Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Obyczajowe i romanse » Piastowskie wahadło

Piastowskie wahadło

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Piastowskie wahadło

W roku Pańskim 1227 nieopodal Gąsawy zostaje zamordowany książę Leszek Biały, osierocając rocznego syna Bolesława. Nowy dzierżyciel Krakowa staje przed trudnym zadaniem. Musi przeżyć i obronić swoją dzielnicę przed zakusami zachłannych krewniaków. Pomagają mu w tym surowa matka, duchowni, mordercy, a przede wszystkim tajemniczy Piękny Młodzieniec, który mieni się opiekunem jego rodu. Kiedy w życiu dorastającego władcy pojawia się zimna bryła soli, wszystko zaczyna zmierzać ku lepszemu…

Piastowskie wahadło to literacka biografia Bolesława Wstydliwego, opowieść o trzynastowiecznym Krakowie, świecie bez czyśćca, gdzie cnota zderza się z rozpustą, a rycerskość z podłością.

Polecane książki

Nastoletnia ciąża zawsze jest zaskoczeniem. Tak samo było w przypadku Marleny, dla której stan błogosławiony był początkiem zmian. Całe jej życie przewróciło się do góry nogami, kiedy ona starała się walczyć… Ile trudu wymaga wychowanie dziecka dla kogoś, kto sam nim wciąż jest? I jak wiele może zni...
Życie nie zawsze układa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, a szczęście kryje się w najmniej spodziewanych miejscach. Jak rozpoznać drogę, która do niego prowadzi? Ewa czuje, że oszukuje siebie i swojego partnera, trwając w pozornie tylko idealnym związku. Kobieta uświadamia sobie, że jedynym męż...
Projekty europejskie, czyli projekty współfinansowane ze środków Unii Europejskiej, stają się trwałym elementem wspomagającym rozwój gospodarczy i społeczny w Polsce. Jednym z najważniejszych problemów jest kwestia właściwego przygotowania przedsięwzięć do realizacji, w tym skutecznego i efektywn...
Wybór najlepszych opowiadań sensacyjno - obyczajowych z bestsellerowego tomu ,,Kompot ze świeżego nieboszczyka" i niepublikowanych z lat 1999-2001. Sceneria schyłkowej komuny i lat 90. minionego wieku, kiedy miliarderzy stawali się milionerami, telefon komórkowy był jeszcze wynalazkiem, a polonez po...
”Przygody Flory” Weroniki Samsel to przepiękna opowieść widziana oczami 10-letniej dziewczynki, o przyjaźni na dobre i na złe oraz o jednym z tajemniczych miejsc, których na świecie są tysiące. Dwie przyjaciółki Maja i Flora przechodząc przez dziurę w płocie znalazły się ...
Projektantki, fotografki, ilustratorki, architektki, graficzki, scenografki, ikony i rewolucjonistki polskiego designu. Kobiety twórcze, niezależne, nowoczesne, które kształtowały polski styl życia i nowy wizerunek kobiety. Aby przebić się w zdominowanych przez mężczyzn latach dwudziestolecia między...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Łukasz Malinowski

Pudicus (łac.) – wstydliwy, obyczajny, powściągliwy, czysty.

Skoro zaś król Bolesław chciał wyruszyć z miasta Kruszwicy celem przeprowadzenia swojego zamiaru, na szczycie kościoła św. Wita ukazał się młodzieniec nadzwyczajnej piękności, którego cudowny blask napełniał przedziwnym światłem nie tylko samo miasto, lecz także należące do niego pola. Ten to młodzieniec, zeskoczywszy na oczach wielce zdumionego tłumu ze szczytu kościoła i idąc na czele, prowadził wojsko prostą drogą w stronę Nakła, aż przybywszy pod miasto Nakło, rzucił na miasto z rozmachem złoty oszczep, który trzymał w ręce, iznikł.

Kronika Wielkopolska, rozdz. 25, tłum. K. Abgarowicz

Księga Iw której umiera pan Wawelu i rodzi się xiądzKrakowa.Listopad i grudzień roku Pańskiego 1227

Główkę swoją zadarło to maleńkie dziecię i spojrzało na mnie,bo jestem Pięknym Młodzieńcem. Uśmiechnąłem się do niego, a ono pomachało rączkami i nóżkami, radując się całym sobą. Moja opieka przyda mu się teraz, bo w ten deszczowy listopadowy poranek ojca jego mordują. I już stało się sierotą, w tej właśnie chwili, gdy wypowiedziałem słowo „śmierć”.

Mrugnąłem i przeniosłem się w miejsce mordu, pod Gąsawę, gdzie w rowie leżało nagie ciało xiędza Lestka o jasnych jak słoma włosach. Ulewa obmywała jego zakrwawione członki, choć ledwo chwilę temu leżał bezpieczny w balii z gorącą wodą, a nierządnica z plemienia Lilith masowała jegowstyd.

Nie zorientował się mój pan nieszczęsny, że na jego życie dybie Świętopełek, łaską Lestka uczyniony wielkorządcą Pomorza. Podły ten wąż przysięgę wierności złamał i zamiast swego księcia miłować, znienawidził go i zakradł się o brzasku wraz z wojskiem na zjazd w Gąsawie, gdzie władca Małej Polski z duxem śląskim Henrykiem i innymi możnymi panami radzili nad losem ziem lechickich i takoż się bawili. Po jednej z kłótni i popijaw Lestek bladolicy udał się do łaźni, by dojść do zdrowia w towarzystwie kurwiczek, a kiedy przysnął w ich objęciach, przez opary zakradli się do niego zbójcy, mylnie rycerzami zwani. Pierwszy z mordarzy poślizgnął się na mokrych kamieniach i tylko dlatego jego cios ledwo drasnął Piasta w ramię, za to rozchlastał szyję wtulonej w niego dziewki. Lestek zerwał się, zrzucił z siebie trupa, pochwycił oręż i jął dzielnie stawać, ale wrogów przybywało, a na pomoc ruszyła mu jeno garstka wiernych rycerzy. Lestek nie poddał się jednak, tylko śmiało ruszył do przodu, nie wstydząc się nagości, i przedarł się przez oprawców. Wybiegł z łaźni, dopadł koni i w towarzystwie pięciu zbrojnych pognał traktem ku wsiMarcinkowo.

Princeps wbijał pięty w końskie boki tak mocno, jakby miał na sobie rycerskie ostrogi, ale nie ujechał daleko, bowiem słudzy węża Świętopełka urządzili na niego obławę. Dopadli jego drużynę, okrążyli ją zgoła setką ludzi i zaczęli bić. Miecze ukąsiły końskie grzbiety, topory uderzyły w tarcze, włócznie ugodziły kolczugi. Rumak księcia stanął dęba i podkutymi kopytami uderzył w szyszak pieszego zbója, miażdżąc żelazo i wbijając nosal w jego szkaradną gębę. Inny zbrojny ugodził ogiera w brzuch, a lechicki Bucefał zarżał, wierzgnął i padł, przygniatając Lestka do ziemi. Princeps ledwo się wygramolił spod zwierzęcego cielska, a już cep bojowy zamłócił o jego nienawykłe do pokłonów plecy. Oprawca w kolczym kapturze kopnął Piasta w bok, obrócił go twarzą do nieba, pokazał mu swą gębę naznaczoną krostami po ospie i wraził w jego podbrzusze zimny, ociekający wodą miecz, który winien być znakiem rycerskiejprawości.

Trzech krakowskich rycerzy padło w obronie księcia, ale dwóch innych, widząc beznadziejną sytuację swojego pana, pierzchło w stronę lasu. Nie ścigano ich, wszak dorwano już tego, o którego toczyła sięzwada.

Po chwili odjechali również oprawcy, uzyskawszy, cochcieli.

I zostałem sam, ja, Piękny Młodzieniec opłakujący swojego podopiecznego, który charczał i dygotał w błocie pośród pogiętych hełmów, ułamanych drzewców, strzaskanych tarcz i końskich oraz ludzkich zwłok. Mój pan, sponiewierany i zhańbiony. A taki był pewny siebie, taki dumny, że inni książęta mu się kłaniają i go słuchają, bo przecież włada dzielnicą senioralną i ledwo krok dzieli go od zjednoczenia ziem polskich, tymczasem okazał się ślepcem, którego pycha doprowadziła do upadku. Towarzyszyłem mu do ostatniego tchnienia i śledziłem jego myśli biegnące ku synkowi, którego nie tylko osierocił, ale i naraził na śmierć, gdyż teraz wilki zaczęły szczerzyć zęby ku niemu. I z tym żalem do samego siebie skonał princeps Poloniae, a nad smutną jego dolą użaliło się niebo strugami deszczu, tak jak niegdyś płaczące niewiasty litowały się nad skatowanym ciałem PanaKrysta.

Zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem, znów byłem na piętrze palatium w surowo urządzonej izbie i siedziałem na belce u powały nad kołyską mojego nowego gospodzina. Bolesława, syna Lestka. Dziecię zacisnęło piąstki, wygięło usteczka i oczy łzami zrosiło, gdyż z mego pięknego lica wyczytało, jaki był koniec żywota księcia krakowskiego Lestka. I zaczęło chlipać i kwilić głosem powołanym do rządzenia, a teraz zmuszonym do śpiewania pieśniżałobnych.

Przybiegła piastunka i przyłożyła obfitą pierś do jego usteczek, ale ono odwróciło główkę, uderzyło cyce rączkami i wzgardziło nimi, albowiem żałości takiej nie leczyło się mlekiem. Niewiasta polała sutek miodem pitnym, by ten ukoił smutek i sprowadził sen, ale malec nie dał się nabrać na ten podstęp. Uniosła więc rąbek dziecięcej sukni i powąchała bruzdę, ale jej nos nie znalazł w lnianej pieluszce żadnej przykrości, za to maluch, rozdrażniony poniewieraniem, jął zawodzić jeszcze głośniej, zdradzając heraklesową siłę drzemiącą w kruchych piersiach. Córa Ewy wzięła dziecię na ręce, przytuliła je i ukołysała, okazując namiastkę matczynej miłości, choć miłości udawanej, albowiem jej myśli biegły ku własnemu synkowi, którego zostawiła w zimnej chałupie pod opieką starszej dziatwy. Zastanawiała się, czy on też płacze, a ja szepnąłem, że tak właśnie jest, bowiem wszystkim niemowlętom w grodzie Kraka nakazałem opłakiwać śmierć ich ukochanego xiędzaLestka.

