Strona główna » Obyczajowe i romanse » Lenin

Lenin

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-63086-14-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Lenin

Głośna powieść Ferdynanda Ossendowskiego, przedstawiająca prawdziwe, okrutne oblicze rewolucyjnej Rosji!

Autor, dziennikarz i podróżnik, był świadkiem bolszewickiego przewrotu, przebywał m.in. w ogarniętym przez rewolucję Petersburgu.

Powieść Ossendowskiego to opis dzieciństwa Włodzimierza Uljanowa i jego późniejszego buntu przeciw religii i władzy. To powieść o odrzuceniu Boga i o próbie stanięcia na jego miejscu — nie aby stwarzać, lecz aby niszczyć.

To także opis życia przedstawicieli różnych warstw społecznych, którzy po październiku 1917 roku muszą odnaleźć się w nowej, mrocznej rzeczywistości.

Polecane książki

Opracowanie Finanse publiczne i prawo finansowe omawia zagadnienia współczesnego systemu finansów publicznych w Polsce. Autorzy skupili się na kilku obszarach tematycznych, są to: zagadnienia ekonomiczne w teorii finansów publicznych, nauka o pieniądzu oraz funkcje banku centralnego, zagadnienia pra...
W publikacji  „Obliczenie wynagrodzenia i innych świadczeń – 8 problemów z praktyki” znajdziesz tutaj omówienie rozwiązań bezpiecznych dla pracodawcy, które nie narażą go na roszczenia pracowników i nie zostaną zakwestionowane podczas ewentualnej kontroli, bowiem w wielu przypadkach przepisy nie reg...
Stan prawny na 1.01.2008 r. Ustawa z dnia 29 lipca 2005 r. o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego w prawo własności nieruchomości jest już trzecią próbą masowego uwłaszczenia użytkowników wieczystych. Kwestia transformacji użytkowania wieczystego w prawo własności od lat budzi duże zai...
Rozpoczęcie nauki w college’u to dla niektórych szansa na nowe życie – szalone przygody, zwariowane przyjaźnie, pierwsze złamane serca i przyprawiające o zawrót głowy historie miłosne. Jaki będzie pierwszy rok w college’u dla grupki nastolatków? Zwariowana, pełna angielskiego humoru powieść dla ...
Niesamowita powieść z czasów II wojny światowej. Oparta na doświadczeniach Autora! Losy młodego Polaka, którego wojenne drogi wiodą do Frankfurtu nad Menem, gdzie pracuje w jednym z hoteli jako kelner, w grupie młodzieży pochodzącej z krajów okupowanych przez Niemcy. W tym wrogim świecie odnaj...
Piękne i nieco mroczne wspomnienia z dzieciństwa Michała Zioło to niezwykła uczta dla wielbicieli literatury i jednocześnie edytorska perełka dzięki rysunkom Jarosława Zioło OP.Poruszam się w stronę Matki drobnymi kroczkami. Dużo pytań – zdawałoby się łatwych, a jednak myślę, że wiele odpowiedzi, wi...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Antoni Ferdynand Ossendowski

LENINLENINFERDYNAND A. OSSENDOWSKIROZDZIAŁ I

Mały Włodzimierz Uljanow siedział cicho i bacznie spod namarszczonych brwi śledził każdy ruch matki.

Marja Aleksandrówna, trochę przybladła i smutna, pomagała służącej Ninie nakrywać do stołu.

Była sobota, — dzień, w którym do Uljanowych przychodzili znajomi ojca. Marja Aleksandrówna nie lubiła tych zebrań; starszy brat, posłyszawszy o nich, uciekał z domu, mrucząc:

— Do djabła, do djabła z tymi jaskiniowcami! Siostry, sprzątające w saloniku, śmiały się pocichu, a Wołodzia z niecierpliwością oczekiwał gości.

Nareszcie w saloniku zjawił się ojciec.

Siwy, barczysty, o ciemnych skośnych oczach, takich samych, jakie miał młodszy syn, z dumą nosił granatowy surdut ze złotemi guzikami i krzyżem św. Stanisława na biało-czerwonej wstążeczce, co nadawało mu wyraz uroczystości i powagi.

Siadł w fotelu, przysunął mały stolik i ustawił szachy, przygotowując się do partyjki z doktorem Titowym.

Doktor zawsze wprawiał w podziw małego „Włodzimierza.

Chłopak chciałby go widzieć pływającego. Nie wątpił, że doktor mógłby stać na największej głębinie, jak korek jego wędki na rzece. Taki był gruby, okrągły ten doktor Titow.

Ojciec nie odzywał się do Marji Aleksandrówny, bo wiedział, że nie lubi jego gości; nie chciał psuć sobie zabawy sprzeczką z żoną.

Jednak pani Uljanowa sama wszczęła rozmowę.

— Mój kochany — rzekła, — już dałbyś raz spokój sobie i mnie z tymi gośćmi I Co ci przyjdzie z tego, że zjawi się stary opój, proboszcz, ojciec Makary, w zielonej kamlotowej sutannie, doktor Titow i inspektor szkół ludowych — Piotr Piotrowicz Szustow. Ani Bogu świeczka, ani djabłu — pogrzebacz, doprawdy!

Ojciec poruszył się niespokojnie i zaczął wycierać czerwoną chustką spocone czoło, mrucząc:

— Żyjemy w przyjaźni oddawna… zresztą, wszyscy oni mają rozległe stosunki, mogą się więc przydać w życiu, dopomóc, komuś z silnych tego świata dobre słowo o mnie szepnąć…

— Och! — westchnęła żona. — Co do tego dobrego słowa, to przypominasz mi Tiapkina-Lapkina z „Rewizora” Gogola. Ten też bardzo o to dbał i prosił, aby rewizor, po powrocie do Petersburga, powiedział ministrowi, że w takim a takim mieście przebywa Tiapkin-Lapkin!

Zaśmiała się głucho i nieprzychylnie.

— Masza, co też za porównanie… — rzekł z wyrzutem.

— Zupełnie to samo! — zawołała pani Uljanowa. — Śmieszny jesteś! Dlaczego nie zapraszasz do siebie ludzi światłych, młodych, myślących, — naprzykład, lekarza Dochturowa, nauczyciela Niłowa lub tego dziwnego mnicha — kaznodzieję, brata Aleksego? Spotkałam ich u pani Własowoj, są to bardzo rozumni, uczciwi ludzie!

— Boże broń! — wylękłym głosem wymachując rękami, syknął pan Uljanow. — Są to typy niebezpieczne, jacyś tam… działacze.

— Działacze? — spytała Marja Aleksandrówna. — Co to znaczy?

— Coś złego! — odparł szeptem. — Ostrzegał mnie przed nimi naczelnik policji… Ale zapomniałem ci powiedzieć, Masza, że i on dziś nas odwiedzi…

— Tego tylko brakowało! — klasnąwszy w dłonie, zawołała z oburzeniem. — Dziś to już żywego słowa nie posłyszymy. Obecność policjanta, i to jeszcze takiego gorliwego, wszystkim zamknie usta.

Mąż milczał i wycierał spocone czoło, wzdychając ciężko.

— Mały człowiek, jak ja, powinien mieć silnych przyjaciół, — powiedział bardzo cicho.

Marja Aleksandrówna machnęła ręką i wyszła do jadalnego pokoju.

O 8-ej wieczór bardzo punktualnie jeden po drugim przybywali goście. Wkrótce wszyscy siedzieli w saloniku, prowadząc ożywioną rozmowę.

Wołodzia oczu nie spuszczał z dwóch postaci.

Uśmiechał się pokryjomu i trącał siostrę Saszę, wskazując wzrokiem na doktora.

Okrągła głowa, łysa i cała czerwona, o nadmiernie wypukłych oczach — bladych, prawie białych, od dołu była zakończona trzema podbródkami, wylewającemi się, jak gęsty kit, na biały, pofałdowany gors koszuli; kulista głowa opierała się na okrągłej, podobnej do olbrzymiej piłki figurze, a tak jakoś dziwnie, z taką wzbudzającą obawę nierównowagą, że, zdawało się, iż powinna z niej się stoczyć przy silniejszem poruszeniu. Krótkie, tłuściutkie nóżki zwisały z dość wysokiej kanapy, ledwie dotykając podłogi.

— Jabłko na arbuzie… — szepnął Wołodzia do siostry, mrużąc oczy. Sasza lekko uszczypnęła go w ramię i cicho pisnęła, zatkawszy usta ręką.

Chłopak przeniósł wzrok na nowego gościa.

Był to komisarz policji — radca kolegjalny Bogatow.

O tym człowieku krążyły legendy po całem mieście.

Był postrachem dla złoczyńców wszelkiego rodzaju. Barczysty, chudy, miał twarz okoloną pięknemi bokobrodami; długie, zuchowato podkręcone do góry wąsy, końcami swemi sięgały zmrużonych, chytrych oczu. Siedział rozparty w fotelu i co chwila poprawiał szablę i wiszący na szyi order.

Długie lakierowane buty błyszczały i cicho dzwoniły ostrogi.

Wołodzia nie mógł się napatrzeć na niego. Podobała mu się siła, bijąca z muskularnej postaci Bogatowa, i pewność siebie, tryskająca z każdego słowa, z najmniejszego połysku bezczelnych oczu.

Jednocześnie na dnie małego serca chłopaka podnosiła się nieznana wrogość, niemal nienawiść, chęć zrobienia przykrości, bólu, wstydu temu silnemu, pewnemu siebie człowiekowi.

Komisarz, ćmiąc grubego papierosa, opowiadał.

Wszyscy pochyleni, z uśmiechem służalczego zachwytu słuchali.

Pan Uljanow siedział wyprostowany, zamieniony w uwagę, starając się nie przepuścić żadnego słowa. Miał zwyczaj słuchać uważnie — stare przyzwyczajenie nauczycielskie. Od niego tę sztukę odziedziczył młodszy syn — małomówny zwykle, skupiony, uważnie patrzący i słuchający.

Doktor Titow, przechyliwszy głowę nabok, próżno usiłował odwrócić ciężkie ciało swoje w stronę mówiącego.

Inspektor Szustow pokrzykiwał cicho i podskakiwał na krześle.

Ojciec Makary oczy wznosił ku niebu, jedną ręką — białą, pulchną głaskał długą brodę, a drugą — przyciskał do piersi wiszący na złotym łańcuchu ciężki srebrny krzyż z niebieską emalją i świecącemi się kamuszkami w wieńcu nad głową Chrystusa.

