Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Mobutu

Mobutu

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-06-03574-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Mobutu

Biografia jednego z najsłynniejszych dyktatorów afrykańskich, zwanego „królem Zairu”. Przez trzydzieści dwa lata (1965‒1997) Mobutu rządził żelazną ręką Kongiem/Zairem. Przejął władzę pośród narastającego chaosu wojny domowej i oddalił groźbę rozpadu państwa, lecz umacniając swą dyktaturę pogrążył kraj na nowo w morzu krwi, korupcji i bezwstydnym drenażu wszelkich zasobów. Jednocześnie jednak ten władca strojny w skórę lamparta nie był zwykłym tyranem. Przyjmując rolę przyjaciela Zachodu w okresie zimnej wojny odegrał niebagatelną rolę strategiczną, co nie przeszkadzało mu sięgać po wzorce rodem z maoistowskich Chin lub Korei Północnej (by wspomnieć tylko o groteskowym przydomku, który w całości brzmiał: „Wszechmocny wojownik, który pozostawia za sobą ogień i kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa, a nic ani nikt nie może go zatrzymać” czy entuzjastycznym przeprowadzaniu rewolucji kulturalnej w duchu „autentyczności” – oczywiście pod światłym przewodnictwem Najwyższego Przewodnika). W umacnianiu zairskiego systemu, który doczekał się własnej nazwy – kleptokracja – miały swój udział kilkusettysięczne rzesze urzędników, nikt jednak nie mógł się równać z jego twórcą. Doprowadziwszy kraj do zapaści gospodarczej musiał w końcu opuścić ojczyznę w niełasce, by umrzeć na wygnaniu, a wszystko to miało miejsce raptem dwadzieścia lat temu.

Polecane książki

.. Nieodlacznym elementem warunkujacym spójnosc prowadzonych dzialan w samorzadach jest uwzglednienie w planowaniu fi nansowym i wieloletnich zamierzeniach inwestycyjnych poza aspektem zarzadzania plynnoscia budzetu wizji zadluzenia. Takie ujecie pozwala na kompleksowe podejscie do utrzymani...
"W ebooku znalazły się: - kalendarium życia i twórczości oraz biografia Henryka Sienkiewicza; - geneza powieści; - omówienie-streszczenie treści powieści "Quo vadis"; - geneza i budowa powieści "Quo vadis"; - charakterystyka głównych bohaterów utworu; - omówienie narracji w powieści "Quo vadis"; - w...
Doświadczenie Boga. Dla wierzących, poszukujących i wątpiących to kolejna pozycja w dorobku George’a Weigela. I jak w przypadku poprzednich, nie da się przejść obok niej obojętnie. Jest to swoisty list do młodych ludzi. George Weigel pisał go w różnych miejscach na całym świecie, c...
Publikacja dotyczy pierwotnej emocji jaką jest wstyd w relacjach międzyludzkich, przedstawiony w szerokim ujęciu psychospołecznym oraz kulturowym. Autorzy analizują wstyd w relacjach rodzinnych, partnerskich, wstyd przed nagoscią oraz wstyd w relacji lekarz-pacjent/pacjentka. Nastepnie omawiają spos...
Mógłbym się nazywać Al Pacino, a nazywam się Piotr Adamczyk. Inicjały niby takie same. Zaczynamy się podobnie, ale dalej jest już zupełnie inaczej. Mógłbym się też nazywać Dustin Hoffman, George Clooney, Colin Firth albo nawet Johnny Depp. A nazywam się jak ten polski aktor, który grał papieża....
Fascynująca powieść drogi. Trzy przyjaciółki. Każda znalazła się właśnie na życiowym zakręcie. Zakończenie wieloletniej pracy w korporacji, rozpadające się związki, marzenia o miłości i pytania o własną tożsamość – z tym muszą się zmierzyć. Na razie postanawiają oderwać się od codzien...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jean-Pierre Langellier

Tytuł oryginału:

Mobutu

Redaktor prowadząca

Elżbieta Brzozowska

Redakcja

Aldona Mikusińska

Korekta

Hanna Lachowska

Projekt okładki i stron tytułowych

Anter

© Copyright by PERRIN, department of EDI8, 2017

© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2019

© Copyright for the Polish translation by Grażyna Majcher

Published by arrangement with Lester Literary Agency

Księgarnia internetowawww.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

Książka dostępna także jako e-book

Wydanie pierwsze

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01

piw@piw.pl

Skład i łamanie: ROCH Wojciech Ochocki

ISBN: 978-83-06-03574-2

Skład wersji elektronicznejMarcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Rozdział pierwszyPOD ZNAKIEM LAMPARTA

W 1940 roku w sercu Afryki młody Joseph-Désiré idzie przez las u boku dziadka, kiedy nagle z chaszczy wyłania się sprężony do ataku lampart. Przerażony chłopiec chroni się w ramionach starca, który mruczy rozeźlony pod nosem: „Nie jesteś mężczyzną!”. Oburzony dziesięciolatek bierze się w garść i rzuca swoją włócznią w zwierzę. Boleśnie zraniony lampart się cofa. By przypieczętować swe zwycięstwo, chłopiec podchodzi do niego i wyciąga włócznię, po czym mówi do dziadka, zachwyconego śmiałością wnuka: „Teraz już niczego nie będę się bał!”.

Ten chwalebny młodzieńczy wyczyn, bez wątpienia apokryficzny, stanowi pierwsze wiekopomne wydarzenie przedstawione w ilustrowanej, mało skromnej biografii noszącej tytuł Il était une fois Mobutu (Był sobie pewnego razu Mobutu). Dyktator będzie rozprowadzał ją masowo w wioskach Zairu w 1977 roku, w apogeum swojego panowania1. W dwustu pięćdziesięciu naiwnie wysłodzonych, utrzymanych w agresywnej kolorystyce obrazkach ten długi komiks prezentuje niekończącą się serię dokonań wojennych, trafnych intuicji politycznych i cnót moralnych przywódcy. Przypisywane mu cechy – inteligencja, siła, odwaga – są także atrybutami lamparta, z którym Mobutu stale się utożsamia. Przez trzydzieści lat będzie się ukazywać publicznie w nakryciu głowy ze skóry tego dzikiego kota. Przywłaszczenie zakorzenionego w tradycji symbolu siły i potęgi pozwala zrobić odpowiednio silne wrażenie na widzach. Przypomina im także afrykańskie przysłowie, głoszące, że „na skórze lamparta [albo pod nią] nie ma miejsca dla dwóch wodzów”. Przeciwnicy i ofiary dyktatora dodają, że cętkowany kot radzi sobie w dżungli przede wszystkim dzięki fortelom, zdradom i okrucieństwu.

MAMA YEMO

Ten, który miał zostać „Wielkim Lampartem”, przychodzi na świat 14 października 1930 roku w Lisali, małej mieścinie usytuowanej w szerokim i głębokim zakolu Konga. Przez całe życie będzie czuł silną więź z ogromną, dającą poczucie bezpieczeństwa rzeką, jakby ta rzuciła na niego jakiś urok. Jego rodzice należą do ludu Ngbandi, jednego z najmniej licznych spośród mniej więcej dwustu pięćdziesięciu zamieszkujących ówczesne Kongo Belgijskie. To lud spoza grupy Bantu, pochodzący z obecnego Sudanu Południowego, skąd migrował kolejnymi falami ku lasom, uciekając w szczególności przed handlarzami niewolników. Ngbandi osiedlili się na obu brzegach Ubangi, majestatycznego dopływu Konga stanowiącego naturalną granicę z Republiką Środkowoafrykańską. W tym nadrzecznym świecie, nasyconym dawnymi tradycjami i mrocznymi wierzeniami, Ngbandi parają się przewoźnictwem czółnami i rybołówstwem. Spójność rodzin opiera się na kulcie przodków ze strony ojca, którzy w swej dobroci czuwają nad zdrowiem, płodnością, powodzeniem i spokojem społeczności. Ich niewidzialna moc oddziałuje na wszystkie dziedziny życia. Materialną podstawą kultu jest relikwiarz rodowy, zwany tolo, trzymany pod zadaszeniem obok domu rodziny: to skrzynka w kształcie walca wykonana z kory drzew albo worek ze skóry kozy lub antylopy, w których przechowuje się paznokcie, włosy lub palce przodków2.

Ngbandi mają raczej radosne usposobienie, chętnie cieszą się przyjemnościami życia3. Jednak najbiedniejsi spośród nich wiedzą, czym jest gorycz istnienia i poniżenie. Wie o tym matka Mobutu, Marie-Madeleine Yemo. Los poniewiera nią, aż wreszcie zostaje przygarnięta wraz z córką i synem przez ciotkę ze strony matki. Ciotka, która jest bezpłodna, doszła do wniosku, że przyda się jeszcze jedna kobieta zdolna rodzić dzieci w haremie jej męża, wodza Ngbaków, innego ludu zamieszkującego tę samą Prowincję Równikową. Piękna „Mama Yemo”, jak później będzie nazywana, daje wodzowi dwoje dzieci i potem jeszcze bliźnięta, które umierają w tajemniczych okolicznościach. Podejrzewając ciotkę o czary, ucieka na piechotę do wielkiej „wsi białych”, do Lisali. Dzielnie znosi pogardliwe traktowanie jako „wolnej kobiety” – ze względu na ten status zmuszona jest na przykład poddawać się okresowej kontroli sanitarnej. Uboga i znów brzemienna, poznaje Albérica Gbémaniego, utalentowanego kucharza, dorywczo pełniącego funkcje katechety. Dawniej pracował u misjonarzy kapucynów w Molegbe, obecnie zatrudnia go belgijski sędzia, zastępca królewskiego prokuratora, Monsieur Delcourt. Albéric i Marie-Madeleine biorą ślub kościelny, dwa miesiące później rodzi się Mobutu. Kilka dni po szczęśliwym wydarzeniu ksiądz z Kongregacji z Scheut4 nadaje mu imię Joseph-Désiré.

OJCIEC NIEZNANY

W języku ngbandimobutu znaczy „pył”. Takie nazwisko będzie nieustannie przypominało temu, kto je nosi, o jego skromnym pochodzeniu. Taka jest wola Mamy Yemo. Do śmierci sama nie pozwoli mu zapomnieć, jakie są jego korzenie: że wywodzi się z rodziny ubogiej, ale dumnej ze swego prastarego dziedzictwa. Kiedy w jej mniemaniu syn będzie zachowywał się zanadto jak biały, będzie na niego wołała złośliwie „Zozefu” – to zniekształcona forma imienia Joseph. Kiedy zaś Mobutu zostanie wszechmocnym prezydentem kraju, sam uzupełni swoje nazwisko dwoma znacznie lepiej brzmiącymi słowami: Sese Seko, to znaczy „wieczny”. Dumny przydomek nie zdoła jednak zaleczyć wciąż bolesnej rany, ponieważ nie wie, kto go spłodził. Mama Yemo nie potrafi mu podać imienia ojca – może zapomniała, może nigdy go nie znała5.

