Strona główna » Poradniki » Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu.

Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu.

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8132-034-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu.

Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu.

Trudne chwile zdarzają się w życiu każdego człowieka. Najważniejsze jest, by umieć czerpać z nich siłę i stawiać czoła przeciwnościom, które niesie ze sobą życie.

Nigdy nie jest za późno to książka Pemy Chördön, światowej sławy buddystki, którą pokochały gwiazdy Hollywood.

Co zrobić, gdy dotyka nas strach, niepokój i ból? Gdy nasz bezpieczny świat się rozpada? Pema Chördön przekonuje, że nigdy nie jest późno, aby przekształcić bolesne przeżycia w coś dobrego i wartościowego. Autorka, dzieląc się własnymi doświadczeniami, uczy jak zaakceptować cierpienie, zamiast od niego uciekać. Przypomina, że prawdziwym źródłem szczęścia jesteśmy my sami.

Z Nigdy nie jest za późno nauczysz się, m.in.:

· metod pracy z przeciwnościami losu,

· wykorzystania trudnych i bolesnych przeżyć do kształtowania wewnętrznej mądrości i odwagi,

· niwelowania szkodliwych schematów zachowań.

Dzięki cieszącej się od lat niesłabnącą popularnością książce Pemy Chördön tysiące osób na całym świecie zwycięsko przeszło przez ciężkie chwile. Polecana jest przez wiele gwiazd, m.in. Oprah Winfrey, Gwyneth Paltrow, Jeffa Bridgesa oraz Marianne Faithfull.

Droga wojownika polega na troskliwej i pełnej współczucia obserwacji siebie, także w chwilach, gdy niezależnie od naszej woli twardnieje nam serce z powodu żalu, goryczy lub słusznego oburzenia.

Pema Chördön

Nigdy nie jest za późno to książka, która uświadamia, że najwięcej dowiadujemy się o sobie w najtrudniejszych momentach naszego życia.
Oprah Winfrey

Pema Chodron bardzo mi pomogła. Jest uczennicą Czogjama Trungpy Rinpocze, który był guru Allena Ginsberga, a to właśnie Allen nauczył mnie medytacji oraz wielu innych mądrości buddyzmu.

Marianne Faithfull

Pema Chördön - autorka wielu bestsellerowych poradników. Buddyjska mniszka amerykańskiego pochodzenia. Po rozstaniu z mężem poszukała ukojenia w buddyzmie. Należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. 

Polecane książki

Opowieść młodej, bardzo nieśmiałej dziewczyny wkraczającej w dorosłe życie. Nastolatka zaczyna poznawać uroki świata, a także borykać się z problemami i stawiać im czoła. Poznaje wielu mężczyzn obracając się w ich towarzystwie oraz doświadczając swoje pierwsze razy. Pierwszy chłopak, pierwszy pocału...
„Powiastki filozoficzne” to zbiór wybitnych filozoficznych powiastek autorstwa Voltaire’a.  ...
Historia galisyjskiego narkobiznesu od czasów przemytu papierosów aż po współcześnie działające klany. Zawiera rozkładaną wkładkę. Lata 80. w Galicji. Restrukturyzacja rybołówstwa zatrzymuje dużą część galisyjskiej floty rybackiej w porcie, setki armatorów popadają w długi. Stanowi to wprost i...
Miłość ma oczy anioła, śmierć – diabła. Zemsta właśnie zyskała moje!Mam na imię Tessa i cóż… Moje życie lekko się skomplikowało… Przebywam w mieście, którego nienawidzę. Wykonuję pracę, której nie lubię, i wciąż myślę o ludziach, których już dawno powi...
Wiedza na temat metod rozwiązywania problemów przydatna jest pracownikom każdej firmy. Zasoby kapitałowe, technologiczne i intelektualne mogą się okazać niewystarczające, aby odnieść sukces rynkowy, jeśli nie będziesz wiedzieć, jak zarządzać i radzić sobie z pojawiającymi się w przedsiębiorstwie pro...
Poradnik do gry Surviving Mars zawiera informacje pomocne w przejściu gry, ułatwiające odnalezienie się w świecie przedstawionym. W grze tej musisz stworzyć własną kolonię i zapewnić jej przetrwanie na Marsie. W tym poradniku pokażemy ci jak zacząć rozgrywkę. Znajdziesz tutaj podstawowe porady i opi...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Pema Chödrön

