Strona główna » Obyczajowe i romanse » Mile morskie

Mile morskie

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7859-817-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Mile morskie


Treść niniejszej książki stanowią wybrane przeze mnie wyjątki z dziennika, w którym zawarłem swoje refleksje i wrażenia z mojego marynarskiego życia. Ów wybrany zbiór obejmuje okres od 1963 do 1971 roku.

Od tego czasu upłynęło sporo lat. Wysłużony „Dar Pomorza” został zastąpiony przez „Dar Młodzieży”. Państwowa Szkoła Morska przekształciła się najpierw w Wyższą Szkołę Morską, a potem w Akademię. Nie ma już olbrzymiej polskiej floty statków handlowych. Absolwenci Akademii Morskiej pływają na statkach obcych bander. Życie na morzu nie uległo jednak zmianie. Dlatego to, co opisałem, stanowi swego rodzaju wartość ponadczasową.





Tego samego autora: Kac, Epizod, Rok, Złość, Katastrofa pod Smoleńskiem, Ciąg dalszy, Humus.

Polecane książki

Poradnik do gry „Soul Calibur IV” pomoże ukończyć Tower of Lost Souls oraz zdobyć wszystkie punkty osiągnięć. Znajdziecie tu opis każdego piętra wieży, listę wszystkich umiejętności, wskazówki dotyczące sterowania i wykonywania trudniejszych technik. Soulcalibur IV - poradnik do gry zawiera poszukiw...
UWIERZ W SIEBIE. BARDZIEJ to książka dla każdej kobiety, która choć raz pomyślała: „Nie wierzę w siebie. Nie uda mi się, jestem niewystarczająco dobra.”   Dzięki tej książce: – zauważysz, jak wiele możliwości jest przed tobą, gdy tylko uwierzysz w siebie. – zrozumiesz, dlaczego warto być sobą. – d...
„Złote spinki Jeffreya Banksa” – to powieść gangsterska (kryminał), której akcja rozgrywa się we współczesnym Londynie. Ukazuje perypetie trzech głównych bohaterów: ministra spraw wewnętrznych, Jeffreya Banksa, szefa londyńskiego podziemia, Ezekiela Horna oraz jednego z jego wiernych żołnierzy, ...
„Czas na biznes“ to seria mini-poradników dla rozważających założenie własnej działalności w konkretnej branży. Poznaj charakterystykę rynku i konkurencję w sektorze, który najbardziej Cię interesuje. Dowiedz się jakiej kadry potrzebujesz, w co musisz wyposażyć lokal, a co najważniejsze – ile to ws...
Utwór powstał po serii tragicznych wydarzeń, które popchnęły mnie do zastanowienia się nad pewnymi sprawami dotyczącymi powodów dla kórych samobójcy, zanim tarną się na swoje życie, potrafią najpierw skrzywdzić swoich bliskich.Nie zabijaj nas, tato - to przypadki z życia nieszczęśliwej rodziny, raz ...
Praca ta jest szczególnym studium sposobów walki oraz prowadzenia kampanii przez armię rzymską. Podczas gdy większość autorów zajmujących się tym tematem skupia swoją uwagę wokół armii w czasie pokoju lub patrzy na nią przez pryzmat instytucji państwowych, Goldsworthy podjął się trudu zrekonstru...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Wojciech T. Pyszkowski

Wojciech T. Pyszkowski

Mile morskie

© Copyright by Wojciech T. Pyszkowski & e-bookowo

Projekt okładki Anna Bugaj Janczarska

ISBN e-book 978-83-7859-817-6

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie

WSTĘP

 

Treść niniejszej książki stanowią wybrane przeze mnie wyjątki z dziennika, w którym zawarłem swoje refleksje i wrażenia z mojego marynarskiego życia. Są one bardzo specyficzne i odmienne od odbieranych przez ogół ludzi żyjących na lądzie. Kształtują je realia głęboko zrośnięte z morskim żywiołem i związaną z nim pracą.

Trudno jest pokrótce określić, co to jest marynarskie życie. Aby zrozumieć, jakie jest w rzeczywistości, trzeba stać się człowiekiem morza. Nie wystarczy wybrać się raz, czy dwa w ciągu życia na beztroską wycieczkę w kabinie pasażerskiej. Nie wystarczy także okazjonalnie i na krótko zaciągnąć się na statek, mając w zanadrzu perspektywę powrotu do wykonywanego przedtem zawodu. Być człowiekiem morza, to znaczy odrzucić wszelkie inne możliwości pracy i przeniknąć specyfiką tego odrębnego życia już w okresie ugruntowywania się psychiki i światopoglądu.

Zawód marynarza łączy się z wieloma miesiącami odosobnienia i tęsknoty. Obfituje w chwile, z którymi nie wiadomo co począć. Najlepiej wówczas zająć się jakąś dodatkową pracą. Dla jednych będzie to pisanie listów albo pamiętników, dla innych zbieranie pamiątek lub czytanie książek.

