Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Mulat w pegeerze

Mulat w pegeerze

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-62467-57-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Mulat w pegeerze

Dziesięć reportaży pokazujących zapomniany PRL. Najlepsi reporterzy i reporterki tamtego czasu przypominają sprawy, którymi żyło społeczeństwo. Bo obyczajowość przedstawiała się inaczej, niż dziś prezentuje IPN.

Poznaj problemy pierwszych naturystów; przypadek Mulata, który urodził się w pegeerze; historię zamiany dziecka w szpitalu; staruszki, która trzymała skarb pod łóżkiem czy kobiety już w latach 70. XX wieku przekonanej, że przyszła na świat w nieodpowiednim ciele – mężczyzny. Codzienne życie i prawdziwe historie wciągające jak najlepszy kryminał.

Polecane książki

„Mój Chłopak Demon” to pierwszy tom serii Inni. To historia Marielle (12 lat) i Dantego (13 lat), którzy są odrzuceni w pewien sposób przez społeczeństwo. Ich samotność wydaje się całkiem inna, lecz dzieci po pewnym wydarzeniu zaczynają czuć, że by znaleźć akceptację, potrzebują do tego siebie n...
„Tłumaczą nam, że to nie jest czas normalny, bo wróg na nas czyha. Ten wróg to sąsiad, to mniejszość narodowa zamieszkująca nasz kraj, to tajemny układ komunistyczny, masoński, żydowski, to koalicja gejów i lesbijek. W tej groźnej chwili – słyszymy – demokracja...
Z publikacją "Windows 10 perfekcyjnie opanowany"obsługa komputer stanie się o 50% łatwiejsza. 1. Łatwiejsza i szybsza obsługa: publikacja zawiera praktyczne wskazówki, instrukcje krok po kroku i przydatne triki przygotowane przez komputerowych ekspertów, dzięki którym zapanujesz nad Windows 10. Nasz...
Powieść oparta na faktach z życia autora. Po śmierci żony ojciec bardzo szybko sprowadził nową "ciocię". Wydawałoby się, że będzie to nawet z korzyścią dla dzieci - wszak samotnemu mężczyźnie trudno byłoby zajmować się nimi, prowadzić dom, a jednocześnie zarobić na utrzymanie. Niestety, wkrótce czw...
"Nadmolekularny stan", to XIII album Comporecordeyrosa, i jak na taki numer przystało, kręci się w metafizycznych zawiłościach wywołanych konsternacją z powodu prostoty odkrywczych skojarzeń i walorów wątpliwości tak w ogóle.Pozostaje oczywiście wytrwale i na przekór w rytmie, w stylu i w retoryce c...
Masz problemy z pamięcią i koncentracją? Chciałbyś szybciej przyswajać nowe informacje? Zwiększyć obszar swojego postrzegania? Ten poradnik w prosty i interesujący sposób odpowie na te i inne pytania. Dodatkowo zawiera również praktyczne uwagi, ćwiczenia, zagadki, a nawet łamigłówki, które tak lu...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Krzysztof Tomasik

pod redakcją Krzysztofa TomasikaMulat w pegeerzeWYDAWNICTWO KRYTYKI POLITYCZNEJWstęp Trzeci wymiar PRL-uKrzysztof Tomasik

W przestrzeni publicznej
ciągle dominują dwie narracje o PRL-u. Pierwszą można
nazwać w skrócie „zbrodniczy system”, a towarzyszą
jej takie hasła-klucze jak reżim, UB, stalinizm, cenzura,
socrealizm, więźniowie polityczni, stan wojenny, ZOMO. Ta
opowieść najsilniej jest obecna w specjalnie do tego
stworzonej instytucji, czyli IPN-ie, ale dominuje także
w przekazie politycznym i edukacyjnym. Wszyscy wpisujący się
w tę narrację są opozycjonistami, mniej lub bardziej nękanymi
przez władzę. Jest jeszcze drugi sposób mówienia o tamtym
okresie, tzw. sentyment za PRL-em. W tym wypadku nieodłącznym
atrybutem będą filmy Stanisława Barei. Oglądając je
po raz setny, można z dobrotliwym uśmiechem wykorzystać
nieśmiertelny arsenał absurdów życia codziennego, a więc
kolejki, kartki żywnościowe, brak papieru toaletowego, ale
jednocześnie skonstatować, że najlepsze były wtedy komedie,
szynka smakowała jak nigdy, a i ówczesne muzyczne przeboje
najłatwiej wpadały w ucho. W jaki sposób ten sentyment został
zauważony przez rynek, można sprawdzić, choćby zaglądając
do zakładki „Pamiątki PRL-u” na internetowych aukcjach,
gdzie wśród kilku tysięcy przedmiotów za mniejsze bądź
większe pieniądze, można kupić rzutnik Ania, „kultowy
komunijny zegarek” Montana, gumę do żucia Donald albo tygodnik
młodzieżowy „Razem”.

Pośród tych dwóch opowieści umykają
takie subtelności jak znaczące różnice w kolejnych dekadach
PRL-u, ale przede wszystkim umyka PRL jak najbardziej zwyczajny,
miejsce życia milionów ludzi, którzy w tym czasie dorastali,
zakochiwali się, wyjeżdżali, wychowywali dzieci. Jednocześnie
swój najlepszy okres przeżywała polska sztuka, z filmem,
telewizją i teatrem na czele, nie mówiąc o sporcie
i rynku czytelniczym, który konsumował – niewyobrażalne
z dzisiejszego punktu widzenia – nakłady. Dobrym sposobem,
aby pokazać ten codzienny, zapomniany PRL, jest sięgnięcie
po ówczesne reportaże, a więc gatunek literacki będący
„najbliżej życia”. Idealnie nadaje się do tego popularna
seria „Ekspresu Reporterów”. Co miesiąc w księgarni lub
kiosku Ruchu można było kupić kolejną książeczkę tego
cyklu, a w niej przeczytać trzy reportaże oraz rozmowę
z „ciekawym człowiekiem”. Seria powstała w 1976
roku i szybko wyrobiła sobie silną markę, publikowali
tu najwybitniejsi, począwszy od Hanny Krall, Małgorzaty
Szejnert, Teresy Torańskiej przez Dorotę Terakowską,
Joannę Siedlecką, Janusza Atlasa czy Janusza Weissa aż
do Ryszarda Kapuścińskiego i Barbary Łopieńskiej. Tam
pojawiali się wciąż aktywni dziennikarze i dziennikarki,
jak Piotr Gabryel, Piotr Pytlakowski, Krystyna Pytlakowska czy
Mariusz Ziomecki. Reklamowano się hasłem „Nic, co ciekawe,
nie jest nam obce!”, a zasada głosiła, że w każdym tomiku
znajdują się trzy reportaże: o aktualnych wydarzeniach;
społeczno-obyczajowy; kryminalny. Szybko początkowy nakład
20 tys. egzemplarzy podskoczył do 60 tys., by przez całe lata
80. utrzymywać się na poziomie 100 tys. To bardzo dużo nawet
jak na ówczesne normy. Seria zakończyła swój żywot w 1990
roku, podobnie jak wiele innych inicjatyw wydawniczych, których
korzenie sięgały poprzedniego już wówczas systemu.

Cykl „Ekspresu Reporterów” świetnie
nadaje się do zadania pytania o funkcjonujące tematy i sposób
ich przedstawiania w ostatnim piętnastoleciu PRL-u. Kolejne
tomiki relacjonowały ówczesne mody, opisywały katastrofy
i głośne procesy, przedstawiały osoby ze szczególnie ciekawymi
życiorysami. Oczywiście nie wszystkie tematy mogły zostać
poruszone, zarówno ze względu na cenzurę zewnętrzną, jak
i wewnętrzną. Z tą pierwszą jest prościej, wiadomo, że
zwyczajnie zabroniona była krytyka Związku Radzieckiego czy
pisanie o Katyniu. Największe poluzowanie cenzury nastąpiło
między porozumieniami sierpniowymi zawartymi przez rząd
i komitety strajkowe w 1980 r. a ogłoszeniem stanu wojennego
w grudniu ’81. W tym czasie ukazał się jeden zeszyt specjalny
„Ekspresu Reporterów” dotyczący Solidarności, jednocześnie
pojawił się duży, entuzjastyczny tekst poświęcony
Janowi Pawłowi II. W ogóle wbrew dzisiejszym wyobrażeniom
trudno znaleźć w ówczesnych reportażach krytykę Kościoła
katolickiego i jego przedstawicieli. Kilkakrotnie zdecydowano się
natomiast na zamieszczenie hagiograficznych portretów duchownych
(ksiądz Klimuszko, Maksymilian Kolbe). Ciekawsza jest jednak
cenzura wewnętrzna, a więc tematy, które nie były zabronione,
ale „nie chodziły”, brakowało języka do ich opisania.
O Żydach czy homoseksualistach nie myślano w kategoriach grupy
Gdy pojawiali się na drugim planie, to w sposób stereotypowy,
o Żydach pisano w kontekście przedwojennego szmaciarstwa,
a o homoseksualistach jako marginesie społecznym przy okazji
reportaży kryminalnych; nie stanowili jednak materiału do
głębszej analizy. Rolę oswajanych „innych” spełniały
inne grupy, dużo uwagi poświęcano narkomanom, hipisom,
prostytutkom.

Reportaże zebrane w tomie Mulat
w pegeerze nie są reprezentatywne dla serii
„Ekspresu Reporterów”. To dziesięć historii, które
pokazują obyczajowość schyłkowego PRL-u. Mamy tu kwestie
zawsze aktualne jak emigracja czy prostytucja, ale i zjawiska
wówczas bardzo modne (naturyzm), jak również tematy,
których nie kojarzymy z Polską Ludową (problem rasowy,
transseksualizm). Poza tym opisy sytuacji, które zdarzają
się w każdym systemie: pomyłka w szpitalu, katowanie
dzieci, walka o spadek, poszukiwanie męża/żony, sytuacja
ludzi starych. Te problemy także dziś wymagają opisania,
ale znakomita tradycja polskiego reportażu obyczajowego
w dużej mierze pozostaje niedoceniona i jest kontynuowana
w niewielkim stopniu. Warto przypomnieć poziom reprezentowany
przez ówczesną publicystykę. Przede wszystkim Mulat
w pegeerze jest jednak próbą wprowadzenia trzeciego
wymiaru do narracji o PRL-u, nieredukowanego do klisz związanych
z Jaruzelskim i Wałęsą, Solidarnością i PZPR-em. Bo życie
toczyło się gdzie indziej.

Prawdziwe polskie drogiAndrzej Makowiecki

Przed wyjazdem do Ameryki
Południowej zdobyłem adres pewnej kobiety, mieszkającej
z córką w Morón, niewielkim osiedlu na wschodzie prowincji
Buenos Aires.

Można przyjąć, że primo voto
owej kobiety brzmiało niegdyś Justyna Bajdor, aczkolwiek,
powtórnie zamężna, posługuje się teraz całkiem innym
nazwiskiem. Można również
z dużym prawdopodobieństwem założyć, iż
w momencie, kiedy ja czekałem na zaokrętowanie
w Gdyni, ona tam, po drugiej stronie świata, słyszała na
schodach rumor mężowskich kroków…

Tak w każdym razie później ustaliliśmy:
piąty lipca siedemdziesiątego siódmego roku, w Polsce godzina
dwunasta, w Argentynie szósta, ja otwieram przed urzędnikiem
toboły, ona łapie się za serce, podczas gdy obcasy pijanego
człowieka słychać coraz bliżej, coraz głośniej wybijają
na schodach swój przeraźliwy werbel.

