Strona główna » Obyczajowe i romanse » Po prostu Marta

Po prostu Marta

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66074-53-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Po prostu Marta

Jak rodzinne tajemnice wpływają na to, kim stajemy się w dorosłym życiu?

Marta to młoda i zepsuta Meksykanka, która pochodzi z bogatej i wpływowej rodziny. Dobre nazwisko i zamożni rodzice sprawiły, że przyzwyczaiła się zawsze dostawać to, czego chce.

Wszystko się zmienia, kiedy jej macocha, którą bardzo kocha, zapada na śmiertelną chorobę. Marta nie może wybaczyć ojcu, że w ostatnich chwilach zostawił umierającą żonę dla innej kobiety.

Wkrótce dziewczyna dziedziczy pokaźny majątek i po raz pierwszy ma szansę odciąć się od rodziny. Pogrążona w gniewie i smutku postanawia odkryć to, co najbliżsi starali się przed nią ukryć najbardziej. Czy poznanie prawdy o swoim pochodzeniu odmieni jej życie na zawsze?

__

Marta jest taka młoda, szczęśliwa i buntownicza, że aż boję się o nią. Podobnie jak Marta, pozostałe postacie także są żywe i zabawne. Budują swoje nadzieje i łamią serce, dając ci prawdziwe spojrzenie na Meksyk i jego elitarny tłum.– Camille Martindale, Goodreads.com

__

O autorce

Lorea Canales – jest prawniczką, dziennikarzem, tłumaczem i pisarką meksykańskiego pochodzenia. Jej powieści: Apenas Marta (2011) i Los Perros (2013), zostały bardzo dobrze przyjęte i wyróżnione na Międzynarodowych Targach Książki Monterrey, Guadalajara oraz w Instituto de Cervantes w Nowym Jorku. Lorea Canales jest uważana za reprezentantkę współczesnej światowej literatury. Recenzenci cenią jej pióro za bogactwo szczegółów oraz wiarygodność bohaterów.

Polecane książki

Rzadko masz w życiu czas na to, aby zrobić wszystko, co chcesz, musisz zatem dokonywać wyborów. Ta książka o sztuce podejmowania decyzji pokaże ci, jak zmienić swoje podejście do podejmowania decyzji, aby optymalnie wykorzystywać czas i podnieść jakość swojego życia, zarówno prywatn...
    Bandyci, milicjanci i szpiedzy w Warszawie lat 50. Warszawa, grudzień 1957 roku. Brawurowy napad na sklep jubilerski to zapowiedź dużo poważniejszego rabunku. Komisarz Ryszard Wirski – znany już czytelnikom z powieści Morderstwo w alei Róż – organizuje obserwację banków i urzędów pocztowych w sy...
ONA jako nastoletnia uczennica zakochała się w jego książkach. ON miał właśnie obchodzić srebrne wesele z czwartą żoną. ONA w dniu swoich 18. urodzin postanowiła do niego napisać. ON odpisał jej bardzo uprzejmie. ONA napisała ponownie, że jest on wszystkim, czego ona chce od życia. ON odpisał, że j...
Wielki talent.Rekordowy transfer. Nałóg, który zniszczył wszystko. Świetny występ w młodzieżowych mistrzostwach świata w Kanadzie w 2007 roku pokazał, jak wielki drzemie w nim talent. Stawiano go w jednym szeregu z Sergio Agüero, chciały go u siebie Inter i Atlético, ale za rekordowe 4,2 miliony eur...
Ludzkość, przynajmniej jej część, myśli już o kolonizacji innych planet, uważając, że to jedyny sposób na jej przetrwanie, bowiem zbliżamy się do kresu możliwości Ziemi. Myśl ta wyszła już poza rozważania czysto teoretyczne, sugerując między innymi i to, że nasz świat poznaliśmy już na tyle dogłębni...
„Aktualności Księgowe” to publikacja, która na bieżąco i w pigułce przedstawia wszystkie aktualne zmiany dotyczące podatków, rachunkowości i spraw kadrowo-płacowych wraz z ich praktycznymi konsekwencjami dla Twojej praktyki zawodowej. ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Lorea Canales

SPRING BLOSSOM

Ser

Devenir

Become

What kind of woman

are you?

what will you be when you grow up?

wait… aren’t you, already?

Yes, yes… I am

and yet

I do not know

what I will become.

Do flowers find becoming hard

or do they bloom effortlessly?

Maybe I already bloomed,

it was a great day.

The problem then, consists in decay

or is it decaying?

WIOSENNY KWIAT

Być

Stawać się

Stawać się

Jakiego rodzaju kobietą

jesteś?

kim będziesz, gdy dorośniesz?

zaczekaj… chyba już nią jesteś?

Tak, tak… Jestem

ale dotąd

nie wiem,

kim się stanę.

Czy kwiaty cierpią, kiedy rozkwitają,

czy kwitną bez wysiłku?

A może już rozkwitłam,

już był ten wielki dzień?

Teraz powstaje problem gnicia,

może ja już gniję?

Dla Any i Julii
teraz, kiedy stają się dorosłe

1

DZIEWCZYNA

Po nagim ciele Marty spływały krople wody. Przyglądała się swoim stopom na posadzce z wapiennej skały. Były za duże i kościste. Zadrżała. Miała gęsią skórkę. Wyciągnęła rękę po ręcznik, narzuciła go sobie na plecy i przygarbiła się jak staruszka, chłonąc ciepło bawełny.

Patrzyła na swój wklęsły brzuch, wygolone łono, na wystające kości bioder. Od kiedy była dzieckiem, matka nazywała je „jej pistoletami”.

Rozciągnęła ręcznik, jakby to były anielskie skrzydła, żeby obejrzeć dokładniej swoje piersi – białe i nieduże. Rozluźniła palce, ręcznik cicho i ciężko opadł na ziemię za jej plecami. Podsunęła rękę pod pierś i ją zważyła; uniosła nieco, patrząc w lustro. Czy będzie jej potrzebna operacja? Czy gdyby były trochę pełniejsze, wyglądałyby lepiej? A może dodać im jeden lub dwa centymetry? Sto gramów? Nie więcej, inaczej stracą elegancki obły kształt. Widziała już niejedną ze swoich przyjaciółek zmienioną w nadmuchiwaną lalkę i uznała to za bardzo wulgarne. Otoczka sutka ma mieć średnicę mniej więcej pięciu centymetrów. Sutek w stanie podniecenia ma przypominać gumkę do wycierania.

