Strona główna » Obyczajowe i romanse » Prawdziwa Ginny Moon

Prawdziwa Ginny Moon

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-276-2617-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Prawdziwa Ginny Moon

Nazywam się Ginny Moon. Podobno postrzegam świat inaczej niż większość z was. Mam poważny problem, który muszę jak najszybciej rozwiązać, ale nie mogę się skupić, bo elektroniczne plastikowe dziecko nie przestaje płakać. Może przestanę je słyszeć, jeśli włożę je do walizki, przykryję kocem i wsunę pod łóżko. Zupełnie jakbym odepchnęła ten hałas w głąb mózgu. Bo mózg jest wewnątrz głowy. W takim bardzo ciemnym miejscu, gdzie nikt poza mną nic nie może zobaczyć. Wkładam elektroniczne plastikowe dziecko do walizki i zaczynam zgarniać koce. Kładę je na buzi niemowlaka, potem jeszcze biorę poduszkę i kilka pluszaków. Domyślam się, że za kilka minut hałas ustanie. Bo żeby płakać, trzeba oddychać. Wzruszająca historia autystycznej czternastolatki, która szuka bliskości w kolejnej rodzinie zastępczej.

Polecane książki

Tematyka publikacji Sektory infrastrukturalne – problematyka prawna pod redakcją naukową prof. dr hab. Marii Królikowskiej-Olczak obejmuje zagadnienia ważne dla funkcjonowania wszystkich sektorów infrastrukturalnych. Wywody zostały zaprezentowane w sześciu częściach: reguły konkurencji i pomoc publi...
W świecie, gdzie puszczą włada leszy, w jeziorze żyją topielce, a nocami wśród chat przemykają zmory i strzygonie, młodziutka Venda musi stanąć na straży bezpieczeństwa mieszkańców Wilczej Doliny. Przyjdzie jej mierzyć się nie tylko z bogami czy stworzeniami nocy, ale znacznie groźniej...
Witold J. Kieżun - profesor nauk ekonomicznych, przedstawiciel polskiej szkoły prakseologicznej, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik powstania warszawskiego, więzień sowieckich łagrów, pracownik naukowy Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie opowiada o Polsce wileńskiej, przedwojennej Warszawie ...
"Rebeka Bloomwood ‒ właścicielka imponującej szafy pełnej modowych must-have sezonu zawodowo zajmująca się pisaniem porad na temat gospodarnego wydawania pieniędzy. Ulubione zajęcie: zakupy. Ale jak oddawać się swojej pasji, gdy dochody liche, a na koncie nieustanny debet? Zwiększyć zarobki? Trudne....
  Polityka cen transferowych zgodna z przepisami prawnymi ma olbrzymie znaczenie – zarówno dla organów podatkowych, jak i dla podatników. Książka w praktyczny sposób przedstawia obowiązki nałożone na podmioty powiązane, a następnie „krok po kroku” opisuje tworzenie dokumentacji dla różnego rodzaju t...
Komentarz do ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki jest pierwszym tego typu kompleksowym opracowaniem na rynku wydawniczym. W drugim wydaniu omówiono najnowsze zmiany ustawy dotyczące: doprecyzowania warunków wszczęcia przewodu dokto...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Benjamin Ludwig

Benjamin LudwigPrawdziwa Ginny Moon

Tłumaczenie:

Dla mojej żony Ember, kobiety o wielkim sercu, i dla Ariane. Zawsze będziesz naszą ukochaną córką.

GODZ.18:54
WTOREK, 7 WRZEŚNIA

Elektroniczne plastikowe dziecko nie przestaje płakać.

Na Zawsze Rodzice mówili, że będzie się zachowywać jak prawdziwe niemowlę, ale wcale tak nie jest. Nie mogę go uspokoić, nawet gdy je kołyszę, nawet gdy zmieniam pieluszkę czy podaję butelkę. Kiedy mówię:

– Ciii, ciii, ciii – i pozwalam ssać mój palec, patrzy na mnie tępo i krzyczy, i krzyczy, i krzyczy.

Jeszcze raz je przytulam i powtarzam sobie w myślach: Spokojnie. Delikatnie.

Później wypróbowuję wszystko, co robiła Gloria, gdy ja wpadałam w szał. A potem podkładam dłoń pod jego główkę i kołyszę się na stopach.

– Już dobrze, już dobrze – mówię głośniej i ciszej, melodyjnie jak w piosence. I dodaję: – Przepraszam.

Ono jednak nie przestaje.

Kładę je na łóżku, a kiedy krzyk robi się głośniejszy, zaczynam szukać mojej Lalki. Tej prawdziwej. Chociaż przecież wiem, że jej tu nie ma. Zostawiłam ją w mieszkaniu Glorii. Jednak płacz dzieci wywołuje u mnie naprawdę wielki niepokój, więc muszę jej szukać. To taki nakaz w mózgu. Zaglądam do szuflad. Patrzę w szafie. Sprawdzam we wszystkich miejscach, w których Lalka mogłaby leżeć.

Nawet w walizce. Walizka jest duża, czarna, w kształcie pudła. Wyciągam ją spod łóżka. Zamek otwiera się dokoła. Ale w środku nie ma Lalki.

Biorę głęboki oddech. Muszę jakoś powstrzymać ten płacz. Może przestanę go słyszeć, jeśli wsadzę niemowlę do walizki, włożę do niej dużo koców i pluszaków, a potem wsunę ją pod łóżko. Zupełnie jakbym odepchnęła ten hałas w głąb mózgu.

Bo mózg jest wewnątrz głowy. W takim bardzo ciemnym miejscu, gdzie nikt poza mną nic nie może zobaczyć.

No więc właśnie tak robię. Wkładam elektroniczne plastikowe dziecko do walizki i zaczynam zgarniać koce. Kładę je na buzi niemowlaka, potem jeszcze biorę poduszkę i kilka pluszaków. Domyślam się, że za kilka minut ten hałas ustanie.

Bo żeby płakać, trzeba oddychać.

GODZ.19:33
WTOREK, 7 WRZEŚNIA

Zdążyłam wziąć prysznic, ale elektroniczne plastikowe dziecko wciąż płacze. Choć przecież do tej pory powinno już ucichnąć.

Moi Na Zawsze Rodzice siedzą na kanapie i oglądają film. Na Zawsze Mama trzyma nogi w misce z wodą. Ostatnio mówi, że jej puchną. Wchodzę do salonu, staję przed nią i czekam. Wybieram ją, bo jest kobietą. Przy kobietach czuję się o wiele swobodniej niż przy mężczyznach.

– Hej, Ginny – mówi Na Zawsze Mama, a Na Zawsze Tata wciska na pilocie pauzę. – Co się dzieje? Zdaje się, że chcesz coś powiedzieć.

– Ginny – odzywa się Na Zawsze Tata. – Masz zakrwawione ręce. Znowu je skubałaś?

Zadali dwa pytania, więc nic nie mówię.

I wtedy Na Zawsze Mama pyta:

– Coś się stało, Ginny?

