Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Obyczajowe i romanse » Monopoly – gra o wszystko

Monopoly – gra o wszystko

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Monopoly – gra o wszystko

O książce:

„Monopoly” to opowieść o współczesnych emigrantach. Czy tęsknota za krajem pobudza do pełniejszego życia i poszukiwania własnego miejsca w świecie? Jak poczuć spełnienie zawodowe i znaleźć przyjaciół w obcym kraju?

Poznaj Marię, współczesną emigrantkę, która wraz z innymi bohaterami książki podejmuje pracę w Anglii. Daj się porwać opowieściom o tęsknocie, miłości i codzienności, w której przeplatają się echa dawnego życia i dawnych uczuć.

 

O autorce:

Anna Partyka-Judge zadebiutowała jako autorka wierszy drukowanych w szczecińskich „Spojrzeniach” (kto je jeszcze pamięta...?!). Przez wiele lat była członkinią, a następnie prezeską Klubu Literackiego „Na Wyspie”. W ubiegłym roku wydała powieść „Puzzle”, która ukazuje blaski i cenie emigracji. „Monopoly. Gra o wszystko” to kontynuacja losów emigracyjnych bohaterów. Aktualnie pracuje nad powieścią opowiadającą o zdradzie. Nie przestała pisać wierszy. Z zawodu jest muzykiem. Na stałe mieszka w Hiszpanii, ale do Świnoujścia i Szczecina – tam, gdzie jej korzenie – wraca tak często, jak może.

Polecane książki

Jest to opowieść o wszystkich głupich rzeczach, jakie zwykł robić człowiek, gdy wypije o jednego za dużo. Jest to też książka, która tłumaczy, jak marnować czas i czerpać z tego przyjemność. Dowiesz się, jak powołać do życia nieistniejącą osobę, wplątać się w interesy mafijne i handlować nasieniem t...
Publikacja zawiera ujednolicony tekst ustawy o rachunkowości. Najnowsze, obowiązujące od 2016 r. zmiany, zostały w tekście ustawy wyróżnione - dzięki czemu łatwo je odnaleźć....
Jak rodzą się gwiazdy i kończą wielkie kariery? Co dzieje się na planie, za kulisami, w garderobie? Historie towarzyszące powstawaniu filmu bywają równie pasjonujące co sam film. Życie często przerasta kino. Radosław Piwowarski, jeden z najlepszych polskich reżyserów, zna wiele tak...
Daisy Maddox jest hostessą podczas przyjęcia na Manhattanie w firmie, w której pracuje jej brat. Ma do spełnienia dodatkowe zadanie – musi podrzucić do gabinetu szefa, Rolla Fleminga, skradziony przez brata zegarek. Niestety zostaje przyłapana przez Rolla na gorącym uczynku. Po wysłucha...
Przedmiotem niniejszego opracowania jest prawo rzymskie i jego wpływ na tworzenie prawoznawstwa współczesnej Europy. Książka składa się z 4 części: I. Prawo rzymskie i jego rola w rozwoju europejskiej kultury prawnej; II. Prawo rzymskie w Oświeceniu i jego znaczenie dla tworzenia XIX-wiecz...
Jest to wybór najpiękniejszych wierszy o miłości napisanych przez Krzysztofa Cezarego Buszmana na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Twórczość poety wskrzesza najlepsze tradycje polskiej poezji klasycznej."Czuje się w tej poezji świeżość, hardość i talent tej miary, co kiedyś o Jonaszu Kofcie mów...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Anna Partyka-Judge

Copyright © 2017 Anna Partyka-Judge

Tytuł Monopoly

Podtytuł Gra o wszystko

Autor Anna Partyka-Judge

Redakcja i korekta Elżbieta Sokołowska (korektelka.pl)

Korekta techniczna Jacek Żybura

Skład Krzysztof Abramowski (wschod-studio.pl)

Projekt okładki Krzysztof Abramowski (wschod-studio.pl)

Zdjęcia na okładce pexels.com

ISBN druk 978-83-948082-3-5

ISBN PDF 978-83-948082-7-3

ISBN MOBI 978-83-948082-8-0

ISBN EPUB 978-83-948082-9-7

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie fragmentu lub całości niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i powoduje naruszenie praw autorskich. Autor dołożył wszelkich starań, aby przedstawione w tej książce informacje były kompletne i rzetelne, nie bierze jednak odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikające z ich wykorzystania.

Życie zdala od domu przypomina unoszenie się nad ziemią wbalonie wypełnionym gorącym powietrzem. Wznosisz się jeszcze trochę iperspektywa jest zgoła inna, chociaż elementy krajobrazu są wciąż rozpoznawalne. Świat staje się inny, kiedy doświadczasz go zinnego punktu widzenia.

Jonathan Carroll, Na pastwę aniołów

Książkę tę dedykuję wszystkim odważnym, którzy wposzukiwaniu lepszego jutra zmieniają swoją rzeczywistość idoświadczają innego punktu widzenia.

Rozdział 1

Drzwi skrzypnęły krótko, wdzierając się gęstym dźwiękiem w noc.

