Strona główna » Obyczajowe i romanse » Motyl w zupie

Motyl w zupie

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7859-707-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Motyl w zupie

W życiu Rozalii wszystko zaczyna się układać. Nawet jej wiecznie zrzędząca matka  i  nieustające kłótnie rodziców nie są w stanie zepsuć dobrego nastroju. Ale w pewien marcowy wieczór umiera jej przyjaciółka. Rozalii ciężko się z tym pogodzić. A najgorsze jest to, że przewidziała tę śmierć. Wracają wspomnienia. Kiedyś już przewidziała śmierć bliskiej osoby. Wtedy się dowiedziała, że kobiety w jej rodzinie posiadają niezwykły dar. Rozalia go odrzuciła. Teraz zaczyna tego żałować. Okazuje się bowiem, że śmierć przyjaciółki to tylko wstęp do kolejnych bolesnych wydarzeń. Rozalia musi chronić swoich najbliższych. Ci, z którymi przyjdzie jej walczyć, stoją ponad prawem. Traktują innych jak nic nieznaczące rzeczy, poddanych, który mogą żyć tylko tak długo, jak im na to pozwolą. Żeby wygrać życie bliskich, Rozalia musi przede wszystkim zmierzyć się z własnymi słabościami, uwierzyć w siebie, w swoją intuicję, ale też w świat, który do tej pory odrzucała.

Edyta Tyszkiewicz ur. w 1972 w Białej Podlaskiej, gdzie aktualnie mieszka. Z wykształcenia przedszkolanka, przez lata wykonywała wiele różnorodnych zawodów. Obecnie jako dziennikarka współpracuje z bialskim pismem społecz­no-kulturalnym „Przez Pryzmat” i z jednym z regionalnych portali informacyjnych. Od najmłodszych lat pisze wiersze docenione licznymi wyróżnieniami w konkursach poetyckich. Autorka ciepło przyjętego debiutu „Trzy Anny w Kapelu­szach”. Jej największa miłość to proza, a kolejnym jej owo­cem jest „Motyl w zupie”.

Polecane książki

Nowemu Ereburgowi grozi całkowite zniszczenie i bynajmniej nie chodzi o oblegającą go od miesięcy armię rebeliantów czy o siejące zamęt na ulicach Dzieci Czarnego Wilka.  Prosty lud, zwiedziony manifestami myślicieli z Nichtael, zamęcza władze swoimi ordynarnymi postulatami. Domaga się r...
Ranking drukarńTradycyjnie na jesieni redakcja "Magazynu Literackiego KSIĄŻKI" ogłasza wyniki rankingu najlepszych w Polsce drukarń dziełowych. Już po raz trzynasty poprosiliśmy wydawców o ocenę współpracy z rodzimymi zakładami drukarskimi. O tym, które miejsce zajmuje drukarnia, decydują liczba o...
Sasha chce tylko dostarczyć paczkę pod wskazany adres.Hugo uważa, że jest najprzystojniejszym kolesiem w windzie, i bez najmniejszego skrępowania obczaja Velvet. Ta z kolei doskonale wie, co oznacza każde spojrzenie, którym wszyscy ją obdarzają, gdy usłyszą jej imię, i dochodzą do wniosku, że raczej...
Pracował dla Jana Kulczyka, przyjaźnił się z Jackiem Kaczmarskim, starł się na ringu z Dariuszem Michalczewskim i Przemysławem Saletą. Jacek Jaśkowiak w szczerej rozmowie z Violettą Szostak i Włodzimierzem Nowakiem przyznaje się do prywatnych porażek i błędów, odsłania kulisy polityki i biznesu, zdr...
Są to zwięzłe dzieje Wolnego Miasta Krakowa w latach 1815–1846: jego powstania, ustroju i trudnej pozycji pomiędzy rosyjskim, austriackim i pruskim zaborem, którą niemiecki uczony Konstanty Wurzbach ironicznie porównał do sytuacji myszy obserwowanej przez trzy koty. Miasto o wielkiej tradycji, a...
Layken skończyła właśnie osiemnaście lat. Kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie straciła ojca.Wraz z kochającą matką i młodszym bratem postanawiają zostawić za sobą przeszłość w Teksasie, by móc rozpocząć nowe życie w Michigan.Sprzedają dom, pakują rodzinne pamiątki i wyruszają na północ. Każde z...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Edyta Tyszkiewicz

Edyta Tyszkiewicz

Motyl w zupie

© Copyright by

Edyta Tyszkiewicz & e-bookowo

Projekt okładki: Małgorzata Targosz

Zdjęcie autorki na okładce: Angelika Żeleźnicka

ISBN e-book 978-83-7859-707-0

ISBN druk 978-83-7859-708-7

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez

Moim wspaniałym rodzicom, Marysi i Tadziowi,

kochanym teściom Ewie i Waldkowi oraz

moim cudownym braciom Arturowi i Jarkowi

i najlepszej na świecie bratowej Edzi,

a także podziękowania Piotrkowi Ś.

za książki o oneironautyce i ciekawe rozmowy, nie tylko o snach.

1.

Z rękami mocno zaciśniętymi na uszach patrzyła na widok za oknem. Ulica, samochody, przechodnie. Inne życie. Robiła tak zawsze, ilekroć chciała uciec od jazgotu docierającego zza drzwi jej pokoju. Maria i Eugeniusz Wilk od dwudziestu dziewięciu lat byli małżeństwem. Od dwudziestu siedmiu – rodzicami Rozalii. Również od dwudziestu siedmiu lat bezustannie kłócili się. Tak przynajmniej wydawało się Rozalii. Te kłótnie zawsze ją przerażały, choć nigdy bezpośrednio nie dotyczyły jej samej. Wobec niej rodzice zachowywali się naprawdę wspaniale. Wobec innych – reszty rodziny, sąsiadów, znajomych – również zachowywali pozory wspaniałego małżeństwa. Ilekroć, ktoś spoza ich trójki przekraczał próg mieszkania, na ich twarzach zakwitał uśmiech, a dla siebie mieli zawsze jakieś miłe słowa. – Kochanie, pomóż mi w kuchni! Dobrze, Marysiu! Gieniu, może przynieś tej najnowszej naleweczki! – I tak dalej. Istny cyrk. Rozalia nigdy nie mogła zrozumieć jak udało im się przetrwać w ciągłych kłótniach, przeplatanych nielicznymi chwilami milczenia lub obłudy. Chciałaby wiedzieć, dlaczego nie rozwiedli się do tej pory, ale nigdy ich o to nie zapytała.

W przeciwieństwie do nich była spokojna i zrównoważona. Może trochę naiwna. Zbyt wrażliwą, by poradzić sobie w życiu – jak mawiała jedna z jej kuzynek. Natomiast jej dziadek i jego cudowna siostra uważali, że w Rozalce mieszka tyle samo wrażliwości co siły wewnętrznej, ale póki co ta siła, nie ma potrzeby wychodzić na zewnątrz.

Ciotka Rozalia, po której otrzymała imię, twierdziła, że nie ma sensu swoją wewnętrzną mocą szastać tak na lewo i prawo. Trzeba ją magazynować do chwili, aż będzie nam naprawdę potrzebna. Taka chwila na pewno kiedyś nadejdzie, a wtedy Rozalka będzie umiała z niej skorzystać. Kiedyś jej wierzyła, bo ciotka umiała czytać w ludzkich duszach i odgadywać przyszłość. Teraz, mając prawie dwadzieścia osiem lat, powątpiewała w swoją siłę wewnętrzną. Dziadek zapewniał, że jej mocny charakter często daje o sobie znać, choćby w jej podejściu do młodszych dzieci, w tym jaką opieką potrafił je otoczyć. Widział też siłę w tym, jak rozwiązywała problemy swoich rówieśników. Niestety zawsze miała kłopoty z rozwiązywaniem swoich. Kiedy ciotka Rozalia i dziadek odeszli, już nikt nie przekonywał jej o tym że jest silna, a ona sama miała wrażenie, że nad jej życiem górę bierze przewrażliwienie. Tak samo uważała matka. Ojciec nigdy nie wypowiadał się na ten temat. Zresztą oboje mało interesowali się jej kłopotami, ona przestała interesować się ich problemami. Nie zwierzali się sobie, raczej unikając intymniejszych rozmów.