Nie wiem, na ile wiernie może odtworzyć sobie tok zwykłego życia i pracy na morzu ktoś, kto nigdy na nim nie był. Dlatego pragnę, abyście z uwagą przeczytali to, co pisałem zawsze wtedy, kiedy starałem się oswoić czas.

Ów wybrany zbiór refleksji i wrażeń obejmuje okres od 1963 do 1972 roku. Od tego czasu upłynęło sporo lat. Wysłużony „Dar Pomorza” został zastąpiony przez „Dar Młodzieży”. Państwowa Szkoła Morska przekształciła się najpierw w Wyższą Szkołę Morską, a potem w Akademię. Nie ma już olbrzymiej polskiej floty statków handlowych. Absolwenci Akademii Morskiej pływają na statkach obcych bander. Życie na morzu nie uległo jednak zmianie. Dlatego to, co opisałem, stanowi swego rodzaju wartość ponadczasową.

 

Książkę podzieliłem na trzy części:

 

REFLEKSJE – wybór literackich felietonów.

WRAŻENIA – wyjątki z Dziennika Podróży.

LIRYKA – wybór wierszy.

 

REFLEKSJENIEPOTRZEBNE ROZMOWY

Czy mógłbym zdradzić swoją żonę?

Prawdę mówiąc, nie wiem.

Jestem przekonany, że zamiast tej jednej miłości mogłoby być wiele innych, nic nie znaczących. Zawsze, kiedy człowiek pragnie znaleźć trwałą miłość, bierze udział w różnych, nic nie znaczących epizodzikach. Pozornie jest z tego zadowolony. Otrząsa się ze zwykłej szorstkości. Ma okazję być łagodny, zamknąć oczy i używać zdrobniałych słów. Przestaje krzyczeć i nie myśli o wydawaniu ważnych decyzji. Może także płakać i robić wszystko to, czego nie robiłby w innych okolicznościach.

Jest to rodzaj specyficznego odpoczynku. Zamyka oczy i pozwala uważać siebie za dziecko. Z ustami przytulonymi do piersi czuje, że ręce kobiety obejmują jego głowę. Przyciskają mocniej i kołyszą. Słyszy także, że kobieta szepce: mój malutki.

To zupełnie coś innego, niż kołowrotek codziennych wydarzeń. Jesteśmy mężczyznami. Moglibyśmy spotykać się ze sobą podczas wykonywania swoich obowiązków. Siedzieć przy biurkach albo czekać w korytarzach. W czasie przerwy pić herbatę i zjadać przyniesione z domu bułki. Kłócić się i rozmawiać, używać wobec siebie stanowczego tonu. Mijać się na ulicach, ubierać, czytać. Kiedy poznamy kogoś innego, mówić „dzień dobry, jestem Taki to a Taki, co u Pana słychać?” Ten ktoś nie będzie nas uważał za osobę innej płci. Nie pocałuje w rękę ani nie wspomni o kupionych niedawno szpilkach.

Damski fryzjer spogląda na nas z obojętnością. Nie wiemy również, czy chodząc w krótkiej sukience, można czuć się rozebranym.

Jednak przede wszystkim jesteśmy marynarzami.

Stanowimy odrębną, skazaną na siebie społeczność. Widzimy swoje twarze bez względu na porę dnia. Widzimy swoje twarze przez wiele dni.

Czy mógłbym zdradzić kobietę, którą kocham?

Przypominam sobie:

Siedzę w Domu Marynarza już od kilkunastu dni. Dopiero w przyszłym tygodniu mam zamustrować na statek. Dostałem pokój na trzecim piętrze i właściwie nie wiem, co robić po dejmance. Czytam książki, chodzę do kina. Mam jednak o wiele za mało czasu, żeby pojechać do Warszawy. Nie mam tutaj także żadnych przyjaciół.

Nie lubię obcych miast. Czuję się zupełnie bezradny wobec ulic i domów, o których nie wiem nic. Jestem obcy. Nie wiem, w którym miejscu znajduje się na przykład kawiarnia. Nie mogę po prostu wyjść z mieszkania i kupić w znajomym sklepie chleb. Nie mam przed oczyma obrazu miasta, a więc nie czuję się w nim swobodnie.

Siedzę w Domu Marynarza i mogę jedynie po raz kolejny zejść do klubu. Denerwuje mnie ciemna czerwień ścian i podobny kolor obić na krzesłach. Nawet gazety wydają się już przeczytane. Obok parę osób gra w karty, inni oglądają w sąsiednim pokoju telewizję. Na szczęście wieczorem ma być wyświetlany film. Zajmuję więc miejsce możliwie blisko ekranu.

Czekam. Nie spodziewam się spotkać nikogo znajomego. Wszyscy w klubie są w tej chwili zajęci swoimi sprawami. Siadają z dala ode mnie i tworzą własne kręgi towarzyskie.

Przychodzi jednak Tomasz. Widzę go, jak staje w drzwiach i rozgląda się po sali. Potem brnie między krzesłami i zatrzymuje się przede mną.