— Moi panowie, proszę rozważyć tylko! — mówił dobitnym, basowym głosem komisarz Bogatow. —- Chłopi, którym szanowany, ceniony w całej gubernji pan Aksakow, należący do najstarszej szlachty, nie pożyczył drzewa na odbudowę spalonej wsi, zrobili napad na dwór. Spotkali ich tam strzałami. Dwóch chłopów zabito, trzech raniono, reszta rozbiegła się, nic nie wskórawszy. Pchnięto konnego parobka do mnie. Przybyłem, nie zwlekając. Powęszyłem tu i ówdzie, w ciągu godziny wykryłem rannych i kazałem przyprowadzić do siebie. Pytam o szczegóły, o uczestników napadu. Milczą… A więc wy tak, braciszkowie?! Jakem machnął jednego, drugiego, trzeciego w ucho, w zęby, w nos; zalali się chłopy krwią, no i wyśpiewali prawdę! Gubernator nasz nie lubi hałasu, niepokojących doniesień do Petersburga, bo to zaraz długa korespondencja, śledztwo, awantura! Woła mnie i powiada: „Szymonie Szymonowiczu, pokaraj buntowników, aby raz na zawsze odechciało się im wypraw na szlachtę starą!” Wziąłem wtedy kilku swoich policjantów i wymierzyłem sprawiedliwość podług sumienia. Ci, co napad uczynili, dostali po sto rózeg, a dla postrachu — cała wieś, nawet baby, po dwadzieścia pięć. Teraz cisza i spokój, jak makiem zasiał! Rózeczki dla naszego dobrego chłopka — to najpierwsza rzecz, najlepsze lekarstwo. Cha! Cha! Cha! — Bardzo słusznie, bardzo słusznie! — zgodził się doktor. — Środek nakształt baniek. Odciąga krew od głowy i serca…

— Łagodna, ojcowska kara! — śpiewnym głosem wtórował mu ojciec Makary, pieszcząc obydwiema rękami krzyż. — Lud nasz — to dzieci, więc, jak dzieci, należy karać…

— Hm… lepsze to, niż sąd, więzienie, Sybir… — dodał inspektor, patrząc na Uljanowa.

Marja Aleksandrówna surowo spojrzała na męża i zacisnęła ręce.

Zmieszany obejrzał się bezradnie i, chrząknąwszy, zwrócił się do córki.

— Sasza! — rzekł. — Popędź-no kucharkę. Drodzy goście, z pewnością, głodni są.

Marja Aleksandrówna, skinąwszy na dzieci, wyszła z saloniku.

Panowie gawędzili dalej, opowiadając sobie różne plotki miejskie i nowiny urzędnicze. Wreszcie gospodarz zaproponował zagrać w karty i w szachy.

Bogatow, ojciec Makary i inspektor zaczęli grać w sztosa, Uljanow z doktorem ścierali się zawzięcie, posuwając figury szachów.

Na zaproszenie Marji Aleksandrówny wszyscy przeszli do jadalnego pokoju. Goście obficie popijali, wylewając do gardła ogromne kieliszki wódki i przygryzając śledziem, kiszonemi ogórkami i marynowanemi grzybami.

— Ależ umiecie pić, ojcze Makary! — śmiał się inspektor, z zachwytem patrząc na proboszcza, nalewającego sobie sporą szklankę wódki.

— Z Bożą pomocą, mogę jeszcze — śmiał się tenorkiem ojciec Makary. — Niewielka to sztuka! Aby tylko gospodarze zaprosili do stołu, dali wódki, a gardziel zawsze przynoszę ze sobą… na wszelki wypadek!

— Że też, wasza wielebność, nie przeszedł dotąd na bas, a trwasz przy tenorze? — dziwił się doktor.

— Eh! — machnął ręką proboszcz. — Przecież nie jestem diakonem…

— Jakaż różnica? — spytał Uljanow, trochę już podpity.

— Bardzo prosta! — zaśmiał się pop. — Diakon, kiedy wypije, chrząka i ryczy: a-a-a! Ja zaś, po wypiciu piszczę na najwyższą nutę: i-i!

Wszyscy zaczęli się śmiać, a ojciec Makary nalał sobie jeszcze jedną szklankę, wypił, zadarł głowę wysoko i pisnął:

— I-i-i! Ot tak!

Znowu rozległ się wesoły śmiech rozbawionego towarzystwa.

Pani Uljanowa, nakarmiwszy dzieci, wyprawiła je spać.

Siedziała milcząca i posępna, robiąc uprzejmą twarz tylko wtedy, gdy na nią zwracano uwagę. Wkrótce jednak podochocone towarzystwo zapomniało o niej. Spostrzegłszy to, wymknęła się z pokoju.

Wołodzia nie poszedł do oficyny, gdzie mieszkał z bratem. Powrócił pokryjomu i zaczaił się w saloniku, zdaleka przyglądając się ucztującym.

— Czy dużo możecie wypić, ojcze Makary? — pytał popa Uljanow, klepiąc go po ramieniu.

— Do nieskończoności plus jeden kieliszek jeszcze! — odparł, podnosząc oczy, jak do modlitwy.

— Wasza wielebność, podług wyrażenia Kuźmy Prutkowa, może ogarnąć nieogarnięte… — zauważył ze śmiechem inspektor.

— Zaiste, Piotrze Piotrowiczu! — odpowiedział natychmiast ojciec Makary. — Albowiem powiedziane jest u Eklezjasty, syna Dawidowego, króla Jerozolimskiego: „Jedz chleb swój z weselem, a pij wino swe z radością, bo się uczynki twoje Bogu podobają!”

Wołodzia zamyślił się nad temi słowami. Matka uczyła go modlitwy i prowadziła do cerkwi. Ludzie modlili się przed pięknemi, złoconemi obrazami; jedni mieli rozrzewnione i rozjaśnione twarze, drudzy — płakali i wzdychali.

Bóg… Wielkie słowo, straszne, kochane, niezrozumiałe słowo.

Istota, mająca takie wzniosłe, wzruszające imię — Bóg, powinna być piękna, wspaniała, potężna, promienna; nie może ona być podobna ani do ojca, doktora, radcy kolegjalnego z orderem na szyi, ani do proboszcza w zielonej sutannie, z pięknym krzyżem na piersi, ani nawet do mamy, która przecież czasami gniewa się i krzyczy na siostry i służącą zupełnie tak, jak to czyni sam Wołodzia, podczas kłótni z rodzeństwem… Wielka Istota nie może postępować w ten sposób, a tymczasem sam ojciec Makary powiedział, że Bóg pochwala wesołość przy jedzeniu i piciu wina, na co tak często narzeka mama, z rozpaczą lub gniewem patrząc na ojca. Zasmuciło to chłopaka. Bóg wydał mu się mniej strasznym i mniej ukochanym, zupełnie zwyczajnym, pozbawionym tajemniczości.

— Może podobny jest do ojca Makarego, lub do biskupa Leontego? — spytał samego siebie.

Skrzywił się na tę myśl i zaczął się przysłuchiwać rozmowom gości.

Oparłszy się łokciami o stół i kiwając głową, mówił inspektor Szustow:

— Często objeżdżam dalekie wsie, gdzie zakładamy szkoły ludowe. Zbieram ciekawe, bardzo zabawne materjały na prośbę mego kolegi z seminarjum. Może, panowie, pamiętacie, garbusa Surowa? Ukończył on akademję i teraz jest profesorem na uniwersytecie w Moskwie. Ho, ho! Wielki uczony — nie żarty! Osobiście znany ministrowi oświaty! Książki drukuje. Musiałem spełnić jego prośbę, bo to, sami rozumiecie, protekcja, co się zowie! Wyszukałem dla niego materjały — palce lizać! Wiecie, że w dwóch wioskach wykryłem pogan? Tak, tak — pogan! Urzędowo są prawosławni; gdy każą władze, jadą o 50 wiorst do cerkwi, pokłony biją, aż huczy, ale w domu przechowują „stare bogi”, przed któremi stawiają miseczki z ofiarami — mlekiem, solą, mąką. Cha! Cha! Cha!

— A gdzież to widzieliście, Piotrze Piotrowiczu? — spytali jednocześnie ojciec Makary i komisarz policji.

— Są to wioski — Bejzyk i Ługowa — powiedział inspektor.

— Muszę jutro donieść o tem biskupowi — rzekł pop. — Należy skierować tam misjonarzy, nauczyć, ostrzec, nawrócić, utwierdzić w prawdziwej wierze prawosławnej!

— Nim to zrobicie, poślę tam swoich konnych policjantów, oni tam nawrócą i nanowo ochrzczą bałwochwalców nahajami! — zawołał ze śmiechem Bogatow. — Dziki jeszcze nasz lud, oj, dziki, panowie!

— To też zakładamy szkoły ludowe — odezwał się Uljanow, popijając piwo. — Oświata szybko się szerzy. Już nie znajdziecie teraz wsi, gdzie nie byłoby kogoś, umiejącego czytać i jako-tako pisać.

— To dobrze! — pochwalił ojciec Makary. — Można będzie dać im dobre książki o pożytku kościoła, o poszanowaniu dla duchownych osób, o obowiązkach synowskich wobec ojca-cara i panującego nam szczęśliwie domu cesarskiego…

— O tem, jak żyją cywilizowane narody na Zachodzie — wtrącił Uljanow.

— To zbyteczne! — żachnął się Bogatow. — Nie zrozumieją, zresztą nie jest to potrzebne, a nawet niebezpieczne, bo budziłoby niewczesne marzenia, duch niezadowolenia, protestu, buntu… Przypomnijcie sobie, panowie, że rewolucjoniści — zbrodniarze targnęli się na drogocenne życie takiego świętego, dobrego dla wieśniaków monarchy, jakim był car Aleksander II. Przebywałem wtedy w Petersburgu i widziałem, jak zawisali na szubienicy Żelabow, Perowskaja i inni mordercy. Dusza się radowała, że dosięgła ich ręka Boga.

— Ręka Boga? — szepnął Wołodzia. — To Bóg wiesza ludzi ?

Bóg znowu się oddalił.

Nie był już bliski, zrozumiały, przyziemny. Nie powrócił też na niebo, w tajemniczy błękit, przetkany złotem słońca, srebrem księżyca i brylantami gwiazd, jak opowiadała dzieciom stara niańka Marta. Oddalił się, lecz w jakiś inny świat, mroczny, wrogi, nienawistny.

Bóg… wino… szubienica — wszystko się skotłowało w głowie chłopca. Łzy cisnęły się do oczu. Serce kołatało w piersi. Czuł żal gryzący, tęsknotę po czemś, co nagle utracił. Nienawidził komisarza Bogatowa, nienawidził Boga.

Jeden bił w ucho wieśniaków, aż się krwią zalewali, drugi — własną ręką wciągał na szubienicę.

Komisarz bił chłopów za to, że chcieli pokarać nielitościwego bogacza; rewolucjoniści zabili cara — Za co? Z pewnością był też niedobry…

Tymczasem ojciec, wystraszony naganą Bogatowa, usprawiedliwiał się:

— Chciałem powiedzieć, że możemy dać chłopom opisy sposobów uprawy roli, hodowli bydła, stosowanych na Zachodzie. ..

— A-a! To można! — zgodził się komisarz policji. — Musimy jednak przedewszystkiem, posługując się siłą władzy, kościołem, szkołą, utrzymywać nasz lud w ryzach karności, wiernopoddańczości carowi, w spokoju i pokorze… Inaczej nie można!

— Pewno, bo w przeciwnym razie zjawią się nowy Razin, Pugaczow — samozwańczy wodzowie ludu, prowadzący do buntu! — ze śmiechem zawołał doktor. — A gdy nasze ciemne mrowisko poruszy się, toż to taniec byłby! Ze wszystkich nor wylazłyby djabły, wiedźmy, biesy, wilkołaki i popędziłyby przed naszymi Iwanami, Stefanami, Wasylami! A ci spokojni, dobrzy, bogobojni chłopkowie szliby z groźnym pomrukiem, wymachując nożami, siekierami i drągami, puszczając krew wszystkim, napotkanym na drodze, czy potrzeba, czy nie potrzeba! Dla przyjemności ujrzenia gorącej posoki, dla przekonania się nareszcie, czy, naprzykład, ojciec Makary ma w brzuchu czerwone, czy niebieskie wnętrzności? Ha! Powstałby wtedy wielki łomot i huczek, a łuna ogarnęłaby całą Rosję świętą! Znam ja nasz ludek! Niedaleko odszedł od dobrych czasów tatarskiej niewoli. Tatarzy hulali, aż ziemia drżała, ale to forda przed tem, jak pohulałyby nasze prawosławne Iwany, Alekseje i Konrady. Uf! Aż ciarki przechodzą na tę myśl!

