Strona główna » Obyczajowe i romanse » Lawless

Lawless

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66074-61-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Lawless

Trzeci tom szorstkiej, pełnej seksownych i bardzo niebezpiecznych bad boyów serii T.M. Frazier! Historia Beara, na którą fani czekają ze szczególną niecierpliwością!

Bear jest kompletnie zagubiony. Kiedyś miał klub i przyjaciół, a teraz jest sam. Kiedy uznał, że jedyne, co nadaje sens jego życiu to zatracenie, nagle pojawia się ona. Dziewczyna z przeszłości, dziewczyna o różowych włosach, której jest coś winien, której coś kiedyś obiecał.

Thia potrzebuje pomocy, potrzebuje kogoś, kto ją ocali. Zwraca się więc do jedynej osoby, która może jej pomóc… do Beara. Jednak mężczyzna nie jest teraz w dobrym momencie życia, które popadło w ruinę, podobnie jak jego serce. Czy jedna obietnica z przeszłości wystarczy, żeby Bear podjął decyzję? Czy to on ocali dziewczynę, a może to ona ocali jego?

Będzie grzesznie, seksownie, niebezpiecznie. T.M. Frazier po raz kolejny nie zawiodła swoich fanów!

Uwaga: aby w pełni cieszyć się tą historią, najpierw warto sięgnąć po pierwsze tomy z serii: "King" i "Tyran".

_____

O autorce

T.M. Frazier – bestsellerowa autorka „USA Today”. Urodziła się w Nowym Jorku, ale kiedy miała osiem lat przeprowadziła się z rodzicami i starszą siostrą na Florydę, gdzie do dziś, wraz z mężem i córką, cieszy się pełnym słońcem. W liceum należała do kółka autorskiego i niemal od razu zakochała się w pisarstwie. Nie zdawała jednak sobie sprawy, co przyniesie przyszłość. Chociaż chciała zostać reporterką, utknęła w nudnej pracy przy nieruchomościach na dziesięć lat. Niemal porzuciła marzenie o byciu autorką. Jednak słuchając męża, który mówił jej, że musi gonić pasję, po wielu nieprzespanych nocach, podjęła decyzję i napisała pierwszą powieść. A potem kolejną i jeszcze następną. W końcu stała się finalistką Goodreads Choice Award w kategorii autorów najlepszych romansów.

Polecane książki

Aby sprawozdanie finansowe jednostek sektora finansów publicznych przedstawiało rzetelne dane, zaprezentowany w nim majątek musi być odpowiednio wyceniony. Aby tak było, podmioty publiczne, określając wielkość aktywów na dzień bilansowy, muszą pamiętać o utracie ich wartości, w związku z eksploatacj...
Druga część z serii krótkich bajeczek dla dzieci z kolorowymi ilustracjami. Znajdziesz tu dziewięć bajek, które idealnie nadają się do usypiania jak również do czytania dzieciom podczas podróży....
Tom III Poligrafia Próba całościowego ujęcia zagadnień związanych z ekonomiką i organizacją rynku drukarń dziełowych. Scharakteryzowano zmiany i trendy technologiczne dotyczące poligrafii, omówiono prowadzone od kilku lat rankingi drukarń. Podjęto też próbę sformułowania zestawienia w oparci...
Tadeusz Wojciechowski: O królu Bolesławie, biskupie Stanisławie i innych wielkich tego czasu. Szkice historyczne jedenastego wieku. Zawartość: Eremici reguły św. Romualda, czyli benedyktyni włoscy w Polsce jedenastego wieku. Astryk-Anastazy opat trzemeszyński (1001). Piastowicz eremita i biskup krak...
Kiki i Stefano poznali się na sympozjum chirurgów w Australii. Spędzili z sobą namiętny tydzień, a potem... Stefano bez słowa zniknął. Po wielu miesiącach spotykają się na statku wycieczkowym, gdzie ona pracuje jako lekarz, on zaś jest pasażerem. Kiki wciąż go pożąda, ale wolałaby zapomni...
Poetycka bajka dla najmłodszych rozgrywająca się w scenerii snu. Jej bohaterowie - mały Tomek i jego pluszowy zając, Filip, wyruszają na poszukwanie snu, napotykając na swojej drodze wielu intrygujących nieznajomych. Będą przesłuchiwani przez Policjanta - służbistę, zaprzyjaźnią się z wąsatym Kot...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa T. M. Frazier

Dla Logana i Charley za to, że nauczyliście mnie, czym jest prawdziwa miłość…

Uwaga dla czytelników

To historia Beara, trzecia książka z serii King. Polecam przeczytać dwie pierwsze części, King i Tyran, żeby w pełni zrozumieć i cieszyć się wydarzeniami odbywającymi się w Lawless. Mam nadzieję, że Lawless spodoba Wam się tak bardzo, jak mnie podobało się pisanie tej książki.

– T. M. 

Podziękowania

Bardzo dziękuję mojemu mężowi za to, że dzięki niemu moje marzenie stało się rzeczywistością. Naprawdę nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo Cię kocham. Bez Ciebie nigdy nie napisałabym pierwszego słowa mojej pierwszej książki. Na zawsze razem, ukochany! W Tobie odnalazłam przyjaciela, męża i moją bratnią duszę. Nie wspominając już o tym, że jesteś najlepszym tatą najlepszego dziecka na świecie. #TEAMTLC

Dziękuję wszystkim członkom mojej grupy na Facebooku TM Frazierland. Jesteście niesamowici. Dzięki Wam mam siłę, by pisać każdego dnia. Robię to dla Was. Kocham Was wszystkich!

Dziękuję mojej agentce Kimberly Brower. Jestem wdzięczna za wszystko, co dla mnie robisz. Nawet nie wiesz, jak bardzo! Dziękuję za to, że we mnie uwierzyłaś i dałaś mi szansę.

Dziękuję moim rodzicom Anne i Paulowi. Dziękuję za to, że rozumiecie, że muszę kontynuować moją szaloną pracę, i przyjęliście moje wypowiedzenie. Tęsknię za Wami każdego dnia. Nie, tato, Matt Launer jeszcze do mnie nie dzwonił.

Dziękuję mojej siostrze Cindy za to, że przeczytała Lawless, i za kibicowanie mi i mówienie, że dam radę.

Dziękuję mojej redaktorce Ellie za wyrozumiałość (zawsze robię wszystko na ostatnią chwilę) i za to, że i tak mnie kocha.

Dziękuję Julie Vaden, mojej asystentce, dziewczynie, która sczytywała książkę, a przede wszystkim przyjaciółce. Ta książka bez Ciebie by nie istniała i ja pewnie też nie. Kocham Cię mocno!

