Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Julia

Julia

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-611-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Julia

Młoda Amerykanka odkrywa, że losy jej rodziny związane są z najtragiczniejszą historią miłosną w dziejach literatury. Julie Jacobs otrzymuje w spadku klucz do skrytki znajdującego się we Sienie banku. Wkrótce dziewczyna udaje się w niebezpieczną podróż, aby odnaleźć stary rodzinny skarb. Gdy dociera do toskańskiego miasta, dowiaduje się, że jest potomkinią Giuletty, której legendarna miłość do mężczyzny zwanego Romeo stanowi nierozerwalną część historii średniowiecznej Sieny. Poznając włoskich krewnych toczących krwawy spór z wrogą sobie rodziną, zaczyna zdawać sobie sprawę, że klątwa „Zaraza na wasze oba domy!” jest nadal żywa. Wydaje się, że jedynym, kto może uratować Julię, jest Romeo. Ale czy istnieje? „Kod Leonarda Da Vinci dla bystrych, nowoczesnych kobiet”. Publishers Weekly „Julia to opowieść o poszukiwaniu skarbu rodzinnego w scenerii współczesnych Włoch i klasyczną tragedia w tle”. Elle „Wiedza autorki o Szekspirze jest imponująca”. The Washington Post

Polecane książki

Fascynujący portret silnej władczyni i pierwszej feministki starożytności. Napisana z niespotykaną erudycją opowieść o wielkim Egipcie czasów XVIII dynastii i na półmitycznej egipskiej królowej, która w sprytny sposób doszła do władzy. Hatszepsut, córka uzurpującego sobie prawo do tronu generała, m...
Książka opowiada o życiu i zdolnościach podnaturalnych ludzi, którzy zapisali się w dziejach jako magowie i wielcy awanturnicy, którzy niegdyś zadziwiali świat swoimi dokonaniami i o których się pamięta do dziś. Jest tu więc o cudach szamanów, Szymona Czarnoksiężnika, Apolloniusza z Tyany, Nostrada...
Dwa miesiące samotnej wyprawy przez Amazonię w Ameryce Południowej. Mój plan był prosty: przedostać się po rzekach od Orinoko w Wenezueli przez Rio Negro aż do Amazonki w Brazylii. Półtora tysiąca kilometrów przez dżunglę. Czółnem, statkiem, motorówką wojskową z małpą na pokładzie i innymi przypadko...
„Zostać bohaterem powieści kryminalnej? Zaskakujące i ekscytujące! Tak jak i książka!", Rafał Maślak, Mister Polski „Książki Alka zawsze poprawiają mi humor. Książę Komedii Kryminalnej w szczytowej formie!” Magdalena Witkiewicz, bestsellerowa pisarka, autorka m.in. Ósmego cudu świata i Pracowni dobr...
„Sektor 24. Bunt przeciw Ziemi” Stanisława Szwasta to wojenna powieść umiejscowiona w realiach lat 3791-3794. Międzyplanetarna wojna pomiędzy imperiami Starej Ziemi, których korzenie sięgają czasów dzisiejszych, a ich zbuntowanymi koloniami rozsianymi po wszechświecie za...
Trzy głosy, trzy osoby poszukujące miłości i manuskrypt, który łączy bohaterów… Max Lamas marzy o kochance, która będzie mówić we wszystkich znanych mu językach. Poszukiwania prowadzą go ze Sztokholmu do Włoch, gdzie poznaje markizę stojącą na krawędzi bankructwa. Ellinor pochodzi ze wsi w Skanii. P...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Anne Fortier

Tytuł oryginału:

JULIET

Copyright © 2010 by Anne Fortier

Reading group guide copyright © 2011 by Random House, Inc.

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Maciejka Mazan

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Hanna Smolińska

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Wirginia Mrozińska

ISBN: 978-83-7999-611-7

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla mojej ukochanej mamy, Birgit Malling Eriksen, której wspaniałomyślność i nadludzki wysiłek przy zbieraniu materiałów sprawiły, że ta książka mogła zaistnieć.

EPIGRAF

Ponurą zgodę ranek ten skojarzył;

Słońce się z żalu w chmur zasłonę tuli;

Smutniejszej bowiem los jeszcze nie zdarzył

Jak ta historia Romea i Julii*.

SZEKSPIR

* William Szekspir, Romeo i Julia (przypisy tłumaczki).Przekłady Stanisława Barańczaka:Rozdziały: I.III; II.I; II.II; II.III; III.I; III.III; III.IV; IV.I; IV.III; IV.IV; IV.V; V.I; V.IV; VII.I; VII.II; VIII.I; IX.I; X. Przekłady Józefa Paszkowskiego:Rozdziały: I.I; I.II; III.II; IV.II; V.II; V.III; V.V; VI.I; VI.II; VIII.II; VIII.III; IX.II; IX.III.

PROLOG

Powiedzieli, że umarłam.

Me serce stanęło i przestałam oddychać – w oczach świata byłam prawdziwie martwa. Niektórzy twierdzą, że odeszłam na trzy minuty, inni – że na cztery. Osobiście zaczynam podejrzewać, że śmierć to w dużej mierze kwestia umowna.

Będąc Julią, zapewne powinnam nie mieć złudzeń, ale tak bardzo chciałam uwierzyć, że tym razem nie powtórzy się znowu ta sama żałosna tragedia… Wreszcie połączymy się na zawsze, Romeo i ja, a nasza miłość nigdy więcej nie znajdzie się w zawieszeniu na całe mroczne stulecia wygnania i śmierci.

Ale nie oszukasz Barda. Zatem zmarłam, jak było mi przeznaczone, gdy skończyły się moje kwestie. Znowu wpadłam w otchłań stworzenia.

O, szczęsne pióro. Oto jest kartka.

Oto zaś atrament, a zatem zacznijmy.

I.I

Na miłość boską, czyjaż to krew broczy

Kamienne wnijście do tego grobowca?

Nie od razu zdecydowałam, od czego zacząć. Można by zauważyć, że moja historia zaczęła się ponad sześćset lat temu od rabunku na gościńcu w średniowiecznej Toskanii. Albo nieco później, od tańca i pocałunku w Castello Salimbeni, gdzie moi rodzice spotkali się po raz pierwszy. Ale nigdy bym się o tym nie dowiedziała, gdyby pewne wydarzenie nie zmieniło gwałtownie mego życia i nie zmusiło mnie do podróży do Włoch w poszukiwaniu przeszłości. Tym wydarzeniem była śmierć mojej ciotecznej babci Rose.

Umberto szukał mnie trzy dni, by mi przekazać tę smutną wiadomość. Biorąc pod uwagę moją wirtuozerię w sztuce znikania, zadziwia mnie, że w ogóle mu się udało. Ale Umberto zawsze miał nadprzyrodzoną umiejętność czytania mi w myślach i uprzedzania moich ruchów, poza tym w Wirginii nie ma aż tyle szekspirowskich letnich obozów.

Nie wiem, jak długo stał, przyglądając się przedstawieniu. Ja byłam jak zawsze za kulisami, zbyt zajęta dziećmi, ich kwestiami i rekwizytami, by dostrzegać cokolwiek, dopóki nie opadła kurtyna. Po kostiumowej próbie popołudniowej ktoś zgubił fiolkę z trucizną, w związku z czym Romeo był zmuszony do popełnienia samobójstwa za pomocą tic taców.

– Ale ja mam od nich zgagę! – zaprotestował z całą urażoną dumą czternastolatka.

– I bardzo dobrze! – rzuciłam, powstrzymując matczyny odruch nakazujący poprawić mu aksamitny kapelusz. – To pomoże ci się utrzymać w roli.

Dopiero gdy światła się zapaliły, a dzieci wyciągnęły mnie na scenę, żeby obsypać wyrazami wdzięczności, dostrzegłam koło drzwi znajomą sylwetkę. Umberto, surowy i posągowy, w ciemnym garniturze i krawacie, wyróżniał się niczym samotny przyczółek cywilizacji w prehistorycznym bagnie. Jak zawsze. Odkąd pamiętam, nigdy nie włożył nic, co by można nazwać strojem nieformalnym. Szorty khaki i koszulki polo uważał za odzież tych, którzy nie mogą się pochwalić żadną cnotą, nawet poczuciem wstydu.

Później, gdy fala wdzięcznych rodziców cofnęła się i wreszcie mogłam zejść ze sceny, zatrzymał mnie na chwilę dyrektor, który potrząsnął mną serdecznie – znał mnie zbyt długo, żeby pozwalać sobie na uściski.

– Dobra robota, Julie! – zawołał wylewnie. – Mogę na ciebie liczyć w przyszłe wakacje?

– Oczywiście – skłamałam, ruszając przed siebie. – Będę w okolicy.

W końcu podeszłam do Umberta, na próżno szukając iskierek, jakie pojawiały się w jego oczach na mój widok po dłuższej rozłące. Ale nie było w nich uśmiechu, nawet śladu, i zrozumiałam, dlaczego się zjawił. Bez słowa weszłam w jego objęcia, żałując, że nie potrafię odwrócić świata do góry nogami jak klepsydrę i że życie nie jest zjawiskiem skończonym, lecz raczej nieustającym przechodzeniem przez mały otwór w czasie.

– Nie płacz, principessa – powiedział w moje włosy. – To by się jej nie spodobało. Nie możemy żyć wiecznie. Miała osiemdziesiąt dwa lata.

– Wiem. Ale… – Cofnęłam się i otarłam oczy. – Janice przy niej była?

Umberto zmrużył oczy, jak zawsze na myśl o mojej bliźniaczce.

– Jak sądzisz?

Dopiero z bliska dostrzegłam, jaki jest znękany i wymizerowany – jakby przez parę nocy pił do poduszki. Ale może to naturalne? Kim miał się stać bez cioci Rose? Odkąd pamiętam, oboje byli złączeni w przymusowym związku pieniędzy i siły – ona odgrywała starzejącą się ślicznotkę, on – cierpliwego majordomusa, i pomimo wszystkich dzielących ich różnic żadne z nich nie próbowało ułożyć sobie życia bez drugiego.

Lincoln był zaparkowany dyskretnie przy ognisku i nikt nie widział, jak Umberto wkłada mój stary plecak do bagażnika, po czym otwiera przede mną drzwi z uniżoną elegancją.

– Chcę usiąść z przodu, dobrze?

Pokręcił głową z dezaprobatą i otworzył drugie drzwi.

– Wiedziałem, że wszystko się rozpadnie.

