Strona główna » Poradniki » Pułapka Gender

Pułapka Gender

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7595-815-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Pułapka Gender

Podobno wszyscy mają już dość sporu o gender. Tak przynajmniej twierdzą media i propagatorzy tej nieznoszącej sprzeciwu ideologii. Czy w świecie gender rzeczywiście jest jakiś postęp? Czy jest w nim jakakolwiek przyszłość? Próbuje nam się wmówić, że obyczajowe zmiany, których jesteśmy świadkami, to spontaniczny powiew ducha nowego pokolenia, które prze ku wolności.

Autorka publikacji podjęła się próby nakreślenia wielowymiarowej strategii ideologii gender, wierząc że pozwoli to uświadomić Czytelnikom, o co toczy się cała walka i co możemy w niej stracić. Argumentując swoje rozważania twierdzi, iż wciąż mamy szansę zatrzymać tę ideologiczną falę, jeśli tylko zrozumiemy, że stoimy w obliczu cywilizacyjnej wojny.

Amerykański analityk rewolucji kulturowej Michael Jones zdecydowanie przestrzega Polaków przed genderową pułapką, w której pogrąża się Zachód. Zaleca, by uważnie przyjrzeć się politykom i organizacjom dążącym do zliberalizowania prawa
na rzecz homoseksualistów i wprowadzenia edukacji seksualnej do szkół.
W sporze o gender nie chodzi więc o równy podział obowiązków domowych czy parytetowe zatrudnienie kobiet. Chodzi o fundament naszej tożsamości, o to, kim będziemy, jaką przyszłość zgotujemy naszym dzieciom.

Metaforycznie podsumowując: Czy przetrwamy jako pokolenie orłów, zdolne do szybowania w przestrzeniach wolności, czy przytłoczeni własną niemocą damy sobie zalać skrzydła betonem i karleć. Dopóki nie pozwolimy zestrzelić olbrzyma, dopóki będziemy się karmić dziejową mądrością, dopóki nie pozwolimy się uśpić w rozpoznawaniu intencji wroga i podejmowaniu odpowiednich działań, dopóty trwamy. Jeśli będziemy mieć „serce orle”, „wzrok orli” i zahartowanego ducha, Polska pozostanie „gniazdem orłów”.

Marzena Nykiel - publicystka tygodnika „wSieci”, portalu wPolityce.pl,”Głosu Katolickiego”, wcześniej „Uważam Rze”. Nagrodzona Tulipanami Narodowego Dnia Życia  za rzetelne przedstawianie szeroko rozumianej problematyki rodzinnej.
Była wydawcą audycji publicystycznych i informacyjnych, producentem programów telewizyjnych i kierownikiem produkcji filmowej. Absolwentka filozofii i dziennikarstwa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Studiowała produkcję filmową w Łódzkiej Szkole Filmowej.

Polecane książki

Z ebooka dowiesz się między innymi: 1. Jakie przestępstwa spowodują utratę dobrej reputacji 2. Czy będzie chodziło tylko o przestępstwa umyślne 3. Co nie będzie miało znaczenia dla GITD 4. Co się stanie, gdy zlekceważymy ostrzeżenie 5. Co grozi za naruszenie przepisów dotyczących świadectw kierowców...
Nasze ciało to nie tylko skóra czy mięśnie, to także historie przez nas przeżyte, źródło energii życiowej, nasza chluba lub strapienie. Jak je traktować, by stało się naszym prawdziwym przyjacielem? Nasze ciało to nie tylko narządy wewnętrzne, skóra, kości, mięśnie. To także historie naszego życia,...
Niniejsza książka, wydana w serii tłumaczeń polskich ustaw na język angielski, niemiecki i francuski, zawiera angielskie tłumaczenie Kodeksu spółek handlowych. Publikowane obecnie ósme wydanie tłumaczenia uwzględnia ostatnia nowelizacji Kodeksu, która obowiązuje od 13 lipca 2017 roku.This book, publ...
W recepcji nikogo. Nie przeszedł żaden turysta. Wszyscy gdzieś zniknęli. Krzysztof siedział na krzesełku. W drzwiach wejściowych, zabierając blaski słońca, długim cieniem do stóp padała mu drobna postać. To wszystko przez tę postać, to wszystko dla niej. I dzięki niej. – Jeden pokój mniej, Klaro… – ...
Legenda Ślęzej Góry - jest to pisownia oryginalna. Komiks znanego polskiego rysownika, Józefa Bendziechy ilustruje opowieść Stanisława Wasylewskiego "Legenda Ślęzej Góry - ze zbioru Legendy i baśnie śląskie (wybór)"....
Weronika – spokojna nauczycielka historii pod wpływem chwili decyduje się przylecieć do Stambułu.  Metropolia, położona na dwóch kontynentach, kusi ją nie tylko swymi tajemnicami, ale przede wszystkim osobą Hürrem, znanej z opowieści matki. W mieście, w którym historia miesza się z teraźniejszoś...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Marzena Nykiel