Tytuł ‌oryginału: WHEN ‌THINGS FALL APART: HEART ‌ADVICE FOR DIFFICULT TIMESRedakcja: ‌ARTUR ‌KAWIŃSKIKorekty: MelanżProjekt okładki ADA ‌KUJAWAProjekt ‌typograficzny, skład i łamanie: ‌PlupartRedaktor prowadzący: MAGDALENA ‌CHORĘBAŁADyrektor produkcji: ROBERT ‌JEŻEWSKI © ‌Copyright ‌for Polish edition ‌by Wydawnictwo Zwierciadło ‌Sp. z o.o., ‌Warszawa ‌2018© 1997 ‌by Pema ChödrönThe ‌Sādhana of ‌Mahāmudrā ‌© ‌1968, 1976 ‌by Chögyam ‌Trungpa; © 1990 by ‌Diana J. Mukpo.Used by permission ‌of Diana ‌J. Mukpo ‌and the Nalanda ‌Translation Committee.Wydanie ‌IWszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, ‌kopiowanie w urządzeniach przetwarzania ‌danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie ‌oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych ‌tylko za wyłącznym ‌zezwoleniem właściciela ‌praw autorskich.ISBN: 978-83-8132-034-4Wydawnictwo Zwierciadło ‌Sp. z o.o.ul. Postępu 14, ‌02-676 ‌Warszawatel. (22) 312 37 12Dział ‌handlowy: handlowy@grupazwierciadlo.plKonwersja: eLitera s.c.

Sakjongowi ‌Miphamowi ‌Rinpoczez oddaniem, miłością ‌i wdzięcznością.

Podziękowania

Pragnę wyrazić szczerą wdzięczność ‌Lynne Van de Bunte. ‌Lynne ‌nie tylko zachowała ‌taśmy, z których ‌odtworzyliśmy zawarte w tej książce ‌wykłady, ale ‌również spisała z nich ‌teksty. Niektóre z taśm były w tak złym stanie, że nikt oprócz niej nie był w stanie odczytać treści moich słów! Lynne poświęciła również wiele czasu, żeby znaleźć osoby, które spisały pozostałe nagrania – przekazuję zatem podziękowania dla: Heidi Utz, Rexa Washburna, Ginny Davies oraz Aileen i Billa Fellów (którzy zebrali wszystkie wykłady na dysku jednego komputera). Wreszcie przekazuję szczególne wyrazy wdzięczności dla mojej przyjaciółki i zarazem redaktorki, Emily Hilburn Sell, która sprawiła, że pudło pełne papierów w cudowny sposób przeistoczyło się w tę oto książkę. Bez jej talentu, szczerego zaangażowania i ciężkiej pracy, światła dziennego nie ujrzałaby ani ta, ani też wiele innych publikacji. Niezwykle się cieszę, że możemy kontynuować naszą współpracę.

.