Młodziutki Joseph-Désiré sporo podróżuje po kraju. Istotnie, kucharz Albéric towarzyszy swemu pracodawcy, gdy ów zostaje skierowany służbowo w inne miejsce: do Coquilhatville (dzisiejszej Mbandaki), potem do Léopoldville (obecnej Kinszasy), stolicy Konga Belgijskiego. W 1936 roku chłopiec zaczyna uczęszczać do szkoły podstawowej Świętej Anny w Léopoldville, pierwszej szkoły dla tubylców, którą założył w 1917 roku postępowy jak na owe czasy misjonarz Raphaël de La Kethulle6. „W tamtych latach życie było bardzo ciężkie”, będzie wspominał Mobutu. Krach na Wall Street w październiku 1929 roku był odczuwalny aż na ubogich przedmieściach kongijskich miast. Przemysł wydobywczy, będący lokomotywą kolonialnej gospodarki, zaczął podupadać, co wywołało silny spadek eksportu i zarobków ludności.

Bardzo wcześnie, już w latach trzydziestych, los się uśmiecha do małego Josepha-Désiré. Żona sędziego, Madame Delcourt, bezdzietna, przywiązuje się do chłopca. Uczy go liczyć, mówić, pisać i czytać po francusku. Pobudza jego ciekawość świata, odpowiada na pytania. Dla chłopca pani Delcourt jest uosobieniem Opatrzności, a więź, jaka między nimi zaistniała, okaże się determinująca dla jego wykształcenia. W późniejszych latach nie spotka jej ponownie, ale złoży jej hołd: „Byłem synem kucharza, ale mogłem chodzić po całym domu. Zabierała mnie na spacery, na zakupy, zapraszała do swojego stołu. Na swój sposób adoptowała mnie. Spójrzcie na to z perspektywy tamtych lat: biała kobieta, Belgijka, trzymająca za rękę małego czarnego chłopca, synka jej kucharza – na ulicy, w sklepie, u znajomych. To było wyjątkowe”7.

W 1937 roku państwo Delcourt wracają do Belgii. Albéric podejmuje pracę u sióstr ze Szpitala Kongijczyków. Umiera 11 sierpnia 1938 roku, zostawiając trzy sieroty – trzech braci – i żonę w zaawansowanej ciąży. Najmłodszy z rodzeństwa przychodzi na świat zaledwie kilka dni po pogrzebie kucharza. Najstarszy Joseph-Désiré jeszcze nie skończył ośmiu lat. Mama Yemo nie ma z czego żyć. Z czwórką dzieci wchodzi na pokład statku płynącego w górę rzeki i szuka schronienia w Kawele, swej rodzinnej wiosce, o rzut kamieniem od Republiki Środkowoafrykańskiej i kilka kilometrów od Gbadolite, gdzie urodził się jej mąż. Na znak szacunku dla przodków dzieci muszą pożegnać się z miejskimi ubraniami i butami. Małym Mobutu zajmują się dziadek i jego brat. Uczą go polować, łowić ryby i uprawiać ziemię. Nie ma mowy o nauce. W tym właśnie okresie miało miejsce słynne spotkanie z lampartem.

Przez kilka lat mała rodzina błąka się po regionie. Mama Yemo musi ciężko pracować, by wyżywić dzieci. Proponuje swoje usługi w coraz to innym klasztorze. Mobutu znów trafia do szkoły, a to za sprawą piłki nożnej. Jest bowiem dobrym bramkarzem. Ojcowie kapucyni wysyłają go do Molegbe, gdzie swego czasu pracował Albéric. Jednak chłopiec nie zagrzewa tam miejsca. Pieszo pokonuje dwieście kilometrów dzielących go od Bwamandy, gdzie znajduje schronienie u ciotki ze strony matki. Ma jedenaście lat. Czeka go jednak srogi zawód: tutejsi misjonarze uczą w miejscowym dialekcie. Joseph-Désiré zna doskonale francuski dzięki pani Delcourt, w szkole podstawowej w Léopoldville przeskoczył od razu dwie klasy, wie, że jest inteligentny, energiczny, zdeterminowany i ciekawy wszystkiego – nie chce się cofać. Więc znów ucieka. „Moje młode lata były niespokojne – przyzna – nie byłem łatwym młodzieńcem”. Istotnie, był chełpliwy, skory do bitki, niezdyscyplinowany8.

Rok później w Mawuyi odkrywa rygory internatu. Koniec wagarów! Daje mu to przedsmak wojskowego drylu. Każdego ranka, po mszy, uczniowie idą pracować na polach misji. Wcześniej wspomniany komiks w tej kwestii jest wierny wobec faktów: ukazuje chłopców ruszających gęsiego do pracy, z motyką na ramieniu. Początek i koniec pańszczyzny obwieszcza dźwięk trąbki. Mobutu nie znosi tych przymusowych robót. I wścieka się, bo umieszczono go w klasie, do której chodził trzy lata wcześniej. Protestuje, ale na darmo, przeklina więc na czym świat stoi. Spada na niego kara, aby jej uniknąć, ucieka, lecz zostaje schwytany: przez osiem dni będzie musiał kosić łąki i sadzić kapustę. Potem jednak jego żądanie zostaje spełnione i przechodzi do innej klasy, ale w innej misji, w Libenge. Rusza tam nowa szkoła dla sanitariuszy i do niej właśnie się zapisuje. Lecz nie chce nikogo słuchać i wkrótce jest skłócony ze wszystkimi, również z chorymi. Zostaje wyrzucony. Kara jest ze wszech miar rozsądna, bo nastolatek już nie znosi wiejskich szkół9.

Płynie na gapę w dół rzeki, aż do Coquilhatville, gdzie zapisuje się do instytucji prowadzonej przez Zgromadzenie Braci Szkół Chrześcijańskich. Bracia nie chcą uznać jego świadectwa, więc znów musi powtarzać klasę. W szkole Mobutu odnosi same sukcesy. Wysoki na swój wiek, jest urodzonym atletą, wszechstronnym sportowcem. W nauce lokuje się w pierwszej trójce, często jest najlepszy. Lubi w szczególności historię, geografię i literaturę francuską. Uwielbia czytać, często pożycza książki z misji – i nie oddaje. Jest redaktorem naczelnym szkolnej gazetki „Perspectives laborieuses” (Pracowite Perspektywy). Jeff – tak wołają na niego koledzy – jest także rozrabiaką, zawsze gotowym do żartów i kpin. Kiedy nauczyciel odwraca się plecami do uczniów, rzuca strzałkę umazaną atramentem, co wzbudza wesołość całej klasy. Naśladuje flamandzki akcent jednego z misjonarzy, który kończy zdania donośnym „Nieprawdaż?” – cała klasa parska śmiechem10. Doskonałe wyniki w nauce zapewniają mu pewną pobłażliwość braciszków. Nadużyje jej o jeden raz za dużo.

ŻOŁNIERZ MIMO WOLI

Pod koniec roku szkolnego, w grudniu 1949, brat dyrektor przypomina uczniom o zakazie udawania się do Léopoldville, siedliska rozpusty, w którym piwo leje się strumieniami i roi się od kobiet. Następnego dnia Mobutu dostaje pozwolenie na odwiedzenie wuja, który mieszka na jednej z sąsiednich wysp, i natychmiast wyrusza do… Léopoldville. Bary, muzyka, kobiety zawracają w głowie przystojnemu młodemu mężczyźnie, który właśnie skończył dziewiętnaście lat. Przeżywa pierwsze uniesienia seksualne w objęciach Rosalie Eyengi11 i samowolnie przedłuża o kilka dni trzytygodniowe wakacje, do których ma prawo. Ledwo wrócił do Coquilhatville, brat dyrektor, niewątpliwie zadowolony, że nareszcie może się pozbyć nazbyt niesfornego ucznia, wzywa go do siebie i rzuca: „Jesteś niedobrym chrześcijaninem!”. To kolega Mobutu, Eketebi Mondjolomba, nieopatrznie się wygadał12. Sławetny komiks ukazuje w zbliżeniu zagniewaną twarz misjonarza, który wykrzykuje: „Pakuj swoje manatki. Zostałeś wyrzucony ze szkoły!!!”. Następny obrazek przedstawia powrót Mobutu na łono rodziny. Krewni mówią mu: „Znasz prawo. Każdy uczeń, który porzuca szkołę średnią przed jej ukończeniem, jest przymusowo wcielany do belgijskiego wojska kolonialnego”. „Wiem – odpowiada młodzieniec. – Jeszcze jedna niesprawiedliwość!”13.

Siedem lat służby w kongijskiej Force Publique – taka jest kara dla tych, których władze kolonialne, wodzowie plemienni lub misjonarze uznali za niepoprawnych niepokornych. Trzynastego lutego 1950 roku Mobutu dostaje wezwanie na komisariat policji w Coquilhatville, gdzie zostaje zatrzymany i stamtąd natychmiast odstawiony do obozu wojskowego. Jest przydzielony do specjalnego plutonu wykształconych rekrutów, w którym ma być zastępcą księgowego. Podczas pierwszej przepustki usiłuje dostać od czarownika zaświadczenie, że jest niezdolny do służby. Bezskutecznie. I tak rozpoczyna się okres w jego życiu, który później oceni jako „najszczęśliwszy”14. Jedenastego grudnia 1950 roku zaczyna uczęszczać do Szkoły Centralnej w Luluabourgu (obecnej Kanandze), gdzie kształci się czarnych podoficerów.

Ćwiczenia wojskowe nie interesują go zanadto. Dobrotliwa srogość przełożonego, starszego sierżanta Louisa Bobozo – który po uzyskaniu przez kraj niepodległości będzie głównodowodzącym kongijskiej armii – nieco poskramia buntownicze ciągoty Mobutu, niemniej wciąż jest on prowodyrem, opierającym się wszelkiej dyscyplinie organizatorem żartów i wybryków. Kiedy już będzie prezydentem, powie belgijskim dziennikarzom: „Poznałem na własnej skórze, co to chicotte15, bo odmawiałem wykonywania rozkazów, których nie rozumiałem…”16. Prowodyr czy przywódca? Później będzie się chwalił, że to wówczas odkrył w sobie przywódczą żyłkę. Podczas mityngu sportowego trzydziestu kolegów wybiera go na kapitana drużyn piłki nożnej, siatkówki, koszykówki i biegu przełajowego… A gdy belgijski starszy adiutant każe mu się wytłumaczyć z tej kumulacji funkcji, Mobutu broni się: „To oni mnie wybrali. Ja o nic nie prosiłem!”17. Niemniej dostaje mu się osiem dni aresztu.

Po dwóch latach Mobutu błyskotliwie kończy korespondencyjne kursy sekretarski i księgowości, które podsyłali mu dawni koledzy, między innymi skruszony donosiciel, Eketebi. W tym okresie pożera też najróżniejsze książki, czyta wszystko, co mu wpadnie w ręce: Biblię, Woltera, lokalną prasę i stare belgijskie gazety, które dają mu oficerowie. W styczniu 1953 roku opuszcza szkołę jako drugi najlepszy uczeń rocznika, a w kieszeni ma dyplom sprawnie piszącego na maszynie sekretarza i księgowego oraz świadectwo ukończenia szkoły wojskowej, zawierające bardzo pochlebne opinie („osobnik bardzo towarzyski, spontaniczny, lubiący porządek i czystość, z otwartym umysłem”) i świetne oceny, aczkolwiek nieco rozmijające się z prawdą: chcąc nadać większą spójność charakterystyce młodego obiecującego wojskowego, przełożeni, w tym Louis Bobozo, podwyższyli mu stopień za „dyscyplinę”18.