– Cześć – mówi – Co będą grali?

– Nie wiem – odpowiadam. Właściwie czułbym się o wiele lepiej, gdyby zostawił mnie samego. Często jestem w takim nastroju. Kiedy wreszcie ktoś przychodzi, nie chce mi się z nim rozmawiać.

Tomasz siada przy moim stoliku i dodaje:

– Widziałem się z Katarzyną. Powinna zaraz tutaj przyjść.

– Z kim się widziałeś? – pytam.

– Z Katarzyną.

– Nie znam jej.

– Nie znasz? Przecież mówiłem ci o niej.

Rzeczywiście, wspominał parę dni temu, że razem z nim przyjechała do Szczecina dziewczyna na praktykę, którą ma odbywać wspólnie ze swoją przyjaciółką w biurze Polskiej Żeglugi Morskiej.

– Nie znam – odpowiadam jeszcze raz.

– Myślałem, że się z nią już spotkałeś, bo jest znajomą Janka, który był świadkiem na twoim ślubie.

Tomasz zamawia piwo i chce żebym razem z nim pił. Jest bardzo brzydki. Podobno przechodził plastyczną operację nosa, ale niewiele mu dała. W dalszym ciągu obawia się, że z takim wyglądem nie ma szans u żadnej dziewczyny.

Teraz pije piwo. Gdy pojawia się Katarzyna, wstaje i mówi:

– Przedstawcie się sobie. Wiesz, to jest brat cioteczny Janka.

Katarzyna spogląda na mnie z zainteresowaniem, ale poza tym nic. To wszystko. Gaśnie światło i rozpoczyna się projekcja filmu. Rano budzę się o wiele za późno. Z trudem zdążam na ostatnią ferę płynącą do stoczni.

Wieczorem pukam do pokoju Katarzyny, która dostała zakwaterowanie w Domu Marynarza. Otwiera jej przyjaciółka i jestem tym zaskoczony. Stoi przede mną w szlafroku. W półmroku widzę jej czarne włosy.

– Dzień dobry, przyniosłem klucz do łazienki – mówię i wyciągam go z kieszeni. – Podobno trudno go zdobyć.

– Proszę, niech pan siada. Może herbaty? – Dziewczyna wkłada grzałkę do wody. – Katarzyna jest na mieście. Powinna zaraz przyjść.

Kiedy Katarzyna wraca, rozpoczynam z nią rozmowę. Trochę wygląda to dziwnie: przychodzi nieznajomy facet, siada przy stole i zaczyna gadać na różne poważne tematy, mimo że w gruncie rzeczy myśli, jak by to było z nią w łóżku.

Jednak nie widzę zdziwienia na jej twarzy. Jest zamężna. Ma grubą obrączkę i piękny pierścień.

– Mój mąż jest marynarzem – mówi – Rozpoczął rejs w dwa tygodnie po ślubie. Wróci dopiero za kilka miesięcy.

Odpowiadam jej:

– Niech się pani nie martwi. Ja wziąłem ślub we wtorek rano i w czwartek wieczorem musiałem już wypływać. Ciekaw jestem, jak pani daje sobie radę z tęsknotą. Może myśli pani, że marynarz w każdym porcie szuka miłości?

Wiem, że trochę obawia się tego.

– Za bardzo żal mu pieniędzy. Dziewczynki kosztują za granicą drogo. Woli zamiast tego kupić coś sobie albo swojej żonie.

Opowiadam dalej i ciągle piję herbatę. Katarzyna słucha.

– Są dwa sposoby zaspakajania swoich potrzeb. Jeden, o którym nie będę teraz mówił i drugi, bardziej zgodny z naturą. Aby wybrać ten naturalniejszy, trzeba poświęcić trochę dolarów. Marynarz trzyma w garści te dolary i myśli: „mogę za to kupić wiele rzeczy i jeszcze pójść do kina”. W rezultacie nic mu nie można zarzucić. A gdyby, powiedzmy, kobiety kosztowały taniej, to i tak uważałby, że to także jest za drogo… Pani nie może sobie jeszcze wyobrazić, co to jest tęsknota.

Patrzę na nią i widzę, że się wstydzi. Myśli, że powinna była wyjść za mąż znacznie wcześniej.

– Jak często pan otrzymuje listy? – pyta.

– To zależy od ilości portów. Ostatnio dostałem tylko sześć, ponieważ były trzy porty. Ja piszę prawie codziennie, tak jak pamiętnik. Nawet na każdym umieszczam datę i aktualną pozycję statku – opowiadam i znowu piję herbatę. – Listy to bardzo ważna rzecz. Czasem nie przychodzą wtedy, kiedy chciałoby się je przeczytać. Człowiek chodzi wściekły na cały świat i czuje, że jest w stanie popełnić jakieś głupstwo. Siada przy stole, bierze pióro i zaczyna temu komuś, od którego powinien dostać list, czynić niczym nieuzasadnione wymówki. Potem żałuje, że nie wyrzucił tych głupstw za burtę. Listy przecież i tak w końcu przychodzą. Jak nie w tym porcie, to w innym.