Obejrzała swoje ciało, szukając niedoskonałości. Zauważyła wystające obojczyki, ramiona i brzuch, na których znać było godziny ćwiczeń… Czuła, jak woda z mokrych włosów spływa jej na plecy. Pomyślała, że pewnie powinna więcej ćwiczyć.

„Przypominasz wieszak na ubrania. Jak modelka. Wszystko na tobie dobrze wygląda”.

Ale ona nie przyjmowała żadnego z tych komplementów. Przeciwnie, denerwowały ją. Przypatrywała się każdemu wybrzuszeniu spowodowanemu gęsią skórką, obserwowała każdą żyłkę, każdy włosek, każde wygięcie brwi, wszelkie niedoskonałości, które należało poprawić.

Sięgnęła do kosmetyczki po pincetkę. Przez długą chwilę oglądała się szczegółowo.

Krem, żel, anti-frizz… Otworzyła i zaaplikowała sobie sześć smarowideł. W ten sposób przedłużyła opaleniznę, zabezpieczyła się przed zmarszczkami, wybieliła zęby, ujarzmiła włosy i ujednoliciła powierzchnię skóry.

Palcami przeczesała czuprynę – tak, jak poradził jej stylista. Nabrała do ust wody z butelki i wypluła ją do umywalki. Jej zęby – duma ortodonty – sztucznie wybielone, lśniły białością, jaką widuje się jedynie w telewizji i u bogaczy.

Kopnęła ręcznik w kąt i okryła się haftowanym szlafrokiem, wiszącym na ścianie. Następnie podkręciła i wydłużyła rzęsy oraz podkreśliła oczy czarną kreską. Bronzerem dotknęła kości policzkowych, które następnie pokryła półprzezroczystym pudrem. Na wydatne z natury wargi nałożyła błyszczyk.

Wyjęła z szuflady stringi i stanik z czarnej koronki. Wróciła przed lustro; zauważyła, że jej oczy są trochę zaczerwienione. Wiedziała, że może sobie zniszczyć makijaż, wpuściła jednak krople zwężające naczyńka. Z szafy wydobyła pięć sukienek. Rozłożyła je na łóżku i wybrała tę z czarnego jedwabiu z żółtym wzorem. Zerwała z niej metkę. Materiał ześlizgnął się po jej ciele, ledwo, ledwo je muskając. Miękkość sukni sprawiła jej przyjemność równie miłą, co niespodziewaną. Z sejfu wyjęła hinduskie kolczyki ze złota i szmaragdów. Dla równowagi włożyła też na szyję dwa złote łańcuszki. Sukienka nie wymagała ozdób, ona jednak się uparła. Wyjęła dodatkowo dwa naszyjniki, jeden z pereł, który należał jeszcze do jej babki, drugi z bursztynu.

Taaa… Nie czuła się doskonale; wyglądała na zanadto wystrojoną. Zwracała uwagę…

Czegoś jeszcze brakowało.

Marta usiadła na łóżku i bardzo ostrożnie pomalowała sobie paznokcie na czarno.

Tak, teraz dobrze.

Przed wyjściem wróciła przed lustro, aby ostatni raz spojrzeć na siebie. Skropiła się perfumami z nutą kwiatu pomarańczy, cytryny i gardenii, które sama dla siebie stworzyła w jednym z butików Palais Royal w Paryżu. Była bosa. Wzięła sandałki na wysokich obcasach i otworzyła drzwi.

Na zewnątrz panował oszałamiający upał. Wbiegła po schodach pod palapę[1], gdzie gromadzili się już zaproszeni goście. Znała wszystkich, może z wyjątkiem dwóch osób. Usiadła na najwyższym stopniu, włożyła sandałki i – już na obcasach – znalazła się wśród świętujących gości.

[1] Palapa (z języka Majów) – charakterystyczny dla Meksyku rodzaj otwartej altany z dachem z grubych liści, znajdującej się zwykle na plażach.

2

DOM

Palapa wznosiła się jak gigantyczny parasol, przesłaniała gwiazdy na nocnym niebie. Była zbudowana z pni ośmiu bardzo wysokich drzew, miała dach z liści palmowych, które trzeba było zmieniać co trzy lata, ponieważ niszczyły je deszcze, a środki owadobójcze, którymi je zabezpieczano, traciły skuteczność. Palmy zazwyczaj są gniazdami wszelkiego rodzaju insektów: skorpionów, os, pająków, chrząszczy i mrówek.

Marta szybkim spojrzeniem obrzuciła gości Gaby, nowej żony swojego ojca. Przykuwała nieznajome spojrzenia i przetwarzała je we własną nienawiść, którą wchłaniała w siebie jak dym z papierosa.

Zatrzymała się przed sadzawką, świadoma, że światło przesącza się pomiędzy jej nogami i sprawia, że jej sylwetka jest widoczna w całości i dla wszystkich. Większość z gości już ją widywała w bikini – więc co z tego? Jej mama powiedziałaby w takim wypadku: „Zsuń nogi! Wynoś się stąd! Zachowuj się!”.

– Poproszę Białego Gołębia – powiedziała w powietrze, ufając, że lokaj jej posłucha. I rzeczywiście, w jej dłoniach natychmiast znalazła się szklanka z mieszaniną tequili i sprite’a.

Poczuła gorąco. Przysunęła usta do szklanki pełnej kostek lodu. Od razu dopadły ją natrętne myśli. Wypiła szybko, by ugasić pragnienie, a razem z nim ciepło, a także wspomnienia. Jedwab kleił się do jej ciała.

Ponownie spojrzała na gości. Znajdował się między nimi Juan Estrada. Przypomniała sobie ostatni raz, kiedy z nim była. Jego żona wyjechała do Valle de Bravo, a wtedy on zadzwonił do Marty. Poszli na kolację, potem wrócili do jego domu. Zaczął ją całować, ściągać z niej ubranie… Nagle przerwał, usiadł na łóżku – z kalesonami wokół kolan – zakrył twarz rękoma i zaczął płakać.

Cierpienie, wynikłe z ujawnienia impotencji, przerodziło się w nim nagle w dziką wściekłość.

– Wynoś się! – ryknął chrapliwie, głosem jakby wychodzącym z brzucha. – Nie widzisz? Nie masz tu nic do roboty!

