Strona główna » Obyczajowe i romanse » Michaił Bułhakow. Utwory wybrane. Tom 2

Michaił Bułhakow. Utwory wybrane. Tom 2

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-06-03557-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Michaił Bułhakow. Utwory wybrane. Tom 2

W czterech obszernych tomach gromadzimy wszystko, co z Bułhakowa najwspanialsze, począwszy od wczesnej prozy, teksty krótkie, felietony, opowiadania, powieści, utwory teatralne (zarówno dramaty, jak i powieści okołoteratralne) aż po opus magnum, Mistrza i Małgorzatę w klasycznym i znakomitym literacko przekładzie. Crème de la crème edycji stanowi nowy przekład Białej gwardii według edycji krytycznej z 2015 roku. Przekład Mistrza i Małgorzaty porównano z rosyjską edycją krytyczną - także z 2015 roku.

Wybrała i posłowiem opatrzyła Alicja Wołodźko-Butkiewicz.

Polecane książki

Użyta w tomie formuła „pisarstwa pomiędzy” zakłada istnienie dość stabilnego kontekstu historycznoliterackiego, teoretycznego i metodologicznego. Po pierwsze: punktem odniesienia czyni dwudziestolecie międzywojenne, po drugie: umowny przełom roku 1989. Nietrudno zauważyć, iż kobiece pisanie trak...
W stadzie jest zawsze weselej. Stado ma zawsze dużo pomysłów(nie zawsze mądrych) i całkiem sporo przygód.Ze stadem nie można się nudzić.A kiedy stada przychodzą stadami, zabawy jest co niemiara. I do tego tomiku zawitały bajkowe stada. Sprawdź, co razem zmalowały, a potem pokoloruj zwierzęta.Czy ...
Osiągnij harmonię, żyj po swojemu, na własnych zasadach. To nie jest książka o tym, jak odnaleźć spokój, sprzątając szafę. Nie znajdziesz tu prostej recepty na szczęście ani gotowych ćwiczeń do wykonania. To książka o tym, jak w nadmiarze spraw i możliwości odnaleźć to, co dla nas naprawdę ...
Książkę polecam tym którzy lubią chronologię biblijną, oraz szukają wyjaśnień symboli proroczych księgi Daniela i Objawienia Jana....
Choć książka „Od towarzyszy do kapitalistów” powstała w roku, w którym świętowaliśmy 25 lat wolności, to nie „Solidarność” ani nie kościół katolicki odgrywają w niej najważniejszą rolę. Jan Cieński opisał historie ludzi, którzy zmienili Polskę z szarego, ponurego, komunistycznego kraju w członka klu...
Powieść przedstawia członków wielopokoleniowej rodziny o chwiejnej emocjonalnie osobowości typu borderline i pokazuje ich "życie na huśtawce". Punktem zwrotnym jest wypadek, w wyniku którego ojciec rodziny dostaje zawału. Do chorego zjeżdżają się dzieci i bliscy, a następnie wspólnie próbują zamiesz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Michaił Bułhakow

W NOCY Z DRUGIEGO NA TRZECIZ POWIEŚCI CZERWONY SKOK(1922)

Pan kureniowy błysnął szronem w oślepiającym świetle latarni jak święty Mikołaj i wydarł się w dziwacznym języku, który składał się z mieszaniny rosyjskich, ukraińskich i utworzonych przez niego samego, pana kureniowego, słów.

– W duszę mać!! Ściągaj buty, każu tebe! Ściągaj, łajzo! Jak ty ne pomoroziw, jateberozstrzylam w cholerę, taka twoja mać!

Pan kureniowy machnął mauzerem, wycelował go w gwiazdę Wenerę, która zawisła nad Słobodką, i nacisnął spust. Pięć razy przeleciały ukośnie błyskawice, pięć razy ogłuszająco, wesoło gruchnęło z ręki pana kureniowego i pięć razy, fiknąwszy radośnie koziołka – trach-tach-ach-tach-dach – między oblodzonymi przęsłami zerwało się figlarne echo.

Potem przyszłego privatdozenta1 i wykwalifikowanego specjalistę, doktora Bakalejnikowa, zepchnięto z mostu. Siczowcy zakotłowali się niczym oszalałe stado, szpitalne szlafroki2 naparły na nich czarną ścianą, zmurszała balustrada stęknęła, pękła i doktor Bakalejnikow spadł, krzyknąwszy żałośliwie, jak worek owsa.

Śnieg jest zimny, to prawda. Jeśli jednak z wysokości trzech sążni spadnie się z mostu w bezdenną zaspę, jest gorący jak wrzątek.

Doktor Bakalejnikow przełamał cienką szreń, wbił się w zaspę jak scyzoryk, poderwał na sążeń parzącą białą chmurę i zapadł się po samo gardło. Stracił oddech, zwalił się na bok, jeszcze głębiej, niewiarygodnym wysiłkiem wzbił drugą chmurę i jakimś cudem wygrzebał się z zaspy. Najpierw uwolnił pierś, potem kolana, kostki (wrzątek w kalesonach), aż w końcu stanął na twardym, oblodzonym stoku.

Tutaj doktor wbrew woli wykonał imponujący piruet, o drut kolczasty zadrasnął do krwi lewą rękę i usiadł na lodzie.

Z mostu huknął dwa razy mauzer, wzmogły się zgiełk i tupot. Piętro wyżej zaś – aksamitna boska noc, cała w brylantowych rozbłyskach.

Doktor zwrócił twarz z puszystymi białymi rzęsami ku migotliwym gwiazdom i wypluwając z ust śnieg, do nich skierował swoją przemowę:

– Jestem głupcem. Jestem żałosną kreaturą.

Łzy stanęły w oczach doktora, a on mówił dalej do gwiazd i do żółtych, migających światełek Słobodki.

– Głupcom należy się nauczka. Dobrze mi tak.

Zdrętwiałą ręką zaczął wyciągać z kieszeni spodni chustkę do nosa. Wyciągnął i owinął nią nadgarstek. Na chustce natychmiast wystąpiła czarna plama. Doktor ciągnął, wpatrując się w magiczne niebo:

– Boże. Jeśli istniejesz, spraw, żeby w tym momencie pojawili się w Słobodce bolszewicy. W tej chwili.

Ze wzrokiem utkwionym w żółtych, przyjaznych światełkach spłaszczonych domków doktor głęboko westchnął…

– Jestem z przekonań monarchistą. Jednak w danym momencie konieczni są tutaj bolszewicy. Cholera! Krwawi… nieźle się skaleczyłem. Ach, łajdaki. To dopiero łajdaki! Boże… Spraw, żeby stamtąd, z czarnego mroku za Słobodką, bolszewicy uderzyli zaraz na most.

Doktor jęknął z rozkoszą, wyobraziwszy sobie marynarzy w czarnych kurtkach. Wdzierają się jak huragan, a szpitalne szlafroki idą w rozsypkę. Zostaje pan kureniowy i ta nikczemna małpa w czerwonej czapce – pułkownik Maszczenko. Obydwaj padają na kolana.

– Litości, dobrodiju! – wołają rozpaczliwie.

Tu jednak występuje naprzód doktor Bakalejnikow i mówi:

– Nie, towarzysze! Nie. Jestem monar… Nie, to zbędne… Lepiej tak: jestem przeciwny karze śmierci. Tak. Przeciwny. Przyznaję, że Karola Marksa nie czytałem i nawet nie całkiem rozumiem, co on tutaj, w tym zamęcie, ma do rzeczy, ale tych dwóch trzeba zabić jak wściekłe psy. To niegodziwcy. Nikczemni pogromowcy i rabusie.

– Aach… tak… – złowieszczo odpowiadają marynarze.

Doktor Bakalejnikow zaś ciągnie:

– Tak, towarzysze. Sam ich zastrzelę!

W rękach doktora marynarski rewolwer. Celuje. W głowę. Jednego. W głowę. Drugiego.

W tym momencie roztopił się śnieg za kołnierzem, dreszcze przebiegły po plecach i doktor Bakalejnikow oprzytomniał. Cały upudrowany śniegiem, iskrząc się i lśniąc, wspiął się po zboczu z powrotem na most. Dokuczał nieznośny ból w ręce, w głowie biły dzwony.

Czarne szlafroki stały w półkręgu. Szare tłumy uciekły przed nimi i zniknęły w zagadkowej Słobodce. Dwa kroki od kulomiotu na udeptanym śniegu siedział siczowiec bez czapki i tępo patrząc w ziemię, zdejmował buty. Pan kureniowy, podparłszy się lewą ręką pod bok, prawą machał mauzerem do taktu własnym słowom.

– Ściągaj, ściągaj, ślamazaro – mówił.

Na jego okrągłej, pryszczatej twarzy malowała się zimna stanowczość. Żołnierze w miskach na głowach patrzyli na siczowca z otwartymi ustami. W szparkach oczu świeciła się paląca ciekawość.

Siczowiec długo marudził, ale w końcu ściągnął dziurawy but. Pod butem była szaroczarna, zaskorupiała onuca. Zanim siczowiec odwinął paskudną szmatę, nad doktorem przeleciało półtora ołowianego roku.

„Zabije… zabije… – huczało w głowie – przecież ten głupiec ma nogi zdrowe. Boże, dlaczego milczy?”

Coś na kształt westchnienia wyrwało się żołnierzom.

Siczowiec odrzucił wreszcie obrzydliwą szmatę i powoli, obydwoma rękoma, uniósł nogę pod sam nos kureniowego. Sterczała całkowicie odmrożona biała, koślawa stopa.

Mętna chmura zakłopotania starła stanowczość z okrągłej twarzy pana kureniowego. Zamrugały białe rzęsy.

– Do lazaretu! Przepuścić jogo!

Rozstąpiły się szpitalne szlafroki i siczowiec ruszył, kulejąc, na most. Doktor Bakalejnikow patrzył, jak człowiek z bosą nogą niesie w rękach but i szmatę, i piekąca zawiść przeszyła mu serce. Gdyby tak za nim! Tam. Oto miasto – tam! Płonie na wzgórzu za rzeką krzyż Włodzimierza, a na niebie leży fosforyczny, blady odblask latarni. Do domu. Do domu. Mój Boże! O błogi spokoju!

Zwierzęce wycie wyrwało się nagle z białego budynku. Wycie, potem stękanie. Wycie.

– Parcha sieką – niegłośno, ze smakiem odezwał się jakiś głos.

Bakalejnikow zamarł w mroźnym pudrze, przed jego oczami zakołysały się na przemian biała ściana z czarnymi oczodołami wybitych okien i jakieś coś z szerokimi skułami, co niejasno przypominało ludzką twarz nakrytą szarą niemiecką miską.

Wydawało się, że w budynku ktoś trzepie dywan. Wycie niosło się, rozrastało tak, jakby cała Słobodka wypełniła się wrzaskiem tysiąca ludzi.