Poderwała się na łóżku. I tak sypiała jak mysz pod miotłą. Noce w domach pacjentów zwykle okazywały się koszmarne, dlatego kładła się w dresie, gotowa na każdą akcję.

Tym razem w szparze, która powstała między otwartymi drzwiami a podłogą, zobaczyła tylko ciemność. Maria poczuła, że dudni jej serce, a krew pulsuje w skroniach. Oczy rozbolały ją od wpatrywania się w przestrzeń wytężonym wzrokiem.

Odsunęła cienką kołdrę. Czyżby Sandra otworzyła drzwi?

Pod drzwiami dyżurnego pokoju Maria zawsze kładła duże prześcieradło. Tak na wszelki wypadek. Podczas kursu uczono ją, w jaki sposób zarzucać je na atakującego pacjenta, aby zahamować jego agresywne zachowanie, nie robiąc mu przy tym krzywdy.

Wstała najciszej, jak umiała, przeciągnęła zamek bluzy pod szyję i schyliła się po prześcieradło.

Podłoga jęknęła cicho pod ciężarem jej stóp. Wstrzymała oddech. Nic. Żadnego ruchu. Żadnej reakcji. Może jednak Sandra śpi w najlepsze? Kto zatem otworzył drzwi do dyżurki?

Na palcach przysunęła się do ściany. Oparła plecy i powoli zaczęła prostować nogi. Trzask! Serce przestało bić na trzy sekundy, może na dłużej. Uff, to tylko jej suche stawy kolanowe.

Drugą ręką chwyciła odchylone drzwi, aby poszerzyć szczelinę oddzielającą służbówkę od korytarza.

– Nie śpisz? – usłyszała niespodziewanie. – A dokąd idziesz? Będziemy się bawić? Dlaczego jest tak ciemno? Nie chcę być sama! 

Maria znieruchomiała. Poczuła suchość w ustach. Świst powietrza wciąganego w nozdrza urywanymi sekwencjami rozległ się w jej mózgu niczym dzwony kościelne. Choć wiedziała, że są w domu we dwie, nie spodziewała się Sandry tuż za ścianą, w ciemnym korytarzu.

Ręka z prześcieradłem nawet nie zareagowała. 

– Nie chcę być sama! I want a green one! – szlochała Sandra przejmująco. 

Przecież to ona się boi. Musi ją teraz przytulić. Cholera! Nadal nie może się ruszyć!

– Ciiiii, Sandro – odezwała się. – Cichutko już. Nie jesteś sama. Jestem tu z tobą.

Maria uspokajała i siebie, i pacjentkę, powoli odzyskując władzę w ciele. Odrzuciła prześcieradło. Pstryknęła światło. Szybko podeszła do Sandry i objęła ją ramionami. Utuliła dorosłą kobietę niczym dziecko.

Tego dnia Sandra „I want a green one!” była niespokojna. Miała rozbiegane, lekko zamglone, nieobecne oczy. Kołysała się intensywnie w przód i w tył, co chwilę mamrocząc coś do siebie. Zaciskała i rozluźniała dłonie i palce.

– Marysiu – ostrzegała Suzan, przełożona teamów pracujących w prywatnych domach podopiecznych – nie podchodź dziś zbyt blisko do Sandry. Jest nieprzewidywalna. Agresja wychodzi z każdego cala jej ciała.

Suzan lubiła znienacka dokonywać inspekcji, podczas których Maria i jej koleżanki czuły się śledzone, sprawdzane, kontrolowane. Choć rozumiały procedurę, atmosfera każdej wizyty przesiąknięta była chęcią wytknięcia im błędów, zupełnie jakby szefowa szukała powodu, aby wezwać kogoś na dywanik.

Agnieszka zerknęła porozumiewawczo na Marię i wywróciła oczami, które zdawały się mówić: „Czego ona znów chce?”.

– Musicie dzisiaj poczekać z jakąkolwiek aranżacją zajęć dla Sandry – ciągnęła Suzan, która niczego nie zauważyła. – Wiecie, że jej nastrój możecie rozbroić dobrym obiadem, więc na początek proponuję gotowanie. Marysiu, zabierz się za to. Ty, Agnieszko, postaraj się skupić uwagę Sandry na przygotowaniu warzyw. Może się nieco rozluźni – wydawała polecenia, zbierając swoje rzeczy z sofy i szykując się do wyjścia.

– Tak jest, Suzan! – podchwyciła ze śmiechem Aga. – Sandra, sprawdzałaś dziś, co masz w lodówce? – dodała i zwróciła twarz w kierunku kołyszącej się kobiety.

– Iwant agreen one! – usłyszała w odpowiedzi.

Sandra powoli ruszyła w kierunku lodówki, która stała na wprost drzwi do kuchni. Nie tarasowała już wejścia, dlatego Suzan bez problemu mogła opuścić mały salonik połączony z kuchnią.