Ale to nie ciocia Rose upierała się przy zachowaniu etykiety. Umberto był jej pracownikiem, lecz zawsze traktowała go jak kogoś z rodziny. Jednak on sam nigdy nie odwzajemnił tego gestu. Gdy ciocia Rose proponowała, by usiadł z nami przy stole, on tylko spoglądał na nią z rozbawioną cierpliwością, jakby nie przestawało go zdumiewać, że ciocia ciągle go zaprasza i jakoś nie pojmuje przyczyn jego odmowy. Jadał wszystkie posiłki w kuchni, zawsze tak było i zawsze będzie, i nawet wzywanie imienia boskiego – z coraz większą desperacją – nie mogło go przekonać, by usiadł razem z nami, nawet w Święto Dziękczynienia.

Ciocia Rose zwykle uważała, że Umberto jest tak zasadniczy, ponieważ pochodzi z Europy, i gładko przechodziła do wykładu o tyranii, wolności i niepodległości, co nieodmiennie prowadziło do wycelowania w nas widelca i oznajmienia:

– I dlatego nie pojedziemy do Europy na wakacje. A już na pewno nie do Włoch. Koniec, kropka.

Osobiście byłam całkowicie pewna, że Umberto lubił jeść sam, ponieważ swoje towarzystwo ceni ponad wszystko. Siedział niewzruszenie spokojny w kuchni, przy dźwiękach opery, winie i idealnie dojrzałym bloku parmezanu, my zaś – ciocia Rose, ja i Janice – kłóciłyśmy się i dygotałyśmy z zimna w pełnej przeciągów jadalni. Biorąc pod uwagę plusy i minusy tej sytuacji, gdyby ode mnie zależało, też bez wahania wybrałabym kuchnię.

Tego wieczoru, przejeżdżając przez mroczną dolinę Shenandoah, Umberto opowiedział mi o ostatnich godzinach cioci Rose. Zmarła spokojnie, we śnie, po całym wieczorze słuchania ulubionych piosenek Freda Astaire’a, jednej trzeszczącej płyty po drugiej. Gdy ucichł ostatni akord, usiadła i otworzyła wychodzące na ogród balkonowe drzwi, może chciała jeszcze raz poczuć zapach wiciokrzewu. Umberto powiedział, że gdy tak stała z przymkniętymi oczami, długie koronkowe firanki zawirowały wokół niej, jakby już stała się duchem.

– Czy postąpiłam właściwie? – spytała cicho.

– Oczywiście – odpowiedział dyplomatycznie.

Na podjazd cioci Rose dotarliśmy o północy. Umberto uprzedził mnie, że Janice już przyjechała z Florydy, z kalkulatorem i butelką szampana. Jednak to nie wyjaśniało obecności drugiej wypasionej gabloty, stojącej dokładnie przed drzwiami.

– Mam szczerą nadzieję – odezwałam się, wyjmując plecak z bagażnika, zanim Umberto zdołał się tym zająć – że to nie przedsiębiorca pogrzebowy.

Zaledwie usłyszałam własny głos, przeklęłam się za ten lekceważący ton, zupełnie nie w moim stylu. Wyrywał mi się tylko wtedy, gdy na horyzoncie pojawiała się moja siostra.

Umberto zerknął na tajemniczy samochód i poprawił marynarkę niczym kamizelkę kuloodporną tuż przed akcją.

– Obawiam się, że w grę może wchodzić inne przedsięwzięcie.

Ledwie przeszliśmy przez próg domu cioci Rose, zrozumiałam, o co mu chodzi. Wszystkie wielkie portrety z korytarza zostały zdjęte i stały pod ścianą jak skazańcy przed plutonem egzekucyjnym. A wenecki wazon, który zawsze ozdabiał okrągły stolik pod żyrandolem, już zniknął!

– Halo! – ryknęłam w przypływie furii, który nie nawiedził mnie od ostatniego spotkania z moją siostrą. – Jest tu jeszcze ktoś żywy?

Mój głos odbił się echem w cichym domu, ale ledwie ucichł, usłyszałam tupot stóp na korytarzu na piętrze. Zaraz potem, w niespieszny sposób, zupełnie kontrastujący z niedawnym pośpiechem, pojawiła się Janice, jak zwykle robiąc wielkie wejście. Miała na sobie cienką letnią sukienkę, uwydatniającą jej bujne kształty o wiele lepiej niż nagość. Zatrzymała się, jakby dawała chwilę fotoreporterom, odrzuciła długie włosy leniwym, zadowolonym ruchem i posłała mi uśmieszek pełen wyższości.

– Coś takiego – rzuciła słodkim, lodowatym głosem. – Ta czysta dusza jeszcze żyje.

Dopiero teraz zauważyłam wlokącą się za nią męską atrakcję tygodnia.

– Przykro mi, że cię rozczarowałam – warknęłam i upuściłam plecak na podłogę. Upadł z głuchym stukotem. – Mam ci pomóc odzierać dom z kosztowności, czy chodzisz na włamy sama?

Śmiech Janice brzmiał jak melodyjny brzęk wietrznych dzwoneczków, takich, co to je sąsiedzi wieszają na swoim ganku wyłącznie po to, żeby doprowadzać cię do szału.

– To Archie – powiadomiła mnie rzeczowo. – Da nam za te rupiecie dwadzieścia patyków.

Spojrzałam na nich z obrzydzeniem.

– Jakiż on hojny. Najwyraźniej lubuje się w śmieciach.

Janice rzuciła mi złe spojrzenie, ale szybko się opanowała. Doskonale wiedziała, że jej sympatię mam gdzieś, a jej gniew mnie tylko bawi.

Urodziłam się cztery minuty przed nią i choćby wyskoczyła ze skóry, zawsze pozostanę cztery minuty starsza. Nawet jeśli Janice miała się za superszybkiego zająca, a mnie za ospałego żółwia, obie wiedziałyśmy, że może biegać wokół mnie, ile chce, a nigdy nie pokona tego malutkiego odstępu między nami.

– No tak – odezwał się Archie, zezując na otwarte drzwi. – To ja się zbieram. Miło cię poznać, Julie. Julie, prawda? Janice wiele mi o tobie opowiadała… – Roześmiał się nerwowo. – Działaj dalej! Czyń pokój, nie miłość, jak powiadają.

Janice pomachała mu słodko, lecz ledwie drzwi się za nim zamknęły, jej twarz z anielskiej zmieniła się w demoniczną, jak halloweenowy hologram.

– Nie waż się tak na mnie patrzeć! – syknęła. – Staram się skombinować pieniądze. Ty w końcu nie zarabiasz, co?

– Ale i nie mam twoich… wydatków – mruknęłam, wskazując jej piersi, ewidentnie podrasowane. – Powiedz, Janice, którędy ci wepchnęli te balony? Przez pępek?

– Powiedz, Julie – przedrzeźniła mnie – jak się czujesz taka zupełnie płaska? Od zawsze?

– Panie wybaczą – odezwał się Umberto, stając z uszanowaniem między nami, tak jak to robił tyle razy wcześniej. – Czy mogę zaproponować, by przenieść tę porywającą wymianę zdań do biblioteki?

Gdy dogoniliśmy Janice, już zdążyła się ułożyć w ulubionym fotelu cioci Rose. Postawiła szklankę dżinu z tonikiem na poduszce w motywy łowieckie, które wyhaftowałam krzyżykami w liceum, gdy ona zajmowała się poważniejszymi łowami.

– Co? – warknęła, spoglądając na nas z kiepsko skrywaną niechęcią. – Nie sądzisz, że połowę wódy zostawiła mnie?

Klasyczne zagranie Janice: kłócić się nad czyimiś zwłokami. Odwróciłam się i podeszłam do balkonowych drzwi. Ukochane terakotowe donice cioci Rose stały na tarasie niczym rząd żałobników. Kwiaty pochyliły główki jak w nieutulonym żalu. Niezwykły widok. Umberto zawsze otaczał ogród troskliwą opieką – lecz może nie znajdował już przyjemności w tej pracy, odkąd zabrakło jego pracodawczyni i najlepszej słuchaczki.

– Dziwne – powiedziała Janice – że nadal tu jesteś, Ptasiu. Na twoim miejscu już bym była w Vegas. Z rodowymi srebrami.

Umberto nie odpowiedział. Już wiele lat temu przestał się odzywać do Janice. Spojrzał na mnie.

– Pogrzeb jest jutro.

– Nie do wiary – rzuciła Janice, kołysząc przerzuconą przez oparcie nogą. – Zaplanowałeś wszystko, nie pytając nas o zdanie.

– Tego sobie życzyła.

– Powinnyśmy wiedzieć coś jeszcze? – Janice dźwignęła się z fotela i poprawiła sukienkę. – Czy wszyscy coś dostaniemy? Nie zakochała się w jakimś schronisku dla zwierząt czy czymś podobnym?

– A obchodzi cię to? – warknęłam i przez jakieś pół sekundy Janice wyglądała, jakby zrobiło się jej naprawdę wstyd. Potem wzruszyła ramionami, jak zawsze, i znowu sięgnęła po butelkę.

Nawet nie chciało mi się komentować, kiedy uniosła idealnie wypielęgnowane brwi, okrutnie się dziwiąc, że nalało się tak dużo. Gdy słońce osunie się za horyzont, Janice także osunie się na szezlong, zostawiając odpowiedź na wielkie życiowe pytania innym – jeśli nie zabraknie jej procentów.

Od zawsze taka była: nienasycona. Gdy byłyśmy dziećmi, ciocia Rose śmiała się z zachwytem i wołała: „Ta mała mogłaby zjeść konia z kopytami, zwłaszcza piernikowego!”, jakby żarłoczność Janice była czymś godnym pozazdroszczenia. No ale ona znajdowała się na szczycie łańcucha pokarmowego i w przeciwieństwie do mnie nie miała się czego bać. Odkąd pamiętam, Janice potrafiła wywęszyć moje zapasy cukierków, choćbym je schowała nie wiadomo jak dobrze, a wielkanocne poranki w naszej rodzinie kończyły się szybko, brutalnie i żałośnie dla mnie. Zawsze tym, że Umberto karcił ją za zagarnięcie moich czekoladowych jajek, a Janice, oblewając czekoladę łzami, syczała spod łóżka, że nie jest jej tatą i nie będzie jej rozkazywał.

Najbardziej frustrujące było to, że jej wygląd w ogóle nie zdradzał wszystkich tych wybryków. Skóra, gładka jak lukier na weselnym torcie, nadal strzegła jej brzydkich tajemnic. Rysy pozostały tak delikatne, jak delikatne są malutkie marcepanowe kwiaty i owoce w rękach mistrza cukiernictwa. Dżin, kawa, wstyd ani skrucha nie przebijały się przez tę gładką fasadę; całkiem jakby biło w niej wieczne źródło życia i jakby Janice codziennie wyłaniała się odrodzona z otchłani wieczności, ani o dzień starsza, ani o deko cięższa i nadal drapieżnie złakniona świata.