Na nic zdały się kojące śpiewy, na nic pokrzykiwania, na nic gruby palec w dziecięcej buzi. Nie pomogły podskoki, głupie miny, gęganie i kwakanie. W sercu piastunki zakiełkowała złość, która zakwitła i wydała owoc w postaci straszliwego krzyku i jeszcze gorszej intencji. Gruba baba przytuliła mocno Piasta, wcisnęła jego rozwydrzone usteczka w rozpasane cielsko i na jedną, króciutką chwilę stłumiła płacz, a ja poczułem w piersiach ból mego gospodzina, który nie mógł zaczerpnąć oddechu. Ukazałem jej swe piękne oblicze promieniujące słusznym gniewem, co sprowadziło na nią opamiętanie. Odstawiła dziecko od sadła, a ono nabrało powietrza i zakwiliło jeszcze donioślej, jakby chciało ukarać wyrodną opiekunkę. Kobieta uznała swą winę, przyjęła napomnienie i sama popadła w rozpacz. Łza zakręciła jej się w oku, a wstyd ścisnął gardło. Próbowała wyprzeć z głowy pamięć o swych niegodziwych myślach, lecz moje oblicze przypominało o jejhańbie.

Hałas postawił na nogi wszystkich w palatium. Do izby weszła księżna Grzymisława odziana w prostą błękitnąsuknię. Dumna spadkobierczyni synów Ruryka, w której żyłach płynęła krew okrutnych pogańców z Północy, stąpała boso pokamiennej posadzce. U szyi zwisał jej ciężki złoty krzyż, a w rękach trzymała swój psałterz, gdyż ledwo wstała od porannych modlitw. Na widok dziecka bujanego na rękach pokręciła głową i wskazała palcem nakołyskę.

Skarcona piastunka położyła dziecię do sosnowej skrzynki przyozdobionej u wezgłowia prostym krzyżykiem nadającym jej wygląd małej trumienki, jednak nawet delikatny dotyk bobrzych i gronostajowych futerek oraz ciepło czerwonego kocyka nie przyniosły Bolusiowi ukojenia. Rodzica zbliżyła dłoń do czerwonej od płaczu twarzyczki i lodowatym kciukiem nakreśliła znak krzyża na dziecięcym czole. I ta pieszczota na nic się zdała, zatem Grzymisława przysiadła na zydlu, otworzyła książeczkę i zaśpiewała Venite exsultemus, starając się przekrzyczeć księcia. Ale choć ta piękna pieśń mówiła o chwale Boga Ojca, to maleńki xiądz nie znalazł w niej pocieszenia. Nie pomógł również Pater noster, jakby to zdolne dziecię już znało lingua latinai na wzmiankę o tacie w tym większą wpadało rozpacz. Dopiero gdy rodzica przywołała z pamięci słowa planktu na śmierć pierwszego Bolesława zwanego Sławnym i wyśpiewała je smutnym głosem, berbeć zaczął się wyciszać i w końcu zamilkł, gdy w zimnej izbie rozległy się słowa stosowne dookazji:

Wy, matrony, swe korony rzućcieniepotrzebne!

W kąt schowajcie stroje cenne, złociste y srebrne

W suknie strójcie się włosienne, żałosne y zgrzebne!1

Matka pokiwała głową, zadowolona z siebie, choć to raczej mnie winna dziękować za wyciszenie syna, bowiem ukazałem mu swe promieniujące oblicze, uśmiechnąłem się do niego i wyszeptałem, że żałość spełniła już swoje zadanie: obwieściła śmierć Lestka Piasta i od teraz to inni zajmą się lamentami. Oddech dziecka zwolnił, łzy osuszył wiatr dostający się przez szpary w okiennicach, a piąstki się rozluźniły. Mały dux włożył rączkę do buzi izasnął.

Mrugnąłem i przeniosłem się na dach kościoła Świętego Michała wzniesionego w obrębie wawelskiego grodu. Lubię dachy świętych przybytków. Niegdyś zdarzało mi się przesiadywać na zikkuratach, bożnicach i meczetach, a szczególnie wygodnie stróżowało mi się na Akropolu, Panteonie i oczywiście na wieżyczkach świątyni Salomona. W Lechii miałem do wyboru kolegiaty, bazyliki, kaplice i rotundy w liczbie wcale nie małej. Na samym wzgórzu wawelskim odpowiadało mi siedem dachów, a łącznie z najbliższą okolicą grodu było tutaj dwadzieścia osiem przybytków PanaKrysta.

Przykucnąłem na kalenicy, skąd miałem widok na cały gród otoczony ziemno-drewnianym wałem i na Otok, to jest obwarowane podgrodzie, gdzie zamieszkiwali włodycy, duchowni i kupcy. Dalej leżały osady wolnych kmieci i wsie służebników, a między sadybami wiły się Wisła, Rudawa i Prądnik zasilane dziesiątkami potoków i strumieni. Nurty rzek napędzały rozliczne koła młyńskie, a jeziorka i połączone kanałami stawy tworzyły raj dla rybaków i wędkarzy. Niemal u stóp Wawelu znajdowała się wyspa, a na niej wieś Bawół z łąkami do wypasu bydła, garbarniami, rzeźniami i jatkami. Wrony przesiadywały na Bagnach Żabiego Kruka, gdzie gniły szczątki draco, a pieczę nad tym, aby przeklęty ten całożerca nie powstał z martwych, sprawowali Michał i Jerzy, którym wzniesiono kościoły na wawelskim wzgórzu. Aż po horyzont rozciągały się żyzne pola, teraz przykryte lekką warstwą śniegu, oraz lasy i strzeliste góry, gdyż zaprawdę był to kraj rozległy ibogaty.

Dostrzegłem rycerza na spienionym koniu, który gnał wiślańskim gościńcem. Potrącił zagrodnika niosącego chrust, rozgonił stado kaczek i dopadł do południowej bramy. Strażnicy rozstąpili się przed nim, a ten popędził dalej, pod górkę, aż do samego palatium, gdzie zsiadł z konia. Znałem już wieści, które przywiózł, a teraz, po trzech dniach od napadu żałości małego Bolesława, poznali je wszyscy. Książę Lestek zostałzamordowany.

Dobre mam ucho, więc nie musiałem opuszczać kalenicy, by usłyszeć poruszenie przechodzące w pomruk gniewu i płacz. Wkrótce lament zaczął się rozchodzić po całym Krakowie, niczym zaraza, i nie zatrzymały go wały ani śnieżyce, gdyż rychło dotarł do okolicznych grodów iwsi.

Cztery razy opuściłem i uniosłem me piękne powieki i cztery dni minęły. Zobaczyłem zbliżający się do stolicy Małej Polski pochód, a w jego centrum otwarty wóz ciągnięty przez cztery przystrojone czarnym suknem konie, na którym leżało ciało princepsa Lestka. Z grodu wyszła druga procesja złożona z rzeszy duchownych, możnych i rycerzy w błyszczących pancerzach, prowadzona przez bosą Grzymisławę w zgrzebnej sukni. Ducissa nie roniła łez, raczej złościła się na pana męża, że zostawił ją na pastwę wrogów, choć wcale nie samą, gdyż nawet teraz miała ze sobą dziecię, przyszłego pana tych ziem, które trzymała za rączkę. Mój gospodzin szedł pewnie jak na wiek ledwo przekraczający roczek, a w przeciwieństwie do matki nie nosił żałobnych szat ani sukni dziecięcej, tylko strój iście królewski, na który składały się buciki z cielęcej skóry, spodenki z wełny, lniana tunika wyszywana złotą nicią i purpurowy płaszczyk z gronostajowym kołnierzem. Cały ten przepych miał dobitnie pokazać poddanym, że dla Bolusia skończyło się dzieciństwo, a pod jego rządami dla dzielnicy nadejdą nowe, lepsze czasy. Mały książę, cierpiący z powodu ojcowskiej lekkomyślności, potknął się trzy razy, ale dzięki mocnemu uściskowi matczynej ręki ani razu nie upadł. Także on nie płakał, gdyż ja, Piękny Młodzieniec, szedłem obok niego i zapewniałem uśmiechem, że wszystko będziedobrze.

Oba pochody spotykały się na gościńcu, pięćset kroków od umocnień grodu, w tym samym miejscu, gdzie wiele lat temu, przy zaślubinach książęcej pary, odbyło się inne ceremonialne powitanie, tyle że wtedy to Lestek wychodził po Grzymisławę, no i był lekko pijany, a nie martwy. Księżna dotarła do wozu wyścielonego złotogłowiem, barwnymi suknami i marami, na których spoczywał okryty całunem xiądz. Uchyliła tkaninę, sięgnęła po dłoń małżonka, z trudem uniosła ją do ust i pocałowała. Po tej pieszczocie na powrót zakryła ciało i posadziła Bolesława na wozie, słusznie się lękając, że ten mały książę mógłby jednak nie dojść o własnych siłach do grodu i marudzeniem zburzyć mir o swojej przedwczesnej dojrzałości. Wdowa stanęła obok wozu i na jej rozkaz połączone grupy ruszyły kugrodowi.

Rozpoczęły się egzekwie. Kondukt żałobny poprowadziła książęca drużyna, czyli dwudziestu konnych pancernych, którzy groty włóczni trzymali wysoko, a głowy nisko, albowiem zawiedli w godzinie próby i nie ochronili księcia. Dalej ciągnęli wojacy w czerni, a za nimi chorążowie wymachujący umieszonymi na włóczniach proporcami. Wśród znaków podległych księciu ziem i signa militaria przybyłych na pogrzeb rycerzy znalazły się gołębie, gryfy, pawie i orły piastowskie ze zdartym dziobem i skrzydłami zaciśniętymi w pięści, lwy stojące na dwóch łapach, półksiężyce z krzyżykiem, dach katedry i wizerunek Świętego Wojciecha, a na jednym z proporców widniała prawica Opatrzności przypominająca dłoń PięknegoMłodzieńca.

Za swymi włodykami na białym rumaku jechał dux Lestek Kazimierzowic, choć oszukańczy, bo wcielał się w niego Klemens z Ruszczy, przystrojony jak princeps Poloniaew książęcą kolczugę, tunikę i hełm stożkowy z wachlarzem pawich piór. Po śladach kopyt pozostawionych w lekko zaśnieżonym błocie szli mężowie ze świecami, mnisi, zakonnice i kanonicy we wronich barwach, którzy śpiewali pieśni żałobne i łzami obmywali trakt dla wozu pogrzebowego. Spoczywali na nim dwaj moi panowie, poprzedni i obecny, oraz Ja, Piękny Młodzieniec, kucający za malcem i głaskający go po główce, ażeby go zapewnić o swoim nad nim czuwaniu. Gdy koło wozu najechało na kamień, cała nasza trójca podskoczyła, wzbudzając lęk, ale też, ku memu oburzeniu, nieśmiałe uśmiechy na gębach niektórych włodyków, rzemieślników, kmieci i służebników, co to tworzyli stale rosnącą ciżbę snującą się zapojazdem.