Przedmowa

W 1995 roku byłam na urlopie naukowym. Przez dwanaście miesięcy nie robiłam właściwie nic. To był najbardziej inspirujący duchowo czas w moim życiu. Praktycznie – jeden wielki relaks. Czytałam, chodziłam na wycieczki, spałam. Gotowałam, jadłam, medytowałam i pisałam. Bez żadnego planu dnia, żadnego programu, żadnych „muszę to, muszę tamto”. W tym otwartym, nieograniczonym żadnymi zobowiązaniami czasie udało mi się przeanalizować wiele spraw. Po pierwsze, zaczęłam powoli wczytywać się w zupełnie surowe, nieopracowane redakcyjnie zapisy moich wykładów z lat 1987–1994. W przeciwieństwie do nauk udzielonych podczas krótkich odosobnień medytacyjnych, które złożyły się na książkę Mądrość nieuciekania (Wisdom of No Escape), i tych poświęconych lodziong, z których powstała praca Zacznij tu, gdzie jesteś (Start Where You Are), materiały zapełniające całe dwa tekturowe pudła zdawały się niepowiązane ze sobą żadną myślą przewodnią. Co jakiś czas przerzucałam kilka tekstów. Jedne wydawały mi się zbyt formalne, inne nieomal zachwycające. Kontakt z taką obfitością własnych słów stanowił doświadczenie tyle interesujące, co krępujące. Stopniowo, w miarę lektury, zauważyłam, że bez względu na temat wykładu, kraj, w którym byłam, czy czas – za każdym razem mówiłam o tym samym: o wielkiej potrzebie maitri, miłującej życzliwości dla siebie samego, która pozwala rozbudzić w sobie postawę wolnego od lęku współczucia wobec własnego cierpienia i wobec cierpienia innych. Odniosłam wrażenie, że każdy wykład zawierał tę samą myśl: można wkroczyć na obce, nieznane sobie terytorium i odnaleźć spokój w braku poczucia bezpieczeństwa. Innym, wciąż powracającym motywem było dążenie do rozluźnienia napięcia między „my” i „oni”, „to” i „tamto”, „dobro” i „zło” – poprzez przyjęcie i oswojenie tego, czego zazwyczaj unikamy, a co mój nauczyciel, Chögyam Trungpa Rinpocze, nazwał ufnym stąpaniem po ostrzu. Uświadomiłam sobie, że przez siedem lat cały czas zgłębiałam i próbowałam przekazać innym te właśnie cenne, choć wymagające w praktyce ogromnej siły woli nauki, których Trungpa Rinpocze udzielał swoim uczniom.

Przeglądałam dalej zawartość moich pudeł z tekstami i coraz bardziej jasne stawało się dla mnie, jak daleką mam jeszcze drogę przed sobą, nim w pełni pojmę i przyswoję to, czego mnie uczono. Zrozumiałam też, że stosując, na ile potrafię, nauki Rinpocze w życiu i starając się dzielić swoim doświadczeniem z innymi, odnalazłam najgłębsze szczęście i spełnienie – jakich nie znałam wcześniej. Zastanawiające, co zresztą często podkreślam, że oswojenie własnych demonów i przezwyciężenie własnego lęku niesie najprostsze, niespodziewane uczucie radości i rozluźnienia.

Mniej więcej w połowie mojego urlopu Emily Hilburn Sell zapytała mnie nieoczekiwanie, czy mam jeszcze jakieś notatki, które mogłyby złożyć się na trzecią książkę. Wysłałam jej dwa pudła. Przewertowała teksty i skontaktowała się z wydawnictwem Shambhala Publications z informacją: „Mamy następną książkę”.

Przez pół roku Emily sortowała, przestawiała, wyrzucała, poprawiała, a potem ja, z ogromną satysfakcją, mogłam nadać ostateczny kształt każdemu kolejnemu rozdziałowi. Jeśli akurat nie kontemplowałam oceanu ani nie spacerowałam po wzgórzach, poświęcałam się tej pracy bez reszty. Rinpocze powiedział mi kiedyś: „Odpoczywaj i pisz”. Wtedy nie zanosiło się wcale, żebym kiedykolwiek miała zajmować się jednym albo drugim, ale minęły lata i oto, proszę, zastosowałam się do zaleceń.

Niniejsza książka jest zatem owocem współpracy z Emily i roku mojego próżnowania.