Rozalia szybko nauczyła się przeczekiwać domowe burze. Zamykała się w pokoju ze słuchawkami na uszach i książką w ręku. Wychodziła dopiero wtedy, gdy kłótnie cichły. Na szczęście nigdy nie dochodziło do rękoczynów i może dlatego łatwiej jej było wytrzymać w tym ich świecie. Pewnie nie była typem buntowniczki. Nigdy nie próbowała uciec z domu i rzadko marzyła, by coś się zmieniło. Raz tylko, mając piętnaście lat, wmówiła sobie, że została adoptowana. Niestety okazało się, że to tylko jej pobożne życzenie.

Kiedyś dziadek, złorzecząc na jej rodziców, stwierdził, że cieszy go fakt iż niewątpliwie geny odziedziczyła po ciotce Rozalii. Sama nie dostrzegała żadnego podobieństwa. Ciotka zmarła zanim zdążyła naprawdę się zestarzeć i wciąż jawiła się Rozalii, jako tajemnicza, kochająca życie i przepełniona radością, bardzo mądra kobieta. To ona uczyła ją patrzenia na świat w inny sposób niż rodzice, niż większość dorosłych, których znała. Była kolorowa, pełna energii. Rozalię fascynował świat ciotki, a jednocześnie bała się go i tak naprawdę nigdy nie chciała całkowicie do niego należeć. Mimo to bardzo kochała młodszą siostrę swojego dziadka, która nigdy nie pozwalała mówić na siebie „babciu”.

– Jestem za młoda na babcię! – Mawiała, nawet po obchodzonych hucznie pięćdziesiątych urodzinach.

Rozalia bardzo dobrze zapamiętała tamten dzień. Miała wtedy dwanaście lat, ciekawił ją świat dorosłych, szczególnie tamtych dorosłych. Uwielbiała niesamowicie różnorodnych znajomych ciotki. Ludzi różnego wieku i zawodu. Ciekawiły ją ich rozmowy o sztuce, polityce, życiu i o bzdetach. Przeważnie o bzdetach, takie było zdanie dziadka, z którym zgadzała się też jej matka. Za to ojciec, podobnie jak Rozalka, czuł się świetnie w tym towarzystwie. Zresztą, niezależnie od opinii, wszyscy przyznawali, że na przyjęciach wydawanych przez ciotkę, każdy doskonale się bawił. Ona mogła bez obaw krążyć między nimi i przysłuchiwać się ich rozmowom.

Tego dnia przyszli chyba wszyscy, którzy znali ciotkę Rozalię.Po kilku wychylonych toastach ich rozmowy stawały się coraz śmielsze, coraz częściej słychać było śmiech, coraz więcej par tańczyło. Nawet rodzice przestali zawracać sobie głowę tym, co robi ich córka. Rozalia wykorzystała to i wcisnęła się w kąt między fotelem, a dużą stojącą lampą. Nie chciała ryzykować, bo gdyby jednak przypomnieli sobie o niej, musiałaby opuścić przyjęcie. To właśnie wtedy odkryła jedną ze starych prawd. Pod latarnią zawsze jest najciemniej. Do końca przyjęcia swobodnie obserwowała całą zabawę. Studiowała dokładnie stroje wszystkich pań, zwracała uwagę na ich miny, uśmiechy. Próbowała odgadywać, kto z samotnych ma się ku sobie, a kto nie przepada za swoim towarzystwem. Przysłuchiwała się rozmowom i ćwiczyła głupie miny, papugując gości. Świetnie się bawiła, aż w końcu usnęła. Obudziło ją lekkie szturchnięcie. Zobaczyła nad sobą twarz ciotki Rozalii.

– Niezła kryjówka, mała! – pochwaliła ją ciotka. – Ciekawe kiedy twoi rodzice zorientują się, że nie ma cię we własnym łóżku?

Rozalia przetarła zaspane oczy i przeciągnęła się.

– Wiedziałaś, że się tu schowałam?

– Cały czas, ale pomyślałam, że tobie też należy się coś od życia. Poza tym nie wiadomo, kiedy znów będziesz mogła wziąć udział, w tak cudnym przyjęciu.

– Było wspaniale! – Rozalia rozmarzyła się. – Wyglądałaś najpiękniej ciociu!

– Wiem, zresztą nie tylko ty tak sądzisz. – Ciotka wzięła do ręki butelkę z resztką wina na dnie i rozłożyła się wygodnie na kanapie. Była lekko wstawiona. Nastolatce to nie przeszkadzało. – Niezawodny Bodzio powtarzał mi to cały wieczór, domagając się dość nachalnie miejsca obok siebie, w moim łóżku, ale musiałam mu odmówić.

– Dlaczego? A może nie mógł dziś wrócić do swojego domu?

– Wrócić mógł, ale wolałby zostać ze mną. Odmówiłam mu ze względu na ciebie, chociaż nie tylko. Już kiedyś u mnie nocował i nie było wcale tak rewelacyjnie. Chodź tu do mnie. – Ciotka poklepała kanapę obok siebie. Rozalia chętnie na nią wskoczyła i przytuliła się do ciotki. – Powiem ci coś o seksie.

– O seksie?

– No tak, jeszcze tego nie wiesz, ale kiedyś się dowiesz, a wtedy to co ci powiem pomoże ci w lepszym jego rozumieniu, więc słuchaj uważnie.

Rozalia już o nic nie pytała. Poza tym jakieś mgliste pojęcie miała. W szkole dziewczyny coraz częściej o tym szeptały, szczególnie taka jedna Agniecha, której matka posiadała już siódmego narzeczonego.

– Kochana, nie będę ci ściemniać – seks jest fajny, owszem, ale nie ma się co oszukiwać, taki naprawdę nieziemski, wspaniały, podczas którego unosisz się w przestworza, zapominasz o całym świecie, płoniesz i…, nieważne, zdarza się niezwykle rzadko. Prawdę mówiąc, niektórym zdarza się tylko raz w życiu, a innym wcale.

– A tobie się zdarzył?

– Wyobraź sobie, że miałam takie szczęście. I musisz zapamiętać, sama technika nie na wiele się zda, jeśli ludzie nie czują do siebie takiego samego przyciągania, tej samej chemii. Poza tym, jest coś, o czym w dzisiejszych czasach po prostu zapominają. Jeśli seks ma być czymś naprawdę cudownym, musi być doprawiony szczyptą miłości. Co ja mówię, całym garem miłości! Jeśli nie ma tego składnika, seks może być tylko fajny, dobry, względnie rewelacyjny, ale nigdy nie uniesie cię w przestworza. Z drugiej strony, jeśli dwoje ludzi zakocha się w sobie platonicznie, ale fizycznie jakoś nie pasują do siebie, to też nic z tego nie wyjdzie. Zapamiętaj to sobie, jeśli kiedyś z jakimś mężczyzną, lub kobietą, zależnie od preferencji, dosięgniesz nieba, to trzymaj się go i nie puszczaj. Na innych nie trać czasu, bo nie warto, uwierz mi.

– A pan Bodzio?

– A pan Bodzio…, cóż seks z nim był zaledwie znośny, dlatego nie pozwoliłam mu zostać dziś na noc.

– Co ty za głupstwa opowiadasz dziecku, o drugiej w nocy!? – Dziadek stał w drzwiach wyraźnie wzburzony. Kochał swoją siostrę, ale uważał, że czasem zbyt lekkomyślnie podchodzi do życia i w dodatku nabija dziecku głowę bzdurami. A najgorsze były te opowieści z jej bujnego życia.