Zamykam walizki i opuszczam komorę
celną, natomiast Justyna Bajdor podbiega do drzwi. Zakłada
łańcuch. Sprawdza zamki i grubą żelazną zasuwę, którą
przed paroma dniami wykonał na jej zamówienie włoski
rzemieślnik.

Wobec ciszy panującej na schodach przez
chwilę ulega bezpodstawnemu złudzeniu. Wkrótce jednak jej
nadzieja zostaje rozwiana.

Najpierw pukanie, później seria uderzeń
pięścią.

– Wpuść mnie!

Kobieta milczy.

– Wiem, że tam jesteś, suko!

Kobieta wkłada palce do uszu, żeby
zagłuszyć wściekle wywrzaskiwane kaleczoną hiszpańszczyzną
obietnice:

– Zatłukę! Zatłukę na śmierć!

Pijanyel desperado zaczyna
walić siekierą w okolicę zamka, ona zaś, w odruchu
śmiertelnego przerażenia, przestaje zważać na hałas,
który dekonspiruje jej obecność i podsuwa do drzwi wszystko,
co znajduje się pod ręką: stół, kredens, fotele, krzesła,
brazylijską komodę z żakarandy.

* * *

Tymczasem ja, radosny jak
uczniak, który rozpoczął akurat wakacje, wychylam się
przez burtę frachtowca m/s Gałczyński i uważnie obserwuję
podróżnych.

Oto pną się z bagażami po trapie marynarskie
żony, wyruszające ze swoimi mężami w daleki rejs. Oto
sześćdziesięcioparoletnia, żywa jak srebro niewiasta
żegna bez zbędnych czułości liczną rodzinę, aby miesiąc
później powitać wylewnie osiemdziesięcioparoletniego, niedawno
poślubionego męża, profesora uniwersytetu w Pelotas.

Oto znowu szykowna damulka z Poznańskiego
w ostatnim uścisku z równie szykowną koleżanką. Damulka
wchodzi na statek, koleżanka macha ręką. Za trzy tygodnie
w brazylijskim porcie Santos zobaczę kopię tej sytuacji,
z tym że damulka będzie schodziła ze statku, a ręką zacznie
wymachiwać jej syn, inżynier, który wyjechał z Polski, żeby
zrobić karierę w São Paulo, i nie wrócił. Kiedy jeden
z marynarzy uraczy go kulawym komplementem: „Ooo, jaki ładny
ma pan zegareczek!” – tamten bąknie od niechcenia: „Eee,
to tylko zwykły grat na co dzień, do roboty…”.

A oto wreszcie ostatnia już polska pasażerka (w
Kanale Kilońskim dosiądzie się jeszcze dwoje Niemców:
młody pastor luterański
i leciwa żona przedsiębiorcy handlowego
z Bonn). Przed nią karawana stewardów
i tragarzy, dźwigających jej pokaźny dobytek: trzy zgrzebne
wory, cztery ogromne walizy tekturowe
z poobrywanymi okuciami, jakiś kufer nie kufer
o wybrzuszonych do granic niemożliwości bokach
i na oklep, luzem bez opakowania, przewiązane sznurem jak
baleron pierzynisko.

Przypominam sobie, że już ją widziałem
wcześniej w biurze pasażerskim PLO, gdzie wzbudzała
zresztą powszechne zainteresowanie i niekłamaną ciekawość
urzędników.

Strzęp dialogu:

– Polka?

– Tak. Z argentyńskim obywatelstwem.

– A po co jej ta pierzyna?

– Bo ona myśli, że wyjeżdża na stałe,
no i bez porządnej przedwojennej pierzyny nie wyobraża sobie
życia.

– Jak to: myśli? Może jeszcze
wrócić?

– Bardzo prawdopodobne, proszę pani! Ona już
dziesięć razy przyjeżdża, wyjeżdża, odchodzi i wraca. Zawsze
oczywiście na stałe.

* * *

Justyna Bajdor, która upoważni
mnie później, abym podał jej aktualne nazwisko (czego zresztą
dla jej dobra nie czynię), urodziła się w szlacheckim majątku
pod Warszawą i dzieciństwo miała nad wyraz szczęśliwe. Potem
jednak wybuchła wojna i kilkunastoletni podlotek zaczął
walczyć w Armii Krajowej na pozycjach trudnych. Do dziś
przechowuje z pietyzmem w Morón ściągnięty gumką plik
dokumentów i fotografii potwierdzających prawdziwość jej
słów. Była łączniczką grupy „śmiertelnej”, która szła
na Niemców jak popadło: z butelką benzyny, z granatem albo
z gołymi rękami. Zginęli wszyscy jej przyjaciele – Wojtek,
Maciek, Jacek, Lucyna, Maria. Jednego tylko przeniosła na plecach
kanałami ze Starówki do Śródmieścia, za co otrzymała Krzyż
Walecznych. Wyciągnęła z Wisły pod kulami rannego powstańca
z karabinem i odznaczono ją po raz drugi. Wkrótce zresztą
po raz trzeci… Przekazała ostatnie rozkazy szturmowcom,
którzy zawładnęli depozytem papierów wartościowych. Na
miejscu wręczyli jej wniosek o krzyż i kolejno całowali
w policzek. Było to straszliwe braterskie pożegnanie, gdyż
dwadzieścia minut później wysadzili się w powietrze.

Nie wszystko pamięta. Kiedyś Niemcy rzucili
„ryczącą krowę” na dom muzyczny, w którym spotykali
się akowcy i ludność cywilna. Zraniona odłamkiem w głowę
Justyna przeleżała dwa dni na strychu zbombardowanej kamienicy,
gdzie jakiś stary człowiek zmieniał jej opatrunki i przynosił
zeschnięte resztki chleba. Był chyba nienormalny, bo klękał
przed nią jak w kościele i składając ręce, odmawiał
półgłosem hymn narodowy.

Po upadku powstania została aresztowana
i odesłana do obozu przejściowego Durchgangslager
w Ożarowie. Osiemdziesiąt ich było młodych kobiet. W ewakuowanej
fabryce esesmani podzielili je na dwie czterdziestoosobowe grupy
i wywieźli w głąb Niemiec.

Zaczęła się gehenna stalagów. Jesienią
czterdziestego czwartego siedziała w Fallingbostel, a zimą
w filii tego obozu, Bergen-Belsen, gdzie musiała oglądać
hitlerowskie egzekucje inwalidów i Żydów, które odbywały
się przy dźwiękach marszowych orkiestr i gromkich wybuchach
śmiechu. Jej rola polegała na sprzątaniu uduszonych,
potopionych i rozstrzelanych ofiar. Warto pamiętać, że
w czasie wojny przez piekło tego obozu przeszło siedemdziesiąt
pięć tysięcy więźniów, z czego czterdzieści osiem tysięcy
zostało zamordowanych, a resztę 15 kwietnia 1945 roku wyzwoliły
wojska brytyjskie.

Wśród tej reszty Justyny Bajdor nie
było. Parę miesięcy wcześniej umieszczono ją w stalagu
VI C Oberlangen, pięćdziesiąt kilometrów od granicy
holenderskiej. Często jeździła stamtąd pod eskortą do
Hanover Linden, gdzie wraz z kobietami różnych narodowości
zasypywała świeże leje po bombach. Nad głowami buczały
alianckie samoloty. W każdej chwili spodziewała się
śmierci, ale bardziej od strachu doskwierały jej cierpienia
cielesne. Rzadki to widok, żeby stopy krwawiły przez dziury
i podeszwy butów, których wieczorami nie miała odwagi zdjąć
i dopiero później przeprowadzili tę operację sanitariusze
Czerwonego Krzyża.

W Anglii znalazła się raczej przypadkowo,
jeśli wziąć pod uwagę, że obóz jeniecki kobiet –
żołnierzy AK z Powstania Warszawskiego – w Oberlangen (1748
dziewcząt) został wyzwolony (12 kwietnia 1945 roku) przez II
Pułk Pancerny dywizji generała Maczka.

Półprzytomną, schowaną wśród zwałów
gruzu Justynę uratował aliancki czołg, który w drodze
do holenderskiej miejscowości Enschede został ostrzelany
i obrzucony granatami przez faszystów.

Była to jej ostatnia wojenna przygoda,
wkrótce bowiem na pokładzie Dakoty przetransportowano ją do
rekruckiego ośrodka lotniczego pod Londynem.

Rzesza skapitulowała, ale brytyjskie siły
pozostały w stanie gotowości. Dużo Polaków szkoliło się
dla ich potrzeb i nie była to wcale sielanka. Musztra trwała od
rana do zmierzchu, w przerwach intensywny kurs angielskiego. Mało
czasu zostawało na sen, jednak w burzliwym życiu Justyny Bajdor
te chwile należały do szczęśliwych. Raz, że odnalazł ją
w Winston starszy brat Jerzy – lotnik, który wsławił się
w bitwie o Anglię. Dwa, że otrzymała z Polski wiadomość od
matki i młodszego brata, którym udało się przeżyć. Trzy, że
spotkała pewnego dnia na placu ćwiczeń swojego wujka, który
był pułkownikiem i szefem sztabu lotniczego w Londynie.

Dobrze, że go spotkała, czy źle?

Długo przyglądał się pułkownik wysokiej,
pięknej, jasnowłosej dziewczynie. Sam miał już wtedy pod
pięćdziesiątkę. Był energiczny, przystojny, nawykły do
rzucania rozkazów. Kiedy spytała go o żonę, odpowiedział
po dłuższej chwili:

– Nie żyje.

Justyna zaczęła płakać, gdyż była to
jej ukochana ciotka, rodzona siostra matki.

Próbowała uprosić pułkownika, aby pomógł
jej wrócić do kraju.

Odparł:

– Może później, Justyno. Teraz pojedziesz
ze mną do Londynu i zaczniesz chodzić do szkoły.

* * *

Statek wykolebał się z Kilonu
i na Morzu Północnym zaczęło nim trochę rzucać. Kto musiał
pracować – pracował. Marynarze odłupywali rdzę z burty,
malowali komin, szorowali pokład, smarowali maszynerię łodzi
ratunkowych. W ogóle się nie nudzili, w przeciwieństwie do
pasażerów, którym za zimno było na leżakach, za daleko do
portu i za długo do najbliższego posiłku.

Tę Polkę z argentyńskim paszportem widywałem
tylko przelotnie. Nie udzielała się towarzysko. Nie grała
w karty, nie chodziła po zakupy do Bundu. Kiedyś przy kolacji
zwierzała się żonie profesora z Pelotas, że siostrzeniec
postępował z nią haniebnie.

– Jakem pierwszy raz przyjechała do Polski – mówiła
swoją archaiczną polszczyzną – un mi się rzuca do rąk,
a beczy!
a całuje! Ciociuńku, zaś żeś ty nam unymi paczkami
pomogła!
A po miesiącu, jakem im się wszystkim opatrzyła
i nie dałam mu dolarów na rower, pojechał mnie grubym słowem
od najgorszych.