– Nie chcę już tego elektronicznego plastikowego dziecka – odpowiadam.

Mama odgarnia włosy z czoła. Podobają mi się jej włosy. Tego lata pozwoliła mi zapleść warkoczyki.

– Prawie czterdzieści minut temu wzięłaś prysznic – mówi. – Próbowałaś je uspokoić? Proszę, weź to, zanim nakleimy plaster. – Podaje mi chusteczkę.

– Dałam mu butelkę i trzy razy zmieniłam pieluszkę – odpowiadam. – Kołysałam je, ale nie przestawało płakać, więc je… – przerywam.

– Teraz dźwięk wydaje się jakiś zmieniony – wtrąca Na Zawsze Tata. – Nie wiedziałem, że będzie takie głośne.

– Proszę, zrób coś, żeby przestało – zwracam się do Na Zawsze Mamy. I powtarzam: – Proszę.

– Wspaniale, że prosisz o pomoc – chwali mnie Mama. – Patrice będzie dumna.

W głębi korytarza znów słyszę płacz, więc zaczynam się rozglądać, gdzie mogłabym się ukryć. Ponieważ pamiętam, że Gloria zawsze wychodziła z sypialni, gdy nie potrafiłam uciszyć Lalki. Szczególnie wówczas, gdy był u niej któryś z jej przyjaciół. Czasami gdy Lalka płakała, a ja usłyszałam, że Gloria otwiera drzwi, zabierałam Lalkę i wychodziłam przez okno.

Chwytam mocno chusteczkę i zaciskam powieki.

– Jeśli je uciszysz, zawsze będę prosić o pomoc – obiecuję i otwieram oczy.

– Pójdę sprawdzić – mówi Na Zawsze Tata.

Podnosi się z kanapy, a gdy przechodzi obok mnie, odskakuję. Dopiero po chwili widzę, że to nie jest Gloria. Patrzy na mnie dziwnie i wychodzi na korytarz. Słyszę, jak otwiera drzwi do mojego pokoju. Płacz znów jest głośniejszy.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – odzywa się Na Zawsze Mama. – Chcieliśmy, żebyś zobaczyła, jak to jest mieć w domu prawdziwe dziecko, ale chyba wyszło inaczej, niż planowaliśmy.

Płacz, który dobiega z mojego pokoju, jest ogłuszający. Na Zawsze Tata wraca do salonu. Rękę trzyma we włosach.

– Włożyła je do walizki – mówi.

– Co?

– Z początku nigdzie go nie widziałem. Musiałem kierować się dźwiękiem. Wsadziła je do środka ze stosem koców i pluszaków, a potem wepchnęła pod łóżko.

– Ginny, dlaczego to zrobiłaś? – dziwi się Na Zawsze Mama.

– Nie chciało przestać płakać – mówię.

– No tak, ale…

– Dostaniemy szału, jeśli to się nie skończy – przerywa jej Na Zawsze Tata. – Próbowałem je uciszyć, ale też nie potrafiłem. Mam wrażenie, że nie da się go wyłączyć. Po prostu zadzwońmy do pani Winkleman.

Pani Winkleman jest nauczycielką higieny.

– Mówiła, że dziś rano dała Ginny kartkę z numerem kontaktowym – przypomina sobie Na Zawsze Mama. – Sprawdź w jej plecaku.

Na Zawsze Tata idzie do holu i znów otwiera drzwi do mojego pokoju. Zasłaniam uszy. Wraca z moim plecakiem. Na Zawsze Mama odnajduje kartkę i sięga po telefon.

– Pani Winkleman? – słyszę, jak mówi. – Tak, mama Ginny. Przepraszam za telefon o tak późnej porze, ale obawiam się, że mamy problem z niemowlakiem.

– Nie martw się, Na Zawsze Dziewczynko – zwraca się do mnie mój Na Zawsze Tata. – Za kilka minut to się skończy i będziesz mogła iść spać. Przykro mi, że się tak zdenerwowałaś. Naprawdę sądziliśmy…

Na Zawsze Mama odkłada telefon.

– Powiedziała mi, że z tyłu na szyi jest dziurka. Trzeba tam wsunąć spinacz, żeby nacisnąć wyłącznik.

Na Zawsze Tata wychodzi do gabinetu, po chwili wraca i idzie do mojego pokoju. Zaczynam liczyć. Kiedy dochodzę do dwunastu, płacz ustaje.

Teraz znów mogę oddychać.

GODZ.14:27
ŚRODA, 8 WRZEŚNIA

Podczas czwartej lekcji, kiedy mieliśmy naukę o społeczeństwie, do klasy weszła pani Lomos. Pani Lomos jest szkolnym psychologiem. W uszach nosi duże koła, a na twarzy ma grubą warstwę makijażu.

– Twoi rodzice przyjdą do szkoły na rozmowę – powiedziała. – Potem razem wrócicie do domu. Chcą, żebyś wzięła udział w spotkaniu, więc po popołudniowych ogłoszeniach i po dzwonku zostań w sali numer pięć z panią Daną. Możesz zacząć odrabiać lekcje. W odpowiedniej chwili cię zawołają.

A więc teraz jestem w sali numer pięć, gdzie zwykle przychodzę na naukę czytania i pisania z innymi dziećmi specjalnej troski. Bo ja mam autyzm i zaburzenia rozwoju. Nikt mi wczoraj nie mówił, że dziś ma się odbyć jakieś spotkanie. Domyślam się, że chodzi o elektroniczne plastikowe dziecko.

Pani Dana ma dyżur przy autobusach. Widzę ją przez okno. W pomarańczowej kamizelce stoi przy autobusie numer siedemdziesiąt cztery. To właśnie mój autobus. Tuż za nim i przed nim stoją inne autobusy. Wsiadają do nich uczniowie, którzy czekają w długich rzędach. Natomiast wszystkie dzieci, które uprawiają sport, przygotowują się w korytarzu do treningu. Alison Hill i Kayla Zadambidge już sobie poszły. One też razem ze mną i Larrym chodzą do sali numer pięć.

Autobusy zazwyczaj odjeżdżają o drugiej trzydzieści, ale trzy minuty to za krótko, żebym zdążyła wejść do internetu. Przez długi czas próbowałam to robić sama, ale nie wolno mi korzystać z internetu bez nauczyciela. Pewnego razu, gdy mieszkałam z Carlą i Mikiem, wsadziłam laptop Carli pod sweter i zabrałam go do szafy. Właśnie wpisywałam w Google’u „Gloria LeBla”, kiedy drzwi się otwarły i Carla mnie znalazła. Zabrała laptop, a gdy się podniosłam, napadła na mnie i zaczęła się wydzierać.

Potwornie się wtedy przestraszyłam. Naprawdę potwornie.