Procesja dotarła do bramy Otoku i ruszyła do podgrodzia, gdzie czekał kolejny legion żałobników. Na widok ciała ukochanego xiędza niewiasty zapłakały i zaczęły lamentować z taką mocą, że rwały sobie włosy z głowy i rozdrapywały twarze, mężowie zaś padli na kolana i jęli rozdziewać szaty, a rozpacz jednych i drugich stała się jeszcze okazalsza, gdy z szeregu dworzan wystąpiło dwóch mężczyzn z misami wypełnionymi monetami i cisnęło denarami pod nogi najgorliwszych żałobników. Trasa pochodu wiodła od kościoła do kościoła, a wóz zatrzymywał się przy każdym z nich. Wdowa wraz z innymi wiernymi modliła się u wrót świątyni, zaś po skończeniu pacierzy dworzanie ściągali z wozu pogrzebowego drogocenne sukna i składali je na ręceduchownych.

Tłum dotarł w końcu do bramy wawelskiego grodu, przez którą przepuszczono już tylko niewielką część żałobników. Nieboszczyk został ściągnięty z wozu i dalej poniesiono go marach. I ja więc opuściłem gniazdko uwite w złotogłowiach i ruszyłem pieszo obok księżnej wdowy, trzymając mego Bolusia za rączkę, a nasze uszy zalała nowa fala śpiewów i lamentów dobywających się z gardeł książęcych ciurów, dworzan i stróżów. Cała nasza trójca weszła do palatium z garstką duchownych i rycerzy niosących swego poległego pana. Złożyli oni mary z ciałem xiędza Lestka na środku sali głównej, gdzie jeszcze niedawno zasiadał na tronie i przyjmowałgości.

Nastał pusty wieczór, a po nim pustanoc.

Reszta żałobnych katuszy została memu gospodzinowi oszczędzona. Boluś został odprawiony na górę, do izby tuż nad salą główną. Po jego policzku spłynęła łza, gdyż służba wyniosła kołyskę, a wniosła twarde łoże. Z matczynego rozkazu skończyły się dla niego wygody dzieciństwa. Wychodzący ciura zdmuchnął świecę i zamknął drzwi. Zostaliśmy sami. Malec położył się do łóżka, nakrył niedźwiedzią skórą i skulił się, drżąc z zimna i smutku. Pogłaskałem go po główce i by pomóc mu zasnąć, począłem opowiadać, co działo się podnami.

Pan ojciec leżał na wznak na wyścielonych drogimi suknami marach. Nie przykrywał go już całun, toteż wszyscy mogli oglądać jego blade wargi, zapadnięte policzki, długie, rozścielone na poduszce jasne włosy i zamknięte aż do Sądu Ostatecznego oczy. Dux do snu wiecznego odziany został w wyszywaną złotem tunikę i podszyty adamaszkiem płaszcz z grubego sukna karmazynowego. U stóp położono mu rycerskie ostrogi, przy głowie książęcy diadem, a w złożone na piersi dłonie włożono rękojeść obnażonego miecza, którego sztych sięgał niemal kolan. Wokół mar ustawiono dwanaście wysokich świec łojowych, a ich blask odbijał się od surowych, kamiennych ścian palatium. Dym z palonych kadzideł wzmagał panujący w pomieszczeniu półmrok, ale zabijał też fetor kilkudniowych zwłok. Mimo grudniowej nocy i pierwszego śniegu za oknami w sali nie było wcale zimno, bowiem pod posadzką, w umyślnie zbudowanym pomieszczeniu grzewczym, rozpalono piece, które przez kanaliki i szpary w kamieniach rozprowadzały gorące powietrze w komnaciegłównej.

„Gdy kota nie ma, myszy harcują” – tak się niegdyś mówiło albo mówić będzie, a w tym wypadku należałoby rzec: „Gdy książę umrze, poddani spiskują”. W Wielkiej Sali panował żałobny nastrój, głosy modlitw nie cichły nawet na chwilę, mimo to słyszałem szepty i widziałem gesty, które nie miały nic wspólnego z pobożnością. Przelotne uśmiechy, fałszywe ukłony i porozumiewawcze muśnięcia dłoni. Poznałem wstrętne knowania żałobników, ich udawaną życzliwość wobec mojego gospodzina. Pozornie pragnęli roztoczyć opiekę nad maleńkim Panem Krakowa, cały czas jednak zerkali na puste książęce krzesło stojące przy wschodniej ścianiekomnaty.

Na razie kości w swej dłoni trzymała Grzymisława. Niewiasta przywdziała strój skromny, ale tytuł wielki, słudzy zwali ją bowiem ductrix Cracoviae et Sandomiriae albo ducissa Poloniae, to jest księżną całej Polski. Władczyni nawet na krok nie odstępowała mar, przypominając obecnym, jak ważną funkcję pełniła u boku swego umiłowanego Lestka, a przy swych bokach miała uczonego biskupa Iwo Odrowąża, przewodniczącego w modłach, oraz wojewodę Marka z rodu Gryfitów. Jakżeby obaj chcieli być ojcami dla mojego gospodzina i pomóc matce w jego wychowaniu. Sprawiedliwy byłby to triumwirat i z pewnością lepiej by się skończył niż ten z udziałem Juliusza Cezara, mego dawnegopodopiecznego.

Inni szeptali jednak: „Nie godzi się, aby obcy sprawowali pieczę nad tym dzieciątkiem, skoro tak wielką ma rodzinę”. Albo: „Piastowie dbają o swoich”, a mówiąc to, nawet nie okazywali wstydu, choć przecie jeden z nich leżał właśnie ubity iniepomszczony.

Najdosadniejsze żądania wysuwał Konrad, książę ziemi mazowieckiej i brat zmarłego Lestka, choć nie czynił tego osobiście, tylko przez swego syna Kazimierza. Szesnastoletni Kaziu niedawno został pasowany, więc teraz pysznił się ostrogami, rycerskim pasem, błyszczącą kolczugą oraz haftowaną tuniką i z właściwą swemu wiekowi głupotą mienił się równym wszystkim piastowskim władcom. Jeszcze przed egzekwiami ogłosił, że jego wielki ojciec wypełni narzucony mu przez tradycję obowiązek i weźmie w opiekę tak bratową, jak i bratanka, sam zaś Kaziu z najwyższą przyjemnością nauczy maleńkiego kuzyna rycerskiego rzemiosła. Podczas czuwania przy marach próbował płakać po męsku, to znaczy rzewnie, ale przy zachowaniu zaciętego wyrazu twarzy i wyprostowanej sylwetki, żeby wyglądać na duxa litościwego, lecz dumnego. Nikt nie dał się nabrać na tę pozę. Wybiegam myślami w przód i widzę go na uczcie pogrzebowej, jak krzyczy, że on i jego ojciec pomszczą śmierć Lestka i ubiją zdradzieckiego Świętopełka, samozwańczego księcia Pomorza. Mówi jednak o tym tak głośno i tak często, że nikt nie wierzy w jego słowa, a gdy w końcu wpada pod stół napity winem, uznaje się te obietnice za pijackieprzechwałki.

Ponownie ojcem chciałby też zostać Henryk ze Śląska zwany Brodatym, który przydomek zawdzięczał okazałemu zarostowi noszonemu wbrew przyjętej modzie na gładkie lica. I ten dux swoich dobrych chęci nie przybył głosić osobiście, bowiem raniony został pod przeklętą Gąsawą, a uszedł żywy tylko dzięki dzielnemu Peregrynowi, który własnym ciałem osłonił swego pana przed mieczami wrogów. Stary lis wysłał w swoim zastępstwie syna Henryka, pobożnego księcia o wielu cnotach, który do małopolskich wielmożów zalecał się dyskretnie, a głównie to się modlił, samą swoją obecnością przypominając zebranym, że Wrocław leży niedaleko Krakowa, i jeszcze głośno śpiewał, gorliwie powtarzając słowa psalmów intonowanych przez biskupa Iwo i księżnę wdowę, jakby zapowiadał, że gdy nadejdzie pora, Henrykowie przemówią jednym głosem z krakowskimi dostojnikami iduchownymi.

Obaj ci panowie musieli się jednak liczyć z ojcowskimi dążeniami Władysława o nogach cienkich jak cisowe laski, władającego Wielką Polską. Czego stary, bezdzietny Piast własnym lędźwiami dokonać nie potrafił, chciał uzyskać układami, i to czynionymi ze znacznej odległości. Od obecności na pogrzebie wymówił się waśnią ze swoim bratankiem Odonicem, który od lat nastawał na jego życie i z nim wojował. Na Wawelu przyjęto takie wytłumaczenie ze zrozumieniem, albowiem i tutaj znano łotrostwa Władysława Odonica, tego wściekłego psa podejrzewanego o udział albo i zorganizowanie obławy na xiędza Lestka, co potwierdzał Władysław Laskonogi. Na uroczystościach pogrzebowych praw pana Wielkopolski strzegł więc biskup Paweł z Poznania. I w Gąsowie zastępował on księcia, a przed laty świadkował przy układzie między Władysławem i Lestkiem, na mocy którego w wypadku śmierci jednego z sygnatariuszy jego ziemię przejmie ten drugi. Obaj książęta nie mieli wtedy synów, więc takie zabezpieczenie dzielnic wydawało się roztropne. W palatium, czuwając przy zwłokach, duchowny przypominał o tym porozumieniu, jednak dyskretnie. Przechadzał się po sali i z każdym żałobnikiem, nawet tym najmniejszym, modlił się i pocieszał go słowami, że Pan Kryst nie zapomni o krakowskich duszach i ześle im anioła, by strzegł ich grodu. Nie musiał zdradzać imienia tego zbawcy, bowiem wszyscy wiedzieli, komu biskup dochowujewierności.

I wszyscy śpiewali, modlili się i knuli w półmroku, za nic mając smród bijący od ciała i słabą poświatę brzasku. Wróciłem do mojego gospodzina, gdyż jeszcze sporo czasu miało minąć, nim krakowscy panowie wybiorą Bolusiowi nowego ojca. Przysiadłem na belce przy suficie i spojrzałem na wiercącego się w łóżkumalca.

Byłem tym, który czuwa i nigdy niezaśnie.