Podejść do niej! Musi być wspaniałym tematem
na reportaż. Odys w spódnicy między dwiema Itakami. Dziesięć
razy w tę i z powrotem. I ta pierzyna. I ten parokilowy,
tłusty, przechowywany w lodówce boczek. No i wreszcie to
osobliwe wyznanie…

– W Morón wtedy, proszę pani, mieszkałam
niedaleko Buenos Aires…

Wali mi serce. Hamuję się, żeby nie
wrzasnąć: Znała pani Justynę Bajdor?!

– …sprzedałam dom, spakowałam się ze
szczętem – ciągnie kobieta – portretów tylko kilka
spaliłam, bo kombinuję: jak tu się pchać do komunistów
z Mieszkiem Pierwszym i Bolesławem Chrobrym… Później,
w porcie, mam wchodzić na statek, patrzę, a na dziobie i kominie
pisze ogromnymi literami MIESZKO, m/s MIESZKO. Tom się wtenczas
przelękła i spłakała, i zaczęłam się głośno modlić:
wybacz mi, kochany Mieszku, żem cię puściła z dymem, ale
myślałam, że za takich jak ty biorą w Polsce do ciupy… To
marynarze zaczęli się śmiać, a kapitan osobiście wprowadził
mnie na pokład i powiedział, żebym się nie frasowała.

Zapukałem wieczorem do kabiny, którą
zajmowała w pojedynkę.

Brak reakcji.

Potem był bal kapitański. Włożyłem
białą koszulę, krawat, marynarkę, przyczesałem się
gładko i wszedłem do mesy, gdzie witał wszystkich kapitan
Petrusewicz. Sympatyczny, ogorzały mężczyzna. Mistrz
w zawodzie. Przewodził kiedyś na Stefanie Batorym. Teraz
wygłosił mowę za pomyślność rejsu, wzniósł
toast. Wypiłem. Jeszcze raz po chwili, dla kurażu. Gra
muzyczka z taśmy: ostre argentyńskie tango La
cumparsita. Babcia, która zjadła już kilkanaście
smakowitych kanapek, próbuje czmychnąć po angielsku. To ja
do niej. I proszę ją w tany. Łzy w oczach.

– Za gruba jestem, synuś (faktycznie:
sto pięćdziesiąt kilogramów żywej wagi). I za stara
(osiemdziesiąt lat z okładem). Poszukaj sobie młodej
dziewczyny…

– Kiedy ja wolę z tobą, babciu. –
Jeszcze więcej łez. I tańczymy. Boże! Przebacz wścibskim
reporterom.

– Jak dostać się, babciu, do Morón? –
Zdziwienie.

– A masz tam kogoś?

– Znajomą. – I wymieniam nazwisko.

– Santa
Madonna! Przecież ja także ją znam. Ale tam u nich
teraz kryminał, ciężka sprawa…

Nazajutrz przycupnęliśmy w kąciku i babcia
otworzyła przede mną serce.

Z początku rozprawiała o Polakach w Buenos
Aires, o tym, jak poznała w klubie przy Serrano Witolda
Małcużyńskiego, jak dostała książkę z autografem od
Gombrowicza, który, można powiedzieć, często i trochę
za dużo pijał z jej mężem, Władysławem Orewczykiem,
współwydawcą i redaktorem technicznym antykomunistycznego
tygodnika „Głos Polski”. Mąż – nie to co ona –
wykształcony był pieruńsko, umiał się wyszczególnić w mowie
i piśmie, łacinę znał ponadto i hiszpański. Trzepał, nie
przymierzając, jak automat, ale fałszywie, syneczku, fakt! Jakem
była w Polsce, sama się na własne oczy przekonałam, że nie
ma nędzy i bezprawia, że można spokojnie słuchać Wolnej
Europy… Aha! Świeć, Panie, nad jego duszą! Justyny Bajdor
trzeba się zapytać, jak wspaniałym wszakże i uczynnym
był człowiekiem – grosza pożyczył, ostatnią kapotę
z grzbietu ściągnął. Pierwszy mąż Bajdorowej często
u nich bywał na kolacji. Drugi już nie. Wiadomo… bogacz,
południowiec, właściciel zakładu pogrzebowego. Czekał tylko,
persona negra, żeby ktoś kipnął na ulicy,
bo miał z tego pieniądze. Nikt na dobrą sprawę nie wierzył
w jego francuskie pochodzenie. Czarne toto jakieś takie, skryte,
wredne… oczyskami ino łypie dookoła…

Grzechem Justyny Bajdor, kobiety dobrej
i szczerej jak złoto, była jej wielka naiwność. Kto to
widział, żeby się tak żenić z pierwszym lepszym. Ona,
señora Orewczyk, miała pod tym
względem czujne oko. No bo weźmy dla przykładu obydwu jej
mężów. Pierwszy…

I od tej chwili babcia mówi już wyłącznie
o sobie.

Pochodzi z Przasnysza, z wielodzietnej,
biednej rodziny. Jako młoda dziewczyna wyruszyła za
chlebem do Francji. Niańczyła dzieci w Paryżu, prała,
gotowała. Odkładała pieniądz, żeby ściągnąć
z Polski narzeczonego, który „podpadał, synuś, pod wojsko,
ale ciachnął sobie trzy palce i przyjechał”. Na swoje
nieszczęście. Ledwo zdążyli się pobrać, musiał iść
z Fochem na linię Maginota, gdzie poległ od niemieckiej
kuli.

Była w ciąży – dziecko zmarło
później na zapalenie płuc. Straciła posadę „
u państwa”, przebiedowała parę lat. Nabrała urazy do
Francuzów. Przygarnięta przez rodzinę rosyjskich emigrantów
popłynęła w 1930 roku do Ameryki.

Widziała Brazylię, Urugwaj
i Paragwaj, wreszcie osiadła
w Buenos Aires. Tu,
w Domu Polskim przy ulicy Serrano, poznała swojego drugiego
męża.
W Polsce studiował medycynę,
w Argentynie zaczynał jako inkasent gazowy. Potem dostał się
na linotypy. Wielkie serce miał do dziennikarstwa. „Głos
Polski”, najważniejszy, największy
i najstarszy organ argentyńskiej Polonii, był wówczas
przychylny Ojczyźnie. „Nie to, co teraz, synku – żółć,
donos
i kłamstwo! Czytali go niegdyś, czytali!”

Co się tyczy mężowskich upodobań –
kochał ciasteczka waniliowe i mleko. Potem nauczył się pić
wino i grać w ruletkę. Spłukał się, biedaczysko, kilka razy,
ale ona umiała dorobić kucharzeniem, które uprawiała także
po wojnie w Ambasadzie Polskiej.

Żyło się im dostatnio i pogodnie aż do
chwili, kiedy „Władzio trzasnął w krzyżu”. Sprzedała
duży dom, kupiła mały, co zostało, poszło na
doktorów. Wyleczyli go z dysku w trzy lata.

Wrócił do redakcji.

Cierpiał, że żona wydała przez niego tyle
pieniędzy. Całe sto tysięcy pesos…
Postanowił odrobić straty i wszedł w komitywę z paszkwilanckim
publicystą Włodzimierzem Taworskim. Przyprowadził go któregoś
dnia do domu, obaj „pod muchą” i Taworski powiada:

– Robimy, kochana, z Władkiem interes!

– Jaki?

– Fermę hodowlaną zakładamy.

– A opłaca się to, panie Włodziu?

– No pewnie, kochana! To jest prawdziwa
kopalnia złota, mina de oro.

Mieli włożyć w sprawę po dwieście tysięcy,
Orewczykowie sprzedali w tym celu dom, Taworski rozłożył
ręce i zameldował, że nie udało mu się zdobyć gotowizny,
a bank odmówił mu kredytu.

Tak czy owak – kupili fermę w okolicach
Moreno. Mieszkali jak gauchos w podszytej
wiatrem szopie. Taworski grzał równo wódeczkę i pisał „
z czapy” cierpkie artykuły o Polsce Ludowej, oni zaś doglądali
jak dzień długi inwentarza.

Chryste, czego tam nie było! Dziesięć
tysięcy żyjątek! „Conejos,
syneczku (króliki), gallinas (kurczaki),
patos (kaczki), pavos
(indyki), powiadam ci – jazgot jak na tureckim weselu i nagle
mór w to strzelił z jasnego nieba, w dwa tygodnie wyzdychały
wszystkie sztuki”.

Spłukali się do zera. Taworski uciekł
przytomnie, Orewczyk padł przed żoną na twarz zapłakany
i nuże błagać:

– Pożycz mi, najdroższa, dziesięć
pesos!

– Po co ci, nieboraku?

– Na truciznę. Chcę natychmiast popełnić
samobójstwo!

Nie popełnił. Wrócili, każde do swojej
pracy – ona do kuchni w ambasadzie, gdzie zawsze okazywano jej
dużo ciepła, on do drukarni „Głosu Polskiego”, który
akurat zaostrzał kurs: RYCHŁA KLĘSKA KOMUNIZMU W EUROPIE,
niżej reklama: DR MARIANO RABINOWICZ. CHOROBY DRÓG MOCZOWYCH,
WENERYCZNE I SYFILIS

Nigdy już Orewczyk nie odzyskał
równowagi ducha. Rozpił się, popadł w melancholię,
stracił przekonanie do gazety, której gwałtownie ubywało
czytelników. Staraniem żony dorobili się małego domku
w San Justo, trzydzieści kilometrów od stolicy, ale i to
nie pokrzepiło biedaka. Żałował, że nie mają potomstwa,
przebąkiwał o śmierci. Coraz częściej wspominał Warszawę,
jakiś lasek brzozowy na Bielanach… Zbladł kiedyś, zakłuło
go pod mostkiem. Nim wróciła z lekarzem – nie żył.

Pogrzeb. Był rok 1967. Sprzedała
dom. Odczekała jeszcze kilka miesięcy, aby ubił się grunt pod
mogiłą i postawiła mężowi pomnik. Potem wykupiła bilet na
statek, spaliła portret Mieszka, spakowała toboły (pierzyna)
i rozpoczęła się jej nieprzerwana wędrówka przez ocean:
pięć razy z Buenos Aires do Gdyni i z powrotem.

* * *

Trzydzieści lat wcześniej piękna, wysoka, nadzwyczajnie
zbudowana dziewczyna
w skromnym lotniczym mundurku weszła ze swoim wujem pułkownikiem
do magazynu mody przy Kensington Road. Spędzili tam całą
godzinę, kupując tweedowy kostium
o wysokich, podwatowanych ramionach, zgodnie
z obowiązującą modą, oraz drogą wieczorową suknię
z ciężkiego atłasu.

Niewykluczone, że był to moment
przełomowy.

Justyna Bajdor doznała już od pułkownika
wielu dobrodziejstw – załatwił jej pracę w sztabie, zapisał
do szkoły, gdzie uczono rysunku i modelarstwa, chadzała z nim
wieczorami do kin i restauracji, przy czym płacił również
za jej mieszkanie. No, ale ta suknia! Trzeba znać charakter
kobiety.