– Co to ma być?! – głośno, ostro zawołał czyjś głos. Dopiero kiedy coś z szerokimi skułami znalazło się tuż przed oczami Bakalejnikowa, doktor zrozumiał, że głos należał do niego samego, pojął też, że jeszcze sekunda ludzkiego wycia, a z lekkim i radosnym sercem wbije paznokcie w usta tego szerokiego czegoś i rozedrze je do krwi. Coś cofało się tymczasem we mgle z wybałuszonymi szeroko oczami.

– Za co go bijecie?!

Nieodwracalna katastrofa nie spotkała przyszłego privatdozentatylko dlatego, że wycie i odgłosy uderzeń utonęły w hałasie na moście, którego wir wciągnął i gębę w hełmie, i samego Bakalejnikowa.

Nowy tłum dezerterów – siczowców i hajdamaków – wysypał się na most z czeluści Słobodki. Cofając się, pan kureniowy posłał nad głowami w czarne ujście cztery kule.

– Granatowa Dywizjo! Do roboty! – warknął jak kołatka głos pułkownika Maszczenki. Czapka z czerwonym denkiem zakołysała się, ogier, chrapiąc w ścisku czarnych szlafroków i napierającej szczeciny bagnetów, stanął dęba.

– Kro-okom rusz!

Czarny batalion Granatowej Dywizji zagrzmiał chrzęstem setek nóg, w kleszczach wyniósł ku górze konnych dowódców; łamiąc resztki tymczasowej drewnianej balustrady, wbił się w czarne ujście i popędził przed sobą oszalałych siczowców. W zgiełku rozległ się niewyraźnie okrzyk:

– Chaj żywe bat’ko Pietlura!

O gwiaździste, bliskie sercu ukraińskie noce! O błogi spokoju!

O dziewiątej, kiedy czarny szyk zmiótł przed sobą i szanownego doktora, i w diabły w ogóle wszystko, w mieście za rzeką, w mieszkaniu doktora Bakalejnikowa panował codzienny ład przedmiotów i niecodzienny zamęt w sercach. Warwara Afanasjewna, żona doktora, miotała się od jednego czarnego okna do drugiego i wciąż przez nie wypatrywała, jakby w gęstych ciemnościach z rzadkimi światłami chciała dojrzeć męża i Słobodkę.

Kolka Bakalejnikow i Jurij Leonidowicz chodzili za nią krok w krok.

– Daj spokój, Wariu! Nie ma powodów do niepokoju. Nic mu się nie stało. To prawda, głupio zrobił, że poszedł, ale sądzę, że starczy mu rozumu, żeby zwiać.

– Jak Boga kocham, nic się nie stanie – wsparł go Jurij Leonidowicz, któremu natłuszczone pióra stały na głowie dęba.

– Ach, tylko tak mnie pocieszacie!… Oni zabiorą go do Galicji.

– Co też ty! Przyjdzie…

– Warwaro Afanasjewno!

– Dobrze, będę akompaniować… Mój Boże! A cóż to za paskudztwo? Co to za pióra? Chyba pan zwariował! Gdzie przedziałek?

– He, he. Bo on zrobił sobie fryzurę à la bolszewik.

– Nic podobnego – oblewając się głębokim rumieńcem, skłamał Jurij Leonidowicz.

Była to jednak szczera prawda. Pod wieczór, wychodząc od fryzjera Jeana, który za Petlury przez dwa miesiące pracował pod zagadkowym szyldem „Golarnia”, Jurij Leonidowicz zagapił się na uciekających samochodami na dworzec petlurowskich sztabowców z czerwonymi chwastami i zderzył z jakimś czarnym robociarzem. Jurij Leonidowicz w prawo i tamten w prawo, w lewo, w lewo… w końcu jakoś się minęli.

– Myślałby kto, ukraiński pan! Pół chodnika zajmuje. A laski ze złotymi gałkami odbiorą do wspólnej kasy.

Bystry i uważny Jurij Leonidowicz odwrócił się, zmierzył wzrokiem czarne zatłuszczone plecy, uśmiechnął się, jakby wyczytał na nich jakąś wiadomość, i wymamrotał:

– Nie warto się wdawać. Powinszować. W nocy bolszewicy będą w mieście.

Dlatego po przyjeździe do domu postanowił zmienić wygląd i zmienił go radykalnie. Porządną marynarkę zastąpił sweter z dziurą na brzuchu, a laska ze złotą gałką została oddana na przechowanie matce. Zamiast bobrowej czapki jakieś paskudztwo z uszami. Na głowie pod paskudztwem zaś diabli wiedzą co. Jurij Leonidowicz namoczył dzieło Jeana z „Golarni” i zaczesał włosy do tyłu. Wyszło jakby nie najgorzej, ale kiedy włosy wyschły i stanęły… Boże!

– Niech pan coś z tym zrobi! Nie będę akompaniowała. Licho wie… Papuas!

– Komancz, wódz Sokole Oko.

Jurij Leonidowicz pokornie opuścił głowę.

– No dobrze, przeczeszę się.

– Ja myślę! Kolka, zaprowadź go do swojego pokoju.

Kiedy wrócili, Jurij Leonidowicz nie był już Komanczem, lecz dawnym, gładko uczesanym oficerem gwardii, a teraz uczniem studia operowego Makruszyna, posiadaczem fenomenalnego barytonu.

Miasto wspaniałe… Mia-asto szczęśliwe!

Królowa mórz, słynna Wenecja!…

Łago-odnie dmie…

Aksamitna lawa wypełniła salon i pocieszyła pełne niepokoju serca.

O mia-a-a-asto cudowne!

Dźwięcząca lawa zalała pokój po brzegi, zahuczała odbitym od ścian echem i drżącymi szybami. Dopiero kiedy przyczesany Komancz, ściszając głos i panując nad uległymi akordami, zaśpiewał zdumiewającym mezza voce:

Miesiąc z nie-eba nocnego świeci!…3

Kolka i Warwara Afanasjewna usłyszeli piekielne, groźne odgłosy walenia w miednice.

Akord się urwał, ale pod pedałem brzmiało jeszcze „do”; zamilkł też głos, a Kolka zerwał się jak użądlony.

– Dam sobie uciąć rękę, że to Wasilisa! To on, przeklęty!

– Boże…

– Ach, uspokójcie się…

– Daję głowę! Że też ziemia nosi takiego tchórza!

Za oknem unosiło się, przetaczało głucho dzwonienie. Kolka zakręcił się, wpychając do kieszeni pistolet.

– Kola, zostaw browning! Kola, proszę cię…

– Ależ nie obawiaj się, na Boga!

Trzasnęły drzwi w jadalni, a potem te prowadzące z werandy na podwórko. Hałas wdarł się na chwilę do pokoju. Na podwórku, na sąsiednim i dalej wzdłuż całej ulicy dzwoniły misy do smażenia konfitur. Głośne, rozkołysane, niespokojne odgłosy rozlewały się, wstrząsając mroźnym powietrzem.

– Kola, nie wychodź z podwórka. Juriju Leonidowiczu, niech pan go nie puszcza!

Drzwi już się jednak zatrzasnęły, obydwaj zniknęli, a za ścianą płynęło głucho: don… don… don…

Kolka zgadł. Przyczyną alarmu był Wasilisa – właściciel domu i burżuj, inżynier i tchórz. Nie tylko owej groźnej, niepewnej nocy, kiedy oczekiwano po Petlurze władzy radzieckiej, ale także w ciągu całego roku, kiedy miasto przyjmowało i odsyłało gdzieś w dal najrozmaitsze władze, biedny Wasilisa przeżywał nieustanny, chroniczny koszmar, w którym zmieniały się i skakały to groźne twarze marynarzy ze złotymi literami na wstążkach Orderu św. Jerzego, to białe papierki z niebieskimi pieczęciami, to zuchowate hajdamackie chwasty, to gęby niemieckich lejtnantów z monoklami. W uszach dniem i nocą strzelały karabiny, dzwoniły miednice, Wasilisa z kamienicznika zamienił się w przewodniczącego komitetu domowego i wstając każdego ranka, oczekiwał biedaczysko na jakąś kolejną nadzwyczajną niespodziankę nad niespodziankami. Doczekał się jednak przede wszystkim tego, że utracił swoje imię, imię ojca i nazwisko – Wasilij Iwanowicz Lisowicz – i stał się Wasilisą.

Na niezliczonych papierkach i ankietach, których całych stosów domagała się każda władza, przewodniczący komitetu zaczął podpisywać się: Was. Lis. z długim, drżącym zakrętasem. Robił to w przewidywaniu jakiejś strasznej, niezwykłej odpowiedzialności przed przyszłą, jeszcze nieznaną, ale w jego mniemaniu karzącą władzą.

Nic więc dziwnego, że gdy tylko Kolka Bakalejnikow dostał pierwszą kartkę na cukier z Was. i Lis., całe podwórko zaczęło nazywać kamienicznika Wasilisą, a w ślad za nim także wszyscy znajomi w mieście. Nazwisko Wasilij Lisowicz było teraz używane tylko w ostateczności, w bezpośredniej rozmowie z Wasilisą.

Kolka, który jako sekretarz komitetu domowego sprawował pieczę nad listą domowej ochrony, nie mógł odmówić sobie przyjemności i w ważną noc z drugiego na trzeci wyznaczył na dyżur właśnie Wasilisę do pary z najbardziej niemrawą i pulchną kobietą na podwórku – Awdotią Siemionowną, żoną szewca. Dlatego w rubryce: „Drugiego, od 20.00 do 22.00” – figurowali Awdotia i Wasilisa.

W ogóle przyjemności było więcej. Kolka przez cały wieczór uczył Wasilisę obchodzenia się z austriackim karabinem. Wasilisa siedział na ławce pod ścianą, a Kolka z suchym trzaskiem wyrzucał z karabinu naboje, starając się trafić nimi inżyniera.

Na koniec, kiedy się już znudził, własnoręcznie przymocował do gałęzi akacji miedzianą misę do smażenia konfitur (bić na alarm) i poszedł, zostawiając na ławce znieruchomiałego Wasilisę obok ponurej Awdotii.

– Niech pan pilnuje, Wasil… is… Iwanowiczu – z troską rzucił Kolka na pożegnanie – w razie czego… no… na muszkę. – Mrugnął złowieszczo w stronę karabinu.

Awdotia splunęła.

– Żeby tak zdechł ten Petlura, ile to dla ludzi zmartwienia…

Po odejściu Kolki Wasilisa poruszył się tylko raz. Ostrożnie uniósł karabin za lufę i za łoże, po czym umieścił go pod ławką i znieruchomiał.

O dziesiątej, kiedy w mieście zaczęły zamierać odgłosy życia, a Awdotia oznajmiła kategorycznie, że musi odejść na pięć minut, Wasilisą owładnęła desperacja. Pieśń gościa weneckiego, która popłynęła za kremowymi storami, ulżyła nieco sercu nieszczęsnego, ale tylko na chwilę. Właśnie w tym czasie na górce za płotem, nad dachem szopy, ku której tarasami zbiegał zaśnieżony ogród, całkowicie wyraźnie mignął jakiś cień i z szumem obsunął się płat śniegu. Wasilisa zamknął oczy i w jednej chwili zobaczył cały szereg obrazów: oto wdarli się bandyci, oto poderżnęli Wasilisie gardło i oto on – Wasilisa – leży martwy w trumnie. Tu Wasilisa słabo stęknął i dwa razy uderzył laską w misę. Natychmiast ktoś grzmotnął na sąsiednim podwórku, potem na kolejnym, a po minucie całą ulicę Andriejewską wypełniły groźne miedziane odgłosy, pod numerem siedemnastym zaczęto zaś strzelać. Wasilisa, rozstawiwszy nogi, zdrętwiał z laską w rękach.

