Strona główna » Biznes, rozwój, prawo » Pokonać giełdę

Pokonać giełdę

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-63773-55-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Pokonać giełdę

 

Opracuj swoją strategię inwestowania w akcje lub fundusze rynku akcji według rad jednego z najlepszych na świecie menedżerów funduszy inwestycyjnych.

Średnioroczna stopa zwrotu zarządzanego przez Lyncha funduszu inwestycyjnego Fidelity Magellan nieprzerwanie przez 13 lat wynosiła 27 %! Z takim wynikiem Lynch jako jeden z nielicznych pokonywał systematycznie amerykański indeks szerokiego rynku S&P 500. 
Według Lyncha nie należy zapominać, że akcje nie są losami na loterii. Za każdą akcją stoi jakaś spółka i od jej kondycji zależy, co się będzie z akcjami działo. Peter Lynch instruuje, jak wybrać odpowiednie spółki i jak zbudować dochodowy portfel inwestycyjny, opierając się na własnym doświadczeniu i wiedzy. Jako doświadczony ekspert od zarządzania funduszem Lynch daje także wskazówki, jak wybrać właściwy fundusz inwestycyjny.  Książka Petera Lyncha pokazuje jak skutecznie wykorzystać potencjał giełdy.

Polecane książki

Głosy to poetycki zapis rzeczywistości obozów koncentracyjnych Buchenwaldu i Auschwitz, gdzie każdy niemal wiersz  to inna postać – głos w przestrzeni – mówiący własnym, często bardzo indywidualnym językiem, opisujący wydarzenia, legendy obozowe, codzienność – tak bardzo subiektywnie, że nieraz to s...
"Porażka znaczy zwycięstwo" to mądra, pozytywna i budująca książka, która pokazuje, jak nie bać się potknięć, jak wykorzystać ten nieodłączny element naszego życia do osiągnięcia sukcesu. Za każdym sukcesem stoi wiele niepowodzeń, a potknięcia mogą mieć zalety. Pépin przekonuje, że porażki to przede...
Tworząc zarobkowo oprogramowanie, warto kierować się jasną wizją sposobu rozliczania jego sprzedaży. Oznacza to konieczność wybrania spośród wielu różnych modeli licencjonowania. E-book podpowiada, który sposób będzie najbardziej opłacalny w danej sytuacji i dlaczego. Zawiera również cenne informa...
Szczegółowy opis przejścia gry po stronie aliantów, z wyszczególnieniem wszystkich misji, jednostek, czołgów i pojazdów. Zarówno początkujących jak i zaawansowanych graczy z pewnością zainteresują porady autora dotyczące możliwych strategii. Sudden Strike - Opis przejścia gry po stronie Aliantów - p...
Bogowie upadającego starożytnego Egiptu znaleźli sposób, by zachować swą moc.Pogrążeni we śnie, czekali na odpowiedni moment, by powrócić do życia.Ich czas wreszcie nadszedł.Jak długo Sonia będzie w stanie utrzymać w tajemnicy, z kim spędza coraz więcej czasu i kto staje się dla niej coraz ważniejsz...
A co jeśli miłość czeka tuż za rogiem? Tomasz jest nieśmiałym bibliotekarzem i nie może oderwać się od myśli o Kornelii, która jest piękną, wyrafinowaną kobietą. Jest tylko jeden problem – to bardzo popularna aktorka, którą oczarowany jest każdy. Izabela – przyjaciółka Tomasza – wspiera go na każdym...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Peter Lynch

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

Be­ating the Stre­et

Prze­kład: Da­riusz Ba­ka­larz

Opra­co­wa­nie pol­skiej wer­sji okład­ki: Ma­rek Za­dwor­ny

Re­dak­cja: Anna Ra­tuś

Co­py­ri­ght © 1993, 1994 by Pe­ter Lynch

© Co­py­ri­ght for the po­lish edi­tion by Stu­dio EMKA

War­sza­wa 2011

ISBN 978-83-62304-10-3

Wszel­kie pra­wa, włącz­nie z pra­wem do re­pro­duk­cji tek­stów w ca­ło­ści lub w czę­ści, w ja­kiej­kol­wiek for­mie – za­strze­żo­ne.

Wszel­kich in­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Kró­lo­wej Al­do­ny 6/2a, 03-928 War­sza­wa

tel./fax 22 628 08 38, 616 00 67

wy­daw­nic­two@stu­dio­em­ka.com.pl

www.stu­dio­em­ka.com.pl

Skład i ła­ma­nie: An­ter s.c., War­sza­wa, ul. Tam­ka 4

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

MO­JEJ ŻO­NIE, CA­RO­LYN, ORAZ CÓR­KOM

– MARY, AN­NIE I BETH. MOIM BRA­CIOM

EU­GE­NE’OWI I THO­MA­SO­WI LYN­CHOM,

A TAK­ŻE MO­JE­MU KU­ZY­NO­WI

THO­MA­SO­WI LE­AHY

WSTĘP DO WYDANIA POLSKIEGO

Mam wiel­ką przy­jem­ność od­dać w Pań­stwa ręce pierw­szą pol­ską edy­cję „Be­ating the Stre­et”, na­pi­sa­ną przez wy­bit­ne­go ame­ry­kań­skie­go me­ne­dże­ra fun­du­szu Pe­te­ra Lyn­cha. Książ­ka ta jest nie­zwy­kle cen­ną po­zy­cją, peł­ną rad i prak­tycz­nych przy­kła­dów do­ty­czą­cych sztu­ki in­we­sto­wa­nia w ak­cje, w któ­rej au­tor za­warł całą swo­ją wie­dzę i bo­ga­te do­świad­cze­nie. Mam na­dzie­ję… że fakt wy­da­nia książ­ki w ję­zy­ku pol­skim przy­czy­ni się do po­pu­la­ry­za­cji tej war­to­ścio­wej po­zy­cji, któ­ra do tej pory była do­stęp­na je­dy­nie w ory­gi­na­le. Wie­rzę, że zwłasz­cza w obec­nym cza­sie, na­zna­czo­nym nie­pew­no­ścią i wy­so­ką zmien­no­ścią, kie­dy więk­szość za­da­je so­bie py­ta­nie jak in­we­sto­wać, książ­ka ta oka­że się cen­nym źró­dłem wie­dzy i in­spi­ra­cji.

Je­stem prze­ko­na­ny, że wie­lu in­we­sto­rów z po­wo­dze­niem może pójść śla­da­mi Lyn­cha, po­dob­nie jak pew­ne­go dnia 2002 roku zro­bi­łem to z moim ze­spo­łem. Był to rok, kie­dy wie­le fun­du­szy in­we­sty­cyj­nych od­ra­dza­ło się po bes­sie spo­wo­do­wa­nej bań­ką in­ter­ne­to­wą, tym­cza­sem nasz fun­dusz Arka BZ WBK Ak­cji FIO no­to­wał wy­ni­ki po­ni­żej ryn­ku. Wte­dy przy­szedł czas na re­flek­sje i szu­ka­nie no­wej dro­gi. Wró­ci­łem wów­czas do książ­ki Lyn­cha, któ­rą co praw­da czy­ta­łem wcze­śniej, ale po pierw­szej lek­tu­rze wy­da­ła mi się nie­ade­kwat­na do pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści lat 90. W tam­tym cza­sie, kie­dy za­wo­do­wo mo­głem zaj­mo­wać się tyl­ko spół­ka­mi z na­szej gieł­dy, na GPW było nie­wie­le firm. Mały wy­bór spół­ek bar­dzo utrud­niał ko­rzy­sta­nie z do­świad­czeń Lyn­cha. Po kil­ku la­tach, we wspo­mnia­nym roku 2002, na­sze moż­li­wo­ści in­we­sty­cyj­ne były znacz­nie więk­sze. GPW roz­wi­ja­ła się dy­na­micz­nie, a my mo­gli­śmy in­we­sto­wać tak­że za gra­ni­cą.

Z per­spek­ty­wy cza­su mogę po­wie­dzieć, że to wła­śnie ta książ­ka za­ofe­ro­wa­ła nam naj­wię­cej i sta­no­wi­ła naj­więk­szą in­spi­ra­cję. Od 2003 Arka BZ WBK Ak­cji FIO i in­dy­wi­du­al­ne port­fe­le ak­cyj­ne sys­te­ma­tycz­nie każ­de­go roku po­ko­ny­wa­ły swój bench­mark – in­deks WIG. Wy­jąt­kiem był rok 2008, rok głę­bo­kiej bes­sy, kie­dy Arka BZ WBK Ak­cji FIO oraz port­fe­le za­no­to­wa­ły sil­ne spad­ki, ale ich wy­ni­ki nie od­bie­ga­ły zna­czą­co od po­zio­mu ryn­ku (war­to­ści sze­ro­kie­go in­dek­su WIG).

Dla wie­lu z Pań­stwa fi­lo­zo­fia Lyn­cha oka­że się mniej lub bar­dziej zna­na. Ta­kie za­sa­dy, jak „in­we­stuj w spół­ki, któ­re znasz”, „in­we­stuj w war­tość i fun­da­men­ty fir­my” czy „ku­puj ak­cje, gdy ich ceny są ni­skie” wie­lu z Pań­stwa za­pew­ne sły­sza­ło, być może pró­bo­wa­ło na­wet za­sto­so­wać w prak­ty­ce. Mimo to zdu­mie­wa­ją­co wie­lu in­we­sto­rów wciąż kie­ru­je się przy wy­bo­rze ak­cji tyl­ko spe­ku­la­cja­mi i prze­czu­cia­mi. In­we­sto­wa­nie sta­je się wów­czas grą, w któ­rej o wy­ni­ku de­cy­du­je przy­pa­dek. W kon­se­kwen­cji in­we­sto­rzy nie­jed­no­krot­nie po­no­szą stra­ty, a je­śli osią­ga­ją zy­ski, to są one prze­waż­nie mniej­sze w od­nie­sie­niu do moż­li­wo­ści, ja­kie ofe­ru­je gieł­da w dłu­gim ter­mi­nie.

Wspól­nie z Lyn­chem, któ­ry miał po­dob­ną re­flek­sję na te­mat ame­ry­kań­skich in­we­sto­rów, chciał­bym Pań­stwa prze­ko­nać i za­chę­cić do praw­dzi­we­go in­we­sto­wa­nia, któ­re po­le­ga na świa­do­mym wy­bo­rze ak­cji firm w opar­ciu o do­stęp­ne dane. Je­stem prze­ko­na­ny, że wów­czas zde­cy­do­wa­nie wię­cej bę­dzie in­we­sto­rów, któ­rych ry­nek ak­cji nie roz­cza­ru­je, a wręcz prze­ciw­nie, z po­wo­dze­niem go wy­ko­rzy­sta­ją, aby osią­gnąć fi­nan­so­wy suk­ces. Jak po­wie­dział Lynch oczy­wi­ście „nie mamy żad­ne­go dzwo­necz­ka, któ­ry się ode­zwie, gdy ku­pi­my do­brą ak­cję, ale je­śli wie­my, ja­kie czyn­ni­ki spra­wia­ją, że dana spół­ka osią­gnie do­chód lub nie to zde­cy­do­wa­nie po­pra­wia­my swo­je szan­se”. Wie­le z tych czyn­ni­ków zo­sta­ło w książ­ce przed­sta­wio­nych.

Mu­szę Pań­stwa jed­nak szcze­rze uprze­dzić, że fi­lo­zo­fia Lyn­cha, choć wy­da­je się nie­skom­pli­ko­wa­na, nie jest ła­twa do za­sto­so­wa­nia w prak­ty­ce. Przede wszyst­kim wy­ma­ga bo­wiem że­la­znej kon­se­kwen­cji, a czę­sto umie­jęt­no­ści pój­ścia pod prąd. Jej re­ali­za­cja wy­ma­ga rów­nież cięż­kiej pra­cy i cza­su. I to jak są­dzę są głów­ne po­wo­dy, dla któ­rych wie­lu na­śla­du­ją­cych Lyn­cha czy­ni­ło to bez suk­ce­su. Sam Lynch za­py­ta­ny w cza­sie swo­je­go pierw­sze­go wy­wia­du te­le­wi­zyj­ne­go w 1983 roku, jak przez 5 lat osią­gnął wy­nik 305% dla Fi­de­li­ty Ma­gel­lan, od­po­wie­dział „Od­wie­dzam 200 przed­się­biorstw rocz­nie i czy­tam 700 rocz­nych spra­woz­dań fi­nan­so­wych”. Po­cie­sza­ją­cy może być fakt, że prze­cięt­ny in­we­stor in­dy­wi­du­al­ny bę­dzie miał zde­cy­do­wa­nie mniej spół­ek w port­fe­lu niż za­rzą­dza­ją­cy fun­du­szem in­we­sty­cyj­nym, a za­tem bę­dzie mu­siał wy­ko­nać znacz­nie mniej pra­cy.

Prze­glą­da­jąc kart­ki pierw­sze­go pol­skie­go wy­da­nia tej na­pi­sa­nej przed pięt­na­stu laty książ­ki, mogę z czy­stym su­mie­niem po­wie­dzieć, że nie stra­ci­ła ona na swej ak­tu­al­no­ści. Lek­tu­ra co praw­da od­no­si się do ryn­ku ame­ry­kań­skie­go i nie­co in­nej rze­czy­wi­sto­ści go­spo­dar­czej, ale za­sa­dy in­we­sto­wa­nia i fi­lo­zo­fia Lyn­cha są uni­wer­sal­ne i mogą być sto­so­wa­ne z po­wo­dze­niem tak­że dziś. Po­nad­to książ­ka ta za­cho­wa­ła cha­rak­ter cie­ka­wej opo­wie­ści, któ­ra ma dużą moc prze­ko­ny­wa­nia i po­zwo­lę so­bie wy­ra­zić na­dzie­ję, że prze­ko­na rów­nież Pań­stwa.

Na ko­niec tego wstę­pu chciał­bym po­ru­szyć jesz­cze je­den wą­tek, na któ­ry Czy­tel­nik na pew­no zwró­ci uwa­gę. Lynch jest zna­ny z nie­przy­chyl­nej opi­nii o swo­ich ko­le­gach po fa­chu, czy­li za­rzą­dza­ją­cych z Wall Stre­et. Tak­że w Be­ating the Stre­et nie­jed­no­krot­nie for­mu­łu­je bar­dzo kry­tycz­ne uwa­gi wo­bec nich. W tym świe­tle może wy­da­wać się dziw­ne, że pa­tro­nem pol­skie­go wy­da­nia książ­ki jest wła­śnie to­wa­rzy­stwo fun­du­szy in­we­sty­cyj­nych. War­to jed­nak zwró­cić uwa­gę, że au­tor nie tyle kry­ty­ko­wał in­sty­tu­cje za­rzą­dza­nia ak­ty­wa­mi jako ta­kie, ile nie­umie­jęt­ność za­rzą­dza­ją­cych osią­ga­nia wy­ni­ków lep­szych od ryn­ku. Pla­nu­jąc pro­ces in­we­sty­cyj­ny sta­ra­li­śmy się uni­kać pu­ła­pek, z po­wo­du któ­rych Lynch ne­ga­tyw­nie oce­niał fun­du­sze in­we­sty­cyj­ne. Ufam, że nam się to uda­je, cze­go po­twier­dze­niem są na­sze wy­ni­ki – w dłu­gim ter­mi­nie jako jed­ni z nie­licz­nych po­ko­nu­je­my ry­nek.

Koń­cząc, ży­czę Pań­stwu po­wo­dze­nia na ryn­ku ak­cji i wie­rzę, że książ­ka, któ­rą trzy­ma­cie w rę­kach, oka­że się po­moc­na w osią­ga­niu po­nad­prze­cięt­nych wy­ni­ków in­we­sty­cyj­nych.