Niech pomoże ci znaleźć ład i spokój. Niech nauki o uczciwości, łagodności i odwadze staną się częścią twojego życia. Jeśli jest ono chaotyczne i pełne napięć, znajdziesz w tej książce niejedną radę. Jeśli stoisz na rozdrożu, cierpisz z powodu straty bliskiej osoby albo czujesz nieokreślony głęboki niepokój, masz w ręce zbiór nauk napisanych specjalnie dla ciebie. Każdemu z nas trzeba ciągle przypominać, każdego zachęcać, by umiał znaleźć spokój w obliczu każdej sytuacji, by wszystko, co spotyka na swojej drodze, wykorzystał dla własnego rozwoju.

Stosując te nauki, dołączamy do nieskończonej linii nauczycieli i uczniów, którym Budda towarzyszył w chwilach załamań i sukcesów ich codziennego życia. My teraz, tak jak kiedyś oni, możemy zaprzyjaźnić się ze swoim ego i odkryć własny umysł mądrości.

Dziękuję bardzo widjadharze[34], Czcigodnemu Chögyamowi Trungpie Rinpocze[22], za to, że bez reszty poświęcił swoje życie dharmie i z wielkim zaangażowaniem starał się przekazać istotę tych nauk społeczeństwom Zachodu. Pragnę, by inspiracja, którą czerpię od niego, stała się zaraźliwa. Byśmy jak on wiedli życie bodhisattwy i byśmy pamiętali o jego zaleceniu: „Chaos przyjmuj jako niezmiernie dobrą nowinę”.

Pema Chödrön

Gambo Abbey

Pleasant Bay, Nowa Szkocja, 1996

I.Oswajanie lęku

Lęk jest naturalną reakcją, gdy zbliżamy się do prawdy.

Podjąć duchową podróż, to jak wypłynąć małą łodzią na ocean w poszukiwaniu nieznanych lądów. Pełna oddania praktyka może stać się źródłem natchnienia, jednak prędzej czy później rodzi również lęk. Wyruszając, wiemy tylko tyle, że po dotarciu do horyzontu spadniemy z krawędzi świata. Jak wszyscy podróżnicy marzymy, aby odkryć nieznane. Nie wiemy jednak, czy poradzimy sobie z tym, co nas czeka.

Jeśli interesujemy się buddyzmem i zmierzamy do bliższego jego poznania, szybko się okazuje, że nauki Buddy oferują wiele rodzajów praktyki. Medytacja wglądu[14] umożliwia ćwiczenie uważności – czyli pełnej obecności we wszystkich działaniach fizycznych i umysłowych. Praktyka zen[36] „otwiera oczy na pustkę”, stawia nas wobec wyzwania wejścia w kontakt z otwartą, nieograniczoną przejrzystością umysłu. Nauki wadżrajany[33] wprowadzają w praktykę pracowania z każdą sytuacją, w ideę postrzegania tego, co się pojawia jako nieoddzielne od przebudzonego umysłu. Wszystko może stać się dla nas inspiracją i podsycić chęć dalszej praktyki. Jeżeli jednak chcemy dodać jej głębi i autentyzmu, musimy w końcu zetknąć się z lękiem.

Lęk jest powszechnym doświadczeniem, doznają go nawet najmniejsze istoty. Miękkie ciała morskich stworzeń pozostające na morskim brzegu po odpływie instynktownie kurczą się pod dotknięciem naszych palców. Wszystko, co żyje, podobnie reaguje na zagrożenie. Odczuwać lęk w obliczu nieznanego nie jest zatem rzeczą niezwykłą. To nieodłączny aspekt życia czujących istot, wspólny nam wszystkim. Lękiem reagujemy na samotność, śmierć lub utratę poczucia bezpieczeństwa. Lęk jest naturalną reakcją, gdy zbliżamy się do prawdy.

Jeśli jednak mimo poczucia zagrożenia postanowimy pozostać dokładnie tu, gdzie jesteśmy, nasze doświadczenie stanie się bardziej żywe. Bo wszystkie doznania stają się bardzo intensywne, kiedy nie ma dokąd uciec.