Tak więc żołnierz Mobutu, oficjalnie uznany za „bardzo zdyscyplinowanego”, z niekłamaną radością ponownie trafia do Léopoldville – do miasta, prawdziwego miasta! W sztabie generalnym zostaje skierowany do Działu Mobilizacji, Operacji i Szkolenia, gdzie wykazuje się pracowitością i kompetencjami. Pod koniec roku kapral Mobutu błyskotliwie zastępuje swojego belgijskiego przełożonego, który wyjechał na urlop. W nagrodę 1 kwietnia 1954, rok wcześniej niż planowano, awansuje na sierżanta. Awans popierał pewien człowiek – pułkownik Louis Marlière. Sam przeciwko wszystkim, pułkownik walczy o afrykanizację Force Publique, popiera szkolenie Kongijczyków i powierzanie im odpowiedzialnych funkcji19. Proponuje młodemu Mobutu redagowanie dwumiesięcznika armii w języku lingala, „Nsango Ya Bisu” (Nasze Wiadomości). Mobutu jest zachwycony. Marlière będzie to wspominał tak: „Ten młody, bardzo szczupły kapral był sympatyczny. Zwerbowaliśmy go do gazety, bo świetnie znał lingali. Byliśmy z niego bardzo zadowoleni. Na potrzeby pracy pozwoliliśmy mu na kontakty ze środowiskiem dziennikarskim Léopoldville. W ten sposób poznał liczne lokalne osobistości”20.

Pułkownik Marlière będzie wywierał duży wpływ na Mobutu przez kilka lat, przed uzyskaniem niepodległości przez Kongo, a także potem. Za kulisami będzie jego najchętniej słuchanym doradcą, oddali się od niego po zamachu stanu z 1965 roku21. Jednak na razie dwaj mężczyźni są ze sobą tak blisko zaprzyjaźnieni, że w końcu 1955 roku belgijski oficer zostaje ojcem chrzestnym pierwszego dziecka Mobutu, chłopczyka o imieniu Jean-Paul. Trzeba bowiem powiedzieć, że dziarski sierżant zdobył serce Marie-Antoinette Gbiaténé, liczącej sobie czternaście lat, czyli jedenaście mniej niż ukochany. Ona też wywodzi się z ludu Ngbandi. Żołd narzeczonego jest skromny. Jego udział finansowy w weselu ogranicza się do skrzynki dwudziestu czterech butelek piwa22. I pomimo nacisków „dobrych ojczulków” nie chce ślubu kościelnego23 – dowodzi to, że żywi zapiekły żal do kolonialnego Kościoła i jego ciasnego paternalizmu. Młody mężczyzna, który długo uczęszczał do katolickich szkół, był ministrantem i potem kantorem, śpiewał w wojskowych kaplicach i zna na pamięć obrzęd mszy świętej – ten młody mężczyzna nie chce, by ksiądz pobłogosławił jego związek.

Na zdjęciu z tamtych lat widzimy go wraz z młodziutką małżonką i dzieckiem na rękach: jest bardzo wysoki, ma na sobie wojskowe szorty i bluzę, na nosie okulary i na głowie regulaminową furażerkę. Wygląda jak skaut, który zbyt szybko wydoroślał i został ojcem24. W wolnych chwilach, kiedy nie pochłaniają go służba i obowiązki rodzinne, Mobutu nadal dużo czyta i zdobywa informacje o świecie. Zbliża się data jego powrotu do cywila i dokładnie wie, co zamierza potem robić: chce zostać dziennikarzem.

Rozdział drugiTRUDNE DZIEDZICTWO LEOPOLDA

Ambitny Joseph-Désiré Mobutu obrał dziennikarską karierę nie tylko ze względu na upodobanie do pisarstwa i do reportaży. Chodzi mu przede wszystkim o wyrwanie się z wojska, do którego został wcielony wbrew własnej woli i które oferuje mu mało atrakcyjną w jego mniemaniu przyszłość. W połowie lat pięćdziesiątych XX wieku dla czarnego kongijskiego żołnierza nieprzekraczalnym pułapem kariery wojskowej, zwieńczeniem podoficerskiego żywota jest stopień sierżanta majora – żaden czarny nie może zajść wyżej. W 1956 roku generał Émile Janssens, głównodowodzący Force Publique, przewiduje, że pierwsi afrykańscy oficerowie pojawią się… „za dziesięć lat”. Żadna to perspektywa dla kongijskiego żołnierza równie błyskotliwego i niecierpliwego jak Mobutu. Aby ominąć barierę rasową, musi zrezygnować z munduru.

Jednak zanim zaczniemy śledzić losy Mobutu w cywilu na ulicach Léopoldville, warto na chwilę cofnąć się w czasie, tak by lepiej zrozumieć kolonialne Kongo, w którym żyli jego dziadkowie, rodzice i w którym on sam dorastał. Zajrzyjmy na drugą półkulę. W latach osiemdziesiątych XIX wieku królem małej i wciąż młodziutkiej Belgii jest Leopold II. To człowiek inteligentny, pełen osobistego uroku, ambitny i uparty, i w tej samej mierze chciwy, podstępny, cyniczny i obłudny. Owemu królikowi marzy się zostanie cesarzem. Jest przekonany, że aby jego kraj osiągnął wielkość, musi posiąść zamorskie kolonie. A jest to epoka najazdu Europejczyków na Czarny Ląd. Wybór Leopolda pada na ogromną połać Afryki leżącą na południe od Konga, rzeki, którą Joseph Conrad przyrównał do „olbrzymiego, wyciągniętego węża, ze łbem w morzu, z tułowiem wijącym się poprzez rozległą krainę, z ogonem zagubionym w głębi lądu”25.

Pewien człowiek właśnie przepłynął rzekę na całej jej długości, od ogona po głowę węża – Henry Morton Stanley. Podczas niebezpiecznej wyprawy, która trwała dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć dni w latach 1874–1877 i w której życie stracili wszyscy biali poza nim samym, jak również znaczna część Afrykanów, anglo-amerykański podróżnik przebył Afrykę ze wschodu na zachód, podążając z nurtem Konga, od jego źródeł do ujścia, i w ten sposób rozwikłał dawną geograficzną zagadkę. Już wcześniej, w 1871 roku, Stanley zasłynął na całym świecie, bo odnalazł szkockiego misjonarza Davida Livingstone’a, którego powitał czterema legendarnymi już słowami: Doctor Livingstone, I presume? Belgijski król nadskakuje i schlebia nieustraszonemu poszukiwaczowi przygód, zawiedzionemu z powodu nikłego zainteresowania Brytyjczyków odkrytymi przez niego ziemiami, i w końcu go werbuje. Przez pięć lat, od 1879 do 1884 roku, Stanley będzie człowiekiem Leopolda w Kongu. Podczas dwóch długich pobytów eksploruje krainę i opracowuje jej mapy, przeciera szlaki, zakłada wzdłuż rzeki „stacje”, między innymi Léopoldville, zawiera traktaty z miejscowymi władcami.

Chcąc zawładnąć tym, co sam nazywa „wspaniałym, afrykańskim tortem”26, Leopold podejmuje liczne inicjatywy, wykazując się sprytem i determinacją. Już w 1876 roku przyjmował w Brukseli dyplomatów i uczonych, przybyłych na Międzynarodową Konferencję Geograficzną, która zaowocowała utworzeniem komitetu badawczego, przemianowanego w 1882 roku na Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga27. Leopold kreuje się – we własnych oczach i oczach świata – na władcę filantropa, który szlachetnie wyruszył na wojnę z afroarabskimi handlarzami niewolników, na oświeconego monarchę, który z czystego altruizmu niesie Afrykanom naukę, postęp i wartości chrześcijańskie. Przymierze ze Stanleyem pozwala mu skonkretyzować jego ambicje w terenie. Misje protestanckie i potem katolickie już działające w Kongu dają mu swoje błogosławieństwo. Leopold, wytrawny dyplomata, schlebia rywalizującym ze sobą mocarstwom i uzyskuje poparcie Stanów Zjednoczonych, Francji oraz Niemiec. W zamian wszystkim przyznaje wolność handlu, ale szybko zapomni o tej obietnicy. Kiedy w lutym 1885 roku w Berlinie dobiega końca konferencja, na której główne państwa kolonialne dzielą między siebie dużą część Afryki, Leopold II ze Stanleyem u boku otrzymuje dwa i pół miliona kilometrów kwadratowych Konga – czyli obszar mniej więcej osiemdziesięciu Belgii – wraz z dwudziestoma milionami mieszkańców. Oficjalnie Wolne Państwo Kongo powstaje 1 sierpnia 1885 roku28.

NIEWOLNICZY SYSTEM

Tak to Leopold osiągnął swój cel. W wieku pięćdziesięciu lat ten krzepki mężczyzna z gęstą brodą i wydatnym nosem, będący monarchą konstytucyjnym małego, coraz bardziej demokratycznego kraju, zostaje totalitarnym władcą rozległego zamorskiego imperium. Przez dwadzieścia trzy lata będzie jedynym panem tych ogromnych włości, gdzie zresztą nigdy jego stopa nie postanie. Apetyt króla na ziemie i bogactwo wzburzy nawet bardzo cynicznego Stanleya, zdumionego „taką żarłocznością” ze strony „gardzieli nazbyt wąskiej, by przełknąć śledzia”. Leopold – wynalazca, właściciel i główny użytkownik Konga – będzie bezwzględnym drapieżcą. Przez długie lata pod humanitarną przykrywką będzie ukrywał najbardziej brutalny system kolonialny w Afryce, sankcjonujący, jak rzecz ujął Joseph Conrad, najwystępniejszą pogoń za zyskiem, jaka kiedykolwiek oszpeciła sumienie ludzkości.

W imieniu państwa Leopold przywłaszcza sobie ziemie „ani zabudowane, ani zamieszkane”, czyli 99 procent kraju. Wykrawa na własny użytek ładny kawałek dziewiczej dżungli, Domaine de la Couronne (Domenę Korony), resztę dzieli na parcele, które wydzierżawia koncesjonowanym towarzystwom w zamian za część ich zysków. Przyświeca mu jeden cel: zdobyć jak najwięcej kości słoniowej. Kongo zostanie ograbione z tego cennego surowca – będzie dostarczało nawet połowę produkcji światowej, trafiającą w całości do portu w Antwerpii. Pierwsze pięć lat jest najmniej uciążliwe dla ludności: państwo jest jeszcze zbyt słabe, by zaprowadzić rządy terroru. Koszmar zaczyna się po 1890 roku, kiedy świat ogarnia kauczukowe szaleństwo. Dla Leopolda to prawdziwy dar niebios: w tym momencie jego skarbiec świeci pustkami, a Kongo jest na skraju bankructwa29. Jednak jego lasy pełne są dziko rosnących kauczukowców, tych „płaczących drzew”, przez które tyle łez wyleje ludność, zmuszana do zbierania ich soku mlecznego, by uiścić nałożony przez państwo podatek w naturze.