Siedzę na krześle i patrzę na Katarzynę. Widzę przed sobą kobietę i to nie daje mi spokoju. Jednak staram się rozmawiać bardzo naturalnie. Ona patrzy na mnie i widzi mężczyznę. Także usiłuje rozmawiać bardzo naturalnie.

Nie daje mi spokoju myśl, że moglibyśmy przerwać tę idiotyczną maskaradę. Pochyliłbym się ku niej i powiedział: „Daj spokój. Twój mąż wróci dopiero za trzy miesiące, a ja nie wiem, czy zobaczę swoją żonę przed rejsem. Zróbmy to, czego oboje pragniemy”.

Tymczasem rozmawiamy. I tak przez kilka dni. Przychodzę wieczorem, piję herbatę. Czasem rozkładamy karty i w coś gramy. Opowiadam jej o morzu, żeby dowiedziała się więcej o zawodzie swojego męża. W sobotę idziemy potańczyć do klubu w Domu Marynarza. Gra niezła orkiestra i za każdym razem zapala się okropne czerwone światło.

Wyobrażam sobie, że wszyscy uważają nas za małżeństwo; oboje przecież nosimy obrączki. Widzę, że obserwuje nas kelnerka, ta sama, która tak często patrzyła na mnie, kiedy do klubu przychodziłem sam.

Katarzyna tańczy przesadnie oddalona. Nie powinno tak tańczyć małżeństwo. Przyciskam ją do siebie i wbrew sobie mówię:

– Pani teraz bawi się, a mąż może w tej chwili pisze list…

Wiem, że popełniam niezręczność i prawdopodobnie grzebię w ten sposób swoje szanse. Katarzyna jednak zatrzymuje się i mówi:

– Jestem głodna. Może pójdziemy do mnie na górę?

W pokoju nie mogę znieść osaczającej nas atmosfery naprężenia. Katarzyna milczy, nastawia wodę na herbatę. Powinienem coś powiedzieć… W końcu odzywam się:

– Wiesz, nie chciałbym, żebyś myślała, że jestem nastawiony wobec ciebie agresywnie.

– Ani przez chwilę o tym nie myślałam. Zresztą, wiem czego mogę się po sobie spodziewać – odpowiada chłodno Katarzyna.

Po chwili milczenia, pytam:

– Czy mogłabyś pożyczyć mi budzik? Jutro muszę bardzo wcześnie wstać.

SZCZECIN, KTÓRY NIEDŁUGO POŻEGNAM

Jestem na peronie. Przyszedłem o wiele za wcześnie. W kieszeni mam klucz do pokoju numer dziesięć. Sprawdzam, czy czasem nie zrobiła się w niej dziura. Nie mam ochoty na nic niespodziewanego teraz, kiedy jest już prawie noc i kiedy ma przyjechać moja żona.

Przybywa coraz więcej ludzi, którzy tak jak ja, czekają. Chodzę bez celu tam i z powrotem. Zatrzymuję się przed zamkniętym kioskiem z gazetami. Fryzjer też zamknął już swój zakład. Otwarta jest tylko toaleta.

Zaczynam wyobrażać sobie różne rzeczy. To ułatwia oczekiwanie.

Powiedzmy, że toaleta też została zamknięta. Babcia klozetowa najpierw dokładnie ją sprzątnęła, a potem wyszła. Na drzwiach wywiesiła kartkę: „Wrócę za dwa miesiące”, albo: „Zamknięte aż do odwołania”, lub: „Remanent”, czy jakąś inną karteczkę. Wyszła, trzymając ręce założone do tyłu, udając przypadkowego przechodnia. Postąpiła tak, kierując się zupełnie nieznanymi pobudkami. Nieznanymi oczywiście dla nas, tuzinkowych ludzi, którzy potrzebują czasem rozwiązać kilka kwestii, wynikających, na przykład, z sutego obiadu. Są to potrzeby bardzo silne. Dają znać o sobie nieraz tak nieustannie, że inne problemy stają się mało istotne.

Tymczasem babcia wyszła. Może wyjechała za miasto? Zapragnęła wypoczynku, tak jak wszyscy inni ludzie. Może była zmęczona pracą, która trwa nieprzerwanie całą dobę? Chciała odetchnąć świeżym, pozbawionym wyziewów chloru, powietrzem i nasycić się ciszą lasu. Może chciała posłuchać innego, niż zwykle, szumu wody? Właśnie ta jej potrzeba, jakże różna od innych, prozaicznych potrzeb, stała się bardzo silna. Nie mogła już dłużej tkwić w białym kitlu i wydawać kwitki do kabin, albo wydzielać ściśle określonej wielkości kawałki papieru. Po prostu wyszła.

A może teraz próbuje namawiać do tego babcie innych miejskich szaletów? Ciekawe, jak ludzie by na to zareagowali?

A ja? Skorzystałbym z ustronnego miejsca pod drzewem.