Monice, Rochelle, Jenny, Joanne, Bri i wszystkim dziewczynom, które sczytywały fragmenty książki Lawless nie po kolei i cierpiały z powodu mojego wariactwa, gdy ja z pracowałam nad historią Beara i Thii.

Blogerom, zarówno tym dużym i małym, którzy mnie wspierali i zachęcali. Dziękuję za to, że pokochaliście moje książki. I za to, że dzielicie się miłością do czytania z innymi. Jesteście moimi superbohaterami.

Milasy, uwielbiam Cię.

Crystal, kocham Cię. Gdy to przeczytasz, pewnie już będziesz trzymać w ramionach dziecko. To zaszczyt móc Cię nazywać moją przyjaciółką.

Dziękuję fotografowi Lane’owi Dorseyowi i modelowi Joshowi Mario Johnowi za niesamowitą okładkę i idealną wizualizację Beara.

Jesteśmy wyjęci spod prawa, mój przyjacielu. Cywile nie potrafią ogarnąć tym swoim małym móżdżkiem tego, co to oznacza, poprzepalałyby im się zwoje.

– Bear, Tyran

Prolog Bear

Urodziłem się jako członek gangu.

Żołnierz wyjętej spod prawa armii klubu motocyklowego Beach Bastards. Moim przeznaczeniem było przejęcie pałeczki od starego.

Obowiązek był ważniejszy od mojego sumienia, rodziny, ważniejszy od wszystkiego.

Nie wybrałem sobie takiego życia, lecz ono wybrało mnie, a wiązało się ono z wiedzą i akceptacją tego, że gdy każdego ranka wstawałem się odlać, mógł to być mój ostatni dzień na ziemi.

Albo – w zależności od moich rozkazów – czyjś ostatni dzień.

Bycie motocyklistą, Bastardem, nie było tylko kwestią genów. Nie chodziło o to, że ja w ten sposób żyłem.

Ja tym oddychałem.

Spijałem to.

Ja to, kurwa, kochałem.

To znaczyło dla mnie wszystko.

Do momentu, aż przestało.

Nie pamiętam, kiedy dokładanie nastał ten moment – może po pierwszym zabójstwie, może w dniu, gdy dostałem swoją naszywkę? – ale to się stało. Olej motocyklowy, skóra, przemoc i zamiłowanie do niszczenia wrogów klubu zaczęły płynąć w moich żyłach zamiast krwi.

Przede wszystkim byłem motocyklistą, a dopiero potem człowiekiem.

I napełniało mnie to dumą.

Nigdy nie uważałem tego za problem, ale też nie sądziłem, że nadejdzie taki dzień, gdy przestanę być członkiem Beach Bastards.

A jednak tak się stało.

Przestałem nim być.

W dniu, gdy oddałem kamizelkę i wyszedłem z siedziby klubu, odwróciłem własną klepsydrę i przypisałem swojemu życiu datę zakończenia.

Bo gdy człowiek zostaje członkiem klubu Beach Bastards, jest nim na zawsze.

Chyba że umrze.

Przyjdą po mnie. Ale bardziej popieprzone było coś innego – nie przeszkadzała mi myśl, że zabiją mnie moi bracia. Chodziło o niepewność.

Wiedziałem wszystko o byciu motocyklistą.

Ale nic na temat bycia człowiekiem.

Torturowano mnie, gwałcono ku uciesze moich porywaczy, znalazłem się na granicy życia i śmierci. Ale mimo tego, przez co przeszedłem, nigdy nie straciłem chęci do życia. Tej woli walki. Tego czegoś w środku, co sprawiało, że moje serce biło tak szybko, jakby miało wyrwać się z piersi, i mówiło, że wyjdziesz z każdej sytuacji cało, a ponadto spalisz żywcem każdego skurwiela, który spróbuje cię zniszczyć.

Bito mnie, ale nigdy nie złamano.

Dopóki nie pojawiła się Thia…

Rozdział 1 Thia

W wieku dziesięciu lat…

Nie wiem, co poszło nie tak.

Nigdy nie rozumiałam tego powiedzenia. Bo gdy ja patrzyłam w przeszłość, potrafiłam wskazać dokładnie dzień i godzinę, kiedy wszystko się zmieniło i obrało kierunek, którego nikt nie mógł przewidzieć.

A już na pewno nie ja.

Trzy tygodnie przed moimi jedenastymi urodzinami pojechałam małym czerwonym rowerem do Stop-N-Go, stacji oddalonej o pięć kilometrów od mojego domu. Tata chciał, żebym zawiozła tam skrzynkę pomarańczy, więc przywiązałam ją do deskorolki, a deskorolkę przymocowałam do siodełka roweru liną, którą znalazłam w starej łodzi mojego taty.

– Popilnujesz kasy, Cindy? – zapytała Emma May, idąc w stronę wyjścia i bujając biodrami. W ręce trzymała swoją małą kwadratową torebkę. – Wpadnę tylko na chwilę do salonu naprzeciwko. Pewnie i tak nikt nie przyjdzie do sklepu – dodała i pochyliła się nad ladą. Otworzyła starą kasę, naciskając kilka przycisków i uderzając w nią pięścią. Wyjęła trochę gotówki i uśmiechnęła się do mnie. Rozsunęła szklane drzwi, które skrzypnęły przy otwieraniu, tak samo jak przy zamykaniu.

Emma May miała rację. Już wcześniej prosiła mnie, bym popilnowała sklepu i nikt nawet nie przyszedł.

Aż do dzisiaj.

Nie chodziło o to, że chciałam koniecznie wrócić do domu. Mama zaczęła się dziwnie zachowywać. Potrafiła czyścić podłogi godzinami, dopóki nie zaczęły błyszczeć. Mówiła do siebie w kuchni. A za każdym razem, gdy ją o to pytałam, zachowywała się tak, jakby nie wiedziała, o czym mówię. Tata powiedział mi, że wszystko będzie dobrze, poradził, żebym nie wchodziła jej w drogę i dała jej trochę przestrzeni.

Robiłam to, co kazał, i unikałam mamy. Zazwyczaj nie wracałam do domu przed zachodem słońca.

Pilnowanie sklepu było dobrą wymówką – jak każda inna – by nie wrócić do domu za szybko.

Po godzinie zaczęłam się nudzić. Wyprostowałam półkę z papierosami wiszącą za kasą, przewróciłam hot-dogi na blaszce, która nie obracała się sama, próbowałam czytać magazyny, ale nie rozumiałam, co znaczy: „Siedemnaście pozycji, dzięki którym facet straci zmysły”.

Dlaczego ktoś miałby tracić zmysły z powodu jakichś pozycji? Gdybym ja straciła któryś ze zmysłów, poszłabym do lekarza.