Kiedy wystąpili razem na dorocznym balu
lotników, szykowna Polka zrobiła prawdziwą furorę i poczuła
do wuja wdzięczność. Swoisty rodzaj wdzięczności tak
przemożnej, że mając do wyboru wielu młodych, przystojnych
mężczyzn, którzy wodzili za nią, że tak powiem,
pałającym wzrokiem, przetańczyła całą noc w ramionach
pułkownika.

Toteż następnego dnia w magazynie przy
Kensington Road kupił pułkownik jeszcze jedną (białą tym
razem) suknię, no a tydzień później odbył się ślub.

Rodziny w Polsce o tym nie powiadomiono. Lepiej
było podawać im tę emocjonującą wiadomość listownie
i w małych dawkach. Ot, że się lubią, spotykają… Justyna
wprawdzie nalegała, aby jak najszybciej wracać do kraju –
było już przecież po demobilizacji, osłabła psychoza wojenna,
mundur, szczególnie obcy, dawał w Londynie coraz mniejsze
uprawnienia. Pułkownik miał jednakże inne plany.

Mówił, że czas do powrotów nie
najlepszy. Rozsądniej będzie trochę poczekać. A jeszcze
rozsądniej wyjechać do Argentyny… Wszyscy jadą, dorabiają
się majątków. Wie oczywiście, że Justyna tęskni za
matką i braciszkiem, ale można ich przecież ściągnąć do
siebie.

Inteligencja nieraz chadza w parze
z naiwnością. Mając solidne mężowskie zapewnienie, że
tak czy inaczej połączy się z rodziną, wsiadła Justyna
z pułkownikiem na statek i w końcu czterdziestego siódmego roku
wylądowała w Buenos Aires.

Nie było to wcale miękkie lądowanie. Niby
za naciśnięciem guzika pułkownik przestał być pułkownikiem,
a ona młodą damą od sztuk pięknych.

Podobnie jak większość emigracyjnej
generalicji i arystokracji musieli zaczynać od zera. Bo to już
taki kraj. I do dzisiaj nic się nie zmieniło. Przyjeżdżasz
jako inżynier czy doktor, a łapiesz za młotek lub
szpadel. Dużo jest takich życiorysów. O pozycji społecznej
nie decyduje wykształcenie, dyplom i bohaterska przeszłość,
ale stan posiadania. Żeby rozpocząć praktykę lekarską,
trzeba najpierw mieć swój gabinet, żeby błysnąć
zdolnościami organizacyjnymi, dochrapać się własnego
przedsiębiorstwa. Wszystko to wymaga czasu, samozaparcia,
żelaznego zdrowia, no i dokładnej znajomości języka,
w którym oni umieli tylko trzy słowa: buenos,
diasi amigos! Wkrótce
nauczyli się czwartego – adios.

Mniej więcej w okresie, kiedy opuszczali
stolicę, matka Justyny otrzymała w Polsce list z Londynu od
swojego najstarszego syna, który z opóźnieniem dowiedział
się o małżeństwie ukochanej siostrzyczki. Łzy padły na
papier. Niemłoda już kobieta załamała ręce i po krótkim
wahaniu wybrała się po radę do pewnej, także już niemłodej
niewiasty, która żyła samotnie w Warszawie przy ulicy
Żelaznej. Niebawem obie zasiadły do pisania.

Tymczasem Justyna powiła już pułkownikowi
dziecko. Mieszkali w Weronini za La Platą. On był ceglarzem,
zdobył zresztą w tym zawodzie wielką wprawę. Ona szyła,
robiła chałupniczo tapicerkę do aut, a jakiś czas po porodzie
nauczyła się również jeździć na koniu jak kowboj.

Ich znojne, choć niepozbawione uroków
bytowanie zakłócone zostało chorobą synka, który zatruł
się jadem kiełbasianym. Przewieźli go do angielskiego
szpitala w Buenos Aires i nie wrócili już więcej do La
Platy. Po drodze rozminęli się z listem od matki, który –
przeadresowany w stołecznym Domu Polskim przy Serrano – szukał
ich w Weronini. Po kilku tygodniach, ponownie przeadresowany,
rozpoczął swój come back do Buenos, gdzie
oni klepali biedę w wynajętym pokoiku na przedmieściu.

Człowiek, który im ten lokal naraił,
niejaki Ludwik Martin, podawał się za Francuza i sprawiał
doprawdy imponujące wrażenie. Postawny, choć niewysoki,
przystojny, choć z lekka już łysawy. Carlo Ponti, można
powiedzieć, patrząc na zdjęcie. Trudnił się na co dzień
sprzedażą nieruchomości. Miał gest. Przynosił Justynie
całe kosze owoców dla dziecka, wręczał ukradkiem pieniądze
eks-pułkownikowi, które ten przepuszczał w restauracji Domu
Polskiego.

Nawiasem mówiąc, w owym domu mieściła
się również (i mieści) redakcja i drukarnia wydawanej przez
Orewczyka gazety, a także wiele innych placówek: różne
sekcje artystyczne i sportowe, biblioteka, sala teatralna,
Stowarzyszenie Polskich Inżynierów i Techników, Klub Polek,
Polska Macierz Szkolna oraz Związek Inwalidów Wojennych. Miałem
później okazję odwiedzić ten dom i restaurację. Atmosfera,
trzeba przyznać, międzywojenna!

– Panie hrabio!…

– Panie mecenasie!…

– Całuję rączki pani doktorowej!

– Zosieńko, admirał znowu zostawił
okulary!

– Nie widziałeś, kochasiu, profesora
Pikulskiego? A może raczej profesorowej Pikulskiej?

W stopce „Głosu Polskiego” – „La
Voz De Polonia” – profesor Maria Teresa Pikulski figuruje
jako director responsible, redaktorem
naczelnym zaś jest Jan Janusz Fig. Zamieścili oni w numerze z 12
sierpnia 1977 roku artykuł wstępny Stanisława Kozaneckiego pod
zniekształconym nieco przez drukarnię tytułem Siła
i słabość marksizmu.

Styl, który można by określić jako
filozoficznie pokrętny:

IDEA, która pokazuje palcem
na istniejącą niesprawiedliwość ipso
facto pokazuje na siebie jako na antidotum tejże
niesprawiedliwości i staje się z czasem synonimem tejże
SPRAWIEDLIWOŚCI.

Niżej reklama:

JEŚLI chcesz wtrąbić dobrego bifa, jedź do
„dziesiątki”, o nic nie pytaj. Tak jak w Warszawie albo we Lwowie, bif na to wszystko sam
ci ODPOWIE!

Sporo pił eks-pułkownik w końcu lat
czterdziestych, często również z mężem mojej okrętowej
babci, redaktorem Orewczykiem. Którejś nocy wrócił do domu
pod gazem i zastał Justynę we łzach.

Z miejsca tknęło go złe przeczucie i – jak
to w takich wypadkach bywa – momentalnie wytrzeźwiał.

– Co się stało?

– Zobacz!

I podała mu wymięty, pokreślony,
postemplowany list.

Wierzę, że zbladł. Wierzę również,
że gdy podnosił papier do oczu, dygotały mu ręce i że
chwilę później pod tym silnym, odważnym, zaprawionym
w bojach człowiekiem ugięły się nogi. Bynajmniej nie w sensie
przenośnym.

Bo też surowy przeczytał wyrok:

Córko moja kochana! Popełniłaś śmiertelny grzech,
wychodząc za wuja, który jest zwykłym bigamistą i oszustem. Przecież ciotka Hela żyje!

Był także dopisek od pierwszej pełnoprawnej żony
pułkownika:

Dziecko drogie! Ja ze swej strony wszystko
Ci przebaczam, tak jak nigdy nie potrafię przebaczyć
Stachowi. Jesteś podobno w ciąży? Na miłość boską, opamiętaj się,
Justynko, i wracaj!

* * *

Statek stał pięć dni
w Rotterdamie, gdzie brał fracht do Santosu i Porto
Alegre. Następnie rozpoczął bezpośredni, czternastodniowy
przelot przez Atlantyk. Kiwało trochę w Zatoce Biskajskiej,
potem niebo wypogodziło się, a morze uspokoiło, pokazały się
delfiny i latające rybki, a jedna pani narobiła wrzasku, że
widziała wieloryba. Innym znowu razem wynurzyła się u burty
groźna rekinia płetwa. Wszyscy wybiegli na pokład, żeby ją
podziwiać, a szef kuchni, równy gość i doskonały fachowiec,
nadział na hak kawał krwistej wątroby i ciskając przynętę
do wody, próbował złowić żarłacza.

Zostawiliśmy za sobą Wyspy Kanaryjskie,
otarliśmy się o Wyspy Zielonego Przylądka. Afryka zaczęła
oddalać się, Ameryka przybliżać. 21 lipca minęliśmy
Zwrotnik Raka i znaleźliśmy się w sferze tropiku. Ludzie
stracili nagle humor i apetyt, nie pomogło tropikalne wino
(a tropical fine red dry wine), które wedle
specjalistów z Instytutu Medycyny Morskiej poprawia samopoczucie
i reguluje ciśnienie.

Prawdę mówiąc, tylko babcia oparła się
gwałtownej rotacji klimatów. Jadła po staremu albo nawet
i więcej. Stoję sobie kiedyś na pokładzie, patrzę – wyciąga
zza pazuchy kawałek razowca, drobi okruszyny, ugniata kuleczki
i wkłada z powagą do ust.

Ja do niej:

– Znajdzie przecież babcia w pentrze masło,
ser, kiełbasę…

A ona:

– Chleb jest najważniejszy, synku. Nie ma
to jak polski chleb. Już go pewnie nigdy nie zobaczę, muszę
najeść się na zapas…

– Eee, znowu babcia wróci do kraju!

– Nie wrócę. Zresztą… sama już nie wiem,
gdzie jest mój prawdziwy kraj. No i śmierć mi już dmucha
w oczy, syneczku.

– Jaka tam śmierć! Stu lat babcia
dożyje.

– Obyś się mylił!

– Czemu?

– Nie daj Bóg! Kto mnie wtedy pochowa? Już
i tak wszyscy moi znajomi poumierali, jedna mi tylko koleżanka
została.

– Do niej babcia jedzie?

– Tak. Zapukam, powiem „dzień dobry”
i znajdzie mi chyba jakiś kąt.

– A wtedy, dziewięć lat temu, no… po
tej kłótni z rodziną w Polsce, gdzie się babcia udała?

– Aaa, do innej koleżanki w Buenosie. Już
nie żyje.

– Jak to się stało, że babcia znowu
pojechała do Polski?

– Bo to jest tak, synku, że jak po
sześćdziesięciu latach wracasz nagle w rodzinne strony,
wszystko wydaje ci się inne i obce – nie poznajesz
miasta, nie poznajesz ludzi, nie poznajesz nawet najbliższej
rodziny. Myślisz sobie: co ja tu robię? I uciekasz. A potem,
za oceanem, znowu łapie cię tęsknota, bo teraz znasz już
to rodzinne miasto, znasz ludzi, pamiętasz twarze, masz o czym
dumać po nocach…

– I tylko dlatego?

– Nie. Siostra pisała raz za razem: wracaj,
będziemy już dla ciebie dobrzy!

