Strona główna » Humanistyka » Krótka historia ekonomii

Krótka historia ekonomii

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7773-865-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Krótka historia ekonomii

Skąd bierze się bieda? Czy kryzysów ekonomicznych naprawdę nie da się uniknąć? Czy interwencje państwowe w gospodarce są przekleństwem czy też koniecznością? Odpowiedź na te podstawowe pytania powinna zainteresować każdego, jednak zniechęcać może nieprzyjazny żargon ekonomiczny. Właśnie dlatego ta jasna, zrozumiała i wciągająca książka okazuje się idealnym rozwiązaniem dla młodych czytelników dopiero poznających ekonomię oraz ludzi, którzy chcą lepiej zrozumieć historię gospodarczą oraz rządzące nią idee począwszy od starożytności, a na czasach współczesnych skończywszy.  

Historyk gospodarczy Niall Kishtainy w krótkich rozdziałach ułożonych w porządku chronologicznym opisuje najważniejsze prądy i wydarzenia. Przy okazji przedstawia myślicieli takich jak Adam Smith, Karol Marx czy John Maynard Keynes. Wskazuje również punkty zwrotne historii, w tym wynalezienie pieniądza, narodzenie się kapitalizmu i Wielki Kryzys, oraz opisuje zjawiska przedsiębiorczości i nierówności, analizuje ekonomię behawioralną i kryzysy finansowe. Krótka historia ekonomii naświetla czołowe idee ekonomiczne, a także siły i dylematy kształtujące współczesny świat w czasach, w których wydają się ważniejsze niż kiedykolwiek.  

O książce:

„Błyskotliwie napisana, wciągająca historia ekonomii. Bardzo ludzka. Można się z niej sporo nauczyć, czego jestem najlepszym dowodem” - Tim Harford, autor „Messy” i „ Sekretów ekonomii, czyli ile naprawdę kosztuje twoja kawa?”.  

„Doskonałe wprowadzenie do ekonomii, przeznaczone dla osób początkujących. Książka napisana z werwą, a przy tym zabawna. W sposób dogłębny wyjaśnia, co ekonomiści wnieśli do współczesnego rozumienia świata” - Robert J. Shiller, laureat nagrody Nobla z ekonomii.  

„Ta książka stanowi intelektualną skrzynię ze skarbami dla każdego, kto interesuje się historią i wielkimi ideami oraz rolą, jaką myślenie ekonomiczne odgrywało w nich przez ponad 2000 lat”. - Charles Wheelan, autor Naked economy  

„Wielu chciałoby dowiedzieć się więcej o teoriach ekonomicznych – ale najwyraźniej nie dość mocno, by znieść dyskomfort związany z czytaniem o nich. „Krótka historia ekonomii” Nialla Kishtainy’ego rozwiązuje ten problem: jest naprawdę krótka i na tyle dobrze napisana, by czytało się ją bez większego wysiłku, a jednocześnie w sposób dogłębny chwyta głębię myśli, które zmieniły nasz sposób myślenia o świecie” - Robert H. Frank, autor The Economic Naturalist

Polecane książki

Ponad 100 unikatowych fotografii publikowanych po raz pierwszy Intrygujące znaleziska i zagadkowe pomniki podważają podręcznikowy obraz przeszłości i dowodzą, że historię trzeba pisać od nowa. • Kalkulator sprzed 20 000 lat• Egipskie mumie w Wielkim Kanionie• Trójwymiarowa mapa sprzed 50 0...
  Trzech braci Rinucci dzieli wiele – przeszłość, charaktery i marzenia. Justin dopiero niedawno odnalazł we Włoszech biologiczną matkę i dwóch braci, ale nie jest do końca przekonany, czy takiej rodziny właśnie szukał. Primo i Luke od zawsze byli ze sobą skłóceni. Ostatnio poróżniły ich jeszcze i...
Z publikacji dowiesz się: dlaczego uczenie sprzatania dziecka jest ważne; jak uczyć dziecko sprzatania; dlaczego przykład rodziców jest ważny; jakie są zasady wdrażania dziecka do sprzatania; dlaczego sprzatanie nie może być karą; jak skutecznie chwalić dziecko za sprzątanie; jak konstruktywnie kryt...
Życie Shannon Parker zmieniło się w jednej sekundzie. Skromna nauczycielka jest teraz boginią, która rządzi mitycznym Partholonem. Z czasem odnalazła się w nowym świecie i w nowej roli. Zasmakowała w nieograniczonej władzy, ale też wie, jak z niej korzystać. Z każdym dniem zdobywa coraz większe zauf...
Cienie – II tom cyklu zatytułowanego W mroku miasta opowiadającego historię zawiłych losów nacji wampirów zwanej Rodzajem. Podobnie jak pierwszy tom, Cienie to wielowątkowa powieść z plejadą wyrazistych postaci, której wartka akcja osadzona jest w realiach współczesnej Polski, a tym razem i Berlin...
Kiedy w kwietniową noc 1941 roku jedenastoletni Roman, zbudzony prze funkcjonariuszy NKWD, pakował z bratem i mamą najpotrzebniejsze rzeczy, nie zastanawiał się, co go czeka. A czekała go niemal pięcioletnia podróż, która wiodła z rodzinnej willi przy ulicy Własna Strzecha we Lwowie przez Ural d...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Niall Kishtainy

Krót­ka hi­sto­ria eko­no­mii

Niall Ki­sh­ta­iny

Tłu­ma­cze­nie: Mi­chał Za­cha­rzew­ski

Ori­gi­nal­ly pu­bli­shed in 2017 by Yale Uni­ver­si­ty Press
as A LIT­TLE HI­STO­RY OF ECO­NO­MICS

© 2017 Niall Ki­sh­ta­iny
All ri­ghts re­se­rved

Polish language translation © 2017 Wydawnictwo RM
Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25
rm@rm.com.pl, www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

ISBN 978-83-7773-770-5
ISBN 978-83-7773-865-8 (ePub)
ISBN 978-83-7773-866-5 (mobi)

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-PęgierskaRedakcja: Mirosława SzymańskaKorekta: Ewa WojciechowskaNadzór graficzny: Grażyna JędrzejecOpracowanie graficzne okładki i książki wg oryginału: Grażyna JędrzejecEdytor wersji elektronicznej: Tomasz ZajbtOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

Spis tre­ści

1 Chłod­ne gło­wy i go­rą­ce ser­ca

2 Szy­bu­ją­ce ła­bę­dzie

3 Bo­ska go­spo­dar­ka

4 Wy­pra­wa po zło­to

5 Szczo­drość na­tu­ry

6 Nie­wi­dzial­na ręka

7 Zbo­że kon­tra że­la­zo

8 Ide­al­ny świat

9 Zbyt wie­le gęb

10 Lud pra­cu­ją­cy świa­ta

11 Do­sko­na­ła rów­no­wa­ga

12 Zga­ście Słoń­ce!

13 Zy­ski z woj­ny

14 Ha­ła­śli­wy trę­bacz

15 Cola czy pep­si?

16 Czło­wiek z pla­nem

17 Szpa­no­wa­nie kasą

18 Pro­sto do ście­ku

19 Twór­cza de­struk­cja

20 Dy­le­mat więź­nia

21 Ty­ra­nia rzą­du

22 Wiel­kie Pchnię­cie

23 Eko­no­mia wszyst­kie­go

24 Do­ra­sta­nie

25 Słod­ka har­mo­nia

26 Po­dzie­lo­ny świat

27 Na­peł­nić wan­nę

28 Rzą­dze­ni przez klau­nów

29 Ilu­zja pie­nią­dza

30 Spoj­rze­nie w przy­szłość

31 Spe­ku­lan­ci ata­ku­ją

32 Na ra­tu­nek sła­be­uszo­wi

33 Zna­jąc cie­bie, zna­jąc mnie

34 Zła­ma­ne obiet­ni­ce

35 Bra­ku­ją­ce ko­bie­ty

36 Umy­sły we mgle

37 Ekonomia w rzeczywistym świecie

38 Bankierzy poszaleli

39 Giganci wśród chmur

40 Dlaczego warto być ekonomistą?

ROZ­DZIAŁ 1

Chłodne głowy i gorące serca

Mo­żesz się uwa­żać za szczę­ścia­rza, bo… trzy­masz tę książ­kę w rę­kach! Naj­wy­raź­niej mo­głeś so­bie na nią po­zwo­lić lub stać było na to oso­bę, od któ­rej ją do­sta­łeś. Gdy­byś po­cho­dził z ubo­gie­go kra­ju, mu­siał­byś utrzy­mać ro­dzi­nę za kil­ka do­la­rów dzien­nie. Więk­szość pie­nię­dzy wy­da­wał­byś wów­czas na je­dze­nie i tym sa­mym ni­g­dy byś Krót­kiej hi­sto­rii eko­no­mii nie ku­pił. Je­śli na­wet wszedł­byś w jej po­sia­da­nie, uznał­byś ją za bez­u­ży­tecz­ną, gdyż nie po­tra­fił­byś czy­tać. W Bur­ki­na Faso, bied­nym pań­stew­ku le­żą­cym w Afry­ce Za­chod­niej, li­te­ry zna mniej niż po­ło­wa oby­wa­te­li, w tym za­le­d­wie jed­na trze­cia ko­biet. Dwu­na­sto­let­nie dziew­czyn­ki nie uczą się al­ge­bry ani ję­zy­ków ob­cych, bo ca­ły­mi dnia­mi no­szą wodę wia­dra­mi do domu. Tak więc, na­wet je­śli nie uwa­żasz się za czło­wie­ka ma­jęt­ne­go, nie za­po­mi­naj, że dla wie­lu osób ży­ją­cych na na­szej pla­ne­cie moż­li­wość ku­pie­nia i prze­czy­ta­nia książ­ki jest rów­nie abs­trak­cyj­na jak lot na Księ­życ.

Lu­dzie, któ­rych na myśl o tak głę­bo­kich po­dzia­łach zże­ra cie­ka­wość bądź też ogar­nia wście­kłość, czę­sto za­czy­na­ją in­te­re­so­wać się eko­no­mią. W koń­cu jest to na­uka o tym, jak spo­łe­czeń­stwa wy­ko­rzy­stu­ją po­sia­da­ne za­so­by: zie­mię, su­row­ce, lu­dzi oraz ma­szy­ny nie­zbęd­ne do pro­duk­cji roz­ma­itych dóbr, ta­kich jak choć­by chleb czy buty. Eko­no­mia tłu­ma­czy rów­nież, dla­cze­go nie na­le­ży mó­wić miesz­kań­com Bur­ki­na Faso, że przy­czy­ną ich bie­dy jest le­ni­stwo (na­wet je­śli w nie­któ­rych przy­pad­kach to praw­da). Wie­lu z nich na­praw­dę cięż­ko pra­cu­je, ale uro­dzi­li się w kra­ju, któ­re­go go­spo­dar­ka nie spraw­dza się jako pro­du­cent dóbr. Dla­cze­go Bry­tyj­czy­cy mają pięk­ne domy, książ­ki i na­uczy­cie­li go­to­wych uczyć ich dzie­ci, a miesz­kań­cy Bur­ki­na Faso mogą tyl­ko o tym po­ma­rzyć? To oczy­wi­ście nie­zwy­kle trud­ne py­ta­nie i jesz­cze nikt nie udzie­lił na nie peł­nej od­po­wie­dzi. Eko­no­mi­ści przy­naj­mniej pró­bu­ją.

Ist­nie­je jed­nak waż­niej­szy po­wód, by za­in­te­re­so­wać się tą dzie­dzi­ną na­uki i po­szu­kać wła­sne­go spoj­rze­nia na go­spo­dar­kę. Go­spo­dar­ka de­cy­du­je bo­wiem o ludz­kim ży­ciu. Ma­luch uro­dzo­ny w bo­ga­tym kra­ju nie­mal na pew­no do­ży­je swo­ich pią­tych uro­dzin. Śmierć dziec­ka jest tam zja­wi­skiem rzad­kim i szo­ku­ją­cym. Tym­cza­sem w naj­bied­niej­szych czę­ściach świa­ta po­nad dzie­sięć pro­cent szkra­bów umie­ra przed­wcze­śnie, głów­nie z po­wo­du gło­du i bra­ku le­ków. Oso­by na­sto­let­nie mogą się uwa­żać za szczę­ścia­rzy. Bądź co bądź prze­ży­ły dzie­ciń­stwo!