Innym razem, kiedy pisałam w szkole pracę o dzikich kotach, spróbowałam wpisać w Google’u „Gloria przeważnie sprzedaje koty rasy maine coon”, ponieważ tak właśnie zarabia pieniądze. Niestety nauczycielka mnie na tym przyłapała, więc kiedy przyszłam do tej nowej szkoły przy Niebieskim Domu, moi nowi Na Zawsze Rodzice powiedzieli, że już nie będę mogła korzystać z internetu, bo chcą mnie chronić. Potem Maura dodała, że oboje z Brianem mnie kochają, a internet jest niebezpieczny. W rzeczywistości chciała powiedzieć:

– Nie jest bezpieczny, ponieważ szukasz tam Glorii – chociaż tej ostatniej części zdania nie dodała.

Na Zawsze Mama ma rację, bo Gloria wróciła do mieszkania, a tam jest moja Lalka. Nie wiem tylko, w jakim mieście jest to mieszkanie. Muszę jednak wiedzieć, czy znalazła Lalkę, czy może już było za późno. Jeśli się nie spóźniłam, muszę ją szybko wyjąć z walizki i znowu się nią dobrze zająć, bo Gloria czasem wyjeżdża na bardzo, bardzo długo. A w dodatku przychodzi do niej wielu mężczyzn. Poza tym wścieka się i bije. No i jeszcze jest Donald, kiedy akurat przebywa w mieście.

– Naprawdę żałuję, że nie mogę przychodzić tu częściej – powtarzała Crystal przez C, gdy jej opowiadałam, co robi Gloria. – Staraj się jak najlepiej dbać o Lalkę, tak jak prosi cię mama. Lalka zawsze będzie twoim dzidziusiem, bez względu na to, co się stanie.

Opuszczam teraz swój mózg i zaczynam skubać palce.

Do sali wchodzi Larry. Kładzie plecak na ławce, opiera kule o ścianę i siada. Kule Larry’ego są przymocowywane do ciała i dlatego wygląda w nich jak konik polny. Larry ma brązowe włosy i piwne oczy. Moje oczy są zielone. On bez przerwy podśpiewuje i nie lubi matematyki tak bardzo jak ja.

– Cześć, dziecinko – mówi.

– Larry, ja nie jestem dzieckiem – prostuję. – Mam trzynaście lat. Naprawdę tego nie pamiętasz? To takie nużące.

Nużące znaczy, że powtarzasz coś ciągle i ludzie zaczynają się denerwować. Zupełnie jak wtedy, gdy Patrice mówiła, że gdy mieszkałam z Glorią, sama byłam trochę jak Lalka. Powtarzała to zawsze, kiedy usiłowałam jej wytłumaczyć, że muszę pójść sprawdzić, co się dzieje z Lalką, a ona w ogóle nie rozumiała.

Larry rozkłada ramiona i ziewa.

– Ludzie, ale jestem zmęczony. To był bardzo ciężki dzień – mówi. – Muszę czekać, aż przyjdzie po mnie mama. Idziemy do mojej siostry na trening siatkówki.

– Czekając na nią, powinieneś odrabiać lekcje – informuję go, bo tak mi powiedziała pani Lomos. Wyjmuję książkę do nauki czytania i otwieram na stronie pięćdziesiątej siódmej, gdzie jest wiersz Edgara Allana Poe.

– Nie – odpowiada Larry. – Zajrzę do Facebooka. Wczoraj założyłem konto.

Podnosi się, wsuwa ręce w uchwyty kul i idzie do komputera. Odprowadzam go wzrokiem.

– Masz Facebooka? – pyta, kiedy dociera do komputera. Nie odwraca się do mnie, tylko zaczyna pisać.

Spuszczam wzrok na dłonie.

– Nie.

– W takim razie, dziecinko, musisz sobie założyć konto. – Spogląda na mnie. – Chodź, pokażę ci. Każdy spoko dzieciak tam jest, czaisz? – Larry ciągle mówi „czaisz?”. Myślę, że to po prostu takie wyrażenie.

– Nie wolno mi korzystać z internetu bez dorosłych – wyjaśniam.

– Fakt. Pamiętam – odpowiada. – Dlaczego rodzice ci nie pozwalają?

– Bo w internecie jest Gloria.

– A kim jest Gloria?

– Gloria to moja rodzona mama. Kiedyś z nią mieszkałam.

I więcej już nic nie mówię.

– Łatwo ją znaleźć? – dopytuje Larry.

Kręcę głową.

– Nie. Próbowałam ją odnaleźć trzy razy, kiedy byłam w różnych rodzinach zastępczych, ale ciągle ktoś mi przerywał.

– Możesz powtórzyć, jak się nazywa?

– Gloria. – Zaczynam się podnosić. Jestem podekscytowana, bo czuję, że Larry chce mi pomóc.

– Gloria i co dalej?

Pochylam się do przodu i patrzę na niego ponad okularami. Odgarniam włosy, ale zaraz z powrotem opadają mi na twarz. Żałuję, że nie mam frotki.

– Gloria LeBlanc. – Minęło sporo czasu od chwili, gdy ostatni raz wymawiałam to nazwisko. Ponieważ tak się kiedyś nazywałam. To trochę tak, jakbym zostawiła gdzieś prawdziwą Ginny w chwili, gdy zamieszkałam z Na Zawsze Rodzicami. To znaczy z Brianem i Maurą Moonami. Teraz nazywam się Ginny Moon, ale wciąż są we mnie elementy tamtej autentycznej Ginny. Jednak w zasadzie jest tak, jakbym stała się prawdziwą Ginny Moon.

– Przeliteruj to – prosi Larry, więc robię to, czego żąda. Larry zaczyna pisać, a potem się odsuwa i wskazuje mi krzesło. Siadam.

I widzę Glorię.

Tę samą, która mnie biła, a potem z płaczem przytulała. Glorię, która wciąż zostawiała mnie samą w mieszkaniu, ale dawała mi pyszne napoje, kiedy siadałyśmy razem na kanapie, żeby oglądać filmy o potworach. Glorię, która powtarzała, że niech mówią, co chcą, ale na pewno jest spryciarą, bo śpiewająco zdała maturę. Kiedy to mówiła, wyobrażałam sobie dziewczęta paradujące w pięknych spódniczkach, wznoszące okrzyki i podrzucające ozdobione wstążkami pałeczki.

Glorię, jedną z dwóch najbardziej przerażających osób, jakie znam.

Glorię, moją rodzoną mamę.

Jej bluza i włosy wyglądają inaczej, ale na całej stronie widać zdjęcia maine coonów. Nadal nosi okulary i jest naprawdę bardzo, ale to bardzo chuda. Zupełnie jak ja. Nie widziałam jej ani z nią nie rozmawiałam od czasu, gdy miałam dziewięć lat. To było wtedy, gdy przyszła policja, a ona powiedziała:

– Przepraszam, Ginny! Tak bardzo cię przepraszam!

Teraz mam trzynaście lat, ale osiemnastego września skończę czternaście, czyli licząc od jutra za dziewięć dni, ponieważ:

Poza tym miałam dziewięć lat, kiedy trafiłam do mojego pierwszego Stanu Na Zawsze. Dwa miesiące właściwie się nie liczą.

– Dziecinko? – odzywa się Larry.