Kongijski system, oparty na przymusowej pracy, wymaga militaryzacji. Już w 1885 roku Leopold tworzy Force Publique. Ta kolonialna armia, składająca się najpierw z ochotników, a potem także z rekrutów wcielonych siłą, będzie liczyła około dziewiętnastu tysięcy żołnierzy i podoficerów, stacjonujących w ponad trzystu garnizonach30. Ponadto każde koncesjonowane towarzystwo ma własną milicję, zwaną Sentinelles (Wartownicy). Trzeba też wiedzieć, że Kongo nie utrzymuje prawdziwych stosunków handlowych z metropolią. Statki, które przywożą kauczuk i kość słoniową do Antwerpii, ruszają w drogę powrotną z ładowniami wypełnionymi skrzyniami z bronią i amunicją – do Konga nie wraca żadna zapłata za to, co jest z kraju wywożone. Oczywiście, jest to polityka niewolnictwa. Leopold wyciska kraj jak cytrynę, w ogóle go nie rozwijając.

Zbieracze i tragarze kauczuku wycieńczają się podczas forsownych marszów w dżungli, by wywiązać się z kwot narzuconych przez władzę, tymczasem kobiety często są trzymane w charakterze zakładniczek, a bywa, że gwałcone. Biada nie dość zdyscyplinowanym! Chicotteświszczy w rękach capita, afrykańskiego majstra, i zostawia krwawe ślady na czarnych ciałach31. Nikt się nie patyczkuje z niepokornymi: wioskę zrównuje się z ziemią, jej wodza grzebie żywcem, zbiory się podpala, zakładników głodzi, a uciekinierów ściga. W różnych miejscach wybucha z dziesięć rebelii przeciwko władztwu Leopolda; zostają krwawo stłumione przez najprawdziwsze ekspedycje karne. To reżim strachu, o którym tak pisze Mario Vargas Llosa: „Żołnierze i milicjanci owej Force Publique byli zachłanni, brutalni i nienasyceni, gdy chodziło o jadło, napitek, zwierzęta, skóry, kość słoniową, kobiety, jednym słowem, o wszystko, co mogło zostać zjedzone, wypite, zrabowane, sprzedane, zgwałcone”32.

PRAKTYKA UCINANIA RĄK

Makabrycznym symbolem tego wyjątkowego reżimu jest praktyka obcinania rąk. Po przeprowadzeniu operacji przeciwko rebeliantom czy innym stawiającym opór żołnierze i milicjanci muszą dowieść, że użyli amunicji we właściwym celu. Odcinają więc trupom prawe dłonie, następnie wędzą je, by zakonserwować i móc później okazać dowódcom. Zdarza się jednak, że obcinają ręce żywym ludziom, by usprawiedliwić kule, które chybiły, które ukradli lub bezprawnie użyli do polowania33. Na szczęście ta okrutna praktyka, potwierdzona przez zdjęcia z epoki, jest mało rozpowszechniona. Jednak masowe kaleczenie zwłok dowodzi przede wszystkim, że w Kongu w tym czasie zabija się z kryminalną łatwością34. O tych i innych okropnościach bardzo wcześnie alarmują misjonarze amerykańscy i szwedzcy, lecz w Europie nikt ich nie słucha. Leopold pała świętym oburzeniem na te kalumnie i przez długi czas nikt nie będzie wątpił w jego zapewnienia. Jednak w miarę upływu lat będzie mu coraz trudniej tuszować kongijski skandal.

Wreszcie na przełomie XIX i XX wieku uporczywa kampania prowadzona przez dwóch Brytyjczyków o szlachetnych sercach, dziennikarza Edmunda Dene Morela oraz dyplomatę Rogera Casementa, przynosi efekty. W 1904 roku Leopold zmuszony jest powołać komisję śledczą, a ta zbiera liczne obciążające go świadectwa, co oczywiście nie w smak monarsze. Mimo to upiera się, dalej kręci, dopiero w 1908 roku, na rok przed śmiercią, kapituluje i odstępuje Kongo Belgii. Nie ma jednak mowy o darowaniu – Leopold sprzedaje Kongo Belgii. I to za pokaźną kwotę, przerzucając na kraj część własnych długów. „Oddam im moje Kongo – zwierzył się ze swoich zamiarów adiutantowi – ale nie mają prawa wiedzieć, co tam robiłem”35. Zatem na rozkaz króla większość archiwów państwowych dotyczących Konga pójdzie z dymem. Podobnie jak dokumenty przechowywane na Czarnym Lądzie. Ile było ofiar tego okrutnego reżimu? Szacuje się, że za panowania Leopolda II wskutek zabójstw, głodu, wyczerpania, spadku przyrostu naturalnego związanego z rozdzielaniem rodzin i przede wszystkim wskutek pandemii, takich jak śpiączka, Kongo straciło połowę ludności36.

Rząd belgijski przyjmuje królewski „dar” bardzo niechętnie. Obawia się, że to przedsięwzięcie nie będzie przynosiło zysków. Ze względu na te początkowe lęki przygoda kolonialna nigdy nie uzyska w Belgii statusu przedsięwzięcia narodowego. Metropolia narzuca swej kolonii oddzielny budżet, oddzielną rachunkowość i odrębne kadry. „Kongo nie może nas kosztować choćby franka”, mówi się w tym czasie w Brukseli. Rzeczywistość będzie zupełnie inna – Belgia będzie się bogacić na swej kolonii, i to przez długie lata37. Albowiem Kongo jest „geologicznym skandalem”, zwłaszcza Katanga, prowincja zaanektowana za czasów Leopolda. Tamtejsza ziemia obfituje w skarby: kobalt, srebro, diamenty… i przede wszystkim miedź. I to jaką miedź! Tutejsza ruda zawiera 15, 20, a czasami nawet 50 procent czystego metalu. W 1906 roku Leopold powierzył eksploatację tych złóż Union Minière du Haut Katanga. Organizacja ta, będąca własnością Société Générale de Belgique, przez sześćdziesiąt lat będzie prawdziwym państwem w państwie. Poza tym są złoża uranu, które zapewnią kolonii okres dobrobytu i pozwolą na wyprodukowanie dwóch bomb atomowych zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki.

KOLONIALNA TRÓJCA

W 1908 roku, kiedy Kongo zmienia oficjalnego właściciela, Force Publique jest zmuszona co prawda do utemperowania swego okrucieństwa, ale zachowuje dotychczasową nazwę. A przede wszystkim nie zmienia się fundament systemu, czyli praca przymusowa. Jest zbyt opłacalna, by z niej zrezygnować. Za jej sprawą śmierć ponownie zbiera obfite żniwo w 1916 roku, kiedy Kongo atakuje niemiecką Afrykę Wschodnią: napaść wymaga mobilizacji nie tylko żołnierzy, lecz także dwustu sześćdziesięciu tysięcy tragarzy, którzy tysiącami umierają z wyczerpania lub chorób. W kopalniach, w których panują katastrofalne warunki bezpieczeństwa, używanie chicotte jest legalne. Chcąc zwalczyć „rolniczą gnuśność tubylców”, którzy sadzą tylko to, co zaspokaja ich własne potrzeby, w latach trzydziestych XX wieku władze Konga wprowadzają uprawy obowiązkowe – w szczególności bawełny i palmy olejowej – co chłopi odbierają jako karę. Na dłuższą metę ten system odstręczy Kongijczyków od pracy na roli38.

Przed II wojną światową i w latach powojennych Kongo Belgijskie rozwija się pod egidą „kolonialnej trójcy”: ściśle ze sobą powiązanych państwa, kapitału i Kościołów. Władze kolonialne powierzają gospodarkę przedsiębiorcom, edukację i opiekę zdrowotną zaś misjom. Pozornie belgijska administracja jest dyskretna – liczy dziewięć tysięcy urzędników terytorialnych, czyli stosunkowa mało, zważywszy na ogrom obszaru – jednak cechuje ją daleko posunięty interwencjonizm. Krótko mówiąc: nieliczne kadry, liczne reguły39. Dekada po dekadzie setki belgijskich misjonarzy opuszczały lodowate klasztory flandryjskie, by dać upust swej apostolskiej żarliwości w Kongu, będącym od końca XIX wieku centralnym punktem w globalnej strategii chrześcijańskiego podboju Afryki. Braciszkowie skupili się na ewangelizacji dzieci. Misje dostały wyłączność na nauczanie i zachowają ten przywilej do 1954 roku. Żeby rozpocząć pobieranie szkolnych nauk, trzeba być ochrzczonym. Szkolnictwo średnie i wyższe jest zastrzeżone dla Europejczyków. Nie można się wybić bez błogosławieństwa „dobrych ojczulków”. Czarny, którego kusi wyższe wykształcenie, ma tylko jedną opcję: wstąpić do małego seminarium40. Dla wielu Kongijczyków skromnego pochodzenia wdzianie sutanny jest jedynym sposobem na zapewnienie sobie wyższego poziomu życia. Doprawdy, nie ma zbawienia poza Kościołem.

W latach pięćdziesiątych XX wieku Kongo Belgijskie aspiruje do rangi wzorowej kolonii. Od kiedy siła robocza osiedliła się na stałe w miastach, zaniechano pracy przymusowej. Rozkwit gospodarczy, napędzany rozwojem górnictwa, transportu i infrastruktury, pociąga za sobą postęp społeczny. Przykładem niech będzie fakt, że kraj liczy więcej łóżek szpitalnych niż reszta Czarnej Afryki41. Lecz poza tym system kolonialny trwa w niezmienionej postaci. Kongijczycy nie mają żadnej władzy politycznej. Afrykanizacja kadr jest znikoma. Rasizm i paternalizm cechują umysłowość przytłaczającej większości białych. „Nasi czarni”, „nasi Kongijczycy”, mówią o tubylcach, za których „są odpowiedzialni”. Wcale nierzadko Belg zwraca się do Kongijczyka: „Hej! Makaku! Chodź no tutaj!”42.

Rasizm białych i jego pochodna, autodeprecjacja Afrykanów, to postawy bardzo rozpowszechnione podczas ostatniego dziesięciolecia kolonizacji. Pewna ówczesna gazeta przytacza pełną pokory wypowiedź młodego, wykształconego czarnego: „Biali twierdzą, że są dla nas rodzicami. I po części rzeczywiście nimi są. Dlatego muszą zrozumieć, że my oczekujemy od nich więcej, niż oni mogą oczekiwać od nas”43. W miarę upływu lat wyłania się pierwsza czarna klasa średnia, klasa évolués, „ewoluowanych” – to kategoria prawna wprowadzona w 1952 roku. „Ewoluowani” są immatrykulowani i posiadają Kartę Zasługi Obywatelskiej. Oczekuje się od nich, że stopniowo będą się integrować z uprzywilejowanym światem białych i zachowywać odpowiedzialnie: założą wielodzietną rodzinę, będą mieszkać w dobrze utrzymanym domu i zajmować ważne stanowisko.

REALNY APARTHEID

„Ewoluowani” korzystają w życiu codziennym z paru przywilejów: mogą kupować wino, podróżować w pierwszej klasie na pokładzie parowców pływających po rzece Kongo, a także, co najważniejsze, posyłać dzieci do „szkół białych”. Jednak system poddaje ich także poniżającym kontrolom ich domów, albowiem prawo stanowi: „Immatrykulacja zostaje przyznana tylko tym, którzy wykażą, że mają dość prześcieradeł, poszewek na poduszki, noży i widelców, by móc spać i jeść tak, jak ich panowie”44. „Ewoluowanym” nie przysługują żadne szczególne prawa polityczne. Do końca kolonizacji pozostaną nieliczni45.