Pewnego razu podczas długiego medytacyjnego odosobnienia doznałam nagłego olśnienia: zrozumiałam, że nie można być tu i teraz, a jednocześnie zajmować się swoją przeszłością i przyszłością – rozpamiętywać i planować. Jest to może oczywiste, ale kiedy sami dokonujemy tego odkrycia, zachodzi w nas przemiana. Nietrwałość staje się odczuwalna w każdej chwili, podobnie jak współczucie, zdumienie i odwaga.

To samo dotyczy lęku. Ten, kto znajduje się na krawędzi nieznanego – w pełni świadomy tej pozbawionej punktu odniesienia chwili – doświadcza braku oparcia.

Wtedy właśnie pojawia się zrozumienie – odkrycie, że chwila obecna to newralgiczny punkt naszej własnej czasoprzestrzeni. Sama bardzo krucha, ale obdarzona mocą odbierania nam siły. U progu swych duchowych odkryć jesteśmy pełni idei i oczekiwań. Szukamy, rzecz jasna, odpowiedzi, które zaspokoją odczuwany od dawna głód wiedzy. Jednocześnie ostatnią rzeczą, jakiej pragniemy, jest głębszy kontakt z własnym lękiem. Owszem, inni próbują nas ostrzec. Przypominam sobie, jak po otrzymaniu pierwszych instrukcji do medytacji, usłyszałam od swojego nauczyciela: „Nie odchodź stąd z przekonaniem, że medytacja to wakacje od rozdrażnienia”. Tak już jest, że żadne ostrzeżenia nie przekonują nas do końca – czasem to właśnie one nas przyciągają.

Mówię o poznawaniu i oswajaniu lęku, o zaglądaniu mu w oczy – nie twierdzę jednak, że jest to sposób rozwiązywania problemów. To raczej metoda prowadząca do całkowitej zmiany starych nawyków patrzenia, słuchania, wąchania, smakowania i myślenia. Prawdą jest, że godząc się na tę zmianę, narażamy się na ciągłe upokorzenia. Nie będzie już miejsca na arogancję towarzyszącą upartemu trzymaniu się z góry przyjętych schematów. Arogancja, której tak trudno się pozbyć, będzie teraz bezustannie nękana przez naszą odwagę stopniowego kroczenia naprzód. Odkrycia dokonywane dzięki praktyce nie mają bowiem nic wspólnego z wiarą w cokolwiek. Wypływają one z odważnej gotowości, by umrzeć, by umierać wciąż na nowo.

Wszystko, co możemy powiedzieć o uważności, pustce czy pracy z energiami, wskazuje na jedno: bycie tu i teraz przypiera nas do muru. Przygważdża nas dokładnie do tego punktu w czasie i przestrzeni, w którym się znajdujemy. Jeśli się zatrzymamy, zamiast odruchowo zareagować, jeśli nie będziemy niczego wstrzymywać, zrzucać winy na innych ani też obwiniać samych siebie – zetkniemy się z problemem, którego nie da się racjonalnie rozwiązać. Wtedy spotkamy się ze swoim sercem. Jak to zręcznie ujął jeden z uczniów: „Natura buddy, sprytnie przebrana za lęk, daje nam kopniaka w tyłek, abyśmy wreszcie zaczęli odczuwać”.

