Strona główna » Obyczajowe i romanse » Kraina najczystszego powietrza

Kraina najczystszego powietrza

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-06-03459-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kraina najczystszego powietrza

Niesamowity literacki fresk rozpisany na chór postaci, których losy układają się w wielobarwną i głęboką opowieść o mieście, świecie, historii i... człowieku.

Powieściowy debiut Carlosa Fuentesa stanowi nie tylko po­czątek jego literackiej drogi, lecz także jeden z jej szczyto­wych momentów. Uznanie dla Krainy najczystszego powietrza było - i jest - tak wielkie, że można by zaryzykować tezę, iż gdyby meksykański pisarz nic więcej już nie napisał, i tak zdobyłby miejsce w podręcznikach historii literatury hispa­noamerykańskiej.

Opisywano Krainę tak: ,,powieść realistyczna, powieść histo­ryczna, powieść idei, powieść poetycka, powieść biograficzna, powieść satyryczna, pochwała hybrydyczności i niedokoń­czenia, triumfalna epopeja porażki i upokorzenia''.

Niektórzy krytycy porównywali ją do murali Diega Rivery: podobny rozmach, skala i wielorakość.

Polecane książki

Zbiór wierszy w większości powstałych na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Własne przeżycia jak i spojrzenie na świat jakże inny niż dzisiejsze czasy....
W Polsce w latach 1939–1956 dokonała się rewolucja społeczna. Okrutna, brutalna, narzucona z zewnątrz, ale jednak rewolucja. Ta rewolucja niesłychanie głęboko przeorała tkankę polskiego społeczeństwa, tworząc warunki do dzisiejszej ekspansji klasy średniej, czyli mieszczaństwa, do najgłębszej być mo...
Dziewięć niezwykłych, wzruszających, a często szokujących opowieści kobiet, które jako 14-15-letnie Łączniczki lub sanitariuszki uczestniczyły w powstaniu warszawskim. Warszawianki, panienki z dobrych domów, uczennice dobrych szkół, patriotki zaangażowane w konspirację AK i Szarych Szeregów, c...
Poznań, czerwiec 1982 r. Milicjanci z Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego pod kierunkiem porucznika Marcinkowskiego nie mają chwili wytchnienia. Muszą ująć sprawców zuchwałego napadu na furgonetkę przewożącą pieniądze. Jednocześnie badają sprawę upozorowanego samobójstwa mężczyzny o nieja...
Nie przyjdę o zmierzchu jest pierwszym tego rodzaju albumem, który przedstawia najważniejsze wiersze poetki oraz okrasza je bogato materiałem fotograficznym z epoki oraz skanami rękopisów wierszy, rysunków, listów „Wielkiej Damy Powstania Warszawskiego”....
  Briana poznała Pascuala Domingueza, argentyńskiego biznesmena, gdy pracowała jako niania u jego przyjaciół. Przeżyli namiętny romans. Pascual poprosił ją o rękę, ale jego rodzina nie zaakceptowała Briany. Zdesperowana dziewczyna porzuciła go kilka dni przed ślubem, zostawiając list. Po powrocie do...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Carlos Fuentes

CHRONOLOGIA

Powieść

Historia

1900

Narodziny Federica Roblesa, syna ‌robotników ‌rolnych, na ‌jednej z hacjend rodziny de ‌Ovando.

Od 1876 ‌roku Porfirio ‌Díaz sprawuje dyktatorską ‌władzę ‌w Meksyku: powstają wielkie ‌latyfundia; krajowe ‌bogactwa naturalne ‌zostają przekazane zagranicznym ‌firmom; represje polityczne i wojskowe.

1905

Gervasio ‌Pola, intelektualista i agitator, ‌oraz Froilán ‌Reyero, kuzyn ‌Roblesa, uczestniczą ‌w strajku w Río Blanco.

Strajk ‌pracowników przemysłu ‌włókienniczego w Río Blanco, pierwszy ‌wybuch niezadowolenia skierowany przeciw ‌dyktaturze. Rewolucja 1905 roku ‌w Rosji.

1909

Rodzice oddają Roblesa do ‌księdza. W kościółku w Morelii uczy ‌się ‌pisać ‌i służyć do mszy. Gervasio ‌Pola uczestniczy ‌w prezydenckiej ‌kampanii ‌Madera.

Francisco ‌I. Madero startuje w wyborach ‌prezydenckich przeciwko ‌Porfiriowi Díazowi. Kryzys ‌bałkański.

1910

Gervasio Pola ‌walczy w szeregach zwolenników Madera.

Reelekcja Díaza. 20 listopada Madero wzywa do walki zbrojnej.

1911

Triumf rewolucji wznieconej przez Madera. Rodzina de Ovando emigruje do Stanów Zjednoczonych.

Armia ludowa zwycięża oddziały Díaza; dyktator ustępuje i uchodzi z kraju. Madero, wybrany na prezydenta, zachowuje aparat wojskowy i administracyjny Díaza i nie wprowadza reform społecznych. Zapata, przywódca chłopskiej partyzantki, walczy o reformę rolną. Wojna turecko-włoska.

1913

Mercedes Zamacona opuszcza szkołę przyklasztorną i wraca na rodzinną hacjendę w Michoacán. Gervasio Pola, uwięziony przez Huertę, ucieka, by kontynuować walkę w szeregach zapatystów. Rodzi się Rodrigo Pola.

Reakcyjny zamach stanu generała Victoriana Huerty. Zabójstwo Madera. Ludowe powstanie przeciwko nowej dyktaturze, dowodzone przez Venustiana Carranzę na północy i Zapatę na południu. Wojna bałkańska.

1914

Ksiądz zabiera Roblesa (będącego już zakrystianem) na hacjendę Zamacony. Ten ucieka, by przyłączyć się do oddziałów rewolucyjnych.

Walka rewolucyjna przeciwko Huercie. Militarne zwycięstwa generała Álvara Obregóna i Pancha Villi. Rewolucjoniści obiecują reformę rolną. Ucieczka Huerty. Obregón okupuje miasto Meksyk. Pierwsza wojna światowa.

1915

Śmierć Francisca de Ovando. Rodzina osiedla się w Paryżu. Robles uczestniczy w kampanii przeciw Villi. Rodzi się Manuel Zamacona.

Zwycięska rewolucja rozpada się na frakcję mieszczańską Carranzy i na frakcje ludowe Villi i Zapaty. Villa zostaje pobity pod Celayą przez generała Obregóna, służącego pod Carranzą. Bitwa pod Ypres. Dardanele, nieudany desant aliantów na półwysep Gallipoli.

1916

Rosenda Pola pracuje w sklepie w mieście Meksyk i uczy Rodriga. Rodzi się Norma Larragoiti.

Triumf frakcji mieszczańskiej: Carranza, Obregón, Calles i de la Huerta. Bitwa pod Verdun.

1917

Robles wkracza do miasta Meksyk z oddziałami Obregóna. Doña Serena Palomo i Pioquinto podążają za cofającym się Villą na północ.

Konstytucja rewolucyjna: reforma rolna, ochrona praw robotników. Odzyskanie złóż surowców. Villa atakuje amerykańskie miasto Columbus. Ekspedycja karna generała Pershinga przeciw Villi. Stany Zjednoczone przystępują do pierwszej wojny światowej. Rewolucja rosyjska.

1918

Rodzi się Hortensia Chacón.

Carranza prezydentem. Druga bitwa nad Marną. Zawieszenie broni.

1919

Zamordowanie Zapaty przez żołnierzy Carranzy. Konferencja wersalska. Republika Weimarska.

1920

Bankructwo i samobójstwo ojca Normy Larragoiti. Dziewczynka zostaje zabrana do miasta Meksyku pod opiekę wujostwa.

Carranza odwleka wdrożenie reformy rolnej. Calles, Obregón i de la Huerta wzniecają rokosz w Agua Prieta. Zabójstwo Carranzy. Briand i Blok Narodowy.

1921

Robles studiuje prawo razem z Libradem Ibarrą.

Obregón prezydentem.Start reformy rolnej. Stany Zjednoczone – z powodu niekorzystnego dla nich 27 artykułu Konstytucji – odmawiają uznania meksykańskiego rządu. Negocjacje ze Stanami ograniczające zakres reformy rolnej. Raymond Poincaré, Warren Harding, kryzys demokracji we Włoszech i faszyści przechodzą do „akcji bezpośredniej”.

1924

Ibarra walczy o reformę rolną. Robles korzysta na wyprzedaży ziem zrujnowanych przez rewolucję rodzin. Rodzi się Beniamin de Ovando. Rodrigo Pola idzie do szkoły z Robertem Régulesem.

Calles i de la Huerta kłócą się o sukcesję po Obregónie. De la Huerta buntuje się i zostaje wygnany. Calles jako prezydent reorganizuje krajową gospodarkę. Wdraża politykę rozwoju komunikacji, buduje szkoły i zapory wodne. Stany Zjednoczone blokują nacjonalizację meksykańskich złóż naturalnych. Mussolini na czele faszystowskich Włoch. Hitler zwolniony przedterminowo z więzienia po nieudanym puczu w Monachium. Śmierć Lenina.

1928

Rodrigo Pola w szkole średniej. Ibarra adwokatem doradzającym lewicowym związkom zawodowym.

Kler odrzuca rewolucyjne prawodawstwo. Rebelia cris-teros, przeciwników laicyzacji państwa. Zabójstwo Serrana, kandydata opozycji. Obregón wybrany ponownie, potem zamordowany przez katolika. Pierwszy plan pięcioletni ZSRR. Trocki na wygnaniu w Ałma Acie.

1929

Robles wiąże się z ludźmi zarabiającymi na kasynach. Ibarra trafia do więzienia za agitację związkową.

Calles, jako Naczelny Wódz, rządzi poprzez nominalnych prezydentów i coraz bardziej zbliża się do Stanów Zjednoczonych (Morrow ambasadorem). Korupcja rewolucjonistów, spragnionych szybkiego wzbogacenia się. Kryzys gospodarczy w Stanach Zjednoczonych.

1933

Hitler przejmuje władzę w Niemczech; Roosevelt i New Deal.

1934

Ibarra wychodzi z więzienia. Robles zbija fortunę na nieruchomościach.

Cárdenas prezydentem. Calles myśli, że będzie jego kolejną marionetką. Cárdenas wypędza go z kraju i nadaje nowy impuls rewolucji: reforma rolna, organizacje robotnicze i chłopskie, masowa edukacja.

1935

Rodzina de Ovando wraca do Meksyku. Robles adwokatem i doradcą amerykańskich firm. Zaręczyny Rodriga i Normy. Rodrigo opuszcza matkę.

Reforma rolna tworzy wewnętrzny rynek; migracje ze wsi do miast, gdzie rolnicy stają się robotnikami albo lumpenproletariatem. Ugruntowanie dyktatury Stalina w ZSRR; włoska inwazja na Etiopię.

1938

Robles i przywódca związkowy Feliciano Sánchez. Ibarra pracuje na rzecz edukacji ludowej na wsi. Norma i dolce vita.

Cárdenas wypowiada wojnę lokalnym kacykom i nacjonalizuje ropę. Anszlus Austrii. Trwa hiszpańska wojna domowa. Układ monachijski. Odstąpienie Niemcom Sudetów.

1940

Ślub Roblesa i Normy.

Ávila Camacho prezydentem, polityka skręca w prawo. Mieszczaństwo zyskuje na rewolucyjnych reformach i zmienia się w „nową klasę”. Zabójstwo Trockiego w Meksyku. Trwa druga wojna światowa.