W tych latach Afryka marzy o wolności, tymczasem w Kongu Belgijskim nadal de facto panuje apartheid. W 1955 roku młody król Baldwin I, niemal z czułością nazywany przez Kongijczyków Bwana kitoko (Piękny Pan), po raz pierwszy odwiedza kolonię założoną przez pradziadka. Podróż jest prawdziwym triumfem. Mimo to towarzyszący monarsze zagraniczni dziennikarze, w tym francuscy, zwracają uwagę na „anachroniczną segregację” panującą w kraju i zadają kłopotliwe pytania. „Dlaczego – dziwi się specjalny wysłannik «Le Monde» Georges Penchenier – dzieci z obu społeczności nie mogą siedzieć w klasie w tej samej ławce? Dlaczego czarni nie mogą pić takiego piwa jak biali, tylko specjalne piwo zawierające 2 procent alkoholu? Dlaczego w Léopoldville żaden czarny nie ma prawa chodzić po mieście po wpół do dziewiątej wieczorem, z wyjątkiem boyów, którzy nadal pracują i mają przepustkę? O tej samej porze na drugim brzegu rzeki Brazzaville jaśnieje światłem lampionów rozwieszonych pod palmami, a ulice zapełniają tłumy, w których ludzie różnych ras mieszają się ze sobą bez kompleksów i lęków”46.

W 1959 roku młody belgijski dziennikarz, który właśnie przybył do Léopoldville, Francis Monheim, zazna goryczy tej dyskryminacji rasowej. Zaprasza dwóch kolegów po fachu, białego i Kongijczyka, na drinka do renomowanego baru. Klienci wyzywają ich od „makaków” i opluwają, dziennikarze zmuszeni są opuścić lokal. Następnego dnia królewski prokurator odmawia zarejestrowania skargi reportera i radzi mu, by poszedł ze swoimi czarnymi przyjaciółmi na drinka do dzielnicy tubylców, „gdzie jest wystarczająco dużo knajp”47. Spośród belgijskich dziennikarzy właśnie Francis Monheim zostanie najlepszym przyjacielem Josepha-Désiré Mobutu48.

Rozdział trzeciDZIENNIKARZ UNIWERSALNY

Historycy Konga mało interesują się dziennikarzem Josephem-Désiré Mobutu. A szkoda! Przez trzy lata, od kwietnia 1956 roku do marca 1959, przyszły dyktator zarabia na życie piórem. Piórem, które ćwiczył, jak wspominaliśmy, redagując najpierw gazetkę szkolną, a później gazetkę wojskową. Jeszcze będąc w armii, dorabia pisaniem artykułów, płatnych od wiersza. Oczywiście zwraca się do dziennika „L’Avenir colonial belge” (Kolonialna Przyszłość Belgijska), mimo nazwy bardziej postępowego niż konkurent, bardzo katolicki i konserwatywny „Courrier d’Afrique” (Kurier Afryki). Zresztą niebawem gazeta, idąc z duchem czasów, skraca swoją nazwę na „L’Avenir” (Przyszłość), przy czym w artykule redakcyjnym zatytułowanym Peau neuve (Nie do poznania)49 nie wyjaśnia czytelnikom wymowy politycznej tej zmiany, lecz dumnie głosi swoją niezależność: „«L’Avenir» sprzedaje się tylko swoim czytelnikom – za cenę trzech franków”.

W styczniu 1956 roku redaktor naczelny gazety, Belg Pierre Davister, lansuje „Actualités africaines” (Aktualności Afrykańskie), czwartkowy dodatek „przeznaczony dla Afrykanów”50. Liczący początkowo jedną stronę, potem dwie, wreszcie pięć stron dodatek jest w całości przygotowywany przez Kongijczyków. Davister szuka młodych, inteligentnych i zapalonych dziennikarzy. Akceptuje ofertę współpracy Mobutu. Jest jednak pewien problem: początkujący dziennikarz nie może się podpisywać własnym imieniem i nazwiskiem, bo zostałby surowo ukarany przez wojsko. Mobutu posługuje się zatem przez rok pseudonimem, Jean de Banzy, który nawiązuje do nazwy miejscowości z jego rodzinnych stron, Banzyville, obecnego Mobayi-Mbongo.

Pierwszy artykuł Jeana de Banzy’ego ukazuje się 19 kwietnia 1956 roku. Ma zabarwienie polityczne, co oddaje sam tytuł De grâce, une place à l’université pour les juristes noirs (Miejsce na uniwersytecie dla czarnych prawników, jeśli łaska). Rzecz w tym, że w tych czasach młodzi Kongijczycy nie mogą studiować prawa, nawet w Belgii, gdyż studia takie uważane są za „wywrotowe”. Mobutu krytykuje ten zakaz, uprzednio przedstawiwszy się w nieco dziwny sposób: „Wasz sługa, ciekawy z urodzenia”, jakby chciał podkreślić, że właśnie wchodzi na dziennikarską scenę, choć pod fałszywym nazwiskiem. Treść artykułu odzwierciedla ambiwalencję autora: pragnie on wyrazić swoją frustrację, lecz jednocześnie świadom jest granic, których nie powinien przekraczać. Z jednej strony formułuje żądanie, a wie, że afrykańscy czytelnicy pragną tego samego: „W Kongu powinni orzekać sędziowie biali i czarni. Epoka paternalizmu dobiegła końca”. Z drugiej strony zapewnia o swojej lojalności wobec władz kolonialnych, może aż nazbyt gorąco: „Nie ma powodów do obaw, przyszłość Konga jest belgijska… Nie sposób nie docenić naszego przywiązania i naszej wdzięczności wobec tych, którzy przynieśli nam cywilizację, i wobec matki ojczyzny”.

Jean de Banzy od razu zostaje stałym współpracownikiem „Actualités africaines”. Jego nazwisko pojawia się obok kilku nazwisk kongijskich dziennikarzy ściągniętych przez naczelnego, Maurice’a Kassongo, który wcześniej był jego nauczycielem. Do tej grupki należą Jean-Jacques Kandé, którego Mobutu mianuje później ministrem informacji, Gabriel Makoso, którego gazetę zamknie, Philippe Kanza, André Genge i inni, w tym jedna dziennikarka, Marie-José Sombo, pisząca płomienne jak na owe czasy artykuły feministyczne. „Czarny mężczyzna – oburza się w lutym 1956 roku – zawsze był obojętny na ewolucję czarnej kobiety. Nie wystarczy włożyć przezroczystej nylonowej koszuli i mieć tysiącfrankowy banknot w kieszeni, by skusić ładne dziewczyny, tak jak nie wystarczy zapłacić za parę skrzynek piwa, by być prawdziwym mężczyzną”51.

WYDARZENIA RÓŻNE I POLITYKA

Trzydziestego pierwszego grudnia 1956 roku Mobutu opuszcza wojsko i zostaje natychmiast zatrudniony przez Pierre’a Davistera, jednak jeszcze przez pewien czas pisze dla „L’Avenir” i jego czwartkowego dodatku pod pseudonimem. Pierwsze artykuły podpisane J.-D. Mobutu – trzy jednocześnie – ukazują się 21 marca 1957 roku: J.D.B. (Jean de Banzy) przeobraża się w J.D.M. Przez rok młody dziennikarz dopracowuje warsztat, mierząc się ze wszystkimi tematami: politycznymi, gospodarczymi, społecznymi, kulturalnymi i sportowymi. Prowadzi też cotygodniową kronikę La cité sans voile (Miasto bez tajemnic), w której opowiada, często z humorem, o najrozmaitszych wydarzeniach z życia codziennego Léopoldville i afrykańskich dzielnic Kinszasy. Robi postępy, ale jego pisarstwo wciąż pozostawia wiele do życzenia: raz zbyt mętne albo pompatyczne, raz zbyt fantazyjne. Jednak uchodzi, nie bez racji, za świetnie poinformowanego. Davister wprowadza go w arkana dziennikarskiej sztuki, uczy niuansować teksty, by nie prowokować kongijskiej bezpieki, szlifować styl („Josephie, twoja interpunkcja jest fatalna!”52), konstruować artykuły redakcyjne, które mu zleca i za które płaci franka belgijskiego od wiersza53. To żyła złota dla młodej głowy rodziny bez środków do życia. Poza tym Mobutu kontynuuje karierę samouka, pożerając wszystkie książki, które wpadają mu w ręce.

Czytanie artykułów Mobutu pozwala zanurzyć się w atmosferze epoki, w ówczesnym Kongu Belgijskim, wciąż archaicznym, ale już rozdzieranym przez nabrzmiewające konflikty, w szczególności przez konflikt między białymi a czarnymi, które już wkrótce doprowadzą do wybuchu przemocy, będącego katalizatorem i potem gorzkim owocem nieudanej emancypacji kraju. Lektura jest tym bardziej godna polecenia, że J.D.M. zapełnia coraz więcej kolumn „Actualités africaines”. Można go sobie wyobrazić w roli kronikarza, coraz swobodniej rzucającego na papier swoje artykuły, w roli reportera, śmigającego na motorowerze po ulicach Léopoldville i Kinszasy54, w roli dziennikarza śledczego węszącego w miejskich barach, nasłuchującego plotek, ciułającego informacje. Jego dorobek jasno dowodzi, że lubi wcielać się we wszystkie dziennikarskie role.

Niekiedy zapuszcza się w tematykę społeczną: współczuje pracownikom, dla których „każdy szef, biały czy czarny, jest utrapieniem”, i konkluduje, że należy wspierać „kongijskie masy”; domaga się obniżenia wieku emerytalnego robotników „z pięćdziesięciu pięciu do pięćdziesięciu lat”; niepokoi go fakt, że „wolność związków zawodowych”, jest bytem wyłącznie teoretycznym; interesuje go los „klasy średniej miejscowych rzemieślników i handlowców, którzy pracują na własny rachunek”; cieszy go nowy „statut miast”, cieszą wynikające stąd wybory pierwszych czarnych burmistrzów, które zdaniem jego gazety wyznaczyły „rok 1 kongijskiej demokracji”.

Kreuje się na nacjonalistę i demokratę. Występuje z inicjatywą, by zgromadzić dziedzictwo kulturowe Konga, „rozsyłając po całym kraju młodych ludzi, by spisali ludowe baśnie, opowieści i pieśni”; uczestniczy w zebraniach rozmaitych stowarzyszeń etnicznych. Niewątpliwie czerpie z własnych doświadczeń, gdy krytykuje ciężki los czarnego żołnierza („Dziewięć lat pisania na maszynie, zanim dostanie awans na urzędnika!”) i wzywa do zmiany sytuacji, w której wojskowy jest gorzej traktowany od cywila; albo gdy pisze o czarnym przyjacielu, który został „wyrzucony ze szkoły” przez misjonarzy „za niewinny wybryk” – nigdy nie jest za późno, by załatwić drobne porachunki z duchownymi.