Dałam sobie spokój z magazynami i odchyliłam się na starym stołku barowym, który skrzypiał za każdym razem, gdy się obracałam. Położyłam stopy na blat i włączyłam czarno-biały telewizor stojący w kącie na książce telefonicznej. Telewizor miał tylko dwa kanały – jakiś z westernami i kanał z pogodą. Ekran śnieżył, a dźwięk dochodzący z głośników zakłócały szumy. Próbowałam to wyłączyć, ale nic się nie działało – zdołałam tylko jeszcze bardziej go podgłośnić. Szum zagłuszał motocykle parkujące przed sklepem i dźwięk dzwonków zawieszonych nad drzwiami.

Wyjęłam wtyczkę z gniazdka. Wciąż trzymałam kabel, gdy uniosłam głowę i napotkałam spojrzenie ciemnowłosego obcego mężczyzny.

Miał broń.

– Dawaj wszystko, co masz – nakazał, wskazując pistoletem na kasę. Kiwał się na boki, a jego oczy wyglądały na przekrwione.

– Nie wiem, jak… – zaczęłam, ale on mi przerwał.

– Po prostu to, kurwa, zrób! – nakazał, odbezpieczając broń z kliknięciem. Pochylił się nad ladą tak, że jego pierś opierała się na blacie, a broń znalazła się zaledwie kilka centymetrów od mojej głowy. Ześlizgnęłam się ze stołka, popchnęłam go w stronę kasy i znowu na nim usiadłam. Próbowałam nacisnąć przyciski, których użyła Emma, gdy wcześniej otwierała kasę.

Ale to nie podziałało.

– No dalej! Już, młoda! – krzyknął mężczyzna coraz bardziej zniecierpliwiony.

– Staram się, ale chyba coś źle naciskam. – Spróbowałam znowu, ale tym razem uderzyłam w dół kasy, zamiast w jej górną cześć. Mężczyzna podszedł do mnie. Pachniał tak, jak mój mały braciszek, gdy się rozchorował, kiedy jechaliśmy ciężarówką do Savannah.

– Posłuchaj mnie, ty mała suko – powiedział, unosząc broń w powietrze, jakby chciał mnie nią uderzyć. Zeskoczyłam ze stołka i wcisnęłam się pod ladę.

Dzwonki nad drzwiami zadzwoniły i ktoś wszedł do środka, krzycząc głośno:

– Co ty, kurwa, wyprawiasz? – zapytał. Szklana gablotka, w której znajdowała się domowa suszona wołowina, zadrżała. Mężczyzna z bronią w ręce zamarł.

– Biorę kasę, skurwielu – wybełkotał.

Zauważyłam barwne ramię człowieka, który złapał mężczyznę z bronią za kark i przyszpilił go do blatu, jakby był jakimś robakiem. Zrobiło się zamieszanie, a po chwili dzwonki nad drzwiami znowu się odezwały i ktoś wyszedł.

Po kilku minutach opuściłam swoją kryjówkę pod ladą i usiadłam na stołku barowym. Mężczyzna, który się pojawił, miał blond włosy i taką samą skórzaną kamizelkę jak facet z bronią, jednak on nie włożył pod spód koszuli. Jego mięśnie wyglądały jak te u zawodników wrestlingu, których widziałam w telewizji, chociaż ten człowiek nie był aż tak potężny, a jego skórę pokrywały kolorowe tatuaże – jeden z nich zaczynał się na ramieniu, a kończył na nadgarstku.

Jego jasnoniebieskie oczy miały kolor wody w nowo otwartym basenie – głęboki, połyskujący błękit. Blond włosy dłuższe na górze sterczały do tyłu, a boki zostały ogolone. W filmach chyba nazywali to irokezem.

– Jesteś tu sama? – zapytał, rozglądając się po pomieszczeniu, zaglądając do każdej z trzech alejek.

Skinęłam głową.

– To tobie Skid właśnie… – urwał w połowie zdania. Pochylił się nad ladą, złączył ręce i odetchnął głęboko. Jego kolorowe tatuaże sięgały grzbietu dłoni i palców. Na każdej dłoni nosił trzy duże, srebrne pierścienie. Miał też włosy na twarzy. Wcześniej zarost kojarzył mi się z długimi białymi brodami wyrastającymi z podbródków starych, brzydkich czarodziejów noszących długie szaty i niebieskie, szpiczaste czapki. Jednak broda tego człowieka była nieco ciemniejsza od jego włosów i miała może trzy centymetry długości.

Nie był czarodziejem. Nie był stary.

Ani brzydki.

– Masz fajne włosy – powiedziałam. Właściwie wszystko miał fajne. Bardziej niż fajne, on był… ładny. Czy można określić faceta jako ładnego?

Nie. Nie był ładny, lecz piękny.

– Dziękuję, kochanie – powiedział, pochylając się nad blatem. Pachniał jak furgonetka mojego ojca, gdy zmieniał w niej olej, i liliowe mydło, które pani Kitchener każdego lata robiła sama w domu. – Ty też masz fajne włosy. – Chyba po raz pierwszy w życiu się zarumieniłam. Moje policzki zaczerwieniły się, a gdy ten mężczyzna to zauważył, uśmiechnął się szerzej i zbliżył do mnie jeszcze bardziej.

– Dlaczego jesteś tu sama? W Jessep nie wiedzą, że nie można wykorzystywać dzieci do pracy?

– Nie wiem, o czym mówisz, ale nikt tu już nie przychodzi, odkąd otworzyli nową autostradę. Ja tylko pilnuję sklepu, bo Emma May poszła do salonu piękności. Powiedziała, że niedługo wróci, ale jeśli mają zmienić Emmę May w piękność, to chyba trochę im to zajmie.

Mężczyzna zaśmiał się i oparł łokciami o blat.

– Posłuchaj, słodziaku. Przepraszam za mojego kolegę. – Uśmiechnął się lekko. – Pochorował się po długiej trasie i zachował naprawdę głupio.

– Jak dla mnie wygląda na pijanego. A może ma kaca. Powiedz mu lepiej, żeby nie kierował pijany.

– Skąd ty się wzięłaś? – Wyglądał na rozbawionego. Chciałam zrobić wszystko, co tylko się dało, by ta mina pozostała na jego twarzy. – Tak, długie podróże właśnie tak działają na ludzi. A z tobą wszystko okej? Nie skrzywdził cię, co?

Pokręciłam głową.

– Nie. Nic mi nie jest, nie martw się. Właśnie sięgałam po strzelbę Emmy May, gdy wszedłeś. – Uniosłam strzelbę, która wisiała pod ladą, by mógł ją zobaczyć. Przeładowałam ją. Mężczyzna obrzucił broń szybkim spojrzeniem i zgiął się wpół ze śmiechu. Odłożyłam ją pod ladę i zapytałam: – Co cię tak bawi?