1946–1952

Zasadnicza akcja powieści.

Miguel Alemán prezydentem. Meksykańska burżuazja u władzy.

Postaci

R o d z i n a   d e   O v a n d o 

Francisco de Ovando, właściciel ziemski, wyemigrował po wybuchu Rewolucji.

Lorenza de Ovando, jego żona.

Joaquín de Ovando, ich syn.

Fernanda de Ovando, żona Joaquína.

Beniamin de Ovando, syn Joaquína i Fernandy.

Lucas de Ovando, bratanek don Francisca.

Angélica de Ovando, jego żona.

Pimpinela de Ovando, córka Lucasa i Angéliki; wychodzi za Rodriga Polę w 1951 roku.

R o d z i n a   Z a m a c o n a 

Ojciec Agustín Zamacona, ksiądz z Morelii.

Ana María Zamacona, właścicielka niewielkiej hacjendy w pobliżu Uruapan.

Ernestina Zamacona, jej starsza córka.

Kapitan Felipe Zamacona, syn Any Maríi, oficer najpierw na służbie u Huerty, potem u Carranzy.

Mercedes Zamacona, młodsza córka Any Maríi.

Manuel Zamacona, młodszy syn Any Maríi.

Manuel Zamacona, jedyny syn Mercedes.

 R o d z i n a   P o l a

Gervasio Pola, oficer w rewolucji z 1910 roku.

Rosenda Zubarán de Pola, jego żona.

Rodrigo Pola, syn Gervasia i Rosendy, narzeczony Normy Larragoiti, mąż Pimpineli de Ovando.

B u r ż u a z j a

Federico Robles, syn z chłopskiej rodziny pracującej na jednej z hacjend należących do rodziny de Ovando, żołnierz rewolucji, adwokat i doradca zagranicznych firm, bankier. Pierwsze małżeństwo z Normą Larragoiti, a drugie z Hortensią Chacón.

Norma Larragoiti de Robles, pierwsza żona Roblesa.

Roberto Régules, finansista.

Silvia Régules, jego żona.

Betina Régules, ich córka.

Jaime Ceballos, młody adwokat, narzeczony Betiny.

Juan Felipe Couto, poufny doradca i spekulant.

Don Jenaro Arriaga, bankier i spekulant.

O s o b y   d r u g i e g o   p l a n u

Junior, syn milionerów.

Pichi, studiuje filozofię.

Bobó Gutiérrez, rentier, organizator imprez.

Pedro Caseaux, gracz w polo, kochanek Silvii Régules.

Charlotte García, mistrzyni ceremonii.

Lally, modelka malarzy, muza poetów, kochanka Bobó.

Gus, homoseksualista.

Cuquita, łowczyni spadków.

Gloria Balceta, żona dyplomaty.

Paco Delquinto, miejscowy naśladowca Hemingwaya.

Juliette, miejscowa naśladowczyni Juliette Greco.

Chicho, stręczyciel.

Lopitos, sekretarz polityków.

O b c o k r a j o w c y 

Książę Vampa, włoski kucharz udający arystokratę.

Dardo Moratto, argentyński pisarz, były sekretarz Victorii Ocampo i korektor tekstów Jorge Luisa Borgesa.

Natasza, dawna śpiewaczka kabaretowa w Sankt Petersburgu, Paryżu i Berlinie. Wykonywała premierowo kilka piosenek Kurta Weilla.

Contessa Aspacúccoli, z drobnej niemieckiej szlachty.

Hrabia Lemini, urodzony jako Thomas Schwartz, teksański awanturnik, który zbił majątek na meksykańskich złożach siarki.

Flavio Milós, południowoamerykański poeta imaginista, z czasem przyćmiony przez Pabla Nerudę.

Soapy Ainsworth, Amerykanka, spadkobierczyni sieci sklepów chemicznych.

Pinky, serbski książę, kuzyn trzeciego stopnia króla Aleksandra, zamordowanego w Marsylii.

Simón Evrahim, producent filmowy syryjsko-libańskiego pochodzenia.

I n t e l i g e n c i 

Estévez, propagator Heideggera w Meksyku.

Bernardo Supratous, dyletant, autor wierszy naśladujących styl e. e. cummingsa.

López Wilson, marksista.

Luis Pineda, wydawca pism satyryczno-literackich, później konsul meksykański w Porto.

Pablo Berea, poeta, później wyższy urzędnik.

Jesús de Olmos, poeta i dziennikarz.

Ramón Frías, poeta, później ambasador.

Jorge Taillién, poeta i antropolog.

Roberto Ladeira, poeta, autor dzieł rozproszonych; popełnił samobójstwo w 1939 roku.

Tomás Mediana, poeta, zmarł tragicznie w 1950 roku.

Chino Taboada, reżyser.

L u d 

Gladys García, dama do towarzystwa w kabaretach.

Juan Morales, taksówkarz.

Rosa Morales, jego żona.

Pepe, Juan i Jorge Morales, ich dzieci.

Pioquinto, strażnik.

Magdalena, jego żona.

Fidelio, ich syn, kelner.

Gabriel, ich syn, robotnik i emigrant.

Pepa, ich córka, bezrobotna.

Doña Serena, markietanka, niegdyś w oddziałach Pancha Villi.

Palomo, eksporucznik w Północnej Dywizji.

Beto, taksówkarz.

Tuno, robotnik.

Fifo, bezrobotny.

Hortensia Chacón, maszynistka, druga żona Federica Roblesa.

Donaciano, biurokrata, pierwszy mąż Hortensii Chacón.

R e w o l u c j o n i ś c i 

Froilán Reyero, kuzyn Federica Roblesa, organizator strajku w Río Blanco.

Pedro Ríos, żołnierz Madera.

Sindulfo Mazotl, żołnierz Zapaty.

Generał Inés Llanos, zwolennik Zapaty, opuszcza go, by przyłączyć się do dyktatora Huerty.

Librado Ibarra, adwokat związkowy.

Feliciano Sánchez, przywódca robotniczy.

S t r a ż n i c y 

Ixca Cienfuegos

Teódula Moctezuma

przełożył Tomasz Pindel

1

Nazywam się Ixca Cienfuegos. Urodziłem się i mieszkam w Meksyku. To nic takiego. W Meksyku nie ma tragedii. Wszystko staje się zniewagą. Zniewagą jest krew, która mnie kłuje jak kolec agawy. Zniewagą jest mój przerażający paraliż, od którego każda jutrzenka plami się skrzepem. I moje odwieczne salto mortale do następnego jutra. Gra, działanie, wiara – dzień po dniu, w godzinie nagrody i w godzinie kary, widzę swoją ciemną skórę i wiem, że gra, działanie, wiara są mi wzbronione na dole, na dole, na dnie doliny, kołyski meksykańskiego świata. Karzełek z Anáhuac1 nierozgniatający winogron-serc, gardzi napojem, balsamem ziemi, jej winem, jej szpikiem, nie ugania się za radosnym trofeum, poluje na siebie samego, w czarnej mazi udręczonych kamieni i w matowych oczach jadeitu. Na kolanach, w cierniowej koronie z opuncji, biczowany swoją własną ręką (naszą ręką). Jego taniec (nasz taniec) przerwany dzirytem zdobnym w pióra albo zderzakiem ciężarówki; ginie w kwietnej wojnie2, w bójce pod piwiarnią, w godzinie prawdy, jedynej godzinie, która przychodzi punktualnie. Poeta bez sentymentów, artysta męki, ugrzeczniony grubianin, szczery obłudnik, gubi się gdzieś moja bełkotliwa modlitwa, bzdura, głupstwo, igraszka. Maltretowany, ja – zawsze bardziej od innych, och, moja klęska. Moja klęska, z której nie potrafię zwierzyć się nikomu, każe stanąć wobec nieprzychylnych mi bóstw, żądających spowiedzi absolutnej, muszę przed nimi się wywnętrzać, żeby mogli dobrze poznać mnie i moich bliźnich. Och, oblicze klęski, nieznośne oblicze krwawego złota i wypalonej ziemi, rozdzierającej muzyki i skłóconych kolorów. Wojownik w próżni, odziany w pancerz fanfaronady; w moich skroniach tłucze się szloch, ale nie przestaję uganiać się za słodyczami: ojczyzną, clitoris, czaszką z cukru, pyszałkowatą przyśpiewką, mimesis uwięzionej bestii. Życie za czyimiś plecami, z lękiem, żeby się samemu tyłem nie obrócić, ciało roztrzaskane, w odpryskach, ze skargą wyobcowania, oślepłe wobec napaści. Zew wolności gubi się w sieci kręgów, bez kręgosłupa. Maczamy pędzle w swych szczątkach i zasiadamy na skraju drogi, by oddawać się igraszkom z kolorami. Umarły przy urodzeniu, spaliłeś za sobą mosty, by inni mogli z twego ścierwa sfabrykować epopeję; żywy po śmierci, pogrzebałeś słowo, które mogłoby nasze języki pogodzić podobieństwami. Zatrzymałeś się w ostatnim blasku słońca; potem twoje wydrążone ciało wypełniło się triumfem ponad miarę, twoje ciało nieruchome, materialne, utytułowane, udekorowane. W jazgocie silników i szaf grających łowię echa dudnienia bębnów wśród kłębowisk obsypanych kosztownościami gadów. Węże, gady historyczne, śpią w swoich urnach. W twoich oczach lśni sfora tropikalnych słońc. W twoim ciele tkwi kolczasta obręcz. Weź się w garść, bracie! Wysuń pazury, naostrz nóż, nie potakuj, nie gadaj, nie współczuj, nie patrz. Pozwól oddalić się całej swojej nostalgii, wszystkim tym przykrym drobiazgom, zaczynaj codziennie od nowa, od porodu. I odzyskaj swój płomień, kiedy cicho, niepostrzeżenie trącane, zabrzęczą struny gitary, kiedy zagra uliczna katarynka, kiedy poczujesz, że otoczyły cię wszystkie twoje wspomnienia i że widzisz je jasno. Odzyskaj tylko swój płomień. Twoi bohaterowie nie powrócą, aby ci pomóc. Przybyłeś, nieświadom tego, żeby spotkać się ze mną tutaj, na tym płaskowyżu żałobnych klejnotów. Tu żyjemy, na ulicach krzyżują się nasze zapachy – potu i paczuli, świeżej cegły i gazu ziemnego, nasze ciała bezużyteczne i napięte, ale – nigdy – nasze spojrzenia. Nigdy nie przyklękliśmy razem, ty i ja, żeby przyjąć tę samą komunię, razem darci na strzępy, razem stworzeni, umieramy samotnie, jeden daleko od drugiego. Tutaj się zapadliśmy. Co mamy robić? Zaczekamy, mój stary. Może któregoś dnia moje palce dotkną twoich rąk. Chodź, spuść się razem ze mną w księżycową bliznę naszego miasta, miasta – kloaki ścieków, miasta – zwierciadła oparów i mineralnego szronu, miasta świadomego naszej niepamięci, miasta mięsożernych urwistych głazów, miasta zastygłego bólu, miasta niezmierzonej lapidarności, miasta zatrzymanego słońca, miasta wielkich susz, miasta powolnego ognia, miasta z wodą po szyję, miasta łajdackiego letargu, miasta z siecią czarnych nerwów, miasta trzech pępków, miasta nieszczerego śmiechu, miasta stęchłych odorów, miasta zawieszonego między niebem a robactwem, starego miasta w światłach, stare miasto w swej kolebce złowróżbnych ptaków, nowe miasto w sąsiedztwie rzeźbionego pyłu, miasto na skraju gigantycznego nieba, miasto ciemnej politury i klejnotów, miasto lśniącego błota, miasto trzewi i strun, miasto wymuszonej klęski (tej, której nie możemy wywlec na światło dzienne, porażki sekretnej), miasto pokornych targowisk, miąższ bukłaka, miasto – zwierciadło furii, miasto spodziewanej porażki, miasto w zamęcie kopuł, miasto wodopój dla zeskorupiałych z pragnienia, ponurych gąb twoich braci, miasto amnezji, zmartwychwstanie dzieciństwa, ucieleśnione pióro, pieskie miasto, wygłodniałe miasto, arcymieścina, miasto pogrzebanego trądu i cholery, miasto. Opuncja rozżarzona. Orzeł bez skrzydeł. Wąż gwiezdny. Tutaj wyznaczył nam miejsce. Nic na to nie poradzimy. Tu, w krainie najczystszego powietrza.