Krzysz­tof Grze­go­rek

Pre­zes Za­rzą­du

BZ WBK AIB As­set Ma­na­ge­ment SA

PODZIĘKOWANIA

Dzię­ku­ję Joh­no­wi Ro­th­chil­do­wi za wspa­nia­ły ta­lent, cięż­ką pra­cę i cu­dow­ne po­czu­cie hu­mo­ru, dzię­ki któ­rym po­wsta­ły One Up on Wall Stre­et i Be­ating the Stre­et.

Peg­gy Ma­la­spi­na pod­wa­ża­ła każ­de przyj­mo­wa­ne tu za­ło­że­nie i ode­gra­ła waż­ną rolę w kształ­to­wa­niu kon­cep­cji przed­sta­wio­nych w oby­dwu tych książ­kach. Po go­dzi­nach pra­cy gro­ma­dził dane i spraw­dzał fak­ty tak­że jej ze­spół ana­li­ty­ków: Da­vid Sher­man, An­drew Wolf, Mi­cha­el Gra­ber, Chri­sti­ne Coy­ne, Lyn Had­den i Erik Ma­sci.

Dzię­ku­ję pra­cow­ni­kom Fi­de­li­ty, szcze­gól­nie mo­jej współ­pra­cow­ni­cy Eve­lyn Flynn, a tak­że Bo­bo­wi Hill’owi i lu­dziom z Fi­de­li­ty Chart Room, w któ­rym pra­cu­ją: Guy Ce­run­do­lo, Bob Bec­kwitt, Lau­ren Al­lan­smith, Phil Thay­er, and Ja­cqu­es Pe­rold.

W po­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji nikt nie prze­ści­gnie pra­cow­ni­ków Fi­de­li­ty’s Fi­xed In­co­me i Equ­ity Re­se­arch In­for­ma­tion Cen­ters: Shaw­na Ba­stie­na, Ka­ren O’To­ole i She­ili Col­lins. W zgro­ma­dze­niu wie­lu wy­li­czeń i wy­kre­sów bar­dzo mi po­mo­gli Jeff Todd i Chri­sto­pher Gre­en z Ma­na­ge­ment In­for­ma­tion and Ana­ly­sis Gro­up.

Dzię­ku­ję tak­że wy­daw­cy Bo­bo­wi Ben­de­ro­wi, jego asy­stent­ce Jo­han­nie Li oraz re­dak­to­rom Gyp­sy da Si­lva i Ste­ve­no­wi Mes­si­na z Si­mon & Schu­s­ter.

Książ­ka ta nie po­wsta­ła­by bez pra­cy, jaką wło­żył Doe Co­over, agent li­te­rac­ki z Bo­sto­nu, któ­ry nad­zo­ro­wał wie­le eta­pów jej po­wsta­wa­nia.

John Ro­th­child dzię­ku­je swo­jej agent­ce, Eli­za­beth Dar­han­soff. Po­ma­gał mu też Bru­ce Lem­le z Mia­mi.

PETER LYNCHWSTĘP DO BEATING THE STREET1

Trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go maja 1990 roku za­mkną­łem sys­tem Qu­otron w fun­du­szu Fi­de­li­ty Ma­gel­lan. Wła­śnie mi­nę­ło trzy­na­ście lat, od­kąd pod­ją­łem tam pra­cę. Jim­my Car­ter, któ­ry był wte­dy pre­zy­den­tem, przy­znał, że ma w ser­cu żą­dzę. Ja też mia­łem żą­dzę. Żą­dzę ak­cji. W okre­sie kie­ro­wa­nia Ma­gel­la­nem ob­ra­ca­łem mi­lio­na­mi ak­cji, a ak­ty­wa Fun­du­szu prze­kro­czy­ły 12 mld, kie­dy za­my­ka­łem sys­tem Qu­otron. Nic dziw­ne­go, że za­sły­ną­łem jako ten, dla któ­re­go nie ma złych ak­cji.

Od­sze­dłem na­gle, ale de­cy­zji nie pod­ją­łem z dnia na dzień. Pra­ca po­le­ga­ją­ca na śle­dze­niu dzia­łal­no­ści mnó­stwa firm za­czę­ła da­wać się we zna­ki w po­ło­wie lat 80., gdy in­deks Dow prze­kro­czył po­ziom 2000, a ja prze­kro­czy­łem 43 lata. Wpraw­dzie po­do­ba­ło mi się za­rzą­dza­nie port­fe­lem o wiel­ko­ści PKB Ekwa­do­ru, ale tę­sk­ni­łem za do­mem i pa­trze­niem, jak do­ra­sta­ją moje dzie­ci. A one zmie­nia­ły się szyb­ko. Co week­end nie­mal na nowo mu­sia­ły mi się przed­sta­wiać. Wię­cej cza­su spę­dza­łem z Fan­nie Mae, Fred­die Mac i Sal­lie Mae niż z nimi.

Gdy za­czy­nasz my­lić Fan­nie Mae, Fred­die Mac i Sal­lie Mae z człon­ka­mi ro­dzi­ny, pa­mię­tasz dwa ty­sią­ce sym­bo­li gieł­do­wych, ale za­po­mi­nasz o uro­dzi­nach wła­snych dzie­ci, to ist­nie­je spo­re praw­do­po­do­bień­stwo, że pra­ca po­chło­nę­ła cię za bar­dzo.

W 1989 wiel­ką ko­rek­tę 1987 roku mie­li­śmy już za sobą, gieł­da ra­dzi­ła so­bie spraw­nie, a ja ob­cho­dzi­łem czter­dzie­ste szó­ste uro­dzi­ny z żoną Ca­ro­lyn i cór­ka­mi: Mary, An­nie i Beth. W po­ło­wie przy­ję­cia do­zna­łem olśnie­nia. Gdy czło­wiek uświa­da­mia so­bie, że żyje już dłu­żej od wła­snych ro­dzi­ców, za­czy­na czuć się śmier­tel­ny. Zda­je so­bie spra­wę, że ży­cie trwa le­d­wie chwi­lę, a śmierć cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność. Za­czy­na ża­ło­wać, że czę­ściej nie cho­dził na szkol­ne przed­sta­wie­nia, czę­ściej nie wy­jeż­dżał na nar­ty i nie grał w pił­kę. Przy­po­mi­na so­bie, że jesz­cze nikt na łożu śmier­ci nie na­rze­kał, że „za mało cza­su spę­dził w biu­rze”.

Pró­bo­wa­łem prze­ko­ny­wać sam sie­bie, że dzie­ci są już star­sze i nie wy­ma­ga­ją tyle uwa­gi, co daw­niej, choć w głę­bi ser­ca czu­łem, że jest zu­peł­nie in­a­czej. Nie­mow­la­ki obi­ja­ją się o me­ble, prze­wra­ca­ją, a ro­dzi­ce mu­szą sta­le mieć je na oku. Ale mimo wszyst­ko wy­ma­ga­ją mniej cza­su i wy­sił­ku niż po­ma­ga­nie przy od­ra­bia­niu hisz­pań­skie­go czy ma­te­ma­ty­ki, z któ­rej już wszyst­ko za­po­mnia­łeś, pod­wo­że­nie na kor­ty lub za­ku­py albo za­pew­nia­nie, że by­cie na­sto­lat­kiem nie jest ta­kie złe.

Aby być na bie­żą­co z na­sto­lat­ka­mi i ich spo­so­bem my­śle­nia, w week­en­dy ro­dzi­ce mu­szą słu­chać ich mu­zy­ki, wku­wać na pa­mięć na­zwy ze­spo­łów roc­ko­wych i oglą­dać fil­my, któ­rych w in­nym ra­zie nie obej­rzał­by ża­den do­ro­sły czło­wiek. Sam też tak po­stę­po­wa­łem, ale dość rzad­ko. W nie­dzie­le sia­dy­wa­łem przy biur­ku na­prze­ciw fo­to­ta­pe­ty z Hi­ma­la­ja­mi. Gdy od cza­su do cza­su za­bie­ra­łem cór­ki do kina albo na piz­zę, nie prze­sta­wa­łem my­śleć o in­we­sto­wa­niu. To one po­ka­za­ły mi Piz­za Time The­ater i ża­ło­wa­łem, że nie ku­pi­łem ak­cji tej fir­my. One też po­ka­za­ły mi Chi-Chi, fir­mę, któ­rej ak­cje chcia­łem ku­pić.

W 1990 roku Mary, Anne i Beth mia­ły już od­po­wied­nio 15, 11 i 7 lat. Mary była w szko­le z in­ter­na­tem i przy­jeż­dża­ła do domu tyl­ko w pa­rzy­ste week­en­dy. Je­sie­nią za­gra­ła w sied­miu me­czach pił­kar­skich, a ja wi­dzia­łem tyl­ko je­den. W tym sa­mym roku kart­ki bo­żo­na­ro­dze­nio­we od ro­dzi­ny Lyn­chów zo­sta­ły wy­sła­ne z trzy­mie­sięcz­nym opóź­nie­niem. Ga­ze­to­we wy­cin­ki z ar­ty­ku­ła­mi opi­su­ją­cy­mi osią­gnię­cia na­szych dzie­ci ukła­da­li­śmy na pół­ce z pa­miąt­ka­mi, ale nie było cza­su ich prze­czy­tać.

W te dni, kie­dy mu­sia­łem sie­dzieć w biu­rze do nocy, cho­dzi­łem na ze­bra­nia licz­nych or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nych, w któ­rych na ochot­ni­ka za­sia­da­łem w za­rzą­dach. Czę­sto or­ga­ni­za­cje te za­pra­sza­ły mnie do dzia­łal­no­ści w ko­mi­sji in­we­sty­cyj­nej. Wy­bie­ra­nie ak­cji dla or­ga­ni­za­cji słu­żą­cych do­brej spra­wie to dzia­łal­ność ze wszech miar po­zy­tyw­na, ale moje obo­wiąz­ki wo­lon­ta­riu­sza mno­ży­ły się rów­nie szyb­ko jak za­da­nia w Ma­gel­lan Funds i obo­wiąz­ki wo­bec có­rek, któ­re z każ­dym dniem mia­ły za­da­wa­ne co­raz trud­niej­sze lek­cje i co ty­dzień mu­sia­ły być pod­wo­żo­ne na co­raz częst­sze za­ję­cia po­za­lek­cyj­ne.

W tam­tym cza­sie moje ma­rze­nia za­przą­ta­ła Sal­lie Mae, a do naj­ro­man­tycz­niej­szych spo­tkań z żoną Ca­ro­lyn do­cho­dzi­ło je­dy­nie na pod­jeź­dzie sa­mo­cho­do­wym, gdy ja wra­ca­łem, a ona wy­jeż­dża­ła, albo od­wrot­nie. Pod­czas rocz­nych ba­dań okre­so­wych przy­zna­łem się le­ka­rzo­wi, że moje ćwi­cze­nia fi­zycz­ne ogra­ni­cza­ją się do co­dzien­ne­go my­cia zę­bów. Od pół­to­ra roku nie prze­czy­ta­łem żad­nej książ­ki. Przez dwa lata wi­dzia­łem trzy przed­sta­wie­nia ope­ro­we, La­ta­ją­ce­go Ho­len­dra, Cy­ga­ne­rię i Fau­sta, ale ani jed­ne­go me­czu. To mi przy­po­mnia­ło o Pierw­szej Za­sa­dzie Pe­te­ra2:

Je­śli licz­ba obej­rza­nych przed­sta­wień ope­ro­wych prze­wyż­sza licz­bę obej­rza­nych me­czów pił­kar­skich w sto­sun­ku trzy do zera, to z two­im ży­ciem dzie­je się coś złe­go.

W po­ło­wie 1990 roku do­tar­ło do mnie, że mu­szę odejść z pra­cy. Przy­po­mnia­łem so­bie, że pa­tron mo­je­go fun­du­szu, Fer­di­nand Ma­gel­lan, rów­nież osiadł na od­le­głej wy­spie Oce­anu Spo­koj­ne­go, cho­ciaż jego dal­sze dzie­je nie na­pa­wa­ły opty­mi­zmem (zo­stał za­dźga­ny przez tu­byl­ców). Z na­dzie­ją, że roz­wście­cze­ni ak­cjo­na­riu­sze nie zgo­tu­ją mi po­dob­ne­go losu, po­pro­si­łem o spo­tka­nie Neda John­so­na, mo­je­go sze­fa w Fi­de­li­ty, i Gary’ego Bur­khe­ada, dy­rek­to­ra ope­ra­cyj­ne­go, aby omó­wić mo je odej­ście.

Roz­mo­wy to­czy­ły się w przy­ja­znej at­mos­fe­rze. Ned John­son za­pro­po­no­wał, abym prze­jął kie­row­nic­two nad gru­pą fun­du­szy po­wier­ni­czych. Za­pro­po­no­wał, że­bym ob­ra­cał mniej­szy­mi ak­ty­wa­mi, po­wiedz­my 100 mi­lio­nów, a nie 12 mi­liar­dów jak do tej pory. Ale mnie się wy­da­wa­ło, że cho­ciaż to parę cy­fe­rek mniej, pra­cy będę miał tyle samo i so­bo­ty znów będę spę­dzał w biu­rze. Uprzej­mie od­rzu­ci­łem pro­po­zy­cję Neda.

Nie­wie­le osób wie­dzia­ło, że pro­wa­dzi­łem tak­że fun­dusz pra­cow­ni­czy z mi­liar­do­wy­mi ak­ty­wa­mi w imie­niu kil­ku du­żych przed­się­biorstw, wśród któ­rych były mię­dzy in­ny­mi Ko­dak, Ford i Eaton: naj­więk­sze udzia­ły miał Ko­dak. Fun­dusz ten osią­gał lep­sze wy­ni­ki niż Ma­gel­lan, bo in­we­stu­jąc pie­nią­dze nie mu­sia­łem prze­strze­gać wie­lu ogra­ni­czeń. Choć­by ta­kie­go, że fun­dusz po­wier­ni­czy nie może za­in­we­sto­wać wię­cej niż 5 pro­cent w ak­cje jed­nej spół­ki, a fun­du­szu pra­cow­ni­cze­go nie obo­wią­zu­ją ta­kie re­stryk­cje.

Lu­dzie z Ko­da­ka, For­da i Eaton chcie­li, abym po­mi­mo odej­ścia z Ma­gel­la­na, nadal za­rzą­dzał ich pie­niędz­mi z fun­du­szu pra­cow­ni­cze­go, ale ich proś­bę rów­nież od­rzu­ci­łem. Pa­dły też licz­ne pro­po­zy­cje za­ło­że­nia Fun­du­szu Lyn­cha. Miał­by to być fun­dusz za­mknię­ty, któ­ry był­by no­to­wa­ny na No­wo­jor­skiej Gieł­dzie Pa­pie­rów War­to­ścio­wych. Zwo­len­ni­cy twier­dzi­li, że wy­star­czy „to­ur­née” po kil­ku mia­stach, aby sprze­dać udzia­ły w Fun­du­szu Lyn­cha za mi­liar­dy do­la­rów.

Z punk­tu wi­dze­nia me­ne­dże­ra atrak­cyj­ność fun­du­szu za­mknię­te­go po­le­ga na tym, że na­wet je­śli osią­ga sła­be wy­ni­ki, nie tra­ci in­we­sto­rów A to dla­te­go, że jed­nost­ki są sprze­da­wa­ne na gieł­dzie w taki sam spo­sób jak ak­cje Merck czy Po­la­ro­id, a więc każ­dy sprze­daw­ca jed­nost­ki fun­du­szu za­mknię­te­go musi mieć kup­ca. W efek­cie licz­ba ty­tu­łów uczest­nic­twa po­zo­sta­je za­wsze taka sama.