– Och, nie mogę się doczekać, aż powiem Skidowi, że niemal postrzeliła go mała dziewczynka. – Jego oczy zaszły łzami. Śmiał się głośno i głęboko.

– Nie jestem małą dziewczynką – oponowałam. – Za miesiąc skończę jedenaście lat. A ty ile masz lat?

– Dwadzieścia jeden. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej i dotarło do mnie, że już nie jestem na niego zła za to, że nazwał mnie małą dziewczynką. Kiedy uśmiechał się do mnie w ten sposób, mógł mnie nazywać, jak tylko chciał.

– Jak masz na imię, kochanie? – zapytał.

– Jestem Thia Andrews – powiedziałam z dumą i wyciągnęłam rękę. Tata nauczył mnie tak się przedstawiać.

– Thia? – zapytał i spojrzał na mnie dziwnie. Tak samo patrzyli wszyscy, którzy po raz pierwszy słyszeli moje imię.

– To zdrobnienie od Cynthii. Nie lubię, gdy ludzie mówią na mnie Cindy. W mojej klasie jest dwanaście dziewczynek i trzy mają na imię Cindy. Cieszę się, że jestem Thia, a nie Cindy. – Wytknęłam język i włożyłam dwa palce do ust, udając odruch wymiotny. Nienawidziłam imienia Cindy, lecz gdy mój tata zaproponował formę Thia jako alternatywę, mama nie chciała uznać tego nowego zdrobnienia i dalej nazywała mnie Cindy. – A jak ty masz na imię?

Ujął moją dłoń.

– Mówią na mnie Bear, kochanie. – Jego skóra była ciepła, w przeciwieństwie do chłodnych metalowych pierścieni. W porównaniu do Beara wyglądałam na małą i bladą, a moja ręka przypominała rączkę lalki. – Mam kumpla, który jako dziecko też ściskał innym dłonie na powitanie.

– Tatuś mówi, że to uprzejme.

– Twój tatuś ma rację.

– A ten twój przyjaciel, który ściska innym dłonie, też jest taki miły jak ty? – zapytałam.

– Nie powiedziałbym, że jestem miły. Ale mój przyjaciel… powiedzmy, że jest inny – wyjaśnił Bear ze śmiechem.

– Bycie innym jest dobre. Moi nauczyciele mówią, że jestem inna, bo mam różowe włosy, chociaż wspominają też, że odzywam się nieproszona – odparłam tak przemądrzale, jak tylko mogła to zrobić dziesięciolatka.

– Czasami bycie innym naprawdę jest dobre, młoda – zgodził się Bear.

– Czy Bear to twoje prawdziwe imię? – zapytałam. – A na nazwisko masz Grizzli czy coś takiego?

– Nie – odparł. – Bear to tylko przezwisko, które dostałem w klubie. Wszyscy w klubie mają motocyklowe ksywy.

– Należysz do klubu? – zapytałam podekscytowana. – Ale super! Jak brzmi twoje prawdziwe imię?

– A potrafisz dochować tajemnicy? – wyszeptał, rozglądając się, jakby sprawdzał, czy nikt nie słucha. – Od lat nikomu o tym nie mówiłem. Nawet mój stary nazywa mnie Bear. Ale naprawdę mam na imię Abel. Jesteś teraz jedną z niewielu osób, które o tym wiedzą.

Abel.

– To świetne imię. – Chociaż Bear też do niego pasowało. Był wyższy niż mój tata, napakowany, a jego ręce wielkością przypominały łapy niedźwiedzia.

Sięgnął do tylnej kieszeni i wyciągnął z niej plik zwiniętych banknotów. Nigdy nie widziałam aż tyle pieniędzy.

Było ich więcej niż w mojej skarbonce z Buzzem Astralem, którą trzymałam w swoim pokoju.

Więcej niż w kasie Emmy May. Bear wyciągnął z rulonu trzy banknoty i położył je na ladzie.

– Co to? – zapytałam, patrząc na jego rękę, którą przesuwał teraz pieniądze w moją stronę.

– Trzysta dolarów.

– Chcesz coś kupić? Mogę pobiec do salonu piękności i zawołać Emmę, bo ta głupia kasa…

– Nie chcę nic kupić. To dla ciebie. Za pomoc dzisiaj. Za to, że nie…

– Trzysta dolarów za to, że nie zadzwoniłam po szeryfa? – zapytałam, bo domyśliłam się, o co mu chodziło.

Trzysta dolarów dla dziesięciolatki to jak milion.

– Niech to będzie podziękowanie za to, że go nie postrzeliłaś – poprawił mnie Bear.

– W porządku. Emma May pewnie by się wkurzyła, gdyby zobaczyła tu krew. – Emma May nie znosiła bałaganu.

Bear zaśmiał się, a ja się uśmiechnęłam.

– Jesteś zabawna, młoda. Wiesz o tym?

– Naprawdę? – Mówiono, że jestem zwariowana, dziwna, niebanalna, rozmowna, ale nie zabawna. Stwierdziłam, że podoba mi się to określenie.

– Tak – powiedział, przysuwając pieniądze bliżej w moją stronę. Uniósł głowę i rozejrzał się po sklepie. – Nie ma tu kamer?

– Nigdy żadnej nie widziałam. Emma jest skąpa, a przynajmniej tak twierdzi mama, od kiedy użyła na swoim ślubie sztucznych kwiatów. Więc pewnie nie ma żadnych kamer. – Wypaliłam. Chciałam powiedzieć cokolwiek, by znowu wywołać na jego twarzy uśmiech.

– Dobrze schowaj te pieniądze. Nie mów o nich nikomu. Niech to będzie nasz sekret – powiedział, puszczając do mnie oko. Próbowałam odwzajemnić to mrugniecie, ale zamiast tego mrugnęłam obiema powiekami, jak dżin w powtórkach I Dream of Jeannie. Bear wyciągnął rękę i odgarnął mi z twarzy moje niesforne włosy, zakładając je za ucho. Miał szorstkie palce, lecz delikatny dotyk. Gdy cofnął rękę, pragnęłam, by moje włosy znowu opadły na twarz, żeby mógł zrobić to kolejny raz.

– Nie chcę twoich pieniędzy – wypaliłam. W zeszłym tygodniu poszłam do sklepu, gdzie wszystko kosztuje jeden dolar, i nie mogłam znaleźć ani jednej rzeczy, którą chciałabym kupić. A trzysta takich rzeczy to zdecydowanie więcej, niż kiedykolwiek mogłabym chcieć.