Marta przez chwilę rozważała, czy zbliżyć się do niego i go objąć. W końcu po to tu przecież przyszła, po tę przelotną chwilę przyjemności, kiedy nie czuła się pożądana, ale kochana. Udało jej się jednak pohamować ten impuls. Zebrała swoje rzeczy i wychodząc, trzasnęła drzwiami.

„Dobrze ci tak” – powiedziała w duchu, nie precyzując, czy odnosiło się to do niej czy do niego.

Morze, niebo – wszystko było czarne, czarne żałobną ciemnością, która wszystko pochłania.

Nad morzem – urwisty brzeg, nad brzegiem – wzgórze, na wzgórzu – dom.

By go zbudować, trzeba było zniszczyć wzgórze. Zwieziono tu całe tony czerwonych cegieł i drzew, poukładano je, poustawiano, wygładzono… Którejś nocy przyszła potężna burza. Trzykrotnie zrzuciła do morza potężne sterty ziemi. Przez kilka dni pod urwiskiem widać było wielką plamę barwy kawy z mlekiem. Później morze zmyło to błoto. Konstruktor zwrócił uwagę na ten proces; obliczał koszty i oszczędności. Odtąd zamiast wywozić ziemię daleko, wrzucano ją po prostu do morza.

Architekt dobrze wiedział, jak niedorzeczni są jego klienci. Życzyli sobie, by ich dom był wyjątkowy jak pałac, w którym nie oszczędza się na luksusach, równocześnie jednak szukali prostoty i skromności. Rezydencja nie powinna demonstrować próżności jej mieszkańców, dlatego dom został ukryty za bogato ulistnionymi trzema ogrodami. Duże drzewa przesadzono tu z resztek pozostałego lasu. Posiano też wiele młodych palm, gdyż w tym miejscu wszystko błyskawicznie kiełkowało i rosło. Kiedy sadzono królewskie palmy, które otoczyły podjazd dla samochodów, miały one zaledwie metr wysokości. Teraz były wysokie na ponad trzy metry! Pięknie wyglądały ze swoimi szerokimi, gęstymi liśćmi i gładkimi, wytwornymi pniami.

Marta przypominała sobie, jak kiedyś podobał się jej ten dom, jak wychwalała pod niebo jego zalety. Była z niego wręcz dumna. Znalazł się nawet na okładce jednej z książek o domach na plaży!

Teraz jednak jej ciążył. Widok taty razem z Gaby, przebywających w tym domu, budził w niej coś w rodzaju odrazy. Robiło jej się niedobrze na myśl, że oboje śpią teraz na tych samych prześcieradłach, które kupiła jej mama, że używają tych samych talerzy…

Ten dom powinien zniknąć.

3

MAMA

Obraz mamy przed operacją.

Była słaba, wyglądała jak skorupka jajka w zupełnie bezużytecznym szlafroku z cienkiej bawełny. W zielonym, spłowiałym szlafroku, który nie dawał ukojenia. Jej mama znieczulona, odległa… To była ona czy tylko jej ciało? Gdzie – za tą zasłoną z narkotyków – znalazła się jej mama? Po drugiej stronie… Tak, była już po tej drugiej stronie.

A po operacji… Blizny na piersiach i słowa doktora po tym, jak ją okaleczył: „Nic nie da się już zrobić… Niestety, są przerzuty”.

Amputacja – spóźniona, niepotrzebna.

– A pamiętasz świętą Agatę? Jej to zrobili bez znieczulenia! – powiedziała wtedy mama jeszcze z odrobiną humoru, zawsze tak bardzo dla niej charakterystycznego. Przypomniała jej liczne wizerunki świętej z piersiami leżącymi na srebrnej tacy. Obrazy zrobiły na niej ogromne wrażenie, kiedy była dziewczynką. Święta męczennica, unieśmiertelniona w muzeach Uffizi czy Prado. Marta musiała je zwiedzać podczas podróży z mamą po Europie, podróży, których szczęśliwe wspomnienia rozwiały się w tym momencie… Został jedynie widok tych piersi – odciętych, zakrwawionych, wystawionych na widok publiczny. Przypominały raczej dwa pagórki niż części ciała, były jak malutkie wulkany z plasteliny, lepione przez dzieci podczas zabawy w wybuch wulkanu przy pomocy octu i sody… Jakby nigdy nie należały do czyjegoś ciała.

I ten idiotyczny postępek taty, który – wbrew pragnieniom zarówno Marty, jak i mamy – wykorzystując ich chwilową słabość, postanowił, że zostaną w Houston. Jak mógł zostawić ją w szpitalu w takiej sytuacji? Narazić na jeszcze więcej udręczeń, większe poczucie bezużyteczności, więcej cierpienia, zamiast zabrać ją do domu, tak, jak być powinno, tam, gdzie Marta skontaktowała się już z Angielkami, które pomagają umrzeć, podając zbawienne dawki morfiny…

Nie! Zamiast lnianych prześcieradeł i jedwabnych zasłon w kolorze brzoskwini, które wpuszczają słońce i pozwalają mu oświetlać wazon z porcelany Lalique, zawsze pełen białych róż, zamiast cienkiej koszuli nocnej i kaszmirowego szlafroka, zamiast pocieszeń, daremnych, ale jednak pocieszeń – szpital. Szpital niegościnny, ohydny w swojej fałszywej życzliwości. Do tego dochodzi złe traktowanie przez pielęgniarki, niechlujny szlafrok, jakieś eksperymenty… absurdalne tortury.

A to wszystko za duże pieniądze.

Zamiast tego wszystkiego – w końcu śmierć. Marta została, czekając na możliwość ostatniej rozmowy z mamą… Chciała z nią mówić o tym, o czym nie rozmawiały nigdy. Czy to prawda, co jej powiedziano? Czy na pewno?

Ale matka już nie mogła jej odpowiedzieć. Jej już tam nie było. Zostały tylko zwłoki; należało je czym prędzej przewieźć do kraju.

Procedura, której ten durny konsul też nie ułatwiał. Biurokrata bez doświadczenia, z nowej administracji, niemający pojęcia o tym, co znaczy klasa! Zwłoki matki Marty, señory Tordelli de la Vegi, zamierzał potraktować jak zwłoki byle jakiego imigranta! Podobno odmówił, kiedy jego zaalarmowany szef zadzwonił z Meksyku i poprosił o specjalne traktowanie.

– Szkoda, że ten łotr nam się wymknął – powiedział wówczas ojciec.