In­a­czej wy­glą­da spra­wa fun­du­szy otwar­tych typu Ma­gel­lan. Tu­taj, gdy uczest­nik chce wy­co­fać pie­nią­dze, fun­dusz musi w za­mian za jed­nost­ki wy­pła­cić mu go­tów­kę i w ten spo­sób wiel­kość fun­du­szu ule­ga zmniej­sze­niu. Je­śli ja­kiś otwar­ty fun­dusz tra­ci po­pu­lar­ność, może skur­czyć się w bły­ska­wicz­nym tem­pie, bo klien­ci prze­nio­są pie­nią­dze do kon­ku­ren­cyj­nych fun­du­szy albo na ryn­ki pie­nięż­ne. Dla­te­go me­ne­dże­ro­wie fun­du­szy otwar­tych nie sy­pia­ją tak spo­koj­nie jak za­rząd­cy fun­du­szy za­mknię­tych.

Dys­po­nu­ją­cy 2 mi­liar­da­mi Fun­dusz Lyn­cha no­to­wa­ny na NYSE ob­ra­cał­by ta­ki­mi pie­niędz­mi już za­wsze (chy­ba że po­peł­nił­bym se­rię in­we­sty­cyj­nych po­my­łek i stra­cił całą kasę). A ja rok w rok otrzy­my­wał­bym 75 punk­tów ba­zo­wych (15 mi­lio­nów do­la­rów) ho­no­ra­rium.

Pod wzglę­dem fi­nan­so­wym była to pro­po­zy­cja ku­szą­ca. Za­trud­nił­bym masę asy­sten­tów ana­li­zu­ją­cych ceny ak­cji, ogra­ni­czył­bym czas pra­cy do mi­ni­mum, grał w gol­fa, wię­cej cza­su spę­dzał z żoną i cór­ka­mi, a po­nad­to cho­dził na me­cze Red Sox, Cel­tics i na Cy­ga­ne­rię. Obo­jęt­nie, czy wy­prze­dził­bym gieł­dę, czy zo­stał da­le­ko w tyle, otrzy­my­wał­bym so­wi­tą za­pła­tę.

W ta­kim ukła­dzie po­ja­wia­ły się tyl­ko dwa pro­ble­my. Po pierw­sze moje pra­gnie­nie prze­ga­nia­nia gieł­dy znacz­nie prze­wyż­sza to­le­ran­cję na spa­da­nie po­ni­żej śred­niej gieł­do­wej. A poza tym za­wsze uwa­ża­łem, że wy­bo­ru ak­cji po­wi­nien oso­bi­ście do­ko­ny­wać me­ne­dżer fun­du­szu. Więc zno­wu tkwił­bym w so­bo­ty w biu­rze Fun­du­szu Lyn­cha za­sy­pa­ny po uszy rocz­ny­mi spra­woz­da­nia­mi. Dys­po­no­wał­bym mnó­stwem kasy i nie­do­bo­rem cza­su.

Za­wsze scep­tycz­nie pod­cho­dzi­łem do mi­lio­ne­rów, któ­rzy skła­da­li so­bie gra­tu­la­cje, bo re­zy­gno­wa­li z szan­sy dal­sze­go bo­ga­ce­nia się. Nie­wie­le osób może po­zwo­lić so­bie na luk­sus mach­nię­cia ręką na po­kaź­ną sum­kę. Je­śli jed­nak ktoś ma w ży­ciu tyle szczę­ścia, co ja, i był szczo­drze wy­na­gra­dza­ny, to w pew­nym mo­men­cie musi do­ko­nać wy­bo­ru, czy zo­stać nie­wol­ni­kiem po­więk­sza­nia swo­je­go ma­jąt­ku, czy też ko­rzy­stać z tego, co już zgro­ma­dził.

Toł­stoj na­pi­sał opo­wia­da­nie o am­bit­nym rol­ni­ku. Pe­wien szczo­dry pan za­pro­po­no­wał, że da mu tyle zie­mi, ile zdo­ła obejść w je­den dzień. Chłop biegł z ca­łych sił przez kil­ka go­dzin i wy­bie­gał so­bie tyle zie­mi, że ży­cia by mu nie star­czy­ło na jej upra­wia­nie. Już mniej­szy ob­szar za­pew­niał kil­ku na­stęp­nym po­ko­le­niom ży­cie w do­stat­ku. Dy­szał ze zmę­cze­nia i za­le­wał się po­tem. My­ślał na­wet, aby się za­trzy­mać, ale nie mógł nad sobą za­pa­no­wać – bo na czym niby miał­by po­prze­stać? Pra­gnął wy­ko­rzy­stać swo­ją szan­sę do mak­si­mum, aż w koń­cu padł i umarł z wy­cień­cze­nia.

Mia­łem na­dzie­ję unik­nąć ta­kie­go koń­ca.

WSTĘP DO WYDANIA KIESZONKOWEGO

Dzię­ki edy­cji wy­da­nia kie­szon­ko­we­go nada­rzy­ła się szan­sa, aby od­po­wie­dzieć na po­ja­wia­ją­ce się – po wy­da­niu w twar­dej okład­ce – re­ak­cje za­rów­no pra­sy jak i ra­dio­słu­cha­czy, dzwo­nią­cych pod­czas wie­czor­nych au­dy­cji.

Jest kil­ka spraw, któ­re moim zda­niem wy­raź­nie pod­kre­śli­łem w pierw­szym wy­da­niu, a moi re­cen­zen­ci o nich nie wspo­mi­na­li. Inne rze­czy czy­tel­ni­cy wy­ła­pa­li z książ­ki wbrew moim in­ten­cjom. I dla­te­go cie­szę się, że mogę na­pi­sać nowy wstęp i wy­ja­śnić naj­waż­niej­sze nie­po­ro­zu­mie­nia.

Na cze­le li­sty jest za­rzut, że Lynch sta­wia się na pie­de­sta­le i prze­ma­wia ni­czym gwiaz­dor ba­se­bal­la do tramp­ka­rzy, da­jąc im fał­szy­we na­dzie­je, że kie­dyś za­gra­ją w su­per­li­dze. Po­rów­na­nie do ba­se­bal­li­sty Babe’ego Ru­tha – jak­kol­wiek po­chle­bia­ją­ce – jest z dwóch wzglę­dów nie­traf­ne. Po pierw­sze zbyt czę­sto mam po­tknię­cia i zbyt czę­sto chy­biam, żeby mnie po­rów­ny­wać do słyn­ne­go Suł­ta­na. A po dru­gie uwa­żam, że tramp­ka­rze (czyt. drob­ni in­we­sto­rzy, prze­cięt­ni in­we­sto­rzy, czy ogól­nie spo­łe­czeń­stwo) nie po­win­ni pró­bo­wać na­śla­do­wać pierw­szo­li­go­wych pro­fe­sjo­na­li­stów.

Sta­ra­łem się ja­sno dać do zro­zu­mie­nia, że prze­cięt­ny in­we­stor dzia­ła zu­peł­nie in­a­czej niż me­ne­dżer fun­du­szu in­we­sty­cyj­ne­go czy eme­ry­tal­ne­go z Wall Stre­et. In­dy­wi­du­al­ny in­we­stor nie musi sto­so­wać wie­lu re­guł, któ­re uprzy­krza­ją ży­cie me­ne­dże­ro­wi fun­du­szu. Prze­cięt­ny in­we­stor ma ak­cje kil­ku spół­ek i pro­wa­dzi ro­ze­zna­nie w wol­nym cza­sie. Je­śli w da­nym mo­men­cie nie po­do­ba ci się żad­na fir­ma, mo­żesz scho­wać go­tów­kę i po­cze­kać na oka­zję. Nie mu­sisz kon­ku­ro­wać z są­sia­da­mi – a pro­fe­sjo­na­li­ści mu­szą – za po­śred­nic­twem kwar­tal­nych ze­sta­wień pre­zen­to­wa­nych w miej­sco­wym skle­pie.

Do­wo­dem na to, że prze­cięt­ny in­we­stor nie­ob­cią­żo­ny prze­pi­sa­mi me­ne­dże­ra fun­du­szu może so­bie zna­ko­mi­cie ra­dzić, jest NAIC3, or­ga­ni­za­cja zrze­sza­ją­ca 10 tys. lo­kal­nych klu­bów in­we­sto­ra, do któ­rych na­le­żą zwy­czaj­ni lu­dzie. We­dług NAIC 69,4 pro­cent lo­kal­nych klu­bów osią­gnę­ło wy­ni­ki po­wy­żej śred­niej S&P 500 w 1992 roku. A po­nad po­ło­wa z nich wy­prze­dza S&P 500 od pię­ciu lat. Wy­glą­da na to, że klu­by, ko­rzy­sta­jąc z prze­wa­gi ama­to­rów, co­raz spraw­niej wy­bie­ra­ją ak­cje.

Je­śli osią­gasz suk­ce­sy jako in­we­stor, to praw­do­po­dob­nie mię­dzy in­ny­mi dzię­ki temu, że je­steś ama­to­rem. Prze­pro­wa­dzi­łeś wła­sne ro­ze­zna­nie i ku­pi­łeś ak­cje wiel­kich spół­ek, któ­re Wall Stre­et być może prze­oczy­ła. Zna­ko­mi­te wy­ni­ki lo­kal­nych ban­ków i kas oszczęd­no­ścio­wo-po­życz­ko­wych świad­czą o tym, że in­we­sto­wa­nie w fir­my z są­siedz­twa się opła­ca.

Dru­gie nie­po­ro­zu­mie­nie to prze­ko­na­nie Lyn­cha, że wszy­scy cho­dzą z kal­ku­la­to­ra­mi w dło­ni, czy­ta­ją bi­lan­se księ­go­we, ana­li­zu­ją spół­ki i ku­pu­ją ak­cje. Praw­da wy­glą­da tak, że mi­lio­ny Ame­ry­ka­nów stro­nią od ak­cji. Są to lu­dzie, któ­rych nie in­te­re­su­je ana­li­za spół­ek ani prze­glą­da­nie ze­sta­wień zy­sków i strat, i któ­rzy w spra­woz­da­niach rocz­nych oglą­da­ją tyl­ko ry­sun­ki. Naj­gor­sze, co moż­na zro­bić, to za­in­we­sto­wać w nie­zna­ną so­bie fir­mę.

Nie­ste­ty ku­po­wa­nie ak­cji w ciem­no to w Ame­ry­ce nadal po­pu­lar­ne hob­by. Wróć­my do po­rów­nań ze spor­tem. Gdy lu­dzie od­kry­wa­ją, że nie idzie im w ho­ke­ju lub ba­se­bal­lu, od­kła­da­ją kije i za­czy­na­ją grać w gol­fa, upra­wiać dział­kę albo zbie­rać znacz­ki. Ale gdy od­kry­ją, że nie idzie im ku­po­wa­nie ak­cji, wca­le nie prze­sta­ją in­we­sto­wać.

Oso­by nie­umie­ją­ce wy­bie­rać ak­cji mó­wią czę­sto, że „gra­ją na gieł­dzie”, jak­by to była lo­te­ria. Je­śli „grasz”, ocze­ku­jesz uzy­ska­nia szyb­kiej gra­ty­fi­ka­cji bez na­kła­dów pra­cy. Fa­scy­nu­je ich eks­cy­ta­cja pły­ną­ca z ku­po­wa­nia w jed­nym ty­go­dniu jed­nych ak­cji, w in­nym ko­lej­nych. Albo z ku­po­wa­nia opcji i kon­trak­tów fu­tu­res.

„Gra na gieł­dzie” to za­ję­cie de­struk­cyj­ne. Gra­cze gieł­do­wi przed po­dró­żą po­świę­ca­ją całe ty­go­dnie na ana­li­zo­wa­nie pro­mo­cji lot­ni­czych albo stu­dio­wa­nie prze­wod­ni­ków tu­ry­stycz­nych, a in­we­stu­ją 10 tys. do­la­rów w fir­mę, o któ­rej nic nie wie­dzą. Na­wet ci, któ­rzy po­waż­nie pod­cho­dzą do pla­no­wa­nia wa­ka­cji, dają się zła­pać w „grę na gieł­dzie”. To kom­plet­ne wy­pa­cze­nie pro­ce­su ku­po­wa­nia ak­cji.

Wła­śnie do tych osób kie­ru­ję swo­ją książ­kę. Do tych, któ­rzy kie­ru­ją się prze­czu­cia­mi i za­wsze prze­gry­wa­ją. Ku­pu­ją po 100 dol. ak­cje IBM, bo czu­ją, że fir­ma ma przed sobą „co­me­back” albo in­we­stu­ją w ak­cje spół­ki bio­tech­no­lo­gicz­nej lub ka­sy­na, bo sły­sze­li, że te ak­cje mają „sko­czyć”.

Je­śli uda im się coś ura­to­wać po tych stra­tach, in­we­stu­ją w opcje albo kon­trak­ty fu­tu­res, bo mają prze­czu­cie, że w tym mie­sią­cu S&P 500 pój­dzie w górę. W koń­cu utwier­dza­ją się w prze­ko­na­niu, że Wall Stre­et to jed­na wiel­ka lo­te­ria. Ale to wła­śnie oni zro­bi­li z niej grę.

Trze­cie nie­po­ro­zu­mie­nie jest ta­kie, że Lynch jest prze­ciw­ni­kiem fun­du­szy in­we­sty­cyj­nych. Dla­cze­go miał­bym ką­sać rękę, któ­ra przez lata tak wspa­nia­le mnie kar­mi­ła? Fun­du­sze ak­cji są zna­ko­mi­tym roz­wią­za­niem dla osób, któ­re chcą mieć ak­cje, a nie chcą pro­wa­dzić wła­snych ana­liz. Ostat­nio in­we­sto­rzy fun­du­szy ak­cji pro­spe­ro­wa­li zna­ko­mi­cie i nie ma po­wo­dów przy­pusz­czać, że w przy­szło­ści bę­dzie in­a­czej. Nie ma za­ka­zu in­we­sto­wa­nia i w ak­cje i w fun­du­sze ak­cji. Nie ma za­ka­zu po­sia­da­nia jed­no­stek kil­ku fun­du­szy. Na­wet je­śli cza­sa­mi wy­pa­da­ją go­rzej niż śred­nia gieł­do­wa, to na dłuż­szą metę przy­no­szą sa­tys­fak­cję. Wy­ni­ki w bliż­szej per­spek­ty­wie są trud­niej­sze do prze­wi­dze­nia. Dla­te­go nie na­le­ży ku­po­wać jed­no­stek fun­du­szu, je­śli nie ma moż­li­wo­ści odło­że­nia tych pie­nię­dzy na kil­ka lat i to­le­ro­wa­nia wszel­kich ce­no­wych wzlo­tów i upad­ków.

Otu­chą na­pa­wa mnie fakt, że in­dy­wi­du­al­ni in­we­sto­rzy uczą się nie bać o swo­je ak­cje i jed­nost­ki fun­du­szy w ta­kich okre­sach spad­ków jak w paź­dzier­ni­ku 1987 roku. Mo­ment stra­chu po­ja­wił się w 1989 roku, gdy in­deks Dow Jo­nes In­du­strial Ave­ra­ge spadł o 200 punk­tów, a po­tem w 1990 roku o 500 punk­tów. W oby­dwu przy­pad­kach oka­za­ło się, że więk­szość in­we­sto­rów ku­po­wa­ła ak­cje w tym cza­sie.