Strona redakcyjna

Korekta

Anna Wolf

Projekt graficzny, okładka i ilustracje

Anna Bar

© Copyright by Marzena Nykiel

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2014

ISBN 978-83-7595-815-7

Wydawnictwo M

31-002 Kraków, ul. Kanonicza 1]

tel. 12-431-25-50, fax 12-431-25-75

e-mail:wydawnictwom@wydawnictwom.pl

www.wydawnictwom.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Mendezowi Maerpiulli…

Musicie mieć w
sobie coś z orłów!

— serce orle i wzrok orli
ku przyszłości.

Musicie ducha hartować i
wznosić,

aby móc jak orły

przelatywać nad graniami.

w przyszłość naszej Ojczyzny.

Będziecie wtedy mogli jak
orły

przebić się przez wszystkie

dziejowe przełomy, wichry i
burze,

nie dając się spętać żadną
niewolą.

Pamiętajcie, orły to wolne
ptaki,

bo szybują wysoko.

Pamiętajcie, że i Wy
jesteście z pokolenia orłów.

Niech to będzie dla was
znakiem,

programem i ukazaniem
drogi…

„Wylęgajcie się” wszyscy na
ziemi polskiej,

która jest „gniazdem orłów”
dla przyszłych pokoleń.

Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński

Uroczystości Milenijne Polski, Gniezno 1966

NA ZACHĘTĘ…

Podobno wszyscy mają już dość sporu o gender. Tak
przynajmniej twierdzą mainstreamowe media i krzewiciele tej nieznoszącej
sprzeciwu ideologii. Trudno jednak uwierzyć, że Polacy, którzy mężnie
stawili czoła najokrutniejszym totalitaryzmom, nagle z własnej woli, bez
najmniejszego sprzeciwu, pozwoliliby sobie założyć dyktatorski kaganiec
pseudowolności. Jeśli pozwalają, to z jednej prostej przyczyny — ktoś im
wmówił, że to maska tlenowa, bez której nie zrobią kroku ku lepszej
przyszłości. Czy w świecie gender rzeczywiście jest jakiś postęp? Czy jest
w nim jakakolwiek przyszłość? Postęp to rozwój, którego próżno szukać w
odgrzanych marksistowskich zrazach. Podane z postmodernistycznym sosem
pseudowartości z pewnością doprowadzą do obyczajowej biegunki. Doświadczył
tego cały rozchorowany Zachód. Jako ostatni goście, patrząc na konwulsje
poprzedników, mamy jeszcze czas na odejście od stołu.

Od lat ktoś próbuje nam wmówić, że obyczajowe zmiany,
których jesteśmy świadkami, to spontaniczny powiew ducha nowego pokolenia,
które prze ku wolności. Tyle że ani to nowe, ani wolne, ani tym bardziej
spontaniczne. Każdy ruch został precyzyjnie zaplanowany i rozpisany ponad
sto lat temu. Pajęczyna została gęsto rozciągnięta, spowijając cały glob.
Z czasem recepturę uaktualniono, a międzynarodowe instytucje i
organizacje, których nikt nigdy nie wybrał, zaczęły narzucać swoje
zdeprawowane prawa narodom. Działania obliczone na dziesiątki lat
konsekwentnie postępują, wykorzystując bogatą orkiestrę instrumentów
politycznych i ekonomicznych. Zarzucone radośnie na szyje narodów girlandy
kwiatów coraz ciaśniej zaciskają się w niewygodną pętlę. Pomoc humanitarna
staje się przedmiotem szantażu moralnego. Ktokolwiek chce skorzystać z
finansowej pomocy światowych organizacji, zmuszany jest do wyparcia się
tożsamości. Nowa lewica rozjeżdża swoim walcem najbardziej dziewicze
zakątki świata i ludzkiej moralności. Każe zapomnieć o przeszłości, zerwać
z tradycją, wyrzec się przynależności do narodu i Kościoła, a na koniec
porzucić własny kawałek ziemi.