– Baw się dobrze, Sandro! Powodzenia, dziewczyny! – rzuciła radośnie Suzan i szybko wyszła. Nie założyła nawet kurtki, z której Agnieszka i Maria śmiały się za każdym razem, gdy widziały w niej przełożoną. Kurtka była nieco przyciasna, mimo to Suzan wciąż próbowała ją dopasować na wystającym brzuchu.

– Co te Angielki jedzą, że mają takie brzuchy? – dziwiła się wciąż Agnieszka, choć od ponad roku pracowała w domach swoich pacjentek i dokładnie wiedziała, co się podaje do stołu. Maria również dziwiła się otyłości brzusznej Angielek, a zwłaszcza Suzan, która podczas rozmowy kwalifikacyjnej wypytywała przecież o zasady zdrowego odżywiania, sposoby gotowania, łączenia potraw i przygotowywania posiłków.

Agnieszka wyjmowała warzywa z lodówki i podawała je Sandrze, pytając o kolor i nazwę oraz prosząc o określenie wielkości i stopnia twardości. Sandra uwielbiała tę zabawę. Wciąż się kołysząc, dotykała kolejno pietruszki, marchewki i selera. Wąchała je i gładziła, przyglądała się im i wydawała dziwne pomrukiwania – ni to zadowolenia, ni to niedowierzania. Zajęcie pochłonęło ją na tyle, że zapomniała o agresywnym nastawieniu. Agnieszka i Maria odetchnęły z ulgą: tym razem sytuacja została opanowana!

Po obiedzie wyszły z Sandrą na spacer. Maria trzymała chorą kobietę za jedną rękę, a Agnieszka za drugą. Jak małe dziecko.

Sandra bardzo lubiła te spacery. Czuła, że znajduje się w centrum uwagi i bardzo jej to odpowiadało. Często w takich sytuacjach śpiewała ulubioną piosenkę – CeciliaPaula Simona. Wciąż zapominała słowa refrenu i dopominała się podpowiedzi, co ją doprowadzało do krótkiego, urywanego śmiechu, a jej opiekunki do granicy cierpliwości.

Cecilia, you’re breaking my heart,

You’re shaking my confidence daily,

Oh, Cecelia, I’m down on my knees,

I’m begging you please to come home!

Sandra wróciła do domu w doskonałym nastroju. Aga zajęła się przygotowaniem herbaty, a Maria pomogła podopiecznej rozebrać się i udała się z nią do łazienki.

Idąc pustym o tej porze chodnikiem, Maria rozmyślała o kolejnym dniu u Sandry. Również ulicą nie przejechał nawet jeden samochód. Było pusto i nieco przerażająco.

Maria źle spała. Czuła się zmęczona. Co będzie później? Sandra jest wymagającą pacjentką. Może zabierze ją do parku. Wprawdzie nie jest zbyt ciepło, ale spacer im obu dobrze zrobi.

Drzwi domu Sandry otworzyła owinięta w koc Dominika.

– Cześć, Maryniu – odezwała się. – Miałam koszmarną noc z Sandrą. Wołała mnie wielokrotnie, chciała pić i siku. I żeby jej poczytać. Och, kompletnie nie dawała mi spać! – żaliła się. – A teraz? Popatrz, śpi jak zabita, a przecież czas wstawać. Ona może, ale ja nie. Pójdę do domu, to się wyśpię. Przynajmniej taką mam nadzieję. Powinnam iść do Asdy, bo nie mam nic w lodówce. Chcesz herbaty? – nie przestawała mówić.

Poszła do kuchni. Maria podążyła za nią bez słowa.

– Tak, dziękuję. – Udało jej się wreszcie przerwać ten potok słów. – Chętnie napiję się dobrej herbaty, zanim wstanie nasz potworek – próbowała żartować. – Ja też miałam kiepską noc. Nie mogłam spać. Co zasnęłam, to budziły mnie jakieś koszmary. Ty wyśpisz się w domu, a ja będę musiała mieć się na baczności w towarzystwie naszego I-wan’t-a-green-one!

Zaśmiały się głośno, po czym spojrzały na siebie i obie przyłożyły palce do ust. Nie wolno zbudzić Sandry! To chwila tylko dla nich!

Dominika była młodą, dwudziestoośmioletnią kobietą o pełnych, różowiutkich ustach i brązowych oczach, oprawionych długimi rzęsami. Jej półdługie pszenicznozłote włosy układały się miękkimi falami na wąskich ramionach.

– Kogo masz dziś na zmianie? – zapytała Marii, wlewając wrzątek do kubków ustawionych na blacie kuchennym. Zdjęła z siebie koc, złożyła go w kostkę i odłożyła na stołek obok drzwi do ogrodu.

– Za godzinę powinien pojawić się Maciek. Wiesz, ten młody chłopak, którego Sue niedawno przyjęła do naszej ekipy. Znasz go. Widziałaś go jakiś czas temu. Pamiętasz? Byłyśmy na szkoleniu w Daventry i… – urwała Maria na widok drżących dłoni Dominiki i jej zaczerwienionych policzków. – Hej. Co się stało?

– Nie, nie, nic takiego – odpowiedziała zmieszana Dominika i szybko wzięła swój kubek z gorącą herbatą. – Wszystko w porządku. Usiądźmy na patio. Włączyłam piecyk, będziemy miały cieplutko i nie obudzimy Sandry gadaniem. Chodź!