– Cóż, w moim świecie, gdy ktoś wyświadcza komuś przysługę, trzeba się odwdzięczyć – powiedział Bear i oparł podbródek o rękę. Skupiłam wzrok na pierścieniu na jego środkowym palcu. To była czaszka z błyszczącym kamieniem w oczodole. Bear podążył za moim spojrzeniem. – Podoba ci się? – zapytał, ściągając pierścień z palca.

– Tak. Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

Bear trzymał go między dwoma palcami i patrzył na niego, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Milczał i marszczył czoło tak, jakby w tej chwili myślał o czymś zupełnie innym – sama tak marszczyłam czoło, gdy odrabiałam pracę domową z matematyki.

– Mam pomysł – powiedział, kładąc pierścień na blacie. – Ten pierścień to obietnica. Tak się robi w moim klubie. Kiedy dajesz komuś pierścień, to składasz obietnicę.

– Obietnica czego? – zapytałam, patrząc na pierścień zdumiona, jakby właśnie uniósł się w powietrze.

– Przysługi. Jeśli kiedyś będziesz czegoś potrzebować. Jestem ci to winny.

– Mnie?

– Tak – powiedział, chowając banknoty do kieszeni. Wsunął mi pierścień na kciuk, ale i tak był za duży, więc musiałam zacisnąć pięść, by nie spadł.

– Wow, super! – Spojrzałam mu w oczy i uśmiechnęłam się. – Dziękuję. Będę o niego dbać, obiecuję. I nie wykorzystam go, chyba że będzie chodzić o coś ważnego.

– Wiem o tym – powiedział Bear. Ktoś odchrząknął i oboje spojrzeliśmy w stronę źródła dźwięku. W wejściu stał mężczyzna odziany w taką samą kamizelkę, jaką miał na sobie Bear.

– Musimy iść, stary. Chop dzwonił. Mamy być w siedzibie za dwadzieścia minut.

– Powinienem już iść, kochanie. Dbaj o to, okej? – Bear postukał palcem w moją zamkniętą pięść.

– Nikomu nie powiem, obiecuję – oznajmiłam i zrobiłam znak krzyża na piersi. Tak się robiło, gdy mówiło się o czymś na poważnie, a ja chciałam dać Bearowi znać, że złożona obietnica znaczy dla mnie bardzo wiele.

A potem Bear puścił do mnie oko i zniknął przy dźwięku dzwonków wiszących nad drzwiami.

Patrzyłam, jak uderza w tył głowy mężczyznę, który próbował okraść sklep. Wymienili kilka gniewnych zdań, a potem założyli kaski i ruszyli przed siebie. Trzeci mężczyzna podążał tuż za nimi.

Niecałe trzydzieści sekund po tym, jak motocykliści zniknęli, Emma May weszła do sklepu.

– Działo się coś ciekawego, gdy mnie nie było? – zawołała, idąc na zaplecze.

Włożyłam pierścień do kieszeni szortów.

– Nie, proszę pani. Zupełnie nic – odparłam, krzyżując za plecami dwa palce.

***

Bear

Popołudniowe słońce mnie oślepiało. Nie tylko Skid miał kaca. Do rana balowaliśmy w Coral Pines z jakimiś laskami spędzającymi tam ferie wiosenne. Skid jeszcze nie poznał magii kropli do oczu i mocnej kawy.

Ten skurwiel miał szczęście, że nie powaliłem go na ziemię na parkingu tej pieprzonej stacji benzynowej.

– Czy ciebie, kurwa, powaliło? Wyciągnąłeś broń na stacji? I to na stacji w tym samym hrabstwie, co nasz klub. Nie wiem, co ci powiedzieli, gdy zostałeś członkiem tego klubu, ale nie jesteśmy bandą młodocianych chuliganów. Nie napadamy na stacje benzynowe i nie robimy niczego, co mogłoby ściągnąć na nas uwagę. Mamy teraz poważniejsze problemy, a takie głupoty mogą nam nieźle dać w dupę. A w ogóle kto, kurwa, wyciąga broń przy małych dziewczynkach? Powinienem cię zastrzelić… Gdzie ty masz mózg, stary? – Uderzyłem Skida w głowę, zrzucając jego okulary przeciwsłoneczne na ziemię. – Ej, ty, prospect! – zawołałem do Gusa, kandydata na członka gangu motocyklowego. Nazywaliśmy takich prospectami. – Dlaczego nie robimy teraz małych wyskoków? Dlaczego nie celujemy z broni do małych dziewczynek?

– Bo dzieje się coś ważnego. Nie możemy zwracać na siebie uwagi – odpowiedział Gus beznamiętnym tonem. – I dlatego, że to ogólnie jest cholernie głupie.

– Stary – odezwał się Skid, pocierając oczy. – Wciąż jestem narąbany po wczorajszej nocy albo raczej po dzisiejszym poranku. Wszystko jedno. Przepraszam, to było cholernie głupie. Nie mów Chopowi, okej? – Pochylił się, by podnieść okulary, a ja na poważnie zacząłem rozważać kopnięcie go w głowię. Po chwili się uspokoiłem, gdy przypomniałem sobie o wszystkich głupich rzeczach, które ja zrobiłem, kiedy w końcu otrzymałem kamizelkę. Gdyby mój stary o tym wiedział, urządziłby mi piekło.

– To twój pierwszy i ostatni raz. Drugiej szansy nie dostaniesz. Ta jest twoją jedyną. Jeśli jeszcze raz odwalisz coś takiego, to sam będziesz się tłumaczyć Chopowi, ja cię nie uratuję – oznajmiłem i wsiadłem na motocykl.

– O co chodziło z tym pierścieniem? – zapytał Gus. – Pierwszy raz o tym słyszałem. Ominęło mnie coś, o czym powinienem wiedzieć? Ja też mam oddać pierścień? Tylko że ja nie mam takiego fajnego jak ten twój z czaszką, który jej dałeś. – Gus zawsze był skory do nauki, a na myśl, że mogło mu umknąć coś ważnego, robił się nerwowy.

– Nie, stary. To był stek bzdur. Dałem jej pierścień w zamian za to, by nie zadzwoniła po jebane gliny albo do mamusi i tatusia, bo inaczej powiedziałaby wszystkim, co zrobili duzi, źli motocykliści – powiedziałem.

– Niezły pomysł – stwierdził Gus, zakładając rękawice motocyklowe.

– Dałeś tej dziewczynce pierścień z czaszką? A czy przypadkiem w środku nie było diamentu?

– Pewnie, że był, a ty zwrócisz mi co do centa jego wartość. – Uruchomiłem silnik i usłyszałem ryk motocykla, który ożył między moimi udami.

Całą drogę do domu śmiałem się z miny Skida, którą zrobił, gdy powiedziałem mu, że jest mi winny hajs.