Byłam kiedyś na spotkaniu z człowiekiem, który w latach 60. przebywał w Indiach. Opowiadał on o swoich ówczesnych duchowych przeżyciach. Wspominał o wielkiej determinacji, z jaką starał się pozbyć negatywnych emocji, o tym, jak walczył z gniewem, pożądaniem, lenistwem i dumą. Najbardziej jednak chciał się uwolnić od lęku. Nauczyciel medytacji wprawdzie wciąż powtarzał mu, żeby zaprzestał tych zmagań, on jednak interpretował te słowa jako instrukcje do praktyki polegającej na walce z przeciwnościami. W końcu nauczyciel wysłał go na odosobnienie medytacyjne do maleńkiej chatki u podnóża gór. Zaraz po zamknięciu drzwi mężczyzna zasiadł do praktyki, a kiedy zapadł zmrok, zapalił trzy świeczki. Około północy usłyszał w kącie szmer i dostrzegł w ciemności ogromnego węża, który wyglądał na królewską kobrę. Ułożyła się dokładnie naprzeciw – i lekko się kołysała. Przez całą noc człowiek ten nie zmrużył oka, wpatrując się w węża. Był tak przerażony, że nie był w stanie się poruszyć. Istniał tylko wąż, on i strach.

Tuż przed świtem dopaliła się ostatnia świeczka i wówczas mężczyzna rozpłakał się. Płakał jednak nie z rozpaczy, lecz ze współczucia. Poczuł bowiem tęsknotę wszystkich ludzi i zwierząt tego świata; poznał ich daremne zmagania i alienację. Uświadomił sobie, że jego dotychczasowa medytacja nie była niczym innym jak tylko upartym izolowaniem się i walką. Całym sercem zaakceptował wówczas fakt, że zdarzało mu się bywać wściekłym i zazdrosnym, że się upierał i walczył, a także to, że odczuwał lęk. Uświadomił sobie również własną bezmierną wartość – niezależnie od tego, czy jest mądry czy głupi, biedny czy bogaty – oraz to, że jest całkowicie niezgłębiony. Ogarnęło go poczucie tak ogromnej wdzięczności, że w zupełnej ciemności wstał, podszedł do węża i głęboko się przed nim skłonił. Po czym padł na ziemię i zasnął jak zabity. Kiedy obudził się rano, węża już nie było. Mężczyzna nigdy nie dociekł, czy cała historia wydarzyła się naprawdę, czy tylko w jego wyobraźni, nie miało to jednak znaczenia. Bliski kontakt z lękiem – jak powiedział na koniec spotkania – sprawił, że prześladujące go problemy znikły, co pozwoliło mu w końcu nawiązać rzeczywisty kontakt ze światem.

Na co dzień jednak nikt nam nie mówi, abyśmy przestali uciekać przed lękiem. Rzadko słyszymy, że powinniśmy się do niego zbliżyć, po prostu z nim być, lepiej go poznać. Spytałam kiedyś mistrza zen, rosiego[23] Kobuna Czino, w jaki sposób radzi sobie z lękiem. On zaś odpowiedział: „Godzę się. Godzę się”. Zwykle jednak rady, które dostajemy, sprowadzają się do osładzania, łagodzenia lęku – bierzemy pigułki, staramy się czymś zająć, byle tylko się od niego odsunąć.

Nie potrzebujemy do tego żadnej zachęty, instynktownie odcinamy się od nieprzyjemnych doświadczeń. Odruchowo panikujemy w obliczu bodaj cienia lęku. Czujemy, jak się zbliża – i tchórzymy. Dobrze wiedzieć o takich mechanizmach, nie po to jednak, żeby się zadręczać, ale żeby móc rozwijać w sobie współczucie. Najbardziej szkodliwe jest oszukiwanie samego siebie; w ten sposób podstępnie pozbawiamy się kontaktu z chwilą obecną.

Czasami jednak wpadamy w pułapkę, którą zgotowało nam życie – wszystko się wali, a drogi ucieczki zamykają się. W takich właśnie chwilach najgłębsze duchowe prawdy mobą odsłonić się przed nami jako całkiem proste i zwyczajne. Nie mamy gdzie się ukryć. Widzimy to równie dobrze jak wszyscy inni, a nawet lepiej. Wcześniej czy później zaczynamy rozumieć, że chociaż nigdy nie polubimy lęku, to właśnie on wprowadzi nas w sens wszystkich nauk, jakie kiedykolwiek słyszeliśmy.