To do mnie mówi. Szybko opuszczam swój mózg.

– Co? – pytam.

– Chcesz sprawdzić, czy jest dostępna, żeby z nią poczatować?

Ożywiam się. Bo czatować to znaczy rozmawiać.

Larry pokazuje mi miejsce na ekranie.

– O tu – mówi. – Po prostu tu kliknij.

Klikam i widzę okienko, w którym można coś napisać.

– Napisz to, co chcesz jej powiedzieć – radzi Larry. – Powiedz „cześć”, a potem zadaj pytanie.

Wcale nie chcę pisać „cześć”. Zamiast tego od razu piszę pytanie, które bez przerwy wszystkim zadaję, ale którego nikt nigdy, ale to nigdy nie rozumie:

Czy znalazłaś moją Lalkę?

Potem czekam.

– Musisz kliknąć „wyślij” – podpowiada mi Larry.

Ale prawie go nie słyszę, bo w moim mózgu obrazy policji, Glorii i kuchni przesuwają się tak szybko, że nic poza tym nie mogę dostrzec. Znowu zapadam się w swoim wnętrzu. Widzę Glorię z twarzą wciśniętą w ścianę i policjanta, który ją trzyma. Widzę wyłamane drzwi, światło, które wpada do środka z zewnątrz, i dwa uciekające koty. Nie pamiętam tylko, które to były.

– Tutaj – słyszę głos Larry’ego. – Kliknę za ciebie.

Widzę strzałkę, która przesuwa się po ekranie. Kiedy dociera do przycisku „wyślij”, zaczynam liczyć. Zawsze liczę, kiedy coś ma się wydarzyć, bo chcę wiedzieć, do jakiej liczby dojdę, gdy to się stanie. Szczególnie gdy chodzi o odpowiedź, na którą czekam całe cztery lata.

Mija sześć sekund. I na ekranie pod moim pytaniem pojawiają się słowa:

Czy to ty, Ginny?

To nie jest odpowiedź na moje pytanie. Mam ochotę skubać palce, ale nie mogę tego robić, bo przecież teraz jest moja kolej. Więc piszę:

Tak, to Ginny. Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

I klikam „wyślij”, tak jak mi to pokazał Larry.

I wtedy na ekranie zaczyna migać jedno słowo. Jest napisane dużymi literami i wydaje się krzyczeć.

TAK!

A chwilę później:

Tak, znaleźliśmy twoją Lalkę. Gdzie ty jesteś, do cholery?!

Chcę zapytać „czy dobrze się nią opiekujesz?”, ale ręce tak mi się trzęsą, że nie mogę ich zmusić, żeby robiły, co im każę. W dodatku Gloria zadała pytanie. Zaciskam i otwieram dłonie, potem wkładam je między kolana, a w końcu zaczynam pisać:

W sali numer pięć z Larrym.

Na co Gloria pisze:

Kto to jest Larry? Jaki jest twój adres?

Zaczynam skubać palce. Muszę to robić, bo nie chcę mówić o Larrym ani podawać adresu. Chcę jedynie rozmawiać o mojej Lalce. Bo chociaż Gloria napisała „Tak! Znaleźliśmy twoją Lalkę”, wcale nie wiem, czy powiedziała prawdę i czy z Lalką jest wszystko w porządku. Bo Gloria jest lekkomyślna, nieodpowiedzialna i kłamie. Jeszcze dwa razy zaciskam i otwieram dłonie, przypominam sobie, że muszę oddychać, a dopiero potem piszę:

Larry jest moim przyjacielem. 57 Cedar Lane Greensbor…

Przerywam, bo w korytarzu słyszę, że pani Dana z kimś rozmawia. Pewno z jakimś nauczycielem.

To znaczy, że za chwilkę zostanę złapana.

– Dziecinko? – odzywa się Larry, który stoi za mną. Jego głos jest pełen niepokoju.

Piszę:

Muszę już iść.

Klikam „wyślij”, ale chciałabym cofnąć i dodać:

Czy mogłabyś przywieźć mi Lalkę? Błagam, błagam, błagam!

Niestety moja kolej minęła, a pani Dana zaraz tu wejdzie.

Podnoszę się szybko, żeby odejść od komputera. Odskakuję, gdy ktoś dotyka mojego ramienia.

Omal się nie przewracam. Kiedy widzę, że to tylko Larry i nikt nie zamierza mnie uderzyć, opuszczam rękę i spoglądam na ekran, gdzie znów się coś wyświetliło:

Manicoon.com

A po chwili:

Tu można mnie znaleźć. Tak na wszelki wypadek.

I jeszcze:

Pieprzyć to. Już jadę. Jutro tam będę.

Odwracam wzrok. Nie widzę ani Glorii, ani mieszkania, ani mojej Lalki. Widzę tylko Larry’ego. Jedno ramię wyjął już z uchwytu kuli, dłoń trzyma w górze.

– No już, dziecinko. Wszystko w porządku? Chodź. Trzeba usiąść i wyjąć książki. – Zagryza wargi i dodaje: – Zamknę teraz komputer. Tylko nie świruj, dobra? – Wyciąga rękę, chwyta myszkę, wylogowuje się, a potem klika na X w rogu ekranu. Następnie wraca do swojej ławki i siada.

Odsuwam krzesło, podnoszę się, wycieram ręce i patrzę na zdjęcie Edgara Allana Poe.

Wchodzi pani Dana.

– Ginny, twoi rodzice chcą, żebyś przyszła do gabinetu pani Lomos – mówi.

Wstaję, zabieram plecak i wychodzę z klasy. Na korytarzu zaczynam biec. Palcami cały czas dotykam ściany. Boję się, że inaczej mogłabym się przewrócić. Biegnę, biegnę, biegnę… Jestem podekscytowana, a jednocześnie przerażona.

Gloria tu jedzie. Do mojej szkoły.

GODZ.14:50
ŚRODA, 8 WRZEŚNIA

Moi Na Zawsze Rodzice stoją przed drzwiami gabinetu pani Lomos.

– Wejdźmy do sali konferencyjnej, Ginny – mówi pani Lomos.

Do sali konferencyjnej, która jest po drugiej stronie korytarza, trzeba zrobić pięć kroków. Na Zawsze Rodzice siadają przy stole, więc ja również siadam.

– Cześć, Ginny – mówi Na Zawsze Mama.

– Cześć – odpowiadam.

Na Zawsze Mama siedzi z rękami na okrągłym brzuchu, który jest tak duży jak piłka do koszykówki. Brzuch Na Zawsze Taty też jest duży. Twarz ma okrągłą, ale nie ma białej brody ani czerwonego nosa.

– Ginny, twoi rodzice przyszli porozmawiać o tym, co się wczoraj wieczorem wydarzyło z elektronicznym niemowlęciem – mówi pani Lomos.

Siedzę i czekam, aż będą rozmawiać, ale oni milczą.

– Powiedzieli, że włożyłaś je do walizki. Czy to prawda?

– Chodzi pani o elektroniczne plastikowe dziecko? – upewniam się.