– Dla ścisłości dochodzi trzecia, – ciotka, niezrażona słowami brata, wymownie zerknęła na zegar ścienny, – więc chyba można powiedzieć, że rano. Po drugie to nie są żadne głupstwa. Niedługo stanie się kobietą, musi wiedzieć o pewnych sprawach.

– Myślę, że ma na to jeszcze trochę czasu. – Dziadka nie łatwo było przekonać. W pewnych sprawach nie znosił też sprzeciwu, dlatego Rozalia bez słowa wstała z kanapy i powędrowała do swego pokoju. Pamięta, że długo jeszcze leżała we własnym łóżku i rozmyślała o tym, co wtedy usłyszała.

Obecnie miała za sobą już trzy nieudane związki, w tym jedną wielką, wspaniałą miłość, aż po grób i w pełni przyznawała rację swojej zmarłej ciotce. Z żadnym ze swoich partnerów nie wzniosła się w przestworza i już myślała o sobie, jako o kobiecie, której to się nigdy nie przytrafi. W dodatku ten, który miał być „aż po grób” okazał się damskim bokserem. Na szczęście miała dość oleju w głowie, by odejść po jego pierwszym, spektakularnym pokazie siły. Niestety to doświadczenie przekonało ją o własnej beznadziejności. Nie znała się na ludziach, nie umiała dobierać sobie odpowiednich partnerów, bała się trudnych rozmów i zamiast walczyć wolała chować głowę w piasek.

Westchnęła. Przyjemne wspomnienia pozwoliły jej przeczekać awanturę. Podniesione, nieprzyjazne głosy cichły. Ciekawe o co tym razem im poszło? Nastawiła głośniej wieżę. Sarah Brightman i Chris Thompson właśnie zaczęli śpiewać How Can Heaven Love Me. Ich głosy szczelnie wypełniły cały pokój.

*

Jej życie nabrało nagle innych barw, gdy poznała Cypriana.

Robiła zakupy w supermarkecie, znajdującym się blisko domu. Pod tym względem, bardzo różniła się od większości typowych kobiet. Wprost nie cierpiała chodzenia po sklepach z ciuchami, butami, czy torebkami w celach wyłącznie poznawczych. Nie rozumiała swoich koleżanek robiących wycieczki po sklepach. Nie odczuwała potrzeby przechadzania się między półkami i oglądania ciuchów, jak gdyby były eksponatami w muzeum. Nigdy nie wybierała się do galerii handlowych na spacer, czy w celach towarzyskich i zawsze żal jej było dzieci, których rodzice w wolną niedzielę wybierali taką formę spędzania wolnego czasu. Zdawała sobie jednak sprawę, że większość dzieciaków była tym oczywiście zachwycona. Sama w takie miejsca udawała się tylko wtedy, gdy musiała kupić coś konkretnego. Potrzebowała bluzki w kolorze khaki – proszę bardzo – wchodziła do sklepu z odzieżą damską, podchodziła do wieszaka z bluzkami khaki, przeglądała to, co na nim wisi. Jeśli coś wpadało jej w oko, mierzyła i podejmowała szybką decyzję – biorę lub nie biorę. Inaczej sytuacja miała się z supermarketami. Tam lubiła spacerować miedzy alejkami szukając nowych smaków, zapachów, egzotycznych potraw. Wiedziała, jakie zdanie o supermarketach miała większość ludzi. Narzekali na nie, a i tak robili w nich zakupy. Ona lubiła supermarkety, choćby za to, że mogła przechadzać się po nich niespiesznie, dotykać wszystkiego, czytać etykietki zastanawiając się do woli, czy wrzucić dany produkt do koszyka, czy nie. Nie musiała przejmować się tym, czy nie stoi za nią jakiś inny niecierpliwy klient.

Wyszła z pracy punktualnie, co nie często jej się zdarzało. Poszła od razu na zakupy. W alejkach i przy kasach kręciło się niewielu klientów. Nie rozglądając się na boki, skierowała się prosto na stoisko z warzywami. Miała chęć na brokuły i marchewki na parze, do tego spory kawałek sera pleśniowego. Zastanawiała się też czy skusić się na jakiś alkohol, ale perspektywa samotnego picia jakoś ją zniechęcała.

Stała akurat na dziale warzywnym, gdy ktoś wjechał w nią wózkiem. Zabolało, ale obejrzała się, by powiedzieć, że właściwie nic się nie stało. Tuż za nią stał młody, lekko zażenowany mężczyzna. Był wysoki, jego dłuższe, blond włosy wydawały się być niesforne, a błękitne oczy, nieco smutne. W ciągu bardzo krótkiej chwili zdążyła zauważyć, że nawet ubrany zwyczajnie, w jasne jeansy i czarny T-shirt, wyglądał oszołamiająco. Brokuły wypadły jej z ręki i potoczyły się pod półkę.

– Wszystko w porządku – powiedziała cicho, spuszczając wzrok

– Bardzo, bardzo przepraszam. – Był naprawdę zmartwiony. – Bardzo, boli?

– Boli! – Przyznała, masując biodro.

– Może mógłbym coś dla ciebie zrobić?

– Nie, dziękuję! – Wolałaby, żeby sobie poszedł. Onieśmielał ją tym swoim wyglądem super modela.

– Naprawdę, może jakaś rekompensata? Zamyśliłem się, a teraz mi głupio.

Mówiąc to zdążył już podnieść brokuły z podłogi i włożyć do jej koszyka. – To twoje, prawda?

Przytaknęła.

– Przyjechałaś tu samochodem? – Zaskoczył ją tym pytaniem.

– Nie, mieszkam niedaleko.

– W takim razie odwiozę cię do domu.

– Nie…

– Nie protestuj, proszę, inaczej przez cały tydzień będę miał wyrzuty sumienia.

– Cały tydzień? Nie przesadzasz? – Uśmiechnęła się.

– Nieźle rąbnąłem cię tym wózkiem. Zagapiłem się – powtórzył. – Proszę, pozwól się odwieźć.

Zgodziła się, a po chwili skarciła się w myślach. Zdecydowania zbyt szybko powiedziała tak. Nie umiała być asertywna, poza tym ten facet zaczynał jej się podobać. To oznaczało, że powinna uciec jak najdalej stąd, a nie pozwalać się odwieźć. Do tej pory zbyt często wpadała w sidła zdradliwego Amora, a każdy mężczyzna okazywał się mniejszym lub większym draniem.

– Przepraszam, nie przedstawiłem się. Cyprian!

– Żartujesz?! – Mimowolnie zachichotała.

– Nie, dlaczego?

Konsternacja na jego twarzy rozbawiła ją jeszcze bardziej.

– Nie o to mi chodziło. – Nie chciała go urazić. – Masz tak samo staromodne imię jak ja. Nieprawdopodobny zbieg okoliczności. – Podała mu rękę, na znak zgody. – Rozalia.

– Faktycznie. – Roześmiał się głośno. – Wrzuciłaś już do koszyka wszystko, co chciałaś?

– Jeszcze tylko kilka marchewek.

– Warzywa, ser. Jesteś wegetarianką?

– Nie, ale lubię warzywka.

– Sporo tego, jakaś okazja?

– Samotny wieczór przy komediach romantycznych. Do tego miało być czerwone wino, ale pite w samotności może na mnie źle wpłynąć, więc udamy się do działu piwnego. Ser pleśniowy zdecydowanie najlepiej smakuje jako przekąska do szlachetnego alkoholu.

– Którym bez wątpienia jest piwo…!

– Bez wątpienia.

Uśmiechnęli się do siebie. Zdradliwy Amor już poruszył skrzydłami.

– W takim razie ruszamy po piwo.