Naj­wy­raź­niej prze­ko­na­ło ich twier­dze­nie, że w dal­szej per­spek­ty­wie ak­cje za­wsze wy­pa­da­ją ko­rzyst­niej niż ob­li­ga­cje lub cer­ty­fi­ka­ty de­po­zy­to­we. Ostat­nio z prze­ra­że­niem od­kry­łem, że moja ro­dzi­ma fir­ma Fi­de­li­ty tyl­ko w nie­wiel­kim pro­cen­cie in­we­stu­je w fun­du­sze ak­cji pie­nią­dze z kont eme­ry­tal­nych, któ­re otwo­rzy­ło tam ty­sią­ce lu­dzi. Więk­szość z nich tra­fia do fun­du­szy ryn­ku pie­nięż­ne­go, fun­du­szy ob­li­ga­cji albo fun­du­szy ak­cji z wy­so­ki­mi dy­wi­den­da­mi. A prze­cież dla środ­ków z kont eme­ry­tal­nych, na któ­rych po­zo­sta­ją przez 10–30 lat, ide­al­nym miej­scem są wła­śnie ak­cje.

WPROWADZENIEUcieczka z niewoli

EME­RY­TO­WA­NY ME­NE­DŻER FUN­DU­SZU ma pra­wo udzie­lać tyl­ko po­rad in­we­sty­cyj­nych, a nie du­cho­wych, ale po­sta­no­wi­łem jesz­cze raz sta­nąć na am­bo­nie, po­nie­waż więk­szość pa­ra­fian nadal wy­bie­ra ob­li­ga­cje. Oczy­wi­ście mu­sie­li prze­spać ostat­nie ka­za­nie, On Up on Wall Stre­et., w któ­rym sta­ra­łem się raz na za­wsze prze­ko­nać, że pie­nią­dze ulo­ko­wa­ne w ak­cjach przy­no­szą więk­sze do­cho­dy niż z ob­li­ga­cji, świa­dectw de­po­zy­to­wych albo na lo­ka­tach oszczęd­no­ścio­wych. Bo czy w prze­ciw­nym ra­zie nadal 90 pro­cent na­ro­du lo­ko­wa­ła­by pie­nią­dze w te gor­sze środ­ki?

W la­tach 80. XX w., czy­li w dru­giej pod wzglę­dem ko­rzy­ści de­ka­dzie no­wo­żyt­nej hi­sto­rii (tro­chę lep­sze były tyl­ko lata 50.), od­se­tek ak­ty­wów lo­ko­wa­nych w ak­cje spadł! A wła­ści­wie cały czas spa­da – od 40 pro­cent w la­tach 60., do 25 pro­cent w 80. i 17 w 90. Gdy śred­nia Dow Jo­ne­sa i wszyst­kie inne in­dek­sy wzro­sły czte­ro­krot­nie, więk­szość in­we­sto­rów prze­rzu­ci­ła się na ob­li­ga­cje. Tak­że ak­ty­wa za­in­we­sto­wa­ne fun­du­sze po­wier­ni­cze in­we­stu­ją­ce w ak­cje skur­czy­ły się z 70 pro­cent w la­tach 80. do 43 pro­cent w la­tach 90.

W przy­szło­ści może to pro­wa­dzić do skur­cze­nia ma­jąt­ku in­dy­wi­du­al­ne­go i kra­jo­we­go. Za­cznę więc od tego, czym skoń­czy­łem ostat­nim ra­zem: je­śli ju­tro chcesz mieć wię­cej pie­nię­dzy niż dzi­siaj, to część swo­je­go ka­pi­ta­łu mu­sisz za­in­we­sto­wać w ak­cje. Może bę­dzie­my mie­li bes­sę przez naj­bliż­sze dwa czy trzy lata lub przez naj­bliż­szych pięć wca­le nie bę­dziesz chciał sły­szeć o ak­cjach. Ale w XX wie­ku mie­li­śmy wie­le bess, nie mó­wiąc już o re­ce­sjach, a mimo to wy­ni­ki są nie­pod­wa­żal­ne: wcze­śniej czy póź­niej port­fel ak­cji lub fun­dusz po­wier­ni­czy in­we­stu­ją­cy w ak­cje oka­zu­je się cen­niej­szy niż port­fel ob­li­ga­cji, cer­ty­fi­ka­tów de­po­zy­to­wych czy ry­nek pie­nięż­ny. Pod­kre­ślam to z całą sta­now­czo­ścią.

Naj­bar­dziej prze­ko­nu­ją­cy do­wód tego twier­dze­nia zna­la­złem w rocz­ni­ku Ib­bot­son SBBI Year­bo­ok 1993, roz­dział 1, stro­na 17 pod ty­tu­łem Śred­ni rocz­ny zwrot w de­ka­dach 1926–1989. Jest to pod­su­mo­wa­nie zy­sków, któ­re czło­wiek osią­gnął­by, in­we­stu­jąc w ak­cje z in­dek­su S&P 500, in­deks ma­łych firm, dłu­go­ter­mi­no­we ob­li­ga­cje rzą­do­we, dłu­go­ter­mi­no­we ob­li­ga­cje kor­po­ra­cyj­ne i krót­ko­ter­mi­no­we bony skar­bo­we. Wy­ni­ki wi­dać w Ta­be­li I-1.

Ci z nas, któ­rzy od­zna­cza­ją się ge­niu­szem in­we­sty­cyj­nym, mo­gli za­in­we­sto­wać pie­nią­dze w ak­cje z in­dek­su S&P 500 w la­tach 20., w 1929 roku prze­rzu­cić się na dłu­go­ter­mi­no­we ob­li­ga­cje kor­po­ra­cyj­ne, prze­trzy­mać je przez całe lata 30., w la­tach 40. prze­rzu­cić się na ak­cje ma­łych firm, w la­tach 50. wró­cić do in­dek­su S&P 500, w la­tach 60. i 70. wró­cić do ma­łych firm, a w 80. znów do in­dek­su S&P 500. Oso­by, któ­re po­stą­pi­ły zgod­nie z tą in­spi­ru­ją­cą stra­te­gią, są te­raz mi­liar­de­ra­mi i miesz­ka­ją na Fran­cu­skiej Ri­wie­rze. Sam bym za­re­ko­men­do­wał tę stra­te­gię, gdy­bym w od­po­wied­nim cza­sie był na tyle mą­dry. Oczy­wi­sta sta­ła się do­pie­ro po fak­cie.

Po­nie­waż jed­nak nig­dy nie spo­tka­łem mi­liar­de­ra, któ­ry w ten spo­sób do­ro­bił­by się for­tu­ny, mu­szę przy­jąć, że ge­niu­szy jest nie­wie­lu i więk­szość z nas od­zna­cza się zwy­czaj­ną in­te­li­gen­cją. Ra­czej nikt nie jest w sta­nie prze­wi­dzieć, kie­dy na­stą­pi taki rzad­ko spo­ty­ka­ny okres, w któ­rym ob­li­ga­cje przy­no­szą wię­cej zy­sków niż ak­cje. Fak­ty wy­glą­da­ją jed­nak tak, że tyl­ko w jed­nym dzie­się­cio­le­ciu na sie­dem (w la­tach 30.) prze­gra­li in­we­sto­rzy wy­bie­ra­ją­cy ak­cje (w la­tach 70. był re­mis). Tak czy in­a­czej ist­nie­je praw­do­po­do­bień­stwo sie­dem do jed­ne­go, że lu­dzie le­piej wyj­dą na ak­cjach niż na ob­li­ga­cjach.

Ta­bla I-1. Śred­ni rocz­ny zwrot (proc.)

1920–*

1930–

1940–

1950–

1960–

1970–

1980–

S&P 500

19,2

0,0

9,2

19,4

7,8

5,9

17,5

Ak­cje ma­łych firm

-4,5

1,4

20,7

16,9

15,5

11,5

15,8

Dłu­go­ter­mi­no­we ob­li­ga­cje rzą­do­we

5,0

4,9

3,2

-0,1

1,4

5,5

12,6

Dłu­go­ter­mi­no­we ob­li­ga­cje kor­po­ra­cyj­ne

5,2

6,9

2,7

1,0

1,7

6,2

13,0

Bony skar­bo­we

3,7

0,6

0,4

1,9

3,9

6,3

8,9

In­fla­cja

-1,1

-2,0

5,4

2,2

2,5

7,4

5,1

* W okre­sie: 1926-29.Źró­dło: Ib­bot­son SBBI Year­bo­ok, 1993.

Poza tym, ra­czej nie ma co li­czyć, że w tych rzad­kich mo­men­tach, gdy wy­gry­wa­ją po­sia­da­cze ob­li­ga­cji, za­ro­bią oni tyle, co ak­cjo­na­riu­sze w la­tach 40. i 60. Przez sześć­dzie­siąt czte­ry lata uwzględ­nio­ne w ta­bel­ce, 100 tys. do­la­rów za­in­we­sto­wa­ne w dłu­go­ter­mi­no­we ob­li­ga­cje rzą­do­we te­raz by­ło­by war­te 1,6 mi­lio­na, pod­czas gdy ta sama suma ulo­ko­wa­na w S&P da­ła­by 25,5 mi­lio­na. To pro­wa­dzi do Dru­giej Za­sa­dy Pe­te­ra:

Dżen­tel­me­ni in­we­stu­ją­cy w ob­li­ga­cje nie wie­dzą, co tra­cą.

A mimo to nadal je­ste­śmy na­ro­dem in­we­stu­ją­cym w ob­li­ga­cje. Mi­lio­ny lu­dzi de­cy­du­je się na od­set­ki, któ­re na prze­strze­ni kil­ku lat prze­wyż­szą – albo nie – in­fla­cję o naj­wy­żej 5–6 pro­cent war­to­ści net­to. Ku­puj­cie ak­cje! Je­śli ktoś wy­nie­sie tyl­ko tyle z tej książ­ki, to war­to ją było pi­sać.

Dys­ku­sja na te­mat tego, czy in­we­sto­wać w małe fir­my, w duże, czy też wy­bie­rać fun­du­sze po­wier­ni­cze in­we­stu­ją­ce w ak­cje (o wszyst­kim tym bę­dzie mowa w na­stęp­nych roz­dzia­łach), to kwe­stia dru­go­rzęd­na. Naj­waż­niej­sze, aby ku­po­wać ak­cje – ma­łych, du­żych czy śred­nich firm. Za­kła­dam oczy­wi­ście, że wy­bie­rasz ak­cje i in­we­stu­jesz w spo­sób in­te­li­gent­ny. I że nie da­jesz się za­stra­szyć, gdy gieł­dę do­pa­da ko­rek­ta.

Dru­gi po­wód, dla któ­re­go pod­ją­łem się re­ali­za­cji tego pro­jek­tu, to pra­gnie­nie za­chę­ce­nia ama­to­rów, aby nie zra­ża­li się, gdy w prze­szło­ści do­ko­na­li błęd­ne­go wy­bo­ru ak­cji. Już wcze­śniej po­wie­dzia­łem, że ama­tor, któ­ry po­świę­ci tro­chę cza­su na prze­ana­li­zo­wa­nie przed­się­biorstw z bran­ży, w któ­rej tro­chę się orien­tu­je, osią­gnie lep­sze wy­ni­ki niż 95 pro­cent spe­cja­li­stów za­rzą­dza­ją­cych fun­du­sza­mi – a do tego bę­dzie miał spo­ro za­ba­wy.

Spo­ra część me­ne­dże­rów fun­du­szy nie zga­dza się z tym twier­dze­niem, uwa­ża je za bzdur­ne, a cza­sa­mi na­wet na­zy­wa „wy­po­ci­na­mi Lyn­cha”. Nie­mniej jed­nak dwa i pół roku spę­dzo­ne poza fun­du­szem Ma­gel­la­na utwier­dzi­ły mnie w prze­ko­na­niu, że ama­to­rzy mają prze­wa­gę. Dla nie­do­wiar­ków szarp­ną­łem się na do­dat­ko­wy do­wód.

Wy­kres 1-1

Moż­na go zna­leźć w Roz­dzia­le i pod ty­tu­łem Cud świę­tej Agniesz­ki „ któ­ry opo­wia­da o tym, jak gru­pa bo­stoń­skich siód­mo­kla­si­stów z dwu­let­niej in­we­sty­cji osią­gnę­ła wy­ni­ki, któ­rych pro­fe­sjo­na­li­ści z Wall Stre­et mogą im tyl­ko po­zaz­dro­ścić.

Tym­cza­sem znacz­nie więk­sza gru­pa do­ro­słych in­we­sto­rów-ama­to­rów bije ko­le­gów-za­wo­dow­ców przez kil­ka lat z rzę­du. Ci sku­tecz­ni in­we­sto­rzy na­le­żą do se­tek klu­bów spon­so­ro­wa­nych przez Na­sio­nal As­so­cia­tion of In­we­stors [Kra­jo­we Sto­wa­rzy­sze­nie In­we­sto­rów], ich rocz­ne osią­gi są tak samo god­ne po­zaz­drosz­cze­nia jak uczniów ze szko­ły świę­tej Agniesz­ki.

Wszy­scy in­we­sto­rzy od­zna­cza­ją się bo­wiem pew­ną szcze­gól­ną ce­chą – ich me­to­da in­we­sty­cyj­na jest prost­sza i bar­dziej do­cho­do­wa niż ba­ro­ko­we tech­ni­ki sto­so­wa­ne przez so­wi­cie opła­ca­nych za­wo­dow­ców.

Nie­za­leż­nie od tego, jaką tech­ni­ką wy­bie­rasz ak­cje lub jed­nost­ki fun­du­szy, to w osta­tecz­nym re­zul­ta­cie twój suk­ces za­le­ży od tego, jak dłu­go bę­dziesz po­tra­fił opie­rać się zmar­twie­niom tego świa­ta, aby two­je in­we­sty­cje mo­gły oka­zać się suk­ce­sem. O lo­sie in­we­sto­ra de­cy­du­je nie gło­wa lecz ner­wy. Czło­wiek pło­chli­wy, choć­by nie wia­do­mo jak in­te­li­gent­ny, za­wsze bar­dziej na­ra­żo­ny jest na uciecz­kę przed niedź­wie­dziem.

Co roku w stycz­niu gru­pa spe­cja­li­stów gieł­do­wych zbie­ra się na pa­ne­lu dys­ku­syj­nym spon­so­ro­wa­nym przez cza­so­pi­smo „Bar­ron’s”, któ­re póź­niej pu­bli­ku­je spra­woz­da­nie. Je­śli ku­pi­łeś ak­cje spół­ek, któ­re po­le­ca­li­śmy, za­ro­bi­łeś dużo pie­nię­dzy, ale je­śli zwra­ca­łeś uwa­gę na na­sze opi­nie na te­mat kie­run­ku roz­wo­ju gieł­dy i go­spo­dar­ki, to by­łeś zbyt prze­stra­szo­ny, aby ku­pić ak­cje. Roz­dział dru­gi zaj­mu­je się tym, jak po­stę­po­wać w przy­pad­ku „week­en­do­we­go prze­ra­że­nia” i jak je igno­ro­wać.

W trze­cim roz­dzia­le Wy­ciecz­ka po Fun­du­szu pró­bu­ję za­ry­so­wać stra­te­gię dla fun­du­szu in­we­sty­cyj­ne­go. Cho­ciaż w głę­bi ser­ca po­zo­sta­ję zwo­len­ni­kiem ak­cji, to eme­ry­tu­ra upraw­nia mnie do oma­wia­nia tej kwe­stii, któ­rą jako me­ne­dżer fun­du­szu po­ru­sza­łem nie­chęt­nie. Gdy czyn­nie dzia­łasz w bran­ży, każ­de two­je sło­wo może zo­stać uzna­ne za wy­po­wia­da­ne dla wła­snej ko­rzy­ści lub po to, aby w pod­stęp­ny spo­sób przy­cią­gnąć no­we­go klien­ta – a te­raz cze­goś ta­kie­go za­rzu­cić mi nie moż­na.