Samo sło­wo „eko­no­mia” brzmi nie­przy­jem­nie i ko­ja­rzy się z nud­ny­mi sta­ty­sty­ka­mi. W rze­czy­wi­sto­ści na­uka sta­ra się uła­twić lu­dziom ży­cie oraz po­móc im w za­cho­wa­niu zdro­wia i zdo­by­ciu wy­kształ­ce­nia. Bada po­wo­dy, dla któ­rych nie­któ­re jed­nost­ki osią­ga­ją to, cze­go po­trze­bu­ją, a in­nym się to nie uda­je. Je­śli zdo­ła­my kie­dyś od­po­wie­dzieć na tych kil­ka pod­sta­wo­wych py­tań, bę­dzie­my mo­gli po­móc wszyst­kim lu­dziom na świe­cie.

Eko­no­mi­ści w spo­sób nie­ty­po­wy my­ślą o za­so­bach – czy­li na przy­kład o ce­głach po­trzeb­nych do wy­bu­do­wa­nia szko­ły, le­kach nie­zbęd­nych do le­cze­nia czy książ­kach, po któ­re lu­dzie chęt­nie się­ga­ją. Na­zy­wa­ją je bo­wiem do­bra­mi rzad­ki­mi. Bry­tyj­ski eko­no­mi­sta Lio­nel Rob­bins wręcz zde­fi­nio­wał eko­no­mię jako na­ukę o ta­kich wła­śnie do­brach! I nie cho­dzi tu wy­łącz­nie o dia­men­ty czy bia­łe pa­wie, któ­re rze­czy­wi­ście rzad­ko się spo­ty­ka, ale rów­nież i o dłu­go­pi­sy czy książ­ki. A więc przed­mio­ty, któ­re moż­na zna­leźć w każ­dym domu lub skle­pie! Są rzad­kie, bo wy­stę­pu­ją w ogra­ni­czo­nych ilo­ściach, a prze­cież po­trze­by ludz­kie wy­da­ją się nie­ogra­ni­czo­ne. Gdy­by­śmy chcie­li, mo­gli­by­śmy co­dzien­nie ku­po­wać nowe pi­sa­ki. Nie mo­że­my jed­nak, gdyż trze­ba za nie za­pła­cić. Mu­si­my tym sa­mym do­ko­ny­wać wy­bo­rów.

Za­sta­nów­my się przez chwi­lę nad kosz­ta­mi. Nie za­wsze wy­ra­ża się je w fun­tach czy do­la­rach, choć pie­nią­dze nie­wąt­pli­wie są do ich okre­śle­nia waż­ne. Wy­obraź­my so­bie mło­de­go czło­wie­ka, któ­ry za­sta­na­wia się, jaki wy­dział uni­wer­sy­tec­ki wy­brać. Ma do wy­bo­ru hi­sto­rię i geo­gra­fię, ale nie może stu­dio­wać obu kie­run­ków jed­no­cze­śnie. Osta­tecz­nie de­cy­du­je się na hi­sto­rię. Kosz­tem do­ko­na­ne­go wy­bo­ru jest więc to, z cze­go zre­zy­gno­wał: szan­sa po­zna­nia pu­styń, lo­dow­ców i sto­lic. Jaki jest koszt no­we­go szpi­ta­la? Naj­ła­twiej do­dać do sie­bie ceny ce­gieł i sta­li, któ­rą zu­ży­to na bu­do­wie. Je­śli jed­nak za­sta­no­wi­my się nad tym, z cze­go zre­zy­gno­wa­li­śmy, po­dej­mu­jąc de­cy­zję o bu­do­wie szpi­ta­la, doj­dzie­my do wnio­sku, że kosz­tem jest rów­nież sta­cja ko­le­jo­wa, któ­rą mo­gli­śmy wy­bu­do­wać. Eko­no­mi­ści na­zwa­li­by ją kosz­tem al­ter­na­tyw­nym bądź kosz­tem utra­co­nych ko­rzy­ści. Ła­two o nim za­po­mnieć. Zja­wi­ska ogra­ni­czo­no­ści dóbr i kosz­tów al­ter­na­tyw­nych sta­no­wią tym­cza­sem pod­sta­wę waż­nej praw­dy eko­no­micz­nej: za­wsze do­ko­nu­je się ja­kie­goś wy­bo­ru. Cho­ciaż­by po­mię­dzy szpi­ta­lem, sta­cją ko­le­jo­wą, cen­trum han­dlo­wym i sta­dio­nem pił­kar­skim.

Eko­no­mia ana­li­zu­je, w jaki spo­sób na­le­ży wy­ko­rzy­sty­wać do­bra rzad­kie do za­spo­ka­ja­nia po­trzeb. Ale nie tyl­ko. Bada rów­nież al­ter­na­ty­wy, przed któ­ry­mi sta­ją lu­dzie w róż­nych czę­ściach świa­ta. Miesz­kań­cy ubo­gich kra­jów są w trud­nej sy­tu­acji, przy­kła­do­wo mu­szą wy­bie­rać po­mię­dzy po­sił­kiem dla dziec­ka a an­ty­bio­ty­kiem dla bab­ci. W pań­stwach ta­kich jak USA czy Szwe­cja po­dob­ne de­cy­zje po­dej­mu­je się nie­zwy­kle rzad­ko. Czę­ściej wy­bie­ra się mię­dzy no­wym ze­gar­kiem a no­wo­cze­snym iPa­dem. Oczy­wi­ście kra­je bo­ga­te też mają swo­je pro­ble­my. Nie­kie­dy ban­kru­tu­ją dzia­ła­ją­ce w nich fir­my, lu­dzie tra­cą pra­cę i nie mają za co ku­pić swo­im dzie­ciom ubrań. Z re­gu­ły jed­nak nie mu­szą się mar­twić o ży­cie swo­ich bli­skich. Dla­te­go cen­tral­nym py­ta­niem eko­no­mii po­zo­sta­je, w jaki spo­sób spo­łe­czeń­stwa mogą ogra­ni­czać skut­ki nie­do­bo­rów – i dla­cze­go nie wszyst­kie ro­bią to rów­nie sku­tecz­nie. Pró­ba udzie­le­nia od­po­wie­dzi wy­ma­ga cze­goś wię­cej niż świa­do­mo­ści ist­nie­nia kosz­tów al­ter­na­tyw­nych, czy­li umie­jęt­no­ści wy­bra­nia po­mię­dzy no­wym szpi­ta­lem a bo­iskiem pił­kar­skim czy mię­dzy iPa­dem a ze­gar­kiem. Nie­zbęd­na jest rów­nież zna­jo­mość za­sad funk­cjo­no­wa­nia go­spo­dar­ki. Po­zna­nie do­rob­ku naj­bar­dziej zna­nych eko­no­mi­stów to do­bry spo­sób na wgry­zie­nie się w pro­blem. Ich do­ro­bek sta­no­wi jed­no­cze­śnie do­sko­na­ły przy­kład nie­zwy­kłe­go zróż­ni­co­wa­nia teo­rii na­uko­wych.

Eko­no­mi­ści przy­glą­da­ją się go­spo­dar­kom. Pa­trzą, jak zu­ży­wa się su­row­ce, pro­du­ku­je nowe to­wa­ry i de­cy­du­je, kto co do­sta­nie. Przy­kła­do­wo pro­du­cent ku­pu­je ma­te­ria­ły i za­trud­nia pra­cow­ni­ków do szy­cia T-shir­tów. Kon­su­ment – czy­li ty lub ja – od­wie­dza skle­py i ku­pu­je ko­szul­ki (a więc kon­su­mu­je je). Oczy­wi­ście pod wa­run­kiem, że ma pie­nią­dze i chce je wy­dać. Na­by­wa rów­nież usłu­gi, czy­li to­wa­ry, któ­re nie są fi­zycz­ny­mi przed­mio­ta­mi (patrz: strzy­że­nie). Po­dob­nie jak więk­szość kon­su­men­tów jest jed­no­cześ­nie pra­cow­ni­kiem i w ten spo­sób za­ra­bia na ży­cie. Ra­zem z fir­ma­mi i so­bie po­dob­ny­mi ludź­mi sta­no­wi pod­sta­wę każ­dej go­spo­dar­ki. Jed­nak na to, w jaki spo­sób wy­ko­rzy­sty­wa­ne są su­row­ce, wpły­wa­ją rów­nież ban­ki i gieł­dy two­rzą­ce sys­te­my fi­nan­so­we. Te pierw­sze po­ży­cza­ją pie­nią­dze fir­mom i w ten spo­sób fi­nan­su­ją je. Prze­cież kie­dy bank udzie­li pro­du­cen­to­wi ko­szu­lek kre­dy­tu na bu­do­wę no­wej fa­bry­ki, ten na­bę­dzie ce­ment i wy­ko­rzy­sta do wznie­sie­nia za­kła­du, a nie mo­stu! Do­dat­ko­wo fir­my sprze­da­ją swo­je ak­cje (lub udzia­ły) na gieł­dach i w ten spo­sób zdo­by­wa­ją pie­nią­dze na in­we­sty­cje. Je­śli ku­pi­łeś ak­cje To­shi­by, po­sia­dasz nie­wiel­ką część tego przed­się­bior­stwa i zy­sku­jesz, je­śli wie­dzie mu się do­brze. Czę­ścią go­spo­dar­ki są rów­nież rzą­dy. One tak­że mają wpływ na to, w jaki spo­sób wy­ko­rzy­stu­je się su­row­ce – cho­ciaż­by wy­da­jąc pie­nią­dze na nowe elek­trow­nie czy au­to­stra­dy.

W na­stęp­nym roz­dzia­le po­zna­my sta­ro­żyt­nych Gre­ków, pierw­szych lu­dzi, któ­rzy za­czę­li sta­wiać py­ta­nia eko­no­micz­ne. Sło­wo „eko­no­mia” po­cho­dzi zresz­tą od grec­kie­go oiko­no­mía i ozna­cza na­ukę o tym, jak go­spo­dar­stwa do­mo­we za­rzą­dza­ją swo­imi środ­ka­mi. Dziś eko­no­mi­ści sku­pia­ją się na fir­mach i ca­łych ga­łę­ziach go­spo­dar­ki, ale go­spo­dar­stwa do­mo­we na­dal są dla nich waż­ne. W koń­cu to zwy­kli lu­dzie ku­pu­ją to­wa­ry i two­rzą siłę ro­bo­czą. Eko­no­mia jest więc de fac­to na­uką o ich za­cho­wa­niach w go­spo­dar­ce – cho­ciaż­by o tym, w jaki spo­sób wy­da­dzą dwa­dzie­ścia fun­tów, któ­re do­sta­li na uro­dzi­ny. I dla­cze­go de­cy­du­ją się na pra­cę za okre­ślo­ne wy­na­gro­dze­nie albo cze­mu jed­ni prze­zor­nie oszczę­dza­ją, a inni mar­nu­ją kasę na pla­sti­ko­we pa­ła­ce dla swo­ich psów!

Eko­no­mi­ści pró­bu­ją od­po­wia­dać na ta­kie py­ta­nia w spo­sób na­uko­wy. To­bie sło­wo „na­uka” ko­ja­rzy się pew­nie z cie­cza­mi bul­go­czą­cy­mi w pro­bów­kach oraz rów­na­nia­mi za­pi­sa­ny­mi na ta­bli­cy? Nie wi­dzisz jej związ­ku z ludź­mi umie­ra­ją­cy­mi z gło­du? A jed­nak eko­no­mi­ści pra­cu­ją w po­dob­ny spo­sób co na­ukow­cy ba­da­ją­cy tor lotu ra­kie­ty. Fi­zy­cy szu­ka­ją bo­wiem praw fi­zy­ki, czy­li za­sad wy­ni­ka­nia jed­ne­go zja­wi­ska z dru­gie­go, i sta­ra­ją się za ich po­mo­cą usta­lić, w jaki spo­sób cię­żar ra­kie­ty wpły­nie na jej za­sięg czy pu­łap. Eko­no­mi­ści z ko­lei szu­ka­ją praw eko­no­micz­nych, któ­re po­zwo­lą im na przy­kład usta­lić za­leż­ność po­mię­dzy wiel­ko­ścią po­pu­la­cji a ilo­ścią do­stęp­ne­go je­dze­nia. To tak zwa­na eko­no­mia po­zy­tyw­na. Pra­wa nie są prze­cież do­bre ani złe. Po pro­stu opi­su­ją rze­czy­wi­stość.