Nie spieszyli się. Przechadzali się między alejkami poruszając jeden temat kulinarny, za drugim. Ze zdziwieniem odkryła, że są do siebie trochę podobni. Cyprian, tak jak i ona, nie wrzucał do koszyka tego co popadnie. Jeśli nie było akurat jego sprawdzonych produktów, długo przyglądał się tym, których nie znał. Zastanawiał i rozważał, czy warto wziąć, czy zrezygnować i ruszać do innych sklepów w poszukiwaniu odpowiedniej wielkości i miękkości melona, czy ulubionego gatunku sera.

Na stoisku z piwem Rozalia trochę marudziła, ale w końcu skusiła się na czeskie piwo, które jej polecił, zaś ona tak długo rozwodziła się na temat jej ulubionego kalifornijskiego wina, że Cyprian postanowił go spróbować.

– Będzie na jakąś specjalną okazję! – Zaznaczył, żeby nie myślała sobie, że zamierza je wypić jeszcze dziś, w dodatku sam.

Okazało się też, że oboje lubią wpadać do tej samej pizzerii. Aż dziwne, że do tej pory się tam nie spotkali. Zanim skierowali się do kas, minęła prawie godzina.

Gdy, jego samochód zaparkował przed jej domem, zapytał nieśmiało, czy chciałaby się jeszcze z nim spotkać. W jego spojrzeniu i uśmiechu było coś takiego, że zgodziła się bez wahania. Amor zachichotał.

*

Stała przed lustrem przyglądając się swojemu odbiciu krytycznym wzrokiem. Chociaż niedawno myła głowę i przez ostatnie dwadzieścia minut suszyła, modelując grubą szczotką swoje sięgające do ramion, blond włosy, one wciąż nie wyglądały najlepiej. Były zbyt cienkie i chyba zbyt długie. Właściwie powinna pójść do fryzjera, ale od kiedy rozstała się z ostatnim narzeczonym, jakoś mniej dbała o siebie. Teraz tego żałowała. Cóż, czasu się nie cofnie. Właściwie nie wyglądała najgorzej. Zielone, niezbyt duże oczy. Mały, lekko zadarty nos i pełne, ale blade usta. Nie była brzydka, ale nie była też wyjątkowo ładna. Zwyczajna dziewczyna, tylko uśmiech podobno miała piękny. Każdy mężczyzna jej to mówił i niejedna kobieta, więc uśmiechnęła się do siebie szeroko, żeby odgonić wątpliwości. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Cyprian umówił się z nią. Ten facet był nieziemsko przystojny. Z takim smutkiem w swoich błękitnych oczach, mógł usidlić niejedna kobietę. Nawet taką najbardziej wybredną. Czyżby umówił się z nią, bo oboje mieli takie mało spotykane w obecnych czasach imiona? Czy, może dlatego, że tak świetnie im się ze sobą rozmawiało w supermarkecie? Drugim pytaniem, które ją nurtowało, było to dlaczego ona się z nim umówiła.

Jeszcze raz obrzuciła się krytycznym wzrokiem, obciągnęła swoją fioletową, letnią sukienkę z delikatnego materiału i spojrzała na zegarek. Dochodziła dziewiętnasta. Jeśli Cyprian jest punktualny, powinien tu zaraz być. W domu panowała cisza. Na szczęście rodzice o tej porze nigdy się nie kłócili. Oglądali swoje ulubione teleturnieje.

Schowała telefon do torebki i wyszła z pokoju.

*

Do centrum poszli na piechotę. Czerwcowy wieczór był bardzo ciepły. Pachniało akacją, dzikimi różami i rozgrzanym asfaltem.

Wszystkie puby i kafejki, rozsiane dookoła głównego rynku, zapełniały się powoli. Usiedli w Don Salvatore, restauracji prowadzonej przez prawdziwego Włocha, pana Salvatore i jego wesołą rodzinę. Wybór był oczywisty, przecież oboje lubili to miejsce. Pan Salvatore serwował swoim gościom wspaniałe włoskie pizze, makarony i sałatki. Miał też bardzo duży wybór alkoholi, nie tylko pochodzenia włoskiego. W weekendy zespół muzyczny grał światowe standardy, a sam właściciel uwijał się między kuchnią, gdzie osobiście doglądał przygotowywania potraw, a stolikami, zagadując klientów i dopytując, czy czegoś im nie brakuje.

Mieli szczęście. Cyprian wypatrzył jeden wolny stolik w ogródku przy restauracji. Zdążyli go zająć, zanim pojawili się następni chętni na wypoczynek pod gołym niebem.

Zamówili pizzę andaluzyjską z zielonymi oliwkami.

– Czego się napijesz?

Rozalii spodobało się, że niczego nie próbuje jej narzucać. Jej ostatni narzeczony zawsze wiedział, co powinna zjeść, co do tego wypić, nawet jeśli wcale nie miała na to ochoty. Nigdy się jednak z nim nie sprzeczała.

– Wiem, że do tej pizzy bardziej pasowałoby wino, względnie piwo, ale szczerze mówiąc mam ochotę na jakiegoś drinka. Może coś dobrego zaproponują przy barze, byleby było bez wódki. Nie znoszę wódki.

– A co lubisz?

– Martini, dżin. A ty co będziesz pił?

– Ja zadowolę się piwem.

Czekała, aż wróci z baru rozglądając się ciekawie dookoła. Nie lubiła tłumów, ale czasem przyjemnie było znaleźć się wśród ludzi, słuchać gwaru rozmów, cichej muzyki i czuć się szczęśliwą, bo tak właśnie się czuła. Lekko i szczęśliwie.

– Długo mnie nie było. – Cyprian postawił szklanki na stoliku i usiadł. – Strasznie dużo dziś ludzi.

– Dziwisz się? W taki piękny wieczór szkoda siedzieć w domu.

– Zgadza się. Dobrze, że nie wpadłem na pomysł żeby iść do kina.

Uśmiechnęła się.

– To dobre dla nastolatków.

– Masz rację. Dorośli na pierwsze randki chodzą do knajp i piją alkohol.

– To my jesteśmy na randce? – Rozalia, nie sądziła, że on też traktuje to wyjście jako randkę.

– Tak. A na pierwszej randce ludzie muszą opowiedzieć o sobie jak najwięcej, więc to zapewne będzie długi wieczór.

– Sądzisz, że aż tyle mamy sobie do powiedzenia? – Znów się uśmiechnęła. Coraz bardziej jej się podobał. – To może zacznijmy od razu. Gdzie pracujesz?

– W sklepie muzycznym.

– W sklepie muzycznym? Nie wiedziałam, że w naszym mieście jest sklep muzyczny.

– To rodzinny biznes mojego kumpla Adriana. Sprzedają instrumenty, książki z nutami, biografie muzyków, śpiewaków operowych, a nawet świetne albumy dotyczące świata muzyki. Oczywiście płyty też. I te stare, czarne, i te współczesne.

– A ty, co tam robisz?

– Też sprzedaję. Ojciec Adriana, jak tylko skończyliśmy studia, zrezygnował z pracy w sklepie. Zajmuje się tylko sprawami księgowymi itp. Czarną robotę oddał mojemu przyjacielowi, a on uznał, że potrzebuje kogoś do pomocy. Zaproponował mi, a ja się zgodziłem. Praca jest lekka i bardzo przyjemna. A ty czym się zajmujesz?

– Jestem przedszkolanką.

– Opowiadasz dzieciom bajki, a jednocześnie uczysz jak zachować się w prawdziwym życiu.

– Coś w tym stylu.

– Czy nie ma w tym pewnej sprzeczności?

– Być może, ale dzieci oprócz wiedzy praktycznej, potrzebują trochę baśni i magii. Po to mają dzieciństwo – żeby marzyć, dobrze się bawić. I tak któregoś dnia dorosną i przekonają się, jakie to życie jest naprawdę.

– A co z tym dziećmi, które w ogóle się nie bawią i mają koszmarne dzieciństwo?