Niestety, nie byłyśmy identycznymi bliźniaczkami. Niegdyś na szkolnym boisku podsłuchałam, jak ktoś mówi o mnie „Bambi na szczudłach”, i choć Umberto śmiał się i powiedział, że to komplement, jakoś nie miałam takiego wrażenia. Nawet gdy etap największej niezdarności przeminął, w porównaniu z Janice dalej wyglądałam chudo i anemicznie. Zawsze i wszędzie ona była mroczna i wylewna, a ja blada i wycofana.

Gdy razem wchodziłyśmy do pokoju, wszystkie oczy natychmiast zwracały się na nią, choć stałam tuż obok. Z czasem przywykłam do mojej roli. Nigdy nie musiałam się trudzić kończeniem kwestii, bo Janice nieodmiennie wpadała mi w słowo. Jeśli ktoś przypadkiem spytał mnie o marzenia i nadzieje – przeważnie podczas towarzyskiej herbatki z sąsiadkami cioci Rose – Janice ciągnęła mnie do fortepianu, gdzie usiłowała grać, a ja miałam odwracać strony nut. Nawet teraz, w wieku dwudziestu pięciu lat, podczas rozmów z obcymi nadal utykałam w pół słowa, czekając w rozpaczy, aż ktoś mi przerwie, zanim będę musiała wypowiedzieć zdanie złożone.

Podczas pogrzebu cioci Rose lało, a cmentarz wyglądał niemal tak ponuro, jak się czułam. Stałam nad grobem, wielkie krople deszczu skapywały mi z włosów, mieszając się ze łzami na policzkach. Papierowe chusteczki, które przyniosłam z domu, już dawno rozmiękły w kieszeniach na papkę.

Choć płakałam całą noc, nie byłam gotowa na to uczucie smutnej ostateczności, które mnie ogarnęło, gdy trumna legła krzywo na ziemi. Taka duża trumna dla chudziutkiej cioci Rose… Nagle pożałowałam, że nie chciałam zobaczyć jej zwłok, nawet jeśli jej to nie robiło różnicy. A jeśli? Może patrzyła na nas z daleka, pragnąc nam powiedzieć, że dotarła na miejsce bezpiecznie. Była to pocieszająca myśl, mile widziana chwila wytchnienia od rzeczywistości. Szkoda, że nie potrafiłam w nią uwierzyć.

Jedyną osobą, która pod koniec pogrzebu nie wyglądała jak zmokły gryzoń, była Janice, która włożyła plastikowe buty na dziesięciocentymetrowych obcasach i czarny kapelusz, kojarzący się ze wszystkim oprócz żałoby. Ja natomiast włożyłam strój, który Umberto nazwał kiedyś czarną rozpaczą. O ile buciki i dekolt Janice mówiły „podejdź bliżej”, o tyle moje buciory i zapięta pod szyję sukienka z całą pewnością warczały „won”.

Nad trumną stanęła garsteczka osób, ale tylko pan Gallagher, nasz prawnik, zatrzymał się, żeby porozmawiać. Janice i ja dotąd go nie spotkałyśmy, lecz ciocia Rose mówiła o nim tak często i ciepło, że facet mógłby nas zaskoczyć już tylko in minus.

– Rozumiem, że jest pani pacyfistką? – zwrócił się do mnie, gdy razem wychodziliśmy z cmentarza.

– Julcia uwielbia walczyć – odpowiedziała Janice, krocząca z zadowoleniem między nami i kompletnie nieświadoma, że woda ścieka na nas z ronda jej kapelusza. – I rzucać czym popadnie. Słyszał pan, co zrobiła Małej Syrence…?

– Dość – syknęłam, usiłując znaleźć suchy kawałek rękawa, by otrzeć oczy po raz ostatni.

– Nie bądź taka skromna! Pisali o tobie na pierwszej stronie!

– Jak słyszę, pani firma dobrze sobie radzi? – Pan Gallagher spojrzał z ostrożnym uśmiechem na Janice. – Uszczęśliwianie ludzi musi być wyzwaniem?

– Uszczęśliwianie? Błe! – Janice zgrabnie wyminęła kałużę. – Szczęście jest największym zagrożeniem dla mojej firmy. Nam chodzi o marzenia. Frustracje. Fantazje, które nigdy się nie urzeczywistnią. Mężczyzn, którzy nie istnieją. Kobiety, których się nigdy nie zdobędzie. W tym są pieniądze!

Janice gadała i gadała, a ja przestałam słuchać. Niebywała ironia – moja siostra, najmniej romantyczna osoba na świecie, zajmowała się zawodowo kojarzeniem małżeństw. Mężczyzn – z którymi nieodmiennie usiłowała flirtować – uważała jedynie za gadające narzędzia elektryczne, które można włączyć, gdy się ich potrzebuje, i wyłączyć natychmiast, gdy spełnią swoje zadanie.

Dziwne, ale w dzieciństwie Janice miała obsesję układania wszystkiego parami – dwa misie, dwie poduszki, dwie szczoteczki… nawet kiedy się kłóciłyśmy, sadzała nasze lalki obok siebie na półce, czasami nawet tak, że trzymały się w ramionach. Być może to jednak nie dziwne, że wybrała karierę swatki, bo dobierała pary lepiej od Noego. Ale, w przeciwieństwie do niego, już dawno zapomniała, po co to robi.

Trudno ustalić, kiedy wszystko się zmieniło. Jakoś tak w liceum obrała sobie za cel zniszczenie wszystkich moich marzeń o miłości. Swoich chłopców zmieniała jak tanie rajstopy, z upodobaniem obrzydzając mi sprawę opisywaniem wszystkiego w tak pogardliwy sposób, że zaczęłam się zastanawiać, po co kobiety w ogóle zadają się z mężczyznami.

– No – powiedziała w noc przed naszym balem maturalnym, zakręcając mi włosy na różowe wałki. – To twoja ostatnia szansa.

Spojrzałam na nią w lustrze, zaskoczona. Na szczęście nie mogłam odpowiedzieć, bo na twarzy zastygła mi miętowozielona błotna breja.

– No wiesz. – Skrzywiła się niecierpliwie. – Ostatnia szansa, żeby się pozbyć wianuszka. Po to wymyślono bal maturalny. Bo dlaczego chłopaki się tak stroją? Żeby sobie potańczyć? Litości! – Zerknęła na moje odbicie, sprawdzając, jak jej idzie. – Jeśli nie zrobisz tego na balu, to wiesz, co powiedzą. Że jesteś cnotką. Nikt nie lubi cnotek.

Następnego ranka zaczęłam jęczeć, że boli mnie brzuch, a im bardziej zbliżał się bal, tym bardziej mi dokuczał. W końcu ciocia Rose musiała zadzwonić do sąsiadów i powiedzieć, żeby ich syn znalazł sobie szybko inną dziewczynę na wieczór. Tymczasem Janice poszła na zabawę ze sportowcem Troyem, który uwiózł ją z piskiem opon.

Ciocia Rose, która słuchała moich jęków przez całe popołudnie, zaczęła nalegać, żebym pojechała na pogotowie, bo a nuż jest to wyrostek, ale Umberto ją uspokoił i powiedział, że nie miałam gorączki, a zatem to nic poważnego. Wieczorem stanął przy moim łóżku. Wyjrzałam spod koca i zorientowałam się, że Umberto doskonale wie, co się dzieje, i w pewien dziwny sposób jest zadowolony z mojego oszustwa. Oboje wiedzieliśmy, że synowi sąsiadów niczego nie brakuje, tylko po prostu nie pasował do opisu mężczyzny, którego sobie wymarzyłam. A skoro nie mogłam dostać tego, czego chciałam, wolałam nie pójść na bal.

– Dick – powiedziała Janice, obdarzając pana Gallaghera uroczym uśmiechem – może byśmy już przeszli do rzeczy. Ile?

Nawet nie próbowałam interweniować. Im szybciej Janice dostanie pieniądze, tym szybciej się ulotni i nie będę musiała jej oglądać.

– Hm – mruknął pan Gallagher, stając z zażenowaniem obok lincolna z Umbertem w środku. – Obawiam się, że fortuna jest niemal całkowicie zamrożona w posiadłości.

– Daj spokój. – Janice się nie zraziła. – Wszyscy wiemy, że podzielimy się równiutko po połowie, co do grosza, więc wyluzuj. Chciała, żebyśmy przepiłowały dom na pół? Świetnie, tak zrobimy. Albo… – Wzruszyła ramionami, jakby było jej wszystko jedno. – Po prostu go sprzedamy i podzielimy się pieniędzmi. Ile?

– Chodzi o to, że ostatecznie… – Pan Gallagher spojrzał na mnie z pewnym żalem. – Pani Jacobs postanowiła zostawić wszystko pannie Janice.

– Co? – Powiodłam wzrokiem od mojej siostry do pana Gallaghera i Umberta, ale u nikogo nie znalazłam zrozumienia.

– Jasna cholera! – Janice błysnęła szerokim uśmiechem. – Staruszka miała jednak poczucie humoru!

– Oczywiście – ciągnął pan Gallagher, unosząc brwi – jest pewna sumka dla pana… dla Umberta i wzmianka, że starsza pani pragnęła podarować pannie Julie pewne fotografie.

– A co tam – powiedziała Janice. – Mam ochotę być hojna!

– Zaraz… – Cofnęłam się o krok, usiłując przyswoić to, co usłyszałam. – Przecież to bez sensu.

Odkąd pamiętam, ciocia Rose wychodziła ze skóry, by traktować nas jednakowo. Rany boskie, raz zastałam ją nawet przy liczeniu orzechów w naszych płatkach śniadaniowych, żeby żadna z nas nie czuła się pokrzywdzona. I zawsze mówiła, że kiedyś odziedziczymy po niej dom. „Dziewczynki – mawiała – musicie się nauczyć ze sobą dogadywać. Wiecie, nie będę żyła wiecznie. A kiedy odejdę, zostawię wam ten dom i ogród”.

– Rozumiem pani rozczarowanie… – zaczął pan Gallagher.

– Rozczarowanie? – Miałam ochotę chwycić go za krawat, ale wbiłam ręce głęboko w kieszenie. – Nie wierzę. Chcę zobaczyć testament. – Spojrzałam mu prosto w oczy, aż zaczął się pocić. – Tu się dzieje coś podejrzanego…

– Nigdy nie umiałaś przegrywać – zauważyła Janice, z kocim uśmieszkiem rozkoszująca się moją furią. – I w tym problem.