1Fragment Pieśni o śmierci Bolesława autorstwa tak zwanego Galla Anonima wtłumaczeniu Józefa Birkenmajera z drobnymi zmianami językowymi. Gall Anonim, Kronika polska, Wrocław 2003, s. 38.
Grudzień roku Pańskiego 1230 marzec roku Pańskiego 1231

Raba leniwie płynęła między wzgórzami, niosąc nurtem cienkie kry i gałęzie połamane we wczorajszej wichurze. Ciepły wiatr spod gór roztopił pierwsze śniegi i drogi znów pokryły się błotem. Powietrze było rześkie i przyjemne, zupełnie jakby powróciłajesień.

Świętek nadepnął na starego kasztana ukrytego pod płaszczykiem wyschniętych liści. Syknął z bólu i zamiast kroku wykonał nieporadny skok na jednejnodze.

– Sam lepiej uważaj – ostrzegł brata, który szedł obok niego, a teraz śmiał się dorozpuku.

Wyszli spomiędzy drzew i ruszyli koleiną odciśniętą na ścieżce przez wozy. Ciepłe błoto stanowiło miłą odmianę od kamieni i jesiennych pozostałości ukrytych pod liśćmi. Świętek niósł dwa zaostrzone kije, które nazywał włóczniami. Miał już dziewięć lat, co w jego oczach czyniło go niemal dorosłym myśliwym, a właściwie rybakiem, jako że szli polować na ryby. Jego pięcioletni brat Falik dźwigał na plecach wiklinowy kosz, niemal równie wysoki jak samchłopiec.

Zwykle o poranku nad rzeką roiło się od mieszkańców wioski, którzy przychodzili po wodę, przyganiali krowy do wodopoju, a ostatnio głównie łowili łososie. Kilka tygodni temu zaczęło się tarło, mające według zapewnień starych kmieci potrwać jeszcze do początku przyszłego roku, ale też niebawem mógł nadejść siarczysty mróz i skuć rzekę lodem, przeto niewiele pozostawało czasu, by nałowić ryb i uwędzić je na zimę. Mimo to nad rzekę przyszła ledwo garstka chłopów. Wszystkiemu winna była niedziela i plebanusPiotr, który nawoływał z mównicy, że w tym świętym dniu nie lza działać, jeno nawiedzać świątynię. Jeszcze nie tak dawno nikt w okolicy do żadnego kościoła nie chodził, lecz trzy lata temu z Krakowa przyjechał duchowny Piotr i powołując się na biskupa oraz xiędza Wawelu, zajął przy pomocy stróżów najlepszą ziemię nieopodal wioski i rozpoczął budowę drewnianego kościółka. A potem zażądał, by ludzie łożyli na jego utrzymanie. Tak oto Myslenicze stały się w dolinie Raby ostoją prawdziwej wiary. Nie żeby wcześniej tutejsi chłopi nie byli krześcijanami – nie to co te pogańce z Kurosęk, nadal oddające cześć demonom Welesa. Okoliczna ludność od lat wierzyła w Pana Krysta, dziatwy kąpała w świętej wodzie, a raz do roku wysłuchiwała mszy odprawianej w kapliczce pod lasem przez mnicha wysłanego z Krakowa. Taka pobożność wszystkim odpowiadała, ale cóż mogli zrobić, skoro pleban przy wsparciu stróżów księcia uparł się, by wiarę okazywać przynajmniej raz w tygodniu, a nie tylko od święta? Pogodzono się z nowymi zwyczajami, tak jak i z tym, że odtąd część podymnego oddawano nie urzędnikom duxa, tylko duchownemu. Znaleźli się oczywiście i tacy, którzy za nic mieli sobie napominania Piotra, ale ich liczba malała, gdyż duchowny zaczął uważnie przyglądać się wiernym i na głos wymieniać nieobecnych. Nikt nie lubił być wytykany palcami, więc większość uznała, że jeden dzień odpoczynku w tygodniu nie jest wcalezły.

Świętek wiedział, że przyjdzie mu zapłacić za grzech. Znał się dobrze z kijem Piotra, gdyż z polecenia matki uczył się u duchownego czytać i pisać w lingua latina. Szło mu dobrze i w zasadzie jako jeden z nielicznych rozumiał, co święty mąż czyta podczas nabożeństw. Jego nieobecność na pewno pozostanie zauważona, albowiem w zamian za naukę usługiwał nie tylko w chałupie Piotra, ale też podczas mszy. Smaczna ryba i dobra przygoda warte były jednak obitegotyłka.

Falik zatrzymał się w miejscu, gdzie zwykle łowili ryby, ale Świętek nakazał iść dalej, bowiem usadowił się tu już jeden obwieś, któremu woleli nie wchodzić w drogę, a poza tym starszy brat przeczuwał, że większe sztuki przyczaiły się w górze rzeki. Tam unikać należało stróżów z brony, sprawujących pieczę nad długim pasem zasieków przecinających ukosem całą rzeczną dolinę. Umocnienia strzegły traktu handlowego wzdłuż Raby, a według samych zbrojnych stanowiły również rzeczywistą granicę całego księstwa, które co prawda rozciągało się dalej na południe, ale poza kilkoma sadybami w dolinie rzeki tamtejszą dzicz zamieszkiwali jedynie leśni ludzie, utopce i rusałki. Stróże też lubili ryby i mieli prawo zabierać każdemu kmieciowi część połowu, więc nieprzepadający za dzieleniem się Świętek wybrał miejsce tuż przed zakolem rzeki, przy wierzbach, których gałęzie wystawały daleko za brzeg i osłaniały przed oczami wścibskich. Odłożyli tobołki, zrzucili kapoty, ściągnęli gacie i w samych koszulach oraz założonych na głowy kapturach weszli dorzeki.

Lodowata woda starszemu z braci sięgała do ud, a młodszemu do pasa. Nikt nie wytrzymałby w niej długo, przeto należało się śpieszyć. Falik zanurzył kosz, ustawiwszy go otworem na nurt, a Świętek stanął bokiem dwa kroki przed bratem, zagradzając rybom dostęp do środka rzeki. Wbił jedną włócznię w dno, drugą mocno ścisnął w rękach, wziął zamach i znieruchomiał. Czekali.

Pierwsza ryba okazała się dla nich za duża, więc nawet nie próbowali jej pochwycić. Druga była niemal o połowę mniejsza, czyli dla nich w sam raz. Świętek poczekał, aż łosoś znajdzie się przy jego nodze, i pchnął zaostrzonym kijem. Włócznia musnęła łuski i wbiła się w dno, a spłoszony łosoś pognał przed siebie, gdzie czekała na niego wiklinowa pułapka. Wpłynął do środka, ale nim Falik zdążył zawinąć wielkim koszem, zwinne stworzenie pierzchło, uderzając chłopca ogonem i go przewracając. Świętek pomógł wstać dławiącemu się wodą bratu i wychowawczo trzepnął go prawicą pogłowie.

– Rozszerz se kulasy, ugnij je y stój pewnie. Nie marnuj mojegotrudu!

Falik kiwnął głową i zrobił, co munakazano.

Kolejna ryba była jeszcze mniejsza, choć wciąż dosyć słusznych rozmiarów. Tym razem Świętek trafił zaostrzonym kijem prosto w grzbiet i omal nie stracił broni, gdy rzeczny potwór szarpnął się doprzodu.

– Teraz, szybko!

Szamocząca się ryba wpłynęła do nadstawionego kosza. Świętek, trzymając jedną ręką włócznię, chwycił za wiklinowe ucho i pomógł bratu podnieść pułapkę, a potem wytaszczyć ją na brzeg. Bestia, która wypełniała prawie cały kosz, miotała się, walcząc o życie, i zdołała nawet ugryźć dłoń młodszego z braci, ale niezbyt głęboko, więc chłopiec ani nie pisnął. Przechylili kosz, wyrzucając łososia na kamienie, a Falik podniósł głaz i się zamachnął, by zmiażdżyć męczącemu się stworzeniu głowę. Powstrzymał gobrat.

– Zostaw. Niech se dygocze. Inaczej nie ugotujemy zupy zgłów.

Falik posłuchał, jak zawsze, i razem patrzyli na wielkiego rzecznego drapieżnika, który wyłupiał oczy, ruszał skrzelami i otwierał pyszczek, jakby chciał na nich krzyczeć. Gdy w końcu przestał się ruszać, Świętek odszukał w tobołku nóż rano podwędzony matce, kucnął przy łososiu i rozciął mu brzuch. Szybko go wypatroszył, nie zważając na krew tryskającą mu na przedramiona, a gdy skończył, odszukał we wnętrznościach pęcherz i cisnął nim w brata. Pocisk trafił wprost w twarz Falika i spadł na kamienie. Buzia malucha przybrała gniewny wyraz, który zaraz ustąpił miejsca czystej dziecięcej radości. Chłopiec podniósł pęcherz i wycelował wŚwiętka.

Przez jakiś czas obrzucali się rybimi płetwami i wnętrznościami, piszcząc i się śmiejąc, aż w końcu im się znudziło i zziajani usiedli nakamieniach.

– Rozpalmy ognisko – oznajmił Świętek, spoglądając na swoje zsiniałe z zimnastopy.

Gdy ogień zapłonął, starszy brat wyciął dwa kawałki łososia i ułożył je na płaskim kamieniu tuż przy płomieniach. Obaj byli głodni, bo wyszli z domu bez śniadania, więc gdy ryba trochę się podgrzała, zjedli ją ze smakiem, grzejąc nogi przyżarze.

– Złapiemy kolejną? – zapytał Świętek, gdy już sobie pojedli, a stopy zaczęły ich swędzieć odgorąca.

Falikprzytaknął.

Tym razem też im się poszczęściło. Pojmali duży okaz, a że więcej niż dwóch ryb i tak by nie unieśli, ogrzali się ponownie przy ognisku, ubrali, dźwignęli wspólnie kosz i ruszyli dodomu.

Zboczyli ze ścieżki i weszli w las, aby sprawdzić zastawione rano siatki na wiewiórki. Złapały się dwie rude kity. Ukręcili stworzonkom łebki i wrzucili je do worka. Zawsze to jakaś odmiana od ryb, którymi się zajadali od miesiąca. Skórki i ogony sprzedadzą ludziom podłowczego, który co prawda zawsze ich napominał, że tylko on, jako urzędnik duxa, ma prawo polować w okolicznych lasach, ale uczciwie płacił miodem za dostarczany mutowar.

Po południu dotarli do osady. Myslenicze leżały u stóp góry, której północne i wschodnie zbocza zostały wykarczowane za czasów pradziada Myślimira, a zachodni kraniec wzniesienia łączył się z gęstym borem ciągnącym się aż do samych Węgier. Miejscowi z dawien dawna nazywali to wzniesienie Dębową Górą, ale w ostatnich latach nazwa została przechrzczona na Górę Plebana, ponieważ duchowny przejął część pól oraz łąk na jego wschodnimzboczu.