Wszyscy zamyślili się, z niepokojem spoglądając na siebie, chociaż na stole stała już baterja wypróżnionych butelek.

— Oj, tak, tak, doktorze, święta prawda! — przerwał milczenie komisarz policji. — Byłby to taniec taki, że kurzawa aż pod same niebo poszłaby! Opowiem wam coś o tem…

Wszyscy usadowili się wygodniej i zapalili papierosy. Uljanow dolał piwa.

— Nad Wołgą, koło Samary w roku ubiegłym koczował tabor cygański. Drapieżne to, niepoprawne plemię! Wiadomo, że gdzie cyganie, tam kradzież. Ginie cnota dziewek wiejskich, giną konie, cha, cha, cha!

— Jedna zguba nie do naprawienia, drugą jeszcze można odbić! — zauważył, pieszcząc swój wspaniały krzyż, ojciec Makary.

— Otóż to! — kiwnął głową Bogatow. — Tak się też stało. Jakiś zuch cygański chadzał do pobliskiej wsi, wypatrzył sobie krasawicę no, i spał z nią w noce jesienne na miękkiem sianku. Nietylko na amory tracił jednak czas! Wypatrywał, co i gdzie u kogo z chłopów urwać można. Uprowadzili cyganie trzy najlepsze konie, dali nura na tamten brzeg, sprzedali zdobycz Tatarom i zniknęli w stepach, jak zgraja wilków. Długo szukali chłopi skradzionych koni i dowiedzieli się, że są one u Tatarów. Szeptali o czemś, naradzali się ze swoim popem i pewnej nocy zrobili napad. Zatłukli drągami i zarąbali siekierami ośmiu Tatarów i odebrali konie. Awantura, skargi, hałas, sąd! Pięciu z nich poszło do katorgi… Na przyszły rok tabor koczował wpobliżu i młody cygan zawitał do porzuconej kochanki. Schwytano go… Zaczęło się przedstawienie, prawdziwy teatr! Oj, co to było! Dziewkę oskarżono o to, że jest wiedźmą, gdyż jedna ze starych wieśniaczek na własne oczy widziała, jak krasawica latała na miotle! Uwiązano dziewczynie do szyi stary kamień młyński i wrzucono tam, gdzie Wołga tworzy wir… Przepadła jak szczenię… Z cyganem zabawiono się inaczej. Skrępowano mu ręce rzemieniem, posmarowano go miodem i powieszono w lesie nad mrowiskiem tak, że dotykał go stopami. Cała wieś przez trzy dni i noce chodziła przyglądać się, jak koniokrada żywcem pożerały mrówki! Dwóch chłopów skazano później na trzy lata ciężkiego więzienia…

— Ciężka, zbyt ciężka kara! — zawołał ojciec Makary.

— Za co? Za jakiegoś cygana — poganina i kilku Tatarów?

Sam Bóg cieszył się z pewnością, że bałwochwalców posłano do piekła!

— Bóg, znowu Bóg… — jęknął Wołodzia.

Imię to ostrzem przeszyło mózg i serce chłopca.

Płacząc, wymknął się z saloniku. Powróciwszy do oficyny, upadł twarzą na łóżko i długo szlochał, ciężko, beznadziejnie.

Obudził go brat, powracający do domu po północy. Zdumiał się, spostrzegłszy zapłakaną twarz chłopaka.

— Co ci się przydarzyło? — spytał. — Płakałeś? Usnąłeś w ubraniu…

Łzy namiętne wyrwały się z oczu Włodzimierza. Urywanym głosem, jęcząc i szlochając, opowiedział wszystko i, zaciskając pięści, szepnął:

— Bóg jest zły… zły!

Starszy brat spojrzał na niego uważnie, pomyślał chwilę i rzekł cicho, dobitnie:

— Boga niema…

Chłopak zatoczył się, jak pijany, krzyknął przeraźliwie i padł zemdlony.

ROZDZIAŁ II

Wiosna zbliżała się ku końcowi.

Wołga zrzuciła z siebie lodowe kajdany. Przepłynęły już pierwsze statki pasażerskie. Na rzece coraz częściej zjawiały się spływające z prądem tratwy. Przeleciały, dążąc na północ, ostatnie stada dzikich gęsi i kaczek.

Wołodzia przyniósł z gimnazjum cenzurę; były tam same piątki i rezolucja, rady pedagogicznej, mianującej go pierwszym uczniem drugiej klasy.

Ojciec pogłaskał go po twarzy, matka ucałowała w czoło i rzekła:

— Jesteś moją pociechą i dumą!

Spokojnie i obojętnie przyjmował te pochwały.

Nie rozumiał nawet, za co go spotykają. Uczył się starannie, bo chciałby jak najprędzej wchłonąć w siebie naukę. Dawała mu się z łatwością. Szczególnie lubił łacinę i na własną rękę próbował czytać Cycerona, szperając w grubym słowniku Szulca lub prosząc brata Aleksandra o pomoc. Mimo wszystkich tych zajęć zostawało mu sporo wolnego czasu. Czytał dużo, zachwycając się Puszkinem, Lermontowem, Niekrasowem; przewertował aż dwa razy „Wojnę i Pokój” Tołstoja i wprost przełknął niezliczoną ilość książek.

Dzielił je zwykle na dwie kategorje: babskie, czyli sentymentalne, bezmyślne, po których nic, oprócz pięknego brzmienia słów, nie pozostawało, i prawdziwe — gdzie znajdywał myśli, głęboko zapadające mu do serca i mózgu.

Czytać zaczął niedawno. Przeszkadzała mu przedtem ślizgawka.

Lubił szybki ruch i ciągłe panowanie nad swemi mięśniami dla zachowania równowagi.

Odrobiwszy lekcje, biegł na ślizgawkę na rzekę. Powracał znużony i senny. O czytaniu nie było mowy. Kładł się do łóżka i spał, jak zabity.

Ostatniej zimy zrozumiał dopiero, że łyżwy zabierają mu dużo drogiego czasu i pozbawiają możności wykorzystania go z pożytkiem.

Wahał się krótko.

Zacisnąwszy zęby, poszedł do kolegi Kryłowa i dobił z nim targu. Oddał mu dobre amerykańskie łyżwy, do domu zaś przyniósł cztery oprawne tomiki Turgeniewa.

Wołodzia był pierwszym uczniem; najpilniejszym, najzdolniejszym i najlepszego prowadzenia się chłopcem. Nie przeszkadzało mu to jednak cieszyć się z powodu rozpoczynających się wakacyj.

Państwo Uljanowowie wyjeżdżali na letnie mieszkanie do małej wioski Kukuszkino, położonej wśród lasów, niedaleko od rzeki.

Był to wymarzony raj dla małego Włodzimierza. Wieśniacy otaczali ich wszystkich przyjaźnią, szczególnie zaś lubili Marję Aleksandrównę, która bezinteresownie leczyła chłopów, zaglądając do poradnika medycznego i rozdając zioła i mikstury, przywiezione z miasta. Słynęła wśród ludności okolicznej, jako doskonała lekarka.

Chłopak miał też dużo przyjaciół na wsi.

Ruchliwy, żądny przygód, śmiały zebrał liczną bandę chłopców i imponował im pomysłowością i siłą. Przepadali za nim, bo nie czuli w nim „panicza”, który tylko zniżał się do nich; nigdy nie usiłował pouczać ich, lub wyśmiewać. Wołodzia, zwykle nieufny i nieraz opryskliwy względem swoich gimnazjalnych kolegów, tu czuł się w swoim żywiole. Był równym wśród równych.

Nieraz powracał do domu z podbitem okiem. Gdy Marja Aleksandrówna robiła mu gorzkie wymówki, odpowiadał, z łagodnym uśmiechem, wpatrując się w kochaną twarz matki:

— To nic, mamusiu! Bawiliśmy się w „kozaków i rozbójników”. Dostałem pięścią w oko od Wańki rudego, ale ja mu też nabiłem porządnego guza. Nie chciałem się poddać i walczyłem jeden przeciwko pięciu, aż nadbiegli moi rozbójnicy…

Teraz, po otrzymaniu cenzury i skończonym roku szkolnym, wszystkie te rozkosze oczekiwały Wołodzię.

Starszy brat pozostał w mieście, siostry Aleksandra i Olga były zaproszone do ciotki, więc jechał tylko z rodzicami.

Przybywszy do wsi, Wołodzia natychmiast wymknął się z chaty. Rodzice rozpakowywali walizy i kosze. Chłopak pobiegł do lasu.

Słońce miało się już ku zachodowi.

Drzewa, okryte świeżemi, pachnącemi liśćmi, roniły ostatnie kwiaty i nasiona. Jaskrawa, zielona trawa, białe, żółte i niebieskie kwiatki wiosenne sączyły aromat. Mocny zapach jeszcze wilgotnej ziemi napełniał powietrze. Latały motyle, połyskujące muchy, huczące chrabąszcze i chybkie łątki. Śmigały wiewiórki na wierzchołkach sosen. Ptaszki fruwały dokoła, szczebiocąc, gwiżdżąc i uganiając się za owadami.

Chłopak stanął w zachwycie. Witał las, trawę, owady i ptaki.

Wszystko dokoła wydawało mu się pięknem, niezmiernie szczęśliwem, nieśmiertelnem.

Mimowoli zerwał czapkę i zatopił oczy w bezdennym błękicie pogodnego nieba.

— Bóg! Wielki, dobry Bóg!… — zawołał z wdzięcznością i rozrzewnieniem.

Brzmienie tego słowa przypomniało mu ojca Makarego i radcę kolegjalnego Bogatowa. Skrzywił się boleśnie, oczy zmrużył złośliwie i nacisnął czapkę zpowrotem.

Przeszedł las, plącząc się w pełznących przez ścieżkę korzeniach drzew, i wyszedł na wysoki brzeg rzeki.

Zarośnięty krzakami dzikich malin, i kaliny urywał się niemal prostopadłym spychem.

Niżej, niewidzialne z poza gąszczu, dzwoniły i szemrały wybiegające na wąski piaszczysty brzeg fale.

Rzeka, rozlana szeroko aż hen, do kwadratów pól, ciągnących się od niskiego brzegu piaszczystego, od żółtych łach, dobrze znanych chłopakowi, a teraz ukrytych pod wodą, — płynęła spokojnie i majestatycznie.

Niby powiewne szaty aniołów i archaniołów, pięknie namalowanych na suficie kopuły katedralnej, — blado niebieska, różowa, złocista, zielonawa wstęga rzeki.

Chciał się rzucić do jej barwnych, pieszczotliwych strug i płynąć, płynąć daleko, ku słońcu, co rozpryskuje szkarłat i złoto, woła i pociąga ku sobie.

Znowu obnażył głowę mały Włodzimierz, stał w zachwycie niewypowiedzianym — nieruchomy, zapatrzony, bezwiednie całą mocą płuc wciągając świeży powiew, zalatujący od Wołgi.