NIECIERPLIWY MORALISTA

Mobutu przywdziewa także szatę moralisty: boleje nad „nielegalnymi gorzelniami” i nad „pijaczkami, od których czuć alkohol na dwadzieścia metrów”; krytykuje policjantów, którzy „nadużywają swej władzy”, jeżdżą autobusami bez biletu, „nigdy nie ustępując miejsca mamom w ciąży”; niepokoi go trwanie fetyszyzmu w Kinszasie („Większość drużyn piłki nożnej korzysta z amuletów… Piłkarze dmą trzykrotnie w róg byka, mocują sobie papuzie pióro we włosach, żują orzechy koli, wypowiadają kabalistyczne słowa”). Trochę to śmieszy, jeśli pomyśleć, że kiedy już będzie wszechmocny, Mobutu często będzie się kierował radami marabutów! Ten przyszły drapieżnik seksualny gromi zdradę małżeńską i poligamię. Smuci go nawet to, że niektóre prostytutki „żądają podwójnej albo i potrójnej” zapłaty, dając do zrozumienia, że sam padł ofiarą tej nagannej praktyki. Dzięki artykułom Mobutu czytelnik może także uczestniczyć w „wielkich ślubach” i galowych przyjęciach; podziwiać słynnych artystów, na przykład Maître Taureau, „mistrza tańca akrobatycznego”; kołysać się w rytmie rumby w wykonaniu znanych zespołów, takich jak African Jazz Josepha Kabaselego, zwanego Grand Kallé, czy OK Jazz François Luambo, zwanego Franco, „gitarzysty, który sprawia, że serca dziewcząt wyskakują im z piersi”.

Jednak dziennikarza Mobutu najbardziej interesuje pisanie „szlachetnych artykułów”, czyli artykułów redakcyjnych oraz tych poświęconych dogłębnemu omówieniu poważnego tematu. „Bardzo szybko – powie później – pisanie stało się dla mnie sposobem na doprecyzowanie myśli, na stawianie pierwszych kroków w polityce poprzez opisywanie wszystkiego, co było złe”55. Czasy są bogate w tematy do refleksji. Afryka się budzi. Ghana szykuje się do niepodległości. Na drugim brzegu rzeki, w Brazzaville, generał de Gaulle wkrótce zaproponuje koloniom francuskim, by wzięły swój los we własne ręce56. W samym Kongu też zaczyna się dziać. W grudniu 1955 roku belgijski profesor Jef Van Bilsen wysuwa propozycję „trzydziestoletniego planu politycznej emancypacji belgijskiej Afryki”. W lipcu 1956 kilku intelektualistów pod wodzą Josepha Ileo publikuje w numerze specjalnym katolickiego czasopisma „Conscience africaine” (Świadomość Afrykańska) manifest, w którym domaga się pełnej niepodległości. Plan trzydziestoletni jest w ich oczach przestarzały.

W styczniu 1957 roku Mobutu zgłasza dziwny pomysł, by „zakazać używania słowa «kolonia»” i by Baldwin został „królem Belgów i Kongijczyków”; niecierpliwi się: „Wybiła godzina działania i podejmowania decyzji”. Miesiąc później czytelnicy „Actualités africaines” odkrywają, jak wygląda Jean de Banzy po powrocie do cywila: został sfotografowany na stojąco, podczas burzliwej rozmowy z dwiema osobistościami politycznymi. Pozbywszy się krępującego go pseudonimu, domaga się, by wszyscy mieszkańcy Konga byli traktowani „na równej stopie”, by mieli „tego samego monarchę, tę samą flagę, tę samą konstytucję, ten sam los”. W innej wypowiedzi stwierdza, że „aby cywilizowani [sic] prawdziwie zaufali” belgijskiej władzy, „trzeba skończyć z półśrodkami”57.

PIERWSZA PODRÓŻ DO BELGII

Mobutu niecierpliwi się także z innego, bardziej konkretnego powodu, a jest nim wystawa światowa, która ma się odbyć w Brukseli od 17 kwietnia do 19 października 1958 roku. Zastanawia się z niepokojem: „Ilu Afrykanów pojedzie na Expo?”. Myśli przede wszystkim o sobie. W tych czasach niewielu Kongijczyków odwiedziło Belgię. Gazeta Mobutu interesuje się jednym z tych wybrańców losu, Thomasem Kanzą, który w październiku 1956 roku wrócił do kraju po czterech latach studiów w Louvain. Ten syn notabla zdobył dyplom z psychologii i jest pierwszym czarnym świeckim absolwentem uczelni. W Belgii odkrył „przeciętnego Belga, bardzo ludzkiego, bardzo naturalnego”58, zupełnie innego niż jego rodacy w Kongu: „W Louvain zapomniałem, że jestem czarny!”59. Odczucia te podziela inny student, André Boboliko: „Kiedy mówiliśmy Belgom o segregacji między białymi i czarnymi, nie rozumieli, o co chodzi. U nich nic takiego nie istnieje. Potępiali zachowanie Belgów w Kongu”60.

Nadchodzi wreszcie wielki dzień dla Mobutu. Pierre Davister zleca zastępcy redaktora naczelnego „Actualités africaines” obsługę Międzynarodowego Kongresu Prasy Kolonialnej, imprezy towarzyszącej Expo 58. Tydzień przed wyjazdem odbywa się w Léopoldville, w restauracji Jockol, wieczorek pożegnalny. Koledzy po fachu ofiarują szczęśliwemu wybrańcowi notes i pióro; jeden z nich, wznosząc toast, przepowiada, że „Mobutu, zaufany chłopak, honorowo wypełni swoją misję, która nie będzie polegała na gapieniu się z rozdziawioną gębą lub kontemplowaniu europejskich drapaczy chmur”61. Dwudziestego pierwszego czerwca młody dziennikarz leci samolotem do Brukseli. Wyzna później: „Trząsłem się ze strachu jak dziecko” na myśl o „klimacie”, który go czeka. Niemniej jest zachwycony podróżą: „Nigdy w życiu nie powiem złego słowa na naszą narodową Sabenę, która wszystko robi tak dobrze”, wpadnie nawet w liryczny nastrój, zachwalając „pieśń samolotu skierowaną do bóstw eteru”62.

W Belgii Mobutu rzeczywiście nie marnuje czasu na bezmyślne gapiostwo. Spotyka się z czołowymi kongijskimi nacjonalistami, którzy odbyli razem z nim podróż, z nielicznymi kongijskimi studentami z Louvain i Brukseli, a także z belgijskimi pracownikami akademickimi i związkowcami, którzy walczą o emancypację polityczną kolonii. Rząd belgijski poszedł przy tej okazji na całość. Zaprosił blisko siedmiuset Kongijczyków z najróżniejszych kręgów: naczelników wiosek, dziennikarzy, żołnierzy, przedstawicieli misji i przedsiębiorstw handlowych – dla wszystkich była to pierwsza wizyta w Europie „Ten pobyt miał być dla nich okazją do otwarcia się na świat, do wzajemnego poznania się i zdobycia praktycznych umiejętności”, pisze historyk Isidore Ndaywel è Nziem. „Mieli czas, by się rozejrzeć, wysłuchać innych i samemu zostać wysłuchanym. By odkryć realizacje metropolii, istnienie ubogich i zmarginalizowanych białych, skuteczność walki klasy robotniczej. By usłyszeć antykolonialne opinie”. Joseph Malula, przyszły arcybiskup Kinszasy, grzmi przed chrześcijańskim audytorium: „Biali chcieliby dać niepodległość kwadrans za późno, czarni chcieliby ją uzyskać kwadrans za wcześnie. Lepiej kwadrans za wcześnie niż kwadrans za późno”63.

Wystrojony w garnitur i muszkę, onieśmielony Mobutu udziela wywiadu belgijskiej telewizji, która ciekawa jest „reakcji autochtonów” na jego artykuły. Odpowiada dość mętnie, przywołując sprawę zarobków robotników: jednego dnia czytelnicy go popierają, następnego zaś potępiają, gdyż – taka jest jego konkluzja – „publiczność jest niestała”64. Po przybyciu na miejsce w pierwszej kolejności zwiedził Expo, „ten ósmy cud świata”, obejrzał z wielkim podziwem pawilon Konga i ze znacznie mniejszym pawilon radziecki, z „jego całkowicie zmyśloną propagandą, która mogłaby przekonać [tylko] naiwnego, że Rosja sowiecka jest rajem na ziemi”. Potem wykorzystuje jak najlepiej trzytygodniowy pobyt, przemierzając kraj od Ostendy po Liège, od Antwerpii po Marcinelle – Marcinelle to „serce czarnej krainy”, gdzie dwa lata wcześniej w katastrofie w kopalni zginęło dwustu sześćdziesięciu dwóch górników. Spędza dwadzieścia cztery godziny z rodziną robotniczą z Brukseli, cieszy go „niezapomniane przyjęcie”, jakie mu zgotowała belgijska brać dziennikarska, lecz dziwi się: „Większość moich rozmówców w ogóle nie zna Konga, ich własnego Konga”. Kierowane są także do niego zadziwiające pytania: „Czy może nam pan opowiedzieć o wężach i karaluchach?”. Zrelacjonuje swoje odkrycia w kolonialnej metropolii w serii trzynastu artykułów opublikowanych na łamach „Actualités africaines”65. Zwraca się do ministerstwa z prośbą o przedłużenie pobytu, lecz nie dostaje zgody.

Po powrocie do kraju awansuje na redaktora naczelnego swojego pisma i jego pióro śmiga na wszystkich informacyjnych frontach, w tematyce krajowej i zagranicznej: Egipt, Irak, problematyka broni nuklearnej, Afryka francuska – nic nie jest mu obce. W sierpniu 1958 roku przeprawia się na drugi brzeg rzeki, „by uczestniczyć w radości naszych przyjaciół z naprzeciwka”, entuzjastycznie witających w Brazzaville generała „Ngol” z Wolnej Francji, który przybył, by zaproponować im niepodległość66. Mobutu, który jest teraz wpływową postacią w kręgach dziennikarskich, spotyka się przywódcami kongijskiego nacjonalizmu. Najbardziej błyskotliwy z tego grona, Patrice Lumumba, zostaje jego przyjacielem.

Rozdział czwartyJOSEPH I PATRICE

Czy Joseph-Désiré Mobutu i starszy od niego pięć lat Patrice Emery Lumumba poznali się w 1956 roku w redakcji „Actualités africaines” w Léopoldville? Tak twierdzi Francis Monheim, hagiograf młodego Mobutu, w książce napisanej zaledwie kilka miesięcy po zabójstwie Lumumby67. Lumumba właśnie wrócił ze swojej pierwszej „podróży edukacyjnej” do Belgii, gdzie został zaproszony przez rząd wraz z innymi znaczącymi osobistościami kongijskimi. Rozmawia z redaktorem naczelnym Maurice’em Kassongo i innym dziennikarzem, Philippe’em Kanzą. W głowie ma pełno obrazów, na usta cisną się niezliczone słowa. W metropolii spotkał się z przemysłowcami, finansistami, robotnikami, a przede wszystkim z wieloma politykami. Widział na własne oczy, jak biali zamiatają ulice albo ścielą łóżka czarnych w hotelach. Z dumą pokazuje zdjęcie, które go ukazuje w otoczeniu trzech uśmiechniętych brukselek. „A pomyśleć, że w Kongu jesteśmy Murzynami i białe kobiety nami gardzą!”. Rozmowa wzbudza żywe zainteresowanie Mobutu-de Banzy’ego.

