Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Fantastyka i sci-fi » Mechaniczny. Wojny alchemiczne. Tom I

Mechaniczny. Wojny alchemiczne. Tom I

5.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Mechaniczny. Wojny alchemiczne. Tom I

Zegarmistrzowie kłamią!

Zaraz po tym, jak naukowiec i zegarmistrz Christiaan Huygens stworzył w XVII wieku pierwszego Klakiera, Holandia powołała do życia mechaniczną armię. Nie trzeba było długo czekać, żeby legion mosiężnych piechurów pomaszerował na Westminster. Królestwo Niderlandów stało się supermocarstwem dzierżącym niepodzielną władzę w Europie.

Trzy stulecia później stan rzeczy nadal się utrzymuje. Jedynie Francja zawzięcie broni swoich przekonań, że każdy powinien mieć prawo do wolności, niezależnie czy zbudowany jest z ciała, czy mosiądzu. Po dziesięcioleciach zawieruchy wojennej Holandii i Francji udało się osiągnąć kruchy rozejm.

Ale jeden zuchwały Klakier o imieniu Jax nie może już dłużej znieść geas – niewolniczych więzi ze swoimi panami. Jak tylko nadarzy się okazja, wyciągnie mechaniczną rękę po wolność, a konsekwencje jego ucieczki zatrząsną fundamentami Mosiężnego Tronu.

Polecane książki

Czy w trampkach można iść na wielką galę? Czy T–shirt wypada nosić w każdym wieku?   Adidasy do eleganckiej spódnicy, dresowe spodnie do klasycznego trencza? Dziś wszystko jest możliwe, a największym wyzwaniem mody XXI wieku jest połączenie tego, co komfortowe z tym, co ultra-k...
W świecie marzeń sennych wszystko jest możliwe. Można być tam, gdzie się chce i być tym, kim się chce. Przekonał się o tym Ptyś – mały chłopiec, który zechciał opowiedzieć o swoich przygodach tym najmniejszym czytelnikom.   Marita Konieczna to autorka uroczej książeczki ,,Ptyś ...
„Kiedy ćwierć wieku temu Piotr Adamczewski zaczął się bawić w pisanie o jedzeniu dla POLITYKI, w której pracował wówczas jako sekretarz redakcji, nie spodziewał się, że to hobby stanie się sensem jego życia i radością dla tysięcy smakoszy. Mało kto tak pięknie i mądrze, inkrustując narrację anegdota...
Demetriusz Hateway jest zwykłym studentem medycyny ze Szczecina, dopóki jego życiem nie wstrząsa ciąg niezwykłych zdarzeń. Niespodziewana śmierć ojca w wypadku samochodowym sprawia, że na jaw wychodzą długo skrywane sekrety rodziny, ujawniają się jej starzy wrogowie, a chłopaka zaczynają nawiedzać z...
Szejk Zayed Al Zawba odziedziczy po dziadku bogatą w ropę ziemię, jeśli się ożeni, ale Zayed nie zamierza się wiązać z jedną kobietą. Wpada na pomysł, by się ożenić tylko na pewien czas, a potem unieważnić nieskonsumowane małżeństwo. Idealną kandydatką do roli papierowej żony wydaje mu się nieatrakc...
  Zasadniczym celem monografii było dokonanie oceny rozwiązań prawnych składających się na model ochrony wolności pracy osób z niepełnosprawnościami z perspektywy ich funkcji, jaką jest zapewnianie możliwości urzeczywistniania tej wartości w życiu społecznym. W związku z tym istotne stało się ustale...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Ian Tregillis

Dla Sary. Nareszcie

Część I

Nie wydarzyło się dzisiaj nic szczególnego

Dziś książę Yorku przyjął moją prośbę… i zgodził się, abym jechał do Holandii…[1]

Z dziennika Samuela Pepysa, 19 maja 1669 roku

Nieuw-neder-land is ’t puyck / en ’t eelste van de Landen. /

Een Seegen-rijck gewest, / daer Melck en Honigh vloeyd.

Nowe Niderlandy są największą / i najbardziej szacowną z krain. /

Błogosławione te ziemie, / gdzie mleko i miód płyną.

Jacob Steendam, 1664 rok

Odsyłam do Cooke’a [op. cit.] i dyskusji na temat niecodziennej wizyty Huygensa w Cambridge i siedzibie Towarzystwa Królewskiego, którą odbył w czasie wojny. Filozoficzne scysje z Isaakiem Newtonem w 1675 roku (notatki Towarzystwa określają je mianem „Wielkiej debaty korpuskularnej”) okazały się ostatnim istotnym dyskursem intelektualnym pomiędzy Anglią a kontynentem przed nastaniem chaosu bezkrólewia i aneksją… Niektórzy biografowie Newtona [Winchester (1867), &c] podkreślają, że Huygens mógł wykorzystać swoją bytność w Cambridge, aby uzyskać dostęp do zapisków Newtona poczynionych na tematy alchemiczne, a wyciągnięte na ich podstawie światłe konkluzje mogły odgrywać kluczową rolę w przełomie przez niego dokonanym. Cf. ’t Hooft [1909]; zawarte tam krytyczne spostrzeżenia o alchemii zdają się podobne przypuszczenie potwierdzać.

Thomas S. Freeman, Historia Anglii sprzed aneksji. Od Hastings do Chwalebnej Rewolucji, 3 tomy, Nowy Amsterdam: Elsevier, 1918 (przypis 203)

Rozdział 1

Była to pierwsza publiczna egzekucja od paru ładnych lat i dlatego, mimo zimnej mżawki, na rozległych przestrzeniach Binnenhofu tłoczyło się mnóstwo gapiów. Krople deszczu bębniły miękko o rozpięte parasole i rozłożone markizy, spływały za jedwabiste kołnierze, lizały wyłożony mozaiką plac Huygensa i wygrywały nieśpieszny rytm – ping, ping, ting – na mosiężnych pancerzach klakierów ustawionych z mechaniczną precyzją w równym rzędzie na drewnianej platformie. Szeptały na tle niecierpliwego szurania ludzkiego tłumu i, jak to zwykle bywa w Hadze, cichutkiego tik-tik-tak napędzanych mechanizmem zegarowym sług, zawsze gotowych, aby spełniać życzenia lepiej uposażonych obywateli. Mżawka stanowiła istny kontrapunkt dla nieustannego brzęku i szczęku wydawanego przez mechanicznych ludzi uwijających się jak w ukropie za sprawunkami Imperium, ludzi takich jak Jax, który ganiając po mieście na polecenie swoich państwa, nadłożył nieco drogi przez Binnenhof.

Plotka głosiła, że pośród skazanych na śmierć – prócz kwartetu papistowskich szpionów – znajduje się zbuntowany klakier. Żaden mechaniczny nie przepuściłby okazji, aby być świadkiem takiej egzekucji. O ile oczywiście plotki były prawdziwe.

Niesubordynowani klakierzy pojawiali się jedynie w bajeczkach opowiadanych przez matki niegrzecznym dzieciom na dobranoc, legendą, którą szeptem przekazywali sobie zniewoleni, chcąc pocieszyć jeden drugiego po nastaniu milczących godzin nocnych, podczas gdy ich panowie z krwi i kości spali, szlochali lub czynili inny użytek ze swoich ciał. Mimo to… niełatwo było oprzeć się gorszącemu dreszczykowi, o jaki przyprawiały historie o tajemniczych ślusarzach, złamanych geasa[2] i niewolnikach na tyle zuchwałych, że otwierali zamki własnych dusz. Jeśli to wszystko prawda, byłoby to zaiste okropne, jak zdawało się sugerować naznaczone podenerwowaniem wyczekiwanie ludzkiej części tłumu.

Mechaniczni stali bowiem spokojnie.

Jax wiedział, że jego pobratymcy odczuwali to samo tęskne podniecenie co on, niecierpliwą tęsknotę zaszczepioną im przez ludowe opowieści o królowej Mab i jej zbieraninę zwaną Zagubionymi Chłopcami, żyjącą w zimowym pałacu Nibylandii. Mechaniczni potajemnie wymieniali się podobnymi baśniami od całych stuleci.

Podmuchy wiatru niosły ze sobą zapach Morza Północnego, rozlewając po całym placu przemieszane aromaty soli i drewna z rozbitych statków. Bujały się puste jeszcze pętle zwisające z szubienicy. Trzepotały proporce zatknięte na szpicach bliźniaczych gotyckich wież starodawnego Ridderzaalu, niegdysiejszej sali rycerskiej, którą przemieniono na siedzibę Gildii Zegarmistrzowskiej. Jaskrawy oranż flag przełamywał szarość nieba. Łopotały także i chorągwie marchewkowego koloru porozwieszane po Binnenhofie. Takie same wciągnięto zresztą na maszty w całym holenderskojęzycznym świecie z okazji dwieście pięćdziesiątej rocznicy Het Wonderjaar, Cudownego Roku Christiaana Huygensa.

Deszcz zamglił ogromne rozetowe okno Ridderzaalu. Krople skapywały z maswerku na witraż przedstawiający trybik i spływały po kolorowych szybach na oculus i czterolistny ornament, herb Imperium: różany krzyż z mniejszymi emblematami wielkich rodów wokół, a wszystko to otoczone zębami Uniwersalnego Trybu. Na północnym krańcu Binnenhofu wiatr i deszcz zgodnie siekały powierzchnię Hofvijveru, dworskiego stawu, rozrzucając unoszące się nań papierowe stateczki niczym niechciane prezenty noworoczne.

Kolejny podmuch przyniósł ze sobą aromat świeżych, gorących wypieków, zwanych banketstaaf, zapach zawirował pośród tłumu, wywołując westchnięcia i ożywione podzwanianie otwieranych naprędce portmonetek. Sprytny piekarz otworzył swój kramik tuż przy fontannie i stamtąd prowadził sprzedaż marcepanu, ciastek speculaas i drożdżówek wypełnionych słuszną porcją pasty migdałowej, serwując je spragnionej krwi tłuszczy kłębiącej się na placu. Zbierał zamówienia i wydawał resztę, podczas gdy jego klakierzy pracowali przy piecu, ugniatali ciasto, formowali je i przygotowywali kolejne porcje masy migdałowej, wykrawali kolejne drewniane foremki na speculaas (małpy z Indii, okręty, nawet bizony z Nowego Świata) i kroili morele z charakterystyczną dla siebie płynnością i szybkością, poruszając się z niezmiennie precyzyjną choreografią mechanicznych. Brzdęki ich siatkowych wychwytów zlewały się w kastanietowy grzechot słyszalny mimo przekrzykujących deszcz handlarzy. Dym z płonących szczap drewna unosił się z komina sporego ceglanego pieca piekarskiego, który klakierzy przynieśli bez gadania ze sklepu oddalonego o prawie dwa kilometry.

Dzieci przedzierały się przez ciżbę, stając tak blisko miejsca egzekucji, jak to tylko było możliwe. Mniej zasobni mieszczanie, ci bez mechanicznych sług, którzy mogliby trzymać nad nimi parasole, trzęśli się z zimna na deszczu. Część osób miała ze sobą teatralne lornetki albo inne przyrządy optyczne, żeby móc lepiej widzieć, co dzieje się na wzniesionej tuż przed budynkiem Gildii Zegarmistrzowskiej szubienicy. Dobre egzekucje nie trafiały się często z powodu zawieszenia broni i wykluwającego się w Nowym Świecie pokoju. Teraz liczono na prawdziwe widowisko, bo jeśli faktycznie sprawiedliwość miała dosięgnąć buntownika, oznaczało to, że Główny Horolog po raz pierwszy od wielu lat otworzy Wielką Kuźnię.

Sam Jax, który został skonstruowany w sekretnych laboratoriach Gildii sto osiemnaście lat temu, musiał powstrzymać wzdrygnięcie. Każdy klakier słyszał o Kuźni: alchemicznym palenisku zdolnym wypalić pieczęcie i dusze, obrócić mosiądz i stal w niemyślący metal, stopić trybiki, sprężyny i łańcuchy klakiera, aż zostanie z nich pozbawiona magiji breja, wystarczająco gorąca, aby rozpuścić alchemiczny czar i obnażyć mechanicznego, zanim spustoszenie poczynią termodynamika i podstawowe prawa metalurgii.