Ostat­nio po­ma­ga­łem pew­nej do­bro­czyn­nej or­ga­ni­za­cji z No­wej An­glii opra­co­wać nową stra­te­gię dla port­fe­la in­we­sty­cyj­ne­go. (Na­zwa tej in­sty­tu­cji musi po­zo­stać ta­jem­ni­cą dla do­bra sy­tu­acji, któ­rą chcę za­pre­zen­to­wać). Naj­pierw na­le­ży za­de­cy­do­wać, ile pie­nię­dzy ulo­ko­wać w ob­li­ga­cjach, a ile w ak­cjach, a tak­że jak każ­dą z czę­ści za­in­we­sto­wać. Ta­kie de­cy­zje musi po­dej­mo­wać każ­dy me­ne­dżer fun­du­szu i dla­te­go szcze­gó­ło­wo opi­sa­łem, jak to ro­bić.

Roz­dzia­ły czwar­ty, pią­ty i szó­sty sta­no­wią trzy­czę­ścio­wą re­tro­spek­ty­wę – jak kie­ro­wa­łem Ma­gel­la­nem przez trzy­na­ście lat i dzie­więć po­waż­nych ko­rekt. Za­ję­cie to dało mi wy­mów­kę, aby wró­cić my­śla­mi do prze­szło­ści i do­kład­nie prze­ana­li­zo­wać, ja­kie czyn­ni­ki zło­ży­ły się na mój suk­ces. Nie­któ­re wnio­ski za­sko­czy­ły na­wet mnie – cho­ciaż sie­dzia­łem w sa­mym środ­ku.

W tej czę­ści książ­ki sta­ra­łem się kon­cen­tro­wać na me­to­do­lo­gii i wy­ty­ka­niu swo­ich błę­dów. Za­pew­ne moż­na na nich na­uczyć się cze­goś tak samo jak na zwy­cię­stwach.

W roz­dzia­łach od siód­me­go do dwu­dzie­ste­go, czy­li w po­ło­wie ob­ję­to­ści tej książ­ki, opi­su­ję, w jaki spo­sób wy­bra­łem 21 spół­ek, któ­re w stycz­niu 1992 roku za­re­ko­men­do­wa­łem czy­tel­ni­kom pi­sma „Bar­ron’s”. Wcze­śniej omó­wi­łem teo­rię in­we­sto­wa­nia, a tam po­ka­zu­ję, jak to ro­bi­łem w prak­ty­ce. Sta­ra­łem się moż­li­wie naj­do­kład­niej prze­ana­li­zo­wać wszyst­kie swo­je na­wy­ki zwią­za­ne z wy­bo­rem ak­cji. Mię­dzy in­ny­mi wy­ła­wia­nie obie­cu­ją­cych sy­tu­acji i pod­da­wa­nie ich ana­li­zie.

Dwa­dzie­ścia je­den spół­ek, któ­re po­słu­ży­ły za ilu­stra­cję Me­to­dy Lyn­cha, na­le­ży do róż­nych sek­to­rów (ban­ki, kasy oszczęd­no­ścio­wo-po­życz­ko­we, spół­ki cy­klicz­ne, de­ta­li­ści, fir­my uży­tecz­no­ści pu­blicz­nej), w któ­re naj­czę­ściej lu­dzie in­we­stu­ją. Tak uło­ży­łem roz­dzia­ły, że każ­dy typ spół­ek zo­stał opi­sa­ny w jed­nym. Roz­dział dwu­dzie­sty pierw­szy Pół­rocz­ny prze­gląd opi­su­je pro­ces re­gu­lar­ne­go ana­li­zo­wa­nia sy­tu­acji każ­dej fir­my po­sia­da­nej w port­fe­lu.

Nie mam do za­pre­zen­to­wa­nia go­to­wych prze­pi­sów. Nie ma żad­ne­go dzwo­necz­ka, któ­ry od­zy­wa się, gdy ku­pu­jesz do­brą ak­cję, bo choć­byś nie wia­do­mo jak do­kład­nie znał fir­mę, to nie mo­żesz mieć stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, że na za­in­we­sto­wa­niu w nią zy­skasz. Je­śli jed­nak wiesz, ja­kie czyn­ni­ki spra­wia­ją, że de­ta­li­sta, bank albo spół­ka mo­to­ry­za­cyj­na osią­gnie do­chód lub nie, to po­pra­wiasz swo­je szan­se. Wie­le z tych czyn­ni­ków zo­sta­ło tu­taj omó­wio­nych.

Tekst uroz­ma­ica­ją apli­ko­wa­ne w umiar­ko­wa­nych daw­kach Za­sa­dy Pe­te­ra, dwie z nich już mu­sia­łeś prze­łknąć. Wie­le z prze­ka­zy­wa­nych tu nauk zdo­by­łem dzię­ki do­świad­cze­niu, któ­re za­wsze jest na­uczy­cie­lem dro­gim. Tu­taj – w książ­ce – do­sta­jesz wie­dzę po ce­nie pro­mo­cyj­nej.

(W okre­sie, w któ­rym pro­wa­dzi­łem ana­li­zy, ceny ak­cji dwu­dzie­stu je­den spół­ek opi­sa­nych w dru­giej czę­ści książ­ki, sta­le ule­ga­ły zmia­nie. Na przy­kład gdy za­czy­na­łem się przy­glą­dać Pier 1, jej ak­cje cho­dzi­ły po 7,50 dol., a gdy w koń­cu za­re­ko­men­do­wa­łem je w „Bar­ron’s”, kosz­to­wa­ły 8 dol. Dla­te­go cza­sa­mi mó­wię, że kosz­to­wa­ły 7,50, a cza­sa­mi, że 8. W ca­łym tek­ście jesz­cze kil­ka razy moż­na spo­tkać po­dob­ne roz­bież­no­ści.)

ROZDZIAŁ 1Cud Świętej Agnieszki

AMA­TOR­SKIE WY­BIE­RA­NIE AK­CJI, po­dob­nie jak pie­cze­nie cia­sta, to umie­ra­ją­ca sztu­ka, któ­rą wy­pie­ra ku­po­wa­nie go­to­wych wy­ro­bów. Po­kaź­ne gro­no za­wo­do­wych me­ne­dże­rów fun­du­szy bie­rze spo­rą kasę za ro­bie­nie dla port­fe­li tego sa­me­go, co Sara Lee robi dla cia­sta. Przy­kro mi, że tak się dzie­je. Uwie­ra­ło mnie to już wte­dy, gdy sam by­łem me­ne­dże­rem fun­du­szu, a uwie­ra jesz­cze bar­dziej, gdy do­łą­czy­łem do rze­szy nie­pro­fe­sjo­na­li­stów, któ­rzy in­we­stu­ją w wol­nym cza­sie.

Od­pływ ama­to­rów na­brał przy­śpie­sze­nia w zdo­mi­no­wa­nych przez byka la­tach 80., po któ­rych mniej osób po­sia­da­ło ak­cje niż daw­niej. Jed­nym z po­wo­dów jest to, że pra­sa zro­bi­ła z lu­dzi z Wall Stre­et swe­go ro­dza­ju sław­ne oso­bi­sto­ści, na co w du­żej mie­rze nie za­słu­gu­je­my. Gwiaz­do­rzy gieł­dy trak­to­wa­ni są jak gwiaz­do­rzy roc­ka, a ama­to­rzy od­no­szą fał­szy­we wra­że­nie, że nie ma szans na kon­ku­ro­wa­nie z ta­kim go­ściem, któ­ry ma w kie­sze­ni MBA, nosi pro­cho­wiec Bur­ber­ry i uzbro­jo­ny jest w sys­tem Qu­otron.

Za­miast więc sta­wać w szran­ki z odzia­ny­mi w Bur­ber­ry ge­niu­sza­mi spo­ra część in­we­sto­rów po­sta­no­wi­ła sta­nąć po ich stro­nie i wpom­po­wać po­tęż­ne pie­nią­dze w fun­du­sze in­we­sty­cyj­ne. Jed­nak fakt, że pra­wie 75 pro­cent tych fun­du­szy nie wy­pra­co­wa­ła na­wet śred­niej gieł­do­wej, świad­czy o tym, że ge­niu­sze nie są nie­omyl­ni.

Ale naj­waż­niej­szym po­wo­dem top­nie­nia licz­by ama­to­rów mu­szą być stra­ty. W na­tu­rze czło­wie­ka nie leży od­cho­dze­nie od cze­goś, co przy­no­si ra­dość i suk­ce­sy i wła­śnie dla­te­go licz­ba lud­no­ści na świe­cie ro­śnie w co­raz szyb­szym tem­pie. W po­dob­ny spo­sób lu­dzie nadal zbie­ra­ją kart­ki z za­wod­ni­ka­mi ba­se­bal­lo­wy­mi, an­tycz­ne me­ble, sta­re przy­nę­ty na ryby, mo­ne­ty, znacz­ki, re­mon­tu­ją domy i sprze­da­ją je – wszyst­kie te za­ję­cia mogą być do­cho­do­we i mogą spra­wiać przy­jem­ność. Sko­ro więc ama­to­rzy wy­co­fa­li się z gieł­dy, to zna­czy, że za­czę­li tra­cić kasę.

Za­zwy­czaj pie­niędz­mi na in­we­sto­wa­nie w ak­cje dys­po­nu­ją ci przed­sta­wi­cie­le spo­łe­czeń­stwa, któ­rzy od­no­szą więk­sze suk­ce­sy, a więc prze­waż­nie w szko­le do­sta­wa­li szóst­ki, a w pra­cy po­chwa­ły. Gieł­da pa­pie­rów war­to­ścio­wych to ta­kie miej­sce, w któ­rym po­ka­zu­ją się oso­by ma­ją­ce duże osią­gnię­cia. Tu­taj ła­two zła­pać je­dyn­kę. A je­śli pró­bu­jąc wy­czuć gieł­dę, ku­pu­jesz fu­tu­res i opcje, to ła­two skoń­czyć z sa­my­mi je­dyn­ka­mi. I praw­do­po­dob­nie to spo­tka­ło wie­le osób, któ­re ucie­kły do fun­du­szy po­wier­ni­czych.

Nie ozna­cza to, że cał­ko­wi­cie prze­sta­li ku­po­wać ak­cje. Gdzieś tam do­sta­ną radę od wuj­ka, gdzieś pod­słu­cha­ją roz­mo­wę w au­to­bu­sie, prze­czy­ta­ją coś w ga­ze­cie i po­sta­na­wia­ją po­sta­wić na wąt­pli­we­go ko­nia pie­nią­dze, któ­re mają prze­zna­czo­ne „na za­ba­wę”. Zja­wi­sko po­dzia­łu na pie­nią­dze po­waż­ne in­we­sto­wa­ne w fun­du­sze i „za­ba­wo­we”, prze­zna­czo­ne na ak­cje, eg­zy­stu­je od nie­daw­na i za­chę­ca in­we­sto­rów do ule­ga­nia ka­pry­som. Taki osob­nik pro­wa­dzi osob­ne kon­to, czę­sto u ta­nie­go ma­kle­ra, na któ­rym trzy­ma pie­nią­dze w ta­jem­ni­cy przed mę­żem albo żoną.

Hob­by po­le­ga­ją­ce na sa­mo­dziel­nym ty­po­wa­niu ak­cji za­ni­ka, a tech­ni­ki oce­ny przed­się­bior­stwa, zy­sków, sto­py wzro­stu itp. od­cho­dzą w za­po­mnie­nie tak, jak sta­re ro­dzin­ne prze­pi­sy ku­li­nar­ne. Co­raz mniej klien­tów jest za­in­te­re­so­wa­nych ta­ki­mi in­for­ma­cja­mi, więc co­raz mniej do­mów ma­kler­skich ma je w swo­jej ofer­cie. Ana­li­ty­cy są za bar­dzo za­ję­ci roz­mo­wa­mi z in­sty­tu­cja­mi, żeby mar­twić się o edu­ko­wa­nie mas.

Tym­cza­sem kom­pu­te­ry do­mów ma­kler­skich są za­sy­pa­ne to­na­mi po­ży­tecz­nych in­for­ma­cji, któ­re przy­da­ły­by się pra­wie każ­de­mu ty­po­wi klien­ta. Na przy­kład ja­kiś rok temu dy­rek­tor in­for­ma­cyj­ny Fi­de­li­ty, Rick Spil­la­ne, pro­sił naj­lep­szych ma­kle­rów o dane ba­zo­we i tak zwa­ne scre­eny. Scre­en to kom­pu­te­ro­wo wy­ge­ne­ro­wa­na li­sta firm speł­nia­ją­cych pew­ne wa­run­ki, na przy­kład wa­ru­nek pod­no­sze­nia dy­wi­den­dy przez dwa­dzie­ścia ostat­nich lat z ko­lei. Są to bar­dzo waż­ne in­for­ma­cje dla ko­goś, kto chce spe­cja­li­zo­wać się w tego typu spół­kach.

Al­bert Ber­na­za­ti ze Smith Bar­ney twier­dzi, że jego fir­ma może przy­go­to­wać osiem do dzie­się­ciu stron in­for­ma­cji fi­nan­so­wych o więk­szo­ści z 2800 spół­ek le­żą­cych w sfe­rze za­in­te­re­so­wa­nia Smith Bar­ney. Mer­rill Lynch opra­co­wu­je scre­eny w opar­ciu o dzie­sięć zmien­nych, Va­lue Line In­ve­st­ment Su­rvey ma swo­je „scre­eny war­to­ści”, a Char­les Schwab im­po­nu­ją­cy ser­wis in­for­ma­cyj­ny o na­zwie Equ­ali­zer. Jed­nak na żad­ną z tych usług nie ma wiel­kie­go po­py­tu. Tom Re­il­ly z Mer­rill Lynch do­no­si, że ze scre­enów ko­rzy­sta mniej niż pięć pro­cent klien­tów. Jo­na­than Smith z Leh­man Bro­thers twier­dzi, że prze­cięt­ny in­we­stor in­dy­wi­du­al­ny nie wy­ko­rzy­stu­je 90 pro­cent in­for­ma­cji, któ­re ma mu do za­ofe­ro­wa­nia Leh­man.

W daw­nych cza­sach, gdy wię­cej lu­dzi sa­mo­dziel­nie do­bie­ra­ło ak­cje, ma­kler sam w so­bie był ko­pal­nią in­for­ma­cji. Wie­lu sta­ro­mod­nych przed­sta­wi­cie­li tego fa­chu stu­dio­wa­ło tyl­ko okre­ślo­ną bran­żę albo grup­kę ja­kichś szcze­gól­nych firm i po­tra­fi­ło po­wie­dzieć klien­to­wi o nich wszyst­ko. Oczy­wi­ście ktoś może iść na par­kiet i zgry­wać sta­ro­mod­ne­go ma­kle­ra, któ­re­go ota­cza nimb chwa­ły, ni­czym przy­by­wa­ją­ce­go na we­zwa­nia dok­to­ra. Ta­kie jed­nak mnie­ma­nie stoi w sprzecz­no­ści z ba­da­nia­mi opi­nii pu­blicz­nej, któ­ra pla­su­je ma­kle­ra, na ska­li po­pu­lar­no­ści, nie­co za po­li­ty­kiem i sprze­daw­cą uży­wa­nych sa­mo­cho­dów. Nie­mniej jed­nak daw­ny ma­kler ro­bił znacz­nie wię­cej nie­za­leż­nych ro­ze­znań niż jego dzi­siej­szy na­stęp­ca, któ­ry w więk­szym stop­niu po­le­ga na in­for­ma­cjach do­star­cza­nych przez swo­ją ma­cie­rzy­stą fir­mę.