Następnym razem, kiedy poczujesz lęk, uznaj się za szczęściarza, bo w tym właśnie miejscu rodzi się odwaga. Wydaje nam się, że odważni ludzie nie odczuwają lęku. Tymczasem oni po prostu są z nim oswojeni. Mój pierwszy mąż powiedział kiedyś, że jestem najodważniejszą osobą, jaką zna, ponieważ – jak później wyjaśnił – będąc kompletnym tchórzem, mimo wszystko idę naprzód i jakoś sobie radzę.

Ważne jest, aby bez przerwy wszystko badać i odkrywać i nie wykręcać się, gdy coś idzie nie po naszej myśli. To sekret, który wciąż na nowo sobie uzmysławiamy. Nic nie jest takie, jak nam się wydaje. Jestem tego pewna. Pustka nie jest tym, czym się wydaje. Podobnie uważność i lęk. Współczucie. Miłość. Natura buddy. Odwaga. To tylko słowa klucze, opisujące coś, czego nie znamy, ale czego możemy doświadczyć. Te słowa ukazują, czym naprawdę jest życie, gdy godzimy się na dezintegrację – i gdy poddajemy się chwili obecnej.

II.Kiedy nasz świat się rozpada

Kiedy nasz świat się rozpada i nagle stajemy w obliczu niewiadomego, jest to moment próby. Należy wówczas zatrzymać się, nie usiłując niczego definiować. Istotą podróży duchowej nie jest szukanie nieba czy jakiejś krainy szczęśliwości.

Klasztor Gampo zbudowano w miejscu, gdzie morze i niebo wydają się łączyć w jedno. Horyzont rozciąga się tam w nieskończoność, a w tym bezkresie szybują mewy i kruki. Sceneria ta, niczym wielkie lustro, zwielokrotnia świadomość niemożności ukrycia się. Ponieważ jest to klasztor, nie ma tu wiele możliwości ucieczki. Nie ma kłamstw, kradzieży, seksu, alkoholu – znikąd ratunku.

Gampo to miejsce, w którym od dawna chciałam się znaleźć. Trafiłam tam dzięki Trungpie Rinpocze, kiedy na jego prośbę objęłam funkcję przełożonej klasztoru. Pobyt w Gampo okazał się ciężką próbą: z powodu moich skłonności do rzucania wyzwań losowi w ciągu pierwszych lat tam spędzonych czułam się, jakby mnie kąpano w ukropie.

Po przybyciu do klasztoru mój dotychczasowy świat legł w gruzach. Wszystkie metody, które do tej pory stosowałam, by ochraniać i oszukiwać siebie, by utrzymywać swój wyidealizowany wizerunek, okazały się bezużyteczne. Pomimo usilnych starań nie byłam w stanie manipulować sytuacją, a moje zachowanie wszystkich irytowało. Nigdzie nie mogłam znaleźć miejsca, w którym mogłabym się ukryć.

Zawsze postrzegałam siebie jako uczynną, łatwo się dostosowującą i powszechnie lubianą osobę. Udało mi się wytrwać w tej iluzji przez większość życia. Jednak w początkowych latach pobytu w Gampo doszłam do wniosku, że mój dotychczasowy sposób życia musi ulec zmianie. Wprawdzie wciąż dostrzegałam w sobie wiele zalet, ale przestałam uważać się za nieomal doskonałość. Stworzenie dotychczasowego wizerunku siebie kosztowało mnie tak wiele wysiłku, a tu nagle rozsypał się on na kawałki! Wszystkie moje nierozwiązane problemy ujawniały się teraz ostro i wyraziście, kłując w oczy zarówno mnie samą, jak i otaczających mnie ludzi.