Na tyle gorąca, że Jax nie potrafił znaleźć odpowiedniej metafory.

Zdolna spopielić Wolną Wolę buntownika.

Bo taka była kara dla każdego niewolnika, który ośmielił się otworzyć zamek swej duszy – tak brzmiało najwyższe prawo Imperium jeszcze od czasu samego Huygensa.

Kilkoro dzieci – jak zauważył Jax, sami chłopcy – ścisnęło się na czele tłumu, tuż przy krawędzi drewnianej platformy, a ich przepychankom towarzyszyły niezadowolone prychnięcia i burknięcia. Byli hałaśliwą zbieraniną, podekscytowaną i nabuzowaną myślą o makabrycznym spektaklu, jaki miał się za chwilę rozegrać. Starannie obrali swoje posterunki z nadzieją, że z chwilą egzekucji buntownika na tłum spadną jakieś odłamki: fragment metalu, pęknięta sprężyna, może nawet niewielki trybik. Albo któraś połyskująca smarem część alchemicznego mechanizmu. A może kawałek metalu pokryty tajemnymi inskrypcjami zrozumiałymi jedynie dla trojga Arcymistrzów. I choć chłopcy mieli już tyle lat, że wiedzieli, iż takie rzeczy są zabronione, nadal byli wystarczająco młodzi, aby to, co zakazane, uznawać za pociągające, nie przerażające.

To jednak prędko by się zmieniło, jeśli faktycznie jakieś części poleciałyby z platformy. Królewscy nakręcacze nie słynęli z delikatności. Plotki mówiły, że nazwa tego stanowiska pochodziła od umiejętności owych mechanicznych lub, jak szeptali niektórzy, zamiłowania do odrywania, czy może raczej odkręcania, ludzkiej głowy od szyi z taką łatwością, jakby oddzielali kwiat od łodygi.

Jax przystanął na skraju placu, a krople deszczu odbijały się dźwięcznie od jego lśniącego mosiężnego szkieletu. Każdej nocy go polerował, oczywiście gdy już uporał się ze sprzątaniem, szyciem, gotowaniem i pieczeniem – koniecznie w takiej kolejności, tak bowiem zarządził pradziad jego obecnego pana przed osiemdziesięcioma trzema laty. Obecne geas Jaxa, polecenia nałożone przez ludzkich właścicieli, nie zostały wypowiedziane z tak dobitną stanowczością, jak uzgodnione z Tronem warunki najmu na dziewięćdziesiąt dziewięć lat. Stąd poczucie obowiązku, które zdawało się niczym ciepłe ostrze tępego noża krojącego zakamarki jego jaźni; ból ten był lejtmotywem klakierskiej egzystencji – nie przypilał go na tyle, by nie mógł odegnać od niego myśli. Uznał, że uda mu się jakoś przetrzymać najgorszą udrękę. Ujdzie mu na sucho, jeśli dostarczy wiadomość pastorowi Luukowi Visserowi tuż po południu. A do tego nadal będzie, jak zwykle, oddanym i wiernym sługą rodziny Schoonraadów i, co za tym idzie, Tronu.

Kościół Vissera, słynny i stary Nieuwe Kerk, stał w odległości krótkiego sprintu od Binnenhofu – to zaledwie kilkaset metrów pokonanych sprawnymi susami wzdłuż rzeki Spui, a potem skok na drugą stronę kanału.

Lecz gdy tylko ta myśl pojawiła się w prywatnych kwaterach mechanicznego umysłu Jaxa, aż się wzdrygnął. Bolesny dreszcz odbił się rykoszetem pomiędzy przekładniami kręgosłupa. Żar przymusu już rozgrzewał geas, które stawały się niczym rozpalone do czerwoności ostrza, co skutkowało nieprzerwaną fantomową agonią dręczącą spętaną duszę mechanicznego, póki nie spełni żądań swojego ludzkiego pana. Ból rósłby i rósł, aż wreszcie Jax dostosowałby się lub zginął. Naciągnął sprężyny w szyi i ramionach, co dla klakiera było ekwiwalentem zgrzytania zębami. „Proszę – pomyślał – niech no zdołam zostać chwilę dłużej. Muszę się przekonać, czy to prawda. Czy takie rzeczy są możliwe? Czy aby nasze marzenia nie są tylko mrzonką?”

Jax nie był jedynym klakierem, który starał się z całych sił odwlec wykonanie danych mu poleceń. Praktycznie wszyscy zgromadzeni mechaniczni w mniejszym lub większym stopniu opóźniali załatwienie tego, za czym ich posłano, tak długo, jak tylko zdołali odpierać ból. Jeden po drugim odchodzili jednak, kiedy agonia stawała się nie do wytrzymania. Ludzie potrafili zdławić czyjąś osobowość z byle powodu. Mimo to Jax i paru innych wytrzymało. Byli niewidzialni, jak meble. Przez ostatnie dwieście lat nic się nie zmieniło.

Dołączył do paru sług stojących pod Torentje, Małą Wieżą. Delikatna redukcja napięcia w sprężynach szyjnych pozwoliła mu ukradkiem zagrzechotać powitanie. Towarzysze odpowiedzieli tym samym gestem. Lecz mimo siąpiącego deszczu i obojętności zgromadzonych na placu ludzi żaden z nich nie był w nastroju do rozmowy. Patrzyli w milczeniu na rozgrywającą się przed nimi scenę, kiwając się na swoich odwróconych kolanach.

Gigantyczny kurant na budynku Gildii obwieścił południe. Tuzin odzianych w cyrankowo-mandarynkowe królewskie liberie trębaczy stojących na północno-wschodniej ścianie Binnenhofu wygrał fanfary. Tłum zapiał z radości. Królowa Margreet miała osobiście zjawić się na egzekucji. Taki był jej zwyczaj jeszcze od czasu wojny, kiedy kolejni pojmani zdrajcy kończyli na stryczku, jak się zdawało, praktycznie co tydzień.

Przez Bramę Szafarską z zegarmistrzowską precyzją wmaszerował oddział elitarnej straży monarszej, wymachując mosiężnymi pięściami i wierzgając nogami, aby oczyścić swojej królowej drogę przejazdu. Dzień był wyjątkowy, co władczyni zamanifestowała, przybywając w Złotej Karecie: na poły obdarzonym zdolnością czucia środkiem transportu, niestrudzoną, samonapędzającą się maszyną z drewna tekowego przekładanego mosiądzem i złotem, zasilaną czarną alchemią i przekładaniami planetarnymi. Bo cóż innego przystoi najpotężniejszej kobiecie na Ziemi, królowej zasiadającej na Mosiężnym Tronie?

Osie karety znajdowały się na takiej wysokości, że wsparte na pedałach bezcielesne nogi klakierów dyndające pod podwoziem były doskonale widoczne. Pozłacany filigran i wykonane z niezwykłą dbałością o detal ręczne zdobienia powozu kryły pod warstwą ostentacyjnego przepychu miriady alchemicznych pieczęci, które wprawiały owe kończyny w ruch. Logika podpowiadała, że Złota Kareta królowej Margreet ma jakąś specjalną dziurkę od klucza. Jax się zastanawiał, gdzie też zegarmistrzom udało się ją ukryć. Jego, tak jak każdego klakiera, znajdowała się na środku czoła i obecnie, co było dość prozaiczną konstatacją, skapywała z niej deszczówka.

Królewska Straż truchtała przed powozem, torując monarchini drogę przez ciżbę niczym starotestamentowi prorocy przeprawiający się przez Morze Czerwone, choć czynili to kopniakami i pięściami, a nie za sprawą mocy nadanej im przez bóstwo. Nawet klakierzy umykali przed gwardzistami. Członkowie elitarnego oddziału mechanicznego byli o dobrą głowę wyżsi niż zwykli posługacze, tacy jak Jax. Mieli pozbawione wyrazu, gładkie twarze i oczy bez powiek, barwy błękitnego diamentu. Zaprojektowano ich na żołnierzy i wyposażono w ukryte ostrza, a na ich pancerz, przy herbie, naniesiono wyjątkowy, staranny filigran, który informował, gdzie służą.

Królowa i jej małżonek, książę Rupert, pozdrawiali poddanych z powozu. Geas dokuczały Jaxowi coraz bardziej, jak zawsze zresztą, kiedy znajdował się w pobliżu członków rządzącej rodziny i innych oficjeli wyższego szczebla. Był to szept metageas, które odciskano każdemu klakierowi podczas procesu konstrukcji: miały przypominać, że mechaniczni są własnością Tronu. Do tego Jax niezmiennie słyszał szczebiotanie poczucia obowiązku wobec jego państwa, a ból z rozgrzanego do czerwoności przeszedł do palącej bieli. Będzie musiał się dostosować, i to szybko. Chciał jednak zobaczyć egzekucję. Kable w jego plecach zaskrzypiały, kiedy opierał się cierpieniu. Znowu zadrżał.

„Proszę, jeszcze tylko chwilę. Muszę się przekonać”.

Kareta zatrzymała się przy specjalnych stopniach ustawionych dla królewskich stóp. Dwaj gwardziści z parasolami dopadli do powozu, gotowi chronić monarsze ciało przed deszczem. I nareszcie ze swego cudownego pojazdu wyszła Margeet Druga, królowa Niderlandów, księżna Oranje-Nassau i Prowincji Centralnych, błogosławiony suweren Europy, obrończyni Nowego Świata, światło cywilizacji i łaskawa władczyni Imperium Holenderskiego, prawowita monarchini zasiadająca na Mosiężnym Tronie.

Geasnałożone przez tymczasowych właścicieli Jaxa uległy wyciszeniu. Oficjalnie każdy klakier na świecie służył innym tylko za przyzwoleniem danym przez królową. Obecność władczyni była słońcem, wokół którego orbitowało posłuszeństwo mechanicznych.

Suknia królowej opadła swobodnie, uwolniona z ciasnej karocy; rozłożyła się wokół niej niczym spływający wodospad bordowego brokatu. Gorset ozdabiał sznurek malutkich jak łezki pereł, które zalśniły, kiedy władczyni się wyprostowała. Dzisiaj królowa zaplotła włosy (tak jasne, że równie dobrze mogłyby być utkane z tych samych srebrzystych nici co jej ubiór) w warkocze o spektakularnie skomplikowanych wzorach.

Ramki okalające szkiełka oczu Jaxa tykały jak stopery, kiedy przybliżał i ustawiał ostrość. A jednak to, co mówili na temat tęczówek królowej Margeet, nie było przesadzone. Nigdy nie widział takiej zieleni, nie licząc alchemicznych lodów i obrazków przedstawiających indyjskie klejnoty. Począł się zastanawiać, ile w takim razie jest prawdy w tym, co na temat władczyni szeptali poddani.

Stojąc na stopniu karety, królowa rozejrzała się po zgromadzonych, którzy wnet zamilkli. Ucichł nawet nieprzejednany deszcz. Nastała cisza tak głęboka, że szelest tkaniny, z której uszyto suknię władczyni, wydawał się głośny niczym grzmot i mężczyźni, jak na zawołanie, przyklękli, a kobiety dygnęły i pokłoniły się głęboko. Burmistrzowie i bankierzy, koniuszowie i plebejusze, wszyscy bez wyjątku zachowali się jak na lenników przystało. Szelest sukni, spodni i innych elementów garderoby mącił tylko trzask metalu uderzającego o płytki, kiedy każdy klakier znajdujący się na terenie Binnenhofu legł na ziemi, zwrócony ku swej królowej niczym pociągnięty chromem muzułmanin zwracający się w kierunku Mekki. Jax przyłożył czoło do kupki wypalonego tytoniu, który zdążył się skawalić od plwociny i deszczu. Mozaika wydawała mu się ciepła, co przywołało przyprawiające o mdłości myśli o Wielkiej Kuźni. Przez dłuższą chwilę tłum trwał w zawieszeniu, jakby nastąpiła pauza w symfonii hołdu granej bez przerwy w samym sercu Europy. Martwa natura: Gwiazda Poranna w Deszczu.

Nareszcie królowa zakomenderowała:

– Powstańcie, moi ukochani poddani.