Pew­nie uwa­żasz, że eko­no­mia nie po­win­na się ogra­ni­czać do opi­su za­sta­nej rze­czy­wi­sto­ści. Masz ra­cję. Przy­po­mnij so­bie afry­kań­skie dzie­ci, któ­re nie do­ży­wa­ją pią­te­go roku. ży­cia. Czy wy­star­czy od­no­to­wać ich sy­tu­ację i na tym za­koń­czyć pra­cę? Oczy­wi­ście nie! Gdy­by na­ukow­cy nie do­ko­ny­wa­li oce­ny zja­wi­ska, by­li­by ludź­mi bez ser­ca! Zaj­mu­je się tym ko­lej­na ga­łąź eko­no­mii – eko­no­mia nor­ma­tyw­na. Pró­bu­je ona usta­lić, czy dane zja­wi­sko go­spo­dar­cze jest do­bre czy złe dla spo­łe­czeń­stwa. Je­śli su­per­mar­ket wy­rzu­ca je­dze­nie na­da­ją­ce się do spo­ży­cia, to je mar­nu­je. Z ko­lei róż­ni­ca do­cho­dów mię­dzy bo­ga­ty­mi i bied­ny­mi jest po pro­stu nie­spra­wie­dli­wa.

Kie­dy do­ko­na się szcze­gó­ło­wej ob­ser­wa­cji i mą­drej oce­ny da­ne­go zja­wi­ska, moż­na dzię­ki pra­wom eko­no­micz­nym roz­po­cząć pro­ces zmian i stwo­rzyć bo­gat­sze, uczciw­sze spo­łe­czeń­stwo, w któ­rym wię­cej osób może cie­szyć się ży­ciem na od­po­wied­nim po­zio­mie. Jak po­wie­dział kie­dyś bry­tyj­ski eko­no­mi­sta Al­fred Mar­shall, eko­no­mi­ści po­trze­bu­ją „chłod­nych głów i go­rą­cych serc”. Po­win­ni opi­sy­wać świat jak na­ukow­cy, ale ro­bić to z sza­cun­kiem dla ludz­kie­go cier­pie­nia i pró­bo­wać zmie­nić rze­czy­wi­stość na lep­sze.

Współ­cze­sna eko­no­mia wy­kła­da­na na uni­wer­sy­te­tach jest efek­tem wie­lu ty­się­cy lat roz­wo­ju cy­wi­li­za­cyj­ne­go. Po­ja­wi­ła się jed­nak kil­ka wie­ków temu wraz z po­wsta­niem ka­pi­ta­li­zmu, sys­te­mu spo­łecz­no-go­spo­dar­cze­go funk­cjo­nu­ją­ce­go obec­nie na nie­mal ca­łym świe­cie. W ka­pi­ta­li­zmie więk­szość su­row­ców – zie­mię, je­dze­nie czy pra­cę – ku­pu­je się i sprze­da­je za pie­nią­dze. Pro­ces ten re­gu­lu­je „ry­nek”. Ka­pi­ta­li­ści po­sia­da­ją ka­pi­tał: pie­nią­dze i ma­szy­ny, wresz­cie fa­bry­ki po­trzeb­ne do pro­duk­cji dóbr. To wła­śnie w nich pra­cu­ją przed­sta­wi­cie­le dru­giej kla­sy spo­łecz­nej, czy­li pra­cow­ni­cy. Dziś trud­no wy­obra­zić so­bie, by go­spo­dar­ka ba­zo­wa­ła na od­mien­nych za­sa­dach, jed­nak wcze­śniej funk­cjo­no­wa­ły zu­peł­nie inne sys­te­my go­spo­dar­cze. Lu­dzie je­dli to, co sami wy­pro­du­ko­wa­li, i nie ku­po­wa­li je­dze­nia. Nie pra­co­wa­li też dla firm, ale dla pa­nów, do któ­rych na­le­ża­ła zie­mia.

W po­rów­na­niu z ma­te­ma­ty­ką czy na­uką o li­te­ra­tu­rze eko­no­mia jest na­uką mło­dą i sku­pia się głów­nie na tym, co tra­pi ka­pi­ta­li­stów: na ku­po­wa­niu, sprze­da­wa­niu i ce­nach. Spo­ra część Krót­kiej hi­sto­rii eko­no­mii do­ty­czy tych wła­śnie pro­ce­sów. Przyj­rzy­my się rów­nież teo­riom, któ­re funk­cjo­no­wa­ły wcze­śniej, bo prze­cież każ­de spo­łe­czeń­stwo – ka­pi­ta­li­stycz­ne czy nie – bo­ry­ka się z pro­ble­ma­mi nie­do­bo­rów. Prze­ana­li­zu­je­my zmie­nia­ją­ce się teo­rie i prze­po­czwa­rza­ją­ce się go­spo­dar­ki. Spró­bu­je­my zro­zu­mieć, jak lu­dzie pró­bo­wa­li ra­dzić so­bie z ogra­ni­czo­no­ścią za­so­bów, pra­cu­jąc na po­lach bądź w fa­bry­kach i i za­sia­da­jąc po­tem wspól­nie do sto­łu.

Czy eko­no­mi­ści za­wsze oce­nia­ją go­spo­dar­kę ni­czym roz­waż­ni na­ukow­cy i mą­drzy fi­lo­zo­fo­wie? Cóż, by­wa­ją oskar­ża­ni o prze­ocza­nie pro­ble­mów nie­któ­rych grup spo­łecz­nych. Z re­gu­ły tych, o któ­rych za­po­mi­na­no za każ­dym ra­zem, gdy na świe­cie do­ko­ny­wał się po­stęp – mowa tu na przy­kład o ko­bie­tach czy oso­bach czar­no­skó­rych. Czy dzia­ło się tak dla­te­go, że eko­no­mi­ści z re­gu­ły wy­wo­dzi­li się z warstw uprzy­wi­le­jo­wa­nych? Na po­cząt­ku XXI wie­ku wy­buchł wiel­ki kry­zys eko­no­micz­ny wy­wo­ła­ny przez nie­od­po­wie­dzial­ną dzia­łal­ność ban­ków. Wie­lu lu­dzi mia­ło żal do ana­li­ty­ków, że go nie prze­wi­dzie­li. Nie­któ­rzy po­dej­rze­wa­ją na­wet, że na­ukow­cy po­zo­sta­wa­li pod wpły­wem be­ne­fi­cjen­tów go­spo­dar­ki kon­tro­lo­wa­nej przez fi­nan­si­stów i wiel­kie ban­ki.

Być może więc eko­no­mi­ści po­trze­bu­ją cze­goś wię­cej niż chłod­nych głów i go­rą­cych serc? Z pew­no­ścią przy­da­ły­by im się oczy zdol­ne do kry­tycz­ne­go spoj­rze­nia, czy­li umie­jęt­ność zmia­ny włas­nych przy­zwy­cza­jeń wraz ze spo­so­bem pa­trze­nia na świat. Stu­dio­wa­nie hi­sto­rii eko­no­mii może w tym po­móc. Przy­po­mnie­nie so­bie, jak wie­le daw­ne idee za­wdzię­cza­ją nie­ty­po­wym za­in­te­re­so­wa­niom ich twór­ców oraz re­aliom, w ja­kich żyli, po­zwo­li trzeź­wiej spoj­rzeć na świat. Dla­te­go wła­śnie ana­li­zo­wa­nie prą­dów na­uko­wych w kon­tek­ście hi­sto­rycz­nym jest ta­kie in­te­re­su­ją­ce – i tak waż­ne dla świa­ta, w któ­rym ży­je­my.

ROZ­DZIAŁ 2

Szybujące łabędzie

Po­dob­nie jak my, lu­dzie pier­wot­ni zma­ga­li się z ogra­ni­czo­no­ścią za­so­bów. W ich przy­pad­ku ozna­cza­ło to ko­niecz­ność zdo­by­cia je­dze­nia. Nie ist­nia­ła jesz­cze go­spo­dar­ka jako taka, nie było farm, warsz­ta­tów ani fa­bryk. Wy­ży­wie­nie za­pew­niał las, w któ­rym zbie­ra­no ja­go­dy i po­lo­wa­no na zwie­rzę­ta. W efek­cie do­pie­ro wraz z po­ja­wie­niem się bar­dziej zło­żo­nych sys­te­mów go­spo­dar­czych funk­cjo­nu­ją­cych w sta­ro­żyt­nej Gre­cji czy Rzy­mie lu­dzie za­czę­li się za­sta­na­wiać nad eko­no­mią.

Pierw­si te­ma­tem za­ję­li się grec­cy fi­lo­zo­fo­wie, któ­rzy jed­no­cze­śnie za­po­cząt­ko­wa­li za­chod­nią myśl fi­lo­zo­ficz­ną (jej czę­ścią jest dziś eko­no­mia). Ich idee po­ja­wi­ły się w efek­cie trwa­ją­ce­go wie­le ty­się­cy lat pro­ce­su two­rze­nia się pierw­szych cy­wi­li­za­cji. W jego trak­cie lu­dzie co naj­wy­żej sia­li ziar­na eko­no­mii, na­gi­na­jąc na­tu­rę do swo­ich po­trzeb. Kie­dy jed­nak ujarz­mi­li ogień, za­czę­li wy­twa­rzać nowe do­bra z rze­czy znaj­du­ją­cych się pod ręką. Na­uczy­li się le­pić garn­ki z gli­ny, przy­go­to­wy­wać po­sił­ki z mię­sa i ro­ślin. Po­tem, ja­kieś dzie­sięć ty­się­cy lat temu, sta­li się ko­łem za­ma­cho­wym pierw­szej re­wo­lu­cji eko­no­micz­nej: od­kry­li bo­wiem, jak upra­wiać zie­mię i ho­do­wać zwie­rzę­ta. In­ny­mi sło­wy, wy­na­leź­li rol­nic­two. Nie po­trze­bo­wa­li już wiel­kich prze­strze­ni, dla­te­go za­czę­li się gro­ma­dzić i za­kła­dać wsie.

W ra­mach tego pro­ce­su na­ro­dzi­ła się cy­wi­li­za­cja me­zo­po­tam­ska, funk­cjo­nu­ją­ca na te­re­nie dzi­siej­sze­go Ira­ku. Jej sys­tem go­spo­dar­czy był nie­co bar­dziej zło­żo­ny, gdyż nie­któ­rzy oby­wa­te­le nie mu­sie­li się sta­rać o je­dze­nie – po­dob­nie jak ty, któ­ry nie upra­wiasz zie­mi, by mieć co jeść, bo po­trzeb­ne to­wa­ry ku­pu­jesz w skle­pie. W Me­zo­po­ta­mii po raz pierw­szy po­ja­wi­ły się war­stwy spo­łecz­ne nie­zbie­ra­ją­ce jęcz­mie­nia ani nie­do­ją­ce kóz. Byli to rzą­dzą­cy mia­sta­mi wład­cy oraz du­chow­ni opie­ku­ją­cy się świą­ty­nia­mi.