– Proszę… – Pan Gallagher otworzył drżącymi rękami walizkę i podał mi dokument. – To pani kopia. Obawiam się, że nie pozostawia miejsca na wątpliwości.

Umberto znalazł mnie w ogrodzie, przycupniętą w altance, którą kiedyś dla nas zbudował, gdy ciocia Rose chorowała na zapalenie płuc. Przysiadł obok mnie na mokrej ławce. Nie wspomniał o mojej dziecinnej ucieczce z cmentarza. Podał mi nieskazitelnie wyprasowaną chusteczkę i patrzył, jak wydmuchuję nos.

– Nie chodzi o pieniądze – powiedziałam markotnie. – Widziałeś, jak się uśmiechała? Słyszałeś, co mówiła? Nie obchodzi ją ciocia Rose. Nigdy jej nie obchodziła. To niesprawiedliwe!

– Kto ci powiedział, że życie jest sprawiedliwe? – Umberto uniósł brwi. – Na pewno nie ja.

– Wiem! Tylko nie rozumiem… ale to moja wina. Zawsze myślałam, że ona naprawdę traktuje nas jednakowo. Pożyczyłam pieniądze… – Zasłoniłam oczy, żeby nie widzieć jego miny. – Tylko nic nie mów!

– Jesteś w opałach?

Pokiwałam głową.

– Straszliwych.

– Dobrze. – Rozpiął marynarkę i wyjął z niej suchą, lecz nieco zmiętą kopertę. – Bo chciała, żebym ci dał to. To wielka tajemnica. Gallagher o niczym nie wie. Ani Janice. Jest tylko dla ciebie.

Natychmiast nabrałam podejrzeń. To bardzo nie w stylu cioci Rose – dawać mi coś za plecami Janice. Ale pominięcie mnie w testamencie też nie było w jej stylu. Najwyraźniej nie znałam ciotki mojej matki tak dobrze, jak mi się zdawało. Samej siebie, okazuje się, też dobrze nie znałam. Pomyśleć tylko, że tu siedziałam – akurat tego dnia – i płakałam z powodu pieniędzy. Ciocia Rose, choć miała pod sześćdziesiątkę, gdy nas adoptowała, była nam jak matka i powinnam się wstydzić, że chciałam od niej czegoś jeszcze.

W kopercie – gdy ją wreszcie otworzyłam – znalazłam trzy rzeczy: list, paszport i klucz.

– To mój paszport! – zawołałam. – Jak go…? – Znowu spojrzałam na stronę ze zdjęciem. Moja fotografia, moja data urodzenia, ale nie moje imię i nazwisko. – Giulietta? Giulietta Tolomei?

– To twoje prawdziwe nazwisko. Janice też. Ciocia zmieniła je wam, gdy was tu przywiozła z Włoch.

Zabrakło mi słów.

– Ale dlaczego?… Od kiedy wiesz?

Spuścił wzrok.

– Może przeczytasz list?

Rozłożyłam dwa arkusiki.

– Twój charakter pisma?

– Dyktowała mi. – Uśmiechnął się ze smutkiem. – Chciała, żebyś mogła to odczytać.

W liście przeczytałam, co następuje:

Najdroższa Julie,

poprosiłam Umberta, żeby dał Ci ten list po moim pogrzebie, więc pewnie to znaczy, że nie żyję. Nieważne. Wiem, że nadal się gniewasz, iż nie zabrałam Was do Włoch, lecz wierz mi, to dla Waszego dobra. Czy mogłabym sobie wybaczyć, gdyby coś Wam się stało? Ale jesteś starsza. A Twoja matka zostawiła Ci coś w Sienie. Tylko Tobie. Nie wiem dlaczego, ale taka już była Diane, świeć, Panie, nad jej duszą. Zdaje się, że jest to warte o wiele więcej niż cokolwiek, co posiadam. Dlatego postanowiłam oddać dom Janice. Miałam nadzieję, że zdołamy zapomnieć o Włoszech, ale teraz sądzę, że źle postąpiłam, nie mówiąc Wam o niczym.

Oto co musisz zrobić. Weź ten klucz i jedź do banku w Palazzo Tolomei w Sienie. Sądzę, że otwiera on skrytkę depozytową. Twoja matka miała go w torebce w dniu, w którym umarła. Miała tam doradcę finansowego, niejakiego Francesca Maconiego. Znajdź go i powiedz, że jesteś córką Diane Tolomei. A, i jeszcze jedno. Zmieniłam Wam nazwiska. Naprawdę nazywasz się Giulietta Tolomei, ale tu jest Ameryka. Uznałam, że Julie Jacobs ma więcej sensu, choć i tego nikt nie potrafi napisać poprawnie. Do czego zmierza ten świat? Miałam dobre życie. Dziękuję Wam za to. A, i jeszcze jedno: Umberto załatwi Ci paszport z Twoim prawdziwym nazwiskiem. Nie mam pojęcia, jak to się robi, więc zostawiam to jemu.

Nie będę się żegnać. Zobaczymy się w niebie, jeśli Bóg pozwoli. Ale chciałam dopilnować, żebyś dostała to, co Ci się słusznie należy. Tylko uważaj, gdy się tam już znajdziesz! Popatrz, co spotkało Twoją matkę. Włochy to bardzo dziwny kraj. Oczywiście urodziła się tam Twoja prababka, ale mówię Ci, nie dałaby się tam zaciągnąć za żadne skarby świata. No, to nie powtarzaj nikomu, co Ci powiedziałam. I uśmiechaj się częściej, dobrze? Masz taki śliczny uśmiech – jeśli go pokazujesz.

Bardzo Cię kocham i niech Cię Bóg błogosławi

Ciocia

Nie od razu doszłam do siebie. Czytając list, czułam się niemal, jakbym słyszała głos cioci Rose, równie cudownie roztargnionej po śmierci jak za życia. Gdy skończyłam z chusteczką, Umberto jakoś nie chciał jej z powrotem. Natomiast powiedział, że mogę ją zabrać do Włoch, żeby pamiętać o nim, gdy już znajdę ten wielki skarb.

– Daj spokój! – Wytarłam nos po raz ostatni. – Oboje wiemy, że nie ma żadnego skarbu!

Umberto uniósł klucz.

– Nie jesteś ciekawa? Ciocia była przekonana, że twoja matka znalazła coś o niezwykłej wartości.

– To dlaczego nie powiedziała mi o tym wcześniej? Dlaczego czekała, aż… – Chwyciłam się za głowę. – To bez sensu!

Umberto zmrużył oczy.

– Chciała, ale nigdy cię tu nie było.

Potarłam twarz, głównie po to, by uniknąć jego oskarżycielskiego spojrzenia.

– Nawet jeśli miała rację, przecież nie mogę wrócić do Włoch. Zapudłują mnie już na lotnisku. Wiesz, że mi powiedzieli…

Szczerze mówiąc, włoscy policjanci powiedzieli mi o wiele więcej, niż wyznałam Umbertowi, ale tak czy inaczej wiedział, że aresztowano mnie w Rzymie podczas demonstracji antywojennej i że spędziłam mało atrakcyjną noc w miejscowym więzieniu. O świcie wyrzucono mnie z kraju i zapowiedziano, żebym nie wracała. Wiedział też, że to nie była moja wina. Miałam osiemnaście lat i chciałam tylko pojechać do Włoch i zobaczyć, gdzie się urodziłam.

Wpatrując się tęsknie w szkolną tablicę ogłoszeń z kolorowymi reklamami wycieczek studenckich i drogich kursów językowych we Florencji, zauważyłam mały plakat potępiający wojnę w Iraku i wszystkie kraje, które brały w niej udział. Przekonałam się z biciem serca, że jednym z tych krajów są Włochy. Na dole strony widniała lista dat i miejsc; każdy zainteresowany był mile widziany. Tydzień w Rzymie – włącznie z podróżą – miał mnie kosztować nie więcej niż czterysta dolarów, czyli dokładnie tyle, ile mi zostało na koncie. Nie wiedziałam, że tę niską cenę zawdzięczaliśmy bardzo małej szansie, że zostaniemy we Włoszech przez cały tydzień – oraz pewności, że koszty naszego lotu powrotnego i zakwaterowania ostatniej nocy uiszczą – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – włoskie władze, czyli włoscy podatnicy.

I tak, niewiele rozumiejąc z celu tej wycieczki, parę razy wracałam do tablicy, zanim wreszcie się podpisałam. Ale tej nocy, rzucając się bezsennie na łóżku, zrozumiałam, że popełniłam błąd i że muszę się z tego wycofać jak najszybciej. Powiedziałam o tym Janice, a ona przewróciła oczami.

– Tutaj leży Julcia, co życia nie użyła, ale raz prawie dotarła do Włoch.

Wyglądało na to, że muszę pojechać.

Gdy pierwsze kamienie pofrunęły w stronę włoskiego parlamentu – rzucili je moi towarzysze podróży Sam i Greg – niczego bardziej nie pragnęłam, niż znaleźć się w swoim łóżku, a najlepiej pod łóżkiem. Ale tkwiłam uwięziona w tłumie, jak wszyscy, i gdy rzymska policja w końcu znudziła się kamieniami i koktajlami Mołotowa, przeszliśmy chrzest gazem łzawiącym.

Po raz pierwszy w życiu pomyślałam: Zaraz umrę. Upadłam na asfalt i ujrzałam świat – ręce, nogi, wymioty – przez mgiełkę bólu i niedowierzania. Zupełnie zapomniałam, kim jestem i dokąd zmierzam. Jak dawni męczennicy, odkryłam nowe miejsce, niebędące życiem ani śmiercią. Ale potem wróciły ból i panika i po chwili przestało mi to wyglądać na religijne doświadczenie.

Wiele miesięcy później nadal nie wiedziałam, czy w pełni doszłam do siebie po rzymskiej przygodzie. Gdy zmuszałam się, by o tym pomyśleć, nachodziło mnie przykre wrażenie, że umyka mi coś ważnego – coś, co zgubiłam w Rzymie i czego już nie odzyskałam.

– To prawda. – Umberto otworzył paszport i przyjrzał się mojemu zdjęciu. – Powiedzieli, że Julie Jacobs nie może wrócić do Włoch. Ale Giulietta Tolomei…

Omal nie przetarłam oczu. Ten sam Umberto, który nadal miał do mnie pretensje, że ubieram się jak hipiska, nakłania mnie do złamania prawa!