No­wo­cze­sny ma­kler ma do sprze­da­nia wie­le in­nych rze­czy niż ak­cje, mię­dzy in­ny­mi fun­du­sze eme­ry­tal­ne, udzia­ły w spół­kach ko­man­dy­to­wych, osło­ny po­dat­ko­we, po­li­sy ubez­pie­cze­nio­we, cer­ty­fi­ka­ty de­po­zy­to­we, fun­du­sze ak­cji i fun­du­sze ob­li­ga­cji. Każ­dy z tych pro­duk­tów musi znać przy­najm­niej na tyle, aby móc zło­żyć ofer­tę. Nie ma cza­su ani ocho­ty, aby śle­dzić sy­tu­ację bran­ży spół­ek uży­tecz­no­ści pu­blicz­nej, sek­to­ra mo­to­ry­za­cyj­ne­go albo sek­to­ra de­ta­li­stów, a po­nie­waż nie­wie­lu klien­tów sa­mo­dziel­nie wy­bie­ra ak­cje: na tego typu po­ra­dy ist­nie­je nie­wiel­ki po­pyt. Tak czy in­a­czej naj­więk­szą pro­wi­zję ma­kler do­sta­je z cze­goś in­ne­go – z fun­du­szy po­wier­ni­czych, z po­lis ubez­pie­cze­nio­wych i gry w opcje.

Co­raz mniej ma­kle­rów ofe­ru­je oso­bi­ste po­ra­dy co­raz mniej­szej licz­bie in­we­sto­rów sa­mo­dziel­nie wy­bie­ra­ją­cych ak­cje. Ist­nie­ją­cy kli­mat za­chę­ca do spe­ku­la­cji pie­niędz­mi „na za­ba­wę” i do prze­sad­ne­go sza­cun­ku dla umie­jęt­no­ści pro­fe­sjo­na­li­stów, nic więc dziw­ne­go, że wie­lu lu­dzi uzna­je sa­mo­dziel­ne wy­bie­ra­nie ak­cji za dzia­ła­nie bez­sen­sow­ne. Ale nie mów­cie tego uczniom od Świę­tej Agniesz­ki.

Port­fel Świę­tej Agniesz­ki

W Ta­be­li 1-1 znaj­du­je się czter­na­ście spół­ek, któ­rych ak­cje w 1990 roku zo­sta­ły wy­bra­ne przez ener­gicz­ną grup­kę me­ne­dże­rów fun­du­szu z siód­mej kla­sy szko­ły Świę­tej Agniesz­ki miesz­czą­cej się w Ar­lingt­non (Mas­sa­chu­setts), na przed­mie­ściach Bo­sto­nu. Ich na­uczy­ciel i dy­rek­tor ge­ne­ral­ny po­sta­no­wił spraw­dzić teo­rię, do któ­rej nie­po­trzeb­ny jest sys­tem Qu­otron, dy­plom MBA z Whar­ton, ani na­wet pra­wo jaz­dy, żeby osią­gnąć do­sko­na­łe wy­ni­ki.

Wy­ni­ków tych nie znaj­dziesz w spra­woz­da­niach Lip­per ani w „For­be­sie”, ale mo­del in­we­sty­cyj­ny Świę­tej Agniesz­ki dał 70 pro­cent zy­sku przez dwa lata, wy­prze­dza­jąc com­po­si­te S&P 500, któ­ry da­wał 26 pro­cent zwro­tu. Jed­no­cze­śnie mo­del Świę­tej Agniesz­ki po­bił 99 pro­cent fun­du­szy po­wier­ni­czych, któ­rych me­ne­dże­ro­wie za swój pro­fe­sjo­nal­ny wy­bór ak­cji do­sta­li po­waż­ne pie­nią­dze, pod­czas gdy chłop­com wy­star­czy­ło kino i dar­mo­we śnia­da­nie z na­uczy­cie­lem.

Ta­be­la 1-1. Port­fel Św. Agniesz­ki

Fir­ma

Wy­ni­ki za lata 1990–91 (%)

Wal-Mart

164,70

Nike

178,50

Walt Di­sney

3,40

Li­mi­ted

68,80

LA. Gear

-64,30

Pen­tech

53,10

Gap

320,30

Pep­si­Co

63,80

Food Lion

146,90

Topps

55,70

Sa­van­nah Fo­ods

-38,50

IBM

3,60

NY­NEX

22,00

Mo­bit

19,10

To­tal Re­turn for Port­fo­lio

69,60

S&P 500

26,08

Suma zy­sków od 1 stycz­nia 1990 do 31 grud­nia 1991.

Do­wie­dzia­łem się o tych zna­ko­mi­tych osią­gnię­ciach z otrzy­ma­ne­go do biu­ra od­ręcz­ne­go pi­sma, w któ­rym siód­mo­kla­si­ści nie tyl­ko przed­sta­wi­li swo­je naj­lep­sze typy, ale też do każ­de­go wy­kre­śli­li ry­su­nek. To mnie skła­nia do przed­sta­wie­nia Trze­ciej Za­sa­dy Pe­te­ra:

Nie in­we­stuj w ża­den po­mysł, któ­re­go nie mo­żesz zi­lu­stro­wać ołów­kiem.

Tę za­sa­dę po­win­ni przy­swo­ić so­bie wszy­scy do­ro­śli me­ne­dże­ro­wie in­we­sty­cyj­ni – ama­to­rzy i pro­fe­sjo­na­li­ści – któ­rzy na­wy­ko­wo igno­ru­ją do­cho­do­we przed­się­wzię­cia i bio­rą się za trans­ak­cje przy­no­szą­ce stra­ty. Oczy­wi­ście w ten spo­sób in­we­sto­rzy trzy­ma­li­by się z da­le­ka od Den­se-Pac Mi­cro­sys­tems, pro­du­cen­ta mo­du­łów pa­mię­ci, któ­re­go ak­cje nie­ste­ty po­ta­nia­ły z 16 do­la­rów do 25 cen­tów. Kto kre­ślił ry­su­nek Den­se-Pac Mi­cro­sys­tems?

Aby po­gra­tu­lo­wać de­par­ta­men­to­wi fi­nan­so­we­mu od świę­tej Agniesz­ki i po­znać se­kret ich suk­ce­su, za­pro­si­łem całą gru­pę uczniów na lunch do eks­klu­zyw­nej re­stau­ra­cji w Fi­de­li­ty, gdzie po raz pierw­szy w dzie­jach za­ser­wo­wa­no piz­zę. Wła­śnie tam pani Mor­ris­sey, któ­ra uczy u Świę­tej Agniesz­ki od 25 lat, opo­wie­dzia­ła o tym, jak co roku dzie­li kla­sę na czte­ro­oso­bo­we ze­spo­ły, z któ­rych każ­dy otrzy­mu­je hi­po­te­tycz­ne ćwierć mi­lio­na do­la­rów. Póź­niej ze­spo­ły kon­ku­ru­ją mię­dzy sobą, któ­ry wię­cej za­ro­bi.

Każ­dy z ze­spo­łów, któ­re przy­bie­ra­ją ta­kie na­zwy jak Bo­ga­ci Łach­ma­nia­rze, Ma­gi­cy Wall Stre­et, Ko­bie­ty Wall Stre­et, Ma­szyn­ka do Pie­nię­dzy, Gieł­dzia­rze, a na­wet Ma­fia Lyn­cha, wy­bie­ra ak­cje i wpi­su­je do ze­szy­tu. Tak po­wsta­ją ich port­fe­le.

Ucznio­wie uczą się czy­tać fi­nan­so­wą ga­ze­tę „In­ve­stor’s Bu­si­ness Da­ily”. Ze­sta­wia­ją li­stę po­ten­cjal­nie atrak­cyj­nych spół­ek i każ­dą pod­da­ją ana­li­zie, spraw­dza­jąc zy­ski i jej re­la­tyw­ną kon­dy­cję. A póź­niej sia­da­ją, prze­glą­da­ją dane i po­dej­mu­ją de­cy­zję, któ­re ak­cje ku­pić. Po­dob­ną pro­ce­du­rę sto­su­je wie­lu me­ne­dże­rów fun­du­szy z Wall Stre­et, choć nie za­wsze tak zna­ko­mi­cie jak te dzie­cia­ki.

– Sta­ram się kłaść na­cisk na kon­cep­cję, że port­fel po­wi­nien skła­dać się co naj­mniej z dzie­się­ciu spół­ek, przy czym przy­najm­niej dwie albo jed­na po­win­ny wy­pła­cać spo­rą dy­wi­den­dę – mówi Mor­ris­sey. – Za­nim jed­nak moi ucznio­wie wło­żą ak­cje do port­fe­la, mu­szą do­kład­nie wy­ja­śnić, czym fir­ma się zaj­mu­je. Je­śli nie po­tra­fią do­kład­nie wy­tłu­ma­czyć kla­sie, jaką usłu­gę świad­czy dana fir­ma albo jaki sprze­da­je pro­dukt, nie wol­no im ku­pić jej ak­cji. Jed­na z za­sad na­ka­zu­je, aby ku­po­wać to, co się zna. – Ku­po­wa­nie tego, co się zna, to bar­dzo skom­pli­ko­wa­na tech­ni­ka, któ­rej wie­lu pro­fe­sjo­na­li­stów nie sto­su­je w prak­ty­ce.

Do spół­ek, któ­rą ucznio­wie od Św. Agniesz­ki do­brze zna­ją, na­le­ży Pen­tech In­ter­na­tio­nal, pro­du­cent pi­sa­ków i ko­lo­ro­wych dłu­go­pi­sów. Pani Mor­ris­sey przed­sta­wi­ła kla­sie je­den z ulu­bio­nych pro­duk­tów Pen­tech, czy­li mar­ker z za­kre­śla­czem na dru­gim koń­cu. Był on bar­dzo po­pu­lar­ny, a nie­któ­rzy z uczniów uży­wa­li go na­wet do za­zna­cza­nia spół­ek gieł­do­wych. Wte­dy jesz­cze sa­me­go Pen­tech nie pod­da­li grun­tow­nej ana­li­zie.

Ak­cje kosz­to­wa­ły po pięć do­la­rów i ucznio­wie usta­li­li, że fir­ma nie ma żad­ne­go dłu­go­ter­mi­no­we­go za­dłu­że­nia. Im­po­no­wa­ło im rów­nież to, że Pen­tech wy­twa­rza zna­ko­mi­ty pro­dukt, któ­ry są­dząc po po­pu­lar­no­ści w ich szko­le, jest pew­nie po­pu­lar­ny w ca­łym kra­ju. Inny, ich zda­niem, po­zy­tyw­ny fakt jest taki, że przed­się­bior­stwo było sto­sun­ko­wo nie­zna­ne – w po­rów­na­niu z po­wiedz­my Gil­let­te, pro­du­cen­tem dłu­go­pi­sów Pa­per Mate i ży­le­tek Good News, któ­re wi­dzie­li w ła­zien­kach u oj­ców.

Chcąc udzie­lić ko­le­dze po­mo­cy, przy­sła­li mi dłu­go­pis Pen­tech i po­ra­dzi­li, że­bym przyj­rzał się tej zna­ko­mi­tej fir­mie. Po­sze­dłem za ich radą. Wkrót­ce po tym, jak otrzy­ma­łem wy­ni­ki ana­liz i je zlek­ce­wa­ży­łem, cena ak­cji ule­gła nie­mal po­dwo­je­niu – z 5/8 do 9%.

Ta­kie samo uczniow­skie po­dej­ście do wy­bo­ru ak­cji me­ne­dże­ro­wie fun­du­szu od Świę­tej Agniesz­ki za­sto­so­wa­li w 1990 roku wo­bec Walt Di­sney Com­pa­ny, dwóch pro­du­cen­tów bu­tów spor­to­wych (Nike i L.A.Gear), Gap (więk­szość z nich ku­pu­je ubra­nia tej mar­ki), Pep­si­Co (któ­rą zna­ją z czte­rech róż­nych ka­na­łów: Pep­si-Coli, Piz­zy Hut, Ken­tuc­ky Fried Chic­ken i Fri­to-Lay) oraz Topps (wy­daw­cy kart z za­wod­ni­ka­mi ba­se­bal­lo­wy­mi). – W siód­mej kla­sie wy­mia­na kart­ka­mi kwit­nie w naj­lep­sze – mó­wi­ła pani Mor­ris­sey. – Więc nie było wąt­pli­wo­ści, czy ku­po­wać Topps. W tym przy­pad­ku ono rów­nież pro­du­ko­wa­ło to, co ku­pu­ją ucznio­wie. Wie­dzie­li więc, że sami przy­czy­nia­ją się do pod­wyż­sza­nia przy­cho­dów swo­ich spół­ek.

Oprócz tego za­ku­pi­li ko­lej­no: Wal-Mart, bo obej­rze­li na wi­deo film z se­rii Ży­cie sław­nych i bo­ga­tych, w któ­rym wy­stę­po­wał za­ło­ży­ciel Wal-Mart, Sam Wal­ton, któ­ry opo­wia­dał, jak ko­rzyst­nie in­we­sto­wa­nie wpły­wa na go­spo­dar­kę; NY­DEX i Mo­bil ze wzglę­du na so­wi­te dy­wi­den­dy; Food Lion Inc., bo było do­brze za­rzą­dza­ne i mia­ło wy­so­ki zysk z ak­cji i tak­że było o nim coś w tej sa­mej se­rii, dzię­ki któ­rej oglą­da­li Sama Wal­to­na.

– Za­in­te­re­so­wa­ło ich to – opo­wia­da pani Mor­ris­sey – że gdy w 1957 roku spół­ka we­szła na gieł­dę, osiem­dzie­siąt osiem pro­cent miesz­kań­ców Sa­lis­bu­ry ku­pi­ło udzia­ły po sto do­la­rów. Za­in­we­sto­wa­ny wów­czas ty­siąc dał czter­na­ście mi­lio­nów do­la­rów. Nie do wia­ry, praw­da? Całe osiem­dzie­siąt osiem pro­cent miesz­kań­ców zo­sta­ło mi­lio­ne­ra­mi. To na wszyst­kich uczniach zro­bi­ło, oględ­nie mó­wiąc, moc­ne wra­że­nie. Pod ko­niec roku za­po­mnie­li wie­le rze­czy, ale nie hi­sto­rii Food Lion.

Je­dy­nym słyn­nym przed­się­bior­stwem w tym wzor­co­wym port­fe­lu było IBM, o któ­rym nie mu­szę mó­wić, że przez dwa­dzie­ścia lat było ulu­bio­ną spół­ką do­ro­słych me­ne­dże­rów fun­du­szy (z wa­szym au­to­rem włącz­nie – wszy­scy ku­po­wa­li i wszy­scy tego ża­ło­wa­li). Po­wo­dy tej de­struk­cyj­nej ob­se­sji na punk­cie IBM ła­two wy­ja­śnić: jest to uzna­na mar­ka i ża­den me­ne­dżer nie na­ro­bi so­bie kło­po­tów, je­śli na nią po­sta­wi. Moż­na dzie­cia­kom od Świę­tej Agniesz­ki wy­ba­czyć, że tak nie­mą­drze pa­pu­go­wa­li star­szych ko­le­gów z Wall Stre­et.