GLADYS GARCÍA

– Och!

Sprzątacz klepnął ją w pośladek i Gladys wdychała już chłód poranka. Ostatnim spojrzeniem obrzuciła szare lustro, szklanki zamienione w popielniczki, wszystko pod stertami niedopałków. Chupamirto poziewał nad bębnem bongo. Cytrynowe światła pogasły, przywracając matowość palmom. Ulicą, między kałużami, przemykał się kot, o źrenicach jak noże minionej nocy. Gladys ściągnęła pantofle, odpoczęła chwilę, zapaliła ostatniego (małe pulchne usteczka, zęby w złotej otoczce) papierosa, na każdy kwadrans przypadał jeden. Na ulicy Guerrero trochę już obeschło i mogła obuć się znowu. Przecznicą Bucareli przemknęły ze skrzypieniem pierwsze rowery, nie rzucając cienia, i już zaraz ruszyło parę tramwajów. Aleja przypominała róg obfitości dla śmieciarza: zwitki porzuconych gazet, odpadki z chińskich restauracji, zdechłe psy, starowina skamieniała w bezruchu nad jakąś puszką, dzieci śpiące w gniazdku z gazet i plakatów. Wszystko skąpane w świetle najwyższej z gromnic. Od Caballito3 do rezydencji Doctores rozciągała się asfaltowa trumna, smutna jak rozpostarta ręka. Tylko zmartwychwstanie mogłoby przywrócić pulsowanie krwi i serce w tym zaklętym kręgu. W perspektywie Karol IV i jego świta ze skarlałych neonów.

LOTONAL W CZTERECH PIĄTYCH RĘCZYMY ZA TWOJĄ WHISKY AND SODA GOODRICH

WHISKY AND SODA GOODRICH

Gladys nie mogła wdawać się w rozmowy o smażeninie ani o papierowych czapkach krzykliwych gazeciarzy i ich brzuchatych dziewuch, wszystko to nie stanowiło dla niej tematu, bo nie znała dnia ani powietrza, które powłoką szarości i kurzu przegryzało powoli nowoczesne zwaliska tej ogromnej mieściny. Szła samotnie, jej ciało, jak prażoną kukurydzę w liściu bananowca, spowijała fioletowa satyna, obła figurka osadzona była na patykowatych nóżkach z płaskimi stopami. Rozdziawiła usta na całą szerokość, by podłubać w złotych zębach, cielęce spojrzenie oczek jak czarne jagody. Co za nuda tak wędrować samotnie aleją Bucareli o szóstej piętnaście! Nuciła szlagiery grubego pianisty z „Bali-Hai”, kobieto, boska kobieto śpiewał mi Beto tę piosenkę, taksówkarz, ten sam, co swoim pudłem woził mnie na spacer, gnaliśmy jak wiatr po ulicach, a Beto był chłop niczego i jaki figlarz!

„Mała, tyś mnie porwała”, powtarzał;

„– Laleczka sama?

– Mogę być z tobą. Mam wsiąść?”

nawet Chupamirto go znał i przedrzeźniał, wyśpiewując do mikrofonu, jestem taksówkarz, tak czy nie, taksówkarz

„– Fajna jesteś, malutka, nie ma co. O-ho-ho, diabła masz za skórą, ale tańcuje

– Nie podpalaj się, kotku

– Też mi mniszka…

– Co ty ze mną robisz, och”

tak czy nie, taksówkarz, a żartowniś jak nikt inny, ależ mi się podobał, do twarzy mu było w tym kanarkowym swetrzysku

„– Nikt cię w szkole nie nazywał świnką?

– W szkole? Chyba żartujesz.

– Łaził za mną wiecznie jeden facet, kolos, nazywał się Mayeya, miałem go po dziurki w nosie. Byłem wtedy mały, cherlawy, a ten drań targał mnie za uszy. Aż kiedyś wykończyłem faceta, co wyglądał jak bliźniak tamtego. Posadzili mnie do mamra na dwa lata. Zobaczyłabyś go teraz. Kiedy mnie spotka, uśmiecha się parszywie, wiem, że to nie jest uśmiech przyjaciela. Jeszcze i teraz nie mam przyjaciół. Sama wiesz, jak to jest, wysiądzie taki, nie zapłaci i jeszcze wyzwie od mamusi. Dobrze, jak tylko cię zelży. Co gorsze, jak myślisz? Czy umrzeć na swoim łóżku? A może lepiej, jak napatoczy się facet i chrześcijańską ręką pomoże ci znaleźć się na tamtym świecie? Po co komu robić taką przysługę? Jeszcze słóweczko”.

I już mówił dalej, a to, co mówił, nie wyglądało na blagę.

„– Miałbym już dawno dość wszystkiego, gdyby nie dziewczynki i te rzeczy. Co dzień mnie ciągnie na takie tańce. Rozkoszne lalalalaaa, lalala. Co chcesz… Zrobili ze mnie nic dobrego…”.

Z nami wszystkimi tak bywa. Bruneci wolą blondynki, dlatego tamta jej go zabrała. Beto. A teraz przychodzi do niej co piątek zasuszony cherlak. Staruszek, któremu cuchnie z ust. Maniery wyższego urzędnika jakiegoś ministerstwa. Jedyny, który daje jej zarobić. Obejmuje ją w talii i skrzeczy: Brązowa rasa, dobra rasa dziwek! A potem opowiada jej kawały z brodą, jak to w każdy piątek żona daje mu wychodne. Ale to zupełnie co innego niż z Beto.

„– Podoba ci się show w «Bali-Hai»?

– Diabelnie, psiakość, ty mi się podobasz…

– Przychodź częściej. Przynajmniej raz w tygodniu. Jeśli masz ochotę, oczywiście.

– Już ci mówiłem, że co piątek zwiewam mojej starej. Zobaczysz, jak pięknie będziemy spędzali nasze piątki…”.

Tu przyszła na świat Gladys, w pustych pałacach płaskowyżu, w wielkim mieście – basenie pełnym czadu, rozrastającym się jak bezwstydny parch. Pewnego dnia kilku gaczupinów4 zawiozło ją do Cuernavaki. Wóz zepsuł się w Tlalpán. Nie widziała dotąd ani gór, ani morza i nagle zobaczyła kiełki jaramago, flirt morza i piasku, poznała twardość owocu niespliku, elementarne piękno… morze, ty śliczne śliczności… Przykuta do tego betonu i dymu gromadzi królewskie odpadki. Oczy zamknięte, wciąż zamknięte. Wyczerpana dotarła wreszcie do rezydencji Doctores. Zapaliła nocną lampkę. Ty jesteś bogata, a my biedni, masz wszystko, a my nic, a przecież jesteś Matką Miłosierdzia! la jicotera no tiene cintura5 i położyła się. Osły? Talony, talony, spadające bezgłośnie na stół. Dziesięć pesos. Nie zarabiała już tyle co dawniej. Klienci stawali się coraz bardziej skąpi. Stara? Trzydzieści lat. Do niczego? Niech powie Beto. Po raz pierwszy zdarzyło się jej pomyśleć, co się stanie, kiedy nie będzie mogła zarabiać w „Bali-Hai”. Jak zarobić na życie? Jutro pójdą do sklepu. Zapytam, ile płacą sprzedawczyni. Wyobraziła to sobie. Liliana pożyczy jej lisa, a jak nie, to weźmie swojego królika. Gdzie są perfumy, które dali jej przy wejściu do kina? Pokłady szminki, nie ma nic szpetniejszego niż zarozumiała mina idiotki-turystki… Talony, talony, la cucaracha no pué caminá6 jak karaluch przylepiona do zimnej ściany, w świetle nocnej lampki, traci czucie w nogach, a brzuch staje się wielki, coraz większy łaskiś pełna, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławion owoc żywota Twojego Jezus. Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko.

Z domu mody wyszła na ulicę. Deszcz lunął rzęsisty, mieszając się z szarością budynków. Miejski deszcz. Skażony wyziewami. Pozostawia plamy na ścianach. Nie przenika w głąb ziemi. Deszcz mineralny, bezład spuszczonych głów, ujarzmionych przez siny kocioł nieba, głów pochylonych, mokrych od deszczu i brylantyny. Fontanny meksykańskiego nieba, czekanie w rozpaczliwej ciszy, czekanie pod murem, ludzie pod ścianami jak skazańcy, salwa nie następuje; w deszczu ciała kościste i otłuszczone, przesiąkłe oparem benzyny i asfaltu, jednominutowe mumie w tym deszczu. Pod deszczem: rozmazane napisy, drzemka kamieni, miasto jak okaleczona chmura, odór skóry i zarostu, jajecznicy na wędzonce, zielonych płacht, ciche mruczando kół, urywki pieśni; niebo otwierało się bez przerwy, choć ani asfalt, ani Meksykanie o to nie prosili: niech walczy kurz z deszczem, niech wiatr gryzie twarze, niech sobie czeka ten i ów, przyciśnięty do ściany, jakby skąpany w zupie, proste wąsy, oczy szkliste, przemoczone stopy, wciśnięty w swoją niechlujną powłokę, cuchnącą i cherlawą, znaczoną plagami katarakt i furunkułów, uśpiony w niszy jak wieczny idol, w kucki, pod murem udręczonym samotnością, rozgrzebujący śmietniki w poszukiwaniu czegoś do ogryzania, niech czeka rasa nietoperzy. Niech sobie tam czeka, bliżej wilgotnego źródła, bliżej zaułków, deszcz w zaułkach, wszystkie małe suche kaszelki, samotni niech obejmują się pod deszczem! Jeden uścisk od wszystkich, kiedy profile odcinające się od pociemniałego tła mówią: ty tutaj, oni tam. Gladys połykała krople spadające z nosa. Tusz spływał jej po policzkach jak nocne łzy. Królik cuchnął. Gladys zatrzymała się i wyciągnęła rękę.

(– Ale głupio, no nie? Przypatrzcie się. Tak wygląda ta, co ma do czynienia ze snobami. Do diabła. Która godzina? Szósta. Otwierają o dziewiątej. I leje jak z cebra).