Ostatecznie pogrzeb szeroko opisały magazyny towarzyskie mimo oficjalnego milczenia rodziny. Ludzie przyszli na pogrzeb po to, żeby ich widziano, żeby inni myśleli, że są albo byli częścią życia mamy.

– Biedna Martita, taka wesoła, tak nagle ją to spotkało… Co za zaskoczenie! Ach! Nigdy nie wiadomo… Przychodzi, kiedy się tego najmniej spodziewasz… Tak nam przykro… Nie masz pojęcia, jak kochałam twoją mamusię… Proszę, przyjmijcie wyrazy najserdeczniejszego współczucia…

Puste zdania powtarzane w nieskończoność. Wzmianki w prasie, kwiaty, nawet fotografie w ramkach przysyłane im do domu razem z głupimi liścikami w rodzaju: „Znalazłem ten portret twojej matki, to wspaniałe zdjęcie, pomyślałam, że chciałabyś je mieć”.

O czym oni myśleli? Że nie mamy własnych zdjęć? A może, że takie durnowate zdjęcie w ramce mogłoby nas pocieszyć?

4

PAMIĘĆ

Marta miała jedenaście lat i była w piątej klasie szkoły podstawowej. Wiedziała, że nauczycielki z jej szkoły mają ją specjalnie traktować. Jeżeli złamała zasady – a miała tendencje do ich przekraczania – karano inne dziewczynki, jej natomiast nie.

Wykorzystywała swoją uprzywilejowaną pozycję. Rozmawiała na lekcjach, przeszkadzała, spóźniała się, wychodziła i wchodziła do klasy, kiedy tylko chciała. Kazała sobie skrócić spódnicę w mundurku, podwijała rękawy bluzy i brzęczała złotymi bransoletkami, których noszenie było zakazane.

Podczas obowiązkowych egzaminów Sekretariatu Edukacji Publicznej nauczycielki zawsze podpowiadały wszystkim uczennicom, ale Marcie pomagały również podczas sprawdzianów wewnętrznych.

Pewnego dnia Marta przyszła do domu po niezdaniu jednego z testów. Nie było to nic nadzwyczajnego. Oblewała prawie wszystkie egzaminy, jednak na rocznym świadectwie nauczycielki zawsze stawiały jej ocenę bardzo dobrą – jedyny stopień, jaki oglądała jej mama.

Jednak tego wieczoru Martita znalazła jej wypracowanie, całe pokreślone i opatrzone na końcu cyfrą 49 w czerwonym kółku.

– Co to ma być? – Pokazała kartkę Marcie.

– Co? – Marta nie zrozumiała, o co chodzi.

– To! – Martita położyła przed nią wypracowanie.

Marta była naprawdę zaskoczona. Mama nigdy nie oglądała jej zeszytów ani plecaka szkolnego. Jak ona to znalazła?

– Gdzie to było? – spytała.

– W samochodzie – odparła Martita automatycznie, ale po chwili się poprawiła. – A czy to ważne, gdzie to było? Co tu się dzieje? Jakim cudem czterdzieści dziewięć? Przecież ty musisz znać matematykę! Zwłaszcza ty! – krzyczała.

Marta nadal była zaskoczona. Nigdy nie widziała mamy tak rozgniewanej. Rozpłakała się.

Następnego ranka Martita zaczekała, aż Pedro zejdzie na śniadanie, co zdarzało się nader rzadko.

– Wiedziałeś o tym, że twoja córka ma problemy z matematyką? Że nawet nie umie dobrze dodawać?

– Nie – odpowiedział Pedro, nie odrywając oczu od gazety. Miał zjeść lunch w Jockey Clubie, a wieczór spędzić na hipodromie. – Ale… właściwie czym się martwisz? Przecież nie zostanie księgową!

– Nie, Pedro, ale musi się przecież nauczyć zarządzania majątkiem! To nasza jedyna spadkobierczyni!

– Oj, kobieto, nie przejmuj się, od tego są kalkulatory. No sama zobacz. Studiowałem administrację, ale nigdy nie musiałem niczego sumować!

Martita zamilkła, żałując, że poruszyła ten temat.

Za każdym razem, kiedy próbowała porozmawiać o czymś z Pedrem, napotykała na mur. Nie, z pewnością jej mąż nigdy w życiu niczego nie podsumował. Dlatego właśnie ożenił się z nią, jedyną wartością, którą musiał w swoim życiu dodać, żeby już nigdy więcej niczego nie sumować. Ale jej córka nie może być taka jak ojciec; tym już ona musi się zająć.

Następnego dnia Martita poszła do szkoły na rozmowę. „Jak to możliwe, że moja córka zrobiła aż czterdzieści dziewięć błędów? Dziewczynka nie jest głupia, zatem to szkoła jest wszystkiemu winna. Co? Nie umiecie uczyć? Ależ moja córka dotychczas nigdy nie dostała złego stopnia! Marta musi znać matematykę, rozumieją państwo? To waszym obowiązkiem jest przygotować ją do dorosłego życia!”.

A ponieważ sprawy nie wyglądały już tak dobrze, jak kiedyś, należało dać Marcie dobre wykształcenie.

Szkoła odpowiedziała, że tak, że naturalnie, że jakżeby inaczej – i w konsekwencji nadal pomagała Marcie przy sprawdzianach.

Wieczorami szofer i wychowawczyni wozili Martę na lekcje tańca, na tenisa, na golfa, na jazdę konną i na francuski. W piątki jechali do Valle de Bravo albo do Acapulco, niemal zawsze w towarzystwie przyjaciół swoich rodziców i ich synów. Marta zachowywała się niegrzecznie wobec wszystkich, ale nikt nie mówił jej, że nie powinna tak postępować. Wiedziała tylko jedno – mama by na to nie pozwoliła, dlatego z całą przebiegłością bardzo uważała, żeby w jej obecności nie okazywać złości.

Kiedyś wieczorem Marta zaprosiła jedną ze szkolnych koleżanek do siebie do domu. Dziewczynka miała na imię Lucía. Było w niej coś, co zwracało uwagę. Najbardziej lubiła siedzieć w milczeniu, ukryta w kącie pokoju.

Marta miała ze sobą paczkę papierosów, które tego ranka ukradła szoferowi. Zaprowadziła Lucíę w głąb ogrodu, za żywopłot, tam, gdzie nikt nie mógł ich zobaczyć.

– Pal! – rozkazała, wyjmując dwa papierosy z paczki.

– Nie, nie chcę – zaprotestowała cichutko Lucía.