Zaczyna być zimno i odczuwam lekkie zniecierpliwienie. Pociąg znowu się spóźnia. Nie ma jeszcze zimy, a rozkład jazdy utknął już w śnieżnych zaspach.

Czekam. W końcu już jest. Widzę JĄ, idącą w tłumie przyjezdnych. Znajoma, dobra twarz wśród wielu innych. Niepowtarzalne są powitania.

– Jestem – mówi. Zaledwie przed kilkoma godzinami była jeszcze w Warszawie. Rano wstała, jak każdego dnia o tej porze, założyła szlafrok i poszła do łazienki. Wykonywała wszystkie poranne czynności, które wymagają spełnienia, bez względu na to, czy się wyjeżdża, czy nie. Potem obudziła swojego brata i przygotowała śniadanie. Może później poszła kupić coś na obiad, mimo że nie planowała już jeść obiadu w domu… Rano była w Warszawie, a teraz jest już tutaj, przy mnie, z mikroklimatem warszawskich ulic w zakamarkach ubrania. Odbieram jej walizkę.

– Bałem się, że nie przyjedziesz – mówię i obserwuję jej twarz. Cieszę się. Zaczynam żyć chwilami, które od teraz będziemy wspólnie tworzyć.

Wychodzimy przez tunel do miasta. Jest to miasto, którego jeszcze dobrze nie znam. Ona również przyjechała tutaj pierwszy raz. Nie znam w tym mieście ludzi, domy są obce, place z gwiaździstymi ulicami, kawiarnie. Wszystko jest obce.

Wsiadamy do tramwaju o tym samym numerze, którym w Warszawie można dojechać do Naszego Domu.

– Będziemy jechali piętnaście minut – mówię i zaraz opowiadam: – Wiesz, gdy przyjechałem do Szczecina po raz pierwszy, była tak samo noc. Pociąg spóźnił się prawie godzinę. Nie wiedziałem, gdzie się ruszyć. Byłem zagubiony i oszołomiony. W końcu dotarłem tutaj, popatrz: „Hotel Pomorski”. Mieszkałem właśnie w tym hotelu. Potem wyjechałem bez biletu na całą niedzielę do Warszawy. Tak za tobą tęskniłem. Pamiętasz?

Dziwny wagon, z jedynym wejściem po środku, jest pusty. Siedzimy tylko my.

– Pamiętam… Wiesz, zmniejszyłam obrączkę o półtora numeru.

Jesteśmy razem.

***

– Pozostały nam jeszcze aż dwa dni. Popatrz, mamy przed sobą całą noc, cały dzień, jeszcze jedną noc i znowu dzień.

Cisza. Szary mrok okleił wszystkie sprzęty.

Ona płacze.

– Dlaczego płaczesz? Uspokój się. Nie płacz.

Czuję jej ciało, za które oddałbym całe swoje życie.

– Dlaczego płaczesz?

Patrzy na mnie w ciemności.

– Będę ciebie widziała jeszcze tylko dwa dni…

Kocham jej łzy. Bardzo mały jest ten pokój. Pokój numer dziesięć. Podobno w Domu Marynarza brakuje dwuosobowych pokoi. Rozmawiałem o tym w zeszłym tygodniu z portierem. Grubawy, w okularach, wiecznie zadowolony.

– Ze mną pan wszystko załatwi – powiedział – Z tym drugim, łysym, nie ma pan co rozmawiać.

– Wiem o tym – odpowiedziałem – On już dawno powinien odejść na emeryturę. Jest złośliwy.

– Tak, tak. On by na pewno nie dał panu pokoju. Gdzie pan chce? Wyżej, czy na pierwszym piętrze? – Spoglądał zza swoich okularów i uprzejmie zacierał ręce.

– Chciałbym taki, żeby i żona miała wygodnie.

– No to dam panu na pierwszym piętrze. Pokój numer dziesięć.

Pragnąc dać mu do zrozumienia, że może spodziewać się ode mnie napiwku, spytałem go, kiedy będzie miał następną służbę. Oczywiście nie miałem zamiaru dać mu ani grosza. Spytałem tak, żeby zrobić na nim lepsze wrażenie. Miał być jeszcze w sobotę.

– Dziękuję – powiedziałem – Z pewnością jeszcze się zobaczymy.

Ten drugi, łysy, na pewno powiedziałby mi, że wolnych pokoi nie ma, mimo że dla wielu innych miałby w rezerwie jeszcze kilka. Kiedyś, kiedy mieszkałem na ostatnim piętrze, w trzyosobowym pokoju, pokłóciłem się z nim. Często schodziłem do kawiarni i zawsze oddawałem mu klucz, bo przecież mógł być potrzebny pozostałym dwóm lokatorom. Czasem musiałem wrócić po coś na górę, albo po pieniądze, albo po płaszcz. Wściekał się wtedy za tym swoim biurkiem i gdał:

– Wiecznie numer czterdzieści, wiecznie numer czterdzieści, po raz tysiąc pięćsetny!