Zachlapiesz się, malutka! – motor przyhamował tuż obok. Otwierała się noc, jej noc, dana jej od aniołów, podarunek pustki. Kiedy Gladys szła aleją Juáreza, miasto wydawało woń gazu. Gdzież są ci inni ludzie, których się kocha? Nie ma tu dla niej wygrzanego domu, gdzie znalazłaby przytułek, ona i tamci? Jej ludzie…

stary był ptasznikiem, o świcie wychodził chwytać ptaki, matka wtedy parzyła kawę z dodatkiem tequili, a my porządkowaliśmy klatki. Przy moście Nonoalco. Dali mi imię Gaudencia. Bo urodziłam się dwudziestego drugiego stycznia. Blacha nagrzewała się latem do białości, paliła, wszystkim grzała krew. Na jednym barłogu starzy z najmłodszym smarkaczem. Na drugim ja z braćmi. Nie zdawałam sobie sprawy i nigdy się nie dowiem, który z nich mi zrobił to najgorsze. Ale blachy były gorące, wszyscy byliśmy tacy rozpaleni, tacy głupi. Miałam trzynaście lat. Tak właśnie się zaczyna. A potem już się na to nie zwraca uwagi.

Naprzeciwko hotelu Prado natknęła się na grupę wysokich mężczyzn i jasnowłosych kobiet, obsypanych biżuterią, z papierosami w cygarniczkach. Nie byli to gringowie7, mówili po hiszpańsku…

– Pośpiesz się, Pichi, zaraz złapiemy taksówkę.

– Idę, chéri. Tylko poprawię woalkę.

– Norma, zobaczymy się w domu Bobó. Nie spóźnij się, nawet na orgiach obowiązuje brytyjska punktualność.

– A poza tym jak tylko zjawia się chór bachantek, ta kreatura Bobó zamienia veuve cliquot na rum negrita.

– Ciao, kotku.

– Bye, bye.

i podobni byli bóstwom, wznosząc się jak posągi, tu, na chodniku, ponad smagłym tłumem innych, co tam innych! ponad nią, która zlewała się z nimi, nieświadoma, siostra sprzedawców taniochy i biletów loteryjnych, wrzaskliwych gazeciarzy, żebraków i taksówkarzy, tłumu kaftanów poplamionych oliwą, szali rebozos, sztruksowych spodni, starych drepczących aleją sandałów. Ale dwa kroki dalej, na kiermaszu, gdzie były torby z krokodylej skóry i ocukrzone orzeszki ziemne, wydała dwa pesos na aluminiową cygarniczkę.

TAM, GDZIE JEST PĘPEK KSIĘŻYCA

Junior paplał jak katarynka, dziobiąc spojrzeniem prawą pierś Pichi. W ten deszczowy wieczór taksówka okazała się pojazdem mało skutecznym w wymijaniu dziur i przy każdym podskoku karoserii Junior nacierał na Pichi, ta spoglądała w lewo i zerkała na zegarek.

– Zobaczysz, jakie szałowe zabawy urządza Bobó. Będą tam poeta Manuel Zamacona, egzystencjalistyczny filozof Estévez, niezwykły Książę Vampa – bohater płaszcza i szpady, znana w świecie Charlotte García, tłum arystokratów, malarzy i najróżniejszych osobistości, cały Meksyk. Bobó nagle gasi i zapala światło, nie gorszy się, kiedy ktoś z kimś zamyka się w jego pokoju, wszyscy tam znają smak życia. Mój papa jest fantastyczny, za każdym razem, kiedy wracam od Bobó, robi o, taką minę i zaczyna ponuro gderać nad swoimi herbatnikami: ,,Hultaje, alkoholicy, narkomani”. Fajnie, no nie? Biedny stary nie potrafi gadać o niczym innym, tylko o swoim majątku. Nudny dorobkiewicz. Ale kiedy wypłaca mi miesięczną pensję, gada jak najęty.

Pichi złożyła rozczochraną główkę pudelka na ramieniu Juniora.

– Jakie to nadzwyczajne! Znasz tylu intelektualistów! Śmietankę na śmietance, jak mówią. Mnie też nie było łatwo się wyzwolić, nie myśl, i gdybym nie chodziła na wykłady z psychologii, mogłabym się nabawić Bóg wie jakich kompleksów. Och, używasz yardleya, świetny zapach…

Taksówka zatrzymała się przed rezydencją – balkony wykładane kolorową mozaiką, wielkie popiersie z lanego szkła – spod dachu wydostawał się brzęk kieliszków.

– Słuchaj – zwrócił się Junior do kierowcy – teraz przywieziesz tu pewną panią. Monte Ararat 3094. Szybko!

– Nie mogę, szefie – odpowiedział zakłopotany kierowca, drapiąc czoło z czerwoną blizną. – Dziś naprawdę nie mogę, innym razem z przyjemnością.

– Jak to nie? Co to za zwyczaje! – irytował się Junior i – widząc się już w bawialni Bobó – pracowicie wyciągał jedwabne mankiety koszuli.

– Nie, doprawdy, nie mogę – bronił się kierowca. – Kiedy indziej. Barrilaco jest diabelnie daleko.

Junior oświetlił zapalniczką wnętrze wozu.

– A więc będzie sprawa Juana Moralesa, numer rejestracyjny 37242. Pomówimy z kierownikiem bazy…

Na twarzy Juana Moralesa pojawił się uśmiech.

– Będzie, co ma być… – i zapalił silnik. Zdusił w sobie chętkę, by na pożegnanie nacisnąć klakson, skrobiąc się w czoło, włączył drugi bieg i zaczął gwizdać.

– Bezczelni, coraz bardziej bezczelni – westchnął Junior i skierował się w stronę windy, ująwszy Pichi za ramię.

– Mały całus, moja śliczna, o, taki malutki, no… Nie bądź niedobra.

– Później, Junior… nie targaj mi woalki. Powiedz, kto jeszcze tam będzie?

– Wszyscy z najlepszych sfer, i Pimpinela, i ,,złota dziewczynka”, mówię ci, Pierrot to kapitalne stworzenie, mówią o niej niedobra dzidzia z dobrego domu, zobaczysz… ach, i niejaki Cienfuegos. Uważaj i trzymaj się od niego z daleka.

Lakierowane drzwi otwarły się na atmosferę gęstą od dymu papierosowego, rozproszonych oparów kadzidła i wykwintnych perfum. Pichi i Junior weszli z uśmiechem, wołając:

– Bobó, Bobó!

– Najmilsi! Chodźcie szukać Odwiecznych Prawd! Znajdziecie tu Indianina z tacą i napojami. Voici, oh, Rimbaud! Le temps des assassins8.

Bobó biegł w podskokach, jego kwiecista kamizelka, swoisty anons gospodarza, uciszała gości. Na małej estradzie obok schodów recytatorka (oczywiście z basenu Morza Karaibskiego) zajęła swoje miejsce z wzrokiem utkwionym w posadzkę, jakby chciała wyczarować z niej artystyczną, literacką reprodukcję uczty Baltazara. Kiedy zapadła cisza, znakomitość, z gwałtownym gestem ciała i falowaniem neohelleńskiej, zdrapowanej pod biustem szaty, wzniosła oczy w niebo.

Ziemianie na mojej ziemi,

Skargi moje wpycham w łono.

Ci, którym wolę wszczepił Darío

I których wolę poskromiono…

Goście dali się ponieść melodii wiersza. Wokół Manuela Zamacony zebrała się jego świta – wianuszek młodzieży i starszych dam, Estévez rozmawiał w kącie z dwiema dziewczynami w okularach, Pierrot Caseaux podtrzymywał konwersację dyskretnym szeptem, wdzięcznie balansując wielkim kielichem koniaku. Charlotte García lekceważącym gestem wymachiwała nad ciastem lornetką na łańcuszku, podczas gdy Gus w towarzystwie Księcia Vampy półgłosem dawał upust swemu niezadowoleniu z powodu nieobecności fotografów na przyjęciu. Silvia i Roberto Régulesowie z zastygłym na twarzach uprzejmym uśmiechem siedzieli nieruchomo na kanapie, jakby uwięzieni między dwoma pociągami, które mijają się w żółwim tempie. Argentyńczyk, humanista Dardo Moratto, przeglądał w bibliotece gospodarza białe kruki. Recytatorka deklamowała cichym głosem, jakby z oddalenia, świadoma dystansu, jaki obowiązuje wytrawnego kawiarnianego pianistę wobec szmeru głosów klienteli. Pichi i Junior znaleźli się przy barku i pocierając sobie nosy, porozumiewawczo mruknęli Hmmm.

– To jeszcze nie wszystko – powiedział, zbliżywszy się do nich Bobó. – Poczekajcie, aż przyjedzie Lally ze swoimi perkusistami. To będzie gwóźdź programu.

Ixca Cienfuegos wszedł do salonu i zatrzymał się, zapalając papierosa

przede wszystkim dać się ponieść tej fali, nie zadawać pytań, nie rozróżniać twarzy, dać się prowadzić zgiełkowi i cieniom, pustym plamom. Zmiana świateł. Żółte. Do twarzy im w tym kolorze. Bobó powinien zainstalować jeszcze promienie X. Czyżby miał trudności z zakupem aparatu Roentgena? Zwierciadła. Plamy powielane nieskończoną ilość razy. Światła, plecy, talie, po tylekroć golone pachy, wszechobecność seksu, technika wypuszczania dymu, dać się ponieść, zaduch… ciała i wonie, nie sposób się ich pozbyć, można je tylko uczynić mniej lub bardziej wytwornymi. Te ciała nie są wytworne, raczej wyrafinowane, a ich zapach agresywny, arystokratyczny. Twarze, teraz tylko twarze. Trzeba dać się ponieść. Zapomnieć o sobie samym, kluczem szczęścia jest zapomnienie, trzeba trzymać się na wodzy, ujarzmiać innych

Reprodukcje na ścianach – szkarłat, sjena, kobalt – naśladują wypukłości faktury. Chagall, Boccioni, Miró. I jedyny oryginał Juana Soriano, niebieskie bawoły i żółty piasek. Na podłodze idole, u stóp futurystycznego cyklisty otwarta rana skarłowaciałej bogini Coatlicue. Jakaś pnąca roślina i cyneraria pod oszklonymi drzwiami ogromnego balkonu, a między butelkami baru obwieszonego ludową ceramiką wycięta z „Esquire” Amerykanka, nylonowe ciało, spojrzenie słodkiej świnki. Manuel Zamacona, półleżąc na kanapce, gładził potarganą czuprynę. Jego grecki profil kontrastował z potężnymi, obwisłymi policzkami, z ust wydobywały mu się nieprzerwanie kłęby dymu, wypuszczał je powoli i z namaszczeniem. Czynność ta pochłaniała uwagę akolitów – młodych pisarzy, których ściągnęło tu potpourristyczne szaleństwo Bobó i wymalowanych starych damulek, które pewnego razu dały się uwieść wielkiemu Barbie Jacobowi9 – i koncentrowała ją na tej części twarzy, którą Zamacona uważał za bardziej foremną.

– Oto czego poeta nie może teraz negować – swojej życiowej misji nazywania po imieniu chleba i wina, zakładając naturalnie, że ma on pełną świadomość, czym jest chleb i wino. Wówczas może iść dalej, docierać do sedna rzeczy i opanować je, a więc przestanie być ich niewolnikiem…

– Ale poeta jest przede wszystkim człowiekiem nazywającym rzeczy – odezwał się pewien zezujący młodzieniec.

– Tak, jeśli nie poprzedza swych „nazw” inicjałami United Press. A zatem, przy założeniu, że nasza epoka historyczna jest trudna do zrozumienia, znaczyłoby, że poezja dzisiejsza – jako mało zrozumiała – miałaby z naszą epoką stopić się w jedno i wreszcie razem z nią zniknąć?