Zmia­ny te były moż­li­we tyl­ko dzię­ki temu, że chło­pi na­uczy­li się sku­tecz­niej upra­wiać zie­mię oraz ho­do­wać zwie­rzę­ta i wy­pra­co­wy­wa­li nad­wyż­ki, któ­rych nie po­trze­bo­wa­li. Od­da­wa­li je więc du­chow­nym oraz wład­com. Prze­ka­zy­wa­nie żyw­no­ści przez pro­du­cen­tów od­bior­com wy­ma­ga­ło or­ga­ni­za­cji. Dzi­siaj w ku­po­wa­niu i sprze­da­wa­niu to­wa­rów po­ma­ga­ją pie­nią­dze, lecz daw­ne cy­wi­li­za­cje kie­ro­wa­ły się in­ny­mi za­sa­da­mi. Przy­kła­do­wo plo­ny przy­no­szo­no do świą­tyń jako ofia­rę, dzie­lo­no się nimi z du­chow­ny­mi. Aby to upo­rząd­ko­wać, wy­na­le­zio­no pi­smo. Nie­przy­pad­ko­wo wśród naj­star­szych do­ku­men­tów znaj­du­ją się spi­sy żyw­no­ści do­star­czo­nej przez pro­du­cen­tów. Kie­dy urzęd­ni­cy na­uczy­li się no­to­wać, za­czę­li po­bie­rać część wy­pra­co­wa­nych przez lu­dzi plo­nów (w pew­nym sen­sie je opo­dat­ko­wu­jąc) i wy­ko­rzy­sty­wać zdo­by­te w ten spo­sób środ­ki do fi­nan­so­wa­nia nie­zbęd­nych prac, na przy­kład prze­ko­py­wa­nia ka­na­łów na­wad­nia­ją­cych pola bądź wzno­sze­nia gro­bow­ców upa­mięt­nia­ją­cych wład­ców.

Na kil­ka stu­le­ci przed na­ro­dzi­na­mi Chry­stu­sa ty­siąc­let­nie cy­wi­li­za­cje funk­cjo­no­wa­ły już nie tyl­ko w Me­zo­po­ta­mii, ale rów­nież w Egip­cie, In­diach czy Chi­nach. Z pew­no­ścią od­ci­snę­ły swo­je pięt­no na no­wej cy­wi­li­za­cji, któ­ra na­ro­dzi­ła się w Gre­cji. Tu jed­nak lu­dzie do­głęb­niej się za­sta­na­wia­li nad rolą, jaką czło­wiek od­gry­wa w spo­łe­czeń­stwie. He­zjod, je­den z naj­star­szych grec­kich po­etów, od­no­to­wał po­cząt­ki tego typu my­śle­nia w sło­wach „Bóg ukry­wa żyw­ność przed czło­wie­kiem”. Zwró­cił tym sa­mym uwa­gę na pro­blem ogra­ni­czo­no­ści za­so­bów. Chleb nie spa­da prze­cież z nie­ba. Żeby go zjeść, trze­ba za­siać psze­ni­cę, ze­brać ją, zmie­lić na mąkę, a na­stęp­nie upiec z niej boch­ny. By żyć, lu­dzie mu­szą pra­co­wać.

Roz­wa­ża­nia przod­ka wszyst­kich my­śli­cie­li, grec­kie­go fi­lo­zo­fa So­kra­te­sa, zna­my dzię­ki za­pi­skom jego uczniów. Po­dob­no pew­nej nocy przy­śnił mu się ła­będź roz­po­ście­ra­ją­cy skrzy­dła i wzbi­ja­jący się z gło­śnym śpie­wem do lotu. Na­stęp­ne­go dnia po­znał Pla­to­na i do­strzegł w nim pta­ka ze snu. Pla­ton (428/427 – 348/347 p.n.e.) zo­stał póź­niej jego naj­zdol­niej­szym uczniem. Ob­wo­ła­no go na­wet na­uczy­cie­lem ludz­ko­ści, a jego my­śli od­bi­ły się sze­ro­kim echem w ko­lej­nych wie­kach.

Wy­obra­ził so­bie ide­al­ne spo­łe­czeń­stwo funk­cjo­nu­ją­ce w ra­mach go­spo­dar­ki nie­przy­po­mi­na­ją­cej tej współ­cze­snej nam ani też tej, w któ­rej sam żył. Przede wszyst­kim w jego cza­sach nie funk­cjo­no­wa­ło po­ję­cie na­ro­du w obec­nym ro­zu­mie­niu tego sło­wa. Gre­cja sta­no­wi­ła gru­pę miast-państw, ta­kich jak Ate­ny, Spar­ta czy Teby, któ­re okre­śla­no mia­nem po­lis. Ide­al­ne spo­łe­czeń­stwo Pla­to­na za­miesz­ki­wa­ło więc nie­wiel­kie, zwar­te mia­sto, a nie ol­brzy­mi kraj. Wład­cy od­po­wia­da­li w nim za or­ga­ni­za­cję ży­cia, ist­niał też ry­nek ofe­ru­ją­cy żyw­ność i moż­li­wość pra­cy za­rob­ko­wej. Pra­ca to zresz­tą cie­ka­we za­gad­nie­nie. Dzi­siaj to ty wy­bie­rasz: de­cy­du­jesz się zo­stać hy­drau­li­kiem, bo lu­bisz na­pra­wiać róż­ne rze­czy oraz wiesz, że jest to za­ję­cie do­brze płat­ne. W ide­al­nym spo­łe­czeń­stwie Pla­to­na o pra­cy de­cy­do­wa­ło uro­dze­nie. Więk­szość lu­dzi, wli­cza­jąc w to nie­wol­ni­ków, upra­wia­ła zie­mię. Sta­no­wi­li naj­niż­szy stan o du­szach z brą­zu. Nie­co wy­żej fi­lo­zof sta­wiał wo­jow­ni­ków o srebr­nych du­szach, nad nimi zaś umiej­sco­wił wład­ców-fi­lo­zo­fów, któ­rych du­sze mie­ni­ły się zło­tem. W za­ło­żo­nej w po­bli­żu Aten słyn­nej Aka­de­mii przy­go­to­wy­wał swo­ich uczniów do roli mę­dr­ców rzą­dzą­cych spo­łe­czeń­stwem.

Pla­ton po­gar­dzał bo­gac­twem, dla­te­go w jego ide­al­nym spo­łe­czeń­stwie żoł­nie­rze i kró­lo­wie nie mo­gli mieć nic na wła­sność. Zło­to i pa­ła­ce psu­ły ich du­sze, mie­li więc żyć we wspól­no­tach i dzie­lić się wszyst­kim z bliź­ni­mi. Na­wet dzie­ci wy­cho­wy­wa­ły­by się ra­zem, nie zaś pod opie­ką ro­dzi­ców. Pla­ton oba­wiał się, że je­śli pie­nią­dze na­bio­rą zbyt wiel­kie­go zna­cze­nia, lu­dzie za­czną o nie za­bie­gać. W efek­cie wła­dzę przej­mą bo­ga­cze, któ­rym bied­ni będą za­zdro­ścić po­zy­cji. Bę­dzie do­cho­dzić do kłót­ni i spo­rów.

Pla­to­na wspie­rał w Aka­de­mii inny szy­bu­ją­cy ła­będź, Ary­sto­te­les (384–322 p.n.e.). To wła­śnie on pierw­szy po­dzie­lił na­ukę na dzia­ły, mię­dzy in­ny­mi wie­dzę ogól­ną, ma­te­ma­ty­kę oraz po­li­ty­kę. Miał przy tym roz­le­głe za­in­te­re­so­wa­nia, z jed­nej stro­ny sta­wiał po­waż­ne py­ta­nia z dzie­dzi­ny lo­gi­ki, z dru­giej in­te­re­so­wał się bu­do­wą ry­bich skrze­li. Dziś nie­któ­re jego od­kry­cia mogą śmie­szyć, jak choć­by teza, że lu­dzie z du­ży­mi usza­mi uwiel­bia­ją plot­ko­wać, ale był to prze­cież czło­wiek, któ­ry pró­bo­wał ogar­nąć in­te­lek­tu­al­nie cały ota­cza­ją­cy go świat. Nie bez po­wo­du przez całe wie­ki ucho­dził wśród na­ukow­ców za naj­wyż­szy au­to­ry­tet. Na­zy­wa­no go na­wet Fi­lo­zo­fem!

Ary­sto­te­les kry­ty­ko­wał nie­któ­re kon­cep­cje Pla­to­na. Za­miast spo­łe­czeń­stwa ide­al­ne­go wo­lał wy­obra­zić so­bie ta­kie, któ­re wy­ko­rzy­sty­wa­ło ludz­kie nie­do­sko­na­ło­ści. Dla­te­go też za­kaz po­sia­da­nia wła­sno­ści pry­wat­nej uznał za nie­prak­tycz­ny. Zga­dzał się co praw­da z tezą, że lu­dzie będą w ta­kiej sy­tu­acji za­zdro­ścić bo­gac­twa in­nym, a na­wet wal­czyć o nie, lecz jego zda­niem wal­czy­li­by rów­nież wte­dy, gdy­by mu­sie­li wszyst­kim się dzie­lić. Dla­te­go le­piej po­zwo­lić lu­dziom na po­sia­da­nie ma­jąt­ku, bo będą dbać o nie­go i zre­zy­gnu­ją z nie­po­trzeb­nych dys­ku­sji o tym, kto wię­cej wło­żył do wspól­ne­go garn­ka.

Moż­na by przy­pusz­czać, że sko­ro lu­dzie two­rzą do­bra dzię­ki wła­snym na­sio­nom i na­rzę­dziom, to nie zdo­bę­dą no­wych bu­tów, o ile sami ich so­bie nie zro­bią. Czy rze­czy­wi­ście? Prze­cież mogą je ku­pić od szew­ca w za­mian za swo­je oliw­ki! Tu wła­śnie Ary­sto­te­les rzu­ca świa­tło na jed­ną z pod­sta­wo­wych czę­ści skła­do­wych go­spo­dar­ki: wy­mia­nę jed­ne­go to­wa­ru na inny. „Po­ma­ga­ją w tym pie­nią­dze”, pod­po­wia­da fi­lo­zof. Bez nich mu­sie­li­by­śmy tasz­czyć oliw­ki po ca­łym mie­ście i li­czyć, że uda nam się wpaść na ko­goś, kto za­ofe­ru­je nam w za­mian buty w od­po­wied­nim roz­mia­rze. Aby upro­ścić ten pro­ces, lu­dzie stwo­rzy­li przed­miot (czę­sto srebr­ny i zło­ty), któ­ry moż­na było wy­mie­nić na nie­zbęd­ne im to­wa­ry. Stał się on mier­ni­kiem eko­no­micz­nej war­to­ści (po­ka­zy­wał, ile coś jest war­te) i po­zwo­lił prze­ka­zy­wać ma­ją­tek in­nym oso­bom. Nie trze­ba już było szu­kać ko­goś, kto zgo­dzi się przy­jąć oliw­ki w za­mian za obu­wie, moż­na było sprze­dać je ko­muś za pie­nią­dze, a na­stęp­ne­go dnia za te same pie­nią­dze spra­wić so­bie u ko­goś in­ne­go nową parę bu­tów.

Mo­ne­ta­mi na­zwa­no ujed­no­li­co­ne ka­wał­ki me­ta­lu o okre­ślo­nej war­to­ści. Po­ja­wi­ły się w VI wie­ku przed na­szą erą w Li­dii (le­żą­cej w gra­ni­cach dzi­siej­szej Tur­cji), gdzie wy­bi­ja­no je z elek­trum, na­tu­ral­nej mie­szan­ki sre­bra i zło­ta. Szyb­ko się przy­ję­ły w sta­ro­żyt­nej Gre­cji – na­gra­dza­no nimi cho­ciaż­by mi­strzów olim­pij­skich, przy­zna­jąc im po 500 drachm na gło­wę. W V wie­ku przed na­szą erą funk­cjo­no­wa­ło już pra­wie sto men­nic. Pły­ną­ca z nich rze­ka srebr­nych mo­net po­zwa­la­ła ko­łom han­dlu to­czyć się do przo­du.