Minęła już pora mszy, więc drewniany kościółek świecił pustkami. W pobliżu nie kręcił się też pleban, który o tej porze zwykł spacerować między drzewami i śpiewać głośno psalmy, przypominając próżniakom o niedopełnieniu obowiązku coniedzielnego nawiedzenia świątyni. W ogóle na biegnącym przez środek wioski trakcie panował zadziwiający spokój. Świętek przyśpieszył, widząc, że ludzie gromadzili się wokół jednego z domów. Ich domu. Falik chciał się wyrwać do przodu, jednak starszy brat chwycił go za ramię. On też najchętniej pobiegłby do chałupy, ale nie mogli sobie pozwolić na porzucenie kosza ze zdobyczą. I tak już dwa psy szły za nimi i wywieszały jęzory, wyczuwając rybitłuszcz.

Przy domu ciżba rozstąpiła się przed braćmi, jakby nieśli w koszu morowe powietrze. Zastali otwarte drzwi. Zeszli po schodkach wydrążonych w pniu sosny i znaleźli się wewnątrz ciasnej półziemianki, obecnie wypełnionej dziesięciorgiem ludzi. Położyli kosz w kącie izby i zaczęli się przepychać między chłopami. Ci przepuszczali ich bez słowa, więc w końcu dotarli do przylegającej do ściany ławy, na której zwykli spać we trójkę, a na której teraz leżała tylko ich matka. Nie ruszałasię.

Padli przed nią na kolana. Świętek pogładził dłonią matczyny policzek, chcąc ją obudzić, a Falik od razu spróbował, na co się zdadzą dziecięce łzy. Ciało rodzicy pozostało zimne isine.

– Wstawaj, matulu – szepnął Świętek, dokonując rozpaczliwej próbywskrzeszenia.

Matka już wcześniej została stosownie ułożona. Spoczywała na wznak z zamkniętymi oczyma, wygładzoną suknią, w drewniakach i z małą łojową świeczką wetkniętą w złożone dłonie. Łkanie brata i własny żal, który ściskał gardło i przynosił otępienie, utrudniały Świętkowi zrozumienie słów, które krążyły po izbie w postaci plotek, wyjaśnień i podejrzeń, w końcu jednak zdania zaczęły układać się w obraz wyjaśniający przebieg wydarzeń. Kobietę około południa znaleźli wracający z mszy sąsiedzi. Leżała przed domem z igłą, nitką i podartą dziecięcą koszulą w dłoniach, a tuż obok jej nogi znajdował się drewniany konik. To o niego miała się poślizgnąć i rozbić sobie głowę. Na jej skroni widać było strup zakrzepłejkrwi.

– Pan Kryst łaskaw jest wobec owiec, które posłusznie kroczą u jegoboku.

Świętek dopiero teraz dojrzał stojącego nieopodal matki plebana Piotra. Wysoki mężczyzna o czarnych włosach i grubych, zrośniętych ze sobą brwiach przyglądał się mu z surową miną i wskazywał gopalcem.

– Tych zaś, którzy odrzucają Boże towarzystwo, gdyż wolą nurzać się w rozrywce, skazuje na żywot pełen łez! Patrzcie, jaka dola spotkała tych młodych grzeszników. Pogwałcili dzień Pański, y to w adventusie, kiedy trza się gotować na nadejście bożego gospodzina! Kara surowa, lecz sprawiedliwa, wszak y matki w kościele od dwóch niedziel nie widziałem! Wszyscy wiemy, że to synowie swym zachowaniem ciągle pracy jej przydawali. To na nich więc spada odpowiedzialność za jej niedawne grzechy yśmierć!

Chłopak poczuł na sobie spojrzenia sąsiadów i choć na twarzach niektórych znalazł więcej współczucia niż potępienia, to wszyscy wydali mu się obcy. Chciał zapłakać, jak wypadało, paść plebanowi do stóp i błagać go o odpuszczenie grzechów, ale widać zło opętało go na dobre, gdyż poczuł rosnącą złość, która wypaliła mu łzy, wyprostowała plecy i zesłała butę. Nie pojmował, dlaczego pleban smaga go takimi okrutnymi słowami. Spojrzał hardo naduchownego.

– Ryba była przeznaczona na stół pana plebana – skłamał.

Za kolejny grzech został ukarany siarczystympoliczkiem.

– Matkę opłakuj, bękarcie diabła! Tylko łzami zdołasz wyjednać u Boga jejzbawienie.

„Czyżby duchowny miał rację?” Matka była zdrowa i nigdy nie chorowała, a ludzie mówili, że tak po prostu potknęła się o drewnianą zabawkę i od razu umarła. Może się mylili i to serce jej pękło z żalu albo jakiej choroby? Konik należał jednak do Świętka i to on nie schował go do skrzyni, on też rozdarł koszulę i dał matce do zacerowania i w końcu to on wyciągnął brata na ryby i odciągnął go od nabożeństwa w kościele. On. Wszystkiemu winien był on. Mimo to wciąż nie potrafił zrozumieć bezmiaru Bożego okrucieństwa, nie pojmował, czemu Pan tak srogo karze go zawystępki.

Spuścił głowę. Jego brat nadal płakał, ale chyba jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak zmieni się ich życie. Zostali sami na świecie. Dziadek zmarł w zeszłym roku, a ojca nie znali. Falik jeszcze nawet nie wiedział, co znaczy słowo bękart, którym czasem ichprzezywano.

Kolejne dni byłyudręką.

Pochowali matkę na nowym cmentarzu obok kościoła. Urządzono skromny pogrzeb pozbawiony tryzny, albowiem pleban nie godził się, by śmierci towarzyszyły zabawy w maskach, pijaństwo i zawody zapaśnicze. Zresztą w całych egzekwiach uczestniczyła tylko garstka sąsiadów, a w kondukcie pogrzebowym więcej szło wyjących psów niżżałobników.

Potem stracili dom. Zjawił się u nich Hycko, najbogatszy kmieć wioski, a zarazem jej sołtys, i oznajmił, że chałupa nigdy nie należała do nich, jedynie użyczano ją ich dziadkowi w zamian za jego pracę na roli. Hycko i tak okazał łaskawość, że nie upomniał się o swoją własność w zeszłym roku, gdy ich dziadek umarł i zostawił córkę samą. Bracia mogliby co prawda uzyskać prawo do domu i do ziemi, ale wiązałoby się to z przejęciem wszystkich obowiązków dorosłego zagrodnika. „Wróćcie, gdy dorośniecie, a może oddam wam chałupę” – powiedział im naodchodnym.

Latem mogliby spróbować przeżyć w lesie. Świętek umiał już trochę budować, więc chyba udałoby mu się postawić szałas, tyle tylko, że tuż po pogrzebie spadły śniegi i odcięły całą dolinę od świata, nawet zwierzęta musiały zejść z jesiennych pastwisk. Z pomocą przyszedł braciom pleban Piotr, który zaprosił ich do siebie, a oni się zgodzili, nie mając wyboru, choć obiecali sobie potajemnie, że to tylko czasowe rozwiązanie, a wiosną uciekną na południe, w kierunku Węgier. Surowo karano samowolkę osadniczą, ale od czasu do czasu któryś z chłopów udawał się za bronę, gdzie można było znaleźć dobrą ziemię, i to pozbawioną ciężarów prawaksiążęcego.

Mieszkali z duchownym w jednej chałupie, tuż przy cmentarzu, i nie żyło im się źle. Jedli dwa razy dziennie, nie marzli bardziej niż inni i spali blisko matki. Świętkowi często się śniła, a w snach tych zawsze miała surową minę, jakby oskarżała syna o swoją śmierć. W zamian za gościnę ciężko pracowali. Nosili drewno na opał, pilnowali paleniska, przygotowywali dostarczane przez chłopów jadło, odśnieżali wejście do kościoła, sprzątali świątynię i prali. Nigdy nie mieli czasu na łowienie ryb, bowiem w każdej wolnej chwili pleban gonił ich do nauki, zresztą smak łososia i tak im obrzydł. Uczyli się pisać i czytać z modlitewnika duchownego. Piór mieli pod dostatkiem, ale brakowało im atramentu i pergaminu, więc ich przyborami stały się kij oraz śnieżny puch. Świętek jako pojętny uczeń szybko zasłużył sobie na miano litteratus. Nawet surowy Piotr z zadowoleniem patrzył na jego postępy i mówił, że w przyszłości może z niego być dobry clericus. Chłopak nic nie odpowiadał na te przepowiednie, choć obiecał sobie, że nigdy w życiu nie zostanie duchownym. Diabeł, który przywiódł go do grzechu i ściągnął na jego matkę nieszczęście, podpowiadał mu raczej, by został człowiekiem miecza, bluźniercą i pogańcem. Istniało prawdopodobieństwo, że w drodze ku zatraceniu potowarzyszy mu Falik, bowiem maluch zupełnie nie nadawał się do pióra. W ogóle od śmierci matki odzywał się niewiele i tylko do swojego brata, a podczas nauki jeno gapił się w księgę i nie powtarzał pokazywanych mu liter nawet mimo otrzymywanych razów. Kije przynajmniej oduczyły go płaczu. Zdarzało mu się co prawda łkać po nocach, kiedy wydawało mu się, że nikt nie patrzy, ale w dzień nie okazywał smutku, nawet podczas ciężkiego lania. Polubił też płomienie. Spał tak blisko pieca, że było to wręcz niebezpieczne, ale gdy ktoś chciał go odsunąć od ulubionego miejsca, to gryzł, kopał, po czym wracał jeszcze bliżej żarzących się węgli. Niekiedy wyciągał ręce tuż nad płomienie, tak że te lizały mu dłonie. Świętek zapytał raz braciszka, dlaczego robi sobie krzywdę, a on pokazał mu zaczerwienienia i bąble, z których sączyła się biała maź, po czym odparł: „Dzięki temu tam w środku boli trochę mniej”. Świętek więcej niepytał.

Trwali tak, skostniali od zimna i zmęczeni mrozami, czasem w ogóle nie wychodząc z pozbawionej okien chałupy i drzemiąc wtuleni w siebie jak górskie misie. Wybawieniem od nauki, towarzystwa plebana i nieustannego rozpamiętywania śmierci matki była wiosna. Nastała niespodziewanie, poprzedzona dwudniową zamiecią śnieżną, a gdy już objawiła się światu, to nie znikła jak rozkapryszona pannica, jeno została, biorąc przyrodę we władanie. Raba wezbrała od pękającego lodu i topniejących śniegów, które spływały potokami z okolicznych gór. Na drogi i ścieżki powróciło błoto, a las zaczął pachnieć świeżym igliwiem. I pewnego marcowego dnia odwiedził ich PanRycerz.