Miesiąc z niee…

Trzasnęły drzwi i naciągając palto, wyskoczył z nich Kolka, a za nim Jurij Leonidowicz.

– Co się stało?

Zamiast odpowiedzieć, Wasilisa wskazał palcem za szopę. Kolka i Jurij Leonidowicz ostrożnie zajrzeli przez furtkę do ogrodu. Było w nim pusto i spokojnie, a kot Awdotii już dawno czmychnął, oszalały od piekielnego hałasu.

– Pan uderzył pierwszy?

Wasilisa spazmatycznie westchnął, oblizał wargi i odrzekł:

– Nie, zdaje się, że nie ja…

Kolka odwrócił się, wzniósł oczy do nieba i wyszeptał:

– Och, co to za człowiek!

Potem wybiegł przez furtkę i nie było go około kwadransa. Najpierw zaprzestano walić obok, potem pod numerem siedemnastym, następnie dziewiętnastym i tylko na końcu ulicy ktoś długo jeszcze strzelał, ale wreszcie i on przestał. Znowu zapanowała niespokojna cisza.

Po powrocie Kolka nie nękał już Wasilisy, tylko władzą sekretarza komitetu domowego przywołał Drabinskiego i jego żonę (godz. 22.00–24.00) i zniknął w domu. Kiedy wbiegł na palcach do salonu, zaczerpnął oddechu i zawołał scenicznym szeptem:

– Hura! Możesz się cieszyć, Warwaro… Hura! Pędzą Petlurę. Idą czerwoni.

– Naprawdę?

– Posłuchajcie… Wybiegłem właśnie na ulicę, widziałem tabory. Wycofują się ostatki, wycofują, mówię wam.

– Nie zmyślasz?

– Dziwaczka! Co bym z tego miał?

Warwara Afanasjewna zerwała się z fotela i pośpiesznie powiedziała:

– Może wróci Michaił?

– Oczywiście. Jestem pewien, że już wyrzucili ich ze Słobodki. Posłuchaj – jak tylko ich pogonią, dokąd oni pójdą? Do miasta, rzecz jasna, przez most. Kiedy będą przechodzili przez miasto, Michaił odejdzie!

– A jeśli go nie puszczą?

– Noo… nie puszczą. Nie można być głupcem. Niech ucieka.

– Jasne – potwierdził Jurij Leonidowicz i podszedł do pianina. Usiadł, trącił palcem klawisze i zaczął cichutko:

Sol… do!…

Wyklęty powstań…

Kolka zaś uniósł dłonie do ust i pokazał, jak żołnierze krzyczą „hura”:

– Uaaa!…

– Obydwaj zwariowaliście! Na ulicy petlurowcy!

– Uaaa!… Precz z Petlu… ap!…

Warwara Afanasjewna rzuciła się do Kolki i zasłoniła mu dłonią usta.

Pierwsze w swoim życiu zabójstwo doktor Bakalejnikow zobaczył na przełomie nocy z drugiego na trzeci. O północy, co do sekundy, przy wjeździe na ów przeklęty most. Dwaj żołnierze wlekli po śniegu człowieka w podartym czarnym palcie, z siną i czarną od krwi twarzą, a pan kureniowy szedł obok i bił go wyciorem po plecach. Głowa odskakiwała po każdym uderzeniu, ale zakrwawiony już nie krzyczał, tylko strasznie stękał. Ciężko i ostro wrzynał się wycior w podarte w strzępy palto, a każdemu uderzeniu odpowiadało ochrypłe:

– Uch…a.

Nogi Bakalejnikowa stały się jak z waty, ugięły się, zakołysała się zaśnieżona Słobodka.

– Aa, parchata morda! – krzyczał zapamiętale pan kureniowy. – Do sągu z nim na rozstrzał! Ja ci pokażę, jak chować się po ciemnych kątach! Ja ci pokażę! Szczo ty robyw za sągiem? Szczo?!

Zakrwawiony nie odpowiadał. Wówczas pan kureniowy podbiegł do przodu, a żołnierze na wszelki wypadek odskoczyli, żeby uniknąć wzniesionego błyszczącego pręta. Pan kureniowy, nie miarkując siły uderzenia, błyskawicznie spuścił wycior na głowę człowieka. Coś chrupnęło i czarny zakrwawiony nie odpowiedział już: „uch”… Podwinąwszy jakoś dziwnie rękę i szarpnąwszy głową, zwalił się z kolan na bok i z szerokim zamachem odrzucił drugą rękę, zupełnie jakby chciał zagarnąć dla siebie jak najwięcej udeptanej, usianej nawozem białej ziemi.

Bakalejnikow zobaczył jeszcze wyraźnie, jak zgięły się niczym haczyki jego palce i zdrapały śnieg. Potem leżący w ciemnej kałuży kilka razy, jakby się dusił, poruszył dolną szczęką i znieruchomiał.

Bakalejnikow dziwnie, kracząco zaszlochał i ruszył przed siebie, chwiejąc się jak pijany, w bok, w stronę białego budynku. Uniósłszy głowę ku niebu, zobaczył syczącą białą latarnię, a wyżej jak zawsze świeciło czarne niebo, przepasane bladą wstęgą Drogi Mlecznej, i migotały gwiazdy. W tej samej chwili, kiedy leżący czarny wyzionął ducha, doktor ujrzał na niebie cud. Nad Słobodką na zastygłych wysokościach rozerwała się nagle ognistym wężem gwiazda Wenera, bryznęła płomieniem i ogłuszająco huknęła. Czarna dal, która długo znosiła zbrodnię, przyszła wreszcie na pomoc bezsilnemu i żałosnemu w swojej bezradności człowiekowi. W ślad za gwiazdą dal wydała straszny odgłos, uderzyła gromem ciężko, długo. Zaraz potem trzasnęła druga gwiazda, ale niżej, nad samymi pogrzebanymi pod śniegiem dachami.

…Szarym stadem uciekali siczowcy i nie było nikogo, kto by ich powstrzymał. Uciekała też bezładnymi kupami Granatowa Dywizja, chwaściaste czapki hajdamaków pląsały nad czarną wstęgą. Zniknął pan kureniowy, zniknął pułkownik Maszczenko. Z tyłu zostały na zawsze Słobodka z żółtymi światłami i oświetlony białym łańcuchem latarni most. Z przodu zbliżało się wspaniałe, szczęśliwe miasto na wzgórzach.

Obok białej cerkwi z kolumnami doktor Bakalejnikow odłączył się nagle od czarnej wstęgi i z zamarłym sercem, na dziwnie sztywnych nogach ruszył prosto w stronę cerkwi. Kolumny bliżej. Jeszcze bliżej. Wydawało się, że plecy przeszywają tysiące spojrzeń. Boże, wszystko pozabijane! Nie ma żywej duszy. Dokąd uciekać? Dokąd? Wreszcie z tyłu straszne:

– Styj!

Bliżej kolumna. Serce stanęło.

– Styj! Styyj!

W tym momencie doktor Bakalejnikow – człowiek stateczny – tak zerwał się do ucieczki, że aż zagwizdało mu w twarz.

– Trimaj! Trimaj jogo!

Raz. Gruchnęło. Raz. Gruchnęło. Bach. Bach. Bach. Trzecia kolumna. Mgnienie. Czwarta kolumna. Piąta. Tutaj doktor przypadkiem wygrał życie, bo rzucił się w zaułek. W przeciwnym razie konni hajdamacy dognaliby go momentalnie na oświetlonej, prostej, pozabijanej ulicy Aleksandrowskiej. Dalej jednak sieć krzywych i ciemnych zaułków. Żegnajcie!

Doktor Bakalejnikow wcisnął się w załom muru. Przez dłuższą chwilę spodziewał się, że pęknie mu serce, i chwytał ustami rozpalone powietrze. Puścił z wiatrem zaświadczenie, że został zmobilizowany jako lekarz pierszogo pułku Granatowej Dywizji. To na wypadek, gdyby w pustym mieście napotkał pierwszy czerwony patrol.

Około trzeciej w nocy w mieszkaniu doktora Bakalejnikowa rozległ się ogłuszający dzwonek.

– No przecież mówiłem! – wrzasnął Kolka. – Przestań beczeć! Przestań…

– Warwaro Afanasjewno! To on. Po wszystkim.

Kolka zerwał się i popędził otwierać.

– Boże ty mój!

Warwara Afanasjewna rzuciła się do Bakalejnikowa i zastygła.

– Ależ ty… ależ ty jesteś siwy…

Bakalejnikow spojrzał tępo w lustro i uśmiechnął się krzywo. Potem, zmarszczywszy się, zdjął przy pomocy Kolki palto, bez słowa przeszedł do jadalni, opadł na krzesło i obwisł na nim jak worek. Warwara Afanasjewna spojrzała na niego i łzy znowu popłynęły jej z oczu. Jurij Leonidowicz i Kolka z otwartymi ustami wpatrywali się w białe rozwichrzone włosy Bakalejnikowa; obydwu zgasły papierosy.

Bakalejnikow obwiódł wzrokiem spokojną jadalnię, zatrzymał mętne spojrzenie na samowarze i przez kilka sekund przyglądał się swojemu zniekształconemu odbiciu w lśniącej ściance.

– Tak – wreszcie wydusił z siebie bezmyślnie.

Kolka, usłyszawszy to pierwsze słowo, odważył się zapytać:

– Posłuchaj… Uciekłeś, rzecz jasna? Opowiedz, co u nich robiłeś.

– Wiecie – powoli odrzekł Bakalejnikow – oni, wyobraźcie sobie… noszą szpitalne szlafroki, ci granatowi petlurowcy. Czarne…

Bakalejnikow chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zamiast tego stała się rzecz niespodziewana. Zaszlochał głośno, zaszlochał raz jeszcze i rozpłakał się jak kobieta, ukrywszy siwą głowę w dłoniach. Warwara Afanasjewna, nie wiedząc jeszcze, o co chodzi, zapłakała w tej samej chwili. Jurij Leonidowicz i Kolka tak się speszyli, że aż pobladli. Kolka opamiętał się jako pierwszy i pobiegł do gabinetu po walerianę, a Jurij Leonidowicz odchrząknął i powiedział bez związku:

– Tak, kanalia z tego Petlury.

Bakalejnikow uniósł zaś wykrzywioną płaczem twarz i chlipiąc, wykrzyknął:

– Bandyci… Ale ja… ja jestem… inteligencką szmatą! – też bez jakiegokolwiek związku.