Ary­sto­te­les uświa­do­mił so­bie rów­nież, że kie­dy lu­dzie uży­wa­ją pie­nię­dzy do wy­mia­ny to­wa­ro­wej, po­ja­wia się zna­czą­ca róż­ni­ca po­mię­dzy prze­zna­cze­niem to­wa­rów (oliw­ki słu­żą do je­dze­nia) oraz ich war­to­ścią ryn­ko­wą (za oliw­ki do­sta­je się pie­nią­dze). Mimo to rów­nie na­tu­ral­ne jak upra­wia­nie i je­dze­nie oli­wek jest sprze­da­wa­nie ich i po­zy­ski­wa­nie tą dro­gą in­nych pro­duk­tów. Jed­nak kie­dy go­spo­dar­stwa do­mo­we za­uwa­ża­ją, że na sprze­da­ży oli­wek mogą za­ro­bić, za­czy­na­ją sa­dzić je wy­łącz­nie dla zy­sku (czy­li róż­ni­cy po­mię­dzy przy­cho­da­mi ze sprze­da­ży a po­nie­sio­ny­mi kosz­ta­mi). Tak wła­śnie ro­dzi się han­del: sprze­da­wa­nie i ku­po­wa­nie dóbr w ce­lach ko­mer­cyj­nych. Ary­sto­te­les trak­to­wał go nie­uf­nie i uwa­żał, że po­zy­ski­wa­nie dóbr nie­po­trzeb­nych go­spo­dar­stwu do­mo­we­mu jest nie­na­tu­ral­ne. Prze­cież sprze­da­jąc oliw­ki w ce­lach za­rob­ko­wych, lu­dzie wzbo­ga­ca­ją się czy­imś kosz­tem. Jak się póź­niej prze­ko­na­my, współ­cze­śni eko­no­mi­ści nie ro­zu­mie­ją jego obaw i uwa­ża­ją, że na ry­wa­li­za­cji sprze­daw­ców i ku­pu­ją­cych zy­sku­je całe spo­łe­czeń­stwo. W cza­sach Ary­sto­te­le­sa to nie wy­da­wa­ło się nor­mal­ne.

Grec­ki fi­lo­zof uwa­żał, że bo­gac­two po­cho­dzą­ce z na­tu­ral­nych dzia­łań eko­no­micz­nych jest ogra­ni­czo­ne, bo po za­spo­ko­je­niu po­trzeb go­spo­dar­stwa do­mo­we­go pie­nią­dze prze­sta­ją być po­trzeb­ne. Z dru­giej stro­ny nie ist­nie­je prze­cież gra­ni­ca nie­na­tu­ral­ne­go bo­ga­ce­nia się. Moż­na bez koń­ca zwięk­szać pro­duk­cję oli­wek i na do­da­tek szu­kać in­nych to­wa­rów na sprze­daż. Co mo­gło­by po­wstrzy­mać czło­wie­ka przed zgro­ma­dze­niem góry pie­nię­dzy się­ga­ją­cej nie­ba? Ab­so­lut­nie nic, nie li­cząc cnót i mą­dro­ści. „Na sku­tek gro­ma­dze­nia ma­jąt­ku może na­ro­dzić się tyl­ko je­den czło­wiek – za­moż­ny głu­piec”, twier­dził Ary­sto­te­les.

Gor­sze od pro­du­ko­wa­nia co­raz więk­szej ilo­ści oli­wek w celu za­ro­bie­nia co­raz więk­szej ilo­ści pie­nię­dzy może być tyl­ko uży­wa­nie pie­nię­dzy do za­ro­bie­nia ko­lej­nych pie­nię­dzy. Za­spo­ka­ja­nie gło­du za po­mo­cą oli­wek (lub wy­mie­nia­nie ich na do­bra po­trzeb­ne go­spo­dar­stwu do­mo­we­mu) było rów­nie na­tu­ral­ne jak uży­wa­nie pie­nię­dzy jako środ­ka wy­mia­ny. Za­ra­bia­nie na po­ży­cza­niu pie­nię­dzy w za­mian za wy­na­gro­dze­nie (na­zy­wa­ne od­set­ka­mi) ucho­dzi­ło za naj­bar­dziej nie­na­tu­ral­ne dzia­ła­nie na świe­cie, o czym prze­ko­na­my się już w ko­lej­nym roz­dzia­le. Ary­sto­te­les za cno­tę uwa­żał uczci­wą pra­cę na roli, nie zaś po­sa­dę spryt­ne­go ban­kow­ca. Jego nie­chęć do po­życz­ko­daw­ców wpły­nę­ła na spo­sób my­śle­nia eko­no­mi­stów w ko­lej­nych wie­kach.

Kie­dy Pla­ton i Ary­sto­te­les pre­cy­zo­wa­li swo­je tezy, Gre­cja co­raz mniej przy­po­mi­na­ła świat z ich wi­zji. Mia­sta-pań­stwa po­grą­ża­ły się w kry­zy­sie, a Ate­ny i Spar­ta to­czy­ły nie­koń­czą­ce się woj­ny. Po­my­sły obu fi­lo­zo­fów sta­no­wi­ły za­pew­ne pró­bę od­wo­ła­nia się do daw­nej świet­no­ści. Pla­ton pod­kre­ślał zna­cze­nie dys­cy­pli­ny, Ary­sto­te­les wo­lał w prak­tycz­ny spo­sób chro­nić lu­dzi przed szko­dli­wym dzia­ła­niem han­dlu. I choć obaj po­tę­pia­li mi­łość do pie­nią­dza, ich ro­da­cy co­raz czę­ściej my­śle­li o bo­ga­ce­niu się. Po­dob­no je­den z wład­ców Spar­ty po­sta­no­wił to utrud­nić i za­czął bić mo­ne­ty z że­la­znych szta­bek tak cięż­kich, że trze­ba je było wo­zić wo­ła­mi. Nie­mniej jed­nak han­del kwitł. Nie­któ­re mia­sta za­czę­ły wy­mie­niać oli­wę z oli­wek, zbo­ża oraz inne do­bra na to­wa­ry po­cho­dzą­ce z in­nych kra­jów po­ło­żo­nych w ba­se­nie Mo­rza Śród­ziem­ne­go. Po śmier­ci obu fi­lo­zo­fów go­spo­dar­ka da­lej się roz­wi­ja­ła, zwłasz­cza że ar­mie Alek­san­dra Wiel­kie­go, naj­słyn­niej­sze­go ucznia Ary­sto­te­le­sa, pod­bi­ły re­gion. W nowo po­wsta­łym im­pe­rium do­mi­no­wa­ły grec­ka kul­tu­ra i oby­cza­je.

Im­pe­rium – po­dob­nie jak inne ów­cze­sne cy­wi­li­za­cje, w tym rzym­ska – nie prze­trwa­ło pró­by cza­su. Po­ja­wi­li się jed­nak nowi my­śli­cie­le. Po upad­ku Rzy­mu w V wie­ku na­szej ery do roli ba­da­czy go­spo­dar­ki uro­śli chrze­ści­jań­scy mni­si. Pro­blem w tym, że po­zna­wa­li świat z per­spek­ty­wy klasz­to­rów po­ło­żo­nych na od­lu­dziach.

ROZ­DZIAŁ 3

Boska gospodarka

We­dług Bi­blii to grzech pier­wo­rod­ny zmu­sił lu­dzi do pra­cy. Kie­dy Adam i Ewa miesz­ka­li w raju, wie­dli pro­ste ży­cie: pili wodę z rze­ki i je­dli owo­ce ro­sną­ce na drze­wach. Ale pew­ne­go dnia zgrze­szy­li nie­po­słu­szeń­stwem i Bóg za karę prze­gnał ich na czte­ry wia­try. Wte­dy wła­śnie do­stat­nie ży­cie za­mie­ni­ło się w mar­ną eg­zy­sten­cję. „W po­cie więc ob­li­cza twe­go bę­dziesz mu­siał zdo­by­wać po­ży­wie­nie”, po­wie­dział Bóg Ada­mo­wi i od tam­tej pory lu­dzie pra­cu­ją, by prze­trwać. Je­zus ostrze­ga, że rów­nież pod­czas pra­cy mogą zgrze­szyć i tym sa­mym za­mknąć so­bie dro­gę do nie­ba. Nie po­win­ni zbyt czę­sto my­śleć o bo­ga­ce­niu się ani za­zdro­ścić dóbr bliź­nim. Skoń­czą bo­wiem roz­ko­cha­ni w ubra­niach, klej­no­tach i pie­nią­dzach, za­miast w Bogu.

Na prze­ciw­nych krań­cach nie­zwy­kle dłu­giej epo­ki zwa­nej śre­dnio­wie­czem zna­la­zło się dwóch chrze­ści­jań­skich fi­lo­zo­fów, praw­dzi­wych ty­ta­nów in­te­lek­tu swo­ich cza­sów. Obaj dłu­go za­sta­na­wia­li się nad na­uka­mi Chry­stu­sa i tym, co my­ślał o udzia­le wier­nych w go­spo­dar­ce. Pierw­szym z nich był Au­gu­styn z Hip­po­ny (354–430), nie­stru­dzo­ny mło­dy na­uczy­ciel, któ­ry wy­rósł na świę­te­go mę­dr­ca. Dru­gim zaś To­masz z Akwi­nu (1224/25–1274), wło­ski mnich, ży­ją­cy w cza­sach na­ro­dzin no­wej, ko­mer­cyj­nej go­spo­dar­ki. W swo­ich pi­smach za­wie­rał wska­zów­ki dla chrze­ści­jan. Pod­po­wia­dał im, jak po­win­ni żyć w zmie­nia­ją­cym się spo­łe­czeń­stwie.

Au­gu­styn na wła­sne oczy wi­dział po­wol­ny upa­dek Im­pe­rium Rzym­skie­go. Jed­ną nogą stał w sta­ro­żyt­no­ści, dru­gą zaś w ro­dzą­cym się śre­dnio­wie­czu. Po wie­lu po­dró­żach w po­szu­ki­wa­niu sen­su ży­cia prze­szedł na chrze­ści­jań­stwo. A po­nie­waż grec­cy fi­lo­zo­fo­wie sku­pia­li się na spo­łe­czeń­stwach i go­spo­dar­kach miast rzą­dzo­nych przez kró­lów, czy­li de fac­to na nie­wiel­kich pań­stew­kach z mą­dry­mi wład­ca­mi, prze­niósł ich do­świad­cze­nia na grunt Pań­stwa Bo­że­go, na któ­re­go cze­le stał Chry­stus, zbaw­ca ludz­ko­ści. W Pań­stwie Bo­żym obok zwy­kłych praw obo­wią­zy­wa­ły te bo­skie. Lu­dzie mu­sie­li pa­mię­tać o swych co­dzien­nych za­ję­ciach i w ten spo­sób za­ra­biać pie­nią­dze. Ma­ją­tek był jed­nak da­rem od Boga dla grzesz­ni­ków, któ­rzy go po­trze­bo­wa­li. Naj­le­piej by­ło­by się go po­zbyć. Dla­te­go wła­śnie nie­któ­rzy chrze­ści­ja­nie pró­bo­wa­li żyć bez pie­nię­dzy, głów­nie jako pu­stel­ni­cy bądź człon­ko­wie wspól­not du­cho­wych. W nie­do­sko­na­łym świe­cie mu­sie­li jed­nak mieć pew­ne rze­czy na wła­sność, dla­te­go sta­ra­li się ich nie ce­nić, co naj­wy­żej trak­to­wać jako środ­ki uła­twia­ją­ce ży­cie god­ne i cno­tli­we.

Idee Au­gu­sty­na po­mo­gły ukształ­to­wać śre­dnio­wiecz­ne spo­łe­czeń­stwo ro­dzą­ce się na gru­zach rzym­skie­go. Sta­ro­żyt­ni stwo­rzy­li ol­brzy­mie im­pe­rium. Ich mia­sta były cu­da­mi in­ży­nie­rii oraz ele­gan­cji. W sa­mej sto­li­cy dzia­ła­ło po­nad ty­siąc pu­blicz­nych łaź­ni za­si­la­nych wodą z akwe­duk­tów. Po śmier­ci Au­gu­sty­na te­re­ny te za­ję­li na­jeźdź­cy, a han­del za­marł na kil­ka dłu­gich stu­le­ci. Spo­łecz­no­ści zwró­ci­ły się do we­wnątrz, pra­co­wa­ły tyl­ko dla sie­bie, nie sprze­da­wa­ły żyw­no­ści i nie ku­po­wa­ły jej z ze­wnątrz. Mia­sta kur­czy­ły się, mo­sty i dro­gi za­czę­ły nisz­czeć. Jed­no­li­ta tka­ni­na im­pe­rium ustą­pi­ła miej­sca pat­chwor­ko­wi pań­ste­wek za­rzą­dza­nych przez lo­kal­nych wład­ców. Łą­czy­ła ich je­dy­nie nowa, chrze­ści­jań­ska wia­ra oraz na­uki lu­dzi ta­kich jak świę­ty Au­gu­styn.