Nigdy więcej nie myślałem o tym dniu ani o tej dziewczynce.

Wróciło to do mnie dopiero siedem lat później – i się zemściło.

Rozdział 2
Thia

Siedem lat później…

Cisza. Straszniejsza niż jakikolwiek wystrzał z broni czy armaty. Głośniejsza niż grzmot i dziesięć razy bardziej przerażająca.

Niosąc słynną szarlotkę pani Kitchener w jednej ręce i prowadząc mój rower drugą, omijałam kamienie i dziury w wąskiej żwirowej ścieżce, która prowadziła do małego domku na farmie, gdzie mieszkałam z rodzicami.

Każdego dnia, gdy wracałam z mojej pracy na pół etatu w Stop-N-Go, witały mnie kłótnie rodziców. Blisko nas nie stał ani jeden dom, więc ich głosy niosły się bez przeszkód. Zazwyczaj słyszałam ich, jeszcze zanim dostrzegłam światło w oknie.

Przed śmiercią mojego braciszka rodzice nigdy się nie kłócili. A kiedy firma Sunnlandio Cooperation postanowiła importować pomarańcze i unieważniła kontrakt z moją rodziną, kłótnie rodziców zmieniły się w krzyki pełne nienawiści.

Postawiłam rower na piasku i ostrożnie przełożyłam ciasto do drugiej ręki. Nie mogłam się pochylić, żeby zawiązać sznurowadło, które rozwiązało mi się w trakcie jazdy, więc szłam, trzęsąc stopą, by nie potknąć się przez ciągnące się po ziemi sznurówki.

Na moim wilgotnym ciele pojawiła się gęsia skórka, a włoski stanęły dęba na karku i ramionach. Czułam się tak, jakby zaraz miał mnie porazić piorun.

I wtedy to zauważyłam.

Tę ciszę.

– Mamo? – zawołałam, ale nikt mi nie odpowiedział. – Tato? – zapytałam, otwierając przeszklone drzwi. Lampka stojąca na stole była zapalona, a klosz przechylił się, jakby też się pytał, co tu się, u diabła, działo.

Z głębi domu dobiegł mnie jakieś hałasy.

– Jesteście tam? – zawołałam, odkładając ciasto na blat w kuchni. Ruszyłam korytarzem, otworzyłam drzwi do pokoju rodziców, ale ich tam nie zastałam. Tak samo jak w łazience i moim pokoju.

Na końcu korytarza znajdował się stary pokój mojego brata. Drzwi były uchylone. Moja matka, która zachowała w nim wszystkie rzeczy Jessego, zawsze zamykała drzwi i szeptała, gdy mijała jego pokój, jakby on tam wciąż był i spał, a ona nie chciała go obudzić.

– Mamo? – zapytałam znowu, popychając drzwi.

– Wejdź, Cindy. Tu jesteśmy – odezwała się mama wesoło. To pierwszy raz od wielu lat, kiedy usłyszałam radość w jej głosie, chociaż nie znosiłam, gdy nazywała mnie Cindy.

Skręcało mnie w żołądku. Coś było nie tak, nie chciałam wiedzieć, co czeka mnie po drugiej stronie tych drzwi. I miałam rację. Nie chciałam wiedzieć.

Moja matka siedziała w starym bujanym fotelu – kiedyś siedziała w nim i czytała Jessemu bajki – i trzymała jego ulubionego dinozaura, bujała się w przód i w tył, tuląc się do pluszowej zabawki.

Miała zaczerwienione oczy i sińce pod nimi, a mimo to się uśmiechała.

– Tak się cieszę, że wróciłaś, Cindy-loo-hoo – powiedziała, używając ksywki pochodzącej z programu Dr. Seussa. Od lat mnie tak nie nazywała. – Jesteś gotowa do drogi? – zapytała.

– Dokąd idziemy, mamo? Gdzie jest tata?

– Twój tata nie chciał czekać, więc już poszedł, ale ja chciałam, żebyś wybrała się tam z nami, więc na ciebie zaczekałam. – Uśmiechnęła się szeroko, ale jej oczy błyszczały od łez i były zupełnie pozbawione emocji.

– Ale dokąd on poszedł? – zapytałam znowu, wchodząc głębiej do pokoju.

– Nie martw się, niedługo do niego dołączymy. Ale najpierw chciałam porozmawiać z Jessem – powiedziała, głaszcząc dinozaura.

– Mamo, Jesse nie żyje – przypomniałam jej. – Umarł wiele lat temu.

Mama pokiwała głową. Spojrzała na tapetę na ścianie z motywem z Gwiezdnych wojen, a potem na stos klocków lego leżących w kącie pokoju.

– Wiem o tym, głuptasie.

– Okej, bo przez chwilę myślałam, że chciałaś…

– Chciałam dać mu znać, że niedługo do niego dołączymy – powiedziała mama. Wtedy przełożyła wypchaną zabawkę z jednej ręki do drugiej, a ja zauważyłam broń, którą miała na kolanach.

– Mamo? – zapytałam, a moje ciało zaczęło się trząść, gdy dotarło do mnie, co ona tak naprawdę mówiła. – Powiedz mi, gdzie jest tata – wyszeptałam.

– Mówiłam ci. Już poszedł. Odszedł bez nas, bo nie mógł już dłużej czekać. Naprawdę się niecierpliwił. – Pokręciła głową i przewróciła oczami. – Pod wieloma względami jesteś taka jak on – dodała śpiewnym głosem.

– Dlaczego trzymasz broń, mamo?

– Głuptasku, jak inaczej mamy się spotkać z Jessem i twoim tatą? To znaczy wiem, że są inne sposoby, ale ten według mnie jest najszybszy i najbardziej skuteczny. Poza tym nie chcemy, żeby za długo na nas czekali – powiedziała, klepiąc dinozaura po plecach, jakby chciała, żeby mu się odbiło. Cały czas kołysała się w przód i w tył, ani na chwilę nie wypadając z rytmu. Krzesło skrzypiało z każdym ruchem.

Zrobiłam kolejny krok w jej stronę, mając nadzieję, że zdołam odebrać jej broń, ale ona zauważyła, gdzie patrzę, i uniosła pistolet, machając nim w powietrzu.

– Nie-e. Twój tata też chciał potrzymać broń, ale ja nalegałam: to robota dla mamusi i nikogo innego. Czas najwyższy, bym odzyskała kontrolę i zajęła się tą rodziną. A pierwszym krokiem będzie wysłanie nas do tego samego miejsca.

Moje kroki na drewnianej podłodze były głośne jak uderzenia w bębny.

– Proszę, proszę, Cindy. Nigdy nie byłaś na tyle cierpliwa, by poczekać na swoją kolej. Ale dobra wiadomość jest taka, że będziesz pierwsza.