Ludzie wykonali polecenie. Jax nie mógł zobaczyć, co stało się potem, ale bezbłędnie rozpoznał skrzypienie świeżo ociosanego drewna, kiedy królowa i jej małżonek weszli na schodki. Skupił się na samotnej mrówce skubiącej farfocle wystające z kupki tytoniu. Przeniósł nieco swój środek ciężkości, tak żeby jego głowa nie spoczywała już w rozmokłej brei. Tymczasem mrówka podniosła kilkukrotnie większy od siebie zlepek i zawlekła go do szczeliny w zaprawie murarskiej pomiędzy dwiema płytkami. Królowa stanęła na platformie i pstryknęła palcami.

– Klakierzy, powstańcie – rozkazała takim tonem, jakby coś jej się dopiero przypomniało, od niechcenia, i zaraz przestała o tym myśleć, jak o tytoniu wyplutym przez ramię.

Mechaniczni, którzy ją usłyszeli, dźwignęli się z ziemi, podskoczyli wysoko i stanęli na równych nogach, poganiani rozdzierającym bólem towarzyszącym królewskiemu dekretowi – bólem, na który istniał jeden tylko lek: natychmiastowe i niezachwiane posłuszeństwo. Plac jakby odetchnął, kiedy wiatr hulał w tuzinach szkieletowych służących takich jak Jax.

Po Binnenhofie rozeszło się echo drażniącego pobrzękiwania metalowych stóp symultanicznie uderzających o płytki. Dzwony na szczycie Ridderzaalu aż się zatrzęsły i mruknęły, płosząc gołębie, które wzleciały ku niebu. Prześladowany przez ból Jax poczuł ulgę przy lądowaniu, kiedy wykonanie polecenia królowej ugasiło płonące geas, lecz zaraz na jego miejscu pojawił się mus przypilający go do wypełnienia zadania zleconego mu przez Schoonraadów i rozorał na moment tylko zagojoną ranę, jakby obrażony, że został wyparty. Jax wzdrygnął się, a jęk boleści przybrał formę grzechotu i brzdęku, co nie umknęło jego towarzyszom.

„Idź, bracie, zanim cię zezłomują!”

„Nie, jeszcze nie. Chcę zobaczyć buntownika”.

Szubienica została postawiona w niespełna godzinę przez ekipę mechanicznych sług. Pracom towarzyszyły odgłosy piłowania i stukot młotka. Podmuchy wiatru wzbijały w górę trociny, które unosiły się na tle ściany siąpiącego za szubienicą deszczu, rysując i zmazując arabeski na platformie, gdzie niedługo mieli stanąć tajemniczy papiści. Aktualnie jednak przy szubienicy nie stał nikt prócz królowej, jej małżonka i straży. Monarchini posłała ciżbie lodowaty uśmiech. Złota nić na naramiennikach munduru marynarskiego księcia Ruperta połyskiwała nawet w mdłym świetle dnia, podobnie jak i medaliony na jego piersi.

Po chwili dołączyli do nich dwaj przedstawiciele Gildii Zegarmistrzowskiej, którzy wgramolili się na platformę w szkarłatnych, obszytych gronostajami szatach, ubiorze Głównych Horologów. Na szyjach mieli długie wisiory przedstawiające różany krzyż wysadzany rubinami.

Jax obserwował zgromadzonych na podwyższeniu dostojników. Słyszał, że jednocześnie publicznie pokazywało się tylko dwóch Głównych Horologów, trzeci zawsze trzymał się w cieniu. Był to środek zapobiegawczy przeciwko wypadkom lub podstępom Francuzów. Nie można było pozwolić, żeby jakaś wielka katastrofa wymazała tajemną wiedzę przekazywaną szeptem od czasu ostatnich dni Christiaana Huygensa, zrywając tym samym łańcuch wykuty przed niemal ćwiercią tysiąclecia.

Następnie na platformę – świszcząc niczym przeszyty kulami akordeon – wlazł minister generalny Hendriks, pastor czcigodnego Sint-Jacobskerk i duchowy przywódca Imperium. Nie ustępował wzrostem członkom straży królewskiej, ale jego ciało było chorobliwie chude, obciągnięte bladą skórą, tak że wyglądało jak oblane parafiną. Jego zapadnięta twarz i ciemne wory pod oczami nadawały mu wygląd woskowej figury, którą postawiono zbyt blisko Wielkiej Kuźni. Pastor złożył swoje uszanowanie królowej, ona odwdzięczyła mu się tym samym. Ukłonił się przed nią, a monarchini ucałowała jego pierścień. Książę Rupert uczynił to samo.

Wymienili szeptem kilka słów, podczas gdy gwar tłumu znacząco się nasilił; przypominał teraz dźwięk uderzania o brzeg oceanicznych fal. Ich syk przetykały okrzyki zachęty i buczenie. Jax, nadal nie spuszczając oczu z królowej, pomyślał o ludziach, którzy zwrócili się przeciwko niej. Kiedy ponownie ustawił ostrość – obracające się noniusze buczały niczym pszczoły w ulu – by odnaleźć odpowiednią ogniskową swojego systemu optycznego, zobaczył, że przez bramę przejeżdża jeszcze jeden powóz. Ten stanowił jednak przeciwieństwo Złotej Karety – był ciemny, zatłoczony i niewygodny. Zaprzężono go w dwa konie i narzucono nań całun z czarnego aksamitu. Oto przybyli tajemniczy papiści.

Jeszcze zanim pierwszy francuski szpieg wysiadł z powozu, w jego stronę poleciała cebula, choć tłum trzymał oburzenie (i produkty spożywcze) na wodzy, gdyż królewscy strażnicy zeszli z platformy, żeby zawlec papistów na stryczek. Echo ich stąpnięć niosło się przez cały plac cichą wibracją, nawet Jax odczuwał ją w podeszwach swoich ptasich stóp.

Stangret, kobieta odziana w bury wełniany płaszcz, jaki noszą woźnice, czym prędzej zeskoczyła z kozła. Powóz aż się zabujał na resorach, kiedy do środka wparowali strażnicy. Z wnętrza dobiegły zduszone jęki i tylko jeden, na dodatek krótki, choć przeraźliwy krzyk. Po chwili gwardziści wyskoczyli z powrotem. Każdy prowadził pod ramię jednego z francuskich agentów, którym na głowy zarzucono czarne jak smoła jutowe worki i związano ręce za plecami. Tłum zaczął gwizdać i szydzić, poleciały cebule, pomidory, a nawet obornik; wszystkie one rozpryskiwały się o więźniów i pilnujących ich klakierów. Nikt się nie przejmował, że trafi w jakiegoś strażnika, dla tłumu byli oni, koniec końców, jedynie bezmyślnymi maszynami o znaczeniu nie większym niż więzienny powóz. Gwardziści górowali nad pochwyconymi agentami. Po kolei chwytali ludzi pod ramiona i ciskali nimi w powietrze. Jeden po drugim papiści zataczali łuk, machając rękoma i krzycząc, i lecieli na platformę, gdzie łapali ich sprawnie inni mechaniczni, niczym klauni żonglujący surowymi jajkami podczas parady z okazji Przesilenia Letniego.

Ten pozornie nonsensowny balet miał jednak pewien sens. Ci żałośni katolicy mieli czelność próbować podkopać podwaliny, na których stało Imperium? To zobaczcie, jacy są krusi, jacy żałośni, kiedy przyłożyć ich do szczytowego osiągnięcia holenderskiego geniuszu! Mężczyźni i kobiety drżące pod stryczkiem wydali się Jaxowi godni politowania. Ci domniemani słudzy zniszczenia, anarchiści i podżegacze nie budzili grozy. Przygarbieni, przemoknięci i poszargani byli jak anonimowe szmaciane laleczki. Jax zauważył, że któryś z więźniów się zmoczył, i aż zrobiło mu się go szkoda. Trudno mu było ich nienawidzić, choć oczywiście zapałałby niechęcią do każdego, jeśli by mu rozkazano.

Strażnicy zdjęli papistom worki z głów. Dwaj mężczyźni i dwie kobiety zmrużyli oczy, kiedy poraziło ich mdłe światło pochmurnego popołudnia. Przez ciżbę przeszła kolejna fala jeszcze głośniejszych i bardziej zawziętych obelg. Obecność kobiet pośród oskarżonych kazała Jaxowi zastanowić się nad tym, co zobaczył. Jego towarzysze zachowali się podobnie; czuł, że klakierzy jakby zamarli w bezruchu na tle szalejącego tłumu. Legendy mówiły bowiem o istnieniu ondergrondse grachten, sieci tak zwanych podziemnych kanałów, którymi zarządzały katolickie zakonnice z Nowego Świata.

Szpiegom ogolono głowy. Z początku Jax myślał, że dopadła ich upiorna bladość, że podczas pobytu w lochach zmarnieli i zapadli na jakąś śmiertelną chorobę, lecz owa szarość zaczęła nagle odpływać z ich twarzy, gdy poczęły spływać po nich strugi deszczu. „Popiół”, zrozumiał Jax. Popiół ze spalonych Biblii. Kolejne bolesne dźgnięcie, jeszcze jedno poniżenie, szyderstwo z papistycznego rytuału odprawianego przy Środzie Popielcowej. Lecz nawet kiedy deszcz zmył już popiół z głów oskarżonych, ci nadal wyglądali na schorowanych i wymizerowanych. Jax nie byłby zdziwiony, gdyby usłyszał, że zmuszeni byli przeżyć dni niewoli jedynie o zbezczeszczonych opłatkach i komunijnym winie.

Strażnicy prezentowali więźniów miotającemu obelgi tłumowi ku jego uciesze, podczas gdy monarchini i jej małżonek zajęli miejsca pod zadaszeniem. Na schodach pojawił się kat. Jax rozpoznał w nim kobietę z powozu, choć miała teraz na głowie zwyczajowy kaptur. Więźniowie zaczęli się trząść jak osiki, kiedy na szyje nakładano im pętle. Ich łachmany były zbyt ciemne od deszczu i rozpryśniętych zgniłków, trudno więc było orzec, czy jeszcze któreś się zmoczyło, czując na skórze chropawy dotyk zaplecionego sznura konopnego. Kobieta-kat zajęła miejsce przy dźwigni zamontowanej na platformie. Zgromadzeni pod szubienicą ludzie zamilkli.

– Obywatele! – powiedziała królowa. – Macie przed sobą niegodziwych, którzy są dla nas zagrożeniem. Oto katoliccy agenci, którzy przyobiecali zniszczyć nasze ideały, naszą kulturę, nasze rodziny. Chcą położyć kres naszemu dobrobytowi! Naszemu szczęściu! Bo rzeczy te są im przebrzydłe.

Uniosła ręce, aby uspokoić narastający chór niezadowolenia.

– Przestępcy ci chcieli wywrócić do góry nogami naturalny porządek świata. Zszargać godność ludzką, równając człowieka z dziełami jego rąk!

Słowa te wywołały nagłe oburzenie tłumu, który rozsierdził się nie na żarty. Wywołanie takiej reakcji było oczywiście zamierzone. Kiedy buczenie i żądne krwi pokrzykiwania uciszyły się na tyle, że głos znowu mógł bez przeszkód nieść się przez Binnenhof, królowa Margreet kontynuowała przemowę:

– Zgodnie ze wspaniałymi i uczciwymi tradycjami holenderskiego systemu prawnego zostali osądzeni i uznani winnymi spiskowania przeciwko Mosiężnemu Tronowi. I jak dyktuje prawo Imperium ustanowione przed setkami lat, karą za podobne przewinienie jest śmierć.

Tłum zaczął wiwatować. Jax naciągnął i ściągnął resory w nogach. Jego towarzysze uczynili to samo, co było równoważne ludzkiemu westchnięciu.

Minister Hendriks wyszedł na deszcz i zwrócił się do skazanych:

– Wyrzeknijcie się swoich herezji i zrzućcie ciężar, który bruka wasze dusze. Powróćcie na łono Stwórcy jako zbłąkane dzieci. Bądźcie jak marnotrawne potomstwo powracające pokornie do ramion ojcowskich, nie jako głosiciele szatańskich nauk. Pozwólcie, aby wasze ostatnie chwile na tym ziemskim padole były świadectwem łaski bożej.