Zatem znowu spakowała toboły (pierzyna), załatwiła sobie
w banku przelew renty na konto warszawskie, wykupiła bilet,
uściskała koleżankę, której już nigdy nie miała
zobaczyć,

i w  drogę!

Rodzina mieszkała teraz, a jakże,
w stolicy. Wszyscy razem – siostra, szwagier, siostrzeniec
z żoną i dzieckiem, zajmowali trzypokojowy lokal na
Bielanach. Babcia posiadała jeszcze gotówkę i doszła do
wniosku, że najlepiej będzie, jeśli kupi sobie własne
mieszkanie.

Spotkało się to
z aprobatą rodziny. Dalejże szukać odpowiedniego lokalu! Babcia
chciała kawalerkę, rodzina (faktycznie bardzo dla
niej serdeczna) sugerowała M-3. Babcia miała na myśli
spółdzielnię własnościową, rodzina, bo to szybciej,
radziła transakcję prywatną. Babcia, bo taniej, była za
przedmieściem, rodzina za dzielnicą centralną. Babcia za
niskim piętrem, rodzina za wysokim.

Znaleźli wreszcie jakieś kompromisowe
mieszkanko. Babcia liczy już pieniądze, a tu rodzinka mówi,
że wraz z nią trzeba będzie zameldować siostrzeńca.

– Niby dlaczego?

– Żeby nie przepadło, jak umrzesz.

Babcia poczuła się głęboko urażona,
a przy tym również nieufna. Zaczęła podejrzewać, że
skoro tylko kupi mieszkanie, wtarabani się tam za nią kilka
osób. Spakowała zatem po cichu toboły (pierzyna) i uciekła
najbliższym statkiem.

Już w drodze zaczęły trapić ją wyrzuty
sumienia. Przecież rodzina naprawdę była dla niej dobra…
Przecież ma już siedemdziesiąt parę lat i naprawdę w końcu
umrze, więc co w tym dziwnego, że siostrzeniec chciałby
dostać po niej jakiś spadek? Oj, nieładnie postąpiła,
nieładnie! Złoży kości na obczyźnie, grosz, niewielki
wprawdzie, ale zawsze, dostanie się komu nie trzeba, kwiatów
nikt nie przyniesie na cmentarz, marnej świeczki nikt na Todos
los Santos nie zapali…

Ledwo zeszła na ląd w Argentynie, wystosowała
do rodziny długi i rzewny list.

Niebawem też otrzymała odpowiedź: nie
gniewają się wcale! Kochają, tęsknią, zapraszają, mają
nawet dla niej na oku doskonały interes!

Przez dwa lata babcia opierała się pokusie
w myśl dewizy: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Mocno jednak
dokuczała jej samotność. Przyjaciółki wykruszały się
jedna po drugiej, pies, którego kupiła od hycla, wpadł
pod samochód. Chciała mieć przynajmniej jakieś zajęcie,
ale na pracę
w kuchni była już za stara…

Znowu więc któregoś dnia, objuczona
jak wielbłąd (pierzyna), wsiadła na pokład polskiego
statku. Wywołała tym zresztą sensację wśród marynarzy, bo
ze słyszenia i z widzenia wszyscy już na tej linii ją znali –
kapitanowie, ochmistrzowie, agenci, pracownicy biur turystycznych
i placówek konsularnych, władze celne i straż graniczna. Cud,
że nie wpadła dotąd w oko żadnemu dziennikarzowi.

W porcie gdyńskim powitał ją szwagier
z siostrzeńcem. Pocałunki, kwiaty. Własnym dużym fiatem
zawieźli ją do Warszawy. Po drodze spytała, o jakim interesie
w liście była mowa, a szwagier na to:

– Mieliśmy dla ciebie okazyjne
mieszkanko.

– A teraz już nie macie?

– Mamy.

– Gdzie?

– W Nowym Dworze.

– Ładne?

– Sama zobaczysz.

Zobaczyła wielopokojowy dom bez kaloryferów
i gorącej wody. Siostrzeniec, inżynier chemik skądinąd,
dostał już własne M-4 na Pradze i nie próbował zameldować
się u babci. Jego wzrok sięgał dalej.

– To jak? Kupujemy? – dopytywał
szwagier.

– Nie wiem…

– Jak to nie wiesz? Drugiej takiej fuchy
nie trafisz!

– A co ja tu będę jadła?

– O to się nie bój! Sprawisz sobie dużą
lodówkę, porobisz zapasy, my ci zawsze podrzucimy coś
z miasta.

– Wolałabym jednak Warszawę…

– Kobito! – zdenerwował się szwagier. –
Wiesz, ile teraz kosztuje w Warszawie pakamera?! Za byle ciupkę
sześć tysięcy dolarów wybulisz!

Babcia wahała się jeszcze jakiś czas,
a i serce ją bolało, że nie kupiła mieszkania wcześniej,
kiedy ceny były o połowę niższe. Jak tu wydać teraz taki
grosz… No, ale znowu jak nie wydać, to co zrobić? Nowy Dwór
zupełnie jej nie odpowiadał – bała się mieszkać samotnie
na uboczu przy błotnistej, niewybrukowanej drodze, gdzie tylko
psy szczekały i hulał wiatr.

Koniec końców zamieszkała u siostry,
czekając na lepszą okazję. Dała parę ogłoszeń do prasy
– może coś z tego wyniknie, może szwagier znowu coś
znajdzie? Przy każdej sposobności przepraszała rodzinę
za kłopot, jaki im sprawia, no i za własne niezdecydowanie
w kwestii kupna lokalu. Atmosfera była napięta – szwagier
bluźnił po kątach, siostra sarkała. Drobne upominki z Peweksu
nie łagodziły urazy. Wpadła jednak na szczęśliwy pomysł
– wyjedzie do Argentyny, tym razem na zawsze! Zainwestuje
wszystko, co ma, w jakiś skromny domek i ściągnie do siebie
siostrzeńca. Inżynier chemik bez trudu znajdzie un
trabajo. Popracuje parę lat, dorobi się
i wróci. Jeśli babcia tymczasem umrze – pochowa ją na cmentarzu
obok męża (już ona zaraz wykupi tam plac). Odziedziczy też
po niej dom, z którym może robić, co mu się żywnie podoba
– sprzedać go, zostawić, wydzierżawić…

Spodobał się pomysł siostrzeńcowi, spodobał
jego żonie i całej w ogóle rodzinie. Toteż babcia odsiedziała
jeszcze w Warszawie parę miesięcy, po czym spakowała toboły
(pierzyna), pojechała do Gdyni i witana serdecznie przez
załogę, wsiadła na pokład polskiego frachtowca.

* * *

Najpierw doszło do prawdziwej
separacji, później zaś do nieprawdziwego rozwodu. W świetle
prawa polskiego pułkownik nie mógł być mężem Justyny,
aczkolwiek nie zmienia to faktu, że był najprawdziwszym ojcem
jej dziecka.

Rozstanie nie przyszło obojgu łatwo: on –
człowiek honoru, troskliwy, w zaawansowanym już wieku – wył
jak kojot po nocach, tłukł głową o ścianę, pił, próbował
się truć. Ona natomiast – ukarana z powodu swojej naiwności
i bezgranicznej ufności do świata i ludzi, którzy jeśli tylko
nie byli Niemcami, jawili jej się bez wyjątku jako święci,
także popadła w głuchą rozpacz. Pierwsze siwe włosy,
pierwsze zmarszczki, pierwszy lęk przed życiem. Kochała go
przecież. Był jej potrzebny.

W dzisiejszych czasach niejedna kobieta
przeszłaby nad tym do porządku dziennego: ano, ma tam
jakąś żonę, choćby ciotkę – trudno! Grunt, że jest ze
mną! Dawniej jednak maszyneria serca i mózgu pracowała nieco
inaczej. Pewne rzeczy były nietykalne, pewne konsekwencje –
logiczne. Zaparła się więc. Żadnych przebaczeń! Synek był na
tyle duży, że rozumiał i płakał, ale i to nie pomogło. Nie
chciała nawet przyjąć alimentów. Ot, wróciła do krawiectwa
z żelaznym postanowieniem, że czym prędzej zarobi na bilet
i wyjedzie z dzieckiem do kraju.

Na wsparcie argentyńskiego Związku
Polaków nie miała co liczyć. Prędzej by jej zafundowali
armatę niż podróż do komunistycznej ojczyzny. Siedź tu
i czekaj. Już niedługo Anders zrobi tam porządek. Wtedy wszyscy
wrócimy!

Pomagał jej natomiast człowiek, który
uchodził za Francuza, niejaki Ludwik Martin. Po staremu
przynosił owoce dla syna, nieraz kwiaty. Pożyczał na
czynsz. Wreszcie poszła z nim do kina. Później znowu do Klubu
Juana Cordoby, gdzie przy dźwiękach zadzierżystych zespołów
goście ciągnęli szklanicami chłodne czerwone wino i tańczyli
La Palomę. To w zwarciu, to na dystans,
to na dystans, to w zwarciu… i tak zostali kochankami.

Trzeba od razu wyjaśnić, że nie kłóciło
się to z sumieniem Justyny. On niby stary kawaler, ona w zasadzie
panna. On stateczny, za dziwkami nie latał, ona znowu nie
z waty. Naiwność naiwnością, ale pruderii to w dziewczynie
nie było za grosz. Była za to wrząca krew. Nie polowała
bynajmniej na męża, nic z tych rzeczy. Martin jednak polował
na żonę.

Strzęp dialogu:

– Niestety, muszę wyjechać,
kochany…

– Gdzie?

– Do Polski.

– Po co?

– Matkę tam mam i brata.

– To żaden szkopuł, dziecinko –
powiedział niejaki Ludwik Martin i przyrzekł Justynie dokładnie
to samo, co niegdyś obiecywał jej pułkownik:

– Sprowadzimy ich do Argentyny!

Nieco później próbowała go
przycisnąć:

– Kiedy?

A on:

– Za rok, dwa…

Wtedy trafił ją serdeczny szlag i najchętniej
z miejsca wsiadłaby na statek, ale… no właśnie,
nie miała biletu i była już w ciąży.

Skoro tylko Maria Rosita przyszła na świat,
szczęśliwy ojciec najął dla niej argentyńską mamkę,
Justyna Bajdor zaś podjęła temat:

– Dasz sobie jakiś czas radę beze mnie,
jadę do Polski.

Zgodził się:

– Si! Ale przedtem
pojedziemy do Meksyku.

– Nie rozumiem.

– Pobierzemy się wreszcie, jak Bóg
przykazał.

– A tu nie możemy się pobrać?

– Wiesz, te twoje perypetie z pułkownikiem…
No i będziesz miała przynajmniej podróż poślubną.

O takiej podróży inna
muchacha mogła najwyżej pomarzyć. Był
Urugwaj, była Brazylia. W wenezuelskim porcie Maracaibo
przesiedli się na prom, który opłynął Jamajkę, zahaczył
o Kubę i wysadził ich w meksykańskim mieście Veracruz. Wstąpili
do kościółka przy zakazanej ulicy – mrok mimo pełnego
dnia. Święci z Drogi Krzyżowej mieli smagłe, lubieżne twarze,
Jezus Chrystus przypominał Indianina na palu męczarni.