– Dokąd wysłałaś tatę? Gdzie ma się spotkać z Jessem? – zapytałam. Pod powiekami poczułam piekące łzy, ale adrenalina w moich żyłach powstrzymywała je od spłynięcia mi po twarzy.

– Nie rozumiem, jakie to ma znaczenie – powiedziała mama, dmuchając na ciemne, kręcone pasmo włosów, które opadło na jej czoło. – Ale skoro już musisz wiedzieć, odszedł w naszym pokoju. Narobiło się więcej bałaganu, niż się spodziewałam. Ty powinnaś odejść w wannie, a potem ja tam wejdę tuż po tobie. Może zostawię wybielacz dla szeryfa, bo czerwone plamy są najgorsze, szczególnie na białych fugach – powiedziała tym samym, dziwnie radosnym głosem, którym powitała mnie wcześniej.

Cofnęłam się, a mama dalej na mnie patrzyła, uśmiechając się szeroko od ucha do ucha. Nie poszła za mną, gdy odwróciłam się i zajrzałam do ich sypialni. Była pusta.

Mama zwariowała. Ale to nie znaczyło, że tata nie żyje. Mogła kłamać. Mogła to zmyślić.

Obeszłam łóżko.

Proszę, oby żył. Proszę, oby żył.

Na podłodze pod ścianą leżało jego sztywne ciało. Oczy i usta miał otwarte, jakby w zdziwieniu.

Sapnęłam i zakryłam rękami usta.

– Nie, nie, nie, nie, nie, nie! – krzyknęłam.

Odsunęłam się od taty w stronę korytarza, a gdy zerknęłam w stronę pokoju Jessego, mojej mamy już tam nie było. Odwróciłam się, by pobiec prosto do drzwi wyjściowych, lecz natknęłam się na matkę w miękkiej, satynowej, różowej koszuli nocnej.

– Jesteś gotowa, kochanie? – zapytała, przechylając głowę na bok. Miała broń w dłoni, ale nie uniosła jej.

– Ja… ja… ja… też muszę powiedzieć coś Jessemu – powiedziałam i ruszyłam w stronę jego pokoju.

Uderzyła się w czoło lufą broni.

– Ale ja jestem głupia. Oczywiście, że tak. Będę na ciebie czekać, a potem, gdy się z nim spotkamy, zjemy lody.

– Juhu, taaak, lody brzmią świetnie, mamo – powiedziałam, pociągając nosem. Chciałam ją ominąć i udałam, że mam zamiar ruszyć korytarzem do pokoju Jessego. Obróciła się bokiem, bym mogła przejść, a ja skorzystałam z okazji i rzuciłam się sprintem w przeciwnym kierunku, do drzwi, mijając ją.

Ściana obok drzwi eksplodowała, gdy kula przebiła stuletni tynk. Moja matka się śmiała, kiedy zbiegałam po schodach na ganku. Rozwiązane sznurowadło zaczepiło się o barierkę i poszybowałam w dół. Wylądowałam na piersi, uleciało ze mnie powietrze. Odwróciłam się na plecy, łapczywie oddychając.

– Rok temu wykręciłaś się od wycieczki do babci, ale teraz ci się nie uda – powiedziała matka, patrząc na mnie z ganku. Kątem oka dostrzegłam starą strzelbę ojca opartą o ścianę domu. Używał jej, by wystraszyć różne zwierzęta, które zjadały nasze pomarańcze. Chyba nie była używana od czasu ostatnich zbiorów. Stała tu wystawiona na warunki atmosferyczne od miesięcy.

Bardzo możliwe, że strzelba nie działała.

– Nie próbuję się od tego wykręcić, mamo – powiedziałam, gdy w końcu mogłam złapać oddech. Powoli ruszyłam na czworakach w stronę domu.

W stronę jedynej rzeczy, która mogła pomóc mi przeżyć.

– Po prostu pomyślałam, że możemy to zrobić razem, no wiesz, iść w tym samym czasie – powiedziałam, naśladując jej radosny głos najlepiej, jak potrafiłam.

– Och, Cindy, to cudowny pomysł. Zawsze byłaś moim cukiereczkiem, wiesz? Cóż, czasami byłaś uparta i irytująca, ale potrafiłaś być również bardzo słodka. Uwielbiałam, gdy jako dziecko bawiłaś się moimi kolczykami i naszyjnikami. – Mama przyłożyła broń do piersi i westchnęła.

– Możesz mi wyświadczyć przysługę, mamo? Użyjesz starej strzelby taty? Dzięki temu będę miała o czym z nim porozmawiać, gdy już tam dotrzemy. A ja będę mogła wziąć broń, której użyłaś, by wysłać go do Jessego. Będzie niezła zabawa. Poza tym, jak wiesz, czasem trudno mi było znaleźć wspólne tematy do rozmowy z tatą.

– Wiesz – powiedziała, biorąc strzelbę opartą o ścianę. Wstałam i zachwiałam się, przytrzymując się wyszczerbionej ściany, żeby nie upaść. – Szkoda, że twój tata nie wpadł na podobny pomysł, byłoby tak miło… Byłoby znacznie łatwiej. Żałuj, że nie słyszałaś jego krzyków i wrzasków. – Wybuchnęła krótkim śmiechem. – Błagań. – Przyjrzała się broni, by sprawdzić, czy jest naładowana, a potem rzuciła ją w moją stronę. Złapałam ją i sprawdziłam, czy rzeczywiście są w niej naboje. – Dasz wiarę? Twój ojciec… błagał. To było całkiem zabawne.

Skóra mojej matki mieniła się w księżycowej poświacie. Zawsze zazdrościłam jej tych ciemnych loków i naturalnie czerwonych ust. Przypominała mi Królewnę Śnieżkę. Kiedyś patrzyłam, jak zbiera pomarańcze w sadzie, by zrobić swoją słynną pomarańczową marmoladę, i zastanawiałam się, dlaczego moje włosy musiały być różowawe, a oczy zielone. Do tego piegi zdobiły mi nos. Ona wyglądała o wiele lepiej.

Teraz Królewna Śnieżka stała w swojej satynowej koszuli nocnej zbryzganej krwią i celowała we mnie ze strzelby. Serce waliło mi w piersi, ale uniosłam pistolet w jej stronę.

– Kocham cię, skarbie, do zobaczenia po drugiej stronie – powiedziała. Moje oczy wypełniły się łzami. Miałam tylko ułamek sekundy. Nawet gdyby broń zacięła się przy pierwszym strzale, tak jak zawsze, to i tak po sekundzie by zadziałała.

Moja mama uśmiechnęła się niczym wariatka, szeroko otworzywszy oczy.