Dominika doskonale znała Maćka. Sypiała z nim od dwóch tygodni. Wpadli sobie w oko już podczas szkolenia kadry TACT Company. Zachwycili się sobą. Nie wiedziała, jak nazwać ten fenomen hormonów. Karteczki z numerami telefonów podali sobie bez słów. Ich oczy mówiły wszystko.

Spotkali się jeszcze tego samego dnia. Ich znajomość od pierwszych chwil nabrała takiego tempa, że Dominice do dzisiaj zapiera dech. Do łóżka poszli – nie, pobiegli! – już podczas pierwszego tajnego spotkania. Uśmiechnęła się na samo wspomnienie.

Dlaczego chcieli utrzymać znajomość w tajemnicy? Dominika tego nie wiedziała, ale za każdym razem, kiedy biegła, aby zobaczyć się z kochankiem, czuła dreszczyk emocji.

Szybko zmieniła temat i kobiety pogrążyły się w dyskusji na temat zmian, jakie szykowały się w TACT Company. Maria koniecznie chciała z kimś porozmawiać o nowej strukturze dyżurów, więc wciągnęła się w dyskusję, nie zwracając uwagi na dziwne zachowanie koleżanki. 

– Wiesz, ja również uważam, że te zmiany nie wyjdą nam na dobre. – Maria nie mogła się pogodzić z propozycją Suzan, aby z Lindą, pacjentką z Kings Road, przebywała tylko jedna opiekunka. – Nasze pacjentki wymagają podwójnej obsady. Linda potrafi być nieobliczalna. Czy Suzan tego nie widzi? 

– Nie wiem, kogo słucha nasza Suzan, ale powiem ci, że ostatnio widziałam, jak szeptała dość długo z Długonogą Kaśką.

– Żartujesz! Co niby Kaśka miałaby jej do powiedzenia? Przecież ostatnio to ona opowiadała, że Linda wrzeszczała podczas przejażdżki samochodem. Kaśka była z nią samiuteńka! Nie wiedziała, co robić, gdy Linda chciała otworzyć drzwi. Przestraszyła się czegoś. Niesamowite!

– Dlatego Linda powinna mieć jeszcze jedną osobę do opieki. Nie wiem, co Kaśka naopowiadała Suzan, ale pani Ritson koniecznie chce, aby z Lindą była tylko jedna z nas. 

– Iwant agreen one! – Sandra weszła na patio w piżamie w różowe króliczki, do piersi również przyciskała ukochanego pluszowego króliczka. Zmierzwione włosy sterczały jej na wszystkie strony. W lewej dłoni trzymała małą czarną torebkę, z której wystawała spora metalowa kłódka. Góra od piżamy opinała mocno duże piersi Sandry, podkreślając ich kształt, w przeciwieństwie do spodni w niebieską kratkę, których szerokie nogawki zwisały luźno. Sandra lubiła swobodę ruchów i nie znosiła, kiedy guma piżamy wciskała się w jej dość wydatny brzuch. Opinająca bluza nie stanowiła problemu, ale spodnie musiały być wygodne.

– Dzień dobry, Sandro! – Obie kobiety przywitały się z podopieczną, przerywając rozważania na temat nieprzemyślanych posunięć przełożonej. 

– Pójdziesz zobaczyć swój „green one” po śniadaniu, OK? – odezwała się przyjaźnie Dominika i puściła oko do Marii. – A teraz chodź do łazienki. Dobrze spałaś?

Objęła pacjentkę i delikatnie poprowadziła w kierunku łazienki. Sandra otworzyła usta w pełnym aprobaty gulgoczącym śmiechu, pokazując braki w uzębieniu.

Maria mogła zająć się śniadaniem i rozmyślaniem o Dominice, która najwyraźniej speszyła się na wieść o Maćku. „A może…? Nie, to niemożliwe, chociaż coś się dzieje… Muszę wprost zapytać, o co tu chodzi. Domino wie, że mówię wprost. Ale o tym później. TACT i Suzan, dziwna sytuacja. Muszę mieć się na baczności. Nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie zagrożenie”.

Gdy Dominika wróciła z Sandrą, Maria postawiła przed pacjentką miseczkę z jej ulubionymi płatkami z czekoladą i posmarowała cienko masłem grzankę. Do herbaty dolała niewielką ilość mleka i wsypała dwie łyżeczki cukru. Po angielsku. Cukier schowała na najwyższą półkę, do szafki nad kuchenką gazową, bo Sandra uwielbiała podjadać go łyżkami.

– Marysiu – przypomniała sobie słowa Suzan – musisz chować cukier przed Sandrą. Pamiętaj! Ona nie może go jeść w takich ilościach! Lekarz zabronił. Sandra ma początki cukrzycy i trzeba na nią uważać. Wszyscy opiekunowie o tym wiedzą.

W podobny sposób Suzan ostrzegała opiekunki podczas spotkań omawiających nowych pacjentów.