Rozszedł się zapach waleriany. Kolka trzęsącymi się rękami zaczął odliczać krople do kieliszka.

Godzinę później miasto spało. Spał doktor Bakalejnikow. Milczały ulice, zabite drzwi, zamknięte bramy. Na ulicach nie było ani jednego człowieka. Dal też milczała. Zza rzeki, od Słobodki z żółtymi niespokojnymi światłami i od mostu z bladym łańcuchem latarni, nie dobiegał żaden dźwięk. Czarna wstęga, która przecięła miasto, zniknęła w ciemnościach po drugiej stronie. Niebo wisiało aksamitną zasłoną z brylantowymi rozbłyskami, a czerwonawa Wenera, która cudem się skleiła, znowu migotała nad Słobodką. Rozciągnęła się biała przepaska – srebrna, mleczna droga.

przełożył Henryk Chłystowski

1Privatdozent – w Niemczech i w krajach, gdzie system edukacji zorganizowany był na wzór niemiecki (m.in. w Rosji), nieetatowy wykładowca uniwersytecki z habilitacją, który oczekiwał na zwolnienie się stanowiska profesora (przypisy od tłumacza).

2 Żołnierze 2. kurenia Pułku Granatowych Żupanów rzeczywiście nosili ciemnogranatowe szpitalne szlafroki, które miały imitować żupany (brakowało umundurowania).

3 Pieśń wiedienieckiego (weneckiego) gościa z opery Sadko Nikołaja Rimskiego-Korsakowa.

OGIEŃ W PAŁACU CHANÓW(1924)

Kiedy słońce zaczęło się już chować za orieszniowskimi sosnami i stojący przed pałacem bóg Apollo Frasobliwy pogrążył się w cieniu – z oficyny kierowniczki Tatiany Michajłowny przybiegła sprzątaczka Dunia i krzyknęła:

– Jonaszu Wasiljewiczu! Jonaszu Wasiljewiczu, proszę iść, Tatiana Michajłowna woła. Wycieczka przyszła. A ona słabuje. Gębę jej całą rozdęło!

Różowa Dunia zaszumiała wzdętą spódnicą, łysnęła gołymi łydkami i pobiegła z powrotem.

Stary kamerdyner Jonasz odłożył miotłę i powlókł się do Tatiany Michajłowny wzdłuż resztek zarośniętych burzanem stajni.

Okiennice oficyny były zamknięte i już w sieni czuć było jodynę i kamforę. Jonasz potknął się w ciemności i wszedł, kierując się cichym jękiem. W półmroku na łóżku widać było niejasne zarysy kotki Mumki i czegoś białego, co patrzyło umęczonym wzrokiem, podobne do zająca ze sterczącymi uszami.

– Zęby, co? – wymamrotał współczująco Jonasz.

– Ze-ęby… – westchnęło coś białego.

– Ta-ak… a to ci historyja – powiedział Jonasz. – A to ci bieda… A ja słyszę, że Cezar wyje i wyje… Pytam: czemu, głupi, wyjesz w biały dzień? Toć to prędzej na nieboszczyka wypada, no nie? Siedź cicho, głupi, bo jeszcze co wywróżysz. Kurzy pomiot trza do szczęki przykładać – zaraz przejdzie, jak ręką odjął.

– Jonaszu… Jonaszu Wasiljewiczu – powiedziała Tatiana Michajłowna słabym głosem – dzisiaj środa, dzień zwiedzania. A ja nie mogę wyjść. Takie nieszczęście. Proszę pochodzić z wycieczkami i wszystko pokazać. Powiem Duńce, niech też chodzi…

– A niech tam… Nic przecie wielkiego. Może być. Damy radę, czemu nie. Najważniejsze – filiżanki. Filiżanki, mówię. Łazi tu nie wiedzieć kto… Raz-dwa i już… Wsadzi do kieszeni i szukaj wiatru w polu. A kto będzie odpowiadał? My. Obrazu se taki w kieszeń nie wsadzi. Dobrze mówię?

– Dunia pójdzie i będzie z tyłu uważać. A jak będą chcieli wyjaśnień, to proszę powiedzieć, że kierowniczka zachorowała.

– Dobra, dobra. Mówię pani – pomiot. Doktorzy to zaraz – rwać, po twarzy rżnąć. Jednemu – Fiodorowi naszemu, z Orieszniowa – jak wyrwali, to wziął i umarł. Pani wtedy jeszcze nie było. A pies też tak u niego wył…

Tatiana Michajłowna jęknęła cicho i powiedziała:

– Jonaszu Wasiljewiczu, proszę już iść, bo może ktoś przyjechał.

Jonasz otworzył ciężką żelazną furtkę z białą tabliczką:

PAŁAC – MUZEUM

Siedziba chanów

Otwarty dla zwiedzających

w środy, piątki i niedziele od 18 do 20

O wpół do siódmej podmiejskim pociągiem przyjechali z Moskwy wycieczkowicze. W tym – ze dwudziestu młodych, roześmianych ludzi. Były wśród nich gołowąsy w koszulach khaki, były dziewczęta bez kapeluszy, w marynarskich bluzeczkach i kolorowych sweterkach. Nosili sandały, czarne znoszone pantofle, wysokie tęponose buty.

W tym młodzieńczym towarzystwie znalazł się również niemłody, może czterdziestoletni mężczyzna, na którego widok Jonasz osłupiał, bo mężczyzna ów był całkiem nagi, jeśli nie liczyć krótkich spodenek koloru słabej kawy, podtrzymywanych paskiem z klamrą, na której widniał napis: „Pierwsze Gimnazjum Realne”, oraz sterczących na nosie, sklejonych fioletowym lakiem binokli.

Przygarbione plecy nagusa pokrywała zastarzała brązowa wysypka, a nogi miał niejednakowe – prawą grubszą od lewej, przy czym łydki pokrywał ornament rozdętych żył.

Chłopcy i dziewczęta zachowywali się tak, jakby nie było nic dziwnego w tym, że nagus jeździ pociągiem i ogląda zabytkowe pałace – ale starego i zgorzkniałego Jonasza przybysz kompletnie zaskoczył i zaszokował. Tymczasem nagus szedł ku pałacowi, przy czym okazało się, że jeden wąs ma zawadiacko podkręcony, a bródkę przystrzyżoną – całkiem jak inteligentny człowiek. Młodzi, otoczywszy Jonasza, szczebiotali jak ptaszki i bez przerwy chichotali, tak że stary całkiem stracił głowę i rezon, z niepokojem myślał o filiżankach i znacząco mrugał do Duni, wskazując jej wzrokiem nagusa. Na jego widok policzki Duni zalał taki rumieniec, że zdawałoby się – spłoną z kretesem. W dodatku, jak na złość, zjawił się skądś Cezar i przepuściwszy wszystkich, rozszczekał się na golasa z jakąś szczególną, starczą i ochrypłą zajadłością, a potem długo i żałośnie wył.

„Przeklętnik jeden! – myślał zakłopotany i rozzłoszczony kamerdyner. – Diabli go tu nadali. Czego jeszcze ten Cezar wyje? Jak kto ma umrzeć, to niech już lepiej ten goły”.

Cezara trzeba było zdzielić kluczami w bok, bo z tyłu szło jeszcze pięcioro przyzwoitych gości: dama z dużym brzuchem, rozdrażniona i czerwieniąca się na widok golasa, wraz z nią – mała dziewczynka o długich, ciasno zaplecionych warkoczach, obok wysoki pan z ogoloną głową w towarzystwie pięknej i wymalowanej pani, a także starszy wiekiem, bogaty cudzoziemiec w złotych okularach, obszernym jasnym płaszczu i z laseczką. Cezar zaraz przerzucił się z golasa na przyzwoitych gości i najpierw zaszczekał na zieloną parasolkę damy, a potem tak zawył na widok cudzoziemca, że ten zbladł, cofnął się i zabełkotał coś w kompletnie niezrozumiałym języku.

Jonasz nie wytrzymał i tak zdzielił Cezara, że pies przestał wyć, zaskomlił i zniknął.

– Nogi proszę wycierać – powiedział Jonasz, a twarz miał uroczystą, jak zawsze kiedy wchodził do pałacu. Szepnął Duńce: „Miej baczenie, Dunia”, i otworzył ciężkim kluczem wychodzące na taras szklane drzwi. Zastygli na balustradzie biali bogowie odprowadzili gości życzliwym spojrzeniem.

Goście zaczęli wchodzić po białych schodach, które wyściełał malinowy dywan, przytrzymywany złotymi prętami. Nagus szedł na czele, obok Jonasza, dumnie stąpając bosymi nogami po puszystych stopniach.

Spoza kolumn, przez wielkie okna, padało wieczorne światło, złagodzone przez powiewne, mleczne zasłony. Na górze wycieczkowicze obejrzeli się; zobaczyli ziejącą przepaść przemierzonych schodów, balustradę z białymi posągami, białe ściany z ciemnymi płótnami portretów i rzeźbiony żyrandol, który wyglądał tak, jakby miał za chwilę runąć w przepaść. Wysoko nad głowami, ulatywały dokądś różowe amorki.

– Patrz, Wieruniu, patrz – zaszeptała gruba dama – widzisz, jak żyli książęta, kiedy wszystko było normalnie.

Jonasz stał opodal i na jego wygolonej pomarszczonej twarzy w łagodnym blasku wieczora pobłyskiwała duma.

Nagus poprawił binokle, rozejrzał się dokoła i powiedział:

– Budował Rastrelli, to jasne. Osiemnasty wiek.

– Jaki tam Rastrelli – chrząknąwszy, zaprzeczył Jonasz. – Budował książę Antoni Joannowicz, świeć Panie nad jego duszą, półtorasta lat temu. O! – I westchnąwszy, dodał: – Praprapradziadek ostatniego księcia.

Wszyscy zwrócili się ku Jonaszowi.

– Obywatel widocznie nie rozumie – odezwał się nagus. – Pałac zbudowano za czasów Antoniego Joannowicza, to prawda, ale architektem był przecież Rastrelli? A poza tym pana, który świeci nad duszami, nie ma, tak samo jak nie ma już, chwała Bogu, ostatniego księcia. A w ogóle nie rozumiem, gdzie się podziewa kierowniczka?

– Kierowniczka – zaczął Jonasz, zgrzytając zębami – leży, ledwie dycha, do rana pewnie nogi wyciągnie. A co do Pana naszego, to święta racja. Dla niektórych go nie ma. Bezwstydników, co bez portek chodzą, nie wpuszcza się do królestwa niebieskiego. Dobrze mówię?

Młodzież roześmiała się hałaśliwie, a nagus zamrugał i wydął wargi.

– Muszę wam, obywatelu, powiedzieć, że wasza sympatia dla królestwa niebieskiego i książąt wygląda w dzisiejszych czasach dosyć dziwnie… I wydaje mi się…

– Towarzyszu Antonow, nie warto – powiedział pojednawczo jakiś dziewczęcy głos.

– Siemionie Iwanowiczu, daj spokój! – zahuczał załamujący się bas.