– Och, święte słowa…

– Duma, panie Zamacona, oto co trzeba…

– Właśnie, trzeba mieć dumę. Panowie rozprawiacie wciąż o imperializmie jankesów. Pytam więc, czy deprecjonując nasze słowa, a zatem i naszą wyobraźnię, nie wspomagamy go przypadkiem, i czy na odwrót, starając się – z tą najpokorniejszą na świecie dumą – nadawać ekspresję naszym słowom i naszej wyobraźni, nie jesteśmy bardziej ludźmi i bardziej Meksykanami?

– Walka z imperializmem musi być bezpośrednia, musi dotrzeć do ludu…

– Proszę mi nie zasłaniać oczu słowem „lud”. Jak pan sądzi, ale proszę o szczerość, co będzie bardziej zrozumiałe dla ludu: „Wracam do ciebie, samotności, pusta wodo, wodo mego odbicia, martwa wodo” czy „Wielki Ojcze Stalinie, ostojo robotnika”? A poza tym proszę nie mieszać dwóch różnych spraw. Wasza walka, przyjacielu, przeciwko imperializmowi, jest godna najwyższego uznania, ale musi być skuteczna, z imperializmem walczy się na odcinku jego interesów, pisanie socrealistycznych kupletów to żaden oręż. A tak naprawdę to co pana interesuje bardziej, skuteczna walka z imperializmem czy też samozadowolenie, a może przekonanie, że jako głosiciel dobra i sprawiedliwości jest pan powołany do wytykania i karania złych jednostek?

Młodzian z wadą wzroku wstał gwałtownie, obsypując popiołem stare damy:

– Dekadent, sprzedawczyk, zapowietrzony purysta! Ile panu płacą w Departamencie Stanu?

Manuel Zamacona spokojnie zaciągnął się dymem:

– Nawet od błazna wymaga się szczypty uczciwości i wyobraźni.

Federico Robles nacisnął guzik.

– Słucham pana – stęknął ochrypły głos sekretarki.

Robles, pochylony nad biurkiem, muskając kciukiem jedwabny krawat, przykleił usta do mikrofonu.

– Proszę wezwać tych ze Spółki na sobotę, godzina dziesiąta. Porządek dzienny: transfer kapitału Librado Ibarry. Punkt dziesiąta. Jeśli Ibarra znów zadzwoni, zechce pani przełączyć. To wszystko.

– Dobrze, panie dyrektorze.

Równocześnie z pyknięciem w aparacie Robles podniósł się ze skórzanego fotela. W mahoniowych ścianach gabinetu, między kobiercami, przypomnieniem czasu było miarowe tykanie zegara. Dziewiąta wieczór. Federico Robles obserwował swoje niesamowite odbicie w oknie. Jego oblicze jaśniało jak popiersie Generała Díaza. Widział się w blasku splendoru. Przesunął paznokciem po tuszującej wydatny brzuch klapie marynarki. Z przyjemnością obrzucił wzrokiem wypolerowane paznokcie. Zadźwięczał aparat.

– Dzwoni pan Librado Ibarra, proszę pana.

– Proszę łączyć.

Robles przymknął oczy. Proszę łączyć. Librado Ibarra. Wyobraził sobie nagle: trzy tysiące pesos wkładu. Mysia szarość ubrania. Nieodłączny odór taniej kuchni. Łysina, marne włosięta zaczesane „na pożyczki”. Wyłupiaste, pokorne oczka. Czy coś jeszcze? Tak… Nie… to wszystko, to wszystko

– Proszę łączyć… Co nowego, Ibarra? Jak noga? To w porządku. Nie, nie było mnie w biurze. Nie powiedzieli panu? Czym mogę służyć?

noga w trybach maszyny, maszyna nie przestaje pracować, dławi się, łapczywie żuje obce ciało starca, wystawione na żer stalowych trybów

– Tak, oczywiście. Przykro mi, nie mogłem odwiedzić pana w szpitalu. Zdaje pan sobie chyba sprawę, że poza tą maleńką spółką prowadzę inne, większe… Nie, nikt nie zostawił dla pana wiadomości. Oczywiście, zrobimy to dla pana

trzy tysiące pesos wkładu, spółka akcyjna, dwudziestu trzech udziałowców, starzec w wyszmelcowanym ubraniu dogląda maszyny i patrzy robotnikom na ręce, żeby nie kantowali

– Jak to, panie Ibarra? Wypadek przy pracy? O czym pan mówi? Niechże pan nie robi ze mnie idioty!

Spółka z Ograniczoną Odpowiedzialnością, Ska z Ogr. Odp.

– Nie, przyjacielu. Od początku do końca jest pan w błędzie. Jako akcjonariusz zobowiązał się pan przecież do dodatkowych świadczeń. Wypadek przy pracy to pańska sprawa. Otóż to, pańska… Ograniczona odpowiedzialność? Niechże pan nie będzie dzieckiem. Jak się panu wydaje, z kim pan mówi? Czy wyobraża pan sobie, że jakaś poważna instytucja udzieli nam kredytu przy ograniczonej odpowiedzialności? Moja odpowiedzialność musi być nieograniczona.

trzy tysiące pesos wkładu, wszystko to oszczędności, stara śpiewka, nic nowego: wszystko to moje oszczędności, a teraz jestem inwalidą

Robles uderzył pięścią w biurko: na szkle zarysowała się zielona żyłka. – Komisja rozjemcza? Proszę mnie słuchać, pusta głowo, nie jest pan pracownikiem, ale akcjonariuszem. Rozumie pan, o co chodzi? Nie chcę więcej słyszeć o pańskiej komisji rozjemczej. Nie chcę słyszeć. Wie pan, co to znaczy znaleźć się na czarnej liście? No, to pięknie… Pana co? W sobotę mamy posiedzenie. Zobaczymy, czy jednogłośnie przyjmą pańską ofertę. Hm? Przekonamy się, czy pańskie pesos trafią do nas bez przygód, ile to kosztuje pracy, rozruszać przedsiębiorstwo, mniejsze czy większe, wszystko jedno, co tamci o tym mogą wiedzieć. Jedna okaleczona noga i trzy tysiące pesos nie uruchomią przedsiębiorstwa, w tym kraju wszystko jest przeciwko tobie… Zaczyna się od koncepcji dla małych interesów, a potem…

– Do widzenia, Ibarra. Życzę zdrowia.

Robles odłożył słuchawkę. List na temat Spółki Akcyjnej.

Wielce szanowny panie! Zapewne zdaje pan sobie sprawę, że około 50 procent słabszych spółek utworzy w bieżącym roku spółki akcyjne. Jest sprawą nie bez znaczenia, że…

Robles nacisnął guzik.

Co można by powiedzieć o wnętrzu mieszkania Bobó? Meble jak z późnego empire’u. Owe niziutkie stoliki z serwisami zdobnymi w pęki winogron z błękitnego szkła zmuszają do pozycji à la Madame Récamier. Coś z filozofii sztuki Malraux, tom o nierozciętych kartach tuż obok dzieł wszystkich Mickeya Spillane’a i Iluminacji, w równiutkim szeregu, na małej oszklonej etażerce. Na drewnianym pulpicie egzemplarz Pieśni Maldorora i dwie peruwiańskie popielniczki. I na każdym stopniu schodów donica z opuncją. Pierrot Caseaux kontynuował swoje piruety z koniakiem. Wokół niego krzyżowały się rytmiczne salwy śmiechu, którymi Pichi i Junior darzyli dowcipy oryginalnego bon vivanta.

– Wiesz, Pichi, Pierre wrócił właśnie z Anglii.

– To znaczy z Saville Row, moi złoci. Nie ma drugiego kraju, który ograniczałby się tak bardzo do jednej tylko ulicy. Jednakże z ostatniej podróży przywiozłem niezwykłe odkrycie. Anglicy wprowadzili do swej kuchni surowe rygory – z powodzeniem zastępują im one tradycyjną surowość obyczajów. Czy dacie wiarę, że Anglicy nauczyli się rozwiązłości? À propos, Junior, kim jest twoja nowa bogdanka?

Roberto Régules nie powinien gubić uśmiechu. Roberto Régules wpatrywał się z uwagą w profil żony. Jej podbródek zaczynał obwisać. Kiedy ożenił się z nią, nie wyobrażał sobie, że kiedykolwiek zobaczy, a co gorsza, że tak bardzo zaniepokoi go jakiś symptom starzenia się Silvii. Namiętność. Miłość. Przyjaźń. Taki był program. Nie powinien gubić uśmiechu.

– Idź, odejdź z nim. Na co czekasz? I tak wszyscy o tym wiedzą, prawda? Po co zachowywać pozory?

Silvia bez drgnienia, ale z uśmiechniętymi oczami, aprobując z daleka każdego ze swych adoratorów:

– Milcz. Gdyby nie chodziło o dzieci…

Obok Manuela Zamacony zajęli miejsca Bernardito Supratous i Amadeo Tortosa. Zamacona z wyrazem poirytowania na twarzy zrezygnował ze swej ulubionej récamierowskiej pozycji.

– Musimy powrócić – ciągnął, przesuwając dłonią po czole – do postaw ludzi wielkich, do Pascala, Goethego, uczyć się od nowa szacunku dla życia i powtarzać za Keatsem: „Jestem pewien, że tworzę po prostu z potrzeby, radość, którą daje mi poszukiwanie piękna, towarzyszyłaby mi nawet wtedy, gdyby każdego rana ktoś z uporem niszczył efekty mej nocnej pracy”. Czy nie znajdzie się dziś jakiś Quevedo, który ucieleśni proste, święte i zapamiętałe powołanie człowieka, a zarazem twórcy?

Tortosa zakasał i wyciągnął przed siebie obie ręce.

– Mój drogi Manuelu, mam wrażenie, że stracił pan z pola widzenia społeczny aspekt sprawy. Zżera pana nostalgia, wzdycha pan za zwietrzałymi ideałami. Oczywiście i niestety, najpierw teoretyzujemy, a potem działamy. Ale mówiąc „teoria”, myślę „wizja” i dopiero wtedy przechodzę do działania. Trzeba odnaleźć w sobie ból nędzarzy i wewnętrzny nakaz solidarności…

– Oczywiście, trzeba walczyć przeciwko temu potwornemu światu. Nie wolno tkwić w kręgu hermetycznej konwencjonalnej kultury, tak wstydliwej wobec burżuazji. Kultura stanęła na piedestale, ukształtowana przez wartości użytkowe. Trzeba ją stworzyć od nowa, niezastąpioną i świętą. Trzeba, by wszyscy ludzie czuli się geniuszami. Takie jest powołanie poety, oto misja przekazywania ludziom wszystkiego, co głębokie i piękne, misja miłości.

Supratous dixit:

– Z pewnością, l’amour est une réalité dans le domaine de l’imagination.

Błyszczące oczy, wypisany na twarzy wyraz dumy. Juan Morales otworzył podwójne drzwi restauracyjki.

– Wchodź, staruszko. Śmiało, smyki.

Rosa poprawiła bawełnianą sukienkę. Dzieciaki popędziły w kierunku wolnego stolika. Juan, kołysząc się nonszalancko, wmieszał się w grupę klientów przy wejściu. Szarpnął prosty wąsik. Kelner zgiął się w ukłonie.

– Tędy, proszę państwa.

Pepe, Juanito i Jorge z łokciami na serwecie wzięli się do czytania wytłuszczonego menu, matka wciąż poprawiała suknię, Juan bawił się wykałaczką.