Dziwnie się czuła, kiedy Ludwik konferował
z księdzem na stronie – pokazywał mu różne dokumenty,
tamten oglądał je pod światło, kręcił głową. Wreszcie
szelest banknotów
i brzęk złota… Meksyk przecież był
i jest krajem, gdzie nietrudno
o katolicki ślub,
i to bez względu na okoliczności.
A bądźże sobie Włochem, który popełnia bigamię, bądź
muzułmaninem, któremu bigamii popełnić nie sposób, choćby
miał czterdzieści żon. My tu nawet, proszę bardzo, ożenimy
Chińczyka
z Pigmejką, byle tylko pokazali jakiś świstek pro forma, no
i potrząsnęli kiesą.

Wracali przez Kolumbię, Peru i Chile,
zatrzymując się często. Cała podróż trwała siedem
miesięcy. Córeczka w Buenos mówiła już pojedyncze słowa po
hiszpańsku, chłopak chodził do szkoły. O wyprawie do kraju
Justyna przestała chwilowo wspominać – raz, że dosyć miała
wyjazdów, dwa, że niejaki Ludwik Martin mocno wysupłał się
z grosza.

* * *

Zgodnie z planem babcia Orewczyk
zlikwidowała konto w Banco Polaco i pół darmo, za 114
tysięcy pesos, kupiła piękny, nowy, niewykończony jeszcze
domek w dzielnicy Federico Lacroze. Znawcy przedmiotu zdziwią
się zapewne, jeśli dodam, iż człowiek, który jej to cudo
sprzedał, był Murzynem. Nie chodzi o to, że Murzyni są
biedni i mieszkają w slamsach. Chodzi o to, że w ogóle ich tam
nie ma. Prędzej spotkasz w Buenos białego niedźwiedzia niż
czarną gębę. Jeśli ktoś powie ci inaczej – kłamie!

– Nie lęgną się jakoś – twierdzi babcia
– Murzyny w Argentynie. Przetrzebiło ich zimno i malaria. Mocno
się zdziwiłam, jakem go pierwszy raz zobaczyła – sympatyczny,
kształcony, troszkę chyba nieśmiały. Budował ten dom dla
rodziny, ale pożarł się z żoną Mulatką, przewrotną
i wredną, jak to często z mieszańcami bywa. A, myśli sobie,
starczy mi jakiś mniejszy lokalik, ten niech idzie do ludzi. Sto
piętnaście tysięcy chciał z początku, ale pofolgował. Sama
go wykończyłam. Dwa wejścia, dwa duże pokoje na dole,
dwa mniejsze na górze, balkonada, kraty w oknach, śliczne
drzewka w ogródku, raj prawdziwy, synuś, w spokojnym zakątku,
to wysłałam do siostrzeńca telegram: przyjeżdżaj!

Tam jednakże, w Warszawie, rozpętało
się piekło. Inżynier chemik miał wprawdzie promesę wizy
argentyńskiej, na którą trzeba nieraz czekać cały rok,
ale brakło mu za to innego przyzwolenia. Podpuszczona przez
koleżanki małżonka straciła nagle serce do sprawy: – Ja tu
się będę męczyć z dzieckiem, a ty, draniu, weźmiesz tam
sobie jakąś ździrę i nie wrócisz! Nie, mowy nie ma! Albo
razem jedziemy, albo wcale!

Nie pomogły gwarancje teściów, nie
poskutkowały mężowskie lamenty. Zawzięła się dziewucha
i koniec! Nie dała mu pisemnej zgody. Wystosowano zatem do babci
list: sprzedaj dom, oby dobrze, i w drogę!

– No jużci! – pomyślała babcia. –
Sprzedać taki piękny edificio? –
I przez kilka miesięcy dzielnie wytrwała na posterunku.

– A później, babciu? – pytam.

Milczy, wsparta plecami o maszt
wentylatora. Przeciąga się to milczenie. Jesteśmy już
u brzegów Brazylii. Nad nami duszna tropikalna noc. Księżyc
łazi w chmurach, ukazuje się nieraz Krzyż Południa. Gdzieś
w ciemnościach, na niższym pokładzie, słychać śmiech
marynarzy, którzy skończyli akurat wachtę. Żona profesora
z Pelotas i matka inżyniera z São Paulo spacerują nerwowo
od burty do burty. Młody luterański pastor modli się bez
żenady do gwiazd. Coś się zbliża. Dobrego, złego? Za trzy
dni będziemy w Santos. Czy ktoś tam już czeka na nas? Ucieszy
się, zmartwi, uśmiechnie, wykrzywi?

Babcia wzdycha głęboko. I nagle, ku mojemu
zaskoczeniu, zaczyna mówić głośniej i bardziej oficjalnie
niż dotąd.

– Pan pewnie myśli: głupia baba!

– Nic takiego nie myślę.

– Aha! Że snuję się z miejsca na miejsce,
bo lubię pływać i nic lepszego nie mam do roboty…

Protestuję. I jednocześnie przyznaję w duchu,
że o to ją właśnie posądzam – pokochała polskie statki
– papu pod ręką smaczne i obfite, towarzystwo, słońce,
leżak, piękne widoki.

– Jak pan będzie miał osiemdziesiąt trzy
lata, to pan zrozumie, co znaczy pusty dom.

– Matko! Znowu go pani sprzedała?

– Tłukłam się z kąta w kąt, spać nie
mogłam. Namawiałam koleżankę, żeby się do mnie sprowadziła,
ale ona wolała swoje mieszkanie, no i musiała pilnować
studentki, której wynajęła pokój. Nudzisz się – powiada
– przyjeżdżaj do mnie, kiedy chcesz. Tyle że jechało się
tam godzinę: metrem do Plaza de Mayo, dalej autobusem. Nie na
moje zdrowie takie wyprawy. Tłok w metrze, ścisk w autobusie,
miejsca nikt staremu nie ustąpi. Ze trzy razy wszystkiego
byłam. Potem sąsiadka przyprowadziła mi angielskiego profesora,
który szukał kwatery na rok. Pytam:

– Z familią?

– Tak.

– Na pół roku mogę panu wynająć.

To odszedł, ale zaraz wrócił.

– Biorę.

– Płatne z góry.

– W porządku.

Czek mi podsuwa. Nie! Wolałabym
gotówkę. Dołożyłam trochę, kupiłam bilet. I od razu było
mi lżej.

Myśli sobie: może przekonam jakoś żonę
siostrzeńca. Takie sprawy trzeba załatwiać na pysk. Tak czy
siak, ugrzeję się trochę przy rodzince, Warszawę zobaczę,
do lekarza pójdę po recepty…

Toboły (pierzyna) i na statek, który witał
ją niczym matkę chrzestną. W Gdyni pani Mindykowska z biura
pasażerskiego PLO ucałowała staruszkę w obydwa policzki. Nie
ma przecie jak Polska – tyle serca od obcych ludzi! Zadyszki
babcia ze wzruszenia dostała. W Warszawie jednak ją z tego
wyleczyli:

– Ile wzięłaś za dom? – spytał szwagier
od progu.

– Nie sprzedałam go wcale.

– Co?

I parę sekund ciszy. To babcia mówi:

– Może Józio (siostrzeniec) będzie mógł
jeszcze pojechać?

– A po diabła! Tam u was teraz podobnież
nic zarobić nie idzie, brud, smród, nędza i ubóstwo.

Zabolały babcię te słowa. Szwagier nigdy
delikatnością nie grzeszył, ale żeby tak, na powitanie… No
i Argentyna to przecież piękny kraj – śnieg na południu,
tropik na północy, góry, woda, pustynie, lasy, co dusza
zapragnie…

– Ludzie u nas gościnni i grzeczni –
powiedziała babcia z przekąsem.

– Tak? To po co przyjeżdżasz do nas?!

Zaraz też siostra przystąpiła do
rzeczy:

– Masz w ogóle jakieś pieniądze?

– Trochę mam, no i Banco Polaco będzie mi
przelewał rentę.

– Banco Polaco? A jak nam chcesz za mieszkanie
płacić? W złotówkach?

W babci się zagotowało.

– W ogóle ci płacić nie muszę! Odbierz
sobie z tego, coś mi winna.

I nie panując nad sobą, przypomniała siostrze
incydent sprzed pierwszej wojny światowej.

Otóż, jadąc do Paryża za chlebem,
sprawiła sobie na kredyt u Żyda kuśnierza elegancki płaszcz
– futrzane podbicie, kołnierz ze srebrnego lisa. Słowem,
drogi egzemplarz. Żyd gorąco ją namawiał: nie krępuj
się, kochana, bierz! Zarobisz, to odeślesz mi we frankach,
ja ci wierzę! Płaszcz wzięła na raty, więc później
musiała spłacać, wysyłając drobne kwoty na siostrzany
adres. Za każdym razem otrzymywała potwierdzenie: pieniądze
otrzymałam i przekazałam kuśnierzowi, który dziękuje i czeka
na resztę. Po wysłaniu ostatniej raty ulgę wielką poczuła
i przestała o tej sprawie myśleć. Aż tu któregoś dnia spotyka
na paryskiej ulicy rodzoną córkę kuśnierza. Rojza, krygując
się z lekka i czerwieniąc, powiada nieśmiało: Tate kazał
się pani kłaniać i przypomnieć grzecznie o długu…

Był to, jak twierdzi babcia, największy wstyd
w całym jej długim i uczciwym życiu, a zarazem największa
wściekłość. Nie dało się jej rozładować inwektywami,
którymi krasiła swoje listy do kraju, ani ukoić biadoleniem
siostry – ano, wypotrzebowałam się na dom, przepraszam! Będę
miała, to zwrócę.

No jużci! Nie zwlekając, przesłała babcia
(wówczas młoda dziewczyna) należność kuśnierzowi, a po wielu
latach, kiedy po raz pierwszy wróciła do Polski, powstrzymała
się wobec siostry od wymówek. Ale gdzieś tam, na dnie duszy,
uraza ciągle się tliła, czekając cierpliwie na okazję.

I oto wreszcie znalazła upust.

– Ja do ciebie taki szmat drogi –
krzyknęła zirytowana babcia – a ty tak mnie, złodziejko,
przyjmujesz?! Takaś mi, szachrajko, dobra?

Siostra miała na to odkrzyknąć:

– Ty smutna argentyńska wywłoko! Będziesz
mi tu wymyślać we własnym domu!

I obie, niemłode już wszak niewiasty,
rzuciły się na siebie z pazurami.

Nie trzeba dodawać, że tego wieczoru
nastąpiło między babcią i siostrą ostateczne zerwanie. Wedle
kanonów literackich staruszka powinna teraz wrócić do Buenos
Aires i raz na zawsze zaniechać kontaktów z rodziną. Życie
jednak pisze scenariusze bardziej pogmatwane niż najwybitniejszy
twórca powieści.

Babcia, owszem, pojechała do Argentyny
(pierzyna), jednak przedtem spędziła jeszcze cały letni
sezon u znajomej w Wejherowie i owa wielce rozsądna kobieta
podsunęła jej ciekawy pomysł.

* * *

Matka, która mieszka obecnie
w Łodzi, czekała na tę chwilę dwadzieścia pięć lat. Nie
sposób opisać, jak wielkie było wzruszenie, kiedy pewnego
wiosennego dnia sześćdziesiątego dziewiątego roku ujrzała
w holu dworca lotniczego Okęcie dwie przystojne, dziwacznie
ubrane kobiety.