Bernard z Chartres mówił, że jesteśmy karłami, którzy
wspięli się na barki olbrzymów. Dzięki temu widzimy więcej i dalej niż
oni, ale nie z powodu lepszego wzroku czy wzrostu, lecz dlatego, że to oni
podnoszą nas w górę o całą swoją gigantyczną wysokość. Jeśli karzeł
zestrzeli olbrzyma, zaprze się dziejowego dorobku cywilizacji, na zawsze
pozostanie tylko ślepym karłem. Dokąd poprowadzi innych? Odpowiedź
przekracza wyobrażenia. Nie wszystkie szokujące fakty zmieściły się w tej
książce. Mam jednak nadzieję, że próba nakreślenia wielowymiarowej
strategii ideologii gender pozwoli uświadomić czytelnikom, o co toczy się
cała walka i co możemy w niej stracić. Kilka lat temu, piórem Magdaleny
Środy, został wytyczony Polsce kierunek zmian. „Społeczność przyszłości to
społeczność otwarta (a nie konglomerat narodów), to społeczność
spluralizowana (a nie homogeniczna), multikulturowa (a nie monokulturowa),
zindywidualizowana (a nie rodzinocentryczna), laicka (a nie
fundamentalistyczna) oraz egalitarna (a nie hierarchiczna). I szkoła
powinna przygotowywać do bycia członkiem takiej właśnie społeczności”.
Pierwsze efekty zaczynają być widoczne już dzisiaj. Wciąż jednak mamy
szansę zatrzymać tę ideologiczną falę, jeśli tylko zrozumiemy, że stoimy w
obliczu cywilizacyjnej wojny.

Czerwona dyktatura przebrała się w tęczowe wdzianko i
ze śliskim uśmiechem przekonuje do przyjęcia wiary w równość. Głoszone przez nią hasła brzmią jak współczesna
pochwała Ewangelii. Sprawiedliwość, wolność, godność, tolerancja, ochrona
zdrowia — czemu się tu przeciwstawiać? Nie pojmiemy, dopóki nie dotrzemy
do znaczeń, metod i prawdziwych celów. Trzeba zmyć makijaż i wystawić
skarlałe twarze na słońce. Wtedy wszystko okaże się jasne. Amerykański
analityk rewolucji kulturowej Michael Jones zdecydowanie przestrzega
Polaków przed genderową pułapką, w której przepadł Zachód. Zaleca, by
uważnie przyjrzeć się politykom i organizacjom dążącym do zliberalizowania
prawa na rzecz homoseksualistów i wprowadzenia edukacji seksualnej do
szkół. „Ci ludzie nie pracują dla interesów państwa polskiego, ale dla
tych, którzy im płacą. Dla kogo pracują organizacje pozarządowe i ci,
którzy nas reprezentują? Albo eksperci z Zachodu, którzy radzą, jak żyć?
Polacy dobrze wiedzą, jak żyć. To o wiele bardziej tradycyjne
społeczeństwo niż jakiekolwiek na Zachodzie. Jeśli więc ktokolwiek tutaj
przychodzi i wam radzi, kieruje się celem skolonizowania umysłów poprzez
ekspertów, ideologów gender, import pornografii, poprzez te wszystkie
elementy, które mają na celu zniewolenie”.

W sporze o gender nie chodzi więc o równy podział
obowiązków domowych czy parytetowe zatrudnienie kobiet. Sprowadzenie tej
dyskusji do poziomu banalnego kamuflażu jest fałszem i manipulacją. Tu
chodzi o fundament naszej tożsamości, o to, kim będziemy. Czy przetrwamy
jako pokolenie orłów, zdolne do szybowania w przestrzeniach wolności, czy
przytłoczeni własną niemocą damy sobie