Lumumba urodził się 2 lipca 1925 roku w wiosce Onalua w prowincji Kasai68. Jego rodzice, małorolni chłopi, należą do grupy etnicznej Tetela. Chętny do nauki chłopiec dorasta pod opieką pasjonistów. Nie ciągnie go jednak ani do kariery duchownej, co martwi ojca, ani do kariery wojskowej, nad czym ubolewa jego wuj, Victor Lundula, przyszły pierwszy głównodowodzący armii niepodległego Konga. W wieku trzynastu lat przyprawia rodzinę o szok, przechodząc do protestantów, szwedzkich misjonarzy, którzy proponują mu wykształcenie na pielęgniarza w Katako-Kombe. Nigdy nie zdobędzie tego dyplomu, gdyż nad naukę przedkłada lekturę: dzieł Woltera, Jeana-Jacques’a Rousseau czy Victora Hugo. Chudy, wysoki, wciąż nieśmiały i ubogi młodzieniec trafia do Kindu, stolicy prowincji Maniema. Wkrótce zostaje zatrudniony przez afrykański związek zawodowy górników, sprowadza narzeczoną Pauline, coraz więcej czyta, zdobywa informacje o świecie, słucha radia, uczęszcza na spotkania „koła ewoluowanych”, wysyła kilka kiepskich wierszy do gazet z Léopoldville. W Kindu coraz śmielej wyraża swoje myśli – w rozmowach z przyjaciółmi, na piśmie. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jest jednym z nielicznych Kongijczyków – a jest ich dwanaście milionów – którzy potrafią przedstawić swoje poglądy na problemy społeczne i mają odwagę to robić. Postrzega siebie jako przyjaciela Belgów.

Kiedy jego prośba o immatrykulację zostaje odrzucona z powodu jego „niedojrzałości”, kilku białych pomaga mu odwołać się od tej decyzji. Wygrawszy tę biurokratyczną potyczkę, udaje się do Léopoldville, gdzie zostaje zatrudniony przez Dyrekcję Poczty. Ma łatwość do języków, zna francuski i kilka rozpowszechnionych w Kongu narzeczy: lingala, suahili, cziluba. To atut dla przyszłego przywódcy. Jednak dość szybko popada w rozgoryczenie. Po immatrykulacji powinien stać się pełnoprawnym obywatelem, tymczasem rasizm i paternalizm licznych białych sprowadza go do pozycji „Murzyna”, „czarnucha”. Rok później zostaje mianowany księgowym w Biurze Czeków Pocztowych w Stanleyville (obecnym Kisangani). Przez kilka miesięcy przebywa w Yangambi, gdzie pełni zastępstwo, pewnego dnia zabiera głos publicznie i odkrywa w sobie talent oratorski. Jest krótkowidzem, więc teraz nosi okulary, które przydają mu dystynkcji. Dość dobrze mu się żyje, jak na kongijskiego urzędnika. Lecz jego potrzeby są tak duże, że defrauduje drobne kwoty. Jego przełożeni uważają go za „bardzo wartościowy element”, którego uczciwość „pozostawia do życzenia”.

KARIERA LUMUMBY

W Stanleyville Lumumba cieszy się znaczną popularnością. Jego elokwencja i energia robią na ludziach wrażenie. Proszą go o radę zarówno „ewoluowani”, jak i robotnicy. Niektórzy zwracają się do niego „panie adwokacie”. Wieczorami czyta lub pisze artykuły i listy, które często wysyła do Europy. Wkrótce zostaje przewodniczącym prowincjonalnego oddziału związku zawodowego APIC (Association du personnel indigène du Congo). Rozpoczyna działalność polityczną i zostaje wiceprzewodniczącym regionu belgijskiej Partii Liberalnej. Ta staromodna i konserwatywna partia przyciąga kongijską młodzież, a to za sprawą obecności Lumumby. Ten zaś wciąż niezauważony „uzupełnia” swoje dochody pracownika poczty. W polityce staje się stopniowo żarliwym nacjonalistą. W czerwcu 1955 roku król Baldwin odbywa triumfalne tournée po Kongu. W Stanleyville, będącym ostatnim etapem podróży, podczas wieczornego przyjęcia monarcha długo rozmawia z młodym urzędnikiem. Świetnie się rozumieją. Z dnia na dzień prestiż Lumumby jeszcze bardziej rośnie: jest czarnym, który rozmawiał z królem. Nic dziwnego zatem, że rok później zostaje zaproszony do Brukseli69. Zatem do spotkania z Mobutu musiało dojść po powrocie Lumumby do kraju.

Wkrótce potem, w pierwszych dniach lipca 1956 roku, Lumumba zostaje aresztowany w Stanleyville. Wymiar sprawiedliwości zarzuca mu, że fałszując dokumenty, przez pięć lat zdefraudował 126 tysięcy franków belgijskich. Lumumba przyznaje się do zarzucanych mu czynów, lecz zapewnia, że miał zamiar zwrócić „pożyczone” kwoty70. W 1960 roku przywoła to wydarzenie, nadając mu wymowę polityczną. Na wiecach będzie się chełpił, że okradał kolonialistów: „Te pieniądze były własnością Konga i Kongijczyków”. Niemniej ten epizod będzie go dręczył jak wyrzut sumienia. Na razie zostaje skazany na dwa lata więzienia. Administracja penitencjarna zostaje pouczona, że ma go dobrze traktować. W celi Lumumba nie próżnuje. W liście do króla podkreśla, że jego zaangażowanie polityczne jest bezinteresowne. Pisze też tekst o proroczym tytule Le Congo terre d’avenir est-il menacé? (Czy Kongo, ziemia przyszłości, jest zagrożone?), który zostanie opublikowany w 1961 roku, już po jego śmierci71. Zapoznaje się z manifestem „Conscience africaine” oraz bardziej radykalnym pamfletem opublikowanym przez ABAKO (Association des Bakongo – Stowarzyszenie Ludu Kongo, najliczniejszego w Léopoldville), którym kieruje główny przywódca polityczny tamtych lat, Joseph Kasavubu. W pamflecie sformułowane jest żądanie „proklamacji niepodległości Konga”.

Lumumba czuje, że historia prze do przodu bez niego. Później powie: „Miałem dwa powody do złości: pierwszym było to, że wpakowałem się w tę nieszczęsną sytuację i musiałem biernie przyglądać się wydarzeniom na zewnątrz. Drugim zaś to, że nie zostałem w Léopoldville po ukończeniu kursów pocztowych. W więzieniu obiecywałem sobie, że pojadę do Léopoldville, jak tylko odzyskam wolność. Trzeba było porzucić Stanleyville. Bastylii nie zdobyto w Angoulême”72. Jego marzenie spełni się połowicznie: w czerwcu 1957 roku zostaje przewieziony do Léopoldville, lecz nie odzyskuje wolności, gdyż Ministerstwo Publiczne złożyło w marcu apelację, żądając surowszej kary. W więzieniu w Ndolo Lumumbę często odwiedza Maurice Kassongo, który przynosi mu najnowsze numery „Actualités africaines”. Więźniowi podobają się artykuły Mobutu i zaczyna z nim prowadzić korespondencję. Siódmego września Lumumba przedterminowo wychodzi na wolność73. Interweniował w jego sprawie między innymi sam król.

Czy prawdą jest, jak zapewnia Francis Monheim, że Lumumba świętuje swój pierwszy wieczór wolnego człowieka w modernistycznym domku, który Mobutu wybudował sobie w Bandalundze, nowoczesnej dzielnicy tubylczej cité74? Jedno jest pewne: dwaj mężczyźni zostają przyjaciółmi. Podzielają niektóre poglądy. Ani jeden, ani drugi nie należy do dominującej grupy etnicznej, więc obaj pragną silnego Konga, zjednoczonego, zdolnego obronić się przed obcymi ingerencjami. W grudniu 1957 roku stowarzyszenie ABAKO odnosi wspaniałe zwycięstwo w pierwszych wyborach komunalnych, będących efektem nieśmiałej reformy politycznej. Podczas kampanii wyborczej dziennikarz Mobutu krytykował za trybalizm kongijskich przywódców, którzy toczą ze sobą „walkę na śmierć i życie” w imię racji plemiennych. W marcu 1958 roku wytyka Kasavubu sprzeczności i niekonsekwencję75. Najwyraźniej coraz bardziej ulega wpływowi Lumumby.

MOBUTU WSTĘPUJE DO NARODOWEGO RUCHU KONGIJSKIEGO

W sierpniu 1958 roku „Actualités africaines” z satysfakcją informują, że Lumumba – przedstawiony na zdjęciu – został mianowany dyrektorem handlowym Browarów Dolnego Konga, produkujących słynne piwo Polar. Nominacja, komentuje autor artykułu, czyli Mobutu, „została przyjęta z radością w afrykańskich kręgach cité”, co odzwierciedla „pragnienie, by Kongijczycy stopniowo obejmowali kierownicze stanowiska”76. Decyzja jest obustronnie korzystna. Pracodawcy popularnego Lumumby słusznie oczekują, że będzie on świetną reklamą dla ich produktu. Z kolei szczęśliwy nowo mianowany dyrektor, teraz już lepiej opłacany niż większość jego europejskich kolegów, posiadł drugi obok elokwencji atut wyborczy w postaci piwa: tam, gdzie pojawia się Lumumba, polar leje się strumieniami77.

W październiku 1958 roku ukazuje się ponownie zdjęcie Lumumby oraz następny pochwalny artykuł Mobutu o tej postaci „wzbudzającej powszechną sympatię z racji jej działalności społecznej i handlowej”78. Jednak ważniejsze jest to, że cztery dni wcześniej, 10 października, Lumumba założył Narodowy Ruch Kongijski (Mouvement National Congolais, MNC), wieloetniczną partię narodową. U jego boku znajdujemy kilku czołowych polityków kongijskich: autora manifestu „Conscience africaine”, chrześcijańskiego demokratę Josepha Ileo; związkowca Cyrille’a Adoulę; błyskotliwego dziennikarza Josepha Ngalulę; Gastona Diomiego, asystenta medycznego i członka ABAKO, a także socjalistę Alphonse’a Nguvulu. Jaki jest ich program? Niepodległość, fundamentalne wolności, jedność narodowa, negocjacje z Belgią po uzyskaniu niepodległości, polityczna edukacja mas, przyspieszone kształcenie elit. W długim artykule zatytułowanym Petit essai de géographie des influences à Léo (Krótki esej o geografii wpływów w Léopoldville) Mobutu przedstawia wyżej wymienionych członków MNC oraz kilku innych: Kasavubu, rzecz jasna, ponadto Jeana Bolikango, Paula Bolyę, André Gengego, Daniela Kanzę, Alberta Nkulego, Arthura Pinziego, Bertina Tumbę. Szczególną uwagę zwraca na Lumumbę, „niepokornego buntownika”. Zaadresowana do władz kolonialnych konkluzja jest taka: „Kongo posiada wartościowych i godnych interlokutorów”79.