Marta zapaliła i wydmuchała dym w taki sposób, który wskazywał na pewne doświadczenie w tej dziedzinie.

– Pal! – rozkazała znowu, wpychając koleżance papierosa do ust.

Lucía skuliła się w kąciku. Nic nie powiedziała. Marta włożyła do ust drugiego papierosa i zapaliła. Nie zastanawiając się nad tym, co robi – no dobrze, coś tam pomyślała, ale było to nieskładne, mętne; po prostu chciała zobaczyć, co się stanie, co się wtedy czuje – złapała Lucíę za ramię i z całej siły szarpnęła. Wyjęła z ust zapalonego papierosa i przytknęła go do piegowatego ramienia koleżanki.

Lucía krzyknęła. Marta puściła jej ramię. Ale to już się stało. W zapłakanych oczach dziewczynki zobaczyła nienawiść, która następnie zmieniła się w strach. Lucía uciekła, przerażona. Resztę wieczoru spędziła ze służącymi w kuchni.

Marta wypaliła papierosa i poszła oglądać telewizję.

Po koleżankę przyjechał samochód, żeby ją zabrać do domu. Marta spodziewała się, że ktoś ją zbeszta za to, co zrobiła. Ale nic się nie stało. Zauważyła tylko coś dziwnego w zachowaniu służących – patrzyły na nią, jakby miała w sobie diabła.

Marta była wtedy jeszcze bardzo młoda i nie potrafiła dobrze wyrażać swoich uczuć, ale po kilku latach – również dzięki papierosom z marihuaną – kiedy zastanawiała się nad swoimi czynami, dochodziła do wniosków, które choć nieco zmącone, były bliskie rzeczywistości – ogromnie brakowało jej czułości, a do tego dochodziła silna presja, by sprostać oczekiwaniom matki i stać się osobą o określonych zasadach, bardzo surową i zdecydowaną.

Chciała wiedzieć, co zrobić, żeby uniknąć takiego losu, takiego ciężaru i żeby być jakby jednym z nasionek padających na urodzajną ziemię. W duszy widziała siebie jako puch, jako nasienie topoli sfruwające z liściastego drzewa i niesione wiatrem jak melodia, zanim łagodnie wyląduje na zielonej łące…

Oparzenie papierosem koleżanki było oczywiście jednym ze sposobów zwrócenia na siebie uwagi, ale było także znakiem – myślała wtedy, że jeżeli zachowa się bardzo, ale to bardzo źle, być może zabiorą ją z powrotem do domu.

5

POSZUKIWANIE

– Zabierz mnie do niej – powiedziała Marta, wsiadając do auta po lekcji tańca.

Trzy lata temu na szkołę napadło trzech uzbrojonych mężczyzn. Weszli w trakcie zajęć do sali, w której dwunastoletnie dziewczynki w kostiumach i różowych rajstopkach szykowały się do tańca. Kazali im się rozebrać. Nic więcej nie wiadomo na temat owych trzech godzin, kiedy napastnicy znajdowali się w sali. Co stało się z dziewczynkami? Nikt nie mówił, co tam się zdarzyło. Po prostu… przeżyły.

Po tym wydarzeniu szkoła ustawiła przed wejściem dwóch uzbrojonych ochroniarzy. Niektóre z uczennic opuściły placówkę, ale większość wróciła na zajęcia. Oczywiście żadna z tych, które były obecne podczas napaści. Te nigdy nie wróciły. Wiele z nich odeszło ze szkół, a nawet wyjechało z kraju.

Ale napad wydarzył się dawno temu, zresztą nikt już o tym nie mówił.

– Panienko Marto, to zaczyna panience wchodzić w zwyczaj. Zawoziłem tam panienkę w zeszłym tygodniu.

– Właśnie dlatego chcę pojechać wtedy, kiedy wiem, że ją tam zastanę.

Kierowca posłusznie zawiózł ją do otoczonego murem domu w pobliżu Virreyes. Wysoka ściana pokryta bluszczem zasłaniała rezydencję. Widać było tylko drewniane wrota dla samochodów. Znajdowała się tam też niewielka furteczka dla pieszych z wąskim zakratowanym okienkiem, przez które można było zobaczyć oczy strażnika.

Czekali na zewnątrz.

– Baltasarze, dasz mi papierosa?

Kierowca wyciągnął paczkę papierosów, podał panience, sam też się poczęstował i otworzył okna w samochodzie. Zapalili.

Marta czekała niecierpliwie. Chciała koniecznie ją zobaczyć. W zeszłym tygodniu przyjechała tu dokładnie o tej samej porze. Wówczas czarna maxima z kierowcą czekała na nią, teraz jednak jej nie było.

– Nie ma maximy – zauważyła z niepokojem.

Nie potrafiła ukryć rozczarowania – po trzynastu latach poszukiwań… Nie, to nie mogło być trzynaście, przecież dopiero przed paroma miesiącami skończyła trzynaście lat… Kiedy zaczęła szukać matki? Kiedy miała pięć lat? A może sześć?

„Nie” – powiedziała sobie w duchu Marta – „to się zaczęło na samym początku”.

Dziecko, które dopiero co przyszło na świat, szuka matki – na ślepo, kierując się tylko jej zapachem. To poszukiwanie zaczyna się na samym początku. Znalezienie matki zajęło jej zatem trzynaście lat i teraz nie chciała jej stracić.

– Nie ma – potwierdził szofer niewzruszenie. Był przyzwyczajony do czekania.

Wczorajszy deszcz obmył liście i teraz lśniły jasną zielenią. Chmury na błękitnym niebie zapowiadały, że w nocy będzie padało. Wiał wiatr i strącał liście na ławkę. Ulica była pusta. Żadnych hałasów.

Nagle usłyszeli, że zza rogu wyjeżdża auto. Tak, to była maxima. Marta ze zdenerwowania zaczęła sobie wyłamywać z trzaskiem długie palce. Wysiadła.

Auto stanęło przed domem. Marta czekała z oczyma wbitymi w drzwi wejściowe. Tym razem było na odwrót – z wozu wysiadła jakaś pani w spodniach i szerokim płaszczu z popielatej wełny. Była dość niska i przysadzista; spodnie oblepiały jej biodra, włosy miała czarne i proste, splecione w warkocz odrzucony na plecy. Szybkim krokiem, w butach na niskich obcasach, weszła do domu. „Jak ona mogłaby być moją mamą?” – pomyślała Marta.