I grupa poszła dalej. Przez pluszową zasłonę, przesłaniającą wyjście na taras, sączyło się światło wieczornej zorzy. Sześć białych kolumn z rzeźbionymi liśćmi na kapitelach podtrzymywało galerię, na której błyszczały kiedyś miedziane trąby orkiestry. Kolumny strzelały w górę radośnie i harmonijnie, a lekkie pozłacane krzesełka skromnie stały pod ścianami. Ciemne grona kinkietów zwieszały się ze ścian, a nadpalone woskowe świece wyglądały, jakby je zgaszono dopiero wczoraj. Pląsały spowite girlandami amorki, wśród delikatnych obłoków tańczyła naga kobieta, a pod nogami rozbiegała się we wszystkie strony śliska mozaikowa posadzka. Dziwnie wyglądała na ciemnej parkietowej mozaice żywa gromadka nowych ludzi, a cudzoziemiec w złotych okularach wydawał się ciężki i mroczny. Odszedł od grupy, stanął za kolumną i patrzył jak urzeczony w dal przez gęsty ażur bluszczu.

Spośród zmieszanego gwaru głosów wybił się głos nagusa. Przesunąwszy nogą po śliskim jak szkło parkiecie, goły spytał Jonasza:

– Kto kładł parkiet?

– Nasi, pańszczyźniani – odpowiedział nieprzyjaźnie tamten.

Nagus uśmiechnął się zjadliwie.

– Dobra robota, nie ma co mówić. Długo musiał lud roboczy zginać karki i wyrzynać te kawałki, żeby darmozjady potem na nich reweranse wyczyniały. Onieginowie… tirli-tirli… Pewno po całych nocach tańczyli. Bo co więcej do roboty?…

Jonasz pomyślał w duchu: „A to mi się goły parszywiec przytrafił, uchowaj Panie Boże”. Westchnął, pokiwał głową i poprowadził grupę dalej.

Ściany zniknęły pod ciemnymi płótnami w wyblakłych złoconych ramach. Odziana w gronostaje Katarzyna II z uczernionymi brwiami i w brylantach, z wysoko ujętymi włosami spoglądała spod ciężkiej okazałej korony. Jej spiczaste i cienkie palce spoczywały na poręczy fotela. Młody zadartonosy Paweł z czteroramiennymi gwiazdami na piersi pysznił się na przeciwległym portrecie i patrzył z nienawiścią na matkę. A wokół matki i syna całą przestrzeń, aż do sztukaterii sufitu, zapełniali książęta Tuhaj-Bek-Ordyńscy wraz ze swymi krewniakami.

Lśnił werniksem i czerniał pęknięciami namalowany przez gorliwego osiemnastowiecznego artystę na podstawie niejasnych podań i legend – siedzący w mroku przygaszonego latami płótna w trójkątnej czapce obszytej klejnotami, wsparty o wysadzaną drogimi kamieniami rękojeść szabli – założyciel rodu, skośnooki, czarny i drapieżny władca Małej Ordy, chan Tuhaj.

Zapełniając swymi konterfektami przestrzeń liczącą pół tysiąca lat, spoglądał ze ścian książęcy ród Tuhaj-Beków, ród sławny i dzielny, szczycący się książęcą, chańską i carską krwią przodków. Stare płótna układały się w wyblakłą historię rodu z piętnami chwały bojowej, hańby, miłości, nienawiści, grzechu, rozpusty…

Na piedestale wznosiło się brązowe, pokryte zielonkawą patyną popiersie staruszki matki w wysokim czepku, z zawiązanymi na piersi brązowymi wstęgami, z medalionem, na którym widniał monogram carycy, podobnym do martwego owalnego zwierciadła. Haczykowaty nos garbił się nad zapadłymi suchymi ustami. Protoplastka, niestrudzona w wymyślaniu rozpustnych igraszek, cieszyła się przez całe życie dwuznaczną sławą – niezwykłej piękności i strasznej Mesaliny. W słynnym i groźnym północnym mieście stała się postacią legendarną dzięki temu, że jej pierwszym amantem był już u schyłku swych lat ten sam biało-różowy generał, którego portret wisiał w gabinecie obok Aleksandra I. Z jego rąk przeszła w ręce starego Tuhaj-Beka, po czym urodziła ostatniego księcia, a zostawszy wdową, zasłynęła tym, że miała zwyczaj kąpać się w stawie nago, przewiązana liną trzymaną przez czterech przystojnych hajduków.

Nagus przecisnął się przez tłum, popukał paznokciem w brązowy czepek i powiedział:

– A oto ciekawa osobistość, proszę towarzyszy – słynna rozpustnica pierwszej połowy dziewiętnastego stulecia…

Gruba dama poczerwieniała, wzięła dziewczynkę za rękę i szybko odprowadziła ją na bok.

– To już przechodzi ludzkie pojęcie… Wieruszka, popatrz, jakie portrety przodków…

– Kochanka Mikołaja Pałkina – ciągnął dalej nagus, poprawiając binokle. – Niektórzy burżuazyjni pisarze wspominają o niej w swych powieściach. A tu w majątku wyrabiała takie rzeczy, że się w głowie nie mieści. Nie przepuściła żadnemu przystojnemu chłopcu. Ateńskie noce urządzała…

Usta Jonasza skrzywiły się, oczy wypełniły mu się mętną wilgocią, ręce zatrzęsły. Chciał coś powiedzieć, ale dwukrotnie zaczerpnął powietrza i nie powiedział nic. Wszyscy spoglądali ciekawie to na nagiego erudytę, to na staruszkę z brązu. Wymalowana dama obeszła rzeźbę dookoła i nawet poważny cudzoziemiec, który nie znał rosyjskiego, utkwił w plecach nagusa długie, ciężkie spojrzenie.

Szli przez książęcy gabinet obwieszony szpadami, kandelabrami i krzywymi szablami, rynsztunkami carskich wojewodów, hełmami gwardzistów, portretami ostatnich carów, samopałami i muszkietami, dagerotyparni i pożółkłymi zdjęciami, ze zbiorowymi podobiznami oficerów gwardyjskiego pułku, w którym służyli starsi Tuhaj-Bekowie, i konnego, w którym służyli młodsi, z fotografiami wierzchowców z Tuhaj-Bekowskiej stajni, z szafami pełnymi starych książek.

Szli przez palarnie wyściełane perskimi dywanami, z sofami i tapczanami, z kolekcjami cybuchów na specjalnych stojakach, przez przytulne saloniki z bladozielonymi gobelinami i starymi meluzynami. Szli przez oranżerię pełną wiecznie żywych palm, i przez zieloną bawialnię, gdzie w oszklonych szafach złociły się i błękitniały fajanse i saska porcelana, i gdzie Jonasz trwożnie zerkał w stronę Duńki. Tu, w bawialni, na samotnym portrecie, pysznił się wsparty na rękojeści szabli efektowny oficer w białym mundurze. Gruba dama popatrzyła na hełm z sześcioramienną gwiazdą, na wachlarze rękawic, na czarne strzeliste, podkręcone ku górze wąsy i spytała Jonasza:

– A to kto?

– Ostatni książę – odpowiedział z westchnieniem Jonasz – Antoni Joannowicz, w gwardyjskim mundurze. Wszyscy w gwardii służyli.

– A co się z nim dzieje? Umarł? – spytała z szacunkiem dama.

– Czemu miał umrzeć… Za granicą jest… Za granicę wyjechać raczył, jak tylko się zaczęło… – Jonasz zachłysnął się ze złości, bojąc się, że nagus zaraz się wtrąci.

A nagus rzeczywiście chrząknął i otworzył usta, ale w grupie młodzieży znowu rozległ się czyjś głos:

– Zostaw go, Siemion… To stary człowiek.

I nagus nic nie powiedział.

– Żyje? Naprawdę? – zdziwiła się dama. – To fantastyczne! A dzieci ma?

– Dziatek nie ma – odparł ze smutkiem Jonasz. – Pan Bóg nie raczył pobłogosławić… Ta-ak. A młodszego brata pańskiego, Pawła Joannowicza, na wojnie zabiło. Ta-ak. Z Niemcami wojował… W tych – jak im tam? – w konnych grenadierach służył. Nietutejszy był. Majątek miał aż w samarskiej guberni…

– Fajny staruszek… – szepnął ktoś z podziwem.

– Sam by się nadawał do muzeum – warknął nagus.

Weszli do sypialni. Różowy jedwab baldachimu gwiaździście rozpinał się pod sufitem i spływał kaskadami ze ścian, różowy dywan tłumił wszystkie dźwięki. W niszy osłoniętej różowym tiulem stało rzeźbione małżeńskie łoże i zdawało się, że jeszcze niedawno – może tej nocy? – spoczywały w nim dwa śpiące ciała. Wszystko, co było pod baldachimem, wydawało się wciąż jeszcze służyć ludziom; zwierciadło w srebrnolistnej ramie, porzucony na stoliku oprawny w kość słoniową album, stojący na sztalugach portret ostatniej, młodej księżny w różowym peniuarze, lampa, rżnięte kryształowe flakony, fotografie w jasnych ramkach, poduszka – wszystko było jak żywe… Chyba ze trzysta razy wprowadzał już Jonasz wycieczkowiczów do Tuhaj-Bekowej sypialni i za każdym razem, kiedy obce nogi stąpały po dywanach, a obce oczy obojętnie przesuwały się po łożu, czuł ból, urazę i skurcz serca. Wstyd, wstyd i hańba! A dzisiaj skurcz był szczególnie silny, chyba z powodu obecności golasa i jeszcze jakiegoś niejasnego uczucia, którego Jonasz nie mógł pojąć… Toteż gdy skończyło się zwiedzanie, odetchnął z ulgą; wyprowadził nieproszonych gości przez salę bilardową na korytarz, a stamtąd drugą klatką schodową od wschodniej strony na boczny taras – i do widzenia!

Staruszek widział, jak wyszli gromadą przez ciężką furtę i Dunia zamknęła ją na kłódkę.

Nadszedł wieczór, a z nim wieczorne dźwięki. Gdzieś spod Orieszniowa doleciało granie pastuszych fujarek, a spoza stawów dobiegło ciche podzwanianie stada pędzonych krów. W dali rozległ się kilkakrotny przyciszony huk – to czerwonoarmiści ćwiczyli strzelanie na letnim obozie.

Jonasz, brzęcząc wiszącymi u pasa kluczami, wlókł się po chrzęszczącym żwirze dziedzińca. Za każdym razem po odejściu zwiedzających staruszek wracał do pałacu i dokładnie go obchodził, rozmawiając ze sobą samym i uważnie sprawdzając wszystko po kolei… Dopiero potem można było spokojnie odpocząć i siedząc aż do zmroku na ganku stróżówki, palić i myśleć o własnych, starczych sprawach.

Jasny i ciepły wieczór w sam raz się do tego nadawał, ale jak na złość serce Jonasza ciągle było niespokojne. Pewnie ten golas tak go zdenerwował! Mamrocząc coś ze złością, staruszek wszedł na taras, posępnie rozejrzał się dokoła, zadzwoniwszy kluczami, zniknął wewnątrz pałacu i miękko powłócząc nogami po dywanie, ruszył na górę.