A potem Śnieżka pociągnęła za spust.

Wstrzymałam oddech – nic się nie stało. Postukała ręką w bok broni, tak jak robił to ojciec. Zanim znowu znalazła spust, wystrzeliłam.

Krew bryznęła na ścianę domu, barwiąc łuszczącą się białą farbę na czerwono.

Mama miała rację w jednej kwestii.

Szybko poszło.

Upadłam na kolana i złapałam się za serce. W głowie miałam pustkę. Nie potrafiłam skleić jednej składnej myśli. Rodzice nie żyli i nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Do kogo zadzwonić.

Moi rodzice nie żyli.

Zabiłaś swoją matkę.

Zawyłam w ciemną noc, zagubiona, przestraszona i zupełnie sama.

Włożyłam rękę pod bluzkę, by poszukać pocieszenia, bo często tak robiłam, gdy rodzice się kłócili – złapałam za pierścień, który nosiłam na łańcuszku pod ubraniem.

Potarłam palcami chłodny metal. Piorun uderzył w wierzę ciśnień. Wtedy dostałam swoją odpowiedź. Wiedziałam, co muszę zrobić.

Do kogo się udać.

Rozdział 3
Thia

Padało.

W końcu to lato na Florydzie.

Tu zawsze pada.

W którymś momencie podczas czterdziestominutowej jazdy rowerem z farmy w Jessep do Logan’s Beach straciłam czucie w stopach. Pedałowałam szaleńczo w ulewie.

Próbowałam użyć starego forda mojego ojca. Stacyjka była pusta, kluczyki mogły się znajdować tylko w jednym miejscu… Zmusiłam nogi, by poniosły mnie do pokoju, w którym leżało martwe ciało mojego taty. To, że widziałam go wcześniej, nie zmniejszyło bólu, który poczułam, gdy po raz kolejny zobaczyłam go leżącego przy ścianie pod dziwnym kątem, z włosami wciąż mokrymi od krwi.

– Tatusiu – zapłakałam, omijając rzekę krwi, która rozlała się kałużą pod jego głową, a potem płynęła dalej i dalej, aż w końcu wylała się z pokoju rodziców i wsiąknęła w miejsce między ścianą a podłogą, rozlewając się na prawo i lewo, znacząc świeżą czerwienią białe listwy.

Cała moja rodzina nie żyła, ale ja nie miałam czasu, by o tym myśleć. Cieszyło mnie to, bo w przeciwnym wypadku ciężar tego wydarzenia natychmiast by mnie zmiażdżył.

Poczułam jakiś promyk nadziei, który mówił mi, że jeśli tylko odnajdę Beara, to wszystko będzie dobrze. On nie sprawi, że to zniknie, ale na pewno dzięki niemu zrobi mi się lepiej.

Złożył ci obietnicę. Pomoże ci. Znajdzie rozwiązanie. Po prostu musisz go znaleźć.

Nie mogłam się zmusić, by zajrzeć tacie do kieszeni. Gdybym go dotknęła, to wszystko stałoby się jeszcze bardziej realne.

Nie miałam innego wyboru, więc podniosłam rower z piachu i pojechałam.

Każdy obrót pedałów sprawiał, że mięśnie moich ud wydawały się cięższe i cięższe. Jedyną rzeczą, jaka pchała mnie na przód, było zbawienie, na które liczyłam, gdy już dotrę do siedziby klubu motocyklowego Beach Bastards.

Gdy dotrę do Beara.

Rozdział 4
Thia

Gdy dojechałam do bramy klubu, wciąż padało. Na straży stał chudy dzieciak. Przez foliowe poncho widziałam jego kamizelkę z napisem „prospect”. Patrzył, jak odkładam rower i kuśtykam w jego stronę, bo mięśnie moich nóg jeszcze nie otrzymały wiadomości o tym, że skończyłam pedałować.

– Muszę zobaczyć się z Bearem – powiedziałam. – Proszę. Czy możesz mu powiedzieć, że przyszła Thia? Thia ze stacji benzynowej. Muszę z nim porozmawiać. To bardzo ważne.

– Jak bardzo ważne? – zapytał prospect, przesuwając językiem wykałaczkę z jednego kącika ust do drugiego.

Wyjęłam łańcuszek zza bluzki, by mógł zobaczyć pierścień z czaszką, który należał wcześniej do Beara.

– Tak ważne.

Prospect przyjrzał się pierścieniowi sceptycznie, a potem zszedł ze swojego stołka. Wziął łańcuszek z mojej ręki i zniknął za skrzypiącą metalową bramą. Gdy wrócił dziesięć minut później, miałam wrażenie, jakby był zupełnie inną osobą.

– Jestem Pecker – powiedział i odsunął się na bok, bym mogła przejść. – Przypomnij mi swoje imię. – Jego kwaśną dotąd minę zastąpił uśmiech.

– Thia – powiedziałam i weszłam do klubu Beach Bastards, chociaż nazwałabym go raczej kompleksem mieszkalnym. To miejsce przypominało stary motel lub apartamentowiec. Trzykondygnacyjny budynek o drzwiach otwartych pomimo złych warunków atmosferycznych otaczał otwarte podwórko z pustym basenem pośrodku. Z boku zauważyłam szklane drzwi, które musiały prowadzić do dawnego baru lub restauracji. Wyglądało na to, że motocykliści wciąż korzystali z niego zgodnie z przeznaczeniem. Bar był dobrze zaopatrzony, a kilku mężczyzn, wszyscy w kamizelkach, grało w bilard przy jednym z trzech stołów.

– Gdzie jest Bear? – zapytałam znowu. Gdy znalazłam się pod dachem, zęby zaczęły mi dzwonić. Przemoknięty top i szorty przykleiły mi się do ciała. Włosy oklapły, okalając czoło i policzki, a woda spływała mi do oczu.

– Bear jest teraz zajęty, ale powiedział, że masz na niego poczekać w pokoju – odparł Pecker, gdy podążyłam za nim na pierwsze piętro po schodach, przytrzymując się zniszczonej barierki. Skaleczyłam palec o wystający fragment metalu. Przez chwilę ssałam ranę, bo pojawiła się na niej kropla krwi.

– Przepraszam, powinienem był cię ostrzec.

Deszcz padał z taką zaciętością, że motocykliści już nie potrzebowali węża, by napełnić pusty basen. Krótkie zadaszenia nie chroniły przed wodą lejącą się z każdej strony.

Pecker zatrzymał się przed zielonymi drzwiami i otworzył je, wskazując gestem, bym weszła.

– Tu się z tobą spotka – powiedział ze śmiechem. Weszłam do ciemnego pokoju, ale odwróciłam się natychmiast, gdy usłyszałam zatrzaskujące się za mną drzwi.