Bazą śre­dnio­wiecz­ne­go spo­łe­czeń­stwa był sys­tem go­spo­dar­czy zwa­ny feu­da­li­zmem. Funk­cjo­nu­ją­cy w jego ra­mach wład­cy po­trze­bo­wa­li wo­jow­ni­ków, któ­rzy po­wstrzy­my­wa­li­by kon­ne hor­dy na­jeźdź­ców. Opła­ca­nie ich było kosz­tow­ne, dla­te­go w za­mian za lo­jal­ność i przy­się­gę zło­żo­ną swo­im do­bro­dzie­jom otrzy­my­wa­li zie­mię na wła­sność. Sys­tem ba­zo­wał więc nie na pie­nią­dzach, lecz na obiet­ni­cach zło­żo­nych so­bie przez wład­ców i ich pod­da­nych. Bo­ska go­spo­dar­ka przy­po­mi­na­ła „łań­cuch bytu”, bo śre­dnio­wiecz­ny spo­sób pa­trze­nia na świat wy­ma­gał ści­słej hie­rar­chii. Na sa­mym szczy­cie znaj­do­wał się Bóg, a jego przed­sta­wi­cie­la­mi na zie­mi byli naj­pierw pa­pie­że, a póź­niej kró­lo­wie. To wła­śnie oni prze­ka­zy­wa­li zie­mię wo­jow­ni­kom. Na sa­mym dole dra­bi­ny spo­łecz­nej znaj­do­wa­li się chło­pi pra­cu­ją­cy na po­lach. Mu­sie­li od­da­wać zbio­ry pa­nom, je­dy­nie część plo­nów za­cho­wu­jąc dla sie­bie. Wia­ra mia­ła wów­czas więk­szy wpływ na go­spo­dar­kę niż zy­ski, któ­re rzą­dzą nią dziś. Za taki stan rze­czy od­po­wia­da­li lu­dzie tacy jak Au­gu­styn i jego na­stęp­cy, a więc wy­kształ­ce­ni mni­si i ko­ściel­ni du­chow­ni.

Na­le­żał do nich rów­nież To­masz z Akwi­nu. Po­cho­dził z bo­ga­tej ro­dzi­ny, ale jako mło­dy czło­wiek do­łą­czył do do­mi­ni­ka­nów, któ­rzy stro­ni­li od pie­nię­dzy i wła­sno­ści pry­wat­nej. Jego ro­dzi­com to się nie spodo­ba­ło, więc upro­wa­dzi­li go i za­mknę­li w jed­nym ze swo­ich zam­ków. Spro­wa­dzi­li mu na­wet pro­sty­tut­kę, by za­miesz­ka­ła z nim i wy­bi­ła mu z gło­wy po­mysł zo­sta­nia mni­chem. To­masz oparł się po­ku­sie. Czę­sto się mo­dlił i pi­sał książ­ki po­świę­co­ne lo­gi­ce. W koń­cu ro­dzi­ce pod­da­li się i uwol­ni­li syna, któ­ry prze­pro­wa­dził się do Pa­ry­ża, gdzie po­świę­cił się ba­da­niom re­li­gij­nym i na­uko­wym.

Łań­cuch bytu wy­obra­żał so­bie jako ul, w któ­rym wszyst­kie psz­czo­ły otrzy­ma­ły role od Boga. Nie­któ­re z nich zbie­ra­ją miód, inne bu­du­ją ścia­ny i ko­ry­ta­rze, jesz­cze inne słu­żą kró­lo­wej. Ów­cze­sne spo­łe­czeń­stwo funk­cjo­no­wa­ło w po­dob­ny spo­sób. Nie­któ­rzy pra­co­wa­li na roli, inni mo­dli­li się, a ko­lej­ni wal­czy­li za kró­la. Li­czy­ło się to, by nie ulec chci­wo­ści i nie po­żą­dać cu­dzych pie­nię­dzy.

Jak za­uwa­żył Au­gu­styn, w świe­cie grze­chu lu­dzie po­sia­da­li rze­czy, by móc dzię­ki nim za­ro­bić na sie­bie i bli­skich. We­dług To­ma­sza z Akwi­nu mo­gli rów­nież sprze­da­wać do­bra dla zy­sku, o ile za­ro­bio­ne pie­nią­dze wy­ko­rzy­sty­wa­li w do­brej wie­rze. Je­śli za­ro­bi­li wię­cej, niż po­trze­bo­wa­li, po­win­ni od­dać nad­wyż­kę bied­nym. Fi­lo­zof za­da­wał so­bie też py­ta­nie, jaką cenę na­le­ża­ło­by uznać za spra­wie­dli­wą. Wy­obraź­my so­bie czło­wie­ka, któ­ry żyje z han­dlu mię­sem. Ja­kiej kwo­ty może żą­dać od klien­tów? Z całą pew­no­ścią nie naj­wyż­szej, czy­li ta­kiej, któ­rą uzy­skał­by, kłam­li­wie wy­chwa­la­jąc ja­kość to­wa­ru. W śre­dnio­wie­czu oszu­stów nie bra­ko­wa­ło. Pe­wien An­glik skar­żył się na­wet, że lon­dyń­scy rzeź­ni­cy ma­lo­wa­li oczy gni­ją­cych owiec na czer­wo­no, by tru­chła wy­da­wa­ły się bar­dziej świe­że. To­masz z Akwi­nu twier­dził, że cena usta­lo­na w ta­kich wa­run­kach nie mo­gła ucho­dzić za nie­spra­wie­dli­wą. Spra­wie­dli­wą była je­dy­nie ta usta­lo­na w uczci­wym spo­łe­czeń­stwie bez sprze­daw­ców do­mi­nu­ją­cych na ryn­ku.

Po­dob­nie jak wcze­śniej­si my­śli­cie­le, Akwi­na­ta za naj­więk­szy grzech go­spo­dar­czy uwa­żał li­chwę, czy­li po­ży­cza­nie pie­nię­dzy w za­mian za okre­ślo­ną, czę­sto wy­gó­ro­wa­ną kwo­tę (czy­li dzi­siej­sze od­set­ki). Pro­ce­der ten po­tę­piał śre­dnio­wiecz­ny Ko­ściół. Księ­ża grze­bią­cy po­życz­ko­daw­ców w po­świę­co­nej zie­mi by­wa­li usu­wa­ni ze wspól­no­ty. Mó­wi­ło się na­wet, że li­chwia­rze tra­fia­ją do pie­kła ra­zem ze zło­dzie­ja­mi i mor­der­ca­mi. Pe­wien du­chow­ny za­no­to­wał kie­dyś hi­sto­rię męż­czy­zny, któ­re­go po­cho­wa­no z pie­niędz­mi zdo­by­ty­mi w ten wła­śnie spo­sób. Po jego śmier­ci żona roz­ko­pa­ła grób, by od­zy­skać ma­ją­tek. Zo­ba­czy­ła de­mo­ny wrzu­ca­ją­ce mo­ne­ty – przy­po­mi­na­ją­ce już pło­ną­ce wę­gle – pro­sto do gar­dła swo­je­go zmar­łe­go mał­żon­ka.

Śre­dnio­wiecz­ni du­chow­ni twier­dzi­li, że po­ży­cza­nie za wy­na­gro­dze­niem sta­no­wi for­mę kra­dzie­ży, gdyż pie­niądz jest ja­ło­wy, to zna­czy bez­płod­ny, i sam z sie­bie nie mno­ży się. Kie­dy zo­sta­wi się ster­tę mo­net na polu, nie przy­bę­dzie ich w od­róż­nie­niu od sta­da owiec. Je­śli więc za­bie­rze się dwa­dzie­ścia pięć mo­net czło­wie­ko­wi, któ­re­mu po­ży­czy­ło się ich dwa­dzie­ścia dwie, do­sta­nie się o trzy za dużo. Po­win­ny da­lej na­le­żeć do tego czło­wie­ka. Po­dob­nie jak sta­ro­żyt­ni grec­cy my­śli­cie­le, Świę­ty To­masz z Akwi­nu uwa­żał, że pie­nię­dzy po­win­no się uży­wać wy­łącz­nie do ku­po­wa­nia i sprze­da­wa­nia dóbr. Nie moż­na ich roz­mna­żać, żą­da­jąc od­se­tek, tak by dług sta­le rósł. Pie­nią­dze zu­ży­wa­ją się bo­wiem w pro­ce­sie ku­po­wa­nia i sprze­da­wa­nia – po­dob­nie jak chleb w pro­ce­sie je­dze­nia (nie­co ina­czej wy­glą­da sy­tu­acja z do­mem, bo moż­na w nim miesz­kać, nie zu­ży­wa­jąc go). Nie moż­na żą­dać od ko­goś za­pła­ce­nia za chleb, a po­tem za jego uży­wa­nie, bo wte­dy za­pła­ci­ło­by się za nie­go dwu­krot­nie. Z tego sa­me­go po­wo­du nie moż­na od ko­goś za­żą­dać zwro­tu po­ży­czo­nej sumy i do­dat­ko­wo jesz­cze od­se­tek. Co gor­sza, li­chwa jest grze­chem, któ­ry trwa. Mor­der­ca prze­sta­je za­bi­jać, kie­dy idzie spać. Grze­chy po­życz­ko­daw­ców żyją na­wet wte­dy, kie­dy leżą oni w łóż­kach – dłu­gi, na któ­rych za­ra­bia­ją, bez prze­rwy ro­sną.

To­masz z Akwi­nu pi­sał w cza­sach, kie­dy Eu­ro­pa na nowo od­kry­wa­ła han­del. Kil­ka wie­ków wcze­śniej po­pu­la­cja znów za­czę­ła ro­snąć, a mia­sta od­ży­ły. Wy­na­laz­ki ta­kie jak płu­gi czy nowe ro­dza­je koń­skich uprzę­ży po­zwo­li­ły chło­pom zwięk­szyć po­wierzch­nię upraw. Nad rze­ka­mi po­ja­wi­ły się koła wod­ne na­pę­dza­ją­ce mły­ny mie­lą­ce ziar­no. Spo­łecz­no­ści po­rzu­ca­ły daw­ną izo­la­cję i za­czy­na­ły ze sobą han­dlo­wać. Pie­nią­dze po raz ko­lej­ny uła­twia­ły ob­ra­ca­nie to­wa­ra­mi.

W mia­stach ta­kich jak We­ne­cja czy Flo­ren­cja śre­dnio­wiecz­ny łań­cuch bytu roz­cią­gał się i na­prę­żał pod cię­ża­rem no­we­go ro­dza­ju lu­dzi: kup­ców, któ­rzy han­dlo­wa­li do­bra­mi dla zy­sku, oraz ban­kie­rów, któ­rzy zaj­mo­wa­li się pie­niędz­mi. Spo­łe­czeń­stwo nie skła­da­ło się już wy­łącz­nie z du­chow­nych, chło­pów i wo­jow­ni­ków. Lu­dzie pod­kła­da­li roz­ża­rzo­ne wę­gle pod ko­tła­mi hand­lu, któ­ry wła­śnie za­czy­nał wrzeć. Stat­ki wo­zi­ły szkło i weł­nę do Azji, a przy­wo­zi­ły je­dwa­bie, przy­pra­wy i ka­mie­nie szla­chet­ne. Wkrót­ce We­ne­cja sta­ła się pierw­szym han­dlo­wym im­pe­rium od cza­sów sta­ro­żyt­no­ści.