– Juan, nasze smyki powinny być już w łóżkach. Jutro idą do szkoły i…

– Dzisiaj jest wyjątkowy dzień, staruszko. No jak, chłopcy, co zjecie?

Juan Morales muskał palcami czerwoną szramę na czole to kawał roboty, dwadzieścia lat za kierownicą nocnej taksówki, coś o tym wiem. Można powiedzieć, zostawili mi pieczątkę na gębie. Pijacy, różne skurwysyny, jednych na Azcapotzalco, innych na ulicę Buenos Aires, między trzecią a czwartą nad ranem. Pewnego pięknego poranka dostajesz w tył głowy i albo ciebie wysadzają, albo ty wysadzasz pasażera. Zabawa kończy się łamaniem kości. Wszystko za dwadzieścia pesos dziennie. Ale nareszcie z tym koniec.

– No, jak? Co wybieracie?

– Tata, zobacz. Tamtym dzieciom niosą ciastka. Widzisz, jakie?

– Juan…

– Nie przejmuj się, staruszko. Dziś mamy święto.

a potem wsiedli ci faceci i wciągnęli w zasadzkę, żeby ukraść samochód. No, tak; było ze mną słabo, już patrzyłem na księżą oborę, Rosita. Odtąd uważałem. Ale po co się skarżyć? Mój ojciec wbijał mi w głowę: „Moje ty biedaczysko, urodziłeś się mułem, będą na ciebie pohukiwać i ładować ci na grzbiet cudze tobołki. Pamiętaj, możesz, jak muł, trochę podokazywać. Rób swoje, ale nie bądź idiotą, nikt od nas nie wymaga rachunku za życie i wszyscy zapominają o nas szybko”. Ale to dobre w małej mieścinie, tu, w stolicy, trzeba mieć oczy otwarte, spać nie można, bo ukradną.

– Więc proszę nam dać całego kurczaka, rumianiutkiego, złocistego, dla całej rodziny. Potem ciastka truskawkowe, koniecznie z kremem. I niech mariachis10 zagrają nam coś ładnego.

Rosa, biedaczka, zawsze sama. Nawet kiedy rodziła; nie było mnie przy niej. A zawsze wszystko gotowe, kawa o siódmej wieczór, woda do golenia o siódmej rano. (I prześcieradła zawsze chłodne, kiedy kładłem się spać. Zawsze lodowate. Jakby zamiast żywego człowieka sypiała w nich noc ze szronem. Jak gdyby Rosa nie miała ani krwi, ani swego ciężkiego ciała, jak gdyby nie miała brzucha, w którym wciąż poczynało się życie. Prawie ich nie widywałem. Teraz to co innego, teraz się zmieni).

– Rosa, co mają zagrać?

– Niech dzieciarnia wybiera.

– Juan Charrasqueado, Juan Charrasqueado!

W małej restauracyjce unosiła się delikatna woń papryczki chilli i świeżych tortilli. Juan pogładził się po brzuchu. Rozejrzał się wokoło, na stołach kwieciste obrusy, krzesła z wikliny, ciemnowłosi mężczyźni w ubraniach z włochatego kaszmiru i oliwkowej gabardyny, rozprawiający o dziewczynach i bykach, kobiety, które trafiły tu po kinie, ufryzowane, czarne grzywki i sztuczne rzęsy. Kto z nich nie patrzy na niego i na jego rodzinę?

ani jeden kwiat nie pozostał z tych łąk

– Juan, nie możemy…

– Co to znaczy nie? Zawsze tego chciałem. Proszę butelkę wina, taką ze złotą nalepką, wie pan.

Co by było, gdybym nie woził dziś tego gringo? Co by było, gdybym nie stał na postoju, kiedy zadzwonili z hotelu i zamówili wóz na cały dzień? Co by było, jakby ten gringo nie kazał się zawieźć na tor wyścigowy i nie podarował mi biletów za czterdzieści pesos?

„– Wygrałeś, koleś, idź po wypłatę.

– Ja? Wygrałem? Co za heca? Gdzie mam iść?

– Głupi ma szczęście…

– Jeszcze ci się nic takiego w twoim zasranym życiu nie zdarzyło?…”.

– Twoje zdrowie, staruszko.

i pochowali go na wzgórzu, z pistoletem w dłoni

Rosa rozjaśniła twarz w szerokim uśmiechu Metyski i zajęła się zlizywaniem soku truskawkowego z palców.

Osiemset pesos. „Miał pan szczęście. Dobry początek. Ale lepiej niech pan tu nie wraca, bo oskubią pana do nitki”. Wcale nie chciałoby mi się wracać. Ale będzie teraz pracował na dziennej zmianie, będzie mógł kłaść się spać o jedenastej i wstawać o szóstej, jak inni ludzie. Teraz ma osiemset pesos, na początek, na szczęście, żeby przygrywali mu mariachis, żeby mógł ogrzewać łóżko Rosy.

Rodrigo Pola wyszedł z windy ze spuszczoną głową i zmarszczonymi brwiami. Jego gabardynowe ubranie kontrastowało z wieczorowymi strojami

Widzisz: wasz charcoal, to londyńska moda

innych gości. Zbliżył się do grupy, która wieńcem okrążyła Manuela Zamaconę.

– L’amour est une réalité dans le domaine de l’imagination.

Cienfuegos obie ręce oparł o ścianę. Zastanawiając się nad sentencją, ssał czarną oliwkę z koktajlu. Supratous. L’Amour Est Une Réalité… Frazesy w tym stylu i tajemnicze milczenie w innych sytuacjach zapewniły mu famę wyroczni. Skwapliwy czytelnik cudzych biografii (żyje z pożyczek, kto to powiedział?): twór na użytek własnego piedestału. Ostatnio rozczytywał się pewnie w biografii Talleyranda, przedtem powszechnie adorowany odsłonił rąbek swego geniuszu dzięki Machiavellemu, Napoleonowi, Bernardowi Shaw, Wilde’owi i Guillermo Prieto – takim sposobem wszyscy odkryli w nim talent wizjonera, odwagę, błyskotliwą inteligencję, cynizm i smak ziemi. A López Wilson, młodzieniec z wadą wzroku, przychodzi poznać z bliska nieprzyjaciela, badać jego tereny, a jako naoczny świadek upadku klasy kapitalistów ma tymczasem okazję rozkoszować się jej dobrami. Są tu wszyscy, poeta z prowincji pilnie pobierający pierwszą w życiu naukę światowych rozrywek; małżeństwo „dobrze poinformowane”, o cechach niejako zawodowej elegancji: świat jest zwierciadłem (zawistnym!) ich dobrego smaku, manier i dowcipu; powieściopisarz o bulwiastej fizjonomii bez wyrazu, ziemia wydała go na świat w Bóg raczy wiedzieć jakiej katastrofie: jak niemy wulkan usiłuje wydrzeć talent z wielkiej mgławicy, monotonnym głosem wyliczając wioski i ranczerie, księży, kacyków i wiejskie dziewczęta, które przyoblekły święte suknie. Właśnie puszy się autor bez książek, po raz dwudziesty wydaje dwadzieścia pierwszych stronic swej książki, ale to nieważne, jest geniuszem, bo dobry z niego kumpel, wszyscy go lubią, dowcipnisia, dowcip bardzo się liczy w Meksyku. Zbiurokratyzowany intelektualista, mistrz podtekstów, uosobienie zdrowego rozsądku, socjalizująca młodzież poetycka odnajdująca w Marksie swój dadaizm, jacyś zadłużeni nowonabywcy restauracji Sanborna, mistrzowie ceremonii i on sam, który w niedzielnych kronikach towarzyskich decyduje o dobrej i złej reputacji zebranych. A naprzeciw nich pozostali, ci z drugiego krańca, pewni siebie, pełni wzgardy (czy meksykański intelektualista nigdy nie zauważy pogardy i odrazy w spojrzeniach „osób z wyższych sfer”?), dziewczyna, która postanowiła zostać międzynarodową kurtyzaną i ogłosiła swój program opracowany w najdrobniejszych szczegółach: dwóch gwiazdorów filmowych, mistrz peloty, zdjęcia w Hollywood, trzy sezony na Riwierze, milioner; ostatni potomek wielkiego rodu: sam także uważa się za ostatniego wielkiego pana, nieznośny, urodzony, aby brylować w salonach ze swą cygarniczką z kości słoniowej, aby być postrachem dziewic, uwodzić określony typ kobiet, to jest te, które miałyby ochotę na małą przygodę. Wszystkie te małe Meksykaneczki, eleganckie, czarno ubrane blondynki, przekonane, że to one właśnie nadają światowe tony w smutnym kraju nędzy. Ich mężowie, wzięci adwokaci, początkujący przemysłowcy, łudzą się, że otwarły się (tutaj, na wszystkich przyjęciach wszystkich Bobó) przed nimi wrota do całkowitej życiowej rekompensaty, wielkiego powodzenia, sukcesów i rozkoszy. I ci, którzy stanowią świtę wielkich: młodzieńcy podejrzanego autoramentu, synowie małych urzędników i nauczycieli – aktualne przesunięcia społeczne postawiły ich w centrum zainteresowania – przeobrazili się w pierwszoplanowe postaci, ich wspólnym znakiem rozpoznawczym jest elegancja kraciastych marynarek i głowa ostrzyżona à la Marek-Fabiusz-Brutus. Natchnieniem podupadłych markizów, których wojna rzuciła do Doliny Meksykańskiej, ich mistrzem ceremonii jest Charlotte García. A Bobó dwoi się i troi, by stworzyć rój brzęczący i wesoły, grupę, tę Grupę. I ci, którzy się liczą, i ci, którzy w każdej chwili mogą ponieść klęskę: Rodrigo Pola – po każdej odprawie znaleźć go można w opozycji wobec tych, co go odsunęli; Manuel Zamacona, który nigdy nie zdoła dotrzeć do istoty świętości i nigdy nie odnajdzie klucza do tajemnicy życia. …I Norma… i Federico. Ci, którzy będą mieli odwagę i cierpliwość wspominać.

Dalekie mormorando mówiło o cnotach przez wielkie C:

Bo czuję, czego nie czuję…

Kiedy krew mi podpowiada,

że z dala od ciebie nie ma życia,

Parka zjawia się i rozpływa

w powrocie, który jest odejściem

W grupce Manuela potakiwano, puszczano perskie oko, wydawano pomruki, a Tortosa rozwijał skrzydła do lotu.

– Wydaje mi się, że nić kontaktu z biednymi została nawiązana: proszę pana, niechże pan tak na mnie nie patrzy, nie trzeba być kucharzem, aby ocenić smak omletu. Widzi mnie pan tutaj, jak siedzę i piję na przyjęciu u Bobó, ale nigdy, ani na chwilę, nie zobaczy mnie pan bez wciąż tej samej troski o klasy, których potrzeby nie są zaspokojone. Cóż, właściwie można by zadawać sobie pytania, czy mam prawo do własnej biblioteki i czy w niedzielę rano mogę czytać T.S. Eliota, czy mam prawo do mojej kochanej, wygrzanej kulturki, czy mam prawo siąść na kanapie u Bobó i fabrykować zdania, kiedy na mojej rodzinnej ziemi oglądam co dzień niedolę robotników rolnych i tragedię Doliny Mezquital.