Raptem przy wejściu do sali balowej przystanął i zbladł.

W pałacu rozległy się kroki. Dały się słyszeć od strony sali bilardowej, przemierzyły oranżerię i ucichły. Na moment serce staruszka zamarło – miał uczucie, że zaraz padnie trupem – a potem zaczęło walić jak szalone, na przemian z krokami. Nie było wątpliwości: ktoś szedł zdecydowanie w stronę Jonasza. Podłoga skrzypiała już w gabinecie.

„Złodzieje! A to ci nieszczęście! – przemknęło przez Jonaszową głowę. – Serce wszystko wyczuło… Oj, nieszczęście…” – Jonasz westchnął spazmatycznie i rozejrzał się w przerażeniu, nie wiedząc, co robić… Biec, krzyczeć? Oj, bieda…

W drzwiach sali balowej zamajaczyło szare palto i ukazał się cudzoziemiec w okularach o złotej oprawie. Na widok Jonasza drgnął – przestraszył się widać i nawet trochę cofnął, ale szybko zapanował nad sobą i tylko pogroził Jonaszowi palcem.

– Co też pan, wielmożny panie? – wymamrotał przerażony Jonasz, czując, że drżą mu nogi i ręce. – Tu nie wolno. Jakże to pan tu został? Boże święty… – Skurcz ścisnął Jonaszowi gardło i staruszek zamilkł.

Cudzoziemiec uważnie spojrzał mu w oczy, zbliżył się i cicho powiedział po rosyjsku:

– Uspokój się, Jonaszu! Zamilcz na chwilę. Jesteś sam?

– Sam… – wymamrotał Jonasz, z trudem łapiąc oddech. – Ale co też pan zrobił, Matko Najświętsza…

Cudzoziemiec rozejrzał się trwożnie, potem spojrzał ponad głową Jonasza w stronę przedsionka i, przekonawszy się, że nikogo więcej nie ma, wyjął prawą rękę z kieszeni, po czym powiedział głośno, z lekka grasejując:

– Nie poznałeś, Jonaszu? Kiepsko, kiepsko… Jeśli już ty mnie nie poznajesz, to całkiem źle.

Głos ten ogłuszył Jonasza zupełnie, kolana mu osłabły, ręce zesztywniały. Pęk kluczy upadł z brzękiem na podłogę.

– Chryste Panie! Wasza wysokość, wielmożny pan Antoni Joannowicz! Co też się dzieje? Co się dzieje?…

I zaciągnął salę łzawy tuman, i zatańczyły w tym tumanie okulary w złotej oprawie, plomby i znajome skośne oczy. Jonasz zachłystywał się szlochem, zalewał łzami rękawiczki i krawat, tulił głowę do spiczastej bródki księcia.

– Uspokój się, Jonaszu, proszę cię, uspokój się – mamrotał tamten z twarzą wykrzywioną grymasem bólu i lęku. – Przecież ktoś może usłyszeć…

– Jaśnie pa…panie – gorączkowo zaszeptał Jonasz – ale jak… jak jaśnie pan przyjechał? Jak? Nikogo nie ma. Nie ma nikogo, tylko ja jeden…

– To i dobrze. Bierz klucze i chodźmy do gabinetu.

Książę odwrócił się i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku gabinetu. Oszołomiony i roztrzęsiony Jonasz podniósł klucze i powlókł się za nim. Książę rozejrzał się, zdjął szary pilśniowy kapelusz, rzucił go na biurko i powiedział:

– Siadaj w fotelu, Jonaszu!

Potem skrzywił się, zerwał z oparcia drugiego fotela, z wysuniętym pulpitem do czytania, tabliczkę z napisem: „Nie siadać na fotelach”, i siadł naprzeciw Jonasza. Ciężkie ciało spoczęło na safianowym obiciu, lampa na okrągłym stoliku brzęknęła przy tym żałośnie.

W głowie Jonasza powstał zamęt, myśli skakały w różne strony, niby wypuszczone z worka zające.

– Jakeś ty się zestarzał, Jonaszu, Boże drogi! – powiedział wzruszony książę. – Ale cieszę się, że jeszcze zastałem cię przy życiu. Prawdę mówiąc, sądziłem, że nie żyjesz. Myślałem, że już cię tu wykończyli.

Książęca łaskawość tak wzruszyła Jonasza, że znowu cicho zaszlochał, ocierając oczy.

– No dobrze, dosyć już, przestań…

– Jak… jak jaśnie pan tu przyjechał? – spytał Jonasz, pociągając nosem. – Jakże to ja jaśnie pana nie poznałem?… Stary i głupi już jestem, oczy mi ślepną… Jakże to jaśnie pan wrócił? Okulary, wszystko przez te okulary i przez bródkę… I jak jaśnie pan wszedł, że nie zauważyłem…

Tuhaj-Bek wyciągnął z kieszonki kamizelki kluczyk i pokazał go Jonaszowi.

– Przez boczną werandę z parku, przyjacielu. Wróciłem, kiedy ta hołota odjechała. A okulary (książę je zdjął) włożyłem na granicy. Są w nich zwyczajne szkła, nie optyczne.

– A księżna pani też z jaśnie panem przyjechała?

Twarz księcia postarzała się w jednej chwili.

– Zmarła nasza księżna w zeszłym roku – powiedział i usta mu drgnęły. – Zmarła w Paryżu na zapalenie płuc. Nie dane już jej było zobaczyć więcej ojczystego gniazda. Ale ciągle je wspominała. Często wspominała. I przykazała surowo, żebym cię ucałował, jak się zobaczymy. Wierzyła święcie, że się zobaczymy. Ciągle Boga o to prosiła. I Bóg mnie tu sprowadził, sam widzisz.

Książę uniósł się w fotelu, objął Jonasza i ucałował go w mokry policzek. Staruszek, zalewając się łzami, czynił znak krzyża na wszystkie strony – ku szafom z książkami, portretowi Aleksandra I i oknu, w którego kąciku dogasał zachód.

– Świeć Panie nad jej duszą – wymamrotał drżącym głosem. – Dam na mszę żałobną w Orieszniowie.

Książę obejrzał się trwożnie, wydało mu się, że gdzieś skrzypnęła podłoga.

– Nie ma nikogo?

– Nikogo, jaśnie panie, proszę się nie bać. Samiśmy. Któż by tu miał być? Kto tu prócz mnie przychodzi?

– No, dobrze. Do rzeczy, Jonaszu. Czasu mam niewiele.

I znowu wszystkie myśli w głowie Jonasza stanęły dęba. No bo jakże to? Przecie jest. Żywy. Przyjechał… A tu przecie… Toć chłopi. Toć pola…

– W samej rzeczy, wasza wielmożność – staruszek spojrzał pytająco na księcia. – Jak teraz będzie? Dom oddadzą?

Na te słowa książę roześmiał się, ukazując zęby tylko z jednej – prawej – strony.

– Oddadzą? Coś ty, przyjacielu!

Książę wyciągnął ciężką złotą papierośnicę, zapalił i ciągnął dalej:

– Nie, mój zacny Jonaszu, niczego mi nie oddadzą… Zapomniałeś chyba, co się stało… Nie o to chodzi. W ogóle wiedz, że przyjechałem tylko na krótko i potajemnie. Możesz się nie martwić, nikt się o tym nie dowie. Niech cię o to głowa nie boli. Przyjechałem (książę popatrzył na ciemniejące za oknem drzewa), po pierwsze, żeby zobaczyć, co się tu dzieje. Trochę informacji miałem: pisano mi z Moskwy, że pałac jest cały i że wzięto go pod ochronę jako własność ludu… Tak, lu-udu… (książę wyszczerzył zęby z lewej strony). Niech będzie ludu, czort z nim. Wszystko jedno. Byle wszystko było całe. Tym lepiej… A sprawa jest taka: zostały tutaj moje ważne papiery. Bardzo mi są potrzebne. W związku z samarskimi i penzeńskimi majątkami. I papiery Pawła Iwanowicza też. Powiedz, czy mój gabinet rozkradli, czy może ocalał? – Książę lękliwie kiwnął w stronę zasłony.

W Jonaszowej głowie zaskrzypiały zardzewiałe przekładnie i staruszek przypomniał sobie Aleksandra Ertusa. Ertus był człowiekiem wykształconym i nosił takie same okulary jak książę. Bardzo był ważny i surowy. I ten to właśnie naukowiec Ertus przyjeżdżał co niedziela z Moskwy, chodził w skrzypiących butach po pałacu, wydawał polecenia, kazał wszystkiego strzec, i zawalony po uszy książkami, rękopisami i listami, spędzał długie godziny w gabinecie księcia.

Jonasz przynosił mu tam mętną herbatę; Ertus jadł kanapki z szynką i skrzypiał piórem. Czasami wypytywał Jonasza o dawne życie, uśmiechał się i coś notował.

– Gabinet cały, caluteńki – wymamrotał Jonasz – ale bieda, proszę jaśnie pana, w tym, że zapieczętowany…

– Przez kogo?

– Ertus to zrobił. Aleksander Abramowicz. Z komitetu…

– Ertus? A dlaczego to właśnie Ertus opieczętował mój gabinet, a nie kto inny?

– Bo w komitecie jest, jaśnie panie – wyjaśnił przepraszająco Jonasz. – W Moskwie. Niby że ma doglądać. Tutaj, proszę waszej wielmożności, biblioteka ma być na dole. I uczyć chłopów będą. Więc on tę bibliotekę składa.

– Ach, tak! Bibliotekę! – książę znowu wyszczerzył zęby. – No cóż, bardzo mi miło! Mam nadzieję, że wystarczy im moich książek. Jaka szkoda, że nie wiedziałem, bobym im przysłał z Paryża jeszcze trochę. Ale chyba starczy, co?
– Starczy, jaśnie panie – powiedział zmieszany Jonasz – toć przecie tyle mamy tych książek, że nie zliczyć… – Tu spojrzał na książęcą twarz i dreszcz przebiegł mu po plecach.

Książę, siedząc w fotelu, ze złością podrapał się paznokciami po podbródku, a potem ścisnął bródkę w dłoni i stał się zadziwiająco podobny do skośnookiego wodza Małej Ordy. Oczy spopielały mu żałobną szarością.

– Starczy? To znakomicie. Widzę, że ten twój Ertus to człowiek zdolny i wykształcony. Urządza biblioteki, przesiaduje w moim gabinecie. Ta-ak. A wiesz ty, mój Jonaszu, co się stanie, kiedy Ertus urządzi tę bibliotekę?

Jonasz wytrzeszczył oczy i milczał.