Kie­dy kwitł han­del, kwi­tły rów­nież fi­nan­se. W We­ne­cji i Ge­nui kup­cy trzy­ma­li pie­nią­dze w bez­piecz­nych skarb­cach pla­có­wek słu­żą­cych do ich prze­cho­wy­wa­nia. Swo­je dłu­gi re­gu­lo­wa­li, prze­ka­zu­jąc okre­ślo­ne kwo­ty po­mię­dzy „kon­ta­mi”, mo­gli też po­ży­czać od nich pie­nią­dze. Z cza­sem pla­ców­ki te za­mie­ni­ły się w pierw­sze ban­ki, jak rów­nież grzesz­nych li­chwia­rzy. Uda­ło się tak­że ogra­ni­czyć ry­zy­ko zwią­za­ne z wy­sy­ła­niem dro­gich ła­dun­ków do nie­bez­piecz­nych, za­mor­skich kra­in. Kup­cy wy­my­śli­li bo­wiem ubez­pie­cze­nia: pła­ci­li ko­muś pew­ną sumę pie­nię­dzy w za­mian za gwa­ran­cję, że otrzy­ma­ją re­kom­pen­sa­tę w ra­zie nie­szczę­ścia ta­kie­go jak sztorm skut­ku­ją­cy za­to­nię­ciem stat­ku.

Gwar­ne mia­sta szko­dzi­ły feu­da­li­zmo­wi. Chło­pi opusz­cza­li wsie, by pra­co­wać za pie­nią­dze. Wiatr zmian po­grze­bał rów­nież daw­ne ko­ściel­ne na­ucza­nie. Pa­tro­nem Me­dio­la­nu zo­stał Świę­ty Am­bro­ży, któ­ry co praw­da wy­stę­po­wał prze­ciw­ko li­chwia­rzom, ale też nie znie­chę­cał do bo­ga­ce­nia się dzię­ki po­życz­kom. Rola tra­dy­cji w go­spo­dar­ce ma­la­ła, do gło­su do­cho­dzi­ły pie­nią­dze i zwią­za­ne z nimi zy­ski. Na­wet mni­si do­strze­gli, że po­życz­ki przy­spie­sza­ją roz­wój go­spo­dar­czy, a uży­cza­ją­cy ich lu­dzie mu­szą być od­po­wied­nio wy­na­gra­dza­ni. To­masz z Akwi­nu stwier­dził, że w pew­nych sy­tu­acjach moż­na za­ak­cep­to­wać od­set­ki. Po­życz­ko­daw­cy mogą być wy­na­gra­dza­ni z uwa­gi na zy­ski, z któ­rych zre­zy­gno­wa­li, prze­ka­zu­jąc swo­je pie­nią­dze ko­muś in­ne­mu. Po­wo­li więc lu­dzie Ko­ścio­ła za­czy­na­li do­strze­gać róż­ni­cę po­mię­dzy li­chwą – wy­so­ki­mi od­set­ka­mi nie­raz ruj­nu­ją­cy­mi po­życz­ko­bior­cę – oraz umiar­ko­wa­ną pro­wi­zją, któ­rej ban­ki po­trze­bo­wa­ły do spraw­ne­go funk­cjo­no­wa­nia.

Na po­cząt­ku XI wie­ku je­den z pa­pie­ży ogło­sił, że kup­cy ni­g­dy nie tra­fią do nie­ba. Pod ko­niec na­stęp­ne­go wie­ku inny pa­pież ob­wo­łał kup­ca Ho­mo­bo­nu­sa świę­tym. Teza, że tyl­ko lu­dzie bied­ni mo­gli prze­by­wać bli­sko Boga, ode­szła tym sa­mym do prze­szło­ści. Je­zus co praw­da uczył, że nie moż­na słu­żyć jed­no­cze­śnie Bogu i pie­nią­dzom, ale w cza­sach To­ma­sza z Akwi­nu kup­cy po­wąt­pie­wa­li w jego sło­wa. W 1253 roku. jed­no z wło­skich przed­się­biorstw swo­je ręcz­nie pi­sa­ne ar­chi­wa za­czy­na­ło od słów „W imię Boga i zy­sku”. Tak wła­śnie bo­ska go­spo­dar­ka otwie­ra­ła się na han­del.

ROZ­DZIAŁ 4

Wyprawa po złoto

Wio­sną 1581 roku. an­giel­ski ku­piec i od­kryw­ca Fran­cis Dra­ke wy­dał ban­kiet na po­kła­dzie stat­ku The Gol­den Hind (z ang. „Zło­ta Ła­nia”). Po trzech la­tach nie­bez­piecz­nej po­dró­ży do­oko­ła świa­ta ga­le­on za­wi­nął do ma­cie­rzy­ste­go por­tu. Za­cu­mo­wał na Ta­mi­zie, gdzie zo­stał sta­ran­nie wy­szo­ro­wa­ny i ozdo­bio­ny ha­sła­mi na cześć spo­dzie­wa­ne­go go­ścia ho­no­ro­we­go – kró­lo­wej Elż­bie­ty I, pa­tron­ki że­gla­rza. W koń­cu wład­czy­ni po­ja­wi­ła się na po­kła­dzie. Z miej­sca ka­za­ła Dra­ke’owi przy­klęk­nąć, a na­stęp­nie to­wa­rzy­szą­cy jej męż­czy­zna do­tknął jego ra­mion po­zła­ca­nym mie­czem. Tak wła­śnie pro­sty do nie­daw­na że­glarz – uro­dzo­ny w ubo­giej ro­dzi­nie i wy­cho­wa­ny przez pi­ra­tów – zo­stał szlach­ci­cem, sir Fran­ci­sem. Kró­lo­wa wy­nio­sła jego oso­bę do ran­gi sym­bo­lu an­giel­skiej po­tę­gi mor­skiej.

W po­dróż wy­sła­ła go z za­da­niem ze­msz­cze­nia się na hisz­pań­skim kró­lu Fi­li­pie, jej śmier­tel­nym wro­gu. Dra­ke ro­bił więc, co mógł, ata­ku­jąc hisz­pań­skie stat­ki we wszyst­kich re­gio­nach świa­ta. Po­wró­cił do oj­czy­zny z ol­brzy­mim łu­pem skła­da­ją­cym się ze zło­ta, sre­bra i pe­reł, zde­po­no­wa­nych póź­niej w lon­dyń­skiej twier­dzy To­wer.

Eu­ro­pej­scy mo­nar­cho­wie sta­ra­li się ufor­mo­wać no­wo­cze­sne na­ro­dy ze śre­dnio­wiecz­ne­go pat­chwor­ku ziem kon­tro­lo­wa­nych przez lo­kal­nych ksią­żąt i wład­ców. Na­ro­dy na tyle po­tęż­ne, by mo­gły ry­wa­li­zo­wać o mia­no naj­sil­niej­sze­go. Za taki na­ród dłu­go ucho­dzi­li Hisz­pa­nie, jed­nak Ho­len­drzy i An­gli­cy dep­ta­li im po pię­tach. Tym sa­mym szyb­ko ro­sły wpły­wy kup­ców po­kro­ju Dra­ke’a. Po­ma­ga­li się bo­ga­cić ko­ro­no­wa­nym gło­wom, w za­mian za opła­ca­nie ich wy­praw. Ce­re­mo­nia pa­so­wa­nia, któ­ra od­by­ła się na po­kła­dzie stat­ku, sym­bo­li­zo­wa­ła ro­dzą­cy się so­jusz mię­dzy ludź­mi han­dlu a wła­dzą.

So­jusz ten zo­stał na­zwa­ny mer­kan­ty­li­zmem (od ła­ciń­skie­go sło­wa ozna­cza­ją­ce­go kup­ca) i roz­wi­nął się, kie­dy my­śli­cie­le po­rzu­ci­li cha­rak­te­ry­stycz­ne dla śre­dnio­wie­cza za­in­te­re­so­wa­nie wia­rą i zwró­ci­li się ku ro­zu­mo­wi i na­uce. We wcze­śniej­szych wie­kach go­spo­dar­ką zaj­mo­wa­li się mni­si, któ­rych od­stra­szał har­mi­der to­wa­rzy­szą­cy han­dlo­wi, jed­nak te­raz ich miej­sce za­ję­li lu­dzie, któ­rych re­li­gia nie po­cią­ga­ła. Byli za to na wskroś prak­tycz­ni i pra­co­wa­li jako kup­cy bądź urzęd­ni­cy kró­lew­scy. Czę­sto in­te­re­so­wa­li się tym, w jaki spo­sób wład­cy mo­gli­by sku­tecz­niej dbać o na­ród. Na­le­żał do nich Ge­rard de Ma­ly­nes (oko­ło 1586–1641), któ­re­mu Dra­ke sprze­dał per­ły zdo­by­te pod­czas bi­twy z Hisz­pa­na­mi. Na mia­no naj­sław­niej­sze­go za­pra­co­wał jed­nak Tho­mas Mun (1571–1641), któ­ry już jako mło­dy czło­wiek zaj­mo­wał się han­dlem w ba­se­nie Mo­rza Śród­ziem­ne­go. Kie­dy wpadł w ręce Hisz­pa­nów w po­bli­żu Kor­fu, jego przy­ja­cie­le oba­wia­li się, że skoń­czy na sto­sie. Na szczę­ście pró­ba uwol­nie­nia go po­wio­dła się i wkrót­ce Mun zo­stał wpły­wo­wym, ma­jęt­nym czło­wie­kiem.

Mer­kan­ty­li­ści mie­li zróż­ni­co­wa­ne po­glą­dy, któ­re nie skła­da­ły się na spój­ną teo­rię go­spo­dar­czą. Współ­cze­śni na­ukow­cy za­rzu­ca­ją im do­dat­ko­wo nie­zro­zu­mie­nie naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych prawd eko­no­micz­nych. Na przy­kład czym jest bo­gac­two kra­ju? W uprosz­cze­niu łą­czy się je ze zło­tem i sre­brem zło­żo­nym w skarb­cach – naj­bo­gat­szym kra­jem jest więc ten, któ­ry po­sia­da naj­wię­cej krusz­ców. Kry­ty­cy na­zy­wa­ją tę tezę złu­dą Mi­da­sa. Cho­dzi o kró­la z mitu grec­kie­go, któ­re­go ży­cze­nie obie­cał speł­nić bóg Dio­ni­zos. Wład­ca za­ży­czył so­bie, by wszyst­ko, cze­go do­tknie, za­mie­nia­ło się w zło­to. Kie­dy jed­nak za­siadł do ko­la­cji, nie mógł za­spo­ko­ić gło­du, bo ko­lej­ne po­tra­wy też ule­ga­ły trans­for­ma­cji. Hi­sto­ria po­ka­zu­je, że nie na­le­ży do­szu­ki­wać się bo­gac­twa w zło­cie, prę­dzej w chle­bie i mię­sie. W prze­ciw­nym ra­zie umrze się z gło­du lub, jak smok Smaug z Hob­bi­ta J.R.R. Tol­kie­na, za­sią­dzie się na gó­rze krusz­cu i spę­dzi ży­wot na li­cze­niu mo­net, względ­nie zia­niu ogniem wo­bec zło­dziei.

Mimo to w ko­lej­nych wie­kach po­dróż­ni­cy wy­ru­sza­li po zło­to, mo­nar­cho­wie zaś pró­bo­wa­li na­peł­niać nim skarb­ce. Wy­wo­dzą­cy się z Hisz­pa­nii i Por­tu­ga­lii naj­star­si eu­ro­pej­scy od­kryw­cy prze­mie­rza­li świat do­brych sto lat przed Dra­kiem, a je­den z nich, Her­nán Cor­tés, po­wie­dział na­wet „My, Hisz­pa­nie, cier­pi­my na po­waż­ną cho­ro­bę ser­ca, któ­rą tyl­ko zło­to może ule­czyć”. Kie­dy pod ko­niec XV wie­ku jego ro­da­cy prze­pły­nę­li Atlan­tyk i od­kry­li Nowy Świat, otwo­rzy­li bra­my Eu­ro­py na praw­dzi­wą zło­tą po­wódź. Od­na­leź­li bo­wiem sta­ro­żyt­ne cy­wi­li­za­cje ugi­na­ją­ce się pod cię­ża­rem cen­nych krusz­ców. Bez wa­ha­nia pod­bi­ja­li ich mia­sta i mor­do­wa­li miesz­kań­ców, a zra­bo­wa­ne skar­by zwo­zi­li do Hisz­pa­nii. Sta­ra­li się jed­no­cze­śnie kon­tro­lo­wać pod­bi­te zie­mie, by pod­trzy­mać do­pływ su­row­ca. W efek­cie zgro­ma­dzi­li ol­brzy­mie ilo­ści zło­ta i sta­li się naj­po­tęż­niej­szym eu­ro­pej­skim na­ro­dem. An­gli­kom przy­po­mi­na­li Smau­ga: cho­mi­ku­ją­ce­go bo­gac­twa stwo­ra o gru­bej skó­rze i kil­ku słab­szych punk­tach, któ­re da­ło­by się prze­bić. Lu­dzie tacy jak Dra­ke żyli z pod­gry­za­nia go, co do­pro­wa­dzi­ło do woj­ny.