– Sandra – odezwała się Dominika – odłóż, proszę, tę kłódkę.

– Zobacz, masz kolejnego gościa – dodała spokojnie Maria. – Może warto otworzyć mu drzwi?

– A jeśli zabierze mi moją kłódkę? – odezwała się kobieta i głębiej schowała w małej torebce ulubioną zabawkę. Kołysała się z zakłopotaniem w przód i w tył.

– Hej, Sandra, nikt nie zauważy, że masz otwartą torebkę. – W głosie Dominiki, która założyła już kurtkę, zabrzmiał lekki cynizm. Gdy usłyszała ponowne pukanie, serce podskoczyło jej niemal do gardła. Poczuła, że na policzkach wyskoczyły jej piekące plamy. „Mam nadzieję, że Marynia nie zauważyła mojego zmieszania – pomyślała. – Muszę szybko stąd wyjść”. 

– Cześć!– rzuciła do wchodzącego Maćka. Otarła się o niego w przejściu i szybko zniknęła, nie czekając na odpowiedź. 

– Cz-cz-cześć! – Zaskoczony Maciek zobaczył tylko plecy Dominiki. Lekko rozczarowało go jej zachowanie, ale niczego nie dał poznać po sobie. – Hej, Sandra! Jak się dziś miewasz? – Odwrócił się do stojącej w korytarzu kobiety, która próbowała zamknąć torebkę. – Gdzie się wybierasz? Nie za wcześnie na spacer? Zjadłaś już śniadanie?

– Nigdzie nie idę – usłyszał w odpowiedzi. – To moje. Pamiętaj, to… tylko… moje.

Sandrze udało się zamknąć torebkę i włożyć ją pod pachę. Wyglądała zabawnie, gdy udawała, że niczego nie schowała i niczego nie ma przy sobie.

– Wszystko w porządku, Sandro – odezwała się Maria. Wiedziała, że jedzenie uspokoi podopieczną. – Chodź do stołu.

– Doskonały pomysł! Mogę napić się z tobą herbaty? – zapytał pojednawczo Maciek. 

– Iwant agreen one! – odpowiedziała za nią Maria z uśmiechem, siadając do stołu.

– Jak minął ranek? – zapytał Maciek cicho.

– Całkiem spokojnie. Wstała po dziewiątej, Domino ją umyła. Mówiła, że Sandra miała niespokojną noc. Możemy dzisiaj mieć z nią kłopoty. Chowa przed tobą kłódkę. Jest jakaś nakręcona, podekscytowana. 

– W takim razie musimy pozwolić jej wykonywać zajęcia, jakie najbardziej lubi. 

– Nic nie rozumiem! – żaliła się podopieczna z ustami pełnymi jedzenia. – Mówcie głośniej!

– Oh, sorry, Sandra. – Maciek puścił do niej oczko. – Już do ciebie idę. Chciałabyś dziś ze mną porysować? 

Twarz kobiety się rozpromieniła, a usta pełne zmiażdżonego chleba rozciągnęły się w grymasie przypominającym uśmiech. 

Rysowanie zajęło im sporo czasu. Same przygotowania Sandra starała się niemożliwie rozciągać. Wybieranie kartek, kredek, nożyczek i innych przyborów – jej zdaniem niezbędnych podczas zajęć plastycznych – trwało ponad pół godziny. Maciek cierpliwie podpowiadał, co powinna zrobić, gdzie szukać, jak ułożyć kartki i posegregować kredki, jak trzymać temperówkę, aby zaostrzyć końcówki kredek oraz ołówków. Na stole znalazło się również kilka gumek. Maria słyszała pomrukiwanie Sandry i ciepły głos Maćka. Tych dwoje nie trzeba było namawiać do zabawy, więc mogła zająć się domem. To był najlepszy sposób na dolegliwości senne.

Uzupełniła koszyk środkami czystości i posprzątała sypialnię Sandry. Pod poduszką znalazła dwie kłódki, które odłożyła do schowka pod schodami. Wysprzątała łazienkę, pozbierała z podłogi brudną nocną bieliznę Sandry, włożyła ubrania do pralki i nastawiła delikatne pranie. Chciała jeszcze zapytać Maćka o Dominikę. Nie dawało jej spokoju to, co zauważyła. 

Rozdział 2

Dotychczasowe życie seksualne Dominiki wyglądało niczym stajnia Augiasza i bynajmniej nie z powodu niezliczonej liczby wierzchowców. Niewłaściwie zakończone związki i chaos w odniesieniu do oczekiwań wobec życia potęgowały zagubienie młodej kobiety. Była inteligentna, a jednocześnie butna i wyszczekana, poszukująca i dyskutująca; wciąż przysparzała sobie kłopotów. Kolejnych kochanków traktowała jak pigułki od bólu głowy – zażywała i zapominała.