– Otóż powieszę tego Ertusa na tej oto lipie. – Ręka księcia wykonała gest w stronę okna, Jonasz pokornie i z frasunkiem patrzył w ślad za nią. – Na tej, co stoi przy bramie albo nie – lepiej z prawej strony, przy ogrodzeniu. Przy czym jednego dnia Ertus będzie wisiał twarzą do drogi, żeby chłopkowie mogli się nacieszyć widokiem tego twórcy bibliotek, a drugiego – ku pałacowi, żeby sam mógł się nacieszyć własną biblioteką. Klnę się, Jonaszu, że to zrobię, wszystko jedno, za jaką cenę. Przyjdzie taka chwila, Jonaszu, bądź spokojny. Może nawet niedługo. I starczy mi sił, żeby dostać tego Ertusa w swoje ręce. Bądź spokojny…

Jonasz westchnął spazmatycznie.

– A obok – ciągnął ochryple Tuhaj-Bek – wiesz, kogo ulokujemy obok? Tego golasa, Siemiona Antonowa. Siemion Antonow… – Podniósł oczy ku górze, utrwalając w pamięci nazwisko. – Słowo honoru, że znajdę towarzysza Antonowa na dnie morza, jeśli tylko przedtem nie zdechnie albo jeśli go nie powieszą razem z innymi na placu Czerwonym, ale nawet jeśli powieszą, to wypożyczę go na parę dni do siebie. Siemion Antonow już raz był łaskaw gościć w siedzibie chanów i chodził po pałacu nago i w binoklach. – Tuhaj przełknął ślinę, przy czym jego tatarskie kości policzkowe stały się jeszcze bardziej wydatne. – No cóż, przyjmę go jeszcze raz, i też na golasa. Jeśli tylko wpadnie żywcem w moje ręce, ech, Jonaszu! – to nie zazdroszczę Siemionowi Antonowowi. Będzie wisiał nie tylko bez portek, ale i bez skóry. Słyszałeś, Jonaszu, co on powiedział o księżnej matce? Słyszałeś?

Jonasz westchnął z goryczą i odwrócił się.

– Jestem wiernym sługą i do końca życia nie zapomnę, jak rozmawiałeś z tym golasem. Czyżbyś nie zadawał sobie pytania, czemu go wówczas nie zabiłem? Przecież znasz mnie, Jonaszu, od wielu lat. – Tuhaj-Bek sięgnął do kieszeni płaszcza i błysnął karbowaną rękojeścią, w kącikach jego ust wystąpiła biała piana, głos zabrzmiał cienko i ochryple. – A jednak nie zabiłem. Nie zabiłem, Jonaszu – bo w porę się powstrzymałem. Ale tylko ja jeden wiem, ile mnie to kosztowało. Nie można go było zabić, Jonaszu. To byłby błąd i dowód słabości. Złapano by mnie i nie dokonałbym tego, po co przyjechałem… A my, Jonaszu, zrobimy więcej… I lepiej… – Książę mruknął jeszcze coś pod nosem i umilkł.

Jonasza ogarnął kompletny zamęt; słowa księcia wywoływały w nim dziwny chłodek, jakby nałykał się mięty. W głowie zostały już tylko strzępki myśli. Pokój napełniał się zmierzchem. Tuhaj ukrył rękojeść w kieszeni, zmarszczył się, wstał i spojrzał na zegarek.

– No tak, Jonaszu, robi się późno. Trzeba się śpieszyć. W nocy wyjadę. Pozałatwiajmy interesy. Przede wszystkim to. – W rękach księcia znalazł się portfel. – Bierz, Jonaszu, bierz, wierny przyjacielu. Więcej dać nie mogę, sam nie mam za wiele.

– Za nic nie wezmę – oganiając się rękami, wychrypiał Jonasz.

– Bierz! – powiedział ostro Tuhaj i sam wepchnął jasne papierki do kieszeni Jonaszowej kurtki. Jonasz popłakiwał z cicha. – Tylko tu nie wymieniaj, bo zaraz będą się czepiać: skąd. Ta-ak. A teraz – najważniejsze. Pozwól mi, łaskawco, posiedzieć tu, w pałacu. O drugiej w nocy odjadę do Moskwy. Przejrzę w gabinecie różne papierki.

– Ale pieczęć, jaśnie panie… – zaczął ponuro Jonasz.

Tuhaj podszedł do drzwi, odsunął portierę i jednym ruchem zerwał sznurek z lakowym odciskiem. Jonasz krzyknął z cicha.

– To głupstwo – powiedział Tuhaj. – Grunt, żebyś się nie bał. Nie bój się, przyjacielu. Ręczę ci, że urządzę wszystko tak, żebyś nie musiał za nic odpowiadać. Wierzysz mi na słowo? No właśnie…

Zbliżała się północ. W stróżówce sen zmorzył Jonasza, w oficynie spała wymęczona Tatiana Michajłowna z Mumką. Ślepy i niemy pałac jaśniał w księżycowej bieli.

A w książęcym gabinecie okna były szczelnie zasłonięte ciemnymi storami i stojąca na otwartym sekretarzyku naftowa lampa rzucała łagodne zielone światło na stosy papierów rozłożone na podłodze, fotelach i czerwonym suknie. Obok, w wielkim pokoju, gdzie zaciągnięto podwójne zasłony, płonęły w kandelabrach stearynowe świece, mgliście migotały grzbiety książek, a łysawy Aleksander I ożył i lekko uśmiechał się ze ściany.

W książęcym gabinecie siedział przy sekretarzyku mężczyzna w cywilnym ubraniu i hełmie gwardii konnej. Orzeł wzlatywał triumfalnie nad zmatowiałym metalem i gwiazdą. Przed mężczyzną, wśród innych papierów, leżał gruby zeszyt w kratkę. Na pierwszej stronie, u góry, widniał starannie wykaligrafowany napis:

Aleks. ERTUS

HISTORIA SIEDZIBY CHANÓW

a pod spodem:

1922–1923

Tuhaj, wsparty na zaciśniętych pięściach, nie odrywał zmętniałego wzroku od czarnych rządków liter. Dokoła przepływała niezmącona cisza i Tuhaj słyszał, jak zegarek w kieszonce jego kamizelki niezmordowanie odmierza czas. Minęło dwadzieścia minut, potem pół godziny – a książę ciągle siedział nieruchomo.

Spoza zasłoniętych okien dał się nagle słyszeć przeciągły, smętny dźwięk. Książę ocknął się, wstał, z hałasem odsunął fotel.

– Przeklęte psisko – warknął i przeszedł do wielkiego pokoju. W mętnym świetle, odbitym w oszklonej szafie, ruszył mu naprzeciw cień gwardzisty z błyszczącą głową.

Tuhaj podszedł do szkła, wpatrzył się w nie, przybladł i uśmiechnął się boleśnie.

– Fuj, można zwariować – szepnął.

Zdjął hełm, potarł skroń, pomyślał chwilę, znowu popatrzył na szkło – i nagle rąbnął hełmem o ziemię z taką pasją, że w salach huknęło grobowym echem, a szyby szaf żałośnie zabrzęczały. Potem Tuhaj przygarbił się, kopnął hełm w kąt i zaczął chodzić po dywanie ku oknu i z powrotem. Osamotniony i pełen jakichś najwidoczniej ważnych i trwożnych myśli – zmalał teraz raptem i zestarzał się. Mamrocząc pod nosem i przygryzając wargi, mówił sam do siebie:

– To niemożliwe. Nie… nie… nie…

Skrzypiała podłoga, kołysały się i chyliły płomyki świec, a w szkłach szaf pojawiały się i znikały szare ludzkie cienie. W pewnej chwili Tuhaj skręcił nagle, podszedł do ściany i zaczął się w nią wpatrywać. Na podłużnej fotografii amfiteatralnie zastygli uwiecznieni na siedząco i stojąco mężczyźni z orłami na głowach. Białe wachlarze rękawic, głowice szabel. W samym środku dużej grupy siedział niepozorny człowiek z wąsami i bródką, wyglądający na pułkowego lekarza. I wszystkie głowy siedzących i stojących gwardzistów wydawały się, siłą napięcia, przykute w półobrocie do przytłoczonego hełmem człowieczka.

Człowieczek przytłamszał sobą białych, wyprężonych gwardzistów podobnie jak poświęcony mu i wyryty w brązie napis, w którym każde słowo zaczynało się od dużej litery. Tuhaj patrzył długo na samego siebie, siedzącego o dwa miejsca w bok od człowieczka.

– Niemożliwe – powiedział głośno i rozejrzał się po wielkiej sali, jakby biorąc na świadków licznych słuchaczy. – To tylko sen. – Znowu zamruczał coś pod nosem, po czym dodał: – Jedno z dwojga: albo to jest martwe, a on… ten… tamten… żywy, albo… albo ja… nic nie rozumiem… – Tuhaj przesunął ręką po włosach, odwrócił się, ujrzał w szkle szafy idącego człowieka, mimo woli pomyślał: „Zestarzałem się”, i znowu zaczął mamrotać: „Szli przez moją krew, po moim żywym ciele, szli i deptali mnie jak martwego. Może naprawdę jestem martwy? Może jestem cieniem? Ale przecież żyję – Tuhaj spojrzał pytająco na Aleksandra I – wszystko widzę, słyszę, czuję. Czuję wyraźnie ból, ale jeszcze bardziej wściekłość. – Tuhajowi wydało się, że przez ciemną salę przemknął nagus, i zmroziła go lodowata nienawiść. – I żałuję, że go nie zastrzeliłem. Żałuję”. – Wściekłość wezbrała jeszcze bardziej, język stał się suchy i sztywny.

Znowu się odwrócił i zaczął chodzić ku oknu i z powrotem. Tak minął kwadrans. Potem Tuhaj nagle się zatrzymał, znów przejechał dłonią po włosach, sięgnął do kieszonki i nacisnął guziczek swego repetiera. W kieszonce zabrzmiał dwunastokrotnie łagodny, tajemniczy dzwoneczek; następnie, po przerwie, inny ton wybił kwadrans, a jeszcze inny – trzy minuty.

– Boże drogi – szepnął Tuhaj i zaczął się nagle śpieszyć. Rozejrzał się dokoła i przede wszystkim włożył leżące na stole okulary. Ale wygląd księcia niewiele się teraz zmienił. W skośnych oczach, przywodzących na myśl chana z obrazu, rozpalił się lekki płomyk dojrzałej już szaleńczej myśli. Tuhaj włożył płaszcz i kapelusz, wrócił do swego gabinetu, wziął z fotela starannie odłożony plik pergaminów i opatrzonych pieczęciami dokumentów, złożył je i wcisnął z trudem do kieszeni. Potem siadł przy sekretarzyku, rzucił ostatnie spojrzenie na stos papierów, zacisnął zęby i z desperacją przystąpił do dzieła. Podwinąwszy szerokie rękawy płaszcza, wziął najpierw do ręki rękopis Ertusa, jeszcze raz przeczytał pierwszą stronę i, wyszczerzywszy zęby, szarpnął ją rękami w dwie przeciwne strony, łamiąc sobie przy tym paznokieć.