Współ­cze­śni eko­no­mi­ści kry­ty­ku­ją mer­kan­ty­li­stów za za­in­te­re­so­wa­nie zło­tem, a nie to­wa­ra­mi, któ­re są po­trzeb­ne do ży­cia. Dziś bo­wiem bo­gac­two na­ro­du mie­rzy­my ilo­ścią je­dze­nia, ubrań i in­nych dóbr, ja­kie prze­mysł może wy­pro­du­ko­wać. Nie pła­ci­my już krusz­cem. Uży­wa­my pie­nię­dzy pa­pie­ro­wych: bank­no­tów fun­to­wych czy do­la­ro­wych, któ­re same w so­bie są bez­war­to­ścio­we. Na­sze mo­ne­ty wy­bi­ja się z ta­nich me­ta­li o znacz­nie mniej­szej war­to­ści niż ta, któ­rą re­pre­zen­tu­ją. Są cen­ne tyl­ko dla­te­go, że tak się umó­wi­li­śmy. Tym­cza­sem w cza­sach mer­kan­ty­li­stów zło­to sta­no­wi­ło je­dy­ny śro­dek umoż­li­wia­ją­cy za­kup to­wa­rów i wraz z roz­wo­jem han­dlu moż­na było ku­po­wać za nie co­raz wię­cej rze­czy, od żyw­no­ści, przez zie­mię, po pra­cę. Współ­cze­sne rzą­dy mogą do­dru­ko­wać pie­nię­dzy, daw­ni wład­cy mu­sie­li zdo­być zło­to, któ­rym pła­ci­li za ar­mie czy utrzy­my­wa­nie wa­row­ni chro­nią­cych gra­ni­ce. Tak więc w swej mi­ło­ści do krusz­cu mer­kan­ty­li­ści nie byli aż tak sza­le­ni, jak się nie­któ­rym wy­da­je. Ich eko­no­micz­ne teo­rie wy­ni­ka­ły z oko­licz­no­ści, w któ­rych żyli. Oko­licz­no­ści, któ­re nie przy­po­mi­na­ją obec­nych – ła­two o tym za­po­mnieć, kie­dy spo­glą­da się w prze­szłość.

Ma­ly­nes na­pi­sał Roz­pra­wę o raku to­czą­cym An­glię, w któ­rej zgo­dził się z mer­kan­ty­li­sta­mi co do ol­brzy­mie­go za­po­trze­bo­wa­nia kra­ju na zło­to. Jego zda­niem eko­no­micz­ną cho­ro­bą tra­wią­cą na­ród (owym „ra­kiem”) są zbyt duże za­ku­py za­gra­nicz­nych to­wa­rów w po­rów­na­niu z wiel­ko­ścią sprze­da­ży kra­jo­wych pro­duk­tów za gra­ni­cę. An­gli­cy chęt­nie ku­po­wa­li wino z fran­cu­skich win­nic, pła­cąc za nie zło­tem. Zdo­by­wa­li je, sprze­da­jąc weł­nę Fran­cji. Kie­dy ku­po­wa­li wię­cej dóbr, niż ich sprze­da­wa­li, ilość krusz­cu w kra­ju ma­la­ła. Ma­ly­nes za­su­ge­ro­wał le­kar­stwo w po­sta­ci sztucz­ne­go ogra­ni­cze­nia jego od­pły­wu. Po­dob­ne roz­wią­za­nia były wów­czas po­pu­lar­ne: nie­któ­re rzą­dy, na przy­kład hisz­pań­ski, wy­pro­wa­dza­nie zło­ta i sre­bra z kra­ju ka­ra­ły śmier­cią.

Tho­mas Mun w swo­jej naj­słyn­niej­szej pra­cy Bo­gac­two An­glii w han­dlu za­gra­nicz­nym za­uwa­żył, że naj­lep­szym spo­so­bem na zdo­by­cie zło­ta nie jest ogra­ni­cze­nie jego wy­wo­zu ani też wy­kra­da­nie go ze stat­ków pły­wa­ją­cych pod ob­cy­mi ban­de­ra­mi (jak to ro­bił Dra­ke), lecz zwięk­sze­nie sprze­da­ży to­wa­rów za gra­ni­cę. A jest to moż­li­we, kie­dy kraj wy­spe­cja­li­zu­je się w pro­duk­cji. Ce­lem tego typu dzia­ła­nia ma być osią­gnię­cie ko­rzyst­ne­go bi­lan­su han­dlo­we­go, w któ­rym war­tość eks­por­tu (to­wa­rów wy­wo­żo­nych) jest wyż­sza od war­to­ści im­por­tu (to­wa­rów przy­wo­żo­nych). Po­cząw­szy od XVI wie­ku, dzię­ki więk­szym i szyb­szym stat­kom Hisz­pa­nie, Por­tu­gal­czy­cy, An­gli­cy, Ho­len­drzy oraz Fran­cu­zi ry­wa­li­zo­wa­li o prze­wa­gę w han­dlu za­gra­nicz­nym, pró­bu­jąc po­pra­wić wła­sne bi­lan­se. Ich jed­nost­ki po­dró­żo­wa­ły po no­wych szla­kach han­dlo­wych, prze­wo­zi­ły cu­kier, tka­ni­ny i zło­to przez Atlan­tyk, z cza­sem rów­nież Afry­kań­czy­ków, któ­rych sprze­da­wa­no jako nie­wol­ni­ków wła­ści­cie­lom ame­ry­kań­skich plan­ta­cji.

Wspie­ra­ne przez mer­kan­ty­li­stów rzą­dy pod­ję­ły rów­nież dzia­ła­nia ma­ją­ce na celu zwięk­sze­nie eks­por­tu i ogra­ni­cze­nie im­por­tu. To­wa­ry przy­wo­żo­ne z za­gra­ni­cy ob­ło­żo­no po­dat­ka­mi, pod­no­sząc tym sa­mym ich ceny, więc lu­dzie za­czę­li ku­po­wać do­bra pro­duk­cji kra­jo­wej. Wpro­wa­dzo­no rów­nież prze­pi­sy, któ­re za­ka­zy­wa­ły han­dlu luk­su­so­wy­mi to­wa­ra­mi. W An­glii za no­sze­nie je­dwa­biu i sa­ty­ny mod­ni­sie za­ku­wa­no w dyby. Więk­szość tego typu dóbr po­cho­dzi­ła bo­wiem z za­gra­ni­cy.

Od­kryw­cy dzię­ki sil­nym ar­miom pod­bi­ja­li nowe te­ry­to­ria; han­del z nimi wład­cy re­gu­lo­wa­li za po­mo­cą ze­zwo­leń. A po­nie­waż mor­skie wy­pra­wy wią­za­ły się ze spo­rym ry­zy­kiem i po­je­dyn­cze oso­by nie zdo­ła­ły­by ich sfi­nan­so­wać, kup­cy za­kła­da­li kom­pa­nie han­dlo­we. Były to spół­ki za­rzą­dza­ne przez gru­py in­we­sto­rów, któ­rzy uczest­ni­czy­li póź­niej w zy­skach. Ich dzia­łal­ność do­pro­wa­dzi­ła do wzro­stu za­in­te­re­so­wa­nia ob­cy­mi kra­ja­mi i przy­nios­ła ko­ko­sy oraz sła­wę za­rów­no wła­ści­cie­lom, jak i wład­com. Tak było w przy­pad­ku za­ło­żo­nej w 1600 roku. bry­tyj­skiej Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej, w któ­rej za­rzą­dzie dzia­łał Tho­mas Mun. Or­ga­ni­za­cja zy­ska­ła w In­diach ol­brzy­mie wpły­wy i po­mo­gła An­glii się za­do­mo­wić w re­gio­nie.

Rzą­dy uła­twia­ły kup­com bo­ga­ce­nie się po­przez ogra­ni­cza­nie im­por­tu i wspie­ra­nie eks­por­tu. To, co było dla nich do­bre, zda­niem mer­kan­ty­li­stów do­bre było rów­nież dla sa­me­go pań­stwa. Na tym przy­kła­dzie wi­dać, że nie­któ­re dok­try­ny eko­no­micz­ne pro­wa­dzą do fa­wo­ry­zo­wa­nia okre­ślo­nych grup spo­łecz­nych. Ogra­ni­cza­jąc im­port, mer­kan­ty­lizm sta­wiał lu­dzi biz­ne­su wy­żej niż zwy­kłych oby­wa­te­li. Cła spra­wia­ły bo­wiem, że oso­by pro­wa­dzą­ce przed­się­bior­stwa za­ra­bia­ły wię­cej, lecz wię­cej pła­ci­li rów­nież zwy­kli lu­dzie – choć­by za żyw­ność i ubra­nia. Tak­że i z tego po­wo­du póź­niej­si my­śli­cie­le uwa­ża­li taką po­li­ty­kę za błęd­ną. W ko­lej­nych roz­dzia­łach po­znasz Ada­ma Smi­tha, czło­wie­ka uwa­ża­ne­go za ojca współ­cze­snej eko­no­mii. Jego zda­niem eko­no­mi­ści po­win­ni szu­kać obiek­tyw­nych praw do­ty­czą­cych funk­cjo­no­wa­nia go­spo­dar­ki. Mer­kan­ty­li­ści dba­li tym­cza­sem o swo­je wła­sne in­te­re­sy. Co jest do­bre dla kup­ców, nie za­wsze jest do­bre dla na­ro­du, pod­kre­ślał Smith.

Gło­szo­ną przez nie­któ­rych mer­kan­ty­li­stów tezę o szko­dli­wo­ści im­por­tu współ­cze­śni eko­no­mi­ści uwa­ża­ją za błęd­ną. Wte­dy jed­nak są­dzo­no, że gdy An­glia sprze­da­je Ho­len­drom gwoź­dzie, to Ho­lan­dia na tym tra­ci. Tym­cza­sem im­port nie musi być szkod­liwy, zwłasz­cza je­śli Ho­len­drzy rze­czy­wi­ście po­trze­bu­ją an­giel­skich gwoź­dzi – albo ro­syj­skie­go ka­wio­ru czy fran­cu­skie­go sera. Im­port bywa wręcz nie­zbęd­ny do roz­wo­ju, na przy­kład kie­dy moc­nych, za­gra­nicz­nych gwoź­dzi uży­wa się do bu­do­wy wy­trzy­ma­łych wo­zów słu­żą­cych do prze­wo­że­nia to­wa­rów ze wsi do miast. W ta­kim przy­pad­ku zy­sku­ją oba na­ro­dy: An­gli­cy do­sta­ją pie­nią­dze, a Ho­len­drzy do­bre, ta­nie gwoź­dzie.

Smith za­ata­ko­wał mer­kan­ty­li­stów pod ko­niec XVIII wie­ku. W tym sa­mym cza­sie otrzy­ma­li inny, nie­zwy­kle moc­ny cios – ame­ry­kań­skie ko­lo­nie ode­rwa­ły się od Kró­le­stwa. Kon­tro­lo­wa­nie ich gwa­ran­to­wa­ło kup­com zbyt, po pro­stu mie­li gdzie sprze­da­wać swo­je to­wa­ry. Stra­ci­li ol­brzy­mi ry­nek, kie­dy ko­lo­nie się zbun­to­wa­ły prze­ciw­ko wła­dzy Bry­tyj­czy­ków i ogło­si­ły nie­pod­le­głość.