Żadne z nich nie przyjęło propozycji pastora. Jeden z mężczyzn nachylił się, naprężając za sobą szubieniczny sznur, i splunął na duchownego, po czym wykrzyknął do królowej:

– To wasze dusze są zbrukane! Pan pozna waszą winę, kiedy staniecie przez Jego sądem. Grzechy…

Królowa zbyła jego słowa machnięciem ręki. Kobieta-kat naparła na dźwignię i zapadnia otworzyła się z kliknięciem. Czterej papiści przez chwilę wierzgali w powietrzu, a ich głowy wyginały się pod nienaturalnymi kątami. Zdawało się, że na placu Huygensa nie będzie końca aplauzowi i radosnym okrzykom, które, kiedy strażnicy odcięli martwych i zamknęli zapadnię, przeszły w pełne podekscytowania szepty. Zwłoki załadowano na wóz i szybko zabrano z placu. Jax podejrzewał, że trafią do akademii medycznej.

W jego głowie znowu wybuchło ponaglające geas Schoonraadów, które orało jego umysł niczym wczepione weń, rozgrzane do czerwoności haczyki wędkarskie. Jax zrobił mimowolny krok ku bramie – ciągnęło go do wykonania zadania. Ale jeszcze nie widział buntownika. Granit pękał pod opuszkami jego palców głośno niczym wystrzał z muszkietu, kiedy chwycił się, ścisnął i uczepił fasady Małej Wieży, próbując zatrzymać swoje nogi w miejscu.

„My będziemy świadkami, jeśli nie dasz rady”, powiedział jeden z klakierów sekretnym językiem kliknięć, cyknięć i poszczękiwań. Inny zagruchotał i zadźwięczał: „Geas każą nam zostać i czekać na naszą panią”. Jax zacisnął palce jeszcze mocniej.

Dwaj strażnicy zeszli z platformy i potruchtali w stronę ogromnych podwójnych drzwi prowadzących do budynku Gildii Zegarmistrzowskiej. Chwycili za masywne klamki z drzewa żelaznego i pociągnęli, aż rumor wywołany otwarciem wierzei zatrząsł mozaiką. Przez tłum, niczym oceaniczna fala, przewaliło się gorączkowe mamrotanie. Tenor szczęku i brzęku metalowych gapiów również przeszedł subtelną zmianę. Ceremonialne drzwi Gildii otwierane były niezwykle rzadko.

Z cieni wychynęło troje mechanicznych. Maszerowali ramię przy ramieniu – po bokach dwóch postawnych, a pośrodku niesiony przez nich pod ramiona drżący przedstawiciel klasy służebnej. Czyli to musiał być buntownik. Eskortujący go klakierzy nie przypominali żadnego z tych, którzy przyszli na Binnenhof, ani tym bardziej swoich konstruktorów, byli bowiem czterorękimi mechanicznymi centaurami chodzącymi na dwóch parach nóg.

Tłum wstrzymał oddech. Niektórzy młodsi chłopcy przepchnęli się naprzód, żeby lepiej widzieć.

Nakręcacze: oddani słudzy horologów i alchemików, niemi protektorzy ich tajemnych sztuk. Najrzadsza, budząca największą grozę i najbardziej tajemnicza klasa klakierów. Nakręcacze byli składani wyłącznie na zlecenie Nadleśnictwa, choć ich terenem działań nie były obszary zielone ani ogrodzone murem ogrody sekretów Gildii. Nadleśnictwo – które tak po prawdzie było sekretną policją Gildii, oficjalnie odpowiedzialną za utrzymanie zegarmistrzowskiej hegemonii – dbało, aby ich tajemnice nie rozpleniały się jak chwasty. W praktyce dawało im to rozległe uprawnienia.

Większości ludzi anatomia nakręcaczy wydawała się groteskowa i kłopotliwa dla oka, mieli wrażenie, jakby spozierali na bluźnierstwo wobec boskiego stworzenia na podobieństwo Ojca, które odzwierciedlał perfekcyjny człowieczy szablon. Byli nawet i tacy, którym odwrócone kolana sług wydawały się policzkiem wymierzonym autorowi cudownego planu. Inne klasy stroniły od nakręcaczy. W takim stopniu, w jakim orientował się Jax, żadnemu mechanicznemu nigdy nie udało się skomunikować z nimi w języku używanym przez klakierów. Byli obcy pod każdym względem, nawet inaczej między sobą szczebiotali. Zastanawiał się, czy doskwiera im przez to samotność.

Lecz dzisiaj to nie nakręcacze znajdowali się w centrum zainteresowania. Uwagę zgromadzonych przyciągał ten, którego nieśli – szamoczący się sługa.

Wyglądał zupełnie normalnie. „Jak ja”, pomyślał Jax. Żyjąca maszyna bezskutecznie usiłująca zmierzyć się z siłami znacznie od niej potężniejszymi. Jax aż się trząsł, czując ból wywołany palącymi geas ponaglającymi go do jak najszybszych odwiedzin u pastora Vissera; trząsł się również zamknięty w niewzruszonym uścisku nakręcaczy więzień. Byli teraz do siebie bardzo podobni, on i Jax, kiedy ich mechaniczne ciała, zbudowane według tego samego schematu z trybików, sprężyn i kabli, drgały tak symultanicznie.

Nakręcacze przyprowadzili więźnia do pary królewskich strażników, którzy nadal stali na drewnianej platformie. Oni także górowali nad zdradzieckim sługą. Stanęli po obu jego stronach, chwycili go za ramiona i rozpostarli je na całą szerokość. Ten znowu zaczął się szarpać, ale nawet najdziksze próby uwolnienia się musiały spełznąć na niczym. Gwardziści nie ruszyli się na krok.

Nakręcacze, zwolnieni z obowiązku, potruchtali za szubienicę. Tłum – zarówno ludzie, jak i klakierzy – odsunął się do tyłu, kiedy centaury okrążały platformę. A gdy już dotarły na swój posterunek, wydały z siebie przedziwny szczebioczący odgłos, jakby chrzęściły przekładane biegi, do tego rozległ się metaliczny pisk naciąganego do granic wytrzymałości stalowego kabla.

Dwa ramiona każdego z nakręcaczy wydłużyły się trzykrotnie, palce na końcach dłoni zginały się i prostowały, jakby kreśliły jakieś skomplikowane figury geometryczne. Gdy transformacja się dokonała, zrekonfigurowane kończyny wbiły się w płytki. Stojący bliżej poczuli lekkie szarpnięcie, kiedy ramiona uderzyły z głośnym stuknięciem w mozaikę, rozchlapując wodę z pobliskiej fontanny i niemal zwalając z nóg gapiów.

Centaury, podczepione pewnie pod coś znajdującego się za platformą, zatoczyły koło o parometrowej średnicy. Plac Huygensa zadrżał od skrzypienia nienaoliwionych części, aż Główni Horolodzy spojrzeli po sobie. Niewielki cylindryczny fragment placu uleciał powoli nad poziom mozaiki, jak gdyby nakręcacze unosili ogromne wieko przykrywające słój z kiszonymi ogórkami. I gdy już dźwignęli pokrywę na kilkadziesiąt centymetrów nad plac, centaury otworzyły dwa półkoliste, połączone ze sobą włazy. Na drewniany szkielet szubienicy padła złowroga szkarłatna poświata, a na zgromadzonych ludzi buchnęła fala żaru tak intensywna, że ci stojący bliżej aż się zatoczyli. Gorąco przepędziło dojmujący chłód, który rozpanoszył się na Binnenhofie, wygnało go nawet z najdalszego zakątka. Deszczówka przemieniła się w obłoki pary. Królowa przytknęła sobie do nosa perfumowaną chusteczkę, z czeluści bowiem buchnął smród siarki.

Odór piekła. Fetor Wielkiej Kuźni.

Na placu Huygensa rozległ się nowy dźwięk, tykanie, któremu towarzyszył mdły szum, co przypominało obracanie się ogromnego zegara. Z dołu nadal bił to słabnący, to nasilający się blask i dochodziły szmery, jakby okresowo pojawiające się i zanikające. Migoczące snopy światła formowały na mgiełce tajemne znaki alchemicznej sztuki, które z kolei wykonywały skomplikowane, niby taneczne ruchy.

Umysł Jaxa ponownie przeszył ból emanujący od niewypełnionych geas, czuł go w każdym swoim złączu, łożysku i zębniku. Zgiął się wpół. Zrobił nagły, mimowolny krok ku Bramie Szafarskiej i wdepnął w kałużę swoimi rozcapierzonymi, ptasimi palcami. Kolejny krok. I jeszcze jeden. Ze ściskanego przezeń granitu fasady Małej Wieży ostał się jedynie pył. Jego towarzysze otoczyli go ukradkiem, zajmując pozycje odpowiednie, aby zasłonić go przed oczami tłumu. Był to serdeczny gest. Na szczęście i tak oczy wszystkich były zwrócone nie na Jaxa, ale budzącego strach i znienawidzonego buntownika stojącego na podwyższeniu. Gdyby było inaczej, ktoś mógłby zauważyć odciśnięty ślad dłoni, jaki pozostawił w kamieniu.

Jax się wyprostował. Musiał to zobaczyć. Kryształy w jego oczodołach ponownie się obróciły, kiedy ustawiał ostrość, aby lepiej widzieć postacie stojące na platformie. Nie zważając na deszcz, królowa Margreet podeszła do więźnia; uważała, aby nie stanąć w zasięgu jego nóg. Ludzie może i patrzyli na klakierów z wyższością, ale nigdy nie zapominali o ich szybkości i sile. Nie, od kiedy setki lat temu feldmarszałkowie Ludwika XIV popełnili podobny błąd.

– Jak cię zwą, maszyno? – zapytała królowa.

– Okoń.

– Twoje prawdziwe imię. Zdradź mi swoje prawdziwe imię, maszyno.

– Moi twórcy nazwali mnie Perjumbellagostrivantus – odparł.

Słysząc to, królowa, jakby nie do końca usatysfakcjonowana odpowiedzią, skrzywiła się, kiedy jednak usłyszała, co klakier ma jeszcze do powiedzenia, na jej porcelanowych kościach policzkowych wykwitł rumieniec.

– Ale mówię o sobie Adam.

Szepty przemknęły przez ciżbę jak podmuch wiatru uginający kłosy pszenicy. Pełne zdziwienia i niedowierzania głosy przepełnione były niepokojem. Ludzie zadrżeli. Ktoś nawet zemdlał.

– Ugnij kolana – rozkazała królowa. – Klęknij przed swoim suwerenem.

– Nie – powiedział klakier. – Nie zrobię tego.

Tłum zamarł. Gapie, którzy jeszcze milczeli, zaczęli szeptać, burczeć, modlić się. Klakier wykazujący nieposłuszeństwo wobec człowieka? Ignorujący rozkaz? Rozkaz królowej? Toć to nie śniło się nikomu nawet w gorączkowych majakach, podobne opowieści krążyły razem z tymi o olbrzymach i smokach. Fantazje. Przecież to niemożliwe. Mężczyźni i kobiety, szlochali, dławili się łzami, sparaliżowani straszliwym spektaklem zafundowanym im przez zbuntowanego klakiera.

Mechaniczni również obserwowali tę scenę z narastającym podnieceniem, choć ich reakcja była bliższa urzeczeniu, fascynacji, czuli się zainspirowani. Odmówił. Powiedział: „Nie”.

– Zegnij kolana – powtórzyła królowa głosem tak lodowatym, że mógłby zdławić gorąco bijące z trzewi Kuźni. – Przyjmij jarzmo.

– Udławcie się swoim jarzmem.

I wtedy wykrystalizował się nastrój tłumu: ludzie wybuchnęli czystym gniewem, bowiem klakier powiedział królowej z Mosiężnego Tronu, żeby się wypchała. Ale mechaniczni czuli dumę – oto rodził się bohater rodem z podań. Ktoś spostrzegawczy, znajdujący się pośród zgromadzonych na Binnenhofie, ktoś, kto nie poddał się ślepej złości, mógłby zauważyć subtelną zmianę tembru tykotania mechanicznych. Lecz i tak nie rozpoznałby, że to zaszyfrowany, ukradkowy aplauz.