A te­raz po­zwo­lę so­bie uprze­dzić wszel­kie kry­tycz­ne uwa­gi na te­mat wy­ni­ków Świę­tej Agniesz­ki, któ­re z pew­no­ścią przy­to­czą pro­fe­sjo­nal­ni wy­ja­da­cze: 1. „To nie są praw­dzi­we pie­nią­dze”. Rze­czy­wi­ście, ale co z tego? Za­wo­dow­cy po­win­ni być za­do­wo­le­ni, bo w prze­ciw­nym ra­zie za­miast do fun­du­szy po­wier­ni­czych mi­liar­dy tra­fi­ły­by do dzie­ci. 2. „Ta­kie ak­cje mógł­by wy­brać każ­dy”. Dla­cze­go w ta­kim ra­zie nikt nie wy­brał? 3. „Dzie­cia­ki mia­ły far­ta, bo wy­bra­ły ulu­bio­ne fir­my”. Być może.

Ale wie­le mniej­szych port­fe­li do­bra­nych przez po­szcze­gól­ne ze­spo­ły po­ra­dzi­ło so­bie rów­nie do­brze albo i le­piej niż port­fel ty­po­wa­ny przez całą kla­sę pani Mor­ris­sey.

Ta­kie oto spół­ki wy­bra­ła w 1990 roku zwy­cię­ska czwór­ka (An­drew Ca­sti­glio­ni, Greg Bia­lach, Paul Kni­sell i Matt Ke­ating):

100 ak­cji Di­sneya („Każ­de dziec­ko wy­ja­śni, dla­cze­go”)

100 ak­cji Kel­logg („Lu­bi­li ich pro­duk­ty”)

300 ak­cji Topps („Kto nie wy­mie­nia się kart­ka­mi z za­wod­ni­ka­mi ba­se­bal­lo­wy­mi?”)

200 ak­cji McDo­nald’s („Lu­dzie mu­szą coś jeść”)

100 ak­cji Wal-Mart („Im­po­nu­ją­cych wzrost”)

100 ak­cji Sa­van­nah Food („Wzię­li je z „In­ve­stor’s Da­ily””)

5000 ak­cji Jif­fy Lube („Wte­dy były ta­nie”)

600 ak­cji Has­bro („Prze­cież to pro­du­cent za­ba­wek, no nie?”)

1000 ak­cji Tyco Toys (j.w.)

100 ak­cji IBM („Przed­wcze­sna do­ro­słość”)

600 ak­cji Na­tio­nal Piz­za („Piz­zą nikt nie po­gar­dzi”)

1000 ak­cji Bank of New En­gland („Bo jak ni­sko moż­na spa­dać?”)

Sam mia­łem ak­cje tej ostat­niej spół­ki i stra­ci­łem na niej pie­nią­dze, więc ro­zu­miem ich błąd. Chłop­cy od­bi­li so­bie z przy­zwo­itą na­wiąz­ką na dwóch swo­ich naj­traf­niej­szych wy­bo­rach: Na­tio­nal Piz­za i Tyco Toys. Te ro­sną­ce jak na droż­dżach przed­się­bior­stwa zdzia­ła­ły­by cuda w każ­dym port­fe­lu. Na­tio­nal Piz­za od­krył An­drew Ca­sti­glio­ni, prze­glą­da­jąc li­stę ce­du­łę NA­SDAQ, póź­niej zro­bił wy­wiad na te­mat tego przed­się­bior­stwa – to dru­gi waż­ny krok, z któ­re­go wie­lu do­ro­słych in­we­sto­rów nadal re­zy­gnu­je.

Zwy­cię­ska czwór­ka z 1991 roku (Ke­vin Spi­na­le, Brian Ho­ugh, Da­vid Car­dil­lo, Te­ren­ce Kier­nan) po­dzie­li­ła swo­je pie­nią­dze po­mię­dzy: Phi­lip Mor­ris, Coca-Cola, Te­xa­co, Ray­the­on, Nike, Merck, Block­bu­ster En­ter­ta­in­ment i Play­boy En­ter­pri­ses. Na Merck i Te­xa­co zwró­ci­li uwa­gę, bo wy­pła­ca­ły spo­re dy­wi­den­dy. Play­boy En­tre­pri­ses za­in­te­re­so­wa­li się z po­wo­dów po­za­gieł­do­wych, bo za­uwa­ży­li, że „Play­boy” cie­szy się po­pu­lar­no­ścią i ma swój ka­nał te­le­wi­zyj­ny.

Cała kla­sa po­zna­ła Ray­the­on pod­czas woj­ny w Za­to­ce Per­skiej, gdy wy­sy­ła­li li­sty do żoł­nie­rzy z Ara­bii Sau­dyj­skiej. Na­wią­za­li wte­dy re­gu­lar­ną ko­re­spon­den­cję z ma­jo­rem Ro­ber­tem Swi­she­rem, któ­ry opi­sał im, jak to się dzie­je, że po­cisk Scud tra­fia w od­le­gło­ści kil­ku mil od ich obo­zu. Gdy mło­dzi me­ne­dże­ro­wie port­fe­la do­wie­dzie­li się, że po­ci­ski Pa­triot pro­du­ku­je fir­ma Ray­the­on, na­tych­miast rzu­ci­li się do jej ana­li­zy. – Mie­li do­bre prze­czu­cie – mówi pan Mor­ris­son. – Wie­dzie­li, że ist­nie­je fi­nan­so­we za­in­te­re­so­wa­nie bro­nią, któ­ra ra­tu­je ży­cie ma­jo­ro­wi Swi­she­ro­wi.

Cho­rał Świę­tej Agniesz­ki

Gdy eks­per­ci in­we­sty­cyj­ni od Świę­tej Agniesz­ki zwie­dzi­li Fi­de­li­ty, zje­dli piz­zę w dy­rek­tor­skiej re­stau­ra­cji i udzie­li­li mi rady na te­mat Pen­tech, któ­rą nie­ste­ty zlek­ce­wa­ży­łem, po­pro­si­łem, aby od­wdzię­czy­li się za­pro­sze­niem do szko­ły i moż­li­wo­ścią zwie­dze­nia ich dzia­łu ana­li­zy port­fe­la, zwa­ne­go tak­że kla­są. Po re­wi­zy­cie w tym stu­let­nim przy­byt­ku, któ­ry uczy wszyst­kie po­zio­my od przed­szko­la do ósmej kla­sy, otrzy­ma­łem nie­zwy­kłą ka­se­tę z na­gra­nia­mi uczniów.

Zna­la­zły się na niej ich ory­gi­nal­ne uwa­gi na te­mat do­bo­ru ak­cji, a tak­że kil­ka, któ­re usły­sze­li ode mnie, ale po­sta­no­wi­li je po­wtó­rzyć, na wy­pa­dek gdy­bym za­po­mniał. Oto nie­któ­re z nich:

Cześć, mówi Lori. Z tego wszyst­kie­go, co pan nam po­wie­dział, za­pa­mię­ta­łam, że przez ostat­nie sie­dem­dzie­siąt lat za­no­to­wa­no czter­dzie­ści po­waż­nych spad­ków na gieł­dzie, więc in­we­stor musi być na gieł­dzie bar­dzo dłu­go […] Je­śli sama kie­dyś za­in­we­stu­ję pie­nią­dze, to na pew­no ich nie wy­cią­gnę.

Mówi Fe­li­ci­ty. Pa­mię­tam, że opo­wia­dał nam pan o Se­ars i o tym, że jak zbu­do­wa­no pierw­szy sklep, to w 95 pro­cen­tach był Se­ar­sem […] Jak te­raz będę in­we­sto­wać, to będę wie­dzieć, żeby in­we­sto­wać w fir­mę, któ­ra ma miej­sce, żeby się roz­ro­snąć.

Cześć, tu Kim. Pa­mię­tam, że za­da­łem panu py­ta­nie, a pan od­po­wie­dział, że o ile Kmart wszedł do wszyst­kich wiel­kich miast, o tyle Wal-Mart zro­bił jesz­cze le­piej i wszedł do mniej­szych, gdzie nie było kon­ku­ren­cji. I pa­mię­tam też, że go­ścin­nie prze­ma­wiał pan na ce­re­mo­nii wrę­cze­nia na­gród w Wal-Mart, a le­d­wie wczo­raj ich ak­cje kosz­to­wa­ły sześć­dzie­siąt do­la­rów i ogło­si­li po­dział dwa do jed­ne­go.

Tu Wil­ly, chcę tyl­ko po­wie­dzieć, że wszyst­kim nam ulży­ło, że na lunch była piz­za.

Cześć, mówi Ste­ve. Chcę tyl­ko po­wie­dzieć, że prze­ko­na­łem mój ze­spół do za­ku­pu ak­cji Nike Ku­pi­li­śmy po sześć­dzie­siąt do­la­rów, a te­raz są po sie­dem­dzie­siąt sześć. Mam kil­ka par naj­ków4 i wszyst­kie są bar­dzo wy­god­ne.

Tu Kim, Mau­re­en i Jac­kie. Za­pa­mię­ta­li­śmy, jak pan mó­wił, że Coke to była ok fir­ma, ale pięć lat temu wy­pu­ści­ła die­te­tycz­ną colę i do­ro­śli prze­rzu­ci­li się z kawy i her­ba­ty na colę. Ostat­nio Coke znów ogło­si­ła po­dział ak­cji przy ce­nie osiem­dzie­siąt czte­ry do­la­ry i ma się do­brze.

Na za­koń­cze­nie cały dział za­rzą­dza­nia port­fe­lem z kla­sy siód­mej po­wtó­rzył chó­rem po­niż­sze mak­sy­my. Wszy­scy po­win­ni­śmy na­uczyć się ich na pa­mięć i po­wta­rzać pod prysz­ni­cem, aby oszczę­dzić so­bie ro­bie­nia błę­dów:

Do­bra fir­ma zwy­kle co roku pod­wyż­sza dy­wi­den­dę.

Pie­nią­dze moż­na stra­cić szyb­ko, ale od­ro­bie­nie strat zaj­mu­je wie­le cza­su.

In­we­sty­cje gieł­do­we to nie gra ha­zar­do­wa, o ile ku­pu­jesz ak­cje spół­ek, któ­re do­brze dzia­ła­ją, a nie tych, któ­re mają atrak­cyj­ną cenę.

Na gieł­dzie mo­żesz za­ro­bić dużo pie­nię­dzy, ale mo­żesz też je stra­cić.

Za­nim za­in­we­stu­jesz w ja­kieś przed­się­bior­stwo, mu­sisz zro­bić roz­po­zna­nie.

Pod­czas in­we­sty­cji gieł­do­wych za­wsze waż­na jest dy­wer­sy­fi­ka­cja.

Trze­ba in­we­sto­wać w kil­ka spół­ek, bo na pięć, któ­re wy­bie­rzesz, jed­na wy­pad­nie wspa­nia­le, jed­na nad­zwy­czaj źle, a trzy prze­cięt­nie.

Za­nim do­ko­nasz za­ku­pu, mu­sisz się przy­go­to­wać.

Ku­po­wa­nie spół­ek uży­tecz­no­ści pu­blicz­nej jest do­bre, bo one dają wyż­sze dy­wi­den­dy. Ale pie­nią­dze za­ra­bia się na wzro­ście cen.

Je­śli cena ak­cji spa­dła, to jesz­cze nie zna­czy, że nie może spaść bar­dziej.

Na dłuż­szą metę le­piej ku­po­wać udzia­ły ma­łych przed­się­biorstw.

Ak­cje ku­pu­jesz nie dla­te­go, że są ta­nie, ale dla­te­go, że dużo o nich wiesz.

Pani Mor­ris­sey nadal in­spi­ru­je do in­we­sty­cji gieł­do­wych, ale już nie tyl­ko uczniów, ale rów­nież na­uczy­cie­li, któ­rzy za­ło­ży­li wła­sny klub in­we­sto­ra o na­zwie Cuda Wall Stre­et. Na­le­żą do nie­go dwa­dzie­ścia dwie oso­by, mię­dzy in­ny­mi ja (ho­no­ro­wo) i ma­jor Swi­sher.

Cuda Wall Stre­et od­no­si nie­złe wy­ni­ki, ale nie tak do­bre jak ucznio­wie. – Cze­kaj tyl­ko co bę­dzie, jak po­wiem na­uczy­cie­lom – uśmiech­nę­ła się pani Mor­ris­sey, gdy prze­ana­li­zo­wa­li­śmy wy­ni­ki – że ich ak­cje przy­nio­sły mniej zy­sku niż wy­bra­ne przez uczniów.

Kra­jo­we To­wa­rzy­stwo In­we­sto­rów Kor­po­ra­cyj­nych

Do­wo­dy na to, że do­ro­śli też mogą osią­gać wy­ni­ki po­wy­żej śred­niej gieł­do­wej, po­cho­dzą z Kra­jo­we­go To­wa­rzy­stwa In­we­sto­rów Kor­po­ra­cyj­nych z sie­dzi­bą w Roy­al Oak w Mi­chi­gan. In­sty­tu­cja ta sku­pia dzie­sięć ty­się­cy klu­bów in­we­sty­cyj­nych, wy­da­je prze­wod­ni­ki i mie­sięcz­nik.

W la­tach 80. więk­szość od­dzia­łów To­wa­rzy­stwa In­we­sto­rów osią­gnę­ła wyż­sze wy­ni­ki niż in­deks S&P 500 i trzy czwar­te wszyst­kich fun­du­szy po­wier­ni­czych. We­dług spra­woz­dań To­wa­rzy­stwa w 1991 roku 61,9 pro­cent od­dzia­łów wy­pra­co­wa­ło wy­ni­ki rów­ne lub lep­sze niż S&P 500. W 1992 roku po­wy­żej śred­niej wy­pa­dło sześć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent. Klucz do ich suk­ce­su leży w tym, że in­we­stu­ją we­dług me­to­dy sta­łej kwo­ty, co eli­mi­nu­je zga­dy­wa­nie, któ­re ak­cje spad­ną, a któ­re pod­sko­czą, i nie po­zwa­la na im­pul­syw­ne re­ak­cje. W taki sam spo­sób jak klu­by, na sa­mo­dy­scy­pli­nie mogą zy­ski­wać lu­dzie, któ­rzy in­we­stu­ją w ak­cje re­gu­lar­nie co mie­siąc – na kon­tach eme­ry­tal­nych lub prze­zna­czo­nych na inne cele.

Po­niż­sze wy­li­cze­nia do­ko­na­ne na moją proś­bę przez dział ana­li­zy tech­nicz­nej Fi­de­li­ty po­twier­dza­ją ar­gu­ment prze­ma­wia­ją­cy za in­we­sto­wa­niem re­gu­lar­nym. Je­śli 31 stycz­nia 1940 roku za­in­we­sto­wa­łeś w in­deks S&P 500 52 tys. do­la­rów, to te­raz masz na kon­cie 333 793 dol.

Je­śli przez te same 52 lata każ­de­go 31 stycz­nia in­we­sto­wa­łeś 1000 dol., to masz te­raz 3 554 227 do­la­rów. I wresz­cie: je­śli zdo­by­wa­łeś się na od­wa­gę, aby za każ­dym ra­zem, gdy in­deks gieł­do­wy spa­dał o 10 lub wię­cej pro­cent (w okre­sie 52 lat dzia­ło się tak 31 razy) do­dać ko­lej­ny ty­siąc, to z za­in­we­sto­wa­nych 83 ty­się­cy masz te­raz 6 295 000. To po­waż­ny zysk ze sto­so­wa­nia ru­ty­no­we­go sche­ma­tu nie­za­leż­nie od tego, co się dzie­je. Do­dat­ko­wy zysk po­cho­dzi z ku­po­wa­nia wte­dy, gdy resz­ta in­we­sto­rów ze stra­chu wy­prze­da­je.