Do Anglii przyjechała z powodu problemów rodzinnych i emocjonalnych. Po ukończeniu z wyróżnieniem prawa administracyjnego nie mogła znaleźć pracy, więc postanowiła nadal się rozwijać. Interesowała się kierunkami działania i możliwościami rozwoju korporacji. Podjęła kolejne studia, tym razem prawnicze, aby specjalizować się w prawie gospodarczym. Nie skończyła tego etapu edukacji – podczas praktyk w renomowanej firmie deweloperskiej w Poznaniu pojawił się problem, którego nie potrafiła udźwignąć.

Studia były dla niej czasem oderwania się od sytuacji w domu rodzinnym. Matka, szukając tego jedynego, wciąż zmieniała partnerów. Zwykle nie dbała ani o dom, ani o Dominikę. W dzieciństwie i przez pierwsze lata Domino poszukiwała miłości, akceptacji i zwyczajnego ciepła.

Biologiczny ojciec nigdy się nią nie interesował. Znała go, wiedziała, kim jest i gdzie mieszka, ale nie utrzymywała z nim kontaktu. Świadomość bycia niechcianą bardzo jej ciążyła.

Jej istnienie było wynikiem szaleńczej młodzieńczej wpadki. Rodzice ojca nie zaakceptowali związku dobrze zapowiadającego się inżyniera konstrukcji stalowych i niedojrzałej, choć pięknej, Stefanii, której rodzice nie zapewnili wykształcenia. Jej matka nie była zainteresowana nauką; Witka zamierzała zniewolić urodą, aby wyrwać się z biedy. Droga, jaką obrała, zaprowadziła ją jedynie na porodówkę, bez obrączki na palcu. Rodzice Witka skutecznie wybili synowi z głowy piękną dziewczynę.

Dominika latami obserwowała poczynania matki. Małe mieszkanie na trzecim piętrze – podarunek rodziców Witka – nigdy nie było jej domem. A na pewno nie takim, jakie widziała u swoich koleżanek. Lubiła je odwiedzać. Grzała się emocjonalnie w ich domach.

Matka często zostawiała ją samą. Nie gotowała obiadów po szkole, nie rozmawiała przy stole, nie interesowała się postępami w nauce ani życiem pozaszkolnym. Dominika szybko nauczyła się przygotowywać proste posiłki. Miała osiem lat, kiedy postanowiła, że nie będzie tak żyć. Obserwowała domy koleżanek i wiedziała, jak zająć się mieszkaniem i sobą.

Musiała. Matka wciąż wychodziła. Z czasem Dominika dowiedziała się dokąd i dlaczego.

Tak bardzo chciała, aby matka pochwaliła ją, przytuliła, zapytała, jak poszło jej w szkole, dlatego starała się nie sprawiać kłopotów. Uczyła się, bo szybko zrozumiała, że dla niej to jedyna droga do wolności i lepszego życia.

Doskwierała jej samotność. Co z tego, że miała dach nad głową, skoro pod tym dachem zabrakło miłości? Taki bagaż emocjonalny nie wróżył niczego dobrego. Poczynania matki, brak śniadania lub czystej bielizny, niewygodne pytania wychowawczyni zamykały ją i poniżały. Odburkiwała, bo wstydziła się przyznać, że matka odsypia całonocną nieobecność. Dobrze, że do szkoły nie miała daleko, a autobus podjeżdżał pod dom.

Zahartowały ją okoliczności. Dążyła do zmian, jednak nie umiała budować satysfakcjonujących prywatnych relacji.

Dziewictwo straciła dość szybko. Chciała sprawdzić, jak to jest. Okazało się, że nic szczególnego, żadnych większych wrażeń. Nie była gotowa emocjonalnie, dlatego do intymności i bliskości podchodziła nonszalancko, bez angażowania się. Burzę hormonów uspokajała przypadkowymi zbliżeniami seksualnymi.

Tak stało się również podczas praktyk w firmie deweloperskiej, w której objęła tymczasowe stanowisko radcy prawnego. Menedżer do spraw projektów, Damian Wziętek, był wysokim, szczupłym facetem. Miał czarne rozbiegane oczy, kręcone włosy i orli nos. Choć jego powierzchowność pozostawiała wiele do życzenia, kobiety uwielbiały jego zacięcie i pasję, z jaką oddawał się pracy. Wciąż o nim szeptano, co najwyraźniej sprawiało mu przyjemność i karmiło jego ego.

Kiedy na jego widok Dominika nie zareagowała tak, jak reagowała większość kobiet, nie mógł oderwać od niej oczu. Przez pierwsze dni wielokrotnie weryfikował jej CV, zagadywał, żartował, ale bez skutku. Zaintrygowała go, więc zorganizował spotkanie biznesowe przy kolacji, aby omówić szczegóły postępowania wobec innej spółki deweloperskiej.

Dominika zjawiła się w grafitowym kostiumie, obcisłej spódniczce przed kolana i bladoróżowym cienkim sweterku, na który zarzuciła rozpiętą marynarkę. Wyglądała profesjonalnie, elegancko i zmysłowo. Damian Wziętek od razu podkreślił jej strój komplementem. Tylko skinęła głową w ramach podziękowania i zajęła miejsce przy ośmioosobowym stole restauracji Bażant. Szef usiadł naprzeciwko i przez całe spotkanie świdrował ją swoimi węgielkami, coraz bardziej rozżarzonymi pożądaniem.