Z poza wystającej skały, gdzie pieniły się i wirowały wartkie strugi, wypłynęła duża tratwa.

Ludzie, wparci ramionami w długie bosaki, wbijali ich okute żelazem końce w dno i popychali setki grubych pni sosnowych i bukowych, powiązanych łykami.

Pośrodku tratwy stał szałas z kory i zielonych gałęzi, a przed nim na płycie kamiennej płonęło małe ognisko.

Gruby, brodaty kupiec siedział przed ogniem i pił herbatę, nalewając ją z kubka na spodek.

Od czasu do czasu, pokrzykiwał zachęcająco:

— Hej, hej! Mocniej, szybciej, tężej! Zaśpiewajcie-no, chłopcy, praca lepiej sporzyć się będzie! N-no!

Schyleni nad bosakami robotnicy ponuremi głosami pomrukiwać zaczęli:

„Ej, dubinuszka, uchniem!

„Ej, zielonaja, sama pojdiot!

„Ej, uchniem! Ej, uchniem!”1 

Niechętne, mrukliwe głosy ożywiały się powoli, nabierały głośniejszego, śmielszego tonu i rytmu.

Stojący przy długiem wiośle sterowem młody robotnik, nagle zaśpiewał dźwięcznym, wysokim tenorem pieśń zbójecką:

„Iz za ostrowa na strieżeń,

„Na prostor riecznoj wołny

„Wypływajut razpisnyje

„Stieńki Razina czelny…”2

Chór przygarbionych postaci, tupiących bosemi stopami na ruchomych, mokrych belkach, poderwał zgranym chórem:

„Wypływajut razpisnyje

„Stieńki Razina czelny!”

Stromy spych odbił, odrzucił słowa pieśni; potoczyły się nad rzeką, spadły nad niziną, pociętą kwadratami pól i okrytą zielenią łąk bez kresu.

Tratwa nagle zawadziła o ukryty kamień i gwałtownie obracać się zaczęła, porywana prądem na głębinę.

Rozległ się krzyk, umilkła pieśń, głośniej i częściej tupały nogi, mocniej wpijały się oparcia długich, drągów w umęczone ramiona pracujących ludzi, pluskała woda, skrzypiał ster, trzeszczały wiązania belek.

Jeszcze nie skonało dalekie echo pieśni, jeszcze drgała, drżała w powietrzu ostatniem słowem: „…czełny…”, gdy siedzący przed szałasem kupiec porwał się na równe nogi i podbiegł do sternika.

Rozmachnął się szeroko i uderzył walczącego z prądem człowieka w twarz, krzycząc wściekłym, chrapliwym głosem:

— Psi synu! Oby matkę twoją-sukę… Do djabłów rogatych.! Wy — nędznicy, żebracy podli, wyrzutki, więzienne ścierwo! Oby was cholera wydusiła! Oby…

Biegał, ciskał przekleństwa, bił, potrącał, wygrażał, wykrzykiwał złe, zgniłe, ohydne słowa…

Wysoki brzeg powtarzał wszystko i odbijał każde słowo, jak piłkę; leciała ponad rzeką i padała tam, gdzie umarły przed chwilą zwrotki pieśni o hetmanie zbójników, Razinie, obrońcy umęczonego ludu.

Rzeka nagle stała się bezbarwna, szara i pomarszczona, jak twarz starca; przygasło niebo, z którego odleciały anioły i archanioły w szatach, perlistych, różowych, niebieskich., złocistych i zielonych, jak woda.

Wołodzia znowu czapkę nacisnął jak najgłębiej i, włożywszy ręce do kieszeni spodni, zamyślony i smutny powracał do domu.

Radość umarła w jego sercu.

Już nigdzie nie spostrzegł wesołości bezkresnej, nieśmiertelnej .

Wszystko przeminęło, odleciało bez śladu, bez echa. Chłopak oglądał się dokoła i szeptał:

— Mama mówi i kapelan gimnazjalny uczy, że Bóg jest miłosierny i wieczny… Dlaczegoż więc umierają ludzie, psy, ptaki? Dlaczegoż przemija cisza, pełna światła i radości?

Dlaczego urywa się pieśń nad rzeką? Dlaczego ten opasły kupiec bije sternika i wykrzykuje na całe gardło ohydne słowa? Nie! Bóg nie jest miłosierny, bo nie dał wieczności temu, co jest piękne i radosne! A, może, On sam nie jest wieczny? Może żył niegdyś i był miłosierny? Teraz umarł i — niema miłosierdzia na ziemi?

— Boga niema… — przypomniał sobie słowa brata Aleksandra.

— Lepiej nie myśleć o tem — szepnął.

Bolesny grymas przemknął po okrągłej twarzy i zaczaił się w kącikach drżących powiek.

Na wsi popłynęły dni pełne wrażeń, nigdy niezapomnianych.

Z chłopakami wiejskimi Wołodzia zapuszczał się do lasu, na pola i na brzeg rzeki, gdzie dzieci kąpały się lub siedziały z wędkami, łapiąc ryby.

W lesie młody Uljanow polował. Sporządził sobie prawdziwy łuk i strzelał do ptaków. Czynił to pokryjomu przed matką, która ganiła go za to.

— Pamiętaj, synku, — mówiła, patrząc na niego surowym wzrokiem, — że największym skarbem, posiadanym przez ludzi, jest życie. Bóg w dobroci swojej wynagrodził niem istoty żyjące. Nikt nie powinien, nie obrażając Boga, zabijać ani człowieka, ani nawet najdrobniejszego owadu.

— Nawet komara, który tnie? — spytał chłopak.

— No… komar to — szkodliwy owad… — odparła trochę zmieszana matka.

— A wilk? niedźwiedź? — pytał dalej.

— To znowu — drapieżniki… — objaśniła głosem niepewnym.

— Czy niema ludzi szkodliwych, drapieżnych? — nacierał chłopak. — Słyszałem, że ojciec Makary nazywał rewolucjonistów szkodnikami, a komisarz policji, pan Bogatow, opowiadał, że cyganie są drapieżnikami… Powiedz, mamo!

Marja Aleksandrówna bacznie zajrzała w pytające oczy syna. Chciała coś odpowiedzieć, lecz zacisnęła usta i po długiem milczeniu szepnęła:

— Tego nie zrozumiesz teraz. Mały jeszcze jesteś. Z czasem dowiesz się o wszystkiem…

Nie pytał jej więcej, ale do ptaków strzelał tylko pokryjomu.

Lubił też grać w kości. Wiedział, że rodzice byli przeciwni temu i strofowali go. Jednak czuł nieprzeparty pociąg do hazardu.

Przywiózł ze sobą kości i grał z chłopcami, wygrywając od nich małe wiewiórki, zajączki, wyjęte z gniazda, złapane kosy i szczygły, laski o rękojeściach z cudacznie powyginanych korzeni.

Nie przegrywał nigdy.

Wreszcie przyłapano go.

Rzucał kość, napełnioną ołowiem i wskazującą najwyższą ilość punktów.

Pobito go na poczekaniu, lecz nikt nie myślał pogardzać nim. Budził w towarzyszach szacunek z powodu niebywałego pomysłu. On zaś wzruszył ramionami i rzekł spokojnie :

— Za co poturbowaliście mnie? Przecież chciałem wygrać, więc przygotowałem dla siebie niezawodną kość.

— Chwat z ciebie! — pokręcił głową rudy wyrostek Sieriożka Chałturin, piegowaty i zwinny, jak kot. — Nie lubisz przegrywać, bracie?

— Przystępuję do gry, aby wygrać! — odpowiedział, mrużąc oczy.

Spodziewał się, że usłyszy oskarżenie o nieuczciwość. Często słyszał to słowo w gimnazjum: najmniejsza niedokładność w wykonaniu przepisów zabawy powodowała wybuchy oburzenia i krzyki o nieuczciwości.

Wołodzia prawie nigdy nie bawił się w przerwach między lekcjami.

Zwykle chodził do klasy rysunków i oglądał modele gipsowe, popiersia Wenus, dużą figurę Herkulesa, opartego o maczugę, przerzucał karty albumów z obrazami Ermitażu, galerji Stroganowa i Luwru.

Dziwiły go liczne niedorzeczności.

Uczniowie podczas wypracowań klasowych spisywali jeden od drugiego, podpowiadali sobie na lekcjach głuchego kapelana i — nie nazywali tego ani podłością, ani nieuczciwością, jak to chętnie czynili podczas zabaw.

Była w tem jakaś nierzetelność i nieprawda, czego objaśnić nie mógł i pogardliwie uśmiechał się.

Wiejscy chłopcy pobili go za kość z ołowiem.

To rozumiał. Byli źli, że ograł ich. Jednak nazwali go „chwatem”, pochwalali i, cmokając ustami, podziwiali niezawodną kość i jej wynalazcę.

O tem często dumał młody Uljanow, gdy ze swoimi przyjaciółmi chodził na ryby na brzeg cichej, głębokiej zatoki rzecznej.

Chłopcy siadali w rząd, o kilka kroków jeden od drugiego i rzucali wędki do czarnej na głębinie wody. Narazie milczeli, śledząc ruch korków i piórek gęsich, wskazujących zbliżenie się ryb. Od czasu do czasu tylko rozlegały się głośne klaśnięcia dłonią po czole lub szyi, gdy spędzano natrętne, żarłoczne komary.

Znudzeni milczeniem, zaczynali rozmowę.

Uljanow słuchał przyjaciół uważnie, nie przepuszczając żadnego słowa.

Szczególnie lubił opowiadania rudego Sieriożki.

Od niego po raz pierwszy dowiedział się, kim był przesławny rozbójnik Razin, niegdyś grasujący na Wołdze.

Przedtem wiedział, że był to potężny watażka, porywający kupców z ich skarbami i płynących od morza Kaspijskiego bogatych Persów z towarami. Tu nad brzegiem Wołgi, która widziała barwne łodzie rozbójnika, usłyszał, że zdobycz swoją Razin oddawał ubogim chłopom, wykupywał ich z niewoli, bronił przed Wojewodami carskimi biedaków, uciekających od jarzma nieznośnego.

Rudy wyrostek opowiadał też o Pugaczowie i innych buntowniczych wodzach, wstawiających się za uciemiężonych chłopów i o ich los skaczących do oczu carowej Katarzyny.

— Ech! — wzdychał i przeciągał się namiętnie Sieriożka. — Gdyby tak teraz jaki Razin albo Pugaczow przyszli! Poszlibyśmy za nimi i poigrali z urzędnikami, policją! Siedzą oni nam tu, ot tu!

Z temi słowami, uderzał się pięścią w kark, niezawodnie powtarzając to, co mawiał i czynił ojciec jego, lub brat, robotnik z fabryki.

Od swoich przyjaciół posłyszał młody Uljanow o nędzy chłopskiej i ucisku!

Wiele rzeczy nie rozumiał.

Wyrazy: „Wańka śpi jedną noc z Maszką, drugą — z Wierką”, „Duniaszka zrzuciła płód, bo chodziła do znachorki, starej Anny, która za wsią mieszka i z djabłami się wodzi”, „babie humory z żebra wybił”, „puszczono z torbą za niezapłacone podatki”, „pańszczyzna”, „czerwony kogut, którego swemu panu za krzywdę puścił jakiś Iwan Griaznow” — było to wszystko niepojęte, straszne, dziwne.