Starsza miała na sobie czarny, szerokoskrzydły
kapelusz, skórzany płaszcz za kolana, sznurowane buty do pół
łydki na podciętych kowbojskich obcasach oraz biało-czerwony
długi szal z puszystej angory (znak rozpoznawczy). Co się
zaś tyczy młodszej dziewczyny, paradowała w jakiejś
chuście z wycięciem na głowę, opadającej frędzlami do
stóp i w łódkowatych mokasynach. Starsza była blondynką,
młodsza brunetką. Niepodobne. Starsza rozglądała się
wokół niepewnie, twarz młodszej zdradzała przede wszystkim
nienasyconą ciekawość.

Matka podeszła do nich i powiedziała:

– Tylko nie płacz, Justyno.

Kobieta w szerokoskrzydłym kapeluszu zbladła
i zachwiała się, jakby miała upaść.

W książkach i filmach takie powitania
skracane są zwykle do minimum, a i tak wypadają łzawo
i fałszywie. Najczęściej jest jakieś „och” albo „ach”
i koniec rozdziału albo ściemnienie. Akcja przenosi się
w inne miejsce i twarze bohaterów nie muszą już udawać
wzruszenia. Nie lada mistrza trzeba, aby przeciągnąć tego
typu scenę – nie wstydzić się łez, westchnień, uścisków,
pocałunków. Pokazać poszczególne fazy odkrywania się na nowo,
krótko mówiąc, z epizodu zrobić sekwencję, a z koniecznego,
choć niewygodnego łącznika – studium psychologiczne.

Justyna Bajdor vel Martin i jej
dziewiętnastoletnia córka Rosita spędziły w kraju dziesięć
dni. O ile nieznająca ani jednego polskiego słowa Rosita
szybko nasyciła się widokiem babki, o tyle Justyna do końca
pozostała na etapie powitań. A więc łzy, pocałunki,
westchnienia, uściski. Przejechały z Warszawy do Łodzi
i ani razu nie ruszyły się poza obręb mieszkania. Nie były
w Krakowie, nie były w Zakopanem. Kiedy Justyna się budziła,
matka przygotowywała w kuchni śniadanie i od tego momentu
rozmawiały nieprzerwanie. Wieczorem odwiedzał je regularnie
młodszy brat Justyny z żoną i kilkuletnią córką, a wtedy
przygasająca rozmowa nabierała nowych rumieńców.

Nietrudno odgadnąć, że poza wspomnieniami,
które szybko ulegają wyczerpaniu, trzonem wszystkich tych
rozmów były dyskusje i plany. Matka usilnie agitowała Justynę,
aby już teraz pozostała na zawsze w Polsce. Może do niej
dołączy także jej nieznany zięć, pan Martin. Justyna,
której stosunki z mężem układały się nie najlepiej,
byłaby nawet skłonna to zrobić, ale poza mężem zostawiła
w Argentynie także dwudziestotrzyletniego syna, który ożenił
się młodo z pewną Ukrainką i ma już nawet paromiesięczną
córeczkę. Jest jeszcze problem Rosity – nie zna języka,
uważa się za Argentynkę, a co najważniejsze – zostawiła
w Morón narzeczonego, za którym – o, popatrzcie tylko,
jaka blada – nie przestaje wzdychać. Lepiej więc będzie,
jeśli to matka (natychmiast, z miejsca!) poleci z nimi do Buenos
Aires. Nie spodoba jej się, to wróci, bilety nie są znowu
takie drogie! Jakieś szesnaście tysięcy złotych i tysiąc
sto dolarów w obie strony. Z nią, pasażerem dewizowym, gorsza
sprawa. Pół majątku na ten przelot wydała. Ludwik Martin
próbował powstrzymać ją wszelakim sposobem – błagał,
groził, Rosity z początku nie puszczał…

Aby wyjaśnić w końcu prawidła narracji,
muszę napomknąć, że właśnie wówczas przyszło mi poznać
Justynę Bajdor. Byłem po prostu kolegą jej brata Andrzeja,
architekta i muzyka jazzowego. Odwiedziłem go kiedyś, a on
mówi: chodź, dam ci wspaniały temat na książkę.

Żartował chyba. W każdym razie słuchałem
zwierzeń Justyny, która absolutnie nie krępowała się moją
obecnością. Miałem nawet prawo do pytań.

Strzęp dialogu:

– Dlaczego nie chciał puścić Rosity?

– Podejrzewał, że jak wyjedziemy razem,
to nie wrócę.

– Syn przecież został.

– Paweł? Oddalił się jakoś ode mnie,
przeprowadził do Mendozy. Jego nowa rodzina robi wszystko,
aby nas skłócić.

Wspominała również o kłopotach finansowych
Ludwika Martina. Nie jest już pośrednikiem w sprzedaży
mieszkań. Wstyd przyznać – otworzył zakład pogrzebowy
w Morón – trumny, wieńce, gabinet ostatniej posługi. Niby
zawód jak każdy, ale znajomi zaczęli ich trochę unikać. Coś
z nim nie w porządku – zamknął się jak ślimak, zdziczał,
kilkakrotnie odwiedziła go policja. Śmieszne… trzyma
w biurku żelazną kasetę na klucz. Wpada w szał, gdy ktoś
do niej podejdzie. Nie wiadomo, co tam jest – pieniądze,
biżuteria?

Każdy Argentyńczyk uważa po cichu Hiszpanię
za swoją drugą ojczyznę. Toteż po czułych i długich
pożegnaniach Justyna poleciała z córką do Madrytu. Potem
zwiedziły jeszcze Lazurowe Wybrzeże i spędziły dwa dni u brata
Justyny w Brighton. Wracając do Buenos Aires, señora Martin
podjęła w tajemnicy przed Rositą pewną wielce ryzykowną
decyzję.

* * *

Babcia bez trudu znalazła kupca
na dom, i to za podwójną cenę.

Nawiasem mówiąc, w Buenos Aires można
spotkać setki spryciarzy, których jedynym, intratnym zresztą
zajęciem jest permanentna przeprowadzka – z domu do domu,
z mieszkania do mieszkania. Kupujesz, dla przykładu, lokal
za sto tysięcy, żyjesz w nim rok czy dwa (samotnie lub
z rodziną) i sprzedajesz go za dwieście tysięcy, wprowadzając
się natychmiast do innego z góry upatrzonego lokalu, którego
cena z punktu zaczyna zwyżkować i który wkrótce również
zostanie sprzedany. I tak bez końca. Różnica, która po tych
transakcjach wpada do twojej kieszeni, w pełni pozwala cieszyć
się życiem – masz na wino, obiad, mecz piłkarski i rasowy
samochód.

Jakkolwiek proceder ten jest specjalnością
typowo argentyńską, babcia popełniła go całkiem
nieświadomie. Ot, napatoczył się reflektant, sam zaproponował
cenę, to niech mu będzie.

Kupiła bilet, wycofała pieniądze za plac na cmentarzu,
składając przy okazji głęboki pokłon mężowi. Spakowała
dobytek (pierzyna)
i po raz piąty, absolutnie ostatni, ruszyła
w długą drogę do kraju.

W Gdyni zachowała się nieszablonowo. Zamiast
do Warszawy, pojechała elektryczną koleją do Wejherowa. Znajoma
przyjęła ją z otwartymi ramionami i potwierdziła załatwienie
istotnego problemu. Babcia chciała niezwłocznie przystąpić do
dzieła, ale znajoma radziła działać powoli: co się będziesz,
kobitko, śpieszyć. Jeszcze się dosyć nasmucisz.

Spędziła więc babcia nad morzem dwa pogodne
tygodnie, spacerując i grając ze znajomą w garibaldkę. Dopiero
z końcem października pojawiła się cichaczem w stolicy.

Rodziny bynajmniej nie zawiadamiała. Kwaterę
sobie prywatną znalazła. Nazajutrz, w odświętnym ubraniu,
podreptała do domu spokojnej starości.

Budynek piękny, a jakże, przyjemne
pokoje. Uprzejmy kierownik wszystko jej pokazał
i wyjaśnił. Następnie w gabinecie lekarskim inny sympatyczny
pan w białym fartuchu poddał ją oficjalnym badaniom
i testom.

– Ano – powiada babcia – miło będzie
umrzeć w kraju. Rodzinie nie chcę siedzieć na głowie, sam
pan doktor wie, jak to jest… O swary nietrudno. Trzeci zawadza
drugiemu, pierwszy trzeciemu. Pieniądze, owszem, posiada:
renta, oszczędności. Starczy, żeby pobyt opłacić. Co po
niej zostanie, niech na Centrum Zdrowia Dziecka przekażą,
no i zrobi też niewielki zapis dla tej swojej wnusi, córeczki
siostrzeńca.

Z lekkim sercem opuściła
gabinet. Załatwione. Zostało tylko parę formalności.

Wraca sobie spokojnie do kwatery, aż tu nagle,
w bocznej uliczce, señor Los, przebiegły
szyderca, łapie ją z tyłu za kapotę.

Odwraca się babcia. Siostrzeniec!

– Chryste Panie! – krzyczy
z promiennym uśmiechem. – Co też tu robisz, ciociu kochana?!

– Mieszkam.

– Gdzie?

– U ludzi.

– I nawet nie zadzwonisz, nie
wpadniesz?!

– Od wczoraj dopiero jestem.

– Na stałe przyjechałaś?

– Tak.

– Dom sprzedałaś?

– Sprzedałam.

– I co, masz zamiar wiecznie mieszkać
u ludzi? – zapytał z troską siostrzeniec.

– Nie – odpowiedziała babcia wesoło. –
Lada dzień przenoszę się do przytułku.

Czoło inżyniera pokryło się
zmarszczkami.

– Żartujesz chyba?

– A skąd? Wszystko już ustalone! –
wypaliła nie bez satysfakcji. I żeby spotęgować wrażenie,
wymieniła nazwisko lekarza i adres instytucji.

Inżynier jeszcze bardziej zmarkotniał,
po czym wypogodził się raptownie i zaczął prosić:

– Wstąp do nas, ciociu.

– Dzisiaj nie.

– Zobaczysz Agnieszkę… Do przedszkola
już chodzi, wierszyki gada…

– Innym razem.

– Czemu? Przecież z nami się, ciociu,
nie kłóciłaś, tylko z matką…

– Teraz nie mam czasu – upierała się
staruszka. – Ale kiedyś tam do was wpadnę.

Rozstali się zatem bez złości i przez
najbliższych kilka dni dopinała babcia różne sprawy w banku
i ambasadzie. Odwiedziła również szereg warszawskich cmentarzy
w poszukiwaniu stosownego miejsca. Wszczęła pertraktacje
z kamieniarzami, zamówiła zdjęcie nagrobne.

Kiedy powtórnie, w ustalonym terminie,
zjawiła się w domu starców, uprzejmy kierownik i sympatyczny
lekarz przyjęli ją z rezerwą i zakłopotaniem.

– Stało się coś? – wydukała nieszczęsna
staruszka.

– Niestety.

– Padre nuestro! Mówcie,
panowie!