Dominika wypowiadała się jako ekspertka od prawa gospodarczego. Szefowie i ich doradcy słuchali jej uważnie i wyraźnie odetchnęli, gdy przedstawiła im plan dalszych działań.

Po omówieniu spraw firmowych wszyscy zajęli się kolacją. Atmosfera stała się luźniejsza. Damian próbował zagadywać dziewczynę, ta jednak nie zwracała na niego specjalnej uwagi – żartowała z pozostałymi członkami zarządu, a potem wdała się w przyjacielską pogawędkę z szefową działu sprzedaży, która była żoną prezesa.

Dominika uznała, że to dobry układ rodzinny, nie wiedziała jednak, że prezes Zieliński zatrudnił żonę tylko dlatego, że chciał odbudować jej zaufanie i udowodnić, że wszelkie relacje z innymi kobietami są w jego wypadku wyłącznie przyjacielskimi układami. Żona szybko poradziła sobie z nowymi wyzwaniami i tak umiejętnie kierowała działem sprzedaży, że firma co kwartał odnotowywała znaczący wzrost. Małżeński tandem odzyskał swój blask.

Damian zaczął otwarcie flirtować z Dominiką. Dziewczyna była już rozgrzana dobrym mocnym winem i postanowiła sobie pofolgować. Ostry seks, jaki uprawiali tej nocy, zaspokoił jej potrzebę intymnych przeżyć. Ponownie użyła seksu jak pigułki i nie chciała więcej się spotykać, Damian jednak nie odpuszczał – również wtedy, gdy jego narzeczona, która okazała się córką przyjaciela prezesa Zielińskiego, dowiedziała się o zdradzie i po powrocie z podróży z ojcem zrobiła Dominice karczemną awanturę w firmie Zielińskiego. Katarzyna Góra tylko jedną stronę uznała za winną.

Następnego dnia Dominika z zaskoczeniem przyjęła wypowiedzenie. Nikt nie stanął w jej obronie, bo niby kim była? Stażystką, przez którą mogli stracić posadę.

Damian kajał się i błagał Katarzynę o wybaczenie, wszyscy jednak wiedzieli, że polował jedynie na korzyści wynikające z koneksji, jakie miała jej rodzina.

Zrezygnowana adeptka prawa spakowała swoją dumę i wróciła do obskurnego wynajmowanego pokoiku z zamiarem rzucenia studiów i wyjazdu z kraju. Po dwóch tygodniach oddała klucze właścicielce i wyjechała do Anglii. Zatrudniła się w TACT Company, aby opiekować się ludźmi mentalnie nieprzystosowanymi do życia. Na pożegnanie śmiała się do załzawionej przyjaciółki, że jedzie uzdrowić również siebie. Patrycja – jedyna przyjazna jej osoba, którą znała od dzieciństwa – nie potrafiła zatrzymać jej w kraju. W pewnym momencie ona również uznała, że rozpoczęcie od nowa to dobry pomysł. Obiecały sobie ścisły kontakt.

Z radością oczekiwała zmian. Nawet nie przypuszczała, że na swojej drodze spotka osobę, przez którą musiała zmienić swoje dotychczasowe życie.

Katarzyna Góra rozstała się z podrywaczem i seksoholikiem Damianem, gdy odkryła, że Dominika nie była jedynym kwiatkiem w jego bukiecie zdobytych kobiet. Choć nie mogła się poszczycić powalającą urodą, znała swoją wartość, zdobyła dobre wykształcenie, poza tym miała bogatego tatusia. Skąd więc Kaśka tu, w Anglii, w dodatku w tej samej firmie, w której zatrudniła się Dominika? Obie były równie zaskoczone, kiedy wpadły na siebie podczas jednego ze szkoleń.

– A co ty tu… – Dominice zabrakło tchu, kiedy zobaczyła postać kobiety, która zaledwie trzy miesiące temu wylała na nią kubeł pomyj. Do dziś pamięta karczemną awanturę, skandal, bezpodstawne zwolnienie i stek najpodlejszych wyzwisk, które smagały niczym bicz i sprowadziły jej godność do poziomu rynsztoka.

– Ty mała lisico, znów zakradasz się do cudzych ogródków? – Jad wylewał się z ust Katarzyny.

– Przecież wiesz, że wyrzucono mnie z firmy i odebrano możliwość pokazania, co potrafię i czego naprawdę chcę. – Dominika nie wiedziała, dlaczego tłumaczy się przed tą zjadliwą kobietą.

– Ty sycząca żmijko – usłyszała. – Nie martw się, zostawiłam gnojka. W sumie powinnam ci podziękować – złagodniała i zdobyła się na lekki uśmiech – bo dzięki tobie dowiedziałam się o innych kobietach. Uchroniłaś mnie przed związkiem z nieodpowiedzialnym facetem i oszustem.