Dzień był tedy pogodny, tak że można było ściągnąć kaptur oraz ciężki płaszcz wełniany i chodzić w samej koszuli. Świętek i Falik rąbali drewno, co w zasadzie oznaczało, że ciężkim toporem robił ten pierwszy, podczas gdy malec zbierał pocięte drewienka i układał je w stos pod ścianą chałupy. Rycerz nadjechał od zachodu, zapewne traktem górskim biegnącym po zboczach Ukleiny. Obok jego czarnego jak smoła konia kroczył młodzieniec niosący włócznię na ramieniu, a za nimi jechał wóz powożony przez starszego mężczyznę. Na pace jechało trzech mężczyzn o wyglądzie drabów. Rycerz przejechał przez bramę w płocie okalającym całą posiadłość plebana, minął cmentarzyk i wstrzymał konia tuż przed Świętkiem, który stał z siekierą zwróconą żeleźcem ku ziemi. Chrapy wierzchowca buchnęły gorącą parą wprost na twarz chłopaka, ale choć Świętek czuł prawdziwy strach, to się nie cofnął. Słyszał wprawdzie opowieści o Belzebubie w pięknym ciele rycerza, co to odwiedzał wioski na swoim czarnym koniu i zabierał dzieci do czeluści piekielnych, lecz jako starszy brat zamierzał bronićFalika.

– Nie lękaj się. Nie uczynię cikrzywdy.

Demon odezwał się miłym głosem, lecz to nie osłabiło podejrzliwości chłopca. W Księgach Bożych jasno przecie stało, że Szatan posunie się do każdego podstępu, byle tylko zwieśćgrzesznika.

– Kto się boi?! – krzyknął i mocniej ścisnął trzonek siekiery, by nie wypadła mu ze spoconych i lekko drżącychdłoni.

– Właśnie widzę, jacy z was harcownicy – odparł rycerz, próbując zachowaćpowagę.

Świętek zerknął w bok. Mały Falik wcale nie chował się za jego plecami, ale stał tuż obok niego, trzymając w rękach ogromne polano niczym jakąmaczugę.

– Będziemy się bronić, diable! – ostrzegł starszy zbraci.

– Diable? – Rycerz zaśmiał się, ale bardziej serdecznie niż złośliwie. – Nawet nieprzyjaciel w polu łagodniej mnie przezywa. Pleban Piotr wdomu?

– Nie znamy nikogotakiego.

– A ciebie, chłopcze, jakzwą?

– Ja jestem Wilk, a mój brat to Niedźwiedź – powiedział, przypomniawszy sobie ostrzeżenia matki, by nie zdradzać obcym swegoimienia.

– Starczy tego. Zawołajcie plebana albo posłuchacie psiej skóry. – Rycerz wskazał na bat przytwierdzony do siodła, nie pozostawiając wątpliwości, z czego zostałskręcony.

Władczość, jaka biła z rycerza, dała chłopakowi do myślenia. Przybysz nie stosował diabelskich metod, nie mamił pokusami i wciąż nie użył siły, tylko groził i rozkazywał jak prawdziwy możny pan. Strach nieco zelżał w podrostku i pozwolił mu ujrzeć wojaka w nieco innym świetle. Rycerz nie wyglądał wcale strasznie, ale dostojnie! Nosił długi, rozcięty z przodu kaftan z wszytymi weń rzędami żelaznych pierścieni. W podobny sposób wykonano długie rękawy i kapuzę, teraz układającą się w zmyślny garbik na karku. Mąż siedział wyprostowany w masywnym drewnianym siodle o dwóch jabłkach, to jest kulach, po jednej z przodu i z tyłu. Stopy tkwiły w szerokich strzemionach, a pięty zdobiły ostrogi zakończone ostrym szpikulcem. Szyku przydawał czerwony czaprak. Uwagę chłopca najmocniej przykuł miecz umocowany przy pasie rycerza. Świętek nigdy wcześniej nie widział takiej broni. Miejscowi stróże nosili włócznie, topory i sztylety, ale żaden z nich nie mógł sobie pozwolić na zakup miecza. Podobno taki oręż posiadał sołtys, ale trzymał go w skrzyni jak największy skarb. Brzeszczot, który był własnością tajemniczego rycerza, miał okrągłą głowicę, owiniętą drutem rękojeść, prosty jelec i głownię, zapewne stalową, ale nie była to rzecz pewna, bowiem ostrze tkwiło wpochwie.

– Zostawich!

Głos dobiegł zza półziemianki, a po chwili ukazał się jego właściciel, to jest pleban Piotr. Duchowny szedł od strony lasu, gdzie lubił się przechadzać przedpołudniami. W jednej ręce niósł modlitewnik, a w drugiej sękaty kij. Rąbek jego sięgającej kostek czarnej sukni oblepiony był skorupąbłota.

– Zostawić? Przecie sam posłałeś do mnie gońca jeszcze przed NowymRokiem.

– Nie po to, byś się tu zjawiał. Wystarczyło przysłać przez umyślnego trochę denarów, bym miał ich z czego utrzymać. Z tego, co dostaję od kmieci, ledwo mi starcza na świece dokościoła.

– Bez nich będzie ci więc lżej. Zabieram ich ze sobą. To chyba o tę dwójkę się rozchodzi? – Rycerz machnął dłonią w kierunkubraci.

Pleban zajął pozycję między jeźdźcem achłopcami.

– Zostaw. Starszego wyuczę na swojego zastępcę, z młodszego uczynię zacnego kmiecia. Niczego im nie braknie, jeśli tylko uchylisz nam trzosa. Podobno cię stać. Podobno umiesz się wkupić w łaski każdego władcyKrakowa.

– Stać mnie y na to, by wykupić całą tę wioskę, a ciebie stąd pogonić jak bezpańskiego psa. Zejdź mi z drogi albo mój wierzchowiec wdepcze cię wbłoto.

Duchowny nie cofnął się o krok, za to zasłonił się psałterzem i kijem niczym tarczą iwłócznią.

– Służę jeno xiędzu Nieba y tylko przed jego gniewem zginam kark. Musisz wiedzieć, że przez ostatnie trzy lata żyłem z matką tych chłopców jak z własnążoną.

Rycerz powoli zdjął skórzane rękawice, ułożył je przed sobą na siodle, po czym przeczesał bujnego, równo przystrzyżonego wąsa o barwie słomy i podrapał się połysinie.

– Doszły mnie takowe pogłoski, jednak te zuchy mają więcej niż trzy lata, więc nie masz do nich praw. Jeszcze nim się tu osiedliłeś, słałem ich matce monety, by miała z czego chować synów, a jej ojciec nie wydał ją za byle zagrodnika. Nic ci niezawdzięczają.

– Ino to, że byłem dla nich jako ojciec y dbałem, by wyrośli naludzi.

Przybysz zacisnął łapę na przedniej kuli siodła. Koń jakby wyczuł gniew pana, bo zarżał, potrząsnął łbem i niespokojnie przestąpił z nogi na nogę. Wojownik poklepał go poszyi.

– Dostaniesz sto denarów za swójtrud.

– Nie potrzebujęjałmużny.

– To czego chcesz, plebanie? Chłopcy jadą ze mną, to nie podlegadyskusji!

– Skoro tak się upierasz, to ich sobie weź. A choć nie dbam o własne bogactwo, to nie mogę być ślepy na ubóstwo Kościoła, który jest naszą matką. Ledwośmy jesienią skończyli budować świątynię y już zabrakło nam monet na zakup ołtarza, ław y mszalnego uposażenia. Swoją posługę muszę pełnić przy zwykłym pniaku, a krew Pana Krysta okazywać w drewnianymkubku!

Świętek gorączkowo myślał. Kim jest ten człowiek? Na licho nie wyglądał, a przemawiał tak rzeczowo, jakby był przyjacielem ich zmarłej matki albo… Nawet po cichu nie śmiał tego powiedzieć. Co prawda rodzicielka rzekła mu kiedyś, że spłodził ich możny pan z Krakowa, ale była wtedy napita piwem, więc Świętek jej nie uwierzył. Może jednak rycerz przynajmniej znał ich rodzica? Ale dlaczego pleban twierdził, że ich matka była mu żoną? Zaczął się nad tym zastanawiać. Gdy matka mówiła mu, że zostawia go samego z bratem na noc, bo idzie odmawiać kompletę ze świętym Piotrem, to niekoniecznie chodziło jej o modlitwę w samotności. Wspólne wieczerze w domu duchownego też pewnie nie wynikały z litości męża Kościoła wobec samotnej matki. A gdy ludzie wytykali Świętka palcami i przezywali Piotrowicem, to bynajmniej nie kpili z tego, że podrostek jest uczniem i pomocnikiem duchownego. Nie był głupi. Już wcześniej coś podejrzewał, tylko jakoś nie mieściło mu się w głowie, że rodzica mogła zlec z takim okrutnikiem. W ostatnich tygodniach przed jej śmiercią coś musiało się zmienić między tą dwójką, gdyż pleban już ich tak często nie odwiedzał, a matka stroniła odkościoła.

– Dobrawka leży na tym cmentarzu? – zapytałrycerz.

– Przy wschodniejścianie.

Przybysz przełożył nogę przez siodło, zsiadł z konia, przekazał uzdę młodzieńcowi z włócznią i ruszył ku mogiłom. Na ziemi wyglądał niemal równie okazale jak w siodle, co zawdzięczał słusznej posturze i brzuchowi, a gdy kroczył w swoim ciężkim kaftanie i w butach z ostrogami, zgromadzona w kałużach woda lekko drżała. Wojak odszukał właściwy grób, po czym uklęknął i spuścił głowę. Tkwił w tej pozycji przez dwa pacierze, a Świętkowi wydało się, że dostrzegł łzę w jego oku. Potem mężczyzna wstał, wrócił do swojego rumaka i z powrotem go dosiadł, korzystając z pomocy giermka, który przytrzymał mu strzemię. W końcuzawyrokował:

– Zostanę waszym darczyńcą przez wzgląd na moją Dobrawkę. Przyślę mojego skarbnika, który uzgodni wydatki. Chłopcy, zabierajcie swojerzeczy.

– Czy… Czy jesteś naszym ojcem, panie? – W końcu na odwagę zebrał się starszy zbraci.

– Może kiedyś będziecie się do mnie mogli tak zwracać. Na razie jestem panem Klemensem herbu Gryf z rodowymi włościami w Ruszczy, a wy jesteście moimi stajennymi. Wiecie, jak obchodzić się zkońmi?

– Nie, panie.

– Wszystko wyjaśni wam Jędrek. Ładujcie się na wóz, bo jeszcze dziś chcę zajechać naWawel.