Oczywiście przesadzał. Tyle razy nie mogłem wracać na górę.

Nie płaciłem także za pokój na kilka dni naprzód, jak to na ogół było w zwyczaju, ponieważ lada dzień spodziewałem się zamustrowania na jakiś statek. Łysy portier też tego nie rozumiał.

– Tyle roboty, tyle roboty – gderał – Nie mam pięćdziesięciu rąk! Panu wydaj, tamtemu wydaj, przyjmij telefon i tak w kółko… Wolę już zapłacić za pana i mieć spokój.

I zapłacił aż za trzy doby.

Dziwny człowiek.

A teraz leżę w pokoju. Obok mnie jest Ona. Patrzę, jak szary mrok okleja nasze ubrania, w tej chwili bezużyteczne i zwisające bezwładnie z krzeseł. Druga, codzienna skóra, używana dla ludzi obcych. Teraz zatracają granice codziennej, przyzwoitej separacji. Moja koszula i jej bluzka, moje spodnie i jej pończochy. Wszystko pomieszane, tworzące zewnętrzną szatę podwójnej istoty.

Nie ma granicy między mną a Nią.

Odzywam się, czując jej mokre policzki:

– Kochanie, zobaczymy się za dwa miesiące. To wcale nie jest tak dużo. Tylko z początku będą dłużyły się dni…

Dwa miesiące to niemal wieczność.

NIECH CI NIE BŁYSZCZĄ TAK BARDZO OCZY

Jest wieczór. Jest mokry piasek, falochron. Jest wybrzeże, pojedyncze drzewa, daleki ruch na ulicy. Jest wszystko, co stwarza wczesną wiosnę i szybkie spojrzenia.

Gdy szedłem tutaj, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Każdy śpieszył w swoją stronę. W powietrzu zawisło ciepło kończącego się dnia.

Czekała na mnie. Zdejmujemy buty i pozwalamy chłodnej fali wpływać między palce.

– Widzisz ten statek?

– Nie lubię statków – odpowiada – Zabierają mi ciebie.

Księżyc podpiera brodę rękami i powoli sinieje. Moczy nogi, podziurkowane kraterami. Na plaży sterczą sieci i stoi dom rybaka. Migocą oświetlone okienka. Jest wszystko, co stwarza pożegnanie.

A przecież mógłbym o nim zapomnieć. Wystarczyłoby pozostać i nad ranem, kiedy zimą świeci słońce, wychodzić w grubym kożuchu, który wlecze się po chodniku, zostawiając szeroką bruzdę. Albo wstawać rano w szlafroku, jak wszyscy ludzie, otwierać drzwi, odbierać mleko i poranną prasę. Mógłbym, na przykład, któregoś poranku wziąć wędkę i iść na ryby, wiedząc, że na mnie czekasz. Wracać i zawsze, kiedy tylko zapragnę, mieć ciebie.

Ja jednak zostawiam wszystko. Powinienem teraz zrobić coś, żeby ci nie błyszczały tak bardzo oczy i nie wilgotniały dłonie.

Wracam jednak na statek. Po drodze kupuję zeszłoroczne jabłka. Ci, co zostają, niedługo będą obchodzić Święta Wielkanocne.

W kabinie rozpakowuję swoje rzeczy. Na szocie wieszam zegarek i kalendarz. Zegarek będzie odmierzał czterogodzinne wachty i pozwoli mi zorientować się, kiedy należy iść do mesy albo na pokład. Kalendarz umiejscowi mnie w mijających nie wiadomo kiedy dniach, od wschodu słońca, przez południe, do wieczornego ciepła.

Noc maluje nieprzezroczystą barwą bulaj. W kabinie słychać pulsujący szum agregatów i odczuwa się wibrację silnika.

Siedzę przy stoliku, nakrytym pomarańczową serwetą i obserwuję nienaturalne cienie sprzętów. Żółtawe światło lampki wydobywa z półmroku rozwieszoną na krześle koszulę. Wyjmuję pióro i zdaję sobie sprawę, że nadchodzi pora tęsknoty i pisania listów. Pora rozmyślania o wszystkim, co zostaje za niknącym kilwaterem.

Będę przypominał sobie równomierny stukot kół pociągu, każde słowo, wypowiedziane wszystko jedno komu, tramwaj, filiżankę kawy, tłum, dom towarowy, zatłoczone ulice… Będę też myślał o Tobie.

Czasem, wraz z ciszą i tęsknotą nadejdzie niepokojący ból w skroniach i wtedy będę musiał wyjść na pokład.

ŻEGNAM SZCZECIN

Do kabiny wpada ostry błysk światła. Wtłacza ze sobą bezustanny szum silnika.

– Co jest, do cholery?!

Trzeba w ten sposób zareagować, kiedy bez powodu budzą człowieka w nocy.

Nad moja koją zawisa w żółtawej smudze broda. Wyciągnięta ręka maca przez chwilę szot i zapala lampkę.

– Co? – pytam.