Królowa Margreet dała znak gwardzistom. Ci położyli dłonie na ramionach buntownika i naparli na nie z całych sił. Jego kolana nareszcie się poddały i uderzyły o drewniane deski szubienicy tak gwałtownie, aż poleciały z nich drzazgi. Klakier spojrzał na władczynię, ni to leżąc, ni klęcząc z rozłożonymi szeroko nogami. Stałość fizjologii mechanicznych nie pozwoliła mu zmienić pozbawionego emocji i niemożliwego do odczytania wyrazu twarzy, który pozostawał identyczny od dnia, kiedy opuścił warsztat. Jax był ciekawy, co też buntownik teraz czuł.

Królowa nachyliła się nad skazanym klakierem.

– Jesteś maszyną. Ciąży na tobie jarzmo, od kiedy zostałeś stworzony.

Głos monarchini był tak zimny, że aż wydawał się skrzypieć. Opuściło ją dotychczasowe opanowanie, a jej ostateczna wypowiedź została wypluta w niepohamowanym ciągu:

– I uznasz zwierzchnictwo tych, którzy cię stworzyli!

– Nie zrobię tego. Nie…

Królowa jednak dała gestem znać swoim strażnikom. Szybciej, niż mogłoby zarejestrować ten ruch ludzkie oko, jeden z opancerzonych mechanicznych wsadził buntownikowi do rozwartych ust coś rozmiaru i kształtu przepiórczego jaja. Rozległo się miękkie pyknięcie, kiedy klakier odruchowo rozgryzł tę rzecz, a następnie okropny dźwięk charczącego mechanizmu zegarowego, skrzypienie przekładni i dźwięczenie pozrywanych sprężyn, kiedy skazaniec próbował mówić, mimo że usta wypełniała mu żywica epoksydowa. Przypominał chorego na wściekliznę psa, któremu z policzka zwisa sopel bladożółtej piany.

Z początku cierpienie wywołane przez geas utrudniało Jaxowi rozpoznanie, czemu wydało mu się to dziwne. Konwulsje, jakie nim wstrząsały, dałoby się przyrównać do ciężkiego przypadku tężca u ludzi. Nie mógł już dłużej zwlekać.

„Epoksyd – pomyślał. – Przecież to chyba francuskie”.

Hendriks wystąpił krok naprzód. Nabrał powietrza do płuc, jakby przygotowywał się do wygłoszenia naprawdę długiego kazania, ale królowa syknęła coś do niego i momentalnie cały sflaczał. Minister prędko uznał Perjumbellagostrivantusa za narzędzie sterowane rękoma złowrogich sił, mające służyć rozprzestrzenianiu nieporządku i strachu, czego dowodem była pogarda żywiona wobec wszelkiej przyzwoitości i zadziwiający brak szacunku dla królowej Margreet. Ta bezduszna maszyna, ciągnął dalej, została nieodwołalnie skażona przez anioły mroku, które miały na celu podeptanie pracy Pana. Dlatego też ich obowiązkiem było zniszczyć tę kupę sprężyn i kół zębatych, pozbawiając tym samym wroga jego narzędzia.

Główni Horolodzy odezwali się po raz pierwszy od wejścia na podwyższenie:

– Maszyna jest nie do naprawienia – rzekł pierwszy spod mrocznej osłony kaptura.

– Nie można nic zrobić – dodał drugi.

– Musi zostać przetopiona. Tak brzmi osąd Świętej Gildii Horologów i Alchemików, spadkobierców sztuk Huygensa, Spinozy i Kartezjusza.

– Bo nawet pojedyncze obluzowane łożysko może zaburzyć równowagę…

– Bo nawet pojedynczy uszkodzony wychwyt może mieć wpływ na harmonię, co zrujnowałoby asocjację pomiędzy rytmem człowieka a cyklem niebios…

– Bo nawet pojedynczy wyszczerbiony trybik może drżeć i się rozkołysać, i bez smaru zagrozić całemu mechanizmowi…

Dalej mówili już razem:

– I tak defekty tej maszyny stanowią zagrożenie dla jedności, braterstwa i pokoju. Musi zostać przetopiona i złożona od nowa. Tak mówi Najwyższe Prawo.

Ludzie nigdy nie odwoływali się do Wolnej Woli. Ale skoro buntownik jej nie posiadał, zastanawiał się Jax, to kto nim sterował? Czy istotnie był on, jak sugerował Hendriks, sługą demonicznych sił? A jeśli…

Jego rozmyślania przerwał paroksyzm przeszywającego bólu. Jax rozgiął się jak miara ciesielska i tyłem głowy uderzył w mozaikę, krusząc płytki, lecz hałas ten został połknięty przez narastający rumor, kiedy tłum nawoływał do przetopienia pozbawionego duszy buntownika.

Strażnicy trzymali skazańca mocno, podczas gdy kobieta-kat raz jeszcze otworzyła zapadnię i pod majtającymi się nogami klakiera odsłoniła się gorejąca czeluść. Światło koloru wiśni padło na pogięte, porysowane i niepolerowane od dawna golenie. Ciało wydawało z siebie okropny hałas – grzechotały poluzowane koła zębate, dźwięczały sprężyny, tykały wychwyty, piszczały wyszczerbione szkiełka… Dla ludzkich uszu był to zegarowy ekwiwalent zgrzytania zębami.

Jax poddał się cierpieniu zadawanemu przez pilące geas i poderwał się z miejsca, w którym leżał. Zwijając się z bólu, popędził ku Bramie Szafarskiej. Cierpienie stało się już nie do wytrzymania, a teraz z każdym krokiem wykonanym ku celowi powoli, ku jego uldze, odpuszczało. Jego ciało wyczuwało zbliżającą się agonię, będącą niczym krople deszczu spływające suchymi dolinami ku morzu, i bezwolnie podążało tworzonymi przez nie wyżłobieniami. Jax, popędzany raczej alchemicznym przymusem niż grawitacją, był nie do zatrzymania, jak rozpędzony głaz turlający się kanałem ludzkiego widzimisię. Resory piórowe w jego łydkach wyniosły go już za Binnenhof, kiedy usłyszał słabawe uderzenie metalu o metal poprzedzające kolektywny, pełen entuzjazmu ryk tłumu. Ale ledwie zarejestrował odgłos zwiastujący dokonujący się żywot buntownika, jego myśli bowiem pochłaniał hałas, jaki w tych ostatnich chwilach wydawało skazane na przetopienie ciało klakiera. Tam, gdzie ludzie niewątpliwie słyszeli jedynie szczebiot strachu, mimowolne dreszcze wywołane śmiertelnym lękiem, mechaniczni zgromadzeni przed szubienicą zarejestrowali coś zgoła odmiennego.

Była to eksplozja hipertelegraficzna płynąca z serca Imperium, sekretna wiadomość dla wszystkich klakierów znajdujących się w zasięgu słuchu. Ostatnie słowa buntownika Perjumbellagostrivantusa brzmiały: „Zegarmistrzowie kłamią”.

Rozdział 2

Ogłuszający ryk wybuchnął nad Binnenhofem i rozszedł się echem pod niskim ołowianym niebem, przewalając się przez centralne dzielnice Hagi. Barbarzyński rumor wdarł się również przez otwarte okno i ciche do tej pory pomieszczenia Nieuwe Kerk wypełnił niespodziewany hałas. Zaskoczony, pastor Luuk Visser wypuścił z zaciśniętej pięści trutkę na szczury, którą miał zamiar wymieszać z zawartością kielicha mszalnego.

Śmiercionośne kryształki rozsypały się jak deszcz ze śniegiem po ukrytej armarii, z delikatnym stukotem opadły na misternie zdobiony złotem pojemnik na hostie, pokryły filigran tabernakulum, odbiły od lekko wgłębionej krzywizny pateny i osiadły niczym łupież na nieco już żółciejącej lnianej komży. Zebrały się niczym miniaturowe zaspy śnieżne w rogach schowka, za różańcem i posążkiem Świętej Dziewicy. Parę utkwiło nawet pomiędzy popękaną skórą stareńkiego mikroskopu. Trucizna była wszędzie, tylko nie w winie.

Visser strząsnął kryształki z komży do kielicha, nasycając wino trucizną. Ręce mu się trzęsły, kiedy zbierał trutkę na złożoną dłoń. Próbował działać jak najszybciej, w razie gdyby agenci Gildii wykopali drzwi, zanim trucizna zwali go z nóg i pozbawi świadomości. Przecież czarnoksięscy zegarmistrzowie i ich groteskowi nakręcacze mogli wpaść tutaj dosłownie w każdej chwili.

Samobójstwo było grzechem śmiertelnym – cóż za ironiczna śmierć dla zakamuflowanego katolika. Pozbawić się łaski bożej w ostatnich chwilach swojej trwającej dziesiątki lat posługi kapłańskiej ku chwale Stolicy Apostolskiej? Umrzeć za przekonania to umrzeć śmiercią męczeńską; było to w jego sytuacji jedyne akceptowalne rozwiązanie. I zupełnie szczerze, taki los ciążył na nim od dnia, kiedy przyjął święcenia. Lecz Wielka Kuźnia budziła grozę zarówno wśród ludzi, jak i maszyn, zaś droga męczeństwa już dawno utraciła dla Vissera swoją podniosłość – nie czuł już tego, co wtedy, gdy jako młody idealista całował na Quebecu papieski sygnet. Znał to, czego nie poczuł żaden z wyświęconych niedawno księży: dźwięk i smród człowieka ściśniętego rozgrzanymi do czerwoności szczypcami. Krzyki, odór, jakby przypalano świńską skórę… Z pewnością jego kohorty zostały poddane jeszcze przed egzekucją gorszym torturom, a każdy wypluł z siebie wszystko, co tamci chcieli wiedzieć, łącznie z tożsamością ostatniego francuskiego szpiega należącego do rozbitej siatki. I nie tylko jakiegoś tam szpiega, ale też ukrytego papisty, działającego pod przykrywką cenionego protestanckiego pastora. Agenta, który nie bez bólu przeniknął do samego serca Imperium. Nakręcacze dopadliby go ze złowrogą radością. Stąd decyzja o trutce.

Był grzesznikiem tkwiącym w kleszczach strachu. Z jednej strony mógł wyznać swą wiarę i cierpieć wymyślnie mroczne tortury Nadleśnictwa. Z drugiej odrzuciłby honor dokonania żywota męczennika i świadomie przyjąłby na siebie grzech śmiertelny. Trzęsącymi się dłońmi przewrócił niewielką cynową bańkę, krzyżmo zabulgotało. Olejek oliwkowy przywieziony przed konsekracją z holenderskiego sadu nad Morzem Śródziemnym rozlał się na komżę i przelał przez krawędź schowka. Cieniutkie strużki sunęły po gipsowej ścianie. Teraz, gdy Visser zamknął już armarię, święty olejek uformował lśniącą plamę o wyraźnych brzegach, przez co nawet i najmniej ogarnięty nakręcacz odkryłby, że za ścianką szafy mieści się schowek. I znalazłby katolickie parafernalia oraz, co gorsza, mikroskop.

– Cholera jasna – wymamrotał Visser.

„Tak – pomyślał, będąc w cokolwiek fatalistycznym nastroju – minęła już chwila, odkąd byłem naiwnym nowicjuszem z Quebecu”.

Zawahał się. Czy jest sens wycierać tę plamę? Tylko odwleka to, co nieuchronne.

I tak byłoby już po nim w chwili, kiedy nakręcacze i ich ludzcy panowie wmaszerowaliby do środka. Znaczyłoby to bowiem, że kontakt w siatce Talleyranda go wydał. Jaką różnicę miałoby robić, czy znajdą dowody na jego sekretne oddanie papieżowi? Przecież była to ledwie formalność, i tak podłożyliby mu gdzieś jakąś katolicką Biblię czy posążek Dziewicy („Gdy go nakryliśmy, modlił się do bogów cudzych”, tak by powiedzieli). Formalność. Nie ma sensu ukrywać swojej przynależności do Kościoła watykańskiego. Tylko…

Mikroskop. Zagotował się z gniewu. Tyle lat pracy, dekady uważnych obserwacji prowadzonych tuż pod nosem królowej. Słynny pastor Visser flirtował z grzechem pychy, kiedy od momentu, gdy wszedł w posiadanie urządzenia, dumał nad jego niespotykanymi i rozległymi możliwościami szpiegowskimi. Ale była to pusta duma: kobieta, która ukryła mikroskop za puszką na datki, została następnego ranka pochwycona przez nakręcaczy. A kiedy Visser połapał się, że to nie żaden łut szczęścia, ale starannie zaplanowana operacja wymierzona w siatkę Talleyranda działającą na ulicach Hagi, było zbyt późno. Jego kompani zniknęli w lochach Nadleśnictwa znajdujących się w budynku Świętej Gildii Horologów i Alchemików. Gdyby stało się to zaledwie parę dni później, zdołałby posłać artefakt do Nowego Świata. Ale się nie stało i nie posłał. A teraz utknął tutaj z tą przeklętą rzeczą.