Przygląda mi się dziwnie.

– Oczywiście.

– W takim razie tak – mówię.

– Dlaczego je tam włożyłaś?

Pamiętam, żeby trzymać zamknięte usta. Wtedy nikt nie będzie mógł zobaczyć mojego mózgu. Spoglądam na panią Lomos znad okularów.

– Bo krzyczało – tłumaczę.

– Postanowiłaś więc włożyć wszystkie swoje koce i zamknąć walizkę?

– Nie – wyjaśniam. – Kołderkę zostawiłam. – Kołderka jest jedyną rzeczą, którą zachowałam z domu. Gloria uszyła ją w Kanadzie z pomocą swojej francuskiej mamy, do której uciekła ze szpitala, gdzie mnie urodziła. Zrobiły tę kołderkę dla mnie i dla nikogo więcej. Owijałam w nią moją Lalkę.

– No dobrze, ale czemu nie próbowałaś utulić dziecka? – pyta pani Lomos.

– Próbowałam uspokoić elektroniczne plastikowe dziecko – mówię. – Mówiłam „ciii, ciii”, jak to się zawsze robi, i próbowałam dawać mu palec do possania, ale jego usta się nie otwierały. Dałam mu też butelkę.

– I to nie pomogło?

Kręcę przecząco głową.

– Czy robiłaś jeszcze coś, żeby uspokoić dziecko? – pyta Na Zawsze Tata.

Sprawdzam, czy dobrze zamknęłam usta, żeby nikt nie mógł zajrzeć do środka. Znów kręcę głową.

Bo kłamie się ustami. Kłamstwo to coś, co się mówi.

– Jesteś pewna? – upewnia się. – Dobrze się zastanów.

W takim razie zastanawiam się. Nad tym, czy usta są wciąż zamknięte.

– Ginny, w elektronicznym dziecku jest komputer – odzywa się pani Lomos. – Zapisuje, ile razy dziecko było karmione, przewijane i jak długo płakało. Zapisuje też tarmoszenie i klapsy.

Wszyscy na mnie patrzą. Każde z nich. Na Zawsze Mama obok Na Zawsze Taty po drugiej stronie stołu z ręką na dużym, okrągłym brzuchu. Nie wiem, co to są te klapsy i tarmoszenie, ale nikt nie zadał pytania, więc zaciskam wargi jeszcze mocniej.

Na Zawsze Tata wyjmuje jakąś kartkę.

– Komputer odnotował, że lalka była uderzona osiemdziesiąt trzy razy, a cztery razy nią potrząsano. – Kładzie kartkę na stole. – Ginny, czy uderzyłaś dziecko?

– Elektroniczne plastikowe dziecko – mówię, chociaż pamiętam regułę, która mówi „Nie poprawiamy”.

– To nie ma znaczenia, czy dziecko było prawdziwe, czy nie – ciągnie Tata. – Prosiliśmy cię, żebyś się nim zaopiekowała. Nie możemy…

– Brian – przerywa mu Na Zawsze Mama, a potem zwraca się do mnie: – Ginny, dziecka nie można bić ani nim potrząsać. Nawet jeśli to nie jest prawdziwe dziecko. Czy to rozumiesz?

Bardzo lubię Na Zawsze Mamę. Każdego wieczoru po kolacji pomaga mi odrabiać lekcje i wyjaśnia rzeczy, kiedy wydają się bez sensu. Poza tym gra ze mną w warcaby, gdy wracam ze szkoły. Odpowiadam więc:

– Kiedy mieszkałam z Glo…

– Wiemy, co się tam wydarzyło – przerywa mi. – I jest nam bardzo przykro, że cię krzywdziła. Ale nie wolno bić dzieci. Nigdy. Będziesz musiała znów spotykać się z Patrice. Ona ci pomoże przygotować się do roli starszej siostry.

Patrice jest terapeutką. Taką od zaburzeń emocjonalnych. Nie widziałam jej od czasu adopcji, czyli od czerwca. Przedtem już od roku mieszkałam z Na Zawsze Rodzicami w Niebieskim Domu. Wtedy też zaczęłam chodzić do nowej szkoły.

W tym momencie przypominam sobie, że Gloria właśnie tu jedzie. Nie wiem, ile czasu jej to zajmie. Nie wiem, czy dotrze tu, zanim zobaczę się z Patrice. To jest ważne, żebym wiedziała, co kiedy nastąpi, bo wtedy mogę liczyć i sprawdzać na zegarku, czy wszystko dzieje się tak, jak powinno.

Zaczynam z całej siły skubać palce.

– Kiedy spotkam się z Patrice? – pytam.

– Zadzwonimy do niej dzisiaj i dowiemy się, kiedy będzie mogła – odpowiada Na Zawsze Mama. – Prawdopodobnie już w tym tygodniu, jeśli znajdzie czas. Ale dla ciebie z pewnością go znajdzie.

GODZ.14:45
CZWARTEK, 9 WRZEŚNIA

Gloria nie przyjechała dziś do szkoły. Czekałam i czekałam, a potem na moim zegarku i na zegarach we wszystkich klasach zrobiła się druga piętnaście i zaczęły się popołudniowe ogłoszenia. Zaraz po nich zadzwonił dzwonek, a wtedy razem z innymi dziećmi wyszłam ze szkoły, żeby wsiąść do autobusu.

Czuję, że mąci mi się w głowie.

Teraz jednak mam bardziej naglący powód do zdenerwowania. Patrice mówi, że jeśli sprawa jest bardziej nagląca, to znaczy, że jest ważniejsza od innych. No więc chodzi o to, że ktoś w Niebieskim Domu jest zły. Muszę odkryć, kto to jest.

Dlatego właśnie stoję tutaj na schodkach werandy. Wciąż mam na sobie plecak, a w ręce trzymam flet. Widzę, że skrzynka pocztowa została przewrócona, a na ziemi widać ślady opon. To znaczy, że ktoś tu palił gumy. Ludzie palą gumy, gdy siedzą w aucie i są naprawdę wściekli. Zastanawiam się, kto zrobił te ślady, a kiedy podnoszę wzrok, widzę, że samochód Na Zawsze Taty stoi obok auta Na Zawsze Mamy. Zwykle o tej porze Tata jest w pracy. Jest psychologiem szkolnym w liceum.

Jednym palcem poprawiam okulary. Ponownie przyglądam się śladom opon. Mój mózg pamięta, że o drugiej czterdzieści cztery, minutę wcześniej, jak autobus zatrzymał się przed Niebieskim Domem, widziałam dwa radiowozy jadące w przeciwnym kierunku. Jechały bardzo wolno, więc wzięłam głęboki oddech i wstrzymałam go, dopóki nas nie minęły.

Nie lubię policjantów. Wszyscy są tacy sami.

Później wysiadłam z autobusu i zobaczyłam skrzynkę pocztową i ślady opon.

Otwieram drzwi na werandę i od razu czuję zapach dymu papierosowego. Nikt w Niebieskim Domu nie pali. Ten zapach kojarzy mi się z mieszkaniem Glorii.