– Wstawać, wpół do czwartej!

Ciekaw jestem, komu zebrało się na żarty. O tej porze najlepiej jest przewracać się na drugi bok.

– Wstawaj!

– Słyszę.

– Manewry!

Ten ktoś ma jednak rację. Trzeba pozamykać wszystkie ładownie. Bosman wczoraj o tym mówił. Powoli zakładam skarpetki i idę do łazienki przetrzeć oczy. Szybko mija sen. Już nie pamiętam, co mi się śniło.

Na pokładzie ostre, chłodne powietrze. Czarne hałdy węgla toną w topniejącym wiosennie śniegu, który niespodziewanie spadł tej nocy. Zimno, jak na tę porę roku.

Trymerzy schodzą po trapie, pobrzękując blachami. Wloką ze sobą ogniki górniczych lampek. Statek głęboko zanurzył się w wodzie. Można z łatwością zeskoczyć z burty na keję. Tablica „Załoga na burcie” każe całej załodze stawić się na statku o godzinie 04.30. Właśnie teraz zbliża się ta godzina.

Idę na pierwszą ładownię, uważając, żeby nie potknąć się o sterty desek. Biorę długi hak i zaczynam dźwigać grube deski lukowe. Namokły roztopionym śniegiem i są tak ciężkie, jakby ktoś złośliwie dorobił do nich okucia z ołowiu. Poprzedniego dnia posortowałem wszystkie, stosownie do numerów poszczególnych ładowni, ponieważ pomieszały się podczas postoju na stoczni. Przychodzi Benek. Dźwigam razem z nim dechy i układam na żelaznych rozpornicach.

– Ty – przypomina Benek – układaj równo.

Ciągniemy je długim pogrzebaczem i dobijamy do sąsiednich. Z westchnieniem wspominam nowoczesne klapy na nowszych statkach. Wystarczyło tylko nacisnąć guzik i w dwie minuty ładownie były zamknięte…

Nareszcie wszystkie deski ułożone. Trzeba jeszcze przynieść brezenty i dokładnie na nich rozciągnąć. Potem brzegi umocować drewnianymi klinami i założyć ściągacze. To dopiero część roboty. Pozostały jeszcze do sklarowania bomy ładunkowe. Próbuję rozruszać zastałą przez noc windę. Strugi gorącej wody chlupoczą w otwartych kurkach. Uruchamiam dopływ pary do maksimum i naciskam do oporu rączkę biegów. Tłoki ruszają. Włączam kilkakrotnie bieg na wciąganie i bieg na opuszczanie. Potem sprzęgam windę z bębnem, na który nawinięta jest stalowa lina. To samo robię z druga windą. Długie bomy powoli opuszczają się równolegle do pokładu. Ich końce spoczywają w uchwytach po drugiej stronie ładowni. Opieram się z ulgą o burtę i tępo spoglądam na rozkraczone dźwigi. Jest jeszcze ciemno. Za rufą sterczy pokraczna „Brygada Makowskiego”. Tam też ładują węgiel. Dźwigi pracują z małymi przerwami przez całą noc. Przy trapie nudzi się marynarz ze statku, który wczoraj przycumował do naszej burty. Oni również mają wyjść w morze dzisiaj rano.

– Chcesz zapalić? – pyta, wyjmując papierosa.

– Nie palę – odpowiadam.

– Idziecie do Włoch? – pyta jeszcze raz.

Nie mam ochoty odpowiadać. Marynarz przytyka zapałkę i zaciąga się kilkakrotnie. Wiem, że chce coś jeszcze powiedzieć. Nudzi się przecież na trapie.

– Idziemy do Afryki. Cholera, bez klimatyzacji. Trzy miesiące – mówi – Teraz do Gdyni, a dopiero potem do Afryki. Czuję, że w Gdyni będę musiał coś wykombinować. Spróbuję zamustrować na inny statek.

Do rejsu jesteśmy gotowi po ósmej rano. Pilota jednak jeszcze nie ma. Jestem prawie pewien, że zjawi się dopiero przed dwunastą. Zawsze coś staje na przeszkodzie sprawnemu wyjściu w morze. Jak nie pilot, to WOP, jak nie celnicy, to brak holowników.

W mesie wszyscy jedzą spóźnione śniadanie. Mały, wiecznie roześmiany Cieśla opowiada:

– Mówię wam, co za okropny sen miałem dzisiaj. Jak Boga kocham. Śniło mi się, że miałem olbrzymią czuprynę. Spadała mi aż na oczy.

Śmiech. Cieśla jest przecież łysy.

– Tak – powtarza Cieśla. Na imię ma Jasio i podobno doskonale strzyże. Podczas rejsu każdy, kto chce skrócić włosy, zgłasza się do niego.

– Jasiu, wyglądasz jak Jezusek. Coś ty taki zabiedzony? – Palacz z maszyny zawsze musi coś wtrącić.

– Ja to zawsze będę chudy – odgryza się Cieśla – Po co mi taki śmietnik, jak twój? – I pokazuje jego brzuch.