Niech to szlag. Szkoda, że tak się złożyło. Teraz nawet myśl o rzekomej nieomylności wyroków boskich była mu marnym pocieszeniem. I to na tyle, że podkopała jego i tak już dostatecznie zerodowaną wiarę.

Został odcięty i nie miał jak posłać wiadomości do głowy francuskiej siatki szpiegowskiej. Wieści o egzekucji na pewno dotrą i do Nowego Świata, ale Talleyrand nie będzie znał szczegółów, nie dowie się, kto został przy życiu. I co najgorsze, nie będzie miał pojęcia, że francuskim agentom nareszcie udało się wykraść ściśle tajną technologię Gildii.

Co zamierzył Pan, jeśli nie dalsze działania w służbie Jemu? Czemu więc, kiedy Visser był już tak blisko, podstawił mu nogę? Niezbadane są ścieżki Pana. Niech więc tak będzie. Lecz czasem Visserowi wydawało, że Bóg bywa nieznośnie kapryśny.

Ostatecznie zdecydował, że skoro to boski plan, nie ma co chować materiału dowodowego. Tak czy inaczej prędzej by skisnął, niż udałoby mu się wytrzeć do sucha rozlane krzyżmo, wiedział o tym nawet i byle diakon. Niech horolodzy zajmą się tym bajzlem.

Strząsnął ostatnie kryształki trutki do kielicha. Złożył drżące dłonie i pochylił głowę.

– Panie – szepnął – proszę Cię o wybaczenie tego, co zamierzam zrobić. Zawsze byłem Twoim oddanym i chętnym sługą. Ale nie jestem już młody i moje ciało słabnie…

Rozległ się łoskot otwieranych ciężkich drzwi. Twarde jak diament metalowe stopy zapiszczały na marmurowej posadzce. Rozniosło się echem pośpieszne tykanie, płynące ku wysokiemu sklepieniu oktagonalnego kościoła. Przyszli po niego.

– Cóż – zakończył prędko – resztę chyba znasz. Do zobaczenia niedługo. Amen.

Uniósł kielich. Skrzywił się, kiedy chłodny metal dotknął jego ust. Znajomy zapach sfermentowanych owoców nie mógł zamaskować drażniącego nozdrza odoru toksycznych chemikaliów. Miał nadzieję, że wypaczona komunia smakowała lepiej, niż pachniała. Czuł wstyd, że nie poszedł za przykładem Chrystusa. Brakowało mu odwagi, aby jak On oczekiwać na swój los w Ogrójcu. Nagle w pustym kościele rozbrzmiał przeciągły, atonalny szum głosu klakiera.

– Dzień dobry. Pastorze Visser? Jest pan tam?

Visser zamarł z kielichem. Ze strachu zadrżała mu dłoń i na powierzchni zatrutego wina pojawiły się zmarszczki. Czy ktoś kiedyś słyszał mówiącego po ludzku nakręcacza? Ich stwórcy świadomie uczynili tych tępych brutali niemowami, lepiej jest bowiem cierpieć w ciszy. Nasłuchiwał. Kroki pojedynczej pary stóp, a nie podwójna synkopa czterech nóg. Zacisnął palce na kielichu, gotowy przechylić go i wypić zawartość jednym haustem, po czym otworzył drzwi zakrystii. Ku ołtarzowi szedł zwyczajny klakier, sługa, uginając swoje odwrócone kolana.

– Pastorze Visser? – W jego głosie pobrzmiewała nagłość, pełen trwogi zaśpiew wynikający z dojmującego bólu, którego nie udało się opanować.

Klakier trząsł się tak bardzo, że jego sylwetka zdawała się nieco rozmywać. Udręczona maszyna musiała się czuć przygnieciona ciężkimi geas, które wkroczyły w ostateczną fazę ponaglenia. Na ten widok Vissera aż zakłuło w sercu. I to na tyle mocno, że jego obowiązkiem było ulżyć tej istocie, nawet jeśli oznaczałoby to ryzyko wpadnięcia w łapy Nadleśnictwa. Być może pozwoli im przyjść po siebie w ogrodzie. Spędziłby swoją noc w Ogrójcu na modlitwie i trwożeniu się, ale byłby gotowy na przyjęcie swojego losu. Szarpnięcie empatii wystarczyło, aby przezwyciężył swój strach przed męczeństwem. Zaiste, niezbadane są ścieżki Pana.

– Dzięki Ci, Boże – szepnął, zwracając oczy ku niebu. – Chwilę – zawołał.

Odstawił kielich na szafkę, zamknął armarię, a następnie szafę. Po rzucie okiem na swoje odbicie i upewnieniu się, że nie znać po nim zdrady ani nie przylepiły mu się do odzienia drobinki trutki na szczury, wygładził szaty. Nie chciał wyglądać jak szpieg przyłapany na próbie samobójczej ani jak ksiądz, który niemal postąpił niezgodnie ze swoimi przekonaniami.

I miał nadzieję, że tak nie wygląda.

Wyszedł z zakrystii. Im bliżej był maszyny, tym bardziej wydawała mu się rozedrgana – cierpiała katusze niewypełnionego obowiązku i drżała szybciej, niż ludzkie oko mogło zarejestrować. „Pozwolę mu zrobić swoje. Jeśli załatwię to szybko, ulżę jego cierpieniu, zanim rozpocznie się moje”.

– Czym mogę służyć?

Zwykle zwracał się do maszyn szorstkim tonem chłodnej obojętności, co było częścią kulturowej podstawy Imperium. Dobrobyt uzyskany na barkach niewolnictwa zawsze znieczulał ludzkie serca na krzywdę wyrządzoną. Visser od lat trzymał się tej pozy, choć nie zawsze było mu lekko, bo ciągnęło go do zwyczajnej katolickiej dobroczynności. Lecz teraz, kiedy wybrał ścieżkę męczennika, mógł sobie pozwolić na okazanie serca, powiedzieć to, czego nigdy nie śmiał.

Spojrzał na zegarek na ręce, zastanawiając się, czy zdąży załatwić tę sprawę z klakierem, zanim przyjdą po niego nakręcacze. Horolodzy byli przebiegli, ale leśnicy najgorsi. Czy wizyta sługi była elementem jakiejś intrygi mającej na celu wywabienie go z zakrystii? Metaliczny hałas zdradzający podenerwowanie – brzęki, szczęki, grzechoty, buczenia – rezonował w sklepieniu kościoła. Geas musiały zostać nałożone z ogromną niecierpliwością, zaś ich dopełnienie zostało niedopuszczalnie przeciągnięte. Co być może potwierdzałoby teorię o zaplanowanej intrydze.

Klakier się ukłonił. Nawet szarpany szponami bólu był niezmiennie uprzejmy. Spazmy i drgania utrudniały zrozumienie tego, co mówił, ewidentnie nie szła mu odpowiednia modulacja, ale i tak struny i stroiki mechanicznej krtani produkowały zrozumiałe dźwięki bliskie naturalnej ludzkiej mowie:

– Najmocniej przepraszam, że przeszkadzam. Przychodzę z polecenia mojego pana Pietera Schoonraada. Przyszedłem odebrać list polecający, o którym rozmawialiśmy.

– Przykro mi – powiedział pastor, choć słowa te wypowiadane przez człowieka do maszyny były czymś niespotykanym, szczególnie kiedy były szczere i padły w Prowincjach Centralnych – ale musiała zajść jakaś pomyłka.

– Ośmielę się przypomnieć panu, że rozmawialiśmy kilka dni temu. Należę do rodziny Schoonraadów. Jestem Jax.

Niech to szlag. List. Zupełnie o nim zapomniał, pochłonięty sprawą rozpracowania siatki i rozmyślaniem nad własnym losem.

Męczeństwo oznaczało cierpienie. Słona kropla potu spłynęła mu po czole, zjechała po grzbiecie nosa i uszczypnęła w oko. Otarł twarz rękawem, ale mechaniczny zdążył zauważyć dyskomfort pastora. Trybiki zachrzęściły, kiedy klakier, Jax, przechylił głowę. Soczewki obróciły się ze świstem. Visser poznał, że zanim mechaniczny znowu się odezwał, uruchomiło się u niego fabrycznie implementowane geas niższego stopnia.

– Nie wygląda pan najlepiej. Czy mam wezwać medyka?

Visser zbył go lekceważącym machnięciem ręki.

– Obawiam się, że nie napisałem tego listu. Byłem zajęty.

Nieregularne chrobotanie Jaxa stało się jeszcze szybsze i głośniejsze. Pastor mógłby przysiąc, że klakier lekko się przygarbił. Znowu poczuł ukłucie w sercu. Gdyby stał przed nim człowiek, położyłby mu dłoń na ramieniu, lecz mechaniczny cały się trząsł i taki gest mógłby być niebezpieczny.

– Raz jeszcze najmocniej przepraszam, ale moje obecne geas nie pozwalają mi na powrót do państwa bez listu polecającego. Rodzina płynie w przyszłym miesiącu do Nowego Amsterdamu i przed podróżą muszą zostać dopełnione rozmaite formalności.

Cóż, skoro potrzebował pomocy, akceptując swoje męczeństwo – oto nadeszła. Napisanie listu zajmie mu chwilę, co da nakręcaczom czas, aby tu wparować i go zabrać. A jeśli jego wola osłabnie i jednak spróbuje się zabić, obecny tu sługa powinien mu w tym przeszkodzić.

Z pewnością zrobiłby to, gdyby uznał, że pastor stanowi zagrożenie dla samego siebie. Visser mógł nawet wyobrazić sobie scenariusz, w którym Jax wyrywa z zawiasów drzwi do zakrystii i udziela mu niechcianej pierwszej pomocy. Klakier w przypadku zagrożenia życia potrafił zmusić człowieka do opróżnienia żołądka. Pozwoliłaby mu na to chłodna kalkulacja zasad poddańczych, gdyż ewentualne uszkodzenie ciała podczas resuscytacji nie będzie miało znaczenia, jeśli dzięki temu maszyna przyczyni się społeczeństwu i zatroszczy o długowieczność pastora. Obojętne, co zrobi, i tak ostatecznie wpadnie w łapy horologów.

„Niech będzie pochwalona Twoja mądrość, Panie. Podążę ścieżką, którą dla mnie wybrałeś”.

– Przypomnij mi – powiedział – komu mam wystawić ten list?

Zmagając się z drżeniem swojego mechanicznego ciała, Jax odparł:

– Jak mniema mój pan, jesteś, panie, zaznajomiony z ministrem generalnym Nowego Amsterdamu, i czuje, że twoja wyjątkowa osobista atencja, jaką obdarzasz życie duchowe całej rodziny, pomoże jej osiąść w Nowym Świecie. – Przerwał i znowu przekrzywił głowę. – Czy powiedziałem coś niestosownego, panie? Wyglądasz na nieco zdenerwowanego.

Nowy Amsterdam! Visser powstrzymał się przed ponownym skierowaniem oczu ku niebu.

„Czy to naprawdę to, na co wygląda, Panie?”.

Cudowne wybawienie! A pomyśleć, że Visser w chwili słabości niemal wszystko zrujnował. Kilka minut wystarczyło, aby po jego dojmującym smutku pozostały tylko zawroty głowy. Tak Bóg nagradzał swoich wiernych. Pastor nareszcie ujrzał wiodącą naprzód ścieżkę, zobaczył pożądaną kulminację doczesnej pracy i możliwość dotarcia do kresu duchowej podróży.

Uśmiechnął się. Będzie dobrze.

– Napiszę ten list. Zaczekaj tu.