– Mówisz, że…

– Dlaczego sądzisz, że mam z tym coś wspólnego? Ostatnim życzeniem twojej ciotki było, żebyś pojechała do Włoch. Nie łam mi serca, principessa.

Na widok jego powagi znowu zachciało mi się płakać.

– A co z tobą? – wychrypiałam. – Może pojedziesz ze mną? Moglibyśmy razem znaleźć skarb. A jeśli nie, do diabła z nim! Zostaniemy piratami. Będziemy przemierzać morza…

Umberto bardzo delikatnie dotknął mojego policzka, jakby wiedział, że kiedy wyjadę, już nie wrócę. A gdybyśmy się jeszcze kiedyś spotkali, to nie tak jak teraz, siedząc w dziecinnej altance, ukryci przed światem.

– Księżniczka musi zrobić pewne rzeczy sama – rzekł cicho. – Pamiętasz, co ci powiedziałem – że pewnego dnia znajdziesz swoje królestwo?

– To tylko bajka. W życiu tak nie bywa.

– Wszystko, co mówimy, to bajka. Ale nigdy „tylko bajka”.

Objęłam go, bo nie chciałam go puścić.

– Co z tobą? Chyba tu nie zostaniesz?

Umberto spojrzał na krople deszczu skapujące z altanki.

– Janice ma rację. Pora, by stary Ptasio poszedł na emeryturę. Ukradnę wam srebra i pojadę do Vegas. Przy moim szczęściu wystarczy mi na tydzień. Dlatego zadzwoń, gdy znajdziesz swój skarb.

Oparłam mu głowę na ramieniu.

– Dowiesz się pierwszy.

I.II

Weź no się za instrument,

bo oto nadchodzi dwóch domowników Montekiego.

Odkąd pamiętam, ciocia Rose robiła wszystko, żeby utrudnić mnie i Janice podróż do Włoch.

– Ile razy mam wam mówić – powtarzała – że to nie miejsce dla grzecznych dziewczynek?

Potem zrozumiała, że musi zmienić strategię, i ilekroć ktoś poruszył ten temat, kręciła głową i chwytała się za serce, jakby sama myśl o tym kraju miała ją doprowadzić do śmierci.

– Wierzcie mi – szeptała omdlewająco. – We Włoszech czeka was tylko wielkie rozczarowanie, a Włosi to świnie!

Zawsze miałam jej za złe to niewytłumaczalne uprzedzenie do kraju, w którym przyszłam na świat, ale po moim rzymskim doświadczeniu mniej więcej się z nią zgodziłam: Włochy rozczarowują, a przy Włochach – przynajmniej tych w mundurach – świnie wyglądają całkiem atrakcyjnie.

Gdy chodziło o naszych rodziców, ciocia Rose ucinała wszystkie pytania tą samą odpowiedzią.

– Ile razy mam wam powtarzać – irytowała się, gdy odrywałyśmy ją od czytania gazety (nosiła przy tym białe bawełniane rękawiczki, by nie pobrudzić palców tuszem) – że wasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym w Toskanii, gdy miałyście trzy latka? – Na szczęście dla mnie i Janice ciocia Rose i biedny wujek Jim – niech mu ziemia lekką będzie – mogli nas adoptować natychmiast po tragedii, a przy tym nie mieli własnych dzieci. Powinnyśmy być wdzięczne, że nie wylądowałyśmy we włoskim sierocińcu, gdzie jadłybyśmy codziennie spaghetti. Coś takiego! Mieszkamy sobie w obszernym domu w Wirginii, brakuje nam tylko ptasiego mleka – więc mogłybyśmy wreszcie przestać dręczyć ciocię Rose pytaniami, na które nie zna odpowiedzi. I czy ktoś mógłby jej łaskawie zrobić jeszcze jednego drinka z miętą? Stawy ją straszliwie rozbolały od naszego ciągłego wypytywania.

Siedząc w samolocie do Europy, spoglądając w mroczny Atlantyk i znowu przeżywając dawne konflikty, zrozumiałam, że tęsknię za wszystkim, co wiązało się z ciocią Rose, nie tylko za tymi dobrymi wspomnieniami. Tak bardzo bym się cieszyła, gdybym mogła spędzić z nią jeszcze godzinę – nawet gdyby była to godzina wypełniona gderaniem. Teraz, gdy jej zabrakło, trudno było mi uwierzyć, że nigdy więcej nie trzasnę przez nią drzwiami i nie popędzę wściekła na górę – i trudno mi się było pogodzić z tym, jak wiele cennego czasu zmarnowałam na dąsanie się w swoim pokoju.

Gniewnie wytarłam lichą samolotową serwetką łzę toczącą mi się po policzku i powiedziałam sobie, że żal to strata czasu. Tak, powinnam częściej do niej pisać i dzwonić, mówiąc, że ją kocham, ale na to było za późno; nie mogłam cofnąć popełnionych grzechów.

Oprócz żalu dręczyło mnie jeszcze coś. Złe przeczucie? Niekoniecznie. Chodziło o to, że nie wiedziałam, czy w ogóle coś się wydarzy. Całkiem możliwe, że ta podróż skończy się rozczarowaniem. Ale wiedziałam także, że istnieje pewna osoba, do której mogę mieć uzasadnione pretensje o tarapaty, w których się znalazłam. Tą osobą byłam ja.

Dorastałam, sądząc, że odziedziczę połowę fortuny cioci Rose, i dlatego nie zrobiłam nic, by na siebie zarabiać. Moje rówieśniczki wspinały się po stromej drabinie kariery i walczyły o swoją pozycję pięknie wypielęgnowanymi pazurkami. Ja brałam tylko takie zajęcia, jakie mi się podobały – na przykład zajęcia na szekspirowskich obozach – wiedząc, że wcześniej czy później spadek po cioci wyrówna mój rosnący debet. W rezultacie nie zostało mi w ręce nic oprócz hipotetycznego spadku w dalekim kraju zostawionego mi przez matkę, którą ledwie pamiętałam.

Odkąd rzuciłam studia, mieszkałam to tu, to tam – sypiając na kanapach u przyjaciół z ruchu antywojennego i przeprowadzając się wszędzie, gdzie dostałam pracę związaną z Szekspirem. Z jakiegoś powodu tylko sztuki Barda zostawały mi w głowie, a Romeo i Julia, mimo moich najszczerszych wysiłków, jakoś nigdy mi się nie znudziła.

Od czasu do czasu uczyłam dorosłych, ale wolałam pracować z dziećmi – może dlatego, że byłam pewna ich sympatii. Poznawałam to po tym, że mówiły o dorosłych, jakby nie uważały mnie za jedną z nich. Cieszyłam się, że mnie akceptują, choć właściwie to nie był komplement. Oznaczało po prostu, że według nich nie dorosłam i że nawet w wieku dwudziestu pięciu lat nadal wydaję im się pokraczną nastolatką, z trudem wyrażającą – a częściej ukrywającą – poezję szalejącą w duszy.

W karierze nie pomagało mi także, że kompletnie nie potrafiłam sobie wyobrazić własnej przyszłości. Gdy ludzie pytali mnie, co chciałabym zrobić z życiem, nie miałam pojęcia, jak odpowiedzieć, a gdy usiłowałam wizualizować swoją drogę życiową za pięć lat, widziałam tylko wielki czarny wykrot. W momentach zwątpienia interpretowałam tę czerń jako znak, że umrę młodo i dlatego nie potrafię sobie wyobrazić przyszłości, której nie mam. Moja matka też umarła wcześnie, podobnie jak babka – młodsza siostra cioci Rose. Z jakiegoś powodu naszą rodzinę ścigało fatum i gdy zaczynałam się zastanawiać nad planami – czy to zawodowymi, czy rodzinnymi – zawsze wycofywałam się w ostatniej chwili ze strachu, że ich nie dokończę.

Gdy przyjeżdżałam do domu na Boże Narodzenie albo wakacje, ciocia Rose dyskretnie prosiła mnie, żebym została z nią, a nie błąkała się bez celu.

– Wiesz, Julie – mawiała, obrywając suche listki z roślin doniczkowych lub wieszając anioły na choince – zawsze możesz tu trochę pomieszkać i zastanowić się, co byś chciała ze sobą zrobić.

Ale choć była to kusząca propozycja, nie mogłam z niej skorzystać. Janice stała się samodzielna, zarabiała na biurze matrymonialnym i mieszkała w wynajętym mieszkaniu z dwoma sypialniami i widokiem na staw. Gdybym wróciła do domu, przyznałabym, że moja siostra wygrała.

Oczywiście teraz wszystko się zmieniło. Powrót nie wchodził w grę. Świat, który znałam, należał do Janice, a mnie została tylko zawartość koperty. Siedząc w samolocie z kwaśnym winem w plastikowym kubku i czytając list od cioci Rose, nagle uświadomiłam sobie, że jestem zupełnie sama. Ze wszystkich ludzi na świecie został mi tylko Umberto.

Dorastając, nigdy nie potrafiłam znajdować przyjaciół. Za to Janice z trudem wcisnęłaby swoich najbardziej ukochanych do piętrowego autobusu. Kiedy wychodziła wieczorami, otoczona rozchichotaną świtą, ciocia Rose przez jakiś czas krążyła wokół mnie nerwowo, udając, że szuka szkła powiększającego albo specjalnego ołówka do krzyżówek. W końcu siadała obok mnie na kanapie, rzekomo zainteresowana książką, którą czytałam.

– Wiesz, Julie – mówiła, strzepując jakiś pyłek z moich spodni od piżamy. – Potrafię sobie znaleźć rozrywkę. Jeśli chcesz wyjść z koleżankami…

Propozycja zawisała w powietrzu, a ja szukałam właściwej odpowiedzi. Prawda wyglądała tak, że nie poświęcałam się dla dobra cioci Rose, lecz nie miałam żadnego interesu w wyjściu. Gdy tylko znajomi wyciągali mnie do jakiegoś baru, zawsze lądowałam w otoczeniu kretynów i cherlaków, którzy uważali się za książęta z bajki i spodziewali się, że muszę któregoś wybrać przed końcem wieczoru.

Wspomnienie cioci Rose siedzącej obok mnie i sugerującej mi delikatnie, żebym wreszcie zaczęła żyć, znowu sprawiło mi ból. Zapatrzona ponuro w brudne samolotowe okienko i przepaść za nim, zaczęłam się zastanawiać, czy ta podróż nie ma być jakąś karą za to, jak ją traktowałam. Może Bóg strąci ten samolot z nieba tylko po to, żeby mi pokazać. A może pozwoli dotrzeć do Sieny, żebym się przekonała, że ktoś inny zabrał mi rodzinny skarb.

Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej podejrzewałam, że ciocia Rose nie pisnęła ani słówka na ten temat, ponieważ to wszystko bzdury. Może po prostu sfiksowała pod koniec życia, a ten rzekomy skarb to tylko jej pobożne życzenia. A nawet jeśli – wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu – w Sienie naprawdę czekało na mnie coś niesamowicie fajnego, to jaka jest szansa, że po dwudziestu paru latach jeszcze tam jest? Zważywszy na gęstość zaludnienia Europy i wredotę gatunku ludzkiego, bardzo bym się zdziwiła, gdyby w tym labiryncie faktycznie czekała na mnie nagroda – jeśli w ogóle zdołam się przedrzeć przez plątaninę korytarzyków.

Podczas tego długiego bezsennego lotu pocieszające było jedynie to, że każdy miniaturowy drink, który podawały mi uśmiechnięte stewardesy, oddalał mnie od Janice. Moja siostra pląsa sobie po domu, który należy do niej, i zaśmiewa się z mojego niepowodzenia, ale nie wie, że wyruszyłam do Włoch i że biedna stara ciocia Rose wysłała mnie w pogoń za cieniem. Przynajmniej z tego mogłam się cieszyć, bo jeśli moja podróż zakończy się klęską, nie chciałam, żeby Janice to widziała i naśmiewała się ze mnie.

Wylądowaliśmy we Frankfurcie przy mniej więcej słonecznej pogodzie. Wyczłapałam z samolotu w klapkach, z zapuchniętymi oczami, nadal czując w żołądku zjedzony jabłkowy strudel. Samolot do Florencji miałam za ponad dwie godziny i gdy tylko przeszłam przez bramkę, wyciągnęłam się na trzech krzesłach i zamknęłam oczy, z głową na makramowej torebce, zbyt zmęczona, żeby się przejąć, gdyby jakiś złodziej porwał resztę mego bagażu i rzucił się do ucieczki.

Ogarnięta czymś między snem i przytomnością, poczułam, że ktoś mnie gładzi po ramieniu.

– Ahi, ahi… – odezwał się czyjś głos i owionął mnie zapach kawy i papierosów. – Mi scusi!

Otworzyłam oczy i zobaczyłam siedzącą obok kobietę, która gorączkowo strzepywała okruszki z mojego rękawa. Kiedy spałam, przybyli nowi pasażerowie, spoglądający na mnie tak, jak się patrzy na bezdomnego – trochę z pogardą, trochę ze współczuciem.

– Nie szkodzi – stęknęłam siadając. – I tak jestem w okropnym stanie.

– Proszę! – Podała mi pół croissanta, może w ramach rekompensaty. – Pewnie jesteś głodna.

Spojrzałam na nią, zaskoczona życzliwością.

– Dziękuję.

Nazwanie tej kobiety elegancką byłoby zdecydowanie niedopowiedzeniem. Tak, nie należała do najmłodszych, ale to jej w niczym nie przeszkadzało. Wszystko, co miała na sobie, było idealnie dobrane kolorystycznie, nie tylko lakier i szminka, ale nawet złote okucia na pantofelkach, torebka i zawadiacki kapelusik na nieskazitelnej fryzurze. Nabrałam podejrzeń – które potwierdził jej figlarny uśmieszek – że ta kobieta ma wszelkie powody, by być z siebie zadowolona. Może była dziedziczką fortuny – albo żoną dziedzica – bo wyglądała, jakby nie miała w tym życiu ani jednej troski, która by zachmurzyła wypielęgnowane czoło.

– Lecisz do Florencji? – spytała z mocnym, absolutnie czarującym akcentem. – By zobaczyć te tak zwane dzieła sztuki?

– Właściwie do Sieny – odpowiedziałam z pełnymi ustami. – Urodziłam się w Sienie, ale od tego czasu tam nie byłam.

– To cudowne! – zawołała. – Ale dziwne. Dlaczego?

– To długa historia.

– Opowiedz! Musisz mi opowiedzieć. – Zauważyła moje wahanie i wyciągnęła rękę. – Przepraszam. Jestem bardzo wścibska. Nazywam się Eva Maria Salimbeni.

– Julie… Giulietta Tolomei.

Omal nie spadła z krzesła.

– Tolomei? Nazywasz się Tolomei? Nie do wiary! To niemożliwe! Zaraz… jakie masz miejsce? Tak, w samolocie. Pokaż… – Rzuciła okiem na moją kartę pokładową i wyrwała mi ją z ręki. – Zaraz! Zostań tutaj!

Powiodłam za nią osłupiałym wzrokiem, zastanawiając się, czy tak wygląda każdy dzień życia Evy Marii Salimbeni. Podejrzewałam, że chce zmienić rezerwację, żebyśmy siedziały obok siebie, i sądząc z jej uśmiechu, udało jej się to bez trudu.

– E voilà!

Wręczyła mi nową kartę pokładową, a ja musiałam powstrzymać chichot szczęścia. By kontynuować rozmowę ze mną, przeniosła mnie do pierwszej klasy.

Ledwie samolot wystartował, Eva Maria wyciągnęła ze mnie całą historię. Pominęłam tylko kwestię mojej podwójnej tożsamości i ewentualnego spadku po matce.

– Ach… – odezwała się, przechylając głowę. – Jedziesz do Sieny, żeby… zobaczyć Palio?

– Co?

Zachłysnęła się z oburzenia.

– Palio! Wyścigi konne. Siena słynie z Palio! Czy kamerdyner twojej ciotki, ten zmyślny Alberto, nigdy ci o nich nie opowiadał?

– Umberto – poprawiłam. – Chyba opowiadał, ale nie wiedziałam, że ciągle się je organizuje. Kiedy o nich mówił, wydawało mi się, że to jakiś średniowieczny obyczaj, z rycerzami w lśniących zbrojach i tak dalej.

– Historia Palio sięga aż… – Wyraźnie szukała właściwego angielskiego słowa: – …W mroki średniowiecza. Teraz wyścigi odbywają się na Campo przed ratuszem, a biorą w nich udział zawodowi dżokeje. Ale w najwcześniejszych czasach jeźdźcami byli prawdopodobnie szlachetnie urodzeni panowie na bojowych rumakach, którzy zjeżdżali do miasta z okolicznych ziem aż pod sieneńską katedrę.

– Niesamowite – powiedziałam, nadal zaskoczona jej wylewną życzliwością. Ale może po prostu edukację cudzoziemców uważała za swój obowiązek.

– Och! – Wzniosła oczy. – To największa drama naszego życia. Mieszkańcy Sieny całymi miesiącami nie mówią o niczym innym niż konie, rywale i układy z tym czy innym dżokejem. – Pokręciła głową z upodobaniem. – Nazywamy to dolce pazzia, słodkim szaleństwem. Gdy raz to poczujesz, nie będziesz chciała wyjechać.

– Umberto zawsze mówi, że nie da się wytłumaczyć, jaka jest Siena. – Nagle pożałowałam, że nie ma go tutaj i nie może posłuchać tej fascynującej kobiety. – Trzeba się tam znaleźć i posłuchać werbli, żeby to zrozumieć.

Eva Maria uśmiechnęła się łaskawie, jak królowa przyjmująca komplement.

– Ma rację. To trzeba poczuć… – dotknęła mojej piersi – …tutaj.

Gdyby chodziło o kogoś innego, ten gest byłby przeraźliwie niestosowny, ale Eva Maria należała do osób, którym to uchodziło na sucho.

Stewardesa nalała nam szampana, a moja nowa przyjaciółka zaczęła mi opowiadać o Sienie.

– Żebyś nie napytała sobie kłopotów – wyjaśniła, mrugając. – Turyści zawsze pakują się w kłopoty. Nie rozumieją, że Siena to nie po prostu Siena, lecz siedemnaście różnych dzielnic, contrade, mających własne terytorium, własne magistraty i własne herby. – Dotknęła szklaneczką mojej. – Jeśli masz wątpliwości, zawsze możesz spojrzeć na rogi budynków. Małe porcelanowe znaki zdradzą ci, która to contrada. Twoja rodzina, Tolomei, należy do contrady Sowy, a waszymi sprzymierzeńcami są Orły, Jeżozwierze i… zapomniałam kto jeszcze. Dla mieszkańców Sieny te contrade to całe życie. Są twoimi przyjaciółmi, sąsiadami, sprzymierzeńcami, a także rywalami.

– Zatem moja contrada to Sowy – powiedziałam rozbawiona, bo gdy się dąsałam, Umberto czasem nazywał mnie osowiałą sową. – A twoja?

Po raz pierwszy w ciągu tej długiej rozmowy Eva Maria odwróciła wzrok.

– Nie mam jej – powiedziała lekko. – Moją rodzinę wyrzucono ze Sieny wiele wieków temu.

Na długo przed lądowaniem we Florencji Eva Maria zaproponowała, że podwiezie mnie do Sieny. Miasto znajdowało się na jej trasie przejazdu do domu w Val d’Orcia i doprawdy nie byłby to dla niej żaden kłopot. Powiedziałam, że mogę pojechać autobusem, ale najwyraźniej nie miała zaufania do komunikacji publicznej.

– Dio santo! – zawołała, gdy ciągle odrzucałam jej życzliwą propozycję. – Dlaczego chcesz czekać godzinami na autobus, skoro możesz pojechać w bardzo wygodnym nowym samochodzie mojego syna chrzestnego? – Dostrzegła, że prawie mnie przekonała, uśmiechnęła się uroczo i rzuciła argument ostateczny: – Giulietto, byłabym zdruzgotana, gdybyśmy nie mogły kontynuować naszej uroczej rozmowy.

Przeszłyśmy ramię w ramię przez odprawę celną. Urzędnik ledwie rzucił okiem na mój paszport, za to z dużym wysiłkiem oderwał wzrok od dekoltu Evy Marii. Później, gdy wypełniałam plik landrynkowych formularzy, zgłaszając zaginięcie bagażu, Eva Maria stała obok mnie, stukając w podłogę obcasikiem szpilki od Gucciego, dopóki urzędnik nie przysiągł na wszystkie świętości, że osobiście sprowadzi moje dwie błąkające się po szerokim świecie walizki i – bez względu na porę dnia i nocy – prześle je bezpośrednio do Sieny, do hotelu Chiusarelli, którego adres Eva Maria wypisała szminką na kartce, a tę wsunęła mu do kieszeni.