Dominika nie mogła jej zaufać. Przecież chciała od nowa zbudować swój wizerunek. Bez skazy, bez jednej choćby szramy. Dlatego musi utrzymać w tajemnicy swój gorący związek z Maćkiem. Nikt nie może się o nich dowiedzieć. Zwłaszcza plotkara Długonoga Kaśka, jak ją tu wszyscy nazywali.

Dominika wiedziała, że jest nie tylko plotkarska, lecz także zdolna do wszystkiego, kiedy walczy o swoje. Z łatwością poniża drugiego człowieka, byle tylko osiągnąć swój cel. Nie ma skrupułów.

Zastanowiło ją jeszcze jedno: dlaczego młoda majętna kobieta wyjeżdża z kraju, aby pracować w takiej firmie jak TACT Company? Dominika postanowiła bliżej się temu przyjrzeć i nikomu na razie nie zdradzać, że zna Długonogą Kaśkę.

Z podobnym postanowieniem Kaśka wróciła na swoje miejsce w trakcie szkolenia: więcej nie zaczepiać Dominiki i unikać jej wzroku.

To tego dnia Dominika czuła gorące spojrzenia, jakimi obdarzał ją Maciek. I tej nocy wypełnili pożądaniem dzielącą ich przestrzeń.

Dominika poprosiła Maćka, aby nie chwalił się wiadomością o ich związku. Zgodził się, zaskoczony. Uznał, że jako pracownicy tej samej firmy nie powinni afiszować się ze swoją relacją, chociaż już po tygodniu namiętnych spotkań wiedział, że Dominika jest tą jedyną. Zakochał się i zrobiłby wszystko, czego tylko by sobie zażyczyła. Spijał ich bliskość, cieszył się każdą chwilą, nastrajał się i budował z drobiazgów wspólną przyszłość. Nie zdradził Dominice swoich przemyśleń; na razie chciał się upewnić co do własnych uczuć.

Podczas ich pierwszego spotkania Maciek siedział naprzeciwko i przewiercał ją wzrokiem. Od dawna nie czuła się tak speszona. Próbowała podjąć wyzwanie, ale gdy napotykała jego oczy, stadko motyli uśpionych w jej brzuchu zrywało się i z trzepotem skrzydeł przesuwało aż do gardła. Nie rozumiała własnego zachowania.

Maciek podszedł do niej podczas przerwy.

– Poczytaj – powiedział, dając jej polskie czasopismo. Odwrócił się na pięcie i odszedł, zanim zdążyła zareagować.

Z czasopisma wyleciała karteczka, a właściwie zakładka z numerem telefonu zapisanym równym pismem. „Kochankowie księżnej Izabeli” – głosił tytuł artykuł.

Nie mogła uwierzyć. Czyby przejrzał jej myśli? Przecież przed sekundą wyobraźnia podsunęła jej obraz nieznajomego w niedwuznacznej sytuacji. Dopisała na zakładce swój numer. Po szkoleniu podeszła i oddała magazyn.

– Przejrzałam – rzuciła. Wydawało jej się, czy naprawdę zauważyła lekki uśmieszek? A może to była drwina?

Gdy zadzwonił, umówili się w wynajmowanym przez niego mieszkaniu. Dominika założyła na spotkanie fioletowo-granatowe stringi, koronkowy stanik i samonośne pończochy. Pragnęła go. Pragnęła swojej pigułki. Od tak dawna nie była z mężczyzną…!

Maciek był niewiele wyższym od niej szatynem z migdałowymi oczami i lekką szramą nad górną wargą. Przypominał pluszowego niedźwiadka, którego dostała na gwiazdkę, gdy miała osiem lat. Podczas kłótni matki z kolejnym pijanym „ojcem” tuliła zachłannie pluszaka i szeptała do niego: „Wszystko będzie dobrze, wiesz? Tatuś zaraz się uspokoi. Nie płacz już. Ciiiiiiii”.

Dominika i Maciek nie odrywali od siebie ust. Ich urywane oddechy wypełniły przestrzeń, gdy pozbywali się ubrań.

– Jesteś piękna! – dyszał jej do ucha. Całował zagłębienie obojczyka. – Pachniesz dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem.

– Jak? – zapytał ze śmiechem.

– Dynamicznie. Intensywnie. Ekspansywnie.

Przytrzymał nad głową jej ręce i przyglądał się, podniecony. Obfite piersi Dominiki chciały wyskoczyć ze stanika. W kolanach czuła mrowienie. I znów ta fala motyli! Ścisnęła mocno waginę, jakby bała się, że mogłyby tamtędy wyfrunąć.

Szarpnęła pasek spodni Maćka. „Mmm… jak pięknie podniecony – pomyślała. – No, mój pluszaczku, będziesz moim Piotrem Wielkim czy Władysławem Łokietkiem? A może Augustem Mocnym, tyle że bez tych jego krzaczastych brwi?”. Wprawnym ruchem uwolniła nabrzmiały członek. Klamra paska z hukiem dotknęła paneli. W oczach Maćka Dominika zobaczyła zachwyt. Rozpaliło ją to jeszcze mocniej.

– Moja piękna – szeptał. – Wymarzona… Poczekaj…!

– Że jak? – Chyba się przesłyszała. – Coś się stało?