Miała wtedy trzynaście lat i fizyczna różnica bynajmniej nie robiła na niej większego wrażenia. Kilka lat później zadawała już sobie innego rodzaju pytania. Czemu ona jest wysoka, a jej mama niziutka? Dlaczego ona jest blondynką? Jakim cudem tak bardzo się od siebie różnią? Jednak wtedy Marta – raczej dziewczynka niż kobieta – nie porównywała swojego wyglądu z wyglądem innych pań. Zresztą nie była wtedy nawet szczególnie wysoka – wybujała w górę dopiero w siedemnastym roku życia. To, co na niej robiło wrażenie, to dystans, odległość, jaka dzieliła ją od tej kobiety. Ciągle zadawała sobie to jedno pytanie: dlaczego jej własna mama ją porzuciła?

– Jedziemy już? – spytał szofer.

– Nie – odparła Marta. – Jestem pewna, że zaraz znowu wyjdzie. Pamiętasz, ostatni raz pojechała do biura. Może byś wysiadł, zaprzyjaźnił się z jej kierowcą i wyciągnął z niego wszystko? Idźże, Balta! Proszę!

– Nie tutaj! – odparł Baltasar z oburzeniem.

Kierowcy mają swoje zasady – nie plotkują z pierwszym lepszym napotkanym kierowcą, a już na pewno nie na pustej ulicy. Muszą się znaleźć wszyscy razem, kiedy czekają w jakimś miejscu na swoich szefów; wówczas, gdy mają trzy–cztery godziny, zaczynają ze sobą rozmawiać i dzielą się wiadomościami. W ten sposób właśnie Baltasar dowiedział się, gdzie mieszka owa pani. Powiedział o tym Marcie, bo uważał, że dziewczynka powinna wiedzieć, kim jest jej prawdziwa matka. Ale teraz tego żałował. Nie wziął pod uwagę, że kiedy Marta sobie coś wbije do głowy, nie ma w niej już miejsca na nic innego.

Baltasar zaczął pracować dla tej rodziny, gdy dziewczynka miała osiem lat. Wtedy razem z nianią bawiły się w grę szukaj-szukaj, która polegała na znalezieniu kogoś na ulicy, w samochodzie czy na ławce.

– Ta! – wykrzykiwała Marta, widząc jakąś damę, która prowadziła białą półciężarówkę. – Patrz, jaką ma miłą twarz! Musi być dobra.

– Ta… – mówiła niania, wskazując jakąś szczerbatą kobietę na ulicy, po czym obie umierały ze śmiechu.

Minęło wiele czasu, zanim rozszyfrował ich grę. Stopniowo Baltasar zauważał, że kobiety wskazywane przez dziewczynkę bezwarunkowo musiały być zgrabne, bogate i piękne, natomiast te wybrane przez nianię – przeciwnie.

Kiedy w końcu zyskał ich zaufanie i spytał, na czym polega ta gra, przestały się bawić w ten sposób.

– Ona szuka swojej prawdziwej mamy – objaśniła mu niania. – Kłopot w tym, że mała zawsze sobie wyobraża, że to musi być ktoś lepszy niż nasza pani, a ja się z nią droczę… żeby jej nareszcie wbić do głowy, jaka jest niewdzięczna, że to równie dobrze mógłby być ktoś gorszy, żeby zrozumiała, jakie miała szczęście!

Z ciszy na tylnym siedzeniu kierowca domyślił się reszty tej historii, a kiedy wreszcie odnalazł tę kobietę w mieście liczącym dwadzieścia milionów mieszkańców, musiał podzielić się tym odkryciem.

To był jednak, jak się okazało, wielki błąd.

Po kilku minutach ta pani wyszła z domu. Tym razem Marta mogła obejrzeć jej twarz, a chociaż rysy zarejestrowała niezbyt dobrze, wiedziała, że teraz będzie ją już mogła rozpoznać w każdym miejscu. Zauważyła przy tym, że była to twarz dość pospolita.

– Co robisz? Jedź za nią! – zawołała, ale zaraz zmieniła zdanie. – Nie. Zostaw. Po co? Lepiej wracajmy do domu – powiedziała cicho. – Daj mi jeszcze jednego papierosika, no proszę cię, Balta! Następnym razem ja funduję.

Wracali w milczeniu. Marta zdała sobie sprawę, że ta odległość nie była do przebycia, w każdym razie nie dla niej. Owa pani oczywiście mogła być jej matką, ale równocześnie… była nieznajoma. Przede wszystkim była nieznajoma! Gdyby tydzień temu jej nie powiedziano, że to jej matka, przeszłaby obok i nie rozpoznałaby jej. Z kolei swoją mamę znała doskonale: znała zapach jej włosów, pot na jej splecionych dłoniach, szmer jej oddechu, kiedy wieczorem mówiła obok niej pacierz, znała wnętrze każdej szuflady w jej sypialni, zawartość jej torebki.

Od kiedy ją znała? Nie pamiętała tej pierwszej chwili. Musiała być jeszcze bardzo malutka. Uświadomiła ją o tym jej niania Toña. Ją Marta dobrze zapamiętała. Wylała jej przecież gorącą zupę na sukienkę.

– Ach, ty źle wychowana dziewczyno, widać, że jesteś córką byle kogo!

Od tej chwili już wiedziała.

To była tajemnica służby; oprócz nianiek wiedziały o tym dwie kucharki i trzej kierowcy. Wygadali się w gniewie, chociaż na przykład młody kierowca Rubén powiedział jej o tym w dowód zaufania, kiedy próbował wsadzić jej rękę między nogi.

Marta nie zdobyła się na rozmowę z mamą o tym. Strach przed poruszeniem tego tematu był tak wielki, że nigdy się na to nie odważyła.

Teraz, kiedy papa wplątał się w związek z Gaby, wszystko stało się możliwe… Mimo to z nim też bała się o tym mówić; przecież on zawsze był nieobecny, a teraz po prostu ją porzucił.