Wchodzę do środka. Na Zawsze Mama stoi przy zlewie. W jednej ręce ma szklankę z wodą, drugą podtrzymuje brzuch. Jej włosy wyglądają tak, jakby ich nie wyszczotkowała, a pod oczami ma bardzo, bardzo ciemne sińce. Nie patrząc na mnie, mówi:

– Cześć, Ginny. Odłóż rzeczy i chodź do salonu. Musimy z tobą porozmawiać. – Jej głos jest cichy.

Odnoszę plecak i flet do pokoju, wracam do salonu i siadam na kanapie.

– Cześć, Na Zawsze Dziewczynko – mówi Na Zawsze Tata. Stoi koło okna. – Czy w szkole wydarzyło się dziś coś ciekawego?

– Nie – odpowiadam. – Ale chciałabym wiedzieć, które z was się gniewa.

Spoglądają na siebie.

– Gniewa? – pyta Na Zawsze Tata.

Kiwam potakująco głową.

– Czemu któreś z nas miałoby się gniewać?

– Bo na trawniku są ślady opon. Które z was paliło gumy?

– Poczekaj – mówi Tata. – Myślisz, że któreś z nas się gniewa, bo na trawniku są ślady opon?

Znowu kiwam głową.

Na Zawsze Mama uśmiecha się leciutko i głośno wzdycha.

– Cóż, to chyba będzie łatwiejsze, niż myśleliśmy – mówi. – Żadne z nas nie zrobiło tych śladów, Ginny.

Mam mętlik w głowie. Siedzę i próbuję coś zrozumieć.

– Najpierw wróćmy do pierwszego pytania – odzywa się Na Zawsze Tata. – Czy w szkole wydarzyło się coś interesującego?

– Nie – powtarzam.

– Dzwoniłaś gdzieś?

– Nie.

– Czy ktoś przyszedł cię odwiedzić?

– Nie.

– Czy ktoś prosił cię o podanie adresu?

– Masz na myśli dzisiaj?

Na Zawsze Tata zerka na Na Zawsze Mamę i znów zwraca spojrzenie na mnie.

– Tak. Oczywiście, że chodzi nam o dzisiaj.

– W takim razie nie.

– W takim razie nie? – powtarza Na Zawsze Tata. – A wczoraj? Czy wczoraj ktoś prosił cię o podanie adresu?

Ale to są dwa następujące po sobie pytania i nie jestem pewna, na które odpowiedzieć. Zresztą mogę odpowiadać tylko na jedno pytanie naraz. Taka jest zasada. Bo przecież mam tylko jedne usta i nie wiem, które z pytań jest bardziej naglące. No więc kręcę głową i zaciskam wargi. Mocno, mocno, mocno. Tak na wszelki wypadek.

Na Zawsze Mama spogląda na Na Zawsze Tatę. Przykłada dłoń do policzka.

– W takim razie jak ona, do diabła, nas wytropiła? – pyta.

– Jak kto nas, do diabła, wytropiła? – chcę wiedzieć.

– Ta osoba, która paliła gumy na naszym trawniku – mówi Na Zawsze Tata. – Ale nie przejmuj się, już jej nie ma. Policja kazała jej odjechać.

– To już się na mnie nie gniewacie za elektroniczne plastikowe dziecko?

Na Zawsze Tata znów jakoś dziwnie mi się przygląda.

– Gniewać się to nie jest właściwe określenie – mówi. – Jesteśmy zmartwieni, to wszystko.

Ciekawi mnie, czy oni kłamią. Gloria kłamała bez przerwy. A potem zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie odkryli, że Gloria tu jedzie. Gdyby wiedzieli, wtedy na pewno by się rozgniewali. Skubię coraz mocniej palce, zamykam oczy i mówię błagającym tonem:

– Proszę, powiedzcie mi, kto z was się gniewa. Proszę, proszę, proszę…

Trzeba uważać, gdy się ma do czynienia z ludźmi, którzy się gniewają, bo mogą się wściec i zacząć bić.

Wtedy Na Zawsze Mama mówi:

– Już ci powiedzieliśmy, Ginny, że nikt się nie gniewa. Jesteś bezpieczna. O tych śladach opon porozmawiamy innym razem. Co to za krzywa mina? No, idź się teraz umyć i przebrać. W przyszłym tygodniu jedziesz na wycieczkę na farmę, gdzie robią cydr jabłkowy, a wkrótce będą twoje urodziny! I w środę zobaczysz się z Patrice. Już z nią rozmawialiśmy i zamówiliśmy ci wizytę. Może powinnaś to zaznaczyć w swoim kalendarzu.

To nie było pytanie, więc się nie odzywam. Zresztą to o farmie to nieprawda. Moja klasa pojedzie tam dwudziestego pierwszego września, czyli wcale nie w przyszłym tygodniu. Teraz już nie pamiętam, czym się martwiłam, a gdy podnoszę wzrok, widzę, że Na Zawsze Rodzice uśmiechają się do mnie. No więc odpowiadam im uśmiechem.

– Ginny, chcesz, żebym cię przytuliła? – pyta Na Zawsze Mama.

Chcę, więc mnie przytula. Musi pochylić się do przodu, bo przeszkadza jej duży brzuch.

– A teraz idź się przebrać – mówi.

Idę do swojego pokoju i wkładam domowe ubranie. Wyglądam przez okno i znów widzę ślady opon. W tym momencie wszystko sobie przypominam.

Czasami trudno mi zrozumieć niektóre sprawy. Dekoncentruję się i zapominam patrzeć na to, na co powinnam. Albo tak się zagłębiam w swoim mózgu, że zapominam rzeczy, które powinnam wiedzieć. Jednak teraz wiem, że w Niebieskim Domu nikt się nie gniewa. Nikt na mnie nie krzyczał ani mnie nie uderzył. Ktoś inny zrobił te ślady, ale już go nie ma, więc mogę teraz czekać na Glorię. Kiedy przyjedzie do szkoły, pobiegnę do Zielonego Auta zobaczyć, czy jest tam moja Lalka. Jeśli jej nie będzie, wsiądę do samochodu i pojadę do mieszkania Glorii. Chociaż wcale nie chcę tam wracać. I chociaż wiem, co się ze mną stanie. Jednak muszę sprawdzić, czy Lalka wciąż leży w walizce. Jeśli tam będzie, a ja nie przyjadę za późno, muszę ją wyjąć i zaopiekować się nią jak najlepiej. Jestem pewna, że Gloria ani trochę się nie zmieniła. Pamiętam narkotyki, koty i tych obcych mężczyzn w nocy. Pamiętam, co mi robiła, gdy za bardzo hałasowałam. Ale najgorszy jest Donald. Będzie naprawdę bardzo, ale to bardzo wściekły, gdy odkryje, co zrobiłam. I pewnie mnie zabije. Tak powiedziała Gloria.

A ja jej wierzę, chociaż ona kłamie.