– Cholera! – warknął ochryple, obejrzał palec i zabrał się do pracy z większą ostrożnością. Rwał po kilkanaście stronic naraz i po pewnym czasie podarł zeszyt na strzępy. Pościągał papiery z sekretarzyka i foteli, przyniósł całe ich stosy z szaf, zerwał ze ściany niewielki portrecik damy w stylu elżbietańskim, rozbił jednym kopnięciem ramę na szczapy i, rzuciwszy je na kupę papierów, przesunął wszystko w kąt. Potem wziął lampę, poszedł do dużego gabinetu, wrócił z kandelabrem w rękach i pedantycznie podpalił stos z trzech stron. Stos zaczął się skręcać i zasnuwać skaczącymi dymkami; migotliwe światło ożywiło gabinet i uczyniło go niespodziewanie wesołym. Po pięciu minutach dym zaczął drapać w gardle.

Zamknąwszy drzwi i zaciągnąwszy kotarę, Tuhaj pracował teraz w sąsiednim pokoju. Na rozpruty nożem portret Aleksandra I wspinał się trzaskający płomień, i łysiejąca carska głowa uśmiechała się przewrotnie w kłębach dymu. Tliło się sukno biurka, płonęły pootwierane i ustawione na sztorc książki. Książę siedział opodal w fotelu i patrzył, a w jego załzawionych od dymu oczach błyskało szaleństwo, radość i duma. Wycedził przez zęby:

– Nic już nie wróci. Wszystko skończone. Nie ma się co załgiwać. Wobec tego, drogi Ertusie, zabierzemy to wszystko ze sobą.

Potem książę wycofywał się powoli z sali do sali, w ślad za nim pełzły szare dymy, a sale zapalały się roztańczonymi ogniami i w okiennych zasłonach pląsały pierzchliwe, pełgające cienie.

Znalazłszy się pod różowym baldachimem, książę rozkręcił lampę i wylał naftę na łoże, plama rozpełzła się i nafta pociekła na dywan. Wtedy Tuhaj rzucił lampę na plamę. Początkowo nic się nie działo, płomyczek zachwiał się i zniknął – ale za moment zerwał się, huknął i strzelił w górę z taką siłą, że Tuhaj ledwie zdążył odskoczyć. W jednej chwili zapłonęły zasłony i cały baldachim rozgorzał gwałtownym, triumfalnym blaskiem.

– Teraz będzie dobrze – mruknął Tuhaj i zaczął się śpieszyć.

Przeszedł przez oranżerię i salę bilardową, skręcił w korytarz dla służby, hałaśliwie zbiegł po krętych schodach na ciemny parter, po czym wychynąwszy jak cień ze skąpanych w księżycowym blasku drzwi na wschodnią werandę, otworzył ją i wyszedł do parku. Wciągnął głowę w ramiona, żeby nie usłyszeć wycia Cezara i pierwszego rozpaczliwego krzyku Jonasza – dobrze zapamiętanymi tajemnymi ścieżkami oddalił się w ciemność…

przełożył Andrzej Drawicz

BIAŁA GWARDIA(1925)

Począł sypać drobny śnieg i nagle jął walić płatami.

Zawył wicher, rozszalała się zawierucha. W jednej

chwili ciemne niebo zmieszało się z morzem

śniegu. Wszystko znikło.

– No, panie – krzyknął woźnica – nieszczęście, buran!

Aleksander Puszkin, Córka kapitana

I osądzono zmarłych z tego, co w księgach

zapisano, według ich czynów…

Apokalipsa św. Jana, 20,12

Poświęcam Lubow Jewgienjewnie Biełozierskiej

CZĘŚĆ PIERWSZA

1.

Rok to był brzemienny i rok to był straszny – od narodzenia Chrystusa tysiąc dziewięćset osiemnasty, od rewolucji zaś drugi. Latem pełen słońca, zimą śniegu, ze stojącymi wysoko na niebie dwiema gwiazdami: wieczorną Wenerą – gwiazdą pastuszą i czerwonym, rozedrganym Marsem.

Dni jednak i w latach spokoju, i w latach krwawych mkną niczym strzały, młodzi Turbinowie nie zauważyli więc, kiedy wraz z mocnym mrozem nadszedł biały, puszysty grudzień. O święty, choinkowy nasz Mikołaju, lśniący śniegiem i szczęściem! Mamo, gdzieżeś ty, jasna królowo?

W rok po ślubie córki Jeleny z kapitanem Siergiejem Iwanowiczem Talbergiem i tego samego tygodnia, kiedy najstarszy syn, Aleksiej Wasiljewicz Turbin, po ciężkich walkach i klęskach, wrócił na Ukrainę do Miasta, do rodzinnego gniazda, białą trumnę z ciałem matki zniesiono stromym Aleksiejewskim Zjazdem na Podoł do małej cerkiewki Nikołaja Dobrotliwego na Wzwozie.

Kiedy odprawiano nabożeństwo żałobne, był maj, drzewa wiśniowe i akacje szczelnie przesłaniały ostrołukowe okna. Ojciec Aleksander potykał się zasmucony i zbolały, iskrząc się i błyszcząc w złotych płomykach świec, diakon zaś, z fioletowymi twarzą i szyją, cały, aż po czubki skrzypiących butów, jak wykuty ze złota, posępnym, monotonnym głosem odmawiał modlitwę pożegnalną dla mamy, która opuszczała dzieci.

Aleksiej, Jelena, Talberg i Aniuta, która wychowała się w domu Turbinowej, a także ogłuszony śmiercią Nikołka, ze zwisającym nad prawą brwią kosmykiem włosów, stali u stóp starego brązowego biskupa Nikoły. Błękitne oczy Nikołki, osadzone po bokach długiego ptasiego nosa, miały błędny, przygnębiony wyraz. Mrugając, podnosił je z rzadka na ikonostas, na tonące w półmroku zwieńczenie ołtarza, gdzie królował smutny i zagadkowy stary Bóg. Za co taka krzywda? Taka niesprawiedliwość? Dlaczego trzeba było zabrać matkę, kiedy wszyscy się zjechali, kiedy się polepszyło?

Bóg, wstępujący w czarne popękane niebo, nie dawał odpowiedzi, Nikołka zaś nie wiedział jeszcze, że wszystko, cokolwiek się dzieje, jest właściwe i wychodzi tylko na dobre.

Skończyło się nabożeństwo, wyszli na placyk przed cerkwią i odprowadzili matkę przez całe ogromne miasto na cmentarz, gdzie pod czarnym marmurowym krzyżem już od dawna spoczywał ojciec. I pogrzebano mamę. Ech… ech…

Wiele lat przed śmiercią matki w domu pod numerem trzynastym na Aleksiejewskim Zjeździe kaflowy piec w jadalni otulał ciepłem małą Jelenkę, najstarszego Aleksieja i całkiem malutkiego Nikołkę. Jakże często przy tchnącym żarem piecu czytano Cieślę z Saardamu1, zegar wygrywał gawota, a pod koniec grudnia zawsze pachniało igliwiem i na zielonych gałązkach płonęły kolorowe parafinowe świeczki. W odpowiedzi na gawota zegara z brązu, który stoi w sypialni matki, a teraz Jelenki, w jadalni bił dostojnie czarny zegar ścienny. Ojciec kupił te zegary dawno temu, kiedy kobiety nosiły suknie z bufiastymi rękawami. Bufiaste rękawy zniknęły, czas przeleciał niczym iskra, umarł ojciec profesor, ale zegar bił dostojnie jak zawsze. Wszyscy tak się do niego przyzwyczaili, że gdyby jakimś cudem zniknął ze ściany, byłoby żal, zupełnie jakby zamarł ukochany głos, którego nie da się niczym zastąpić. Na szczęście, zegar był absolutnie nieśmiertelny, podobnie jak nieśmiertelne były Cieśla z Saardamu i holenderskie kafle, pewne niczym skała, w najtrudniejszych chwilach gorące i krzepiące.

Owe kafle i meble pokryte starym czerwonym aksamitem, łóżka z lśniącymi gałkami, podniszczone kobierce, wielobarwne i malinowe, z sokołem na ręku cara Aleksieja Michajłowicza, z Ludwikiem XIV w rajskim ogrodzie, rozkoszującym się widokiem jedwabnego jeziora, tureckie dywany z fantazyjnymi zawijasami, które zwidywały się małemu Nikołce w malignie szkarlatyny, lampa z brązu z abażurem, najdroższe na świecie szafy z książkami pachnącymi tajemniczą starą czekoladą, z Nataszą Rostową i córką kapitana, pozłacane filiżanki, srebra, portrety, portiery – wszystkie siedem zakurzonych i zastawionych meblami pokojów, które wychowały młodych Turbinów, wszystko to w najcięższym czasie matka zostawiła dzieciom. Kiedy już słabła i z trudem oddychała, chwytając za rękę zapłakaną Jelenę, powtarzała:

– Zgodnie… żyjcie.

Jak tu jednak żyć? Jak żyć?

Najstarszy, Aleksiej Wasiljewicz Turbin, młody lekarz, ma dwadzieścia osiem lat. Jelena – dwadzieścia cztery. Jej mąż, kapitan Talberg – trzydzieści jeden, a Nikołka – siedemnaście i pół. Życie tymczasem wywróciło się im u samego zarania. Już dawno zaczęło dąć z północy, dmie i nie przestaje, a im dłużej, tym gorzej. Najstarszy Turbin wrócił do rodzinnego miasta po pierwszym wstrząsie, który poruszył wzgórzami nad Dnieprem2. Cóż, wydawało się, że uspokoi się, że zacznie się życie, o którym opowiadają czekoladowe książki, ono jednak nie tylko się nie zaczęło – stawało się coraz straszniejsze. Na północy wciąż szaleje zamieć, a tutaj głucho dudni pod nogami, postękuje zatrwożone łono ziemi. Rok osiemnasty gna do swego końca zjeżony i coraz groźniejszy.

Runą mury, z białej rękawicy zerwie się wystraszony sokół, zgaśnie światło lampy z brązu, a Córkę kapitana spalą w piecu. Matka powiedziała dzieciom:

– Żyjcie.

One tymczasem będą się męczyć i umierać.

Pewnego razu, o zmierzchu, wkrótce po pogrzebie matki, Aleksiej Turbin, odwiedziwszy ojca Aleksandra, powiedział:

– Cóż, smutno nam, ojcze Aleksandrze. Trudno nie myśleć o mamie, a tu jeszcze takie ciężkie czasy… Ja przecież dopiero co wróciłem, sądziłem, życie się ułoży, a tu…

Zamilkł, siedział w zapadającym zmierzchu przy stole i zamyślony spoglądał w dal. Gałęzie drzew na cerkiewnym podwórcu zasłaniały domeczek kapłana. Wydawało się, że zaraz za ścianą ciasnego, wypełnionego książkami gabineciku zaczyna się wiosenny, tajemniczy, nieprzebyty las. Wieczorne miasto głucho szumiało, pachniały bzy.

– Cóż począć, cóż począć – niepewnie wybąkał kapłan. (Zawsze czuł się niepewnie, kiedy wypadło mu rozmawiać z ludźmi). – Wola Boża.

– Może wszystko to kiedyś się skończy? I później będzie lepiej? – nie wiadomo kogo zapytał Turbin.

Kapłan poruszył się w fotelu.