– Nie chciałbym odwoływać się do swoich nudnych lektur – wmieszał się Zamacona – ale pan także z pewnością zatyka nos, kiedy wypadnie panu podróżować autobusem obok jakiegoś oberwańca.

Pola wzniósł wskazujący palec:

– Nie każdy z nas musi być szarym człowiekiem z ulicy, albo na odwrót, un homme révolté…

– Należałoby najpierw pomyśleć, zanim się coś powie, mój drogi – mruknął Zamacona. – A co do Camusa i jego „francuskości”…

Bernardito wyczuł nadarzającą się okazję:

– Pardon. C’est pas français parce que c’est idiot.

Zmiażdżony spojrzeniami obecnych, Supratous zareplikował inną sentencją, z gatunku: „Nikt nie rozumie moich aluzji”. Rodrigo Pola zabrał głos:

– Rozumiemy się. Ja kocham poezję…

– Ale czy poezja ciebie kocha? – odezwał się za jego plecami aksamitny głos. Należał do Ixki Cienfuegosa.

– Czyżby Ixca Cienfuegos?

– Smarkacz, drogi Książę. Tylko przypomina Boga: jest wszechobecny, niewidzialny. Wolny wstęp do salonów dyplomatycznych, na przyjęcia high-life’u i magnatów. Czy jest bankierem o zdumiewającej inteligencji, czy żigolakiem albo zwykłym narkomanem, tu czy tam, nieważne, jeden mały błazen więcej na tym świecie pełnym dysharmonii.

Gus obcisnął na sobie żakiet z czerwonego weluru.

– Harmonia, harmonia, princeps meus! Och, Grecy, ci rozumieli, że harmonia jest wartością najwyższą. W harmonii roztapiają się przeciwieństwa. Jeśli harmonia jest tym, co najważniejsze, możesz kochać, kogo chcesz, nie zważając na starych tłuściochów, co chcieliby cię widzieć w łóżku ze zwalistym i śmierdzącym babskiem. Mężczyzna nigdy nie cuchnie.

Książę Vampa potakiwał osłonięty kłębami dymu z papierosa. Charlotte García – właśnie w tej chwili przyłączyła się do nich – śmiała się, balansując kieliszkiem martini.

– Wstydliwy to ten, kto sobie nie podchmielił, mówią. Wiecie wszyscy, jakim aktem odwagi jest dla mnie wizyta u Bobó, z Lally nie układa się najlepiej. Ale kiedy się zjawi, powiem jej prawdę, że jest przewrotna, że wyrządza mi krzywdę i że ją uwielbiam. Och, ostatni z rodu Vampa! Taka jestem znużona, tak mnie to wszystko męczy – Charlotte głaskała sobie szyję gestem zaklinacza węży. – Co za dziwne upodobanie do niszczenia cudzego szczęścia małżeńskiego! Bobó popełnia kosmiczną gafę, spraszając wszystkich tych młodych literatów bez przyszłości. Spójrz na nich. Co za brak wyrobienia, eleganckiego sans-façon! Żyjemy w mikro-Afryce! La joie de vivre i tak dalej, wszystko to bardzo piękne, ale koktajl to koktajl i coś z tego wynika. Bobó nie pojął jeszcze, że dzisiejsi nowobogaccy to arystokracja przyszłości, tak jak arystokracja dzisiejsza to dawni nowobogaccy.

– A arystokracja przedwczorajsza? – spytał dotknięty Książę Vampa.

– Ach, kochany – rzekła Charlotte, szczypiąc lekko w policzek księcia bez krwi książęcej. – Ta jedna właśnie zupełnie się nie liczy, przynajmniej w Meksyku, to dziś tylko mali i co najwyżej średni urzędnicy. Oczywiście, z wyjątkiem takich jak ty, zanadto zajętych, by pracować, poza tym drobiazg – Gotha… Ale spójrzcie, któż to wszedł w tej chwili! To była kiedyś piękność! Te rasowe sarnie nogi! O là, là.

Natasza tonęła po uszy w zwojach zielonego aksamitu, cały ten „kiss-me-quick” wieńczył mały złocisty turban z epoki shimmy. Wkroczyła z pewnością siebie osoby, która od 1935 roku królowała na bankietach w słynnym meksykańskim San Fermín, wśród międzynarodowego tłumu turystów. Młodzi pisarze instynktownie powstali z kanapki pośrodku salonu. Natasza usiadła i rozejrzała się po salonie.

rytuał jest niezmienny; żółte światła, dobre maniery i powściągliwość; teraz zapalają niebieskie: zaraz będą wymówki, poufne zwierzenia, posunięcia taktyczne tej nocy. Ujawnią się w nich diabliki. Tam oto jest Pola, delektujący się piątym z kolei daiquiri. Myśli „Jestem więcej wart niż oni. Mogę pozwolić sobie na ten luksus, żeby się z nimi nudzić”. Nie można tracić go z oczu. Znów zaczyna padać. Pierwsza po północy. Silvia wstaje w ślad za Pierrotem…: Ixca Cienfuegos uśmiechnął się.

Silvia wykorzystała półmrok, aby zbliżyć się do Pedra Caseaux. Nerwowo bawiła się puderniczką z brylantami.

– Chwileczkę, Pierrot…

Caseaux pieścił jej ucho:

– Jeszcze jedną chwileczkę, kochanie? Nasza przyjaźń składa się z chwileczek. Nie zwracam uwagi na kobiety, widzisz sama, prawda? Popatrz na Régulesa. Jest bardziej zagniewany od Nibelunga. Oszczędź mi rodzinnej sceny. Adieu, adieu.

Natasza uśmiechnęła się ze swej leżanki. Podziwiała technikę. Tę technikę jej zawdzięcza. Biedny Pierre. Łysieje.

Norma Larragoiti de Robles weszła dokładnie w tym momencie, kiedy Bobó zmieniał światła z niebieskich na żółte. Zalśniły kolie, łysiny, złote kolczyki, perłowo-fiołkowe cienie na powiekach. Rodrigo Pola nagle oderwał się od grupy. – Pichi – szepnął Caseaux z powiewem Carvena – nasz kochany Junior potrzebuje filiżanki kawy, a może jeszcze innych środków. Pomóż mi przenieść go do pokoju.

– Cyt, cicho – Junior piskliwym falsetem wykrzykiwał do każdego, kto zbliżał się do baru. – Oooj, co za surrealiści, co za heidegerrrieni – i gestykulując nadmiernie, śpiewał calipso Lemme go, Emelda dahling, You’re biting mah fingah

– Jakie to przykre! – komentowała Pichi. – Jak pan sądzi, czemu należy przypisać ten brak kontroli? Adler twierdzi…

Junior został na łóżku w pozycji, w jakiej go położono, i zasnął.

– W porządku, już niegroźny. Siądźmy, będziemy go teraz obserwować. Biedaczek! Niektóre nasze snobizmy istnieją od czasu odkrycia Ameryki. I dziewczyna tak przebiegła jak ty może…

– Dlaczego pan to mówi, panie Caseaux? Junior uprzedzał mnie…

– Panie Caseaux, panie Caseaux! Mów mi po imieniu, Pierrot, jak wszyscy. Może wyglądać na to, że się mnie boisz.

– Trochę grzeczności nie zawadzi.

– Trochę ciepła. – Pierrot objął jej biodra, wodząc ustami po szyi.

– Hmmmmm.

– Jesteś dziewicą, królowo?

– Pierrot! Miło trochę poigrać… hmm… ale trzeba by najpierw przygotować się psychicznie, dopiero potem… hmmmm… cieszyć się życiem… – głos Pichi przelewał się jak krople w grubej rurze.

– Mens sana in corpore insano.

– A jeśli ktoś wejdzie? Pierrot, Pierrot, moja woalka! Moje guziki.

– Zamknąłem drzwi – Pierrot po omacku nacisnął kontakt.

– Pierrot, a Junior? Tutaj?

– Będzie miał wrażenie, że ogląda punkt kulminacyjny zabawy… Chodź, moja śliczna.

– Oh, Pierrot, Pierrot.

– Madone, ma maîtresse… et caetera, et caetera… au fond de ma détresse…

– Hmmmmmm.

Natasza przesunęła dłońmi o niebieskich żyłkach po wystających bladych policzkach. Pod aksamitnym kołnierzem sięgającym uszu czuła pulsowanie szyi. Miała wrażenie, że gra na strunach gąbczastej wiolonczeli. Wyobraziła sobie wszystko, od chwili kiedy zobaczyła ich idących po schodach do pokoju, Pierrota i tę małą podobną do niej, do Nataszy z innej epoki. Przypomniała sobie Pierrota z roku 1935, uwodzicielskiego młodzieńca o byronowskiej urodzie, i kobietę w pełnym rozkwicie, w aureoli europejskich stolic, plaż i kochanków. Nie mogła powstrzymać głośnego, ochrypłego jęku. Okryta aksamitem wstała i z błyszczącym spojrzeniem wyszła z salonu tonącego w zgiełkliwym półmroku.

Delikatny brzęk szklanek dominował nieznacznie wśród odgłosów Baru Montenegro. Zaduch ciężkich dywanów, kosmetyków i ginu odbijał się od świeżo przewietrzonych dekoracji. Telefon wędrował i wracał do rąk boya, umawiając spotkania, recytując przeprosiny, planując wycieczki kompanii Cooka. Cuquita, jak to było w jej zwyczaju, poruszyła ramionami, by zrzucić etolę na oparcie krzesła.

– Gdzie teraz mieszkasz, Gloria?

– W Chile. Wiesz, my dear, życie tam jest takie, jak było tutaj w czasach Don Porfiria: ekskluzywne towarzystwo, co za klasa! Wiesz, wspaniałe przyjęcia, w Hípico, Unión, Viña del Mar, szampan z lodu, des choses flambées. A przede wszystkim nie ma tam tej straszliwej zgrai sklepikarzy z Tennessee. Rozejrzyj się tylko wokół siebie.

Gloria pudrowała się starannie, odymając usta w maleńkim lusterku.

Sure, sure. They’re gay and colorful, but look here. I don’t get the impression they’re active, business-like people…

– Nie zawsze jest zabawnie być żoną dyplomaty, wiesz. Ktoś powiedział, że istnieją cztery zawody, o których świat nigdy nie zapomni: dyplomata, dziennikarz, komik i kurwa. A ty, nierozważna ślicznotko?

Cuquis potrząsnęła małą ufryzowaną główką i odsłoniła zęby…

– Cóż, w naszym małym Meksyku, jak zwykle…

oooh, the most beautiful old ruins you can imagine, quite a trip, and cheap, too…

– Panny z dobrego domu mają dzieci w pięć miesięcy po ślubie, ekspresem…

– A sprawy sercowe?

– Poznałam pięknego chłopca. Gdybym mogła sprzedać moje ciało i duszę dla tego pana, zrobiłabym to. Zapewne jest to zew i ciała, i duszy.

Z okrzykiem Viva México! wtoczyła się grupa Amerykanów w słomianych kapeluszach. Gloria nie mogła opanować dreszczu. Przewodnik – ciemny, niski, w przydługiej marynarce gołębiego koloru – podszedł do pierwszego muzyka w kwartecie.

– Słuchaj, u bankiera Roblesa będzie bal na cele filantropijne. Idź tam koniecznie. Bal jest składkowy, pójdę wobec tego z moim pięknym panem, mam wspaniałą okazję tam być i nie witać się z panią domu. Zobaczysz, jaki fantastyczny jest mój chłopiec. A więc nic nowego w historii, puszczam kantem męża i kradnę małą cząstkę dla siebie. On jest cudowny. Zabrał mnie kiedyś do swojej hacjendy i do Acapulco. Romans pod palmami.

happy birthday to you, happy birthday, dear Larry, happy

– Wypij resztę. Czekają na nas u Bobó.