Zawsze kiedy Gloria szła przynieść więcej maine coonów albo spotkać się ze swoim dealerem, Lalka dotrzymywała mi towarzystwa. A teraz została tam zupełnie sama. Nie wiem, czy można coś usłyszeć, gdy się siedzi w zamkniętej walizce. I czeka.

No więc muszę tam wrócić.

Może Gloria będzie w dobrym nastroju, gdy podbiegnę do Zielonego Auta. Może wysiądzie, przytuli mnie mocno i powie:

– O kurde, Ginny! Ale urosłaś! Wciąż masz zielone oczy? Chociaż cię adoptowali i zmieniłaś nazwisko, zawsze będziesz miała zielone oczy. Zupełnie jak my!

Mam nadzieję, że się nie myli.

GODZ.6:45
PIĄTEK, 10 WRZEŚNIA

Jest szósta czterdzieści pięć, co znaczy, że czas iść do szkoły. Włożyłam już plecak i zegarek. Zawsze noszę zegarek, chyba że idę pod prysznic.

Na Zawsze Tata jest ze mną. Zwykle stoi na werandzie i patrzy, jak idę do autobusu, ale dziś chciał pójść ze mną. Idziemy przez trawnik aż do miejsca, gdzie zatrzymuje się autobus, czyli na koniec podjazdu. Przechodzimy przez ślady opon. Na ziemi obok jednego śladu widzę białe plastikowe pudełeczko, więc je podnoszę. To pudełeczko od tic taców. W środku jest pięć białych drażetek. Podnoszę pudełko wyżej i jeszcze dwa razy przeliczam cukierki. Potem nimi potrząsam, a one grzechoczą.

– Co to jest? – pyta Na Zawsze Tata.

Nie odpowiadam. Gloria zawsze miała tic taki. Zawsze pachniała tic tacami i papierosami. Najbardziej lubiła białe.

Przypominam sobie, że firanki na werandzie też pachniały papierosami.

Patrzę na Na Zawsze Tatę i potrząsam pudełkiem. Pokazuję cukierki.

– One są od Glorii – mówię.

Słychać, jak Na Zawsze Tata głośno nabiera powietrza i kiwa głową.

– Tak, prawdopodobnie tak jest.

Potem je bierze, mówiąc, że mogą być brudne, chociaż obiecuję, że nie zjem ani jednego.

– Skąd one się tu wzięły? – pytam.

– No… – zaczyna, ale nie mówi nic więcej.

To znaczy, że Gloria przyjechała do Niebieskiego Domu. Wczoraj. To stąd się wzięły ślady opon. To ona była tą rozgniewaną osobą. Przyjechała, kiedy byłam w szkole. A potem dodała gazu i odjechała. To znaczy, że przyjechała w złe miejsce. I jeszcze to, że nie będę mogła pobiec na parking, żeby zobaczyć, czy Lalka jest w Zielonym Aucie. Nie wrócę też do mieszkania i nie zajrzę do walizki.

Żeby mieć pewność, pytam:

– Czy Gloria przyjechała wczoraj do Niebieskiego Domu?

– Tak – mówi Na Zawsze Tata. – Gloria przyjechała wczoraj do Niebieskiego Domu.

– Czy przywiozła moją Lalkę?

Tata robi dziwną minę.

– Nie, nie przywiozła twojej Lalki. Ginny, wiem, że nie lubisz, gdy o tym mówimy, ale jeśli chcesz, kupimy ci nową lalkę. Chcesz po południu pojechać do sklepu z zabawkami?

– Nie, dziękuję. Nie chcę pojechać do sklepu z zabawkami. – Mówię to moim miłym głosem, chociaż zawsze się wściekam, gdy ktoś mi zadaje to pytanie. – Kiedy ona wróci?

– Nie wróci. Bardzo przestraszyła twoją mamę i urządziła niezłą scenę. Zniszczyła też naszą skrzynkę pocztową.

Nie wiem, co to jest niezła scena, ale wiem, że Gloria wrzeszczy i szaleje, gdy jest wściekła. Rozbija rzeczy i bije.

Patrzę na skrzynkę. Leży na ziemi. Ma wgnieciony bok i otwarte drzwiczki. Jak usta. Nieruchoma.

– Ginny?

Wracam z głębi głowy.

– Co?

– Powiedziałem, że nie wróci. Policja jej powiedziała, że nie może cię odwiedzać.

Jednak ja wiem, że Gloria nigdy nie słucha zakazów policji. Wiem, że chce tu wrócić, a ja muszę jej pomóc. Muszę się dowiedzieć, czy nie jest za późno. Mimo że się boję. Chociaż Gloria jest brutalna i kompletnie nieobliczalna, jak powiedział jeden pracownik opieki społecznej. Muszę się dowiedzieć, co się stało z moją Lalką.

Słyszę, że autobus zbliża się do zakrętu.

– Po szkole możemy jeszcze o tym porozmawiać – mówi Na Zawsze Tata. – Dobrze?

Widzę autobus, więc zaczynam liczyć.

– Ginny?

– Widzę autobus.

– Tak, ja też go widzę. Jeśli zechcesz, porozmawiamy jeszcze po szkole.

Mija trzynaście sekund, zanim autobus zatrzyma się na poboczu. Na Zawsze Tata ściska moje ramię. Nie odskakuję, bo nie przeszkadza mi, że to robi. Kiedyś zapytał, czy może mnie przytulić, ale odparłam, że nie. Wtedy spytał, czy będzie dobrze, jeśli uściśnie mi ramię, a ja powiedziałam, że dobrze. Na Zawsze Mama może mnie przytulić, jeśli wcześniej spyta, ale Na Zawsze Tata jest mężczyzną, więc musi wystarczyć uścisk ramienia.

Mózg mi pracuje za szybko. Obrazy przewijają się w nim tak błyskawicznie, jakby ktoś machał dłońmi przed moją twarzą.

– Ginny? – powtarza Na Zawsze Tata.

– Do widzenia – odpowiadam. A potem wsiadam do autobusu.

GODZ.7:04
PIĄTEK, 10 WRZEŚNIA

Kiedy przyjeżdżam do szkoły, pani Lomos czeka na chodniku. Dziś jej kolczyki wyglądają jak srebrne gruszki.

– Dzień dobry, Ginny – mówi, gdy schodzę z ostatniego stopnia.

– Dzień dobry – odpowiadam. Zawsze trzeba to zrobić, gdy ktoś powiedział ci „dzień dobry”. Czasem dodaję „Jak się dzisiaj masz?”, ale teraz myślę o tym, kiedy będę mogła poprosić Larry’ego, żeby pomógł mi wejść do internetu i powiedzieć Glorii, gdzie mnie znajdzie. Bo nie przyjechała do szkoły, a tak powinna zrobić. Muszę jej pomóc, żeby teraz zrobiła to jak należy. Myślę, że najlepszym miejscem na połączenie się z internetem będzie biblioteka, bo czasami tam w ogóle nie ma nauczycieli.

– Chcę, żebyś poznała panią Wake – odzywa się pani Lomos.