Pod­czas ko­rek­ty z paź­dzier­ni­ka 1987 roku wszyst­kie 10 tys. od­dzia­łów za­cho­wa­ło re­gu­lar­ność in­we­sty­cji, cho­ciaż po­wszech­nie wiesz­czo­no ko­niec sys­te­mu fi­nan­so­we­go, a na­wet ko­niec świa­ta. Igno­ro­wa­ły re­to­ry­kę stra­chu i ku­po­wa­ły ak­cje nadal.

Oso­ba in­dy­wi­du­al­na może po­dej­mo­wać de­cy­zje pod wpły­wem stra­chu, sprze­dać ak­cje i póź­niej tego ża­ło­wać. Ale w klu­bie nic się nie dzie­je bez pod­ję­cia de­cy­zji zbio­ro­wej. Gre­mial­ne rzą­dy nie za­wsze są rze­czą do­brą, ale w tym przy­pad­ku za­pew­nia­ją, że żad­na nie­mą­dra pro­po­zy­cja wy­prze­da­nia wszyst­kie­go nie przej­dzie przez ob­ra­dy gru­py. Zbio­ro­we de­cy­zje to je­den z głów­nych po­wo­dów, dla któ­rych człon­ko­wie klu­bu le­piej wy­cho­dzą na in­we­sty­cjach gru­po­wych niż na pro­wa­dzo­nych na boku kon­tach in­dy­wi­du­al­nych.

Ze­bra­nia klu­bów od­by­wa­ją się co mie­siąc w domu któ­re­goś z człon­ków lub w wy­na­ję­tej sali kon­fe­ren­cyj­nej ja­kie­goś ho­te­lu i wte­dy pa­da­ją pro­po­zy­cje oraz są po­dej­mo­wa­ne de­cy­zje, co ro­bić da­lej. Każ­da oso­ba od­po­wia­da za ana­li­zę jed­nej lub dwóch spół­ek i musi na bie­żą­co ana­li­zo­wać dane na ich te­mat. To eli­mi­nu­je in­we­sto­wa­nie im­pul­syw­ne. Nikt nie wsta­nie i nie po­wie: „Ku­pu­je­my ak­cje Home Shop­ping Ne­twork. Pod­słu­cha­łem tak­sów­ka­rza, któ­ry mó­wił, że to pew­nia­ki”. Je­śli wiesz, że two­je re­ko­men­da­cje wpły­ną na port­fe­le przy­ja­ciół, ra­czej sta­ran­nie od­ra­biasz pra­cę do­mo­wą.

W więk­szo­ści przy­pad­ków klu­by z Kra­jo­we­go To­wa­rzy­stwa In­we­sto­rów Kor­po­ra­cyj­nych in­we­stu­ją w do­brze za­rzą­dza­ne przed­się­bior­stwa wzro­sto­we, któ­rym do tej pory do­brze się wio­dło i któ­rych zy­ski prze­ja­wia­ją ten­den­cję do wzro­stu. W tym ob­sza­rze znaj­du­ją się spół­ki z du­ży­mi am­bi­cja­mi, któ­re po­tra­fią nie­jed­no­krot­nie po­więk­szyć ory­gi­nal­ną in­we­sty­cję dzie­się­cio-, dwu­dzie­sto-, a na­wet trzy­dzie­sto­krot­nie.

Przez czter­dzie­ści lat do­świad­czeń To­wa­rzy­stwo do­sta­ło wie­le ta­kich sa­mych lek­cji jak ja w Ma­gel­la­nie, po­cząw­szy od tego, że je­śli ku­pu­jesz ak­cje pię­ciu róż­nych przed­się­biorstw wzro­sto­wych, to oka­zu­je się, że trzy za­cho­wu­ją się zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi, jed­no pa­ku­je się w nie­ocze­ki­wa­ne kło­po­ty, wy­wo­łu­jąc roz­cza­ro­wa­nie, i jed­no za­cho­wu­je się le­piej, niż są­dzi­łeś, za­ska­ku­jąc nie­zwy­kłym zy­skiem. Po­nie­waż nie da się prze­wi­dzieć, któ­re ze spół­ek speł­nią ocze­ki­wa­nia, a któ­re nie, To­wa­rzy­stwo za­le­ca, aby w port­fe­lu zna­la­zły się ak­cje co naj­mniej pię­ciu przed­się­biorstw. Na­zy­wa to Re­gu­łą Pię­ciu.

Pod­ręcz­nik dla in­we­sto­rów, któ­ry To­wa­rzy­stwo było uprzej­me mi przy­słać, za­wie­ra kil­ka mak­sym, któ­re moż­na do­rzu­cić do cho­ra­łu Świę­tej Agniesz­ki. Moż­na je pod­śpie­wy­wać pod­czas ko­sze­nia traw­ni­ka, a jesz­cze le­piej tuż przed wy­ko­na­niem te­le­fo­nu do ma­kle­ra.

Nie ku­puj ak­cji więk­szej licz­by spół­ek, je­śli nie je­steś w sta­nie śle­dzić sy­tu­acji w każ­dej z nich.

In­we­stuj re­gu­lar­nie.

Naj­pierw na­le­ży usta­lić, że ob­ro­ty i zy­ski na ak­cję ro­sną w za­da­wa­la­ją­cym tem­pie, a do­pie­ro po­tem moż­na po roz­sąd­nej ce­nie ku­pić ak­cje.

War­to roz­wa­żyć kon­dy­cję fi­nan­so­wą i struk­tu­rę za­dłu­że­nia, aby spraw­dzić, czy kil­ka gor­szych lat nie za­szko­dzi dłu­go­ter­mi­no­we­mu roz­wo­jo­wi.

Ku­puj na pod­sta­wie in­for­ma­cji o tym, czy przed­się­bior­stwo osią­ga za­kła­da­ny wzrost, i czy cena ak­cji jest roz­sąd­na.

Zro­zu­mie­nie do­tych­cza­so­wych przy­czyn wzro­stu ob­ro­tów po­ma­ga usta­lić praw­do­po­do­bień­stwo, że do­tych­cza­so­wy wzrost bę­dzie trwał nadal.

Po­ma­ga­jąc in­we­sto­rom wgłę­bić się w te kwe­stie, To­wa­rzy­stwo opra­co­wa­ło pod­ręcz­nik i kurs po­ka­zu­ją­ce, jak wy­li­czać wzrost zy­sków i wzrost ob­ro­tów, jak na pod­sta­wie zy­sków okre­ślać, czy cena jest ni­ska, wy­so­ka, czy do­brze do­pa­so­wa­na oraz jak ze­sta­wie­nie fi­nan­so­we in­for­mu­je, czy spół­ka dys­po­nu­je za­so­ba­mi, któ­re po­zwo­lą jej prze­trwać trud­ne cza­sy. To zna­ko­mi­ty punkt wyj­ścio­wy dla lu­dzi, któ­rzy lu­bią pra­co­wać z licz­ba­mi i chcą pro­wa­dzić wię­cej skom­pli­ko­wa­nych przy­go­to­wań niż ro­bi­li do tej pory.

To­wa­rzy­stwo wy­da­je tak­że mie­sięcz­nik „Bet­ter In­ve­sting”, któ­ry za­wie­ra re­ko­men­da­cje obie­cu­ją­cych spół­ek wzro­sto­wych i ak­tu­ali­za­cje do­ty­czą­ce ich sy­tu­acji. Wię­cej in­for­ma­cji moż­na zdo­być pod ad­re­sem P.O Box 220, Roy­al Oak, MI 48068 lub te­le­fo­nem 313 543 0612. Ko­niec mo­jej bez­płat­nej i nie­za­mó­wio­nej re­kla­my.

ROZDZIAŁ 2Weekendowe lęki

NIE MOŻ­NA ZA­RA­BIAĆ NA AK­CJACH, któ­rych się bo­imy. Po­wta­rza­nia tego twier­dze­nia nig­dy za wie­le. Każ­de­go roku wy­cho­dzi masa ksią­żek o tym, jak ty­po­wać ak­cje i jak szu­kać naj­lep­sze­go fun­du­szu. Ale bez sil­nej woli wszyst­kie te in­for­ma­cje nie są war­te fun­ta kła­ków. Do ak­cji, tak jak do rzą­dze­nia trze­ba mieć sta­lo­we ner­wy, bo sama gło­wa nie wy­star­czy.

W przy­pad­ku fun­du­szy po­wier­ni­czych, w któ­rych in­we­sto­rzy nie mu­szą ana­li­zo­wać gieł­dy ani spół­ek, wie­dza czę­sto może za­szko­dzić. Czło­wiek, któ­ry nie za­wra­ca so­bie gło­wy kwe­stia­mi eko­no­micz­ny­mi, igno­ru­je stan gieł­dy, a re­gu­lar­nie in­we­stu­je zgod­nie z przy­ję­tym pla­nem, wy­pa­da le­piej niż ten, któ­ry stu­diu­je za­cho­wa­nia ak­cji i sta­ra się w od­po­wied­nim cza­sie, gdy czu­je się pew­ny, ku­po­wać – albo sprze­da­wać, kie­dy ogra­nia go nie­pew­ność.

Przy­po­mi­nam o tym co roku na ze­bra­niu Okrą­głe­go Sto­łu „Bar­ron’s”, gdy gru­pa rze­ko­mych spe­cja­li­stów – w tym wasz sza­cow­ny au­tor – fun­du­je so­bie week­end na­rze­kań. Bio­rę udział w tym wy­da­rze­niu re­gu­lar­nie od 1986 roku. W stycz­niu urzą­dza­my so­bie spo­tka­nie i wy­mie­nia­my się róż­ny­mi plo­tecz­ka­mi, a po­tem przez trzy nu­me­ry po ko­lei na­sze roz­mo­wy są prze­dru­ko­wy­wa­ne.

Po­nie­waż „Bar­ron’s” na­le­ży do Dow Jo­ne­sa, jego re­dak­cja znaj­du­je się w no­wym kom­plek­sie Dow Jo­ne­sa na pra­wym brze­gu rze­ki Hud­son, w po­łu­dnio­wej czę­ści Man­hat­ta­nu. Je­śli cho­dzi o mar­mu­ry i wy­so­kość su­fi­tów to sie­dzi­ba ta do­rów­nu­je ba­zy­li­ce świę­te­go Pio­tra w Rzy­mie. Wcho­dzi się ru­cho­my­mi scho­da­mi po­dob­ny­mi jak na mię­dzy­na­ro­do­wych lot­ni­skach. Sys­tem bez­pie­czeń­stwa za­czy­na się w punk­cie kon­tro­l­nym, w któ­rym trze­ba się przed­sta­wić i okre­ślić cel wi­zy­ty. Je­śli ktoś prze­cho­dzi punkt kon­tro­l­ny, otrzy­mu­je świ­stek pa­pie­ru, któ­ry trze­ba po­ka­zać straż­ni­ko­wi przy win­dzie.

Po za­li­cze­niu tak­że tej pró­by wol­no wje­chać na wy­bra­ne pię­tro, a tam trze­ba ko­lej­ne za­mknię­te drzwi sfor­so­wać za po­mo­cą kar­ty kre­dy­to­wej. Je­śli wszyst­ko pój­dzie jak z płat­ka, tra­fiasz w koń­cu do sali Okrą­głe­go Sto­łu, w któ­rej stół wca­le nie jest okrą­gły. Daw­niej miał kształt pod­ko­wy, ale ostat­nio or­ga­ni­za­to­rzy prze­su­nę­li je­den rząd i zro­bił się trój­kąt. My, ma­gi­cy fi­nan­so­wi, sie­dzi­my przy przy­pro­sto­kąt­nej, a nasi go­spo­da­rze z „Bar­ron’s” przy pod­sta­wie. Taką przy­ja­zną aran­ża­cję wy­my­ślił miej­sco­wy spec, na­czel­ny „Bar­ron’s”, Alan Abel­son, któ­ry za­słu­żył się dla świa­ta fi­nan­sów tak samo, jak Do­ro­thy Par­ker dla li­te­ra­tu­ry ro­man­so­wej.

U góry wi­szą mi­kro­fo­ny i trzy­na­ście ty­siąc­wa­to­wych re­flek­to­rów, któ­re usta­wia się zgod­nie z po­trze­ba­mi fo­to­re­por­te­rów. Na sali obok fo­to­re­por­te­rów znaj­du­ją się re­dak­to­rzy, spe­cja­li­ści i tech­ni­cy, któ­rzy czę­ścio­wo kry­ją się za prze­szklo­ną ścia­ną. Od świa­teł jest tak go­rą­co, że moż­na go­to­wać jaj­ka.

Gro­ma­da spe­cja­li­stów fi­nan­so­wych od­zna­cza­ją­cych się po­de­szłym wie­kiem i si­wie­ją­cy­mi skroń­mi robi wie­le za­mie­sza­nia, ale wy­cho­dzi nam to na do­bre. Od cza­su do cza­su po­ja­wia się ktoś nowy, albo usu­wa­ny jest ktoś sta­ry, ale ge­ne­ral­nie na re­gu­lar­nej li­ście znaj­du­ją się: Ma­rio Ga­bel­li i Mi­cha­el Pri­ce, kie­ru­ją­cy wy­so­ce ce­nio­ny­mi fun­du­sza­mi war­to­ści, któ­re ostat­nio znów sta­ją się mod­ne, John Neff z Van­gu­ard Wind­sor Fund, któ­ry był już le­gen­dą, gdy w 1977 roku za­czy­na­łem kie­ro­wać Ma­gel­la­nem, Paul Tu­dor Jo­nes, mistrz giełd to­wa­ro­wych, Fe­lix Zu­lauf, mię­dzy­na­ro­do­wy ban­kier i czar­no­widz, któ­ry, z tego co wiem, w swo­jej ro­dzi­mej Szwaj­ca­rii, gdzie lu­dzie mar­twią się wszyst­kim, ucho­dzi za opty­mi­stę, Marc Per­kins, me­ne­dżer fi­nan­so­wy, któ­re­go po­zna­łem, jak był ana­li­ty­kiem ban­ko­wym, Oscar Scha­fer, spe­cja­li­zu­ją­cy się w „sy­tu­acjach wy­jąt­ko­wych”, Ron Ba­ron po­szu­ku­ją­cy ak­cji, któ­ry­mi nie za­wra­ca so­bie gło­wy Wall Stre­et, oraz Ar­chie Ma­cAl­la­ster, uta­len­to­wa­ny in­we­stor spe­cja­li­zu­ją­cy się w ak­cjach nie­bę­dą­cych w ob­ro­cie gieł­do­wym.

W 1992 roku miej­sce Pau­la Tu­do­ra Jo­ne­sa za­jął Bar­ton Biggs, pre­zes Mor­gan Stan­ley Mass Ma­na­ge­ment i po­szu­ki­wacz oka­zji na ska­lę mię­dzy­na­ro­do­wą. W 1991 roku zwol­ni­ło się miej­sce Jim­my’ego Ro­ger­sa, sta­no­wią­ce­go ozdo­bę „Bar­ron’s” przez pięć lat, któ­ry po­rzu­cił Wall Stre­et, aby na mo­to­cy­klu po­je­chać je­dwab­nym szla­kiem do Chin. Ostat­nio sły­sza­łem, że prze­trans­por­to­wał mo­tor do Peru i jeź­dzi nim po An­dach, ja­kieś sto mil od naj­bliż­sze­go ma­kle­ra. (Od tam­tej pory za­czął też po­ja­wiać się w wie­czor­nych pro­gra­mach eko­no­micz­nych.)