– Widzisz, Giulietto – wyjaśniła, gdy wychodziłyśmy razem z lotniska, ciągnąc za sobą jej maleńką walizeczkę na kółkach – pierwsze pięćdziesiąt procent to to, co widzą, a drugie – co się im wydaje. Ach! – Machnęła z ożywieniem w stronę czarnego sedana stojącego na jałowym biegu. – Jest! Ładny samochód, prawda? – Trąciła mnie łokciem w bok i mrugnęła. – Nowy model!

– Naprawdę? – powiedziałam uprzejmie.

Samochody nigdy mnie nie kręciły, głównie dlatego, że zwykle występowały w komplecie z facetem. Niewątpliwie Janice mogłaby mi podać nazwę i model rzeczonego pojazdu, włącznie z uwagą, że najpilniejszym celem jej życia jest obecnie kochać się z właścicielem takiego samochodu, zaparkowanego w malowniczym miejscu na wybrzeżu Amalfi. Bez wątpienia jej życiowe cele różniły się drastycznie od moich.

Eva Maria, niezrażona moim brakiem entuzjazmu, przyciągnęła mnie do siebie i szepnęła do ucha:

– Nic nie mów. Chcę mu zrobić niespodziankę! Och, spójrz tylko… czy nie jest przystojny? – Zachichotała z rozkoszą i pociągnęła mnie do wysiadającego z samochodu mężczyzny. – Ciao, Sandro!

– Ciao, Madrina. – Sandro pocałował matkę chrzestną w oba policzki i nawet nie drgnął, gdy przesunęła mu palcami przez ciemne włosy. – Bentornata.

Eva Maria miała rację. Jej chrześniak był nie tylko skandalicznie przystojny, ale także zabójczo elegancki i choć nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, podejrzewałam, że nigdy mu nie brakowało chętnych.

– Alessandro, chcę ci kogoś przedstawić! – Eva Maria z trudem hamowała entuzjazm. – To moja nowa przyjaciółka. Poznałyśmy się w samolocie. Nazywa się Giulietta Tolomei! Dasz wiarę?

Alessandro spojrzał na mnie oczami w kolorze suszonego rozmarynu – oczami, dla których Janice pląsałaby po domu w samej bieliźnie, śpiewając do mikrofonu ze szczotki.

– Ciao! – powiedziałam, zastanawiając się czy i mnie pocałuje.

Nic z tego. Spojrzał na moje warkoczyki, obszerne szorty i klapki, uśmiechnął się z przymusem i powiedział po włosku coś, czego nie zrozumiałam.

– Przepraszam, ale nie…

Zorientowawszy się, że jakby nie było dość mojej kontrowersyjnej urody, w dodatku nie mówię po włosku, chrześniak Evy Marii kompletnie stracił zainteresowanie moją osobą. Zamiast tłumaczyć, co powiedział, rzucił tylko:

– Żadnego bagażu?

– Tony. Ale zdaje się, że wszystko pojechało do Werony.

Po chwili siedziałam na tylnym siedzeniu jego samochodu obok Evy Marii i pędziliśmy, podziwiając krajobraz Florencji. Szybko zdołałam sobie wmówić, że ponure milczenie Alessandra to tylko konsekwencja niezbyt dobrej znajomości angielskiego – zresztą dlaczego miałoby mnie to obchodzić? – i poczułam, że rośnie we mnie radosne oczekiwanie. Oto znalazłam się w kraju, który dwa razy mnie odtrącił, i z powodzeniem wdarłam się do klasy rządzącej. Nie mogłam się doczekać, kiedy zadzwonię do Umberta i opowiem mu o wszystkim.

– A zatem, Giulietto – odezwała się Eva Maria, siadając wygodniej – na twoim miejscu zachowałabym ostrożność i nie mówiła… zbyt wielu osobom, kim jesteś.

– Ja? – Prawie się roześmiałam. – Jestem nikim!

– Nikim? Jesteś Tolomei!

– Powiedziałaś, że Tolomei mieszkali tu dawno temu.

Eva Maria dotknęła mojego nosa palcem wskazującym.

– Nie bagatelizuj potęgi minionych wydarzeń. To tragiczna słabość nowoczesnego człowieka. Radzę ci jako komuś z Nowego Świata: więcej słuchaj, mniej mów. Tutaj narodziła się twoja dusza. Wierz mi, Giulietto, znajdziesz tu ludzi, dla których będziesz coś znaczyć.

Zerknęłam w lusterko wsteczne i napotkałam spojrzenie Alessandra przyglądającego mi się zmrużonymi oczami. Najwyraźniej nie podzielał fascynacji ciotki moją osobą, ale był zbyt dobrze wychowany, by dać temu wyraz. Dlatego tolerował moją obecność w swoim samochodzie, jeśli zachowywałam stosowną pokorę i wdzięczność.

– Twoja rodzina, Tolomei – ciągnęła Eva Maria, najwyraźniej nie wyczuwając tej atmosfery – była jednym z najbogatszych, najpotężniejszych rodów w całej historii Sieny. Miała prywatny bank i zawsze walczyła z nami, Salimbenimi, o wpływy w mieście. Ich waśń była tak wielka, że już w średniowieczu palili sobie nawzajem domy i zabijali dzieci.

– Byli wrogami? – spytałam głupio.

– O tak! Najgorszymi. Wierzysz w przeznaczenie? – Eva Maria położyła dłoń na mojej ręce i uścisnęła ją lekko. – Ja tak. Nasze rody, Tolomei i Salimbeni, podzieliła dawna uraza, żądza krwi… Gdybyśmy żyli w średniowieczu, rzucilibyśmy się sobie do gardeł, jak Capuletti i Montecchi w Romeo i Julii. – Spojrzała na mnie znacząco. – „Dwa równie stare i szlachetne rody w Sienie, gdzie się rozgrywa ta sztuka”1. Znasz to? – Kiedy tylko skinęłam głową, zbyt przejęta, by się odezwać, poklepała mnie pocieszająco po dłoni. – Nie martw się, nam na pewno uda się pogrzebać stare urazy. I dlatego… – Odwróciła się gwałtownie. – Sandro! Liczę, że dopilnujesz, żeby Giulietta była bezpieczna w Sienie. Słyszysz?

– Panna Tolomei – odpowiedział Alessandro, wpatrując się w jezdnię – nigdy i nigdzie nie będzie bezpieczna.

– Co to za gadanie? – zganiła go Eva Maria. – Ona jest z Tolomeich! Mamy obowiązek ją bronić.

Alessandro zerknął na mnie w lusterku i odniosłam wrażenie, że wie o mnie znacznie więcej niż ja o nim.

– Może ona nie chce naszej opieki – rzucił wyzywającym tonem.

Zrozumiałam także, że choć mówi z akcentem, włada moim językiem z największą swobodą. A to znaczyło, że miał inne powody, by odzywać się do mnie monosylabami.

– Jestem bardzo wdzięczna za podwiezienie – przemówiłam, prezentując najbardziej uroczy z dostępnych mi uśmiechów. – Ale w Sienie na pewno jest bardzo bezpiecznie.

Podziękował za komplement lekkim skinieniem głowy.

– Co cię tu sprowadza? Interesy czy rozrywki?

– Hm… Chyba rozrywki.

Eva Maria klasnęła z ożywieniem w ręce.

– Musimy dopilnować, żebyś się nie rozczarowała! Alessandro zna wszystkie tajemnice Sieny. Prawda, caro? Pokaże ci pewne miejsca, cudowne miejsca, których sama byś nigdy nie znalazła. O, będziesz się doskonale bawić!

Otworzyłam usta i zrozumiałam, że nie wiem, co chcę powiedzieć, więc je zamknęłam. Zmarszczone brwi Alessandra zdradzały, że oprowadzanie mnie po Sienie znajduje się na ostatnim miejscu jego listy spraw do załatwienia.

– Sandro! – rzuciła ostro Eva Maria. – Dopilnujesz, żeby Giulietta dobrze się bawiła, tak?

– Nie potrafię sobie wyobrazić większego szczęścia – odrzekł i włączył radio.

– Widzisz? – Eva Maria uszczypnęła mój zarumieniony policzek. – Co tam Szekspir! Jesteśmy przyjaciółkami.

Świat na zewnątrz wyglądał jak winnica, a niebo jak błękitna peleryna opiekuńczo otulająca świat. To tutaj się urodziłam, a jednak nagle poczułam się obca – niczym natręt, który wkrada się tylnymi drzwiami i domaga się czegoś, co nigdy do niego nie należało.

Odetchnęłam, gdy wreszcie zatrzymaliśmy się przed hotelem Chiusarelli. Przez całą drogę Eva Maria niezwykle uprzejmie opowiadała mi o Sienie, ale nie można bez końca prowadzić uprzejmej konwersacji, kiedy się nie przespało nocy, a przy okazji zgubiło bagaż.

W tych dwóch walizkach znajdował się cały mój dobytek. W nocy po pogrzebie cioci Rose spakowałam całe swoje dzieciństwo i o północy odjechałam taksówką, nadal słysząc triumfalny śmiech Janice. Moje ubrania, książki i śmieszne drobiazgi wylądowały w Weronie, a ja zostałam w Sienie ze szczoteczką do zębów, połową zbożowego batonika i dwiema zatyczkami do uszu.

Alessandro zatrzymał samochód przed hotelem, uprzejmie otworzył mi drzwi i odprowadził aż do westybulu. Ewidentnie nie miał na to ochoty, a ja ewidentnie nie okazałam mu wdzięczności, ale Eva Maria przyglądała się nam z tylnego siedzenia, a już się zorientowałam, że ta kobieta przywykła stawiać na swoim.

– Proszę – warknął Alessandro, otwierając drzwi hotelu. – Pani pozwoli.

Nie pozostało mi nic innego jak wejść. Hotel Chiusarelli powitał mnie chłodnym spokojem. Wysokie marmurowe kolumny podtrzymywały sufit, a z jakiegoś odległego pomieszczenia, chyba pod naszymi stopami, słyszałam śpiew i brzęk naczyń.

– Buongiorno! – Dostojny mężczyzna w trzyczęściowym garniturze wstał zza lady recepcji. Na mosiężnej tabliczce na jego piersi widniał napis „Direttore Rossini”. – Benvenu… ach! – zakrzyknął na widok Alessandra. – Benvenuto, capitano.

Położyłam dłonie na zielonym marmurze i wykrzesałam z siebie uśmiech, miałam nadzieję, że uroczy.

– Dzień dobry, jestem Giulietta Tolomei. Mam rezerwację. Przepraszam na chwilę… – Odwróciłam się do Alessandra. – No więc wszystko gra. Dotarłam bezpiecznie na miejsce.

– Bardzo mi przykro, signorina – wtrącił direttore Rossini – ale nie mam rezerwacji na pani nazwisko.