Wypytywał przyjaciół, nieraz się rumienił, słysząc ich objaśnienia proste, dosadne, lecz jeszcze miał zwątpienia, niejasności i złudzenia. Postanowił sam sprawdzić wszystko, spojrzeć własnemi oczami, dotknąć rękami strasznych ran, które już wyczuwał sercem dziecka.

Przypominał sobie skargi i łzy, zawarte w wierszach Niekrasowa, lub w „Zapiskach myśliwego”, Turgenjewa. Myśli zaczęły się kojarzyć z domysłami, formować, układać. Wyłaniał się przed nim ponury obraz życia na wsi, tak odrębny od bytu miejskiego, tajemniczy, wzbudzający lęk. Należało tylko stanąć pośrodku, aby można było wszystko naraz ogarnąć okiem.

Myślał o tem, zmieniając przynętę na haczyku, i już wiedział, że najciekawsze rzeczy dotąd omijały go. Postanowił ujrzeć wszystko i zrozumieć.

Przeczuwał, że oczekują go nowe, nieznane wrażenia, stokroć silniejsze niż nocne wyprawy do ciemnego, nachmurzonego lasu, palenie ogniska na samotnych polanach i słuchanie przerażających opowiadań o wilkach, niedźwiedziach, zjawach djabelskich i wiedźmach, pijących krew ludzką.

Wilka spotkał raz, lecz ten uciekł przed nim, jak tchórzliwy, pobity pies. Nie bał się odtąd wilków.

Szukając wiedźm i zjaw tajemniczych, o północy zapuszczał się do lasu, lub zaglądał na stary cmentarz, którego część obsunęła się już ze stromego brzegu do rzeki. Raz tylko czuł strach, gdy coś huknęło nad nim i błysnęło w lesie. Przyjrzał się dobrze i przekonał się, że był to puhacz.

Od tej chwili nie wierzył w istnienie djabłów i wiedźm, niechętnie słuchając gawędy chłopaków o tych „strachach na stare baby”.

Myśli jego przerwały jednostajne, jękliwe zawodzenia:

— O—o—o—ej! O—o—o—ej!

Wąskim pasmem piasku nadbrzeżnego szli, ciągnąc sznur ładownej szkuty, „burłaki”. Wiedział, że byli to bezdomni nędzarze, włóczęgowie, wynajmujący się za marny grosz do ładowania i ciągnięcia statków przeciwko prądowi — od Astrachania do Niżniego Nowgorodu.

Brudni, bosi, obszarpani, obrośnięci, jak dzikie zwierzęta, uginając się pod wrzynającym się w ramiona sznurem, ciągnęli burłaki ciężką szkutę ze stojącym na sterze kupcem — właścicielem.

Grzęzły w mokrym piasku okryte ranami i odciskami czarne stopy, pochylały się coraz niżej, niby kryjąc się przed słońcem, spocone karki, a piersi zdyszane i zziajane wydobywały tylko jeden dźwięk:

— O—o—o—ej! O—o—o—ej!

Była to pieśń burłacka, pieśń nędzy, rabiej niemocy i rozpaczy.

— O—o—o—ej! O—o—o—ej!

— Niech Bóg dopomaga, burłaki! — krzyknął im jeden z chłopców, usuwając się z drogi.

— Do djabła! — warknął idący na czele wysoki drab o potężnej, nagiej piersi, okrytej czerwonemi wrzodami. — Nad nami tylko djabeł ma moc, szczeniaku…

Przeszli i już zdaleka, z poza głęboko wcinającego się w rzekę przylądka dopłynął zacichający jęk:

Uljanowowi ścisnęło się serce. Djabła nigdzie nie spotykał, a tymczasem miał on moc nad burłakami. Gdzież jest siedziba djabła? Chce ujrzeć go i zmierzyć się z nim, chociażby później musiał całe życie jęczeć, jak ci ludzie, ciągnący szkutę.

Wieczorem Wołodzia przyniósł na umówione miejsce karmelki i kawał czekolady. Zaczął prosić Sieriożki, aby mu wszystko pokazał, co wymagało pomocy Pugaczowa i Razina.

— Wy — mieszczuchy nie znacie wsi i naszego życia, bo u was wszystko inaczej — rzekł rudy wyrostek, pogardliwie spoglądając na przyjaciela.

Niedaleko przechodził chłop.

Miał na sobie białe portki i wypuszczoną nawierzch koszulę z domowego, grubego płótna. Szedł, mocno stąpając, czarnemi, bosemi nogami i postukując grubym kijem. Mruczał coś do siebie i potrząsał grzywą gęstych., splątanych kudłów.

— Paweł Chalin powraca z dworu. Zły idzie, pewno, nic nie wskórał — szepnął Sieriożka.

— Poco chodził? — spytał Uljanow.

— Już dwa miesiące codzień chodzi! — zaśmiał się wyrostek. — Taka rzecz się stała, że młodszy syn pana Milutina zdybał w lesie Naśćkę, córkę Chalina. Tak i owak… łaską, groźbą i podarkami namówił ją, zaczęła chadzać do panicza…

— Cóż w tem złego, że chodziła do Milutina? — spytał chłopak.

— Eh, głupi jesteś! — zawołał Sieriożka i bardzo barwnie i zrozumiale objaśnił wszystko przyjacielowi. — No, i zaszła Naśćka w ciążę… Chalin żąda od pana pięćdziesiąt rubli odszkodowania, albo, powiada, do grobu wpędzi tę nierządnicę!

— I cóż Milutin? — spytał drżącym głosem Wołodzia.

— Powiada: „nie dam grosza, bo sama biegała do mego syna, on nie zniewalał jej przemocą. Jeżeli zabijesz dziewczynę — do katorgi pójdziesz!” Chalin jednak wciąż się targuje. Myślał, że wycygani pieniądze, bo chciał kupić na jarmarku drugą krowę…

— Cóż teraz będzie? — spytał, z przerażeniem patrząc na Sieriożkę, mały Włodzimierz.

— A co? Bić będzie babę, a później Naśćkę. Upije się wkońcu i chrapać będzie. Jutro znowu podrepce do Milutina, kłaniać się do ziemi zacznie, skamłać i prosić… — odpowiedział rudy wyrostek i splunął niedbale.

— Chcę zobaczyć, jak będzie bił… — szepnął Wołodzia.

— Chodźmy! Ukryjemy się za ogrodzeniem. Stamtąd wszystko ujrzymy i usłyszymy — zgodził się chłopiec, chrupiąc cukierek i głośno cmokając.

Obiegli wioskę od strony rzeki i zaczaili się w pobliżu chaty Chalina.

Dochodził z niej wzburzony głos wieśniaka:

— Ten żłopacz krwi naszej, oprawca, krzywdziciel słuchać nie chce!… Powiada że ta suczka sama psa szukała aż znalazła…

— Oj, nie! Na Matkę Przeczystą — nie! — krzyknęła dziewczyna. — Ja pokochałam go. a on obiecywał do cerkwi, przed ołtarz prowadzić. Ja nie…

Ciężki cios spadł jej na pierś, aż jęknęła.

— Ty — suka, ty — nędznica, szmata, ty — nierządnica podła! — powtarzał chłop i bił, nie wybierając miejsca, kopiąc nogami i bluzgając ohydnemi słowami.

— Cóż ty robisz, zwierzu! — rzuciła się do niego z krzykiem żona. — Zabijesz dziewkę…

Chłop schwycił babę za włosy, wywlókł z chaty i, porwawszy kawał drzewa, zaczął okładać ją po grzbiecie, bokach i głowie.

Wyła przeraźliwie:

— Ludzie dobrzy! Ratujcie! Zabije! Za—bi—je!…

Z sąsiednich chat wybiegły baby, a za niemi powolnym krokiem wychodzili mężowie.

Otoczyli kołem i patrzyli uważnie, spokojnie.

Żadnego wzruszenia i współczucia na ciemnych, ogorzałych, twarzach chłopów nie dostrzegł mały Uljanow. Mężczyźni spoglądali raczej z zaciekawieniem i złośliwością, kobiety wzdychały i z udanem przerażeniem zasłaniały oczy rękami.

Sieriożka zaśmiał się cicho.

— Kochaj żonę, jak duszę, a trzęś, jak gruszę — szepnął słowami przysłowia. — Ten dopiero trzęsie!

— Ratujcie sąsiadkę, bo Paweł zatłucze ją na śmierć! — zawołała stara wieśniaczka.

— Nie nasza sprawa! — odparł poważnym głosem wójt. — Żona dwa razy w życiu najdroższą bywa: gdy się ją wprowadza do domu i gdy się odprowadza do grobu. Nic to! Nauczy Paweł babę i spokój będzie!

Jednak wieśniak wpadał w coraz to większą wściekłość. Klnąc, odrzucił od siebie drewno, którem bił żonę, i schylił się po ciężką kłonicę.

Wójt podszedł do niego i rzekł pojednawczym głosem:

— No, dość, dość już, sąsiedzie, Pawle Iwanowiczu! Zrobiliście swoje, patrzcie: baba pokrwawiona i już wstać nie może. Dość!

Chalin podniósł na niego ponure, oszalałe oczy, nagle się uspokoił i prawie ze łzami uskarżać się zaczął:

— Nie ustrzegła dziewki, nędznica! Co ja teraz pocznę? Będę bękarta karmił? Pięćdziesięciu rubli stary złodziej Milutin nie chce zapłacić… Już ja mu na jesieni, gdy spichrze będzie miał wypchane żytem, „czerwonego koguta” puszczę w jego legowisku, zaświecę panu wysokorodnemu, szlachetnemu, gorącą łuną w oczy, jak mi Bóg miły! Nie zapomni on mnie!

— Nie dobrze gadasz, sąsiedzie! — upomniał go jeden z wieśniaków. — Nie daj, Boże, do policji dojdą takie słowa! Zgnijesz w więzieniu, nie inaczej!

Chalin jeszcze się żalił i odgrażał. Skorzystała z tego leżąca na ziemi, pokrwawiona baba, z jękiem wstała i poszła do chaty.

Sąsiedzi, omawiając krzywdę dziewczyny i słuchając skarg wieśniaka, uprowadzili ze sobą chłopa.

— Pobiegnę do domu, bo trzeba bydło napoić — rzekł Sieriożka i popędził ku domowi.

Wołodzia nie ruszał się z miejsca. Nadsłuchiwał co się działo w izbie.

Obydwie kobiety szlochały i zawodziły żałośnie.

Umilkły jednak i coś mówiły do siebie cicho, szeptem, niby spisek knuły.

Wkrótce z chaty wyszła dziewczyna. Pod pachą niosła grube zwiniątko płótna i żółtą chustkę w niebieskie kwiaty.

Chłopak czuł głód, lecz nie opuszczał swej skrytki.

Widział, jak powracał do domu Paweł. Szedł, słaniając się, gadał do siebie, wymachiwał rękami. Próbował nawet zaśpiewać i zatańczyć, lecz zachwiał się na nogach i ledwie nie runął na ziemię.

Wwalił się prawie nieprzytomny do domu, gdzie zbita, pokaleczona żona szybko ułożyła go na posłaniu i ściągnęła buty.

Wołodzia słyszał, jak pijany chłop chrapał i przez sen wykrzykiwał przekleństwa.

Wieśniaczka wyszła przed furtkę i wyglądała kogoś niecierpliwie.