– Mam nadzieję, że takie baśnie dają im odrobinę wytchnienia i pozwalają uciec, choć na chwilę zapomnieć o okropnościach które je otaczają. Znam też kogoś, komu uratowały życie, dały nadzieję i siłę. Wiara w dobre wróżki i w to, że wszystko dobrze się kończy, a potwory zawsze zostają pokonane, naprawdę pomogła przetrwać i wyjść z tego dzieciństwa obronną ręką. Tak jak w bajkach, w prawdziwym życiu potwór naprawdę został pokonany, więc może jednak w tych baśniach jest odrobina prawdy.

– Tym kimś jesteś ty?

Zapytał najdelikatniej jak umiał. Patrząc na nią, myślał że jest bardzo krucha, a jednocześnie silna. Taka pełna sprzeczności, które mocno go do niej przyciągały. Przeraził się, że mogła mieć okrutne dzieciństwo. Chciał ją przytulić i chronić. Jeszcze nigdy tego nie czuł.

– Nie, to moja przyjaciółka. – Rozalia zauważyła jak Cyprian odetchną dyskretnie. – Znamy się od dziecka. Ojciec, nie wiem jak to ująć, po prostu katował jej matkę i ją przez długie lata. W tamtych czasach nikt się tak bardzo nie interesował takimi sprawami, nie wtrącał się do życia rodzinnego. Ona musiała sobie radzić z tym sama. Kiedy ją bił i kiedy leżała obolała, zawsze opowiadała sobie bajki. Najpierw te znane, a potem sama je wymyślała. Najpiękniejsze bajki na świecie, w których nie było bólu, ona była księżniczką, a jakiś dzielny książę ratował ją z rąk potwora, jej ojca. Tylko mi zwierzała się ze wszystkiego, prosząc bym zachowała tajemnicę. A ja niestety długo milczałam. Zresztą obie byłyśmy zbyt małe, żeby wiedzieć co robić, jak się zachowywać, do kogo zwrócić się o pomoc. Nie ufałyśmy dorosłym. W moim domu rodzice wciąż się kłócili. Kłócą się zresztą do dzisiejszego dnia. Myślałyśmy, że świat dorosłych jest po prostu taki okrutny, że tylko nieliczni są dobrzy. Tak jak wróżki. Ja miałam cudownego dziadka i szaloną ciotkę, ale ich też bałam się wtajemniczać w nasze sprawy.

– Co było dalej?

– Kiedy nasze małe rozumki zaczęły dostrzegać coraz więcej namówiłam ją na ucieczkę z domu, ale taką niedaleką. Do jej babci na wieś. Pojechałyśmy razem. Przyjaciółka opowiedziała babci o swoim koszmarze i poprosiła o pomoc. Babcia była załamana. Podobno niczego się nie domyślała. Rzadko się widywali. Moja przyjaciółka pokazała świeże ślady po biciu. Na szczęście jej wuj, brat matki, okazał się w porządku. Kazał nam zostać na wsi. Zawiadomił moich rodziców, że będę z przyjaciółką tam nocować, a sam z dwoma kolegami pojechał po swoja siostrę. Podobno pobili ojca mojej przyjaciółki bardzo dotkliwie, zapowiadając żeby nigdy więcej nie próbował się zbliżać do swojej żony i córki. Przywieźli ją na wieś. Moja przyjaciółka więcej nie widziała ojca, a my dalej się przyjaźnimy. Ona mieszka teraz z Warszawie i jest znaną pisarką pięknych bajek dla dzieci.

– Czyli naprawdę szczęśliwe zakończenie.

– W pewnym sensie, ale na pewno świetnie sobie radzi i nauczyła się unikać takich typów jak jej ojciec. Wyczuwa ich na kilometr, nie to co ja.

– Masz takie doświadczenia?

– Nie ma sensu o tym mówić. Teraz twoja kolej.

Cyprian nie miał wiele do powiedzenia. Urodził się i mieszkał cały czas w tym samym miejscu, po studiach zaczął pracę w sklepie muzycznym. Początkowo chciał popracować trochę, w tym samym czasie szukając czegoś ambitniejszego, ale wsiąkł w klimat tego miejsca i tak zostało. Żył z dnia na dzień, czasem umawiał się z dziewczynami, ale nigdy nie zdarzyło mu się nic poważnego. Aż do tej pory. Tak przynajmniej czuł patrząc na tę blondynkę o zielonych, błyszczących oczach. Chciał żeby i ona poczuła to samo, dlatego starał się być bardziej dowcipny niż był w rzeczywistości, bardziej elokwentny i interesujący. Za to ona była naturalna, niczego nie udawała, nawet rosnącego zainteresowania nim samym.

– Chętnie przesiedziałbym tu całą noc.

– Ja też. Szkoda, że niedługo zamykają.

– To zabiorę cię na długi spacer.

– Ale czy ja będę chciała dać się zabrać?

– A nie?

Nie odpowiedziała, zatapiając usta w kolejnym Martini.

*

Wróciła tuż przed północą. Rodzice już spali. Mogła bez przeszkód wspominać ten wieczór, wiedząc że nic już tych wspomnień nie zepsuje. W łazience długo nie zmywała z siebie makijażu wpatrując się w lustro. Chciała widzieć siebie taką jaką widział ją Cyprian, gdy mówiła, że każdy powinien wspominać swoje dzieciństwo jako coś najwspanialszego i najbardziej beztroskiego na świecie. Ten kto zabiera dzieciom tą beztroskę i magię jest zbrodniarzem, który powinien zostać surowo ukarany. Przyznał jej rację. On miał spokojne dzieciństwo, pełne miłości, chociaż czasem brakowało mu ojca, który odszedł zanim Cyprian zdążył zapamiętać jego twarz i barwę głosu. Matka, poetka, która wydała kilka tomików swoich wierszy, była kobietą ciepłą i spokojną. Jako osoba nadwrażliwa, niestety czasem bywała nieobecna duchem, ale wtedy nad nim i nad jego mamą czuwała babcia. To po niej Cyprian odziedziczył dom. Gdy zaraz po jego piętnastych urodzinach, matka zmarła na raka, babcia starała się zastąpić mu i ją. Była wspaniała. Rozalia trochę mu zazdrościła. Przez chwilę uważała, że miał więcej miłości, pomimo, że stracił tak wcześnie oboje rodziców. Skarciła się w myślach. Oboje przeżyli swoje smutki i swoje radości. Ona przecież też miała ludzi, którzy ją kochali i jej dzieciństwo wcale nie było takie złe. Po prostu rodzice, nawet wtedy kiedy jako dziecko, najbardziej ich potrzebowała, bardziej zajęci byli swoimi kłótniami, niż okazywaniem jej uczuć i zainteresowania. Na szczęście był dziadek i przez długi czas ciotka Rozalia. Dziadek mawiał często, że każdy dźwiga swój krzyż, a ciężar takiego krzyża zależy od wytrzymałości danego człowieka. Według niej to była straszna niesprawiedliwość. Nie mogła pogodzić się z tym, że jednych Bóg doświadcza ciężej tylko dlatego, że potrafią znieść więcej smutku. Z wiekiem zaczęła to lepiej rozumieć i starała się tłumaczyć to sobie, na swój własny sposób, ale nie mogła zaprzeczyć, że dziadek w tej kwestii, jak i w wielu innych, miał zupełną rację.