Rok Pański 1228 – rok Pański 1231

Patrzyłem, jak rośnie to maleńkiedziecię.

Rodzic mego umiłowanego księcia ubity został pod Gąsową i leżał w kamiennym sarkofagu w katedrze na Wawelu, ale Bolek miał już nowego ojca, brzydkiego i lubieżnego duxa Władysława o nogach cienkich i powykrzywianych jak leszczynowe laski. Władysław nie okazał się jednak dobrym tatką, albowiem synka swego nie leczył z melancholii, nie uczył go rycerskiego rzemiosła i nie pokazywał mu, jak łapać świerszcze na Bagnach Żabiego Kruka, co gorsza, z domu go wygnał, w łaskawości swej zezwalając, by w odległej przyszłości doń powrócił. A o wszystkim tym zdecydowano wCieni.

Ja też tam byłem, w trzecie nony majowe roku Pańskiego 1228, na plenum colloquium, to jest wiecu walnym pod gołą chmurką. Siedziałem w koronie dębu nad powieszoną na pniu kapliczką świętego Józefa, który niegdyś tak jak i ja był opiekunem gospodzina, tyle że Bożego, i obaj czuwaliśmy, co możni uradzą na temat Bolusia. Na wiec w Cieni nieopodal Kalisza, przy granicy między Wielką i Małą Polską, zjechali pan wojewoda krakowski Marek Gryfita, palatyn Pakosław Awdaniec z Sandomira, Mściwój kasztelan Wiślicy i wielu jeszcze innych możnych z ziemi krakowskiej, a wszystkim im przewodził mądry radą biskup Iwo Odrowąż przemawiający w imieniu Kościoła i księżnej Grzymisławy, która została wraz synem na Wawelu i tam modliła się o pomyślność dla swojej dzielnicy. Pod jej nieobecność za najważniejszego uczestnika zjazdu uznał się xiądz Wielkopolski Władysław, przez wrogów przezywany laskonogim rozpustnikiem, który takoż przyprowadził swoich radców, dworzan i wojów, a spośród nich największym sprytem odznaczał się biskup Paweł zPoznania.

Już kilka dni wcześniej rozbito pod wioską wytworne namioty, tworząc jakby oddzielną miejscowość. Ileż tam wina wypito, dziewek wygrzmocono i kłótni stoczono, tego nawet ja nie zliczę, ale to właśnie w tym obozie, przy rozmaitych rozpustach, toczono właściwe układy. Och, jakże kupczyć potrafiły te wyrosłe na smoczym truchle krakusy, jakby gadzie złoto, wciąż spoczywające pod wawelskim wzgórzem, na wiek wieków napełniło ich sercachciwością.

Co uradzono pokątnie, wnet ogłoszono na głównych obradach. Odbyły się one na niewielkim kopcu, na którego szczycie stał drewniany stolec i rósł wiekowy dąb z zawieszoną na pniu kapliczką świętego Józka, najsłynniejszego spośród wstydliwych. Na tym krześle siedział dux Władysław, a pod nim, na stokach kopca i dalej, na kwiecistej łące, stali możni zgodnie ze swoim starszeństwem. Przez cały dzień spierano się i godzono, aż w końcu Władziu zobowiązał się zachować krakusów w ich prawach, i to nie tylko rycerzy oraz kupców, ale i rzemieślników oraz zwykłych najemców. Nadto zapewnił, że nowych obciążeń i danin nakładać nie będzie, a gdyby przyszło mu na myśli nowe prawo układać, zasięgnie rady u biskupów i głów najważniejszych rodów, w razie zaś wojennego zagrożenia przybędzie wraz ze swymi rycerzami bronić Krakowa. Wszyscy zgodnie orzekli, że przyrzeczenia te są iusta et honesta, czyli słuszne i sprawiedliwe. Mądry Iwo Odrowąż zadbał również, by Władysław ulżył w powinnościach Kościołowi i uwolnił biskupie posiadłości od nadmiernej opieki książęcego prawa. W zamian za to wszystko xiądz otrzymał zgodę na usynowienie Bolesława Lestkowica i tym oto sposobem stary władca stał się opiekunem mego gospodzina oraz całej krakowskiej dzielnicy i ogłosił się princepsem Lechii. Raz jeszcze dwie Polski stały się jedną, i to na długie lata, albowiem Boluś został spadkobiercą starego księcia i kiedyś miał odziedziczyć ziemie obu swoich ojców. Na razie został jednak dzierżycielem ziemi sandomirskiej i tam miał zostać zesłany wraz z matką, której odebrano tytuł pani Wawelu, a obwołano ducissąSandomira.

Układy zagryziono mięsiwem, zapito winem i przypieczętowano pijackimi uściskami, ale radosny nastrój nie potrwał długo. Ledwo Władysław zawitał do Krakowa i pogłaskał po jasnej czuprynce nowego syna, a już musiał wyjeżdżać zająć się sprawami Wielkiej Polski, gdyż przeklęty Odonic uciekł z więzienia i wszczął nową wojnę przeciwko swemu stryjowi. Nadto Konrad dux Mazowsza nie przestał śnić o Wawelu i za nic mając ustalenia w Cieni, zebrał armię i ruszył napołudnie.

Grzymisława lękała się tyranii Konrada i słała listy do Władysława, by wywiązał się z umów i przysłał swoich rycerzy na ratunek, lecz stary książę nie potrafił nawet nad swoją dzielnicą zapanować, więc doradził tylko, aby o pomoc zwrócić się do brodatego Henryka. Książę Śląska wyleczył już rany spod Gąsawy i gotów był przekuć porażki w zwycięstwa na placu boju. Wraz ze swym synem Henrykiem zrobili zaciąg śląskich rycerzy i nadto najęli niemieckiego żołnierza, by o lechickie sprawy walczył. Wielka ich siła przybyła do Małopolski i przez całe lato dawała dzielny opór grabieżcom i gwałtownikom z Mazowsza. Nie było to jednak po rycersku tak się wadzić i gonić po lasach, tedy Henrykowie umówili się z Konradem na walną bitwę podSkałą.

Siedziałem na palisadzie wzniesionego wśród skał grodu i spoglądałem na bitwę. Starli się rycerze konni i spieszeni, wielkie pany z prostymi chłopami. Miecz przeciw tarczy, topór przeciw włóczni. Lśniące kolczugi pokrywały się błotem, a szłomy gubiły z czubów pawie pióra. Konie stawały dęba i rżały, zbrojni wymachiwali w żelazo przystrojonymi rękoma i krzyczeli, a nad całym tym zgiełkiem unosiły się zawołania bitewne i imiona książąt, którzy chcieli zostać opiekunami mojego gospodzina. Tego dnia wielu znakomitych rycerzy poległo, a gdy nastał zmierzch, rozgromiony Konrad czmychnął z resztką hufca, co nie przyszło mu łatwo, albowiem na pastwę wrogów musiał zostawić ciało swego młodego syna Przemysła, ubitego przez zwykłegociurę.

Chwała zwycięstwa przypadła brodatemu Henrykowi i leciwy, ale wciąż silny w boju Piast został kolejnym opiekunem mojego Bolka. Ojcem go jednak nie obwołano, gdyż Władysław nie pozwolił sobie odebrać syna oraz jego włości, więc Ślązak objął we władanie Kraków jako wielkorządca Laskonogiego, a nie udzielnydux.

Wieści o bitwie dotarły do Grzymisławy już nazajutrz. Pamiętam dobrze, jak się radowała, spacerując po ogrodach Wawelu, i z jaką życzliwością witała obu Henryków w palatium, gdy ci opromienieni tryumfem zajechali do grodu Kraka. Myślała sobie, że stary Heniu, który nosił tonsurę i krótką brodę niczym mnich, okaże jej łaskę i pozwoli zostać w Krakowie, choćby w skromnym domostwie w Okole, ale blisko mogiły męża i dziedzictwa syna. Książę Śląska nie był gwałtownikiem i we wszystkim słuchał się rad swojej żony, pobożnej Jadwigi, ale w tej sprawie okazał się stanowczy i przypomniał wdowie, że jest ducissą Sandomira i ma wobec swojej dzielnicy obowiązki, wszak poddani bez monarchy są niczym owce bez pasterza. Musiała zatem potomkini ruskich kniaziów wypełnić postanowienia z Cieni i ruszyć nawygnanie.

Widziałem, jak się pakują. Nie brali kobierców, zdobionych kufrów, rzeźb, pozłacanych krzyży, stołów ani krzeseł, bowiem księżna dawała do zrozumienia, że to wszystko i tak należy do niej i do jej syna, a przecież gospodarz nie zabiera ze sobą mebli, gdy inny swój dom wyrusza odwiedzić. Ze wszelkich miar starała się wszystkich przekonać, że wawelską twierdzę opuszcza tymczasowo i na własne życzenie. Suknie i klejnoty szczodrze darowywała kościołom i klasztorom, nie zapomniała też o upominkach dla żon wpływowych krakowskich rycerzy, głosząc wszem i wobec, że jedyną pociechą po śmierci męża jest dla niej Pan Kryst, ten zaś Oblubieniec lubi niewiasty przyobleczone w zgrzebne suknie. W jej sercu rzeczywiście Bóg zamieszkiwał, ale ja potrafiłem dojrzeć jeszcze jedną przyczynę jej zachowania. Ducissa pragnęła dobrze zapaść w pamięci wpływowych krakowskich osobistości, tak by te nie zapomniały o jejsprawie.

Zabrane dobra zmieściły się na jednym wozie, a z wyroku Opatrzności był to ten sam pojazd, którym nie tak dawno w kondukcie pogrzebowym wieziono książęce ciało. Poznałem go, tak jak i Bolek, który podczas egzekwii podrapał jedną zdesek.

Grzymisława jechała na koźle, obok woźnicy, ja siedziałem z Bolkiem na pace, a naszą straż stanowił skromny poczet rycerzy z rodu Awdańców. Mój gospodzin przed miesiącem skończył ledwo dwa latka i wcale nie rozumiał, dlaczego matka pozbawiła go najpierw kołyski, a teraz całego domu. Mało się odzywał w owym czasie, rozmawiał jeno ze mną, więc ludzie brali go za ociężałego i głupiego. Piastowie jednak tak mieli, że późno uczyli się mówić, za to gdy już posiedli tę sztukę, to wysławiali się głośno i stanowczo, a cały kraj drżał z powodu ich kłótni i sporów. Niemal trzysta lat temu mój niegdysiejszy podopieczny Mieszko przez siedem pierwszych lat życia był niewidomy, aż ja, Piękny Młodzieniec, położyłem dłoń na bielmie jego oczu i kazałem mu widzieć. Teraz musnąłem świetlistymi palcami usteczka megoBolusia.