– Och! Byłam pewna… czy to problem?

– Jest Palio! – Direttore uniósł ręce dramatycznym gestem. – W hotelu komplet! Ale… – Stuknął palcem w ekran. – Mam tu numer karty kredytowej na nazwisko Julie Jacobs. Rezerwacja dla jednej osoby na jeden tydzień. Od dziś. Czy to pani?

Zerknęłam na Alessandra. Odwzajemnił moje spojrzenie z doskonałą obojętnością.

– Tak, to ja.

Direttore Rossini wyraźnie się zdziwił.

– Pani jest Julie Jacobs? I Giuliettą Tolomei?

– No… Tak.

– Ale… – Direttore Rossini zrobił kroczek w bok, by lepiej widzieć Alessandra. Jego brwi uniosły się w uprzejmym pytaniu. – C’ è un problema?

– Nessun problema – odpowiedział Alessandro, spoglądając na nas z umyślnie kamienną miną. – Panno Jacobs, miłego pobytu w Sienie.

Nie mrugnąwszy nawet okiem, odszedł, a ja zostałam z direttore Rossinim w bardzo niezręcznym milczeniu. Dopiero gdy wypełniłam wszystkie formularze, które przede mną rozłożył, direttore uśmiechnął się wreszcie do mnie.

– Zatem… jest pani przyjaciółką kapitana Santiniego?

Obejrzałam się.

– Tego tam? Nie, nie jesteśmy przyjaciółmi. Jak się nazywa? Santini?

Direttore Rossini najwyraźniej uznał mnie za cokolwiek ociężałą umysłowo.

– Tak. Jest kapitanem. Jest… jak to nazywacie… szefem strażników w Monte Paschi. W Palazzo Salimbeni.

Chyba pobladłam, bo direttore Rossini pospieszył ze słowami otuchy.

– Bez obaw, w Sienie nie ma przestępstw. To bardzo spokojne miasto. Kiedyś był tu jeden kryminalista. – Zachichotał do siebie i wezwał boya. – Ale się nim zajęliśmy!

Od wielu godzin czekałam, kiedy wreszcie padnę na łóżko. Teraz, gdy wreszcie stało się to możliwe, zamiast się położyć, zaczęłam krążyć po moim pokoiku, rozważając możliwość, że Alessandro Santini sprawdzi moje nazwisko i wywlecze moją kryminalną przeszłość. Teraz jeszcze brakowało mi, żeby ktoś wyciągnął stare akta Julie Jacobs, dowiedział się o rzymskich wyczynach i położył kres moim poszukiwaniom skarbów.

Nieco później zadzwoniłam do Umberta, by powiadomić go, że bezpiecznie przybyłam na miejsce. Mój ton chyba go zaniepokoił, bo ciągle się dopytywał, co się stało.

– Oj, nic takiego – mruknęłam. – Tylko jeden ważniak w ciuchach od Armaniego dowiedział się, że mam dwa nazwiska.

– Przecież to Włoch – odpowiedział Umberto rozsądnie. – Nie obchodzi go, czy nagięłaś prawo, jeśli nosisz piękne buty. Czy nosisz piękne buty? Włożyłaś te, które ci kazałem? Principessa?

Spojrzałam na moje klapki.

– O matko, no to mam przerąbane.

Tej nocy przyśnił mi się stale powracający sen, którego nie miałam od paru miesięcy, a który towarzyszył mi od dzieciństwa. W tym śnie szłam przez wspaniały zamek z mozaiką na podłogach z katedralnym sklepieniem, podtrzymywanym przez masywne kolumny, otwierałam kolejne złocone drzwi i zastanawiałam się, gdzie się wszyscy podziali. Światło wpadało tylko przez wąskie okna z witrażami, bardzo wysoko nad moją głową, a kolorowe promienie nie rozpraszały mroku w zakamarkach dokoła mnie.

Idąc przez te ogromne komnaty, czułam się jak dziecko zagubione w lesie, a jednocześnie miałam dręczącą świadomość, że gdzieś niedaleko są inni, ale nie chcą mi się pokazać. Gdy stanęłam, usłyszałam ich szepty i szelest. Może snuli się po tych wnętrzach jak duchy, ale nawet jeśli nimi byli, to utknęli tu tak samo jak ja i szukali drogi wyjścia.

Dopiero gdy w liceum przeczytałam Romea i Julię, zrozumiałam, że te niewidzialne demony szepczą fragmenty sztuki – nie tak, jak aktorzy recytujący swe kwestie na scenie, lecz mamrocząc z cichą intensywnością, niczym zaklęcie. Albo klątwę.

I.III

Julia przebudzi się w ciągu trzech godzin.

Ze snu wyrwały mnie dopiero dzwony z bazyliki na placu. Dwie minuty później direttore Rossini zapukał do drzwi, jakby się domyślił, że ten piekielny hałas musiał mnie postawić na nogi.

– Przepraszam! – Nie czekając na zaproszenie, wszedł do pokoju, ciągnąc wielką walizę, którą postawił na pustym podeście na bagaż. – To przyszło do pani wczoraj wieczorem.

– Zaraz! – Puściłam klamkę i nerwowo otuliłam się hotelowym szlafrokiem. – To nie moja walizka.

– Wiem. – Direttore wyjął chusteczkę z kieszonki na piersiach i otarł spocone czoło. – To od contessy Salimbeni. Proszę, zostawiła dla pani liścik.

Przyjęłam karteczkę.

– Co to jest contessa?

– Na ogół nie noszę bagażu – powiadomił mnie direttore Rossini z godnością. – Ale ponieważ tu chodzi o contessę Salimbeni…

– Pożyczyła mi swoje ubrania? – Z niedowierzaniem spojrzałam na krótką wiadomość od Evy Marii. – I buty?

– Dopóki nie przybędzie pani bagaż. Obecnie znajduje się we Frittoli.

Eva Maria powiadamiała mnie wytwornym pismem, że jej ubrania mogą nie pasować na mnie idealnie, ale zawsze to lepsze niż bieganie po mieście nago.

Przeglądając eksponaty z walizki, dziękowałam Bogu, że Janice mnie nie widzi. Nasz dom nie pomieściłby dwóch fashionistek, więc – ku rozpaczy Umberta – postanowiłam wybrać odmienną drogę. W szkole Janice zbierała komplementy od koleżanek, których biblią były kolorowe czasopisma, ja zaś – podziw bywalczyń ciucholandów, którym jednak zabrakło pomysłowości, by kupić to co ja, i odwagi, by to ze sobą zestawić. Owszem, lubiłam ładne ciuszki, ale nie chciałam dać Janice satysfakcji i zdradzić, że obchodzi mnie, jak wyglądam. Cokolwiek bym zrobiła, ona zawsze potrafiła mnie przebić.

Pod koniec liceum miałam ugruntowany image: dmuchawiec na grządce społeczeństwa. Nawet uroczy, ale chwast. Gdy ciocia Rose postawiła na fortepianie nasze zdjęcia z rozdania matur, ze smutnym uśmiechem zauważyła, że pomimo wszystkich ukończonych kursów najlepsze wyniki osiągnęłam w byciu idealną anty-Janice.

Krótko mówiąc, designerskie ubrania Evy Marii były zdecydowanie nie w moim stylu. Ale jakie miałam wyjście? Po rozmowie z Umbertem postanowiłam, że na jakiś czas dam sobie spokój z klapkami i zwrócę nieco większą uwagę na swój wygląd. Jeszcze tego mi brakowało, by doradca finansowy mojej matki, Francesco Maconi, uznał mnie za osobę niegodną zaufania.

I tak zaczęłam przymierzać kolejne stroje Evy Marii, obracając się przed lustrem, aż w końcu znalazłam idealne zestawienie – obcisłą minispódniczkę i marynarkę, jaskrawoczerwoną z czarnymi akcentami – w którym wyglądałam, jakbym właśnie wysiadła z jaguara z czterema idealnie dopasowanymi do siebie walizkami i małą psiną o imieniu Bijoux. A najlepsze było to, że wyglądałam, jakbym mogła pożreć wszelkie ukryte spadki – wraz z doradcami finansowymi – jednym kłapnięciem szczęk. Na śniadanie.

Nawiasem mówiąc, buty też miałam pod kolor.

By dostać się do Palazzo Tolomei, wyjaśnił direttore Rossini, muszę iść albo w górę Via del Paradiso, albo w dół Via della Sapienza. Obie były zamknięte dla ruchu kołowego – jak większość uliczek w centrum Sieny – ale Sapienza może być nieco kłopotliwa, a zatem Paradiso stanowi o wiele bezpieczniejszą trasę.

Na Via della Sapienza fasady domów zdawały się mnie osaczać; wkrótce znalazłam się w labiryncie minionych wieków, kierującym się logiką dawnych obyczajów. Błękitną wstążkę nieba w górze przecinały transparenty, których jaskrawe kolory zdawały się dziwnie wyraziste na tle średniowiecznych murów – lecz gdyby nie one, a od czasu do czasu jakieś suszące się w oknie dżinsy, nic w tym miejscu by nie zdradzało, że żyjemy w nowoczesnych czasach.

Świat poszedł naprzód, ale Sieny to nie obchodziło. Direttore Rossini powiedział mi, że dla sieneńczyków najlepszymi czasami był schyłek średniowiecza, a ten spacer uświadomił mi, że miał rację. Miasto trzymało się uparcie swojej średniowiecznej tożsamości, hardo odrzucając wszystkie atrakcje postępu. Gdzieniegdzie dostrzegało się dotknięcia renesansu, ale ogólnie, jak rzucił z przekąsem dyrektor hotelu, Siena była za mądra, by dać się uwieść urokom historycznych playboyów, tych tak zwanych mistrzów, którzy z domów robili torty.

W rezultacie najpiękniejszą cechą Sieny była jej jednolitość; nawet teraz, gdy świat przestał się nią przejmować, nadal pozostała Sena Vetus Civitas Virginis czy też, w języku zrozumiałym dla mnie: Starą Sieną, Miastem Dziewicy. I tylko z tego powodu, jak oznajmił direttore Rossini, opierając się o kontuar z zielonego marmuru, jest to jedyne miejsce na tej planecie, w którym warto mieszkać.

– A gdzie jeszcze pan mieszkał? – spytałam niewinnie.

– Przez dwa dni w Rzymie – odpowiedział z godnością. – Kto chciałby widzieć więcej? Czy jeśli ugryziesz kęs zgniłego jabłka, jesz dalej?

Z cichych uliczek wyszłam wreszcie na gwarny trakt zamknięty dla ruchu kołowego. Direttore