6

SPRZEDAŻ

Marta stała nad sadzawką i płakała. Naprawdę poczuła gniew, kiedy przypomniała sobie, co nastąpiło potem – bo śmierć to ostatecznie tylko śmierć. Szykujemy się na jej nadejście właściwie już od pierwszej chwili życia. Próbujemy ją lekceważyć, ale i tak w głębi duszy wiemy, że kiedyś nadejdzie. Jest zbyt wiele oznak, które nam ją przypominają, żeby nie być jej świadomym. Szkoły… krzyże przydrożne… wiadomości… Żyjemy, ubolewając nad śmiercią. Umiera ktoś nam bliski i wspominamy go aż do końca naszych dni. Jego brak nas boli, ale ten smutek mówi nam, że kiedyś było coś… coś ważnego, że istniał ktoś, kogo kochaliśmy. Z kolei wobec zdrady, kłamstwa pozostaje jedynie zwątpienie. Pustkę można zapełnić wspomnieniami tylko na podstawie domysłów. Gdy przychodzi śmierć, ginie teraźniejszość i przyszłość, pozostaje jednak przeszłość. A w przypadku zdrady ta przeszłość też się ulatnia, pozostaje tylko niepewność. Śmierć sprawia, że życie traci barwy. Ale to zdrada powoduje, że traci ono wszystkie swoje formy, tak że człowiek w końcu unosi się w jakiejś nieuchwytnej pustce.

Tym właśnie była śmierć matki – tragedią.

Ale zdrada ojca, który zmienił się w jakąś nierozpoznawalną osobę, postępującą w bardzo nieszlachetny sposób, który zdradził nie tylko jej matkę, ale także całą rodzinę i jej dobre imię, wszystko to, co sobą przedstawiała, pozostawiła Martę w rozpaczy, samotną i znowu zmuszoną, by zrozumieć, kim jest. Tak, to była zupełnie inna sprawa.

„Nigdy nie jesteśmy przygotowani, że nas spotka zdrada” – myślała.

Marta była pewna tylko jednego – tego, że ona sama nosi nazwisko Tordella de la Vega. Może nie była biologiczną córką swojej matki, ale była córką ojca – tak jej powiedziano. A teraz, kiedy jej matka odeszła już do lepszego świata… Tak, tak się mówi – odejść do lepszego świata.

„Jak oni mogli to mówić i nie pękać ze śmiechu?” – myślała Marta. „Wierzyłam, że papa objął rolę głowy rodziny, tymczasem przeciwnie – on wolał zagrać w niej rolę pajaca”.

Pogrążona w gniewie i czerni nocy, przypomniała sobie, jak w ciągu jej całego życia próbowano przed nią ukryć, kim była jej prawdziwa matka. Co im się zresztą nie udało. Niemniej jej papa… Marta nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, że ojciec mógłby mieć jakąś inną kobietę, a tym bardziej, że się z nią ożeni!

– Tutaj jesteś! Szukam cię już od pół godziny – powiedział Mau. – Co ci się stało?

– Nic. Wspomnienia… – odpowiedziała Marta.

– Masz na twarzy jakieś czarne plamy.

Marta przypomniała sobie o swoich oczach pomalowanych wyjątkowo grubo tuszem Rimmel, eye-linerem Chanel de Kohl i cieniem barwy węgla. Próbowała zetrzeć to z twarzy ręką.

– Jeszcze bardziej się pobrudziłaś. Chodź!

W łazience dla gości, jednej z dwóch najbliższych tarasu, Marta umyła sobie twarz angielskim lawendowym mydłem, które kazała kupić jeszcze jej mama. Cały dom zresztą został zaplanowany zgodnie z zasadami aromaterapii. Łazienki dla gości – lawenda. Pokój Marty – magnolia. Pokój mamy – róża herbaciana. Salon – drzewo sandałowe. Drugi salon – kwiat pomarańczy. Trzeci – jaśmin. I nie chodzi tylko o to, że w łazienkach leżały mydła o tych zapachach; Martita posadziła także przed każdym z pokoi odpowiednie drzewo lub kwiaty. Zawsze kiedy byli goście, w każdym pokoju ustawiano wazon ze świeżymi kwiatami. Poza tym w każdym pomieszczeniu był mural malarza ze stanu Oaxaca – Francisca Carbadilla. Jej matka – perfekcjonistka i doskonała pani domu – została zastąpiona przez tę idiotkę Gaby, a dom zawłaszczony przez kogoś, kto nie był w stanie rozróżnić zapachu magnolii od jaśminu.

– Skoczymy na szluga? – szepnęła Marta.

– Nie mogę. Dałem sobie słowo – odparł Mau.

– Och, ty i te twoje przyrzeczenia! – Mau niespodziewanie okazał się pobożnisiem, ponieważ choć był z natury buntownikiem, prawdziwym sukinsynem, hedonistą i kimś bez cienia zmysłu moralnego, uwielbiał dawać sobie rozkazy i składać przyrzeczenia. Często coś sobie obiecywał i – to trzeba przyznać – dotrzymywał słowa.

– Co przyrzekłeś tym razem? – spytała Marta.

– Żadnych narkotyków, szlugów, nawet aspiryny! No nic! Żadnej whisky, tequili, wódki… W ogóle żadnych mocnych alkoholi.

– A co z piwem?

– No tak, browar można, ale ja teraz przestaję pić napoje z proteinami.

– Bo…?

– Bo ostatnio właściwie odżywiałem się samymi płynami. Wiesz, wstawałem zalany, potem z klubu fitness do łaźni, z łaźni do biura, shake mleczny, potem znowu z biura z powrotem… Nagle zdałem sobie sprawę, że właściwie nigdy nie jem porządnego obiadu przy stole i tak dalej…

– Powinieneś przyjść jutro na śniadanie. Gaby uważa się za Lady Di. Wierzy, że powinno się podawać dosłownie wszystko. Stół wygląda jak bufet w hotelu Carlyle.

– A kto jeszcze zostaje w twoim domu na noc?

– Tylko my. Gaby chciała zaprosić nie wiem ile swoich psiapsiółek, ale jej nie pozwoliłam. Powiedziałam, że jeżeli przyjdą, urządzę cholerny skandal. Co prawda, jutro przyjeżdża jej córka. Poznałam ją na weselu i nawet mi się spodobała, muszę to przyznać.

– Artystka?

– Tak, i dzisiaj chcę jej zrobić show. Właśnie dlatego chcę, żebyś przyszedł jutro do nas na śniadanie. Już postanowiłam, że chcę sprzedać Villę del Mar, i wiem, że Gaby się zesra, jak to usłyszy. Ta durna myślała, że razem z papą będzie mieć dom, jacht, auta… a tymczasem w pakiecie był tylko on. Zobaczymy, jak jej się to spodoba. Zgniotę ją jak muchę! Zobaczymy! Niech użyje swoich cnót miłosierdzia. A może ma w sobie diabła? Jasne, że go ma, i diabła, i różne inne rzeczy. Co ona sobie myślała? Że będzie urządzać sobie imprezki w domu mamy… pierwszej i ostatniej.