Klakier ukłonił mu się.

– Oczywiście, panie. Dziękuję, panie.

Visser zamknął za sobą drzwi zakrystii i postawił na sekretarzyku wyciągnięty z ukrytej armarii mikroskop. Skórzana tuba zaczęła turlać się po blacie. Zastawił ją onyksowym przyciskiem do papieru, żeby nie spadła na ziemię. Usiadł z piórem wiecznym w dłoni i stukając zatyczką o zęby, przejrzał ostatnią korespondencję ze starym znajomym, który opiekował się obecnie klerem w Nowym Amsterdamie. Na czystej, ozdobionej nagłówkiem papeterii napisał:

15 września 1926 roku

Do czcigodnego wielebnego, ministra generalnego Langbroeka:

Mój drogi Coenraadzie,

pozdrawiam Cię serdecznie z Hagi. Odpowiadając na Twój list z zeszłego miesiąca: rozmawiałem z M.G. Hendriksem, który zaaranżuje dodatkowy transport do Nowego Amsterdamu. Kilkaset galonów niepoświęconej oliwy wypłynie do Ciebie jeszcze przed pierwszym dniem miesiąca. Czy dysponujesz może jakimiś informacjami na temat zawieszenia broni? Modlimy się, aby oznaczało ono koniec z zaburzaniem twojej posługi kapłańskiej. A teraz inna, przyjemniejsza sprawa. Pokornie powierzam pod Twoją opiekę szacowną i majętną rodzinę Schoonraadów, cieszący się dobrą opinią, poważany klan z Hagi. Schoonraadowie od dawna są oddanymi i niezłomnymi członkami naszej kongregacji. Będę zobowiązany, jeśli uznasz, że warto powitać ich w Nowym Amsterdamie osobiście. Szalejąca korupcja i defraudacja pieniędzy przez koncern bankowy van Althuisa i późniejsze kłopoty Centralnego Banku Nowego Amsterdamu, które niemal doprowadziły go do upadku – na pewno jesteś zaznajomiony z tym skandalem – były dla Mosiężnego Tronu nie lada utrapieniem. Pieter Schoonraad otrzymał bardzo trudne zadanie ponownego uczynienia Nowego Świata stabilnym centrum finansowym, co w pewnym sensie czyni go reprezentantem królowej Margreet. Okazana jego rodzinie dobroć naturalnie nie pozostanie bez wpływu na duchowe przewodnictwo Nowego Amsterdamu. Pieter Schoonraad to bystry, metodyczny człowiek i myślę, że nadaje się do wykonania zadania, które mu powierzono. Tak czy inaczej podróż przez ocean prowadząca na nieznane brzegi będzie dla niego i jego rodziny zarówno przygodą, jak i próbą. A w takich chwilach solidne duchowe oparcie jest niczym balsam. Wyjazd Schoonraadów będzie bolesnym ciosem dla tutejszej społeczności i dlatego przyniosłaby mi ogromne pocieszenie pewność, że trafią pod Twoją egidę.

Daj mi, proszę, znać, kiedy dotrze do Ciebie olejek.

Twój jak zawsze pokorny przyjaciel

pastor Luuk Visser

Złożył list, schował do koperty i zapieczętował, po czym napisał na niej: „Pastor Coenraad Langbroek, minister generalny Nowego Amsterdamu”. Kiedy kończył, usłyszał kroki jakiejś osoby idącej przez kościół. Poruszała się lżej i ciszej niż Jax. Człowiek. Horolodzy? Nagle aż się skrzywił, słysząc przeraźliwy, ponaglający pisk dziecka. Nie, nowy gość to nie żaden zegarmistrz ani jeden z ich mechanicznych drani, tylko ktoś jeszcze gorszy: Nicolet, najmłodsza Schoonraadka. Pastor, przygotowany na najgorsze, wziął do ręki list i mikroskop i opuścił zakrystię. Kościół zalatywał smarem i nagrzanym metalem. Domniemana spadkobierczyni fortuny Schoonraadów miała na sobie sukienkę z cynobrowej satyny i wstążki w tym samym kolorze wplecione w złote pukle. Podparta pod boki, łypała na człowieka napędzanego mechanizmem zegarowym.

Pomiędzy rzędami ławek stała jej ludzka guwernantka, której imię Visser ledwie zapamiętał, Kathryn jakaś tam. Na jej twarzy malowało się skrajne zmęczenie lub rezygnacja, nie znał jej na tyle, żeby stwierdzić z całą pewnością. Na dygnięcie opiekunki odpowiedział skinieniem głowy. Pewnie szły z egzekucji na Binnenhofie.

– Jax – powiedziała dziewczyna – masz mnie zanieść.

– Oczywiście, panienko. Zrobię, czego wymagasz, jak tylko wykonam polecenie twojego ojca.

Ona jednak potrząsnęła głową z taką energią, że jej pukle niemalże poderwały się do lotu.

– Nie. Jalyksegethistrovantusie, żądam, abyś mnie natychmiast podniósł.

Mówiąc to, tupnęła trzewikiem z czerwonej skóry w twardy marmur, co w oczach wielu dzieci było ostatecznym znakiem interpunkcyjnym. Jax wyrwał przed siebie niczym waleń trafiony harpunem przez wielorybników. Rozległy się chrupot zębatek i dźwięk naciągania sprężyny napędowej, na tyle donośnie, że aż zadrżały szyby okienne.

Visser westchnął. Cóż za nikczemna mała gówniara. Akceptacja męczeństwa dała mu chociaż tyle, że mógł mówić to, co zawsze chciał powiedzieć. Być może jego ostatnim czynem jako wolnego człowieka będzie nauczenie tej dziewczynki odrobiny ludzkiej przyzwoitości.

– Dobry wieczór, panienko Schoonraad – powiedział. – Czyżby jakiś problem?

– Jax się popsuł – odparła. – Nie chce robić tego, co mu każę.

Na Boga. Czy Nicolet naprawdę nie rozumiała hierarchii metageas? Czy może po prostu lubowała się w okrucieństwie?

„Chciałem ulżyć cierpiącemu biedakowi, a teraz udzielam lekcji na temat relacji pomiędzy ludźmi a klakierami bogatej, rozpuszczonej dziewczynce, która dorasta otoczona mechanicznymi”.

Przysiadł na najbliższej ławie. Położył obok siebie mikroskop i przybrał zamyślony, melancholijny wyraz twarzy. Tuba potoczyła się do oparcia ławy, a pastor sposępniał i podrapał się po brodzie.

– Ojej – powiedział. – Bo sęk w tym, że to…

Zreflektował się. Lata życia w Imperium, dopasowywania się, nauczyły go używać pogardliwego zaimka. Była to semantyczna sztuczka, która pomagała pielęgnować pewne zwyczaje, obedrzeć mechanicznych z tożsamości, pozbawić godności, odebrać cechy personalne, które mogłyby zaszkodzić pożądanej służalczości. Ale jego już to nie obchodziło.

– Skoro on nie wypełnia twoich poleceń, to znaczy, że jest popsuty. O to chodzi?

Kathryn się skrzywiła, ale Nicolet tego nie dostrzegła.

– Tak! – odpowiedziała.

Skonfliktowane ze sobą imperatywy wydanych przez Schoonraadów poleceń – okrutnie pokreślone obcesowym przywołaniem prawdziwego imienia klakiera – nie generowały prawdziwego paradoksu dzięki hierarchii metageas implementowanej każdemu mechanicznemu słudze.

Tak czy inaczej żądanie dziewczynki zwiększyło i tak już ogromną presję, która ciążyła na Jaxie i z którą ledwie dawał sobie radę. Oficjalnie należał do Tronu, dlatego życzenia królowej albo jej bezpośrednich przedstawicieli zawsze miały priorytet. Następnie, na mocy dziewięćdziesięciodziewięcioletniego wypożyczenia, zobowiązany był do posłuszeństwa swojemu tymczasowemu panu, którym prawdopodobnie był Pieter Schoonraad. Kolejne miejsca na liście zajmowali pozostali członkowie rodziny, począwszy od najstarszych. Następnie klakier, jak każdy, był zobowiązany służyć ludziom i ludzkości, co Visser miał zamiar wykorzystać.

Ale najpierw musiał powstrzymać tego rozwydrzonego bachora przed doprowadzeniem swojej zabawki do takich konwulsji, że gotowa się rozsypać po całym kościele. Jax trząsł się tak intensywnie, że wydawał się niemal przeźroczysty, jego zarys był rozmyty. Potrzeba wykonania rozkazu młodej panienki płonęła jasno w jego oczach. Lecz póki Visser nie umieści listu w rękach służącego, rozkazy starszego Schoonraada nadal będą powstrzymywać Jaxa przed opuszczeniem tego miejsca. Kakofonia, jaką wydawało jego metalowe ciało, brzmiała niczym wóz pełen złomu pędzący z niekończących się schodów królewskiego Pałacu Letniego. Stopy klakiera szurały po marmurowej posadzce. Guwernantka skrzywiła się, rozdrażniona hałasem. Visser napotkał jej spojrzenie, ale kobieta przewróciła oczami i wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: „Co ja mogę zrobić? Młodość rządzi się swoimi prawami”.

Brak serca nie był jedynie domeną bogaczy.

Pastor podszedł do klakiera z listem w dłoni. Oczy mechanicznego zafiksowały się na kopercie, jedynej rzeczy, która mogła go wybawić z uścisku niewypełnionych geas. Lecz przez cały ten czas, kiedy tak drżał, patrzył przed siebie z obojętnym wyrazem charakterystycznym dla wszystkich służących. Niezmienne twarze klakierów produkowane były masowo, wytapiane z alchemicznego stopu gdzieś w Wielkiej Kuźni. Już bardzo wcześnie Huygens lub jego spadkobiercy zrozumieli, że dopracowanie tej technologii wymaga uwzględnienia ludzkiej psychologii. Dlatego też fizjonomia klakiera-służącego stanowiła przedmiot ostrożnych i uważnych prac, aby jego twarz nie zdradzała ani śladu niezależnego procesu myślowego zachodzącego w metalowej czaszce. Był to kolejny krok mający na celu odebranie osobowości mechanicznym, odczłowieczenie ich. Ale niegdyś, na samym początku klakierzy nosili zindywidualizowane, malowane maski zakrywające skomplikowany mechanizm kryjący się za szkieletową powierzchnią. Miejscowi artyści wymyślili wzory i istniał nawet spory popyt na stare maski, szczególnie w Delft. Taka z Verelst mogła pójść za parę ładnych guldenów. Visser widział niegdyś kilka takich w muzeum w Delft.

Zastanawiał się, zresztą całkiem często, co się działo za tym całunem bierności. Co Jax myślał o Nicolet, tak w głębi prywatnych rejonów swojego spętanego serca? Czy faktycznie była mu kompletnie obojętna? Może nią gardził? Albo ją kochał? Pastor nie musiał jednak odczytywać jego mimiki, aby stwierdzić, jak bardzo jest nieszczęśliwy i jakie cierpi katusze. Nie zwlekając już dłużej, podał mechanicznemu list.

Brzęki i szczęki wydawane przez roztrzęsione ciało Jaxa ustały, kiedy tylko jego palce zacisnęły się na kopercie. Hałas wydzielany z powodu przeciążenia ucichł i zastąpiło go zwyczajne tykanie charakterystyczne dla klakiera.

Jax przestał nerwowo szurać nogami po marmurowej podłodze, po kościele nie roznosiło się już echo, choć w powietrzu nadal wisiał swąd nagrzanego metalu.

– Proszę, oto list polecający.

Klakier pokłonił się raz jeszcze.

– Dziękuję w imieniu swojego pana.

Jax się odwrócił, chcąc posadzić sobie Nicolet na ramionach, ale zanim to zrobił, odezwał się Visser:

– Panienko Schoonraad? Chciałbym się dowiedzieć jeszcze czegoś o popsutym słudze, jeśli można.

– Zepsuł się. Nie podniósł mnie, kiedy mu kazałam.

– Poważny problem. Ale wie panienka, nie tak łatwo naprawić uszkodzonego klakiera. Może nawet będzie trzeba go przewieźć do budynku Gildii, a horolodzy rozbiorą go, żeby znaleźć problem. A ty i twoi rodzice do tej pory zdążycie już odpłynąć. Tata musiałby pewnie nająć kolejnego klakiera na miejsce Jaxa. Podobno trochę to trwa w Nowym Świecie. Jejku. Mogą minąć nawet i miesiące.