Cuquita podniosła ręce: – Do zobaczenia.

Rosenda powstała z wysiłkiem; wsparła się o mosiężną poręcz, bo w tej samej chwili poczuła, że pod obszerną żółtą nocną koszulą nogi uginają się jej w kolanach. Utkwiła oczy w zawieszonym na ścianie kawałku lustra. W odpowiedzi zalśniło odbicie skóry wysuszonej jak opłatek, Rosenda już wyprostowana podeszła do szafy i z dobrze znanego jej zakamarka wyciągnęła pożółkłe i zniszczone fotografie. Wróciła z nimi do łóżka. Na podpisanej Rosenda Zubarán, 1910 zobaczyła dziewczynę o włosach skręconych w loki, trochę zabawne w tym wieku, opartą o kolumnę w fotograficznym atelier, z policzkiem wspartym na dłoni; jej postać przypominała literę S. Rosenda Z. de Pola – wykaligrafowany napis pod następnym zdjęciem prezentował siedzącą kobietę, ale jej figura była ta sama, to samo pochylenie głowy, tylko że na zdjęciu towarzyszył jej szczupły chłopczyk z szeroko rozwartymi oczami. Nad portretem zuchowato uśmiechniętego żołnierza o wyprężonej postaci i lśniących włosach, z kaskiem zakończonym pióropuszem w wyprostowanej ręce, Rosenda jęknęła, żyły na szyi tańczyły w nieregularnym rytmie, wreszcie zawstydzona upuściła zdjęcia na podłogę i zamknęła oczy, aby pomyśleć o spiżarni zastawionej mlecznymi przysmakami, słoikami pigwy i dzbanami miodu, o jakimś domu zamkniętym na cztery spusty, o niekończącym się ogromnym murze, wzdłuż którego biegła z płonącymi oczami i który w jakiejś chwili przerażenia, kiedy całe jej ciało zamarło w napięciu, zakwitł świetlistym kurzem za podmuchem wiatru: każdy pyłek był słońcem na własnej orbicie, słońce wschodziło, by roztrzaskać się w osłupiałych źrenicach staruszki, która już nie miała siły, by powstrzymać strumień śliny bezwiednie ściekającej aż na piersi.

Kłąb dymu unosił się w górę, wspierając wysoki sufit salonu. Bobó przysiadł na stopniu schodów, sam, ze szklanką w ręku, by rozkoszować się tym wspaniałym żywym obrazem. W jego błękitnych oczach malował się wyraz słodkiego rozmarzenia. Bobó ex machina. Co za klasa! I właśnie zjawiła się Contessa Aspacúccoli! Co za klasa!

Contessa zatrzymała się na wprost Księcia Vampy, Gusa i Charlotte.

– Najmilsi – ozwała się chrapliwie, ze swym akcentem królów Czarnogóry, i bez dłuższych wstępów zaczęła: – W domu nie mam nic do jedzenia, tylko suche rice crispies. Prowadźcie mnie szybko do sezamu.

Panienki w okularach z kąta salonu pośpiesznie przytakiwały nerwowo wyrzucanym słowom Estéveza:

– Meksykanin to taka zabawna istota, bezimienna i osamotniona, która swą sytuację uważa za co najmniej przypadkową i którą ta sytuacja napawa lękiem. Dasein, przeciwnie, przyjął koncepcję ograniczoności życia człowieka, człowiek jest dla niego sumą możliwości, z których ostatnią jest śmierć, zawsze oglądana przez osoby trzecie, nigdy niedoświadczana na własnej skórze. Jakże więc Dasein wyobraża sobie śmierć?

Dziewczęta w okularach promieniały wesołością.

– …jest to istota predestynowana do śmierci; rodzaj stosunku, jaki zachodzi między bytem absolutnym i nicością absolutną… Cześć, Argentyńczyku… Przepraszam, trudno filozofować w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości…

Dardo Moratto wynurzył swą twarz przypominającą biszkopt, uprzejmy i woniejący perfumami.

– Proszę sobie nie przerywać, panie Estévez. Po to tutaj jestem, chcę wiedzieć, co myślą Meksykanie. To bardzo ciekawe, to bardzo ciekawe obserwować początek różnych zjawisk. Widzę, że wszystko idzie dobrze. Dokonacie czegoś. Proszę przedstawić mnie tym pannom. Ale co pan robi?

– Idę do łazienki – wykrztusił Estévez.

– A… Nie znają państwo historii wynalazcy klozetu?

Panienki przyznały się do swej ignorancji nerwowym uśmiechem. Moratto poprawił krawat i szeroki kołnierz z piki:

– Ché, co za luka w waszym wykształceniu. Był nim sir John Wotton, dworzanin Izabeli, łacinnik i tłumacz Wergilego. No i, oczywiście, zaczęły się intrygi. Izabela osadziła wygnańca w jednym ze swych zimnych i nie bardzo komfortowych zamków. Jak tłumacz mógł rozkoszować się blaskiem słów Eneidy, kiedy musiał za potrzebą przebiegać zaśnieżone i lodowate pola?

Z przesadnym gestem Moratto opróżniał kieliszek.

– Och, przepraszam, czy nie zalałem pani sukni?

– To nic – Norma w odpowiedzi odwróciła się do niego plecami. – Prawie trzynaście lat, mój Roderico. Ale widzisz teraz, że najwspanialsze w Meksyku jest to, że nikt tutaj nikogo nie szuka, a poza tym nie odczuwa się zmiany pór roku, czas mija, a nikt nie zdaje sobie z tego sprawy, ale czy trzeba ci to mówić?

– Trzynaście lat, Normo.

– Więc co?

– Czekasz na twojego męża?

– Mojego… kogo? – otworzyła szeroko oczy, żując oliwkę. I zaśmiała się, jak nigdy się nie śmiała kiedyś, mówiąc mój Roderico. – Wszystko, co chcesz, byleby…

– Norma – Rodrigo miał ochotę ująć jej chłodną upierścienioną rękę.

– Och, uspokój się. Wciąż jeszcze czujesz się jak w raju naszej prześnionej młodości. – Znów parsknęła śmiechem nad kieliszkiem. – W tobie zginąć, ognista jałowcówko!

Nie widział jej nigdy tak piękną. Miała podwójną woalkę spiętą połyskliwą broszą. I była odmieniona.

– Świetnie wyglądasz, Rodrigo. Widzę, że czas wychodzi ci na dobre.

– Zależy, z jakiego patrzeć punktu widzenia – rzekł Rodrigo, wysuwając w jej stronę otwartą dłoń.

– Nie, nie, nie, nie zaczynaj znowu swoich niekończących się przemówień małego wodza. Jakże mnie nimi nudziłeś. To przede wszystkim, a po drugie nie miałeś racji, nieprawdaż? Nie, mój miły, tylko my bogaci zdajemy sobie sprawę z przepaści, która dzieli nas od biednych; biedacy wcale o niej nie wiedzą i możemy spać spokojnie, dopóki jakiś obszarnik renegat im tego nie powie. Ale, comes the Revolution, pierwszymi, do których się strzela, są właśnie zdrajcy albo intelektualiści. Otóż to!

Rodrigo nieruchomo wpatrywał się w zapałkę. Słodki głos Darda Moratto dał się słyszeć znowu:

– Sir John wynalazł sedes i siedząc na nim, pracował nad przekładami z Wergilego. Trzeba doprowadzić do końca dzieło życia. I pomyśleć, że dzisiejsi angielscy dżentelmeni nie pomyślą o jakimś pobożnym uczczeniu pamięci sir Johna Wottona, łacinnika, dworzanina i tłumacza Wergilego!

– Ach, mój drogi Rodrigo, nie wmówisz mi, że stałeś się człowiekiem, z którego wszyscy się śmieją. Cicho. Cii. Kelner! Jeden daiquiri dla pana…

Fidelio o mało nie przewrócił kieliszków. („A niech to wszystko… będzie już chyba jedenasta, zaraz powinien przyjechać Gabriel, a ja tutaj. Do jasnej”…).

– Uważaj, co robisz! – syknął Bobó. – Co się z tobą dzieje? Zachowujesz się po chamsku.

Norma postawiła kieliszki i rozpostarła ręce, dwie senne żmije.

– Ach, co za rozkosz, mąż grubas, finansowy czarodziej, ścisły umysł, ale tylko ścisły i oczywiście tylko wobec swych obowiązków. Gdyby nie przychodził do mojej sypialni raz w tygodniu, myślałabym, że chodzi do innej. Wzbudziłby we mnie zazdrość. Och, zazdrość, atrybut miłości, którego wcale nie pragnę! Byłabym zgubiona, niepocieszona, zrozpaczona, nieobecna na tym przeuroczym party, gdzie spotykam starych przyjaciół, których uważałam za straconych na zawsze. A co teraz porabiasz, mój miły?

– Nic, trochę piszę i…

Dłonie w rękawiczkach cicho przyklasnęły:

– Pięknie, pięknie, literatura należy do akcesoriów tak niezbędnych jak papierosy albo dobry koniak.

– Norma… nie wiem, nie przestaję cię kochać…

– Brawo! Jakie to oryginalne! Wygląda na to, że zło się pleni – oczy pod woalkami zwęziły się: – I cóż ty sobie wyobrażasz, kretynku! – i znów rozwarły się przy śpiewnym: – Ach, co za kpiarz! Bobó, co ci szkodzi zamknąć to okno, po co nam ta gęgająca poetka…?

O ty, ty niezmordowana,

masz nade mną moc tajemną,

niech ci będzie darowana

każda chwila grzechu ze mną.

– Dobrze, no a potem? Chciałbyś może, byśmy wrócili do rajskiego ogrodu wśród słodkich odgłosów cmokania, a może wolałbyś już zaraz powędrować ze mną do Kinolandii, ściskając mnie za rękę? Zawsze cię to zadowalało, dojdziesz do dziewięćdziesiątki, kradnąc po ciemku pocałunki staruszkom ze schroniska. Bo tam właśnie skończysz, wiesz? No to na razie.

Norma odwróciła się tyłem i podniosła rękę. Właśnie nadeszła Pimpinela de Ovando. Wysoka, orli nos, płomienny chłód metalicznych oczu. Ixca Cienfuegos uśmiechnął się: Norma i Pimpinela, ręka w rękę. Ucz mnie, to dam ci forsę. Daj mi forsę, to cię nauczę. Człowiek nie traci na takiej wymianie. Za wcześnie rozpostarłeś swój parasol, Porfirio.

– Zobaczysz się z mężem jutro rano? – pytała Pimpinela, kierując konwencjonalny uśmiech w stronę zebranych.

– Hélas, oui – wykrzyknęła Norma, nieświadomie naśladując gesty Pimpineli.

– Nie zapomnij, kochanie, spytać go o moich trzysta akcji. Trzysta. Obiecałaś, pamiętasz?

– Nie wiem, Pimpinelo, nigdy nie usiłuję…

Pimpinela uśmiechnęła się szeroko:

– Ach, zanim przejdziemy do innych spraw. Moja ciotka życzy sobie, żebyś przyszła do niej na kolację, w najbliższy czwartek…

Norma nie zdołała powstrzymać błysku w oczach:

– Doña Lorenza Ortiz de Ovando?