Wyszła z łazienki w gorszym nastroju, ale gdy tylko spojrzała na swoją sukienkę, znów poweselała. Z szerokim uśmiechem na ustach przyłożyła głowę do poduszki. Kolor sukienki przypomniał jej strasznie miłe, króciutkie zdarzenie z dzisiejszego wieczora, coś co sprawiło jej ogromną przyjemność. Rozmawiali właśnie o swoich ulubionych pisarzach, gdy na jej kieliszku przysiadł duży owad. W pierwszej chwili myślała, że to ćma, bo w półmroku skrzydła wyglądały szaro. Wskazała go Cyprianowi palcem, a ten delikatnie zamknął owada w swoich dłoniach, starając się nie dotykać skrzydełek i zbliżył się do jednej z lamp ustawionych dookoła ogrodzenia. Gdy otworzył dłonie okazało się, że to motyl. Prześliczny. Fioletowo-purpurowy. Chwilę stał nieruchomo na dłoni, by zaraz rozłożyć skrzydła i odlecieć.

– Motyl, o tej porze? – zapytała, patrząc ze zdziwieniem na Cypriana.

– Pewnie jakiś imprezowicz. – Oboje roześmiali się głośno. Para siedząca obok zawtórowała im.

*

Cyprian zaproponował jej wspólne mieszkanie zaraz po tym, gdy zorientował się w stosunkach panujących w jej domu. To było jakieś trzy miesiące po tym, jak spotkali się pierwszy raz. Propozycja była cudowna. Była spełnieniem jej skrytych marzeń, mimo to wahała się. Tak krótko się znali. Za krótko, by zaczynać wspólne życie, nawet dla kogoś tak zakochanego jak ona. Właśnie to musiała przyznać przed samą sobą. Zakochała się w nim bez pamięci mimo, że broniła się przed tym nowym uczuciem. Zakochała się w jego głosie, smutnych oczach, czarującym uśmiechu. Zakochała się w jego delikatności i w jego bziku na punkcie biografii sławnych muzyków i wielkich wodzów, jak i zupełnie nikomu nie znanych uczonych, czy wynalazców. Skrycie marzyła o wspólnym życiu, ale dopóki zostawała w sferze marzeń, czuła się bezpiecznie. Teraz, gdy marzenie mogło się ziścić, ogarniał ją strach. Wciąż nie mogła uwierzyć, że ten przystojny, wspaniały mężczyzna, za którym oglądało się większość kobiet, wybrał właśnie ją. Zawsze gdy byli razem, naprawdę patrzył tylko na nią, tylko jej słuchał. Zupełnie nie zwracał uwagi, na powłóczyste spojrzenia kobiet, nawet tych najbardziej seksownych i pięknych. Trudno jej było zrozumieć, jak Cyprian mógł obdarzyć uczuciem kogoś tak pozbawionego uroku, jak ona.

Kiedyś, gdy była dużo młodsza, wszyscy, którzy ją kochali, wciąż zapewniali ją o wyjątkowości i uroku, jaki w sobie miała. Wtedy starała się w to wierzyć, jednak dzięki mężczyznom, którzy pojawiali się w jej życiu, przestała patrzeć na siebie, jak na kogoś pełnego uroku. Być może posiadała odrobinę tego czegoś, co mogłoby podobać się mężczyznom, ale na pewno też posiadała całą masę czegoś, co przyciągało tylko facetów z wybujałym ego, pragnącym podporządkować sobie kogoś słabszego, rządzić tym kimś, a nawet pomiatać. Często przyłapywała się na analizowaniu osobowości Cypriana i szukaniu w nim jakiegoś mocno ukrytego defektu. Trudno jej było uwierzyć, że tym razem zakochała się w kimś normalnym. Niestety jej rodzice póki co, też nie bardzo w to wierzyli i o ile ojciec na razie taktownie milczał, to matka nie szczędziła swoich opinii na temat jej poprzednich związków i swoich obaw co do nowego chłopaka.

Rozalia nie mówiła Cyprianowi o swoich wątpliwościach. Z jednej strony nie chciała go urazić, z drugiej, wiedziała, że nawet gdyby był nie w porządku, to nie przyznałby się do tego. Poza tym naprawdę go kochała i tak, naprawdę chciałaby dzielić z nim życie. Mimo to, nie od razu powiedziała – tak.

– Muszę się nad tym poważnie zastanowić. I ty też musisz, bo nie chcę zaczynać nowego życia tylko na chwilę. Nie chcę, wchodząc w nowy związek, mówić sobie, że to na próbę. Jak nie wyjdzie, to wrócę do rodziców. Nie, jeśli zdecyduję się zamieszkać z tobą, to tylko wtedy, gdy będę pewna, że to już na zawsze. Wtedy nie będę odpuszczać, przy najmniejszych problemach. Wtedy będę walczyć o ciebie, gdy zajdzie taka potrzeba. Dlatego zastanów się dobrze, nad swoją propozycją.

Chciała, żeby dał jej dużo czasu, ale on uśmiechnął się tylko i powiedział, że daje jej tydzień.

– Tydzień? – jęknęła.

– Mógłbym czekać całą wieczność, ale nie chcę. Po co czekać na szczęście tak długo. – Przytrzymał jej twarz w swoich dłoniach. – Ja jestem pewien. Inaczej nigdy bym ci tego nie zaproponował. Jesteś pierwszą kobietą w moim życiu, przy której wszystkiego jestem pewien.

Popatrzyła na niego, wylękniona.

– Dlaczego?

– Dlaczego? – Uśmiechnął się. – Nie wiem. Po prostu. Rozi, widzę, jak się miotasz. Czuję twój strach. Może nie powinienem tak naciskać, ale boję się, że jeśli dam ci więcej czasu twój strach zwycięży, więc daję ci tylko tydzień. Jeśli się nie zgodzisz, nie wiem co będzie, ale na pewno nie chcę czekać zbyt długo na twoją odpowiedź. Jakąkolwiek odpowiedź.

Już nie potrzebowała tygodnia. Uwierzyła mu. W końcu uwierzyła w jego uczucia.

*

Z rodzicami postanowiła porozmawiać sama. Obawiała się, że obecność Cypriana może na nich źle wpłynąć.

Usiadła z nimi przed telewizorem. Wspólnie obejrzeli Jeden z Dziesięciu.

– Czy możecie przez kilka minut nie patrzeć na siebie złowrogo? – powiedziała, gdy tylko zakończył się teleturniej. Spojrzeli na nią zaskoczeni, ale Rozalia dobrze wiedziała, że jeszcze minuta i znów zaczęłaby się normalna, regularna wojna domowa o bzdety. Wyłączyła telewizor. Rodzice patrzyli na nią w napięciu, nie odzywając się słowem.

– Wyprowadzam się do Cypriana.

Te słowa wyrzuciła z siebie pospiesznie, jakby bała się, że za chwilę już ich nie powie. Była dorosła i mogła robić to co chciała, ale po ostatnim powrocie do domu od narzeczonego, który okazał się parszywym palantem, rodzice dostali alergii na każdego znajomego, który ją odwiedzał. Cyprian oczywiście nie przypadł im do gustu. Tak po prostu, obligatoryjnie, bo przecież nie mieli okazji dobrze go poznać. Zamienili ze sobą dosłownie kilka zdań, gdy wchodził lub wychodził z ich domu. Bała się, że zaczną za bardzo protestować, a wtedy musiałaby się wyprowadzić po wielkiej kłótni. Tego nie chciała. Pomimo ich wrednego stosunku do siebie samych, czuła że dla niej nie są najgorszymi rodzicami. Liczyła się z ich zdaniem, a przynajmniej zależało jej, aby akceptowali jej wybory.

– Chyba zwariowałaś! – Matka oburzyła się, też jakby dla zasady. – Ledwo go znasz.

– Znamy się trzy miesiące.

– Nie uważasz, że to zdecydowanie za krótko żeby wiązać się z kimś na stałe. Zresztą, nie tak dawno zrobiłaś to samo i jak na tym wyszłaś? – Matka lubiła niestety przypominać jej wszystkie niepowodzenia. – Musieliśmy ratować cię z depresji!