Odrywam wzrok od swoich dłoni i widzę starszą panią, która stoi obok pani Lomos. Nosi okulary i biały sweter. Nie ma jednak koszulki z Michaelem Jacksonem. Uwielbiam Michaela Jacksona, bo w niczym nie przypomina innych mężczyzn. Nie jest duży ani hałaśliwy. Nie jest też przerażający. To najmilsza osoba na świecie. Kiedy słucham jego muzyki, mam wrażenie, że stoję w kręgu ubrana w białe buciki, a gdy się tak czuję, mam ochotę podskoczyć, a potem zrobić piruet, podnieść wysoko ramiona i krzyknąć „oooch!”.

Tyle że mnie jest trudno opowiadać o tym, jak się czuję. Patrice mówi, że to część mojego upośledzenia.

– Pani Wake będzie z tobą chodzić na wszystkie lekcje – informuje mnie pani Lomos.

– Czy pójdzie ze mną do biblioteki? – pytam.

Pani Lomos robi zdziwioną minę.

– Wydaje mi się, Ginny, że twoja klasa nie idzie dzisiaj do biblioteki. Co masz tam do załatwienia?

– W bibliotece są książki – mówię, chociaż są tam również komputery.

– To prawda. Może pani Wake pomoże ci wybrać jakąś książkę.

Pani Wake uśmiecha się do mnie, ale ja nie odpowiadam uśmiechem.

– Witaj, Ginny – mówi. – Cieszę się, że mogę cię poznać.

Na pierwszej lekcji mamy naukę czytania. Pani Wake siedzi obok mnie i próbuje mi pomóc z pytaniami na temat mężczyzny, który nazywa się Nathaniel Hawthorne. Pod koniec drugiej lekcji razem z Larrym, Kaylą Zadambidge i Alison Hill idziemy do sali numer pięć. Kiedy siadam w ławce, pani Wake wreszcie wychodzi, żeby pójść do łazienki. Wtedy mówię:

– Dobra, Larry. Muszę wejść do internetu.

– Tam stoi komputer. – Pokazuje ręką i zaczyna śpiewać, że jeśli potrzebuję komputera, to on tam jest i mogę go sobie wziąć. – A nie będziesz miała przez to kłopotów? – pyta na koniec.

Właśnie chcę powiedzieć, że może za mnie połączyć się z internetem, ale w tym momencie do sali wchodzi pani Dana. Siada za biurkiem i zaczyna tłumaczyć, jak mamy korzystać z dzienniczków. Podejmuję decyzję: na razie nie powiem Larry’emu, że nie wpadnę w kłopoty, jeśli to on połączy się z internetem. Później mu wytłumaczę, że mogę przecież patrzeć ponad jego ramieniem, gdy wejdzie na Facebooka albo stronę Manicoon.com. Niestety pani Dana wciąż gada i gada, a potem wraca pani Wake, więc zatrzymuję mój tajny plan w mózgu i mocno zaciskam usta, żeby nikt go nie zobaczył.

O dziewiątej czterdzieści dwie idę do auli na przerwę. Pani Wake wciąż jest ze mną.

O dziewiątej pięćdziesiąt pięć mam próbę zespołu. Pani Wake idzie razem ze mną.

Kiedy wchodzę do sali muzycznej, siada przy drzwiach, a ja staję na swoim miejscu i biorę flet. Pan Barnes, nauczyciel muzyki, informuje nas, że Koncert Dożynkowy odbędzie się w poniedziałek, osiemnastego października. Mówi, że zagramy dwie piosenki o jesieni, jedną o Halloween i jedną o pełni Księżyca.

O jedenastej trzeba iść na lekcję nauki o społeczeństwie. Pani Wake idzie ze mną korytarzem obok stołówki i szafek. Razem ze mną wchodzi do klasy i siada po mojej lewej stronie.

Upewniam się, że usta mam zamknięte i nikt nie może zobaczyć, co myślę.

Pani Merton, która prowadzi nauki społeczne, pisze coś na tablicy. Robi tak każdego dnia, a my musimy przepisywać te wiadomości do zeszytów.

Spoglądam na panią Wake.

– Nie mam zeszytu – mówię. To prawda, bo nie wzięłam zeszytu do nauk przyrodniczych.

– A gdzie on jest?

– W sali numer pięć.

Pani Wake spogląda na tablicę. Pani Merton napisała już trzy zdania. Wszyscy uczniowie przepisują je do zeszytów.

– Czy naprawdę musisz zapisać te informacje w zeszycie? – upewnia się.

– Tak – odpowiadam.

– Dobrze – mówi. – Wrócę do sali numer pięć, a ty tymczasem zapisuj je na czystej kartce. Wepniemy ją potem do zeszytu. Możesz mi powiedzieć, jakiego koloru jest twój zeszyt?

Zastanawiam się.

– Zielony. Leży na mojej półce.

Pani Wake wychodzi. Kiedy drzwi się za nią zamykają, podnoszę rękę.

– Tak, Ginny? – pyta pani Merton.

– Czy mogę wyjść do toalety?

– Dobrze, ale najpierw wpisz się na listę wychodzących.

Wstaję i przy drzwiach wpisuję się na liście. Potem idę korytarzem w stronę biblioteki. Muszę minąć trzy klasy. Już prawie doszłam, gdy słyszę, jak ktoś mnie woła.

– Ginny?

Odwracam się. To pani Merton.

– Do łazienki dla ósmej klasy trzeba iść w przeciwną stronę – mówi. – Ta przy bibliotece jest dla nauczycieli.

Mam ochotę powiedzieć „cholera!”, ponieważ nie uda mi się dostać do komputera, żeby poczatować z Glorią. Nauczyciele i Na Zawsze Rodzice od czterech lat nie pozwalają mi korzystać z internetu. Najpierw się poddałam. Potem próbowałam uciekać albo szukać w książce telefonicznej, ale nic z tego nie wyszło. Muszę stać się spryciarą i zrobić coś, żeby mi się udało. Jestem taka wściekła, że mam ochotę krzyczeć.

Nie robię tego jednak, tylko zawracam i idę w drugą stronę. Mijam panią Merton, a potem panią Wake, która wychodzi z sali numer pięć.

– Dokąd idziesz, Ginny? – pyta.

– Pani Merton powiedziała, że mogę iść do toalety.

– Dobrze – mówi. – Idź szybko, żeby zdążyć jeszcze na lekcję. Aha, znalazłam twój zeszyt. – Podnosi go, żebym mogła zobaczyć. – Ale tu są tylko notatki z zajęć przyrodniczych. Tamtego poszukamy w twoim plecaku.

Tytuł oryginału: The Original Ginny Moon

Pierwsze wydanie: Park Row Books. Ontario, Kanada 2017

Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Anna Lipska

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

© 2017 by Benjamin Ludwig LLC

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o.Warszawa, 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC.

Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce: @ Krasimira Petrova Shishkova/Trevillion Images. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-276-2617-2

Konwersja do formatu EPUB:
Legimi Sp. z o.o.