Posłyszawszy kroki od strony ogrodu, zebrała kilka kamieni, leżących na podwórku i ułożyła pod ścianą domu, dalej od okienka.

Zbliżyły się do niej dwie kobiety.

Jedna była Naśćka, o wystającym spod fartucha brzuchu, spłakana i wystraszona; druga — mała, przygarbiona staruszka, znachorka wiejska. Żółta, poorana czarnemi, głębokiemi zmarszczkami twarz miała skupiony wyraz. Czarne, okrągłe, jak u ptaka, oczy biegały niespokojnie.

— Zwolnij, ciotko, dziewczynę od dziecka! — szepnęła wieśniaczka. — Po żniwach, rubla srebrnego przyniosą! Na Chrystusa przysięgam!

— Spieszcie się, spieszcie się! — mruczała, zakasując rękawy, znachorka.

Matka pomogła Naśćce położyć się na kamieniach. Leżała tak, że brzuch wypiął się niby rozdęty kadłub konia, który padł przed trzema dniami i leżał w lesie, gdzie o gnijące ochłapy gryzły się psy.

Staruszka poszperała koło ubrania dziewczyny i mruknęła:

— Daj-no, sąsiadko, deskę…

Wieśniaczka przyniosła ciężką, szeroką deskę, na której prano bieliznę.

Znachorka, wykrzyknąwszy niezrozumiałe słowa zaklęć, podniosła ją i z całej siły uderzyła leżącą w brzuch. Rozległ się zduszony jęk i cichy płacz, po nim nowe ciosy.

Trwało to długo. Jęki, zgrzyt zaciśniętych zębów i głuche odgłosy uderzeń…

Dziewczyna przeraźliwie krzyknęła i zamilkła.

— Już… mruknęła starucha. — Przynieś teraz wody i świeczkę kościelną!

Bełkocąc zaklęcia, pryskała na nieruchomą Naśćkę wodą i chodziła dokoła ze świeczką w ręku, powtarzając bez przerwy:

— Panie, zmiłuj się! Panie, zmiłuj się!

Matka pochyliła się nad leżącą dziewczyną i nagle odbiegła, przecierając przerażone oczy, chwytając się za włosy i szepcąc:

— Ciotka Anno, Naśćka nie żyje… Naśćka nie ży-je!

Opuściła się na ziemię i głową tłukła o ścianę.

Gdzieś niedaleko, zagrała harmonijka.

Wesołe, wysokie nuty biegły w pośpiechu, goniąc się wzajemnie i figlując.

Młody beztroski głos śpiewał:

„Wiosek trzy, osiedla dwa”

„Osiem dziewczyn, jeden ja!”

„Hu — ha”!

ROZDZIAŁ III

Cała wieś zebrała się przed domem Chalina. Biała trumna, naprędce zbita z desek heblowanych, stała na dwóch zydlach w prawym kącie chaty. Na półce z czarnemi, zakopconemi obrazami paliła się świeca woskowa.

Młody pop, mały, chudy, w wyszarzałej sutannie i starej kapie z czarnego aksamitu odprawiał modły. Śpiewał suchym głosem, jakgdyby całą siłą woli hamując oburzenie. Niebieskie oczy co chwila zachodziły mu łzami, mocno zaciskał w bladej ręce krzyż i, ciężko oddychając, śpiewał urywane słowa modlitw.

Nie patrzał na stłoczonych dokoła wieśniaków. Oczy krył pod opuszczonemi powiekami.

Od czasu do czasu rzucał wzrok na umarłą Naśćkę.

Widział jej zaostrzony nos, zmarszczki bólu koło ust i jedno mętne, niedomknięte oko.

Wtedy urywał pienia, ze świstem wciągał powietrze i mocniej wpijał się chudemi palcami w metal krzyża.

Nabożeństwo dobiegło końca.

Przebrzmiały straszliwe, łkające słowa:

— Ukój ją, Panie, w przybytku świętych Twoich!

Chłopi wynieśli Naśćkę, dążąc szybkim krokiem na cmentarz, gdzie pasły się krowy, pozostawione bez dozoru, biegały psy wśród chwastów, pogmatwanych zarośli wikliny i powojów.

Nad grobem dziewczyny szybko wyrósł mały kopiec żółtej gliny, a nad nim — biały krzyż drewniany bez napisu.

Pan Uljanow zaprosił popa do siebie na herbatę, mówiąc do niego:

— Zdaleka przybyliście, ojcze, znużeni jesteście. Bardzo prosimy do nas!

Chalin nie zatrzymywał kapłana; rad był, że może pozbyć się nieznajomego popa z dalekiej cerkwi parafjalnej. Obcy i „uczony” człowiek popsułby ucztę pogrzebową, krępowałby wszystkich..

Marja Aleksandrówna podtrzymała prośbę męża.

Młody pop z łagodnym, wstydliwym uśmiechem w milczeniu skinął głową, zdejmując z siebie kapę żałobną i zawijając w czerwoną chustkę krzyż, kropidło i butelkę z wodą święconą. Wytrząsnął z kadzielnicy węgle i spojrzał na wieśniaków.

Jedli, palcami biorąc z małej miseczki drobne szczypty kaszy pszennej i niecierpliwie spoglądając na osieroconych rodziców, łopatami równających mogiłę.

Pan Uljanow, zaprosiwszy popa do stołu, protekcjonalnym tonem wypytywał go o plebanję, o rodzinę, o sprawy kościelne.

Pop, skromnie opuszczając oczy, odpowiadał ostrożnie, nieufnie.

— Z jakiego seminarjum jesteście, ojcze? — spytała pani Uljanowa.

— Ukończyłem seminarjum kijowskie, a później akademję duchowną w Petersburgu, — nazwisko moje — Czerniawin, Wissarjon Czerniawin… — odparł cichym głosem.

— Akademję duchowną! — zawołał pan Uljanow. — Toż to najwyższy zakład naukowy, a wy, ojcze Wissarjonie, zagrzebaliście się w dziurze wiejskiej! Jak to może być?

Pop podniósł wylękłe oczy i szepnął:

— Nie wiem, czy mogę otwarcie mówić… Boję się, że ktoś podsłucha…

— Nam możecie śmiało mówić… — rzekła Marja Aleksandrówna.

— Wiem… — szepnął pop. — Znam syna państwa — Aleksandra Iljicza__

— Ta-ak? — zdziwiła się pani Uljanowa. — Gdzie ksiądz spotykał go?

— W Kazaniu… Mamy wspólnych znajomych… — odparł wymijająco.

— Niechże ojciec opowiada, jak się to stało, że uczonego kapłana posłano do takiej głuchej parafji?

Ojciec Wissarjón obejrzał się podejrzliwie i szepnął, pochylając się nad stołem:

— Jestem ścigany przez biskupa eparchjalnego i świętobliwy Synod….

— Za co?

— Sprzeciwiałem się polityce kościelnej, nie chciałem być urzędnikiem cerkiewnym, bo moje powołanie — kapłaństwo, utwierdzenie w prawdziwej wierze Chrystusowej…

Nagle się ożywiając, śmielej i głośniej mówić zaczął:

— Rosja jest dzikim jeszcze, prawie pogańskim krajem, drodzy państwo! Kapłani nasi powinni być misjonarzami! Przecież nasz ciemny, niepiśmienny lud z chrześcijaństwa nic nie wziął. Nic! Dawniej bił głową w podnóżek drewnianego idołu Peruna, a teraz po tysiącu lat bije głową przed malowanemi na drzewie ikonami. Bóg dla niego — to ikona, a o Duchu nic nie wie. Nie wie, nie myśli i pojąć nie może! Miłości, światła, nadziei i wiary niemasz wśród naszego narodu, a, co — straszniejsze, lud posiada śmiałość do odrzucenia nawet najdrobniejszych oznak wiary — modlitwy, wpadając w bluźnierstwo ponure!

Umilknął, namyślając się.

— Chłop nasz modli się o urodzaj, o zwiększenie roli, o odebranie jej od posiadaczy wielkich obszarów… — ciągnął dalej ojciec Wissarjon. — Tylko to zaprząta jego głowę. Obietnicą ziemi można zaprowadzić go do nieba i do piekła! Cesarz Aleksander II zwolnił chłopów, przywiązał ich do małych szmatów ziemi, która nie może im dać nic poza nędznym bytem, ciągłą walką z głodem… Nazwano go „Oswobodzicielem”! Ktoś mądry doradził mu, aby skierował myśl ludu na ciągłe pożądanie ziemi i obezwładnił jego siły zwodniczemi obietnicami. Szatański plan!… Za to cesarz zginął z rąk rewolucjonistów…

Wszyscy milczeli. Wołodzia wpatrywał się w bladą, znękaną twarz ojca Wissarjona.

— Jakżeż ja mogę pociągnąć ten lud do nauki Chrystusa, gdy mnie każą oszukiwać go, nakłaniać do pokory, ubóstwiania cara i uległości złym władzom? Nie mogę! Nie mogę!…

Westchnął i dodał szeptem:

— Napisałem o tem rozprawę. Teraz jestem ścigany, śledzony przez policję, zesłany na wieś… Kapłan!… To — wielkie słowo! Straszliwa odpowiedzialność! Byliście państwo na pogrzebie tej dziewczyny… Wiem ja, co się dzieje na wsi… Wiem, bo słyszę na spowiedzi o rzeczach okropnych! Nie są to zbrodnie, bo czyż nazwiemy tem słowem, napad wilka na jagnię? Żyjemy w nieprzeniknionym mroku. Mężowie na śmierć biją żony swoje, gdy poczują pociąg do innej kobiety. Żony dosypują mężom trucizny do wódki, aby się uwolnić od nich. Dziewczyny prowadzą życie rozpustne, a później biegną do znachorek, aby pozbawiły je następstw nieuniknionych; pijaństwo, pierwotne obyczaje; życie ludzkie nie ma żadnej wartości: zabić człowieka, zabić z wyszukaną, azjatycką pomysłowością, aby czuł, że umiera, — to jest nasz naród! Nikt nie wie, nie przeczuwa, co z tego wyniknąć może…

— Rewolucja, bunt? — szeptem spytał pan Uljanow.

— Nie! — zawołał młody pop. — Naród, jak dziki, drapieżny zwierz, wyrwie się z klatki i wszystko utopi w wichrze zbrodni, w powodzi krwi, w płomieniach… Czas ten już nadchodzi!

Podniósł rękę i trząsł nią nad głową, ciężko oddychając.

— To straszne! — rzekła Marja Aleksandrówna.

— Może szkoły nasze uratują nas od klęski? — spytał pan Uljanow.

— To zbyt długa droga! Przy nastrojach naszego ludu nawet niebezpieczna. Książka nie nakarmi głodnych. Uczyć z pożytkiem można tylko sytych i spokojnych ludzi. A u nas — głód i nienawiść… Nie łudźmy się!

To powiedziawszy, ojciec Wissarjon powstał od stołu, trzykrotnie przeżegnał się i szepnął błagalnym głosem:

— Nie powtarzajcie, drodzy państwo, nikomu naszej rozmowy! Nie boję się, lecz chciałbym przebyć w tych okolicach dłuższy czas…

Wyszli na dwór, gdzie stał wózek.

Furmana nie było.

— Wołodzia, pobiegnij-no do Chalina! Pewno, robotnik wasz, ojcze Wiasarjonie, ucztuje z innymi po pogrzebie na „pominkach”3 — powiedział pan Uljanow.