– Wy mnie ratowaliście?! – Wyraz na twarzy matki od razu powiedział jej, że zagalopowała się. – Zresztą, nieważne – powiedziała już łagodniej. – Nie chcę się kłócić. Co z tego, że znam go trzy miesiące? Czuję, że powinnam z nim zamieszkać i już. Nie wiem czy będziemy ze sobą do końca życia, ale tego nigdy się nie wie prawda? A jak nie spróbuję, to się nie dowiem. Poza tym, wy będziecie mogli dowoli kłócić się bez świadków. – Nie mogła jednak powstrzymać się od delikatnej złośliwości, dając im tym samym do zrozumienia, że nie pyta ich o zgodę tylko informuje o tym, co postanowiła.

– Niech się wyprowadza! – Głos ojca był nad wyraz spokojny. – Myślę, że to z naszego powodu nasza córka ciągle ucieka od nas. Nie rozumiesz tego?

– Chyba zwariowałeś! – Matka wyrzuciła swoją złość w stronę, w którą najbardziej lubiła. – Pomieszało ci się w głowie od tych dwóch butelek piwa, które codziennie wypijasz! Chcesz żeby kolejny facet skrzywdził nasze dziecko?!

– Zamknij się! – Zwyczajowe warknięcie ojca oznaczało rutynową potyczkę na słowa przed zaśnięciem. – Ten chłopak nie jest wcale gorszy od innych normalnych chłopaków, chodzących po świecie. Nie jest też może lepszy, ale na pewno nie gorszy. W każdym razie nasza córka go wybrała. Jak się pomyliła, to najwyżej wróci do domu. To jakiś problem dla ciebie?!

– Jesteś nieodpowiedzialnym głupkiem. Narażasz ją na cierpienie!

– Zamknij się mówiłem! I nie gadaj bzdur!

Rozalia westchnęła. Zaczęło się. Wstała z kanapy. Przy drzwiach jeszcze się odwróciła.

– Wyprowadzam się w sobotę. To postanowione, więc przynajmniej nie kłóćcie się o to. – Rodzice jednak nie zareagowali, pochłonięci oskarżaniem siebie nawzajem.

*

W rodzinnym domu Cypriana zakochała się jeszcze szybciej niż w nim samym. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Dom był zdecydowanie za duży jak na jednego człowieka, ba był też za duży dla dwojga ludzi, ale pomimo tego, był strasznie przytulny. Kiedyś stał na przedmieściach, ale miasto tak bardzo się rozrosło, że było bliżej z niego do centrum, niż na obrzeża miasta. Piętrowy, drewniany dom, pomalowany na zielono, ze spadzistym dachem, przypominał jej domy letniskowe, w których nie raz spędzała wakacje z dziadkiem i rodzicami. Wprowadzając się do niego czuła, jakby zdobywała właśnie namiastkę wakacji. Z przodu był tylko niewielki podjazd i tak samo nieduża połać jeszcze zielonej trawy, za to na tyłach domu rozpościerał się spory plac, na którym rosło kilka owocowych drzew. Mimo jesiennego chłodu, na jabłoniach wisiały jeszcze jabłka. Najwyraźniej pogoda im nie przeszkadzała

– To kosztele! Owocują dopiero w połowie września, więc jeszcze możemy cieszyć się świeżymi jabłkami.

Cyprian był dumny ze swoich drzew owocowych. Wprawdzie nie znał się na ogrodnictwie ani sadownictwie, ale podobno te drzewa zasadził jeszcze jego dziadek, więc nauczył się o nich wszystkiego, by móc je właściwie pielęgnować. Kosztele, były starą odmianą jabłoni i obecnie, trudno je było spotkać w sadach, nie mówiąc już o kupnie tych owoców, nawet na bazarach. Cyprian z dumą poinformował ją, że ma też jedną Antonówkę, dwie śliwki węgierki i przepyszne czereśnie. Rozalia wyobraziła sobie jak pięknie musi tu być wiosną. Niemal poczuła zapach kwitnących drzew.

– Ja lubię gruszki. Przydałaby się tu jakaś grusza – powiedziała z rozmarzeniem.

– Nie ma sprawy. Dowiem się kiedy można posadzić gruszę. Wybierzemy taką jaką najbardziej lubisz. Chcę, żebyś poczuła, że od tej pory to jest twój dom. Jeśli będziesz miała ochotę, to wydzielę ci też miejsce na ogródek i będziesz mogła uprawiać sobie warzywa.

– Zobaczymy! – Uśmiechnęła się do niego szczęśliwa. – Też nie znam się na ogrodnictwie i nie jestem pewna, czy to polubię. Na razie skupimy się na drzewach.

Wewnątrz dom nic nie tracił ze swojego uroku. Na parterze znajdowała się ogromna, nowoczesna kuchnia, a jej centralnym miejscem był stary, odrestaurowany stół na sześć osób. Wprost z kuchnie wchodziło się do chłodnej spiżarni. Na dole była też toaleta i spory salon z dużymi, oszklonymi drzwiami wychodzącymi na ogród. Salon był zdecydowanie w starym stylu. Miękki, czerwony dywan, Skórzana kanapa i dwa fotele, niski, ale szeroki stolik. W jednym z rogów salonu stał też stolik do gry w karty i cztery krzesła z pięknymi, bordowymi obiciami. Ciekawiło ją, czy kiedyś grywano tu w pokera czy inne dawno zapomniane gry. Na ścianie wisiał bardzo przyjemny pejzaż, a na komodzie, ustawiono sporo ramek z rodzinnymi zdjęciami. Jedynymi nowoczesnymi sprzętami w tym pokoju, był telewizor i miniwieża. Na piętrze znajdowały się dwa małe pokoiki, nieduża łazienka i jedna duża sypialnia z osobną łazienką. Rozalia nie mogła nadziwić się, jak samotny młody mężczyzna umiał sobie poradzić z takim domem, jak udało mu się stworzyć tu takie przytulne miejsce i utrzymać porządek. Mężczyźni, których spotykała do tej pory, raczej nie przywiązywali wagi do wystroju wnętrz, a już na pewno nie przepadali za utrzymywaniem porządku.

– Niewiele zmieniłem w tym domu. Oprócz kuchni, wszystko urządzała jeszcze babcia. Ja muszę pamiętać tylko o tym, żeby mieszkanie nie zarosło pajęczynami – powiedział, jakby czytając jej w myślach. – Jeśli będziesz miała jakieś nowe pomysły, chęć na zmiany jestem skłonny je rozważyć.

– Podoba mi się tak jak jest, chociaż faktycznie chciałabym mieć jakiś niewielki kącik tylko dla siebie.

– Wybieraj, cały dom należy do ciebie.

Wiedziała, że nie żartował. To było cudowne, ofiarował jej jedyne miejsce, które kochał najbardziej na świecie. Co ona mogła mu dać? Nie miała prawie nic, oprócz swojej miłości do niego. Postanowiła być najlepszą kobietą, jaką kiedykolwiek miał.

Cyprian przez cały czas, gdy Rozalia przechadzała się po domu, nie odstępowała jej na krok i wpatrywał się w nią jak urzeczony. Teraz patrząc na jej szczęśliwą minę, wiedział, że zakochał się w odpowiedniej kobiecie. Nawet ich myśli w tej chwili biegły w tym samym kierunku. Zastanawiał się czy będzie w stanie dać jej szczęście, czy sprosta trudnemu zadaniu, stworzenia wokół Rozalii takiej atmosfery, by zawsze czuła się przy nim bezpieczna. Biorąc ją za rękę i ciągnąc w kolejne miejsce, obiecał sobie, że nigdy jej nie zostawi, nie pozwoli, by była tak smutna jak jego biedna matka. Nigdy się do tego nie przyczyni.