– Mama, siku!

Grzymisława odwróciła się na koźle i uśmiechnęła, bo te słowa utwierdziły ją w wierze, że jej Bolek będzie mówił i będzie żądał, a gdy zmężnieje, to wszyscy ulegną jego pragnieniom. Nakazała się zatrzymać i przeszła na tył wozu, by swoje maleństwo przytulić i wyściskać, ale w ostatniej chwili cofnęła wyciągnięte ramiona, bo przecież czułości przystawały prostej chłopce, a nie księżnej pani. Wróciła do swej codziennej oziębłości i postanowiła już nigdy nie okazywać słabości, tłumacząc sobie, że jeśli Bolek ma odzyskać swoje dziedzictwo, to musi być dla niego surowa, albowiem żaden mężczyzna nie obdarzy go ojcowską szorstkością, która garbuje skórę rycerza. Chwyciła chłopca za rękę, pomogła mu zejść na ziemię, postawiła go pod drzewem, spuściła mu gacie i nakazała ulżyć pęcherzowi. Bolek czuł się niepewnie, bo wcześniej jego kuśkę podtrzymywała mu mamka, ta jednak została w Krakowie, a tutaj nikt nie wykazywał chęci pomocy. Nie umiał jednak okiełzać sztywniejącego siusiaka, zatem ten wystrzelił, a pozbawiony kontroli ręki zaczął bryzgać na boki, mocząc zarówno gacie malca, jak i rąbek matczynej sukni. Grzymisława spojrzała z pogardą na to synowskie niepowodzenie, po czym podniosła kijek, trąciła nim książęcego członka ioznajmiła:

– Strzeż się tego diabła, albowiem sprowadza na mężównieszczęścia.

Zawstydzony chłopiec spuścił głowę i zaczął cicho płakać, zupełnie zapomniawszy o samodzielności, więc podenerwowana rodzica pomogła mu się ubrać, wróciła z nim na wóz i nakazała ruszaćdalej.

W Sandomirze przyjęto ich godnie, choć chłodno. Najsampierw Grzymisławie sprzyjało wiele rycerskich rodów, lecz grono to malało, gdyż ducissa dawała do zrozumienia, że nie zamierza być kukłą do przybijania pieczęci, ale samodzielną władczynią. Pragnęła rozporządzać, sądzić i karać, aby dobrze przygotować księstwo pod późniejsze panowanie syna, przez co na dworach i w zakrystiach coraz częściej dało się słyszeć głosy: „Dlaczego rządzi nami ta ruska kurwiczka?”. Wypominano jej wschodnią wymowę i pomawiano o skłonność do tyranii. Tymczasem w kraju rozgorzała nowawojna.

Przez całe lato roku Pańskiego 1228 oddziały podłego Kondzia z Mazowsza pustoszyły Małą Polskę, ale w końcu zostały skutecznie odparte przez armię bohaterskich Henryków. Wrócił więc Konrad do swego dworzyszcza jak pokaleczony ogar do budy, ażeby tam lizać rany. A potem nastała zima i wiosna roku następnego, podczas której stary książę Henryk poczuł się władcą Krakowa i poniechał nowego zaciągu. Na starość bardziej skłaniał się ku radzeniu niż ku wojowaniu, zwołał zatem wiec Piastów i możnych panów do Spytkowic, by się z krewnymi raz na zawszeułożyć.

Konrad nie został zaproszony, ale i tak posłał na niego swoich przedstawicieli, czyli wichrzycieli i mordarzy z rodu Toporczyków, a ci zakradli się do maleńkiego domu Bożego, gdzie stary Henryk słuchał mszy. Klęczący dux usłyszał za sobą rżenie koni, brzdęk kolczug i odgłosy toczącego się na zewnątrz boju, ale nie wstał i nawet się nie obrócił, gdyż clericus właśnie okazywał ciało Pana Krysta. Dopiero gdy sam duchowny ze strachu upuścił opłatek, a dla odwagi wypił duszkiem wino z cynowego kielicha, książę Wrocławia zerwał się z miejsca i dobyłmiecza.

Walka trwała krótko. Trzech zapaskudzonych krwią Toporczyków wpadło do świątyni z włóczniami, ale trzymanymi tak, jakby to były żerdzie do drażnienia niedźwiedzia w klatce. Książę miotał się i ciął, jednak szybko wytrącono mu oręż i wymierzonymi w kolana razami obalono na ziemię. Zaczęli go wtedy bić i katować, a potem jeden z oprawców chwycił go za siwą brodę i bez szacunku dla jego urzędu i starczego wieku wywlókł na zewnątrz i przerzucił przez koński grzbiet. Napastnicy wraz z uprowadzonym starcem odjechali na północ, zostawiając za sobą trupy książęcychsług.

Wieści o porwaniu szybko się rozniosły i młodszy Henryk, ten pobożny młodzian, zaczął się srożyć i nawoływał do pomsty, a w końcu poprzysiągł, że całe Mazowsze utopi we krwi, jeśli jego mieszkańcy nie oddadzą mu ukochanego ojca. Ogłosił nowy zaciąg, zgromadził wokół siebie bitnych wojaków i szykował się do wyprawy, chcąc ułagodzić swoją złość w grabieży i pożodze, a ponad wszystko w walce. I niechybnie doszłoby do wojny, gdyby na głowy rozjuszonych Piastów kubła zimnej wody nie wylała Jadwiga, żona starszego Henryka, a matka młodszego. „Czy godzi się zabijać niewinnych krześcijan z powodu rodzinnej waśni?”, „Czy po to Pan Kryst umarł za nasze grzechy, byście się mogli pozabijać w bitewnym błocie?” – pisała w listach ta święta kobieta. Nawet mnie to zdziwiło, że jej słowa zostały wysłuchane. Ducissa opuściła trzebnicki klasztor i udała się do Płocka, by rozmówić się z Kondziem, a ten znany okrutnik i bezwstydnik potraktował ją dwornie i zgodził się uwolnić jej męża, pod tym jednak warunkiem, że Henryk porzuci myśl o Wawelu i zrzeknie się opieki nad Lestkowym synem. Zgodzono się na to i upokorzony Piast wrócił do Wrocławia wspólnie ze swążoną.

Chwiejnie się toczyło koło dziejów w roku 1229 i obrało niekorzystną drogę dla mojego gospodzina, wszak głównym kandydatem na jego ojca został gwałtownik rodem z Mazowsza. Zdołał on zbrojnie podporządkować sobie ziemie łęczycką i sieradzką należące do spuścizny po Lestku, a także przeciągnąć na swoją stronę część możnych z Sandomira, którzy nie uszanowali wcześniejszych obietnic i zdradzili mego gospodzina. Konrad zajechał do grodu w Sandomirze jak do siebie i z udawaną życzliwością potraktował bratową, głosząc, że oto na prośbę tutejszych panów przybył jej pomóc we władaniu dzielnicą. W pierwszym jednak rozporządzeniu ustanowił zarządcą księstwa swego własnego syna, który, podobnie jak mój podopieczny, nosił imię Bolesław. Wdowę po Lestku szwagier obdarował zaś włościami w Skaryszewie i wysłał ją tam, by pod jego czujnym okiem rządziła kurnikiem. Tylko Awdańce wstawili się za nią, co przypłacili utratąurzędów.

Grzymisława z synkiem spakowali dobytek na ten sam pogrzebowy wóz, na którym niedawno opuszczali Kraków, ale tym razem pojazd był jeszcze lżejszy, gdyż nie pozwolono im zabrać prawie niczego z i tak już skromnego dobytku. A gdy tak jechali podskakującym na nierównościach wozem, matka mówiła syneczkowi, że kiedyś przebędą tę drogę w drugą stronę, lecz prowadząc wojsko i zabijając każdego, kto nie padnie na kolana przed wielkim Bolesławem. Tymczasem musieli zamieszkać w skromnym dworze, odrobinę tylko okazalszym od posiadłości tutejszegosołtysa.

Rano w pewien letni dzień przysiadłem w kącie izby i obserwowałem, jak matka wychodzi na mszę do pobliskiego kościoła, a czteroletni książę zostaje sam w domu, ale wcale się tym nie martwi, bo gdy tylko zamykają się drzwi za rodzicą, wyciąga ze skrzyni drewniany mieczyk i zbitą z deseczek tarczę i zaczyna walczyć.Zablokował niewidzialny cios, pod którym ugięły się jego nóżęta, po czym wyprowadził pchnięcie, lecz w swej dziecięcej nieporadności trafił nie w wydumanego przeciwnika, ale w krzesło, przewracając je na podłogę. Podpowiedziałem mu, by całym ciałem szermował, uważnie nasadzał, a wroga raził ciosami skrytymi i skrętnymi. Wyjaśniłem, aby nastawał na przeciwnika słabością miecza, czyli odcinkiem od sztychu do środka, a blokował siłą miecza, która drzemie między środkiem brzeszczotu a jelcem. Ukazywałem mu się, uśmiechałem się do niego i mocowałem z nim, jak ojciec powinien mocować się z synem. Umiejętności te nie raz miały mu się przydać, jednak tu i teraz mógł jedynie słuchać, jak opowiadam o wojnach dorosłych toczonych w jegosprawie.

Kolejne lata nie były łaskawe tak dla mego dominusa, jak i dla całej Lechii. Konrad zamiast mścić się za śmierć brata, wszedł w układy z jego domniemanym zabójcą, Władysławem synem Odona, i razem z nim zaczął najeżdżać Wielką Polskę. Z wielką zajadliwością i okrucieństwem pustoszyli wsie i miasta, a w końcu zmusili do ucieczki Władysława Laskonogiego. Tak oto na starość przyszło temu rozpustnikowi błąkać się po cudzych ziemiach i błagać stronników o wsparcie dla swoich praw, a w końcu zawędrował on na sam Wawel, gdzie otworzono mu bramy i dano gościnę, ale potraktowano nader pobłażliwie. Małopolanie zaczęli się bowiem zastanawiać, czy na dobrego konia postawili w wyścigu o krakowski tron, wszak ten oto bezdomny dux nie wyglądał już na męża zdolnego obronić ich dzielnicę przed wszelkim zagrożeniem, jak to obiecał w Cieni. Szybko rozeszły się też pogłoski, że Odonic i Konrad podzielili między sobą ziemie Władysława i ten pierwszy miał zagarnąć Wielką, a ten drugi Małą Polskę. Laskonogi nie poddał się jednak i nawet gdy w listopadzie roku Pańskiego 1231 wybiła na niego ostatnia godzina, to śmierć zastała go w