Chłopak chciał spełnić rozkaz ojca, gdy wtem na ganek chaty Chalina zaczęli wychodzić chłopi i wieśniaczki. Zamaszyście, po trzykroć czynili na piersiach znak krzyża i, zataczając się i potykając, schodzili ze stopni.

Tuż za ogrodzeniem zaczęli śpiewać niesfornym chórem jakąś skoczną piosenkę.

Furman, pijany i słaniający się, biegł ku swemu wózkowi.

— Honorowy, poczesny pogrzeb wyprawili córce… Ha! Świeć Boże nad duszą raby twojej, Nastasji… — mruczał, gramoląc się na kozioł.

Wózek potoczył się ulicą, podnosząc obłoki kurzu. Pijany chłop siekł szkapę biczem i wykrzykiwał złym głosem:

— Ja z ciebie, ścierwo, skórę zedrę, gnaty połamię!… Rodzice Wołodzi powrócili do domu.

Chłopak pozostał i patrzył za znikającym na zakręcie drogi, skaczącym na kamieniach i dudniącym okutemi kołami wózkiem małego, bladego popa.

Widział go wyraźnie przed sobą z ręką, groźnie podniesioną nad głową, a obok opasłego ojca Makarego, pieszczącego miękką brodę i srebrny krzyż ze złotym wieńcem, niebieską emalją i drogiemi kamyczkami nad głową Chrystusa Ukrzyżowanego.

— Dwóch duchownych… — myślał. — Jacyż różni i obaj dziwni!… Który jest lepszy, prawdziwszy, który — gorszy ?

Odpowiedzi nie miał znikąd. Czuł się na bezdrożu w gmatwaninie pojęć…

Zmrużył czarne oczy i mocno zacisnął usta.

Przypomniał sobie, że miał obejrzeć żebraka, który zanocował u wójta. Otrząsnął się z dręczących go zwątpień i pobiegł do chaty, gdzie znajdował się przybysz. Ujrzał go otoczonego wieśniaczkami i dziećmi, garnącemi się do niego.

Był to „Ksenofont w żelazie”, stary chłop, chudy, o czarnej twarzy i męczeńskich, nieprzytomnych oczach. W lecie i zimie chodził boso, w jednej i tej samej dziurawej, wyświechtanej sukmanie. Na wynędzniałem ciele nosił ciężki łańcuch i koszulę z włosia końskiego dla umartwienia. Na piersi wisiał duży, ciężki obraz Chrystusa w wieńcu cierniowym.

Starzec ani chwili nie milczał. Mówił bez przerwy. Była to mieszanina modlitw, przypowieści, plotek i nowin, zebranych z całej Rosji, którą od wielu lat przebiegał bez celu, gnany żądzą włóczęgostwa.

Opowiadał o klasztorach, relikwjach świętych męczenników, o ich żywotach; o więzieniach, gdzie pędziło rozpaczliwe, beznadziejne życie tysiące chłopów; o buntach; o jakiemś oczekiwanem „białem piśmie”, mającem dać wieśniakom ziemię, prawdziwą wolność i szczęście; o cholerze, „rozrzucanej” po wsiach przez lekarzy i nauczycieli; pokazywał talizmany na wszelkie choroby i nieszczęścia: szczyptę Ziemi Świętej, odłamek kości świętej Anny, buteleczkę z wodą ze studni św. Mikołaja Cudotwórcy; śmiejąc się, podśpiewując i dzwoniąc łańcuchami, przepowiadał, że wkrótce przyjdzie Antychryst — wróg Boga i ludzi, że przetrwają 606 dni jego panowania tylko ci, którzy są do ziemi przybici brzemieniem cierpień i niesprawiedliwości, a są nimi chłopi. Im też dane będzie prawo sądzić krzywdzicieli; zawita potem ponownie Chrystus, na tysiąc lat ustanowi byt ludzi od pługa, aby przed końcem świata doznali radości życia ziemskiego.

Śpiewał, krzyczał, moduł się, płakał i śmiał się nieprzytomnie stary żebrak, czarny, jak ziemia.

Przyglądał mu się bacznie mały Włodzimierz. Myśli przeróżne budziły dziwne opowiadania starca.

Przed chatą wójta nagle zajechał z brzękiem dzwoneczków powóz, za którym konno pędziło dwóch policjantów.

Do izby wszedł urzędnik. Przywitał się z wójtem wyniośle i zapytał:

— W twojej wsi mieszka Darja Ugarowa, wdowa po żołnierzu, zabitym na wojnie tureckiej?

— Mieszka… — odparł wylękły chłop, drżącemi rękami nakładając na sukmanę mosiężną blachę z napisem „wójt” — oznakę jego władzy. — Koło Krzywego Wąwozu stoi chata Ugarowej…

— Wskaż mi chatę wdowy! — rozkazał urzędnik i wyszedł z izby.

Poszli, odprowadzani przez tłum wieśniaczek, śpiewającego Ksenofonta i nadbiegających zewsząd chłopów.

Koło małej chaty z dziurawą strzechą ze sczerniałej, zgniłej słomy, z wybitemi szybami, zatkniętemi szmatami brudnemi, doiła krowę niemłoda kobieta; dwie dziewczynki drewnianemu widłami wyrzucały z chlewa gnój.

— W imieniu prawa zabieram Darji Ugarowej dom, rolę i całą majętność za niewypłacenie od śmierci męża podatków — oznajmił surowym głosem urzędnik. — Spełnijcie wasze obowiązki!

Skinął na konnych policjantów. Ci wyprowadzili krowę i zaczęli nakładać pieczęcie na dom i chlew.

— Sąsiedzi, dobrodzieje! — wrzasnęła, podnosząc ręce, wieśniaczka. — Poratowanie dajcie, złóżcie się, zapłaćcie! Wiecie sami, jaka nędza w domu! Chłopa niema… przepadł na wojnie… Cóż ja biedna, samotna zrobić mogłam?… Ani pługa, ani robotnika… Sama wychodzę w pole z sochą drewnianą, ciągną ją krowa i moje dziewczyny nieletnie… Gdyby nie krowa — jedyna karmicielka, dawnobyśmy z głodu pomarły… Ratujcie!… Zapłaćcie!

Chłopi spuszczali głowy i ponuro patrzyli w ziemię. Nikt się nie poruszył, nikt słowa nie wyrzekł.

— No, taki — rzekł urzędnik. — Darja Ugarowa musi dziś jeszcze opuścić zagrodę. Wójt dopilnuje, aby nie złamała pieczęci do końca sprawy.

Skinął głową i wsiadł do powozu.

Za nim jechali konni policjanci, prowadząc na postronku krowę.

Tłum się nie rozchodził. Stał w milczeniu i słuchał zawodzeń, skarg i szlochu Darji. Szarpała na sobie płócienną koszulę, przepasaną sznurkiem; rwała włosy i krzyczała przeraźliwie, jak zraniony ptak.

Roztrąciwszy tłum, podszedł do niej Ksenofont.

Brzęcząc łańcuchami, ukląkł, przed płaczącą, zrozpaczoną wieśniaczką. Przyciskając palce do czoła, ramion i piersi, szeptał modlitwę i patrzał nieprzytomnemi, pałającemi oczami.

Wreszcie dotknął czołem ziemi i rzekł uroczyście:

— Raba boża, Darjo! Nie masz-li nikogo, ktoby bronił ciebie i te ukochane przez Chrystusa dziatki? Nie masz-li nikogo, ktoby opiekował się wami?

— Nikogo, ach, nikogo!… Sieroty my samotne, nieszczęśliwe… — odezwała się Darja, wybuchając szlochem; prawie zemdlona, ścięta z nóg rozpaczą bezsilnie oparła się o ścianę chaty.

— W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, amen! — zawołał żebrak. — Tedy oto ja, niegodny sługa Chrystusa, biorę was ze sobą… Pójdziemy razem na żebractwo, na tułaczkę… w znoju, w mrozie, w słotę, burzę i zamieć śnieżną… od wsi do wsi, od miasta do miasta, od klasztoru do klasztoru… po całem niezmierzonem obliczu Rusi świętej!… Jako ptaki będziemy, co nie orzą, nie sieją, a Bóg plon im zsyła, co w sercach dobrych ludzi wyrasta… Nie rozpaczajcie… nie płaczcie!… Z niebios Chrystus Umęczony i Matka Jego Przeczysta ześle wam pomoc… Zbierajcie się… W drogę daleką, znojną… W imię Chrystusowe… aż do dnia, gdy przyjdzie pomstowanie i nagroda dla uciśnionych, we łzach i bólu tonących… W drogę!

Ujął za ręce dziewczynki i poszedł, dzwoniąc żelazem. Dzieci nie opierały się. Szły pokornie, cicho płacząc.

Darja spojrzała za odchodzącemi, ogarnęła zrozpaczonym wzrokiem ubogą chatę, rozwalony chlew, połamany płot podwórka i porzucony skopek z resztkami mleka na dnie.

Krzyknęła przenikliwie, groźnie, niby jastrząb, krążący nad łąką, pobiegła, doganiając Ksenofonta, postukującego kosturem, i cicho postępujące przed nim dziewczynki w brudnych koszulach płóciennych, bose, z powichrzonemi włosami lnianemi.

Rozbiegły się baby po izbach i po chwili otoczyły odchodzących na tułaczkę żebraczą, znosząc chleb, jaja, kawały mięsa, drobne miedziaki. Oddawały jałmużnę Ksenofontowi i Darji, szepcąc:

— W imię Boże…

— Chrystus wynagrodzi… — odpowiadał żebrak, chowając datki do worka.

Cała wieś odprowadzała aż do skrzyżowania dróg dawnych sąsiadów, porzucających na zawsze gniazdo rodzinne.

Dalej żebracy szli już sami.

Tylko Wołodzia, kryjąc się w krzakach, sunął za nimi.

Ksenofont modlił się szeptem, Darja cicho płakała, dziewczynki, już uspokojone i uradowane zmianą w ich życiu, biegły naprzód i zrywały kwiaty.

Na polach pracowali chłopi.

Drobne, chude koniki ciągnęły sochy o jednym lemieszu, wykutym przez kowala wiejskiego, lub o ostrym korzeniu — z braku żelaza.

Wielki znój i wysiłek widniały w pochylonych łbach słabych koników i wyprężonych karkach i ramionach ludzi, idących przy radlę.

Koniki sapały dychawicznie, chłopi pokrzykiwali zdyszanemi głosami:

Wołodzia pomyślał, że są to też burłaki, ciągnący sznur, uwiązany do ciężkiej krypy, pełnej nędzy i pracy bez wytchnienia i nadziei.

Tymczasem idące skrajem drogi dziewczynki zatrzymały się i stały nieruchomo, zapatrzone w dno rowu, biegnącego wzdłuż szosy.

Wypadło z niego dwóch wyrostków. Krzyczeli i klęli ohydnie, śmiejąc się i poprawiając na sobie portki i koszule.

Uciekali w pole, gdzie stała biała, kosmata szkapa, zaprzężona do drewnianej sochy.

Za nimi wygramoliła się dziewczyna, z potarganemi włosami, bosa, w brudnej, wysoko podkasanej jubce.

Szła, leniwie naciągając na nagie ramiona i bujne, rozrosłe piersi płócienną koszulę, rozdartą na plecach i zawalaną ziemią. Znał ją Uljanow. Była to pastuszka, niemowa.