Początkowo Mobutu odmawia wstąpienia do MNC, aby zachować niezbędną dziennikarzowi swobodę oceny i działania. Lecz wydarzenia nabierają tempa. Administracja państwowa się usztywnia. Polityka nowego ministra kolonii, postępowego Maurice’a Van Hemelrijcka, jest zwalczana w Kongu i w Brukseli. Od 5 do 13 grudnia w Akrze odbywa się pod auspicjami Nkrumaha, premiera Ghany, pierwsza konferencja panafrykańska. Władze kolonialne uniemożliwiają Kasavubu wyjazd, więc to Lumumba przemawia na konferencji głosem Konga, w towarzystwie Diomiego i Ngaluli. Jego wystąpienie jest absolutnie jednoznaczne: „Nasz ruch ma za główny cel uwolnienie ludu kongijskiego od kolonialnego reżimu i osiągnięcie niepodległości”80. Nieco później „Actualités africaines” opublikują zdjęcie mówcy w smokingu z muchą. Mobutu określa go mianem przywódcy „wyważonego i inteligentnego”. Dwudziestego ósmego grudnia podczas wiecu w Léopoldville trzej pielgrzymi zdają sprawę ze swej podróży do Akry. Lumumba – wysoki, z długimi, chudymi rękami, charyzmatyczny – rozpala tłum, który krzyczy z radości i po raz pierwszy skanduje magiczne słowo: „Dipenda! Dipenda!” (w języku lingala zniekształcone francuskie słowo indépendance – niepodległość). Tego dnia Mobutu wstępuje do MNC. Jego legitymacja partyjna ma numer 20181.

ROZRUCHY W LÉOPOLDVILLE

Rok 1958 kończy się optymistycznym akcentem, gdyż belgijski rząd ogłosił, że 13 stycznia wyda ważne oświadczenie dotyczące przyszłości Konga. Jednak historia go zaskoczy, bo nagle przyspieszy. Dzień 4 stycznia zapowiada się na zwyczajną niedzielę. Relacjonując Sylwestra, gazeta „L’Avenir” pisze: „Śmietanka towarzyska Léopoldville, w sukniach wieczorowych i eleganckich garniturach, pięknie przywitała nowy rok”82. Ma się co prawda odbyć wiec ABAKO, zapowiedziany na wczesne popołudnie, oraz mecz piłki nożnej na stadionie nieopodal. W porze obiadowej Lumumba przebywa u Mobutu. Często zachodzi do dziennikarza, by spotykać się dyskretnie z różnymi ludźmi i delektować się smakowitymi daniami przyrządzanymi przez panią domu83.

Wkrótce potem dwaj przyjaciele wsiadają na skuter Mobutu, by udać się na wiec84. Zgromadzenie zostało w ostatniej chwili zakazane. Kasavubu powiadamia o tym zebrany tłum, który nic nie wiedział. Ten pacyfista, wielbiciel Gandhiego, prosi swych zwolenników, by zachowali spokój i się rozeszli. Jego przemówienie trwa raptem pięć minut. Ludzie są zawiedzeni. Nagle jakiś kierowca europejskiego autobusu odzywa się ordynarnie, wykonuje nieprzystojny gest. Spadają na niego ciosy. Sprawy przybierają zły obrót. Przepychanki, obelgi. Interweniuje policja. Biały komisarz, spanikowany, strzela w powietrze. Jakiś dżip zostaje przewrócony i podpalony. Policjanci mierzą do ludzi. Krew pierwszych ofiar barwi na czerwono asfalt.

To już nie drobny incydent, to rozruchy. W tej chwili mecz już się skończył i stadion pustoszeje. Kibice miejscowego klubu piłkarskiego, sfrustrowani, bo wygrali goście, przyłączają się do buntowników. Rozlegają się okrzyki: „Dipenda!”, „Flamandowie, won!”, „Ruszajmy na białych!”, „Kasavubu królem!”85. W niecałą godzinę bunt rozprzestrzenia się na ogromną czarną część miasta. Od dawna gromadzony gniew wybucha i wyładowuje się na kolonialnych symbolach. Tłum rzuca się na sklepy, niszczy samochody, atakuje kościoły, szkoły, ośrodki pomocy społecznej – wszystko, co naznaczone jest piętnem białego człowieka. Tysiące młodych plądrują, co popadnie. Europejska część miasta zostaje zamknięta. Mobutu długo krąży po ulicach z Lumumbą, wreszcie odwozi przyjaciela do domu. Potem udaje się do redakcji „L’Avenir”, by napisać swój artykuł. Nazajutrz Force Publique dostaje rozkaz „ruszenia” na buntowników. Żołnierze strzelają z moździerza. Bitwa będzie trwała trzy dni. Oficjalny bilans jest zatrważający: czterdziestu siedmiu zabitych i dwustu czterdziestu jeden rannych Kongijczyków, około czterdziestu rannych Europejczyków86. Naoczni świadkowie mówią o dwustu, trzystu zabitych.

Belgowie w Belgii i ci w Kongu są zdumieni i przejęci zgrozą. Mit „wzorowej kolonii”, „kraju spokojnych ludzi”, rozpadł się na kawałki. Popłynęło dużo krwi. Wojsko zarządza godzinę policyjną w czarnych dzielnicach miasta, dokonuje setek aresztowań. Stowarzyszenie ABAKO zostaje rozwiązane. Kasavubu ukrywa się, potem sam się zgłasza na policję. Na łamach „Actualités africaines” Mobutu wiernie i bezstronnie opisuje wiec, którego był naocznym świadkiem87. Podkreśla, że krótkie przemówienie Kasavubu było umiarkowane i jednoczące, cytuje kluczowe zdanie, które w nim padło: „MNC jest typowo afrykańskim ruchem, a ci, którzy pragną do niego dołączyć, mogą to uczynić”. Innymi słowy, każdy może wstąpić do MNC, nadal będąc członkiem ABAKO. Zręczny Lumumba wykorzysta tę obietnicę, by ściągnąć do partii jak najwięcej nowych zwolenników.

KRÓL BALDWIN OBIECUJE NIEPODLEGŁOŚĆ

Teraz głos zabiera król. Trzynastego stycznia 1959 roku, uprzedzając działania rządu, Baldwin I wypowiada historyczne słowa: „Mamy silne postanowienie, by bez zgubnej zwłoki, lecz także bez nierozważnego pośpiechu, doprowadzić ludy kongijskie do niepodległości w dobrobycie i pokoju”. Królewskie orędzie zostaje przetłumaczone na cztery najważniejsze języki narodowe i niezwłocznie rozpowszechnione przez radio88. Najważniejsze słowo padło: niepodległość! Dla Kongijczyków wypowiedź króla to uroczyste zobowiązanie. Lecz deklaracja rządowa nie podaje żadnych terminów. Tak więc na swoje nieszczęście Kongo będzie doświadczało na przemian zarówno „zgubnej zwłoki”, jak i „nierozważnego pośpiechu”. Rok 1959 okaże się rokiem zerwania czarnych z białymi: w terenie i w umysłach. Kasavubu wzywa do nieposłuszeństwa obywatelskiego. Rozległe obszary kraju wymykają się wszelkiej kontroli. Stopniowo Kongo staje się krajem, którym nie sposób rządzić. W swoich artykułach Mobutu wyraża życzenie, by „odrodziło się zaufanie”; niepokoi go, że „niektóre interesy europejskie” opierają się przemianom89.

W tym okresie Mobutu i Lumumba często się spotykają, głównie w redakcji „L’Avenir”. Pierre Davister wspomina: „Ileż to razy widziałem, jak Mobutu poprawia tekst niektórych przemówień lub artykułów Lumumby, wciąż słyszę, jak przekonuje go łagodnie: «Patrice, to w niczym nie zmienia istoty problemu i treści żądań MNC, ale jest mniej ostre i łatwiejsze do przyjęcia!»”. I dodaje: „Zresztą Patrice Lumumba często zasięgał rady Mobutu i dwaj mężczyźni musieli się doskonale rozumieć, bo wcale nierzadko Lumumba mówił mi: «Proszę o to zapytać Josepha. Zna wszystkie moje plany i jest ze wszystkim na bieżąco»”90.

W lutym 1959 roku, pięć tygodni po rozruchach, dyrekcja Sabeny zaprasza do Brukseli przedstawicieli kongijskich gazet. Mobutu też leci do metropolii. Uczestniczy w konferencji prasowej, podczas której towarzystwo lotnicze informuje, że jest deficytowe. Mobutu korzysta z krótkiego pobytu w stolicy Belgii, by złożyć podanie o udział w stażu w Biurze Informacji dla Konga, Inforcongo91. Zostaje mu przyznane stypendium. Jednak Léopoldville się sprzeciwia: nie ma mowy o marnowaniu pieniędzy dla działacza MNC! W końcu dzięki pomocy Williama Ugeux, dyrektora Inforcongo, Mobutu wygrywa, i to na dwóch frontach: dostaje stypendium i może sprowadzić do Brukseli żonę i dwójkę dzieci. Trzydziestego pierwszego marca Mobutu żegna się ze swoimi „drogimi przyjaciółmi czytelnikami”92. Oznajmia, że to już koniec rubryki Miasto bez tajemnic, która gościła na łamach „Actualités africaines” sto czternaście tygodni. Zostaje oficjalnym przedstawicielem pisma w Belgii. Przez trzy lata napisał pod pseudonimem i potem pod własnym nazwiskiem ponad dwieście artykułów.

Rozdział piątyNIEPODLEGŁOŚĆ CZA CZA

Oto więc Mobutu mieszka z rodziną w Brukseli. Spędzi tutaj czternaście miesięcy i wróci do kraju dopiero na trzy tygodnie przed proklamacją niepodległości. Odbywa staż w Inforcongo i uczęszcza do szkoły dziennikarstwa prowadzonej przez Stowarzyszenie Prasy Belgijskiej. Dostaje się również do Wyższego Instytutu Nauk Społecznych, zrobiwszy silne wrażenie na jury – jak będzie o tym później opowiadał – zdobywając dwadzieścia punktów na dwadzieścia możliwych z dyktanda z francuskiego93. Nauki wspaniałej Madame Delcourt nadal procentują. Piętnastego lipca 1959 roku Mobutu spełnia życzenie małżonki i przypieczętowuje religijnie swoje małżeństwo w jednej z brukselskich kaplic94. W tym czasie jest młodym mężczyzną złaknionym wiedzy i pragnącym wyrażać swoje opinie, studentem pilnym i zarazem towarzyskim. Często spędza wieczory poza domem, trochę pije i jak wszyscy jego koledzy zadaje się z lewicującymi chrześcijanami, związkowcami i przeciwnikami kolonializmu. Bacznie śledzi wydarzenia w Kongu, a tam sytuacja coraz szybciej ewoluuje95.

Od kiedy zalegalizowano ich istnienie, partie polityczne wyrastają jak grzyby po deszczu. Wkrótce jest ich ponad sto, przy czym większość to w gruncie rzeczy organizacje etniczne. Dzielą się na radykalne i umiarkowane z jednej strony, na unitarystyczne i federalistyczne z drugiej. Radykałowie domagają się „natychmiastowej i bezwarunkowej niepodległości”, umiarkowani skłonni są przystać na rozwiązania przejściowe. ABAKO Kasavubu jest radykalne i federalistyczne; Narodowy Ruch Kongijski (MNC) Lumumby – radykalny i unitarystyczny; partia CONAKAT (Confédération des Associations Tribales du Katanga, Konfederacja Stowarzyszeń Plemiennych Katangi) z Moisem Czombem na czele – federalistyczna i umiarkowana96. W lipcu skrzydło MNC przeciwne Lumumbie się odrywa, obiera sobie za przewodniczącego Alberta Kalonjiego z Kasai. MNC Lumumby jest jedyną partią polityczną obecną w zasadzie na całym obszarze Konga, a także najbardziej aktywną i najlepiej zorganizowaną. Nie brak jej ani funduszy, ani nowych rekrutów.