Nagle i w dramatyczny sposób uświadomiłam sobie wszystko, czego wcześniej w sobie nie dostrzegałam. A jakby tego było mało, inni ochoczo służyli mi informacją na temat mojej osoby i wszystkiego, co robię. Było to tak bolesne, że zastanawiałam się, czy jeszcze kiedykolwiek będę szczęśliwa. Nieustannie spadały na mnie razy, pod którymi pękały moje iluzje. W klasztorze, gdzie tyle czasu poświęca się praktyce i naukom, nie miałam możliwości ucieczki w mechanizm usprawiedliwiania siebie przez zrzucanie winy na innych. Tam takie rozwiązanie nie wchodziło w grę.

Przebywał wówczas w Gampo z wizytą pewien nauczyciel, którego słowa utkwiły mi w pamięci: „Jeśli zaprzyjaźnisz się sama z sobą, twoje życie także stanie się dla ciebie bardziej przyjazne”.

Od dawna byłam przekonana o słuszności tej prawdy. Przypięłam sobie nawet na ścianie karteczkę ze słowami: „Jedynie ulegając zniszczeniu, możemy znaleźć to, co w nas niezniszczalne”. Zanim jeszcze usłyszałam o naukach buddyjskich, w jakiś sposób czułam, że za tymi słowami kryje się tajemnica prawdziwego przebudzenia[21], że jego warunkiem jest umiejętność rozstania się ze wszystkim, do czego przywykliśmy.

Niemniej jednak, kiedy do tego dochodzi, kiedy całkowicie tracimy poczucie bezpieczeństwa i nie ma niczego, czego moglibyśmy się uchwycić, odczuwamy to bardzo boleśnie. Motto Instytutu Naropy brzmi: „Umiłowanie prawdy obnaża cię”. Można je odbierać jako przesadnie romantyczne, ale trudno zaprzeczyć, że kiedy stawiamy czoło prawdzie, cierpimy. Spoglądamy w lustro i zauważamy zmarszczki na swojej starzejącej się twarzy, a nasze tchórzostwo, zgorzknienie i złość stają się widoczne jak na dłoni.

W takich chwilach stajemy się szczególnie wrażliwi. Gdy tracimy w życiu równowagę i nic nam się nie udaje, mamy szansę uświadomić sobie, że oto znaleźliśmy się na krawędzi, że doświadczamy właśnie czegoś bardzo ważnego. Mamy szansę zdać sobie sprawę z tego, że znaleźliśmy się w stanie szczególnego uwrażliwienia. Możemy zamknąć się na te możliwości – albo odważyć się je wykorzystać, dotykając pulsującego nerwu rzeczywistości. Brak oparcia rodzi bowiem wrażliwość – możliwość bezpośredniego odczuwania tętna życia.

Taką próbę musi przejść każdy wojownik na ścieżce duchowego rozwoju – aby przebudzić swoje serce. Można znaleźć się w tym miejscu za sprawą choroby, śmierci lub straty – bliskich, młodości czy nawet życia.

Mam przyjaciela umierającego na AIDS. Przed moim wyjazdem powiedział: „Nie chciałem tej choroby i nienawidziłem jej. Przerażała mnie. Ale okazało się, że jest dla mnie ogromnym darem”. Dodał też: „Teraz tak bardzo doceniam każdą chwilę, tak bardzo doceniam ludzi obecnych w moim życiu. Życie nabrało dla mnie wartości”. W moim przyjacielu zaszła prawdziwa przemiana: stał się gotowy na spotkanie śmierci. To, co wydawało się straszne, przerażające, okazało się ostatecznie darem losu.

Zmiana dotychczasowego porządku jest rodzajem próby, a to działa uzdrawiająco. Wydaje nam się, że wystarczy tylko pomyślnie ją przejść, przezwyciężyć problem. Ale problemów tak naprawdę nie da się ostatecznie rozwiązać. Raz jest dobrze, chwilę później nasz świat się rozpada. Potem znów jest dobrze, i znów wszystko się wali. Uzdrowienie płynie ze zgody na taki stan rzeczy – ze zgody na upływ czasu, na cierpienie, ale także na poczucie ulgi, na radość i na żal.