– Bardzo nam przykro, proszę pani, ale nie
możemy tak od razu pani przyjąć… Już nie chodzi tylko
o trudności z miejscami, lecz…

Babcia wrosła w ziemię ciężarem swoich
stu kilkudziesięciu kilogramów.

– Nie rozumiem.

– Ano, rodzina pani zgłosiła sprzeciw, szwagier
z siostrą byli
u nas przedwczoraj – wyjaśnił współczująco kierownik
i podsunął jej krzesło. – Twierdzą, że uległa pani
chwilowemu kaprysowi, że ma pani
u nich samodzielny pokój
i doskonałe warunki, że chcą
i muszą się panią opiekować, że
w żadnym wypadku nie mogą dopuścić, aby zamieszkała pani
w naszym ośrodku, gdyż wieść
o tym obiegnie szybko całą Warszawę, przynosząc im wstyd
i dyshonor…

– To łgarstwo – szepnęła babcia.
A potem ubyło jej trzydzieści lat, tupnęła nogą i powtórzyła
wrzaskiem. – Ohydne łgarstwo!

– Niewykluczone – zgodził się
lekarz.

– Chyba ja wiem najlepiej, gdzie chcę żyć
i gdzie mi będzie dobrze?

– To prawda.

– Jestem chyba wolnym człowiekiem?

– Oczywiście!

– Więc kto mi zabroni tu pozostać?

– Widzi pani – powiedział kierownik,
wyłamując palce. – Ja pani wierzę. Ja pani szczerze i gorąco
współczuję, podobnie jak obecny tu doktor. Ja chciałbym
pani przychylić nieba i zrobię wszystko, aby pani pomóc,
bo nie widzę w zasadzie przeszkód prawnych, ale muszę panią
uprzedzić: rodzina sugeruje, iż cały pani majątek należy
do niej i jeśli pani nie zaniecha swoich zamiarów, nie uspokoi
się i nie wróci, będą zmuszeni wytoczyć pani proces.

Babcia zemdlała. Bardziej pewnie
z nadciśnienia niż ze strachu. Kiedy się ocknęła,
oświadczyła sucho:

– Prędzej mi głowę odrąbią, łajdusy,
niż wyciągną ze mnie jedno peso.

Tydzień później była już u znajomej
w Wejherowie.

Justyna Bajdor vel señora
Martin zaczęła robić to, co robi większość kobiet na
świecie i czego nie toleruje żaden mąż, choćby był nie
wiem jakim pantoflarzem i ciamajdą. Na skutek podejrzeń,
które rozbudził w jej naiwnym umyśle starszy, mieszkający
w Anglii brat, przeczesywała kieszenie Ludwika. Jej podejrzenia
były upiorne.

Nie szukała bynajmniej śladów zdrady –
poplamionych szminką chusteczek, fotek, telefonów i sekretnych
liścików. Najbardziej interesowały ją dokumenty (które
Martin zawsze nosił przy sobie) i klucz do żelaznej kasety
w biurku.

Niewiele znalazła
w ciągu pierwszych paru lat, ale wystarczająco dużo, aby
podwoić starania. Weźmy choćby te zagadkowe, ukryte za
podszewką marynarki bilety do Montevideo. Przecież mówił,
że jedzie
w zupełnie inną stronę… Do Sierra de la Ventana bodajże,
gdzie miał załatwić
z dostawcą sprawę miedzianych okuć do trumien…
A zatem kłamał? Na pewno kłamał! Kiedyś zobaczyła go
niespodziewanie
w asyście jakiegoś ponurego osobnika – siedzieli
w samochodzie
z urugwajskimi znakami rejestracyjnymi
z takimi minami, jakby planowali zamach na Perona. Albo ten
dziwaczny telegram
z Canelones: „Żuraw przesyła pocałunki, chce jeść”. Albo
znowu ta pozornie bzdurna karteczka
z José Pedro Varela: autor wspominał
o pomarańczach
i gniewie bożym,
a niżej umieścił swoje inicjały A. G.
i czarny krzyżyk.

Telefony w nocy zawsze o pierwszej. Powtórna
wizyta policji. Obiad, na który Ludwik zaprosił komendanta
okręgu Morón. Przeciągłe spojrzenia, jakimi omiatali ją
zarówno polscy, jak i argentyńscy znajomi.

Wreszcie doczekała się okazji. Ktoś,
specjalnie czy przypadkiem, rozniecił ogień w składzie
drewna, który graniczył z zakładem pogrzebowym na parterze
ich domu. Sąsiad załomotał do drzwi o piątej rano,
krzycząc:

– Fuego, señor
Martin! Fuego!

Rozbudzony mężczyzna sięgnął po
spodnie na poręczy łóżka i półświadomy wkładał je na
siedząco. Potem zbiegł pędem ze schodów, a Justyna dostrzegła
w pościeli klucze.

Podeszła do okna. W szarówce poranka
incydent wyglądał niegroźnie – paru ludzi z wiadrami,
ani śladu ognia.

Znowu spojrzała na klucze. Wzięła je,
z bijącym sercem, minęła pokoik Rosity
i znalazła się
w gabinecie męża. Tu nie było już słychać okrzyków
z ulicy. Zapaliła lampę, otworzyła biurko
i wyjęła oburącz ciężką kasetę
i postawiła ją na wierzchu pod światłem.

Klucz miękko obrócił się
w zamku. Podniósłszy wieko, zobaczyła stosiki złotych monet
i trochę papierów. Jeden dotyczył spraw podatkowych, drugi był
aktem własności zakładu, trzeci – meksykańskim świadectwem
ich ślubu, czwarty stwierdzał czarno na białym, że Ludwik
Martin nie jest wcale Ludwikiem Martinem, obywatelem pochodzenia
francuskiego, ale Hansem Adolfem Schule z niemieckiego ojca
i turecko-żydowskiej matki, któremu władze okręgu z uwagi na
szczególne okoliczności pozwalają posługiwać się obecnym
nazwiskiem.

Justyna jak stała, tak usiadła. Krew waliła
jej w skroniach, zimny pot wystąpił na policzki. Już się nie
śpieszyła, strach zniknął. Z chłodną systematycznością
zaczęła przeglądać pozostałe dokumenty, które nie
szczędziły jej niespodzianek.

Niejaki Ludwik Martin przechowywał list od
dorosłego syna w RFN.

Był klasycznym bigamistą – prawowita żona,
Gretchen Schule, żyła sobie w najlepsze, bez rozwodu, z jakimś
Niemcem w Montevideo.

Justynę czekał jednak jeszcze straszliwszy
cios. Wprawdzie mówi się, że przestępcy niszczą wszelkie
kompromitujące dowody, ale ze świstków i karteluszków,
które wyciągała kolejno z kasety, nawet głupi mógłby się
domyślić, że jej mąż ma hitlerowską przeszłość, a jego
ręce są czerwone od krwi.

Wkładała akurat kilka tych karteluszków
do kieszeni szlafroka, kiedy usłyszała za sobą skrzyp
butów. Odwróciła się wściekła, bez najmniejszego
zakłopotania, i nagle jej wściekłość zamieniła się
w śmiertelne przerażenie.

Martin szedł ku niej z wyciągniętymi
rękoma. Uśmiechał się. Zdążyła krzyknąć, nim poczuła
na szyi obręcz jego krótkich, gorących palców.

* * *

W Santos pożegnaliśmy matkę
polskiego inżyniera z São Paulo i dwójkę pasażerów
niemieckich. Babcia ani razu nie zeszła na ląd, ale zdradzała
już pewne ożywienie – słuchała komunikatów radiowych,
gwarzyła z marynarzami, plotkowała niewinnie na temat
warszawskiej rodzinki.

Strzęp dialogu:

– Nie wiedzą wcale, że jestem na
statku.

– Martwią się pewnie?

– No jużci! Szukają mnie po hotelach,
listy do znajomej w Wejherowie piszą.

Z Santos popłynęliśmy do Porto Alegre, pięknego brazylijskiego
miasta
w stanie Rio Grande do Sul. Przez pięć dni wyładowywaliśmy
tam mocznik przy głównym nadbrzeżu, frachtowy towar
z Holandii. Mocznik ma to do siebie, że nie lubi wilgoci
i jak pada, to trzeba zamknąć ładownie,
a tu oprócz deszczu była jeszcze kilka dni wcześniej wielka
powódź. Woda wystąpiła
z brzegów zatoki, zalała miasta, wsie, drogi, sparaliżowała
komunikację, podmyła domy.
Z pokładu widać było, jak jej mętne, żółte, wezbrane
nurty unoszą ze sobą do morza kępy traw, sągi drewna,
deski, okiennice, rozłupane gospodarskie przedmioty,
a nieraz także trupy baranów
i koni. Bardzo to przerażało żonę brazylijskiego profesora,
której przyszło tu rozstać się
z nami
i jechać samotnie autobusem (mąż akurat zachorował) do
pobliskiego Pelotas.

Krótko mówiąc: byliśmy w Porto Alegre pięć
dni i w Klubie Polskim przy Avenida São Pedro 778 spotkaliśmy
wielu wspaniałych rodaków, a potem wzięliśmy kurs na Buenos
Aires i samopoczucie babci znacznie się poprawiło.

Usztywniła się jakby, nabrała godności,
toczyła po hiszpańsku długie dysputy z argentyńskim pilotem,
który tuż przed Montevideo podpłynął do statku motorówką,
wdrapał się na pokład po sznurowej drabince i prowadził nas
teraz przez Rio de la Plata do celu.

Przypominała trochę pechowca, który
w każdym nieszczęściu próbuje doszukać się jasnych
stron. Złamałem nogę – to dobrze, nie będę musiał
chodzić do pracy. Zgubiłem zegarek – wspaniale, przestanę
się wreszcie śpieszyć. Zdradziła mnie żona – cudownie,
mam pretekst, żeby iść na wódkę. Patrzy na mnie, pociąga
nosem i mówi, że czuje w powietrzu ważność.

Kiedy wyrażam zdziwienie, wskazuje palcem
radio i wyłuszcza owoc swych przemyśleń:


A tak, panie, tak! Prawdziwa libertad! Jakem była
w Warszawie, to rozległ się jednego dnia okropny huk, aż się
domy zatrzęsły, mówię panu! To szukam nazajutrz
w gazetach, co się stało…

– Pewnie – przerywam – awaria
w elektrociepłowni albo odrzutowiec przekroczył barierę
dźwięku.

– A gdzie tam! Mówię panu, jakby się atom
rozpękł nad tym, no… Pałacem Kultury, a w prasie ani słowa,
w telewizji ani słowa, ludzie też nic nie wiedzą… brak
libertad! A u nas, panie, w Argentynie,
włączam radio i już wszystko wiem – bomba na dworcu,
granaty na stadionie, trzech wywrotowców zabitych w Rosario,
dwóch policjantów zakłutych nożami w Mendozie przez
tych, no… komunistów od Czang Kai-szeka, napad na bank,
strajk, morderstwo. Wszystko od razu, panie, wiem! Nikt nic
nie ukrywa! Libertad, panie! Prawdziwa
libertad!

Statek przycumował do kei w samym centrum
miasta, kilkadziesiąt metrów od alei Antartida Argentina,
na wprost budynku redakcji „La Nación”.

Wraz