– Coś ty, chcesz starego całkowicie ogołocić? I co on zrobi?

– Niech idzie do roboty.

– Przecież on nigdy w życiu nie pracował…

Marta zamilkła, uniosła brwi jak Maria Felix i zrobiła minę w stylu: „A co mnie do tego?”.

– Nie pospieszyłaś się za bardzo? Ale dobrze, twojemu staremu nic nie będzie, ci Hernandezowie dadzą mu jedną ze swoich agencji nieruchomości, będzie ich brokerem. On przecież zna dosłownie wszystkich, mógłby doskonale żyć z prowizji.

– Guzik mnie to obchodzi. Mówię tylko, że nie dam mu umrzeć z głodu. I on o tym wie. Może nawet ze mną mieszkać, jeżeli chce, ale tej starej nie mam zamiaru tu znosić! No co, przyjdziesz jutro rano?

– Jasne, nie przepuszczę takiej okazji za żadne skarby świata. No chodź, idziemy na imprezę. Mam ochotę na lesbijkę.

– Niestety muszę cię rozczarować, kochanie, ale żadna z dziewczyn na tej imprezie nie jest lesbijką. Tak samo i ja mam dosyć powodów, żeby nie dać się namówić na kreskę kokainy. Chociaż kiedy teraz tak o tym myślę… Może ta córka Gaby, ta artystka, co jutro przyjeżdża…

Mau wybuchnął głośnym śmiechem. Jego niemal zielone oczy były mokre od łez.

– No nie! Aleś ty głupia! Lesbijka to napój Clamato zmieszany z piwem. Tak to nazywają.

– Aj, no wiesz! Z tobą nigdy nic nie wiadomo!

7

IMPREZA

Kelner przyniósł Mau clamato z cytryną, maggi, angielskim sosem, solą czosnkową, tabasco i piwem Pacifico; podał to na lodzie i z solą na brzegach szklanki. Tabasco i cytryna zmieszane z bąbelkami piwa sprawiły, że Mau zapomniał o swojej niechęci do alkoholu. Impreza nie uległa większej zmianie od chwili, kiedy spotkał Martę płaczącą i wpatrzoną w przepaść.

Gaby przechadzała się, jakby była właścicielką palapy, w sukni od Missoniego, która wyraźnie demonstrowała jej wspinanie się po wątłej drabinie społecznej. Widać było, że rozkoszuje się swoją władzą.

Mau pojmował rozumowanie swojej przyjaciółki. Pochodzenie z jednej z najlepszych rodzin w Meksyku nie wystarczało, trzeba było jeszcze mieć pieniądze. Oczywiście nazwisko było ważne. Tak, niejednemu dzięki rodowodowi udało się zawrzeć korzystne małżeństwo, ale ktoś, kto miał pieniądze, mógł sobie to nazwisko kupić. Reguły społecznej szachownicy się zmieniały. O ile przedtem istniało coś takiego, jak „żona zabijająca sekretarkę”, o tyle teraz nie było to wcale takie jasne, zwłaszcza że sekretarką mogła być argentyńska modelka albo rosyjska tancerka. Skarby Meksyku przyciągały białych od czasów konkwisty i dzisiaj bogactwo nadal ich kusi. Liczba Europejczyków zwiększyła się znacznie, ilość pieniędzy – nie. W końcu to pieniądze wspierały nazwisko rodziny; brzęk monet był bębnem dodającym nazwisku wystawności.

A teraz ojciec Marty i jego nowa żona mieli być wysiedleni z tego rajskiego miejsca. Marta wiedziała, że może tam wrócić, kiedy tylko zechce. Mau rozejrzał się po zaproszonych gościach; nie mógł znaleźć wśród nich żadnego właściciela ziemskiego, który nie udzieliłby Marcie gościny w swoim domu mimo jej skandalicznej reputacji. Jego z kolei mile witano dzięki temu, że potrafił się doskonale zachować. Nie każdy mógł być przyjęty – goście musieli ciężko zapracować na zaproszenie na taką imprezę.

Mau znowu zaczął się przypatrywać gościom obecnym na imprezie.

Alonso – architekt, twórca wszystkich domów dzielnicy Pacifico, z żoną. On był wysoce uznawanym fachowcem, a ona ładna; oboje z dobrych rodzin.

Carlos Rizales – członek założyciel jednej z najpoważniejszych kancelarii adwokackich.

Fernando Del Valle – doradca trzech prezydentów Meksyku, który zdołał się uratować po przewrocie.

Eduardo García Garza – przemysłowiec, pochodzący z Monterrey. Mau nie był pewien, co to za przemysł. Usiłował sobie przypomnieć – może stal?

Francisco López Sánchez – dystrybutor samochodów i właściciel fabryk typu maquiladora, czyli korzystających z przygranicznej strefy wolnego handlu i meksykańskiej taniej siły roboczej.

Fred Vargas – wina.

Coqui – kawa…

Jasne, były tu także niektóre ubożejące fortuny, ale tylko takie, które zachowały przynajmniej dobre korzenie. Były więc rodziny: González, Torres, Rivero… Na tej imprezie nie było nikogo, kto nie byłby „kimś”. A prawdę mówiąc, Pedro i Gaby – bez forsy Marty – mogli wkrótce stać się „nikim”.

Mau poprosił o kolejne piwo, chociaż rozpaczliwie chciałby się napić tequili; niszczył w sobie ten odruch z taką samą przyjemnością, z jaką anorektyczka czerpie radość z poskramiania apetytu. Obserwował Martę – była bardzo opanowana.

Bardzo się zmieniła od czasu śmierci swojej mamy. Dawniej o tej porze byłaby już zalana i zamknięta w pokoju telewizyjnym, rzucałaby kurwami. Teraz jednak miała swój cel – szło jej nie tylko o to, żeby pozbyć się Gaby. Planowała ją zniszczyć, a swojego papę ukarać, następnie mu wybaczyć i stać się prawdziwą córką swej matki i wnuczką babki. Mau znał już wspaniałość pań Tordella de la Vega, ich umiejętność doskonałego wyrażania się, ubierania się z wdziękiem, podejmowania gości jak królowa, słowem, budzenia w każdym prawdziwego zachwytu. Ale oprócz tego babcia i mama Marty potrafiły coś zrobić z własnym życiem. Nie były tylko social butterflies[2]