Przystanęła. Niebieskiemi oczami bezmyślnie i obojętnie patrzyła na kroczących drogą żebraków, drapiąc się pod pachami.

Wyrostki dobiegli do sochy. Schyleni nad nią już szli, odwalając płytką skibę i złośliwemi okrzykami poganiając konia:

— O—o—o—o—ej! O—o—o—ej!

Mały Uljanow nie poszedł dalej.

Usiadł za krzakami przy drodze i zapłakał ciężkiemi, gryzącemi łzami. Nic go nie radowało.

Niebo szafirowe i głębokie, złocisty kurz na szosie, kwiaty polne, zieleniejące pola, słońce gorące, jaskrawe, — wszystko wydało mu się szarem, beznadziejnem, chórem i nędznem. W głosach ptaków słyszał jedną tylko nutę — nutę jękliwej skargi.

Przestał płakać. Porwała go natomiast potężna nienawiść.

Kołowały przed nim postacie, wirujące w mętnym, szarym zmroku.

Bóg, ojciec z orderem na piersi, wójt, rudy Sieriożka, wysoki komisarz policji Bogatow, doktor Titow, stara, pomarszczona znachorka, blady pop wiejski, którego gonił opasły ojciec Makary, prężące się lubieżnie nagie piersi dziewki bezmyślnej.

Od pola dochodziła go zła, namiętna skarga od pługów i soch:

— O—o—o—o—ej! O—o—o—ej

ROZDZIAŁ IV

Uljanow nigdy nie odznaczał się szczerością i zbytnią wesołością, lecz po powrocie ze wsi nawet koledzy spostrzegli zmianę w jego twarzy, głosie i postawie.

Unikał rówieśników i nigdy nie prowadził z nimi rozmów.

Tak, przynajmniej, im się wydawało. W istocie było inaczej.

Wołodzia, wróciwszy z wakacyj, przyjrzał się kolegom bacznie. Badał ich tak, jakgdyby widział chłopaków po

raz pierwszy.

Zrobił przegląd całej gromadki kolegów i przelotnie zadał im kilka niespodziewanych pytań. 0, teraz poznał dobrze tych chłopców! Ten — syn dowódcy pułku, mówił tylko o znaczeniu swego ojca, o jego karjerze, o orderach, surowości, z jaką pokarał niesfornych żołnierzy, oddając ich pod sąd wojenny, na pewną śmierć.

Drugi — syn kupca, chełpił się bogactwem rodziców; rozpowiadał o zarobkach firmy podczas dorocznego jarmarku w Niżnim-Nowgorodzie, o sprytnej aferze dostarczenia do wojska za łapówkę partji zgniłego sukna na płaszcze żołnierskie.

Inny — syn dyrektora więzienia, śmiejąc się brutalnie, rozwodził się szczegółowo nad sposobami dręczenia aresztantów. Mówił o karmieniu ich czosnkiem i śledziami, o pozbawieniu wody, o ciągłem budzeniu w nocy i o nagłych badaniach przez sędziego śledczego wymęczonych, cierpiących ludzi. Opisywał sceny stracenia, które widział z okna swego mieszkania.

Mały, dobroduszny Rozanow chwalił się tem, że jego ojciec, radca gubernjalny, zewsząd otrzymuje piękne i drogie upominki i, że on sam nosi mundurek z prawdziwego angielskiego kortu, podarowanego mu w dzień imienin przez pewnego kupca, mającego pilny interes do ojca.

Gruby, bezbarwny Kolka Szyłow wyśmiewał ojca swego, proboszcza katedralnego i prokuratora sądu konsystorskiego, wspominając o tem, jak drogo płacą bogaci panowie, żądający rozwodu, i jak poważny, szanowany w mieście i noszący złotą mitrę podczas nabożeństwa kapłan zamyka się z klientami w swojej kancelarji; układa z nimi plan sztucznych dowodów zdrady i cudzołóstwa, oraz innych „bezecnych świństw”, jak się wyrażał cyniczny synalek.

Każdego niemal namacał, dotknął, zbadał ponury Wołodzia i dopiero wtedy zaczął opowiadać im o życiu wieśniaków, strasznem, beznadziejnem i mrocznem. Wspominał o Darji Ugarowej, o złowróżbnej przepowiedni młodego popa, o śmierci Naśćki, o żebraku Ksenofoncie, o nędznych, śmiesznych sochach chłopskich, gdzie, zamiast żelaznego lemiesza, tkwił wygięty korzeń dębowy; opisywał rozpustę, panującą na wsi, praktyki znachorek, ciemnotę ludu i jego niewyraźne, mgliste nadzieje.

— Straszne to życie! — szeptał chłopak. — Tylko patrzeć jak powstaną chłopi, niech tylko znajdzie się jakiś nowy Pugaczew czy Razin. Pohulają oni wtedy!

— E—e, nie taki straszny djabeł, jak go malują! — machnąwszy ręką, zawołał syn pułkownika. — Mój ojciec pchnie swoich żołnierzy. Ci dadzą salwę, trrrach! i — po wszystkiem! Tym zwierzętom tylko to się należy!

Inni się zaśmiali, podtrzymując kolegę.

Od tego dnia Uljanow przestał rozmawiać z chłopakami swej klasy.

Cały oddał się nauce i czytaniu. Robił jakieś wyciągi, zapisując je w grubym kajecie i dodając, własne uwagi. Brat Aleksander przypadkiem przejrzał kajet Wołodzi. Nic o tem nie powiedział, lecz zaczął mu dawać książki do czytania.

Wołodzia uczył się dobrze i wciąż zaczytywał się klasykami rzymskimi. W czwartej klasie już prawie nie posługiwał się słownikiem.

Nauczycieli nie lubił, bo i nie było zaco.

Kapelan głuchy i sepleniący „walił” z książki, oczu od niej nie odrywając. Żądał, aby uczniowie umieli wszystko napamięć, słowo w słowo tak, jak stało w „pana profesora, doktora świętej teologji, przewielebnego protojereja Sokołowa” podręczniku, przez świętobliwy synod aprobowanym i polecanym.

Na wszelkie, nieraz bardzo kazuistyczne pytania uczniów odpowiadał stereotypowemi słowy:

— Co musicie wiedzieć, tom powiedział i to znajdziecie w doskonałej książce doktora świętej teologji, przewielebnego ojca Dymitra Sokołowa na stronicy 76-ej…

Wołodzia, który, po powiedzeniu brata o nieistnieniu Boga, obawiał się wszczynać z nim rozmowę na tematy religijne, miał dużo wątpliwości. Chciał zapytać o nie kapelana, lecz, gdy ten odesłał go do 101-ej stronnicy podręcznika Sokołowa, machnął ręką i już się do niego nie zwracał. Zapytany sypał od deski do deski najautentyczniejszemi słowami „pana profesora i doktora świętej teologii”, dostawał piątkę i siadał ponury, zrozpaczony.

Nauczyciel matematyki, Eugraf Ornamentów, olbrzymi, kudłaty drab w ciemnych okularach na czerwonym nosie, zawsze pijany, w chwilach gniewu zapominał o miejscu, gdzie się znajdował, i wypluwał ohydne, ludowe przekleństwa. Gniewał się często, bo, mimo, że każdego roku odrabiał jedne i te same zadania, uczniowie nic z matematyki nie umieli i stali przy tablicy, jak „bałwany Króla Niebieskiego”, podług określenia krewkiego Ornamentowa. Jedyną jego ostoją był mały Uljanow. Gdy przyjeżdżały władze szkolne na wizytację gimnazjum, wylękły i zmieszany Ornamentów wołał do tablicy Włodzimierza i ten rozwiązywał zawiłe zadanie, podyktowane przez przybyłego urzędnika ministerjalnego.

Profesorem łaciny i greki był od dwóch lat wspaniały mąż, o głosie basowym, z łatwością przechodzącym w dźwięczny tenor, o długiej, kruczej brodzie, pięknej, bladej twarzy i niebieskich oczach, szyderczo świecących się za szkłami złotych binokli. Nazywał się Arsenjusz Kiriłowicz Iijin.

Wśród uczniów starszych klas krążyły wieści, że wspaniały Arsenjusz Kiriłowicz był lowelasem i amatorem przygód miłosnych, za które został z Moskwy przeniesiony na prowincję.

Istotnie tak też i było. Nawet Wołodzia słyszał o tem w domu.

Pan Uljanow ze śmieciłem opowiadał Marji Aleksandrównie o romansie profesora Ujma z inspektorową gimnazjum.

Inspektor, schorowany, sterany życiem i ciągłą grą w karty, niedawno się ożenił z młodą dziewczyną, niemal niepiśmienną szwaczką, która zdradzać go zaczęła nazajutrz po ślubie, narazie z uczniami 8-ej klasy, aż na horyzoncie zjawił się majestatyczny, przystojny Arsenjusz Kirilowicz.

Łacinista doskonale wiedział, że „młode wilki”, jak nazywał swoich wychowanków, były poinformowane dokładnie o jego romantycznych awanturach, więc, wchodząc do klasy przybierał tajemniczą, lekko ironiczną minę, a niebieskie oczy mówiły bez słów:

— Wszystko, co wiecie o mnie, schowajcie dla siebie! Iljin odrazu stał się bożyszczem dla Uljanowa. Profesor

znał klasyków rzymskich i greckich wyśmienicie, kochał się w historji starożytnej, pamiętał nazwę każdej rzeczy ze świata antycznego, pięknie deklamował „Eneidę”, a heksametry homerowskie z ust jego płynęły, jak cudowna muzyka, z niczem nie zrównana.

Między profesorem a uczniem z tego powodu nawiązały się nici milczącej przyjaźni.

Pewnego razu Iljin spotkał Włodzimierza na ulicy i zatrzymał go.

— Cóż to, młody wilku, lubisz stary świat ? Zamierzasz poświęcić się filologji?— spytał, życzliwie patrząc na chłopaka.

— Nie wiem jeszcze, panie profesorze, — odparł Uljanow.

— Czas już określić swoje upodobania i wybrać prawdziwą linję życiową — zauważył łacinista.

— Tak… Sam też tak myślę… ale… ale… Chłopak nagle urwał.

— Ale — co? — zapytał Iljin.

— Wciąż mi się zdaje… zdaje, że teraźniejsze życie jest jakieś nieprawdziwe, sztuczne… że coś ma się stać i wszystko nagle się urwie… — szepnął Włodzimierz.

— Hm — mruknął profesor, z podziwem patrząc w poważne oczy ucznia. — Hm! Takie masz myśli?

— Tak!

— No, tedy niema innego wyboru. Syp, chłopcze, na filologję! — zawołał Iljin. — Bo widzisz, ja z temi myślami chodzę po tej głupiej ziemi już trzydzieści zgórą lat i tak sobie powiedziałem: „Poco masz, Arsenjuszu Kiriłowiczu, pozostawać w towarzystwie różnych świń, draniów, łapowników, idjotów, gdy możesz z rozkoszą spędzić kilka godzin dziennie z wielkimi ludźmi i to z jakimi! Z Homerem, Wergiljuszem, Owidjuszem, Ksenofontem, Demostenesem, Cyceronem, Platonem!”

Niestety, gdy Wołodzia przeszedł do klasy szóstej, Arsenjusz Iljin został przeniesiony do Moskwy, zabierając ze sobą panią inspektorową.

Tego nie mógł zrozumieć Uljanow.