Ich pierwsza noc w tym domu była magiczna. Wszystko było takie pierwsze. Spojrzenia, dotyk dłoni. Pocałunki. Pieszczoty. Westchnienia. Czułość, którą oplótł jej uśpione ciało, jemu samemu nie pozwalała zasnąć. Patrzył na śniącą Rozalię i myślał o miłości. O tej wielkiej tajemnicy świata, zagadce, która tylko wydaje się być rozwiązaną, gdy nas dotyka. Jednak to nie prawda. Wiemy, że jesteśmy zakochani, ale to tylko jedna pewna w kłębku wielu niewiadomych. Dlaczego się zakochaliśmy? Dlaczego akurat w tej osobie, a nie w innej, podobnej lub całkiem innej? Dlaczego ona poczuła to samo? Skąd bierze się wzajemność? Czy tylko chemia ma tu coś do powiedzenia, czy los zapisany w życiowej księdze gna nas ku sobie? Czy jutro, za miesiąc, za rok będzie podobnie? Gdyby znał odpowiedzi na te pytania, wiedziałby prawie wszystko, ale czy warto je poznać. Nie sądził. Wystarczył mu jeden pewnik – nigdy nie darzył żadnej innej kobiety takim uczuciem. I miał nadzieję, że nigdy już nie obdarzy, bo to z Rozalią chciał być do końca życia. Miał ogromne szczęście. Wiedział, że ona czuła to samo, że zawierzyła mu siebie i to jeszcze bardziej sprawiało, że czuł się za nią odpowiedzialny. Oboje mieli dużo szczęścia. Ona była kobietą wolną, bez zobowiązań. On też był wolny, więc nikogo nie ranili swoją miłością. Mogli bez wstydu i strachu myśleć o przyszłości. Mogli ją budować, nie oglądając się za siebie, nie obciążeni żadną skazą.

Delikatnie pogładził ręką jej włosy. Poruszyła się lekko, wyczuwając ten ruch, ale nie obudziła się. Jej profil był prawie idealny, ramiona krągłe, skóra gładka, ale to nie te atrybuty go przyciągały. Urzekła go jej delikatność, potrzeba roztoczenia nad nią opieki. Urzekła go też jej wewnętrzna siła, której wcale sobie nie uświadamiała. Otoczył ja ramieniem, a ona z ufnością wtuliła się w jego ciało. Uśmiechnął się. Czuł, że im się uda.

2.

– Właściwie dlaczego Cyprian? – zapytała którejś nocy, gdy nie mogli zasnąć po cudownych miłosnych igraszkach. Leżeli w ciemności, nadzy pod ciepłym, grubym kocem. Bawili się swoimi dłońmi, splatając i rozplatając palce, muskając ich końce tak delikatnie, że niemal niewyczuwalnie.

– Od Norwida.

– Żartujesz? Naprawdę?

– Wspomniałem ci chyba, że moja matka była poetką?

– Tak.

Przytuliła jego dłoń do swojego policzka, przygotowując się na opowieść. Cyprian wspaniale opowiadał. Opowiadał o swoich bliskich, o sąsiadach. O historii, którą się pasjonował i o muzykach światowej sławy. Najprostsze historyjki ubrane w jego słowa nabierały niesamowitego kolorytu. Mieszkali ze sobą trzy miesiące, a ona bez tych opowieści nie mogła już żyć. Oczekiwała ich. Były dopełnieniem dnia. Zwykle zaczynał, bez jakiegoś wcześniejszego wstępu. Przy śniadaniu, na spacerze, w łóżku, a czasem nawet podczas oglądania telewizji, co ją początkowo trochę irytowało, gdyż potrafił przerwać nawet najbardziej wciągający film. Po prostu, coś sobie przypominał, jakiś szczegół, bodziec uruchamiał jego pamięć i wtedy nie zważając na nic innego, zaczynał. Czasem te opowieści kończyły się jakimś morałem, czasem w ogóle nie miały zakończenia, ale dzięki nim poznawała jakim był człowiekiem. Zakochiwała się w nim coraz bardziej. Przy nim, każdego dnia czuła przypływ jakiejś dobrej energii, nabierała zapału do życia. Nigdy wcześniej nie czuła tego aż tak mocno. Ona podobno dawała mu to samo – tak mówił – a nawet jeszcze więcej, bo spokój i pewność tego, że jego życie w końcu jest pełne.

Tym razem jednak nie było opowieści.

– Wydała trzy tomiki wierszy, które można było kupić w księgarniach, ale nigdy nie odniosła sukcesu. Te tomiki cieszyły ją bardzo, napawały dumą, ale nie oczekiwała niczego więcej. Może za mało wierzyła w siebie. A może za bardzo skupiała się na innych. Nigdy nie była zapatrzona tylko w siebie. Nie była zazdrosna o to, że inni są lepsi, bardziej znani. Chyba tak mało trzeba jej było do szczęścia.

Nagle Cyprian usiadł wyprostowany. Koc opadł na uda odsłaniając jego nieopalony tors, pokryty drobnymi, kręconymi włoskami. Położył prawą dłoń na piersi i zaczął recytować.

O, pióro! tyś mi żaglem anielskiego skrzydła

I czarodziejską zdrojów Mojżeszowych laską,

Tylko się w tęczowane barwiąc malowidła,

Nie bądź papugą uczuć ani marzeń kraską.

– To Norwida – poinformował ją i znów opadł na poduszkę. – Na jego cześć mam imię. Podobno był pierwszym poetą, w którym zakochała się moja matka.

– Czy twoi rodzice się kochali? – zapytała wtulając głowę w jego ramię.

– Nie jestem pewien. Mama nigdy nie chciała o tym mówić, ale babcia powiedziała mi kiedyś, że na początku bardzo się kochali. Nie widzieli poza sobą świata, a potem, zaraz po moim narodzeniu, ojciec odszedł od nas. Mama nie wyszła ponownie za mąż, a ojca nie wiedziałem już nigdy. Nawet nie wiem czy żyje. Szkoda, że nie dał nam więcej czasu, tak bym mógł zapamiętać jego twarz, albo barwę głosu.

– I nie wiesz co się z nim stało?

– Nie, babcia też nie widziała. Twierdziła też, że nie wie dlaczego się rozstali.

– Nie próbowałeś się dowiedzieć? Nie szukałeś go?

– Próbowałem, ale w końcu mama krótko przed śmiercią powiedziała mi, że to była jego decyzja. Była dla niego bardzo trudna, bo bardzo nas oboje kochał. Ona się na to zgodziła, bo wiedziała, że to najlepsze rozwiązanie. Uznałem wtedy, że skoro sam zdecydował o odejściu, nie mam prawa go szukać. Jeśli zechce się ze mną spotkać, znajdzie mnie.

– Zawsze byłeś taki dojrzały? – zapytała całując go w policzek.

– Zawsze, ale jeśli chcesz mogę się zmienić w szalonego i nieprzewidywalnego. Rzeknij tylko słowo ukochana. – Uśmiechnął się szeroko i wstał.

– Nie chcę. Gdzie idziesz?

– Sikać mi się chce.

Do niedużej łazienki wchodziło się wprost z sypialni. Mieszkała tu kiedyś babcia, która tak to urządziła, żeby nie przeszkadzać dorastającemu wnukowi i jednocześnie mieć dużo swobody i intymności. Cyprian nie zamknął za sobą drzwi i Rozalia usłyszała za chwilę jak oddaje mocz. Trochę ją to krępowało. Jeszcze się chyba nie przyzwyczaiła do takich dowodów bliskości, ale uczyła się tego powoli. Ludzie, którzy są sobie naprawdę bliscy nie mogą krępować się swojej fizjologii, bo może przyjść chwila, jakaś choroba, kiedy jedno z nich będzie musiało umieć to drugie nakarmić, umyć, czy podcierać tyłek, a to drugie będzie się musiało nauczyć tego nie wstydzić. Wiedziona nagłym impulsem wstała z łóżka i poszła wprost do łazienki. Usiadła na brzegu wanny.

– Chcę umyć z tobą zęby.

– Słucham? – Spojrzał na nią zdziwiony.