Odpływamy dopiero po dwunastej.

STATEK NA WYJŚCIU W MORZE

Wraz z rzuceniem ostatniej cumy i pożegnalnym sygnałem syreny urywa się bezpośrednia więź z lądem. Statek pozostawia za sobą portowe holowniki, pilota, mija redę. Nikną przytłoczone odległością sylwetki kranów i pasma nabrzeży. Barwy drzew i domów przeistaczają się w niknącą za rufą smugę. Pozostaje szereg nie dokończonych spraw i wydarzeń, które chciałoby się przeżyć do końca. Urywa się normalny, namacalny tok życia, tak bardzo potrzebny i nieraz tak bardzo lekceważony. Będzie powracał w długie, statkowe wieczory, ujęty w pożegnalne uśmiechy przyjaciół, uściśnięcia dłoni, wszystkie wypowiedziane kiedyś „dzień dobry”, „wróciłem”, „ładnie wyglądasz”, drgający w błyszczących kałużach i kroplach deszczu.

Jeszcze tylko wiatr przynosi pożegnalne strzępy znajomego, wilgotnego zapachu piasku i odtąd na długie tygodnie towarzyszyć będzie jednostajny widok morza.

Czas gwałtownie zwalnia i wskazówki zegara zaczynają odmierzać ustaloną jednostkę upływających dni – doby. Wraz z morskimi obrotami śruby powracają przyzwyczajenia, zapomniane podczas pobytu na lądzie. Wszystko, co stanowi egzystencję na statku, zajmuje zupełnie naturalnie i bez sprzeciwu miejsce w aktualnej rzeczywistości. Krok przystosowuje się do łagodnej krzywizny niespokojnego pokładu, oczy przestają dostrzegać wąską granicę burt. Kabiny ożywają złudzeniem znajomego pokoju, z którym zawsze łączą się jakieś wspomnienia. Muszą zastąpić to miejsce, gdzie jeszcze niedawno spędzało się noc, jadło, odpoczywało, przychodziło ze spaceru i które można było w każdej chwili opuścić, wybierając się, powiedzmy, do kina, przyjaciół, albo na kilkudniową wycieczkę. Na mostku świeci czerwonym światełkiem strzałka wychylenia steru. Kadłub statku miarowo drga, pulsując tętnem pracującego silnika.

Przed nami uciążliwe chwile tęsknoty, zwykłe niedziele, uroczystości, które straciły sens odmiennych dni, święta bez radosnego oczekiwania, zaznaczone jedynie datą w kalendarzu.

Znowu na korytarzach słychać kroki. Ustala się lokalna społeczność, którą czeka niełatwe zadanie spokojnego współżycia i samowystarczalności. Tworzy się konwenans wzajemnych uśmiechów, niezbędnych uprzejmości i osobistego niezaangażowania. Mikroklimat, pozwalający na szybkie i względnie bezbolesne spędzenie podróży.

Jednak, gdzieś w głębi najskrytszych myśli, tli się trwała iskierka romantycznego szaleństwa, które niezmiennie kusi radością włóczęgi. Zaraźliwy bakcyl ołowianych fal i niebiesko-zielonych odcieni morza roztacza zazdrosne piękno, które łagodzi chwile zwątpienia, samotności i porannego przygnębienia.

WACHTA

Monotonnie upływają godziny wachty. Zwłaszcza w nocy dłuży się czas. Sterówka pogrąża się w mroku, a na twarzy sternika majaczy odblask żarówki kompasu. Statek pełznie, rozgrzebując miękką nawierzchnię – asfalt pomarszczony od ciepła księżyca. Jego światło oblewa pokład z podłużnymi cieniami bomów. Wyostrza linię, w której łączy się niebo z morzem.

Stoję oparty o szot i wlepiam wzrok w wyraźnie zaznaczony widnokrąg. Ze wschodu nadbiega silny wiatr, rozsiewając przejrzystą plamę wodnego pyłu. Statek ciężko uderza dziobem w ruchome doliny i wypędza z wewnętrznej strony burt rwące potoki.

Lubię wzburzone morze. Wtedy znowu dostrzegam jego magnetyczne piękno. Ze zdwojoną siłą odczuwam łączącą mnie z nim więź. To tak, jakbym zdał sobie nagle sprawę z obecności kogoś bliskiego i powiedział: wiesz, cieszę się, że jesteś.

Przede mną długi rejs. Nijakie doby, poszatkowane snem.

Stoję oparty o szot i pogrążam się w oczekiwaniu. Myślę o dniu, w którym zobaczę zarysy redy.

***

Port – perspektywa chwilowej zmiany trybu życia.

Możliwość zmiany ustalonego porządku dnia staje się bardzo podniecająca. Można wtedy spać, kiedy jest noc i wstawać rano na śniadanie. Można założyć białą koszulę i spacerować ulicami, patrząc na twarze innych ludzi, mijać idące ulicą kobiety, oglądać wystawy a także kupić coś w sklepie.

Port