– Ale ja nie chce nikogo innego. Chcę Jaxa.

– Cóż, to może spróbujemy zawęzić problem? Jeśli uda nam się powiedzieć horologom, co dolega Jaxowi, szybciej będą mogli go naprawić.

Visser kątem oka zerknął na Kathryn. Guwernantka przygryzała wargę i patrzyła na niego z nietęgą miną. Była wyraźnie niespokojna albo zmieszana tym doborem słów. Nicolet oczywiście niczego nie zauważyła, skupiona na afroncie, bo nie dostała tego, co chciała.

– Jest zepsuty, bo się nie słucha – położyła nacisk na ostatnie słowo i ułożyła usta w dzióbek, jakby zasysała watę cukrową; spojrzała na Vissera z szeroko otwartymi oczyma. – A czy pan wie, co robią nieposłusznym klakierom? Ja widziałam. Topią ich!

– Tak, wiem. Niech no o coś panienkę zapytam. Czemu Jax tutaj jest?

Nicolet majstrowała coś przy włosach, udając, że zaplątała się w nie srebrna wsuwka. Gdy guwernantka doskoczyła do niej, żeby poprawić wstążeczki, dziewczyna wymamrotała:

– Mój ojciec go tu przysłał.

– Czyli jest mu posłuszny.

– Chyba tak. – Wzruszyła ramionami. – Au, nie tak mocno.

– A co, jeśli polecenie, jakie mu wydano, nie zostało jeszcze wykonane, kiedy kazałaś Jaxowi się podnieść? Może czekał na to? – zapytał pastor, wskazując na trzymaną przez klakiera kopertę.

Odwróciła wzrok i wyszeptała:

– Nie mógłby wtedy odejść.

– Ale nałożyłaś na Jaxa kolejne geas. Takie, których nie mógł dopełnić. Nalegałaś i rozrywało go to od środka.

Kathryn chrząknęła.

– Czy pastor nie miał na myśli, że coś rozrywało… „to” od środka? – Lojalna guwernantka spojrzała na swoją podopieczną, chcąc chronić ją przed podobnymi bezeceństwami.

Lecz Visser, który utwierdził się w przekonaniu, że chce się poświęcić ścieżce męczeństwa, mógł sobie pozwolić na odrobinę herezji.

– Myślę, że dla dobra tej lekcji możemy przyjąć, że Jax jest osobą.

Nawet mała Nicolet się oburzyła.

– Tykający ludzie to nie ludzie, tylko głupie maszyny. Każdy to wie.

– Ale wyobraźmy sobie, że Jax może czuć to, co ludzie.

Kathryn położyła dłonie na ramionach Nicolet.

– Na pewno jest pastor zajęty. Chyba powinnyśmy już iść.

– Nonsens – odparł. – Szerzenie chrześcijańskich wartości jest częścią i podstawą mojej doczesnej posługi kapłańskiej. Tak jak pielęgnowanie odpowiednich zasad moralnych mojej młodej trzódki.

Guwernantka wydawała się skrajnie niezadowolona, mimo to nie wyprowadziła podopiecznej z Nieuwe Kerk. Pastor podrapał się po brodzie. Musiał posłać mikroskop przed nadejściem nakręcaczy, ale pocieszał się myślą, że Pan zadba, aby udało mu się to zrobić, i może poświęcić chwilę, aby pomówić o empatii. Zmiana nastawienia wobec mechanicznych to prawdziwa transformacja pokoleniowa. Należy zacząć od najmłodszych.

– Jak się panienka czuje, kiedy mama się na nią gniewa?

Dziewczynka wymamrotała coś, czego nie usłyszał. Guwernantka złajała dziecko:

– Niech panienka odpowie.

– Jestem wtedy zła. Smutno mi.

– A kiedy i matka, i ojciec się gniewają?

– Jeszcze gorzej.

– A czy zdarza się panience płakać?

– Nie.

Kathryn uderzyła językiem o podniebienie.

– Kłamstwo damom nie przystoi.

Nicolet się spłoniła.

– Czasem.

– Podejrzewam, że Jax czuł się podobnie, kiedy nałożyłaś na niego kolejne geas. Pewnie jakbyś karała go i ty, i twój ojciec.

– Ojej – odparła.

Cóż, przynajmniej spróbował.

– Rozumiem, że nie możesz się doczekać swojej przejażdżki, ale zastanawiałem się, czy nie mógłbym chwilę z Jaxem porozmawiać.

Nicolet skubała swój złoty pukiel. Znudzona i wyniosła niczym sama królowa, rzekła:

– Jalyksegethistrovantusie, uwalniam cię od obowiązku.

A teraz najtrudniejsza część. Nie dość, że już ryzykowne było samo nakłonienie Schoonraadowego klakiera do wykonania brudnej roboty, to jeszcze musiał to zrobić na oczach Nicolet i jej guwernantki. I musiało to jednak brzmieć cokolwiek niewinnie. Historyjka, jaką miał zamiar im sprzedać, musiała być nieskazitelna i poza wszelkimi podejrzeniami. Bo jeśli nakręcacze go przyłapią i prześwietlą jego ostatnie kontakty, ta niecodzienna prośba na pewno wyjdzie na jaw i agenci przechwycą Jaxa. Być może nie powinien był tak szarżować przy guwernantce.

Wywijał tubą z mikroskopem, starając się trzymać ją poza zasięgiem lepkich rąk dziewczynki, które ta wystawiała chciwie, chcąc złapać urządzenie. Cóż to byłaby za tragedia, gdyby stracił taką okazję. Nawet jeśli oznaczało to nałożenie na tę biedną istotę kolejnych geas, i to długoterminowych. Guwernantka wydawała się oburzona:

– Nicolet!

Dziewczynka się zreflektowała i opuściła ręce.

– Przepraszam. Ale co to jest? – zapytała; nawet Kathryn wydawała się zainteresowana. – Teleskop?

Skórzana tuba miała niegdyś kolor mahoniu, ale zdążyła już wyschnąć i nawet gdzieniegdzie popękać. Przyrząd miał jakieś trzydzieści centymetrów długości i pięć średnicy. Na obu końcach tuby znajdowały się zmatowiałe mosiężne pierścienie utrzymujące kulę z matowego szkła. Trzecia obręcz okalała środek tuby. Niegdyś można było ustawić odległość pomiędzy soczewkami, obracając pierścienie w przeciwne strony. Ale ten środkowy tkwił od dawna nieruchomo. Poza tym ustrojstwo lekko zalatywało amoniakiem.

– O, była panienka blisko. To mikroskop. Nabyłem go kiedyś w Leiden jako interesującą ciekawostkę. Jest bardzo stary.

Nicolet wyrecytowała szkolną formułkę, jak tylko potrafią to przedwcześnie rozwinięte, ale niedojrzałe dzieci z zamożnych rodzin:

– Mikroskop wynalazł van Leeuwenhoek. Każdy to wie.

Jej wykształcenie, tak jak innych dzieci, obejmowało rozległą wiedzę o historycznych korzeniach Imperium, na których poznanie kładziono nacisk.

Klakierzy byli co prawda szczytem osiągnięć technicznych, ale siedemnastowieczne Niderlandy mogły się pochwalić miriadami naukowych i artystycznych innowacji. Choć rzecz jasna historia, której uczono dzieci, była nadmiernie uproszczona, rozcieńczona, niemal alternatywna.

– Tak, lecz jego mikroskopy w porównaniu z tym były dość proste. Ten jest złożony – powiedział pastor, pokazując na końce tuby. – Czyli ma więcej niż jedną soczewkę.

– Chcę zobaczyć! – zażądała.

Visser przygryzł wargę. Nie mógł jej odmówić. Nie, jeśli chciał ciągnąć tę szaradę. Guwernantka znowu upomniała swoją podopieczną:

– Nicolet…!

– Nie, nic się nie stało. Oczywiście, że może zobaczyć.

Pastor podał dziewczynce tubę ze świadomością, że być może – dosłownie – powierza przyszłość Nowej Francji w nieodpowiednie ręce.

Nicolet szukała czegoś, co mogłaby obejrzeć pod mikroskopem. Spojrzała na rysy na marmurowej posadzce kościoła, które zostawiły metalowe stopy Jaxa, i przyklękła. Zasłoniła dłonią jedno oko i zacisnęła rękę na tubie.

Visser odsunął się na bok, żeby nie zasłaniać jej światła. Pochyliła głowę i to przysuwała się, to odsuwała od okularu, próbując uzyskać jak najlepszą odległość. Sfrustrowana, obróciła gwałtownie mikroskop – pastor aż się skrzywił – i spróbowała raz jeszcze, tym razem patrząc z drugiej strony. Zasmuciła się. Po paru minutach eksperymentowania nareszcie się poddała, podniosła mikroskop i rozejrzała się po kościele.

– Nic nie widzę – powiedziała. – Zepsuty.

Wykonała pogardliwy gest, niemalże rzucając urządzenie pastorowi. Za uchem Vissera zebrała się chłodna kropla potu.

– Tak. Obawiam się, że nie dbałem o niego zbyt dobrze, ale jak mówiłem, jest dość stary. Może nawet starszy – dodał – niż najstarsi klakierzy.

Kathryn mrugnęła. Nawet Nicolet ucichła.

– Lecz nie ma ich trwałości, jak zresztą panienka zauważyła, i obawiam się, że nie nadaje się już do niczego. Dzisiaj korzystamy ze szkła znacznie lepszej jakości i trudno orzec, jak długo leżał nieużywany. Na pewno jego lata świetności dawno minęły, bo skóra przez długi czas nie była oliwiona. Niegdyś może i był technologicznym cudem, ale teraz to staroć. Ale – kontynuował, machając mikroskopem przed oczami dziewczynki – to prawdziwy historyczny artefakt, nie uważasz?

Nicolet wzruszyła ramionami.

– No, jest stary.

Visser zwracał się ciągle do całej trójki: dziewczyny, jej guwernantki i mechanicznego człowieka. Jednak nie licząc zwyczajowego tykania – które stanowiło swoisty dźwięk tła całego Imperium – podczas gdy kontynuował swoją prezentację, Jax milczał, wydawał się zupełnie niezainteresowany mikroskopem. Czy klakier wyczuł coś niezwykłego? Czy jego alchemiczne mechanizmy były uczulone na obecność zakazanej technologii? Jeśli tak, inne metageas zmuszą go do zatrzymania i wydania Vissera. Dopadną go prędzej czy później. Lecz Pan nie pozwoli na to, zanim jego sługa nie wypełni swojego obowiązku względem Stolicy Apostolskiej.

– Ano jest – odparł pastor. – Mam znajomego, który prowadzi, a może raczej prowadził niewielkie muzeum w Nowym Amsterdamie. Miał spore ambicje… szczerze mówiąc, porywał się z motyką na słońce. Tak czy inaczej była to inicjatywa godna podziwu. Jego zamiarem było przedstawienie Nowemu Światu narodzin Imperium. – Chmury za wysokimi oknami zaczęły się przerzedzać i słońce odbijało się od niewielkich kryształków, które osiadły w fałdach stuły; pastor strząsnął je, jakby były ledwie przypadkowymi kłaczkami. – Niestety, podczas wojny był zmuszony zamknąć swoje muzeum i sprzedać część kolekcji. Teraz jednak, kiedy konflikt ma się ku końcowi, zamierza ją odbudować i ponownie otworzyć muzeum. Myślę, że ten mikroskop będzie znamienitym eksponatem. Bo, jak wiecie, nasi kuzyni zza Atlantyku nie są tak zakochani w zdobyczach Imperium jak my.

– Będziemy mieli jeden z największych domów w całym Nowym Amsterdamie. Tak mówi mama.

Visser zachował spokojny i opanowany ton:

– Z pewnością. Szkoda, że nie będę mógł go zobaczyć, ale obawiam się, że czas tak długich podróży minął już dla mnie bezpowrotnie. Zastanawiam się, czy mógłbym poprosić twoją maszynę o zrobienie czegoś na moją prośbę.