniu wykładanych klejnotami okularów na łańcuszku. To pragnienie było tak gwałtowne, że skupiona na podążaniu za właścicielką takiego cuda, nieumyślnie wpadła na korpulentnego młodego człowieka w obcisłym płaszczu. Zderzenie wytrąciło jej z ręki katalog.

Mężczyzna schylił się, podniósł katalog i podał go Undine. Dziewczyna dostrzegła, że jego oczy i dziwaczna twarz promienieją blaskiem podziwu. Był tak brzydki, że zwykle pogardziłaby podobnym hołdem, ale jego osobliwa fizjognomia przywoływała jakieś niejasne, choć przyjemne skojarzenia. Gdzie też ona wcześniej widziała tę groteskową, jaszczurzą głowę, z powiekami grubymi niczym wargi, a wargami grubymi jak małżowina uszna? Przed oczyma przemknęły jej niezliczone widziane w gazetach portrety; na wszystkich, jak i na oryginale dziś, postać miała na sobie obcisły płaszcz i wielką perłę tkwiącą w jedwabnym krawacie…

– Och, dziękuję – wymamrotała, promieniejąca i urocza, a on, z kapeluszem w ręku, odezwał się przyjaźnie:

– Ten tłum jest po prostu nieznośny, nieprawdaż?

W tym samym momencie zbliżyła się właścicielka okularów i jednym machnięciem różdżki, z jednym rzuconym od niechcenia: „Popatrz na to, Peter” przeniosła się na drugi koniec galerii.

Podekscytowane serce Undine zabiło mocniej: poznała go, jak tylko się obrócił. Peter Van Degen! Któż by inny! Peter Van Degen, syn znanego bankiera, Thurbera Van Degena, mąż kuzynki Ralpha Marvella, bohater „Dodatków niedzielnych”, zdobywca niebieskich wstęg na zawodach jeździeckich i złotych pucharów na wyścigach automobilowych, właściciel zwycięskich koni wyścigowych i sportowych jachtów, we własnej osobie! Krótko mówiąc: najlepszy przykład tego wszystkiego, co sprawiało, że życie poza magicznym kręgiem rubryk towarzyskich wydawało się niezwykle nudne i pozbawione sensu. Na wspomnienie spojrzenia, które rzucił jej swymi bladymi, wyłupiastymi oczyma, uśmiechnęła się. Spotkanie to prawie ją pocieszyło po wczorajszej obojętności jego małżonki!

Po powrocie do domu nie mogła sobie przypomnieć żadnych szczegółów obrazów, które oglądała tego dnia …

Od ojca wciąż nie było żadnej wiadomości. Poczuła obrzydzenie. Na co miały się zdać takie spotkania, jeżeli nie mogły po nich nastąpić kolejne? Już nigdy nie spotka Petera Van Degena. A nawet jeśli kiedyś znowu wpadnie na niego przypadkiem, to i tak nie może kontynuować rozmowy bez oficjalnej „prezentacji”. Jakiż był pożytek z przyciągającej uwagę urody, jeśli było się skazaną na powrót do ciemnej masy Niezapraszanych?

Chmurnego nastroju nie rozjaśniło znalezienie wizytówki Ralpha Marvella na stoliku w salonie. Stwierdziła, że zachował się nieładnie, wręcz niegrzecznie, przychodząc bez uprzedniego zapowiedzenia. Zupełnie, jakby chciał pokazać, że nie zależy mu na kontynuowaniu znajomości! Lecz gdy odrzuciła jego wizytówkę, matka powiedziała:

– Strasznie żałował, że cię nie zastał. Undine… on tu czekał prawie godzinę!

To ją zaintrygowało.

– Siedział tu? Całkiem sam? Nie powiedziałaś mu, że mnie nie ma?

– Powiedziałam, ale i tak wszedł na górę. Chciał widzieć się ze mną.

– Z tobą?

Porządek społeczny zdawał się kruszyć Undine pod stopami. Gość, który miał ochotę spotkać się z matką dziewczyny? Gapiła się na panią Spragg z lodowatym niedowierzaniem.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Sam mi powiedział. Zadzwoniłam na dół powiedzieć, że cię nie ma, a oni mi odpowiedzieli, że gość chce się widzieć ze mną. – Pani Spragg nie starała się nawet tego tłumaczyć. To wszystko do tego stopnia przekraczało wszelkie jej dotychczasowe doświadczenie, że nie była w stanie zaproponować nawet hipotetycznego wyjaśnienia tej niebywałej sytuacji.

Undine wzruszyła ramionami.

– Musiała zajść pomyłka. Czemu, na Boga, pozwoliłaś mu tu przyjść?

– Myślałam, córciu, że będzie miał dla ciebie jakąś wiadomość.

Jej córka nie mogła zaprzeczyć logice tego tłumaczenia.

– I co, miał? – spytała, odpinając szpilki z kapelusza i rzucając nakrycie głowy na onyksowy stolik.

– Oj, nie. Tylko konwersował. Był dla mnie bardzo miły, ale zupełnie nie potrafiłam się zorientować, o co mu chodzi – przyznała pani Spragg.

Córka spojrzała na nią z pewnego rodzaju chłodnym współczuciem. Odwracając się, mruknęła:

– Jak zwykle zresztą.

Z niezadowoloną miną położyła się na jednej z różowo-złotych sof. Spoczywała na niej ponuro z nieprzeczytaną powieścią na kolanach. Pani Spragg nieśmiało wsunęła córce poduszkę pod głowę, po czym ukryła się za koronkową firanką. Siedziała tam i patrzyła, jak wzdłuż długiej ulicy zapalają się światła, rzucając mrugającą sieć na Central Park. Oglądanie wieczornego zapalania świateł było jednym z jej głównych zajęć w Nowym Jorku.

Undine milczała, leżąc z dłońmi splecionymi za głową. Pogrążona była w jednym ze swoich gorzkich, retrospektywnych nastrojów, w których cała jej przeszłość wydawała się długą walką o coś, czego nigdy nie będzie w stanie osiągnąć, od podróży do Europy po lożę w operze. W takich chwilach przytłaczała ją świadomość, że cała jej przyszłość będzie wyglądać tak samo jak dotychczasowe życie. A przecież, często powtarzała rodzicom, chciała jedynie poprawy warunków życia; z całego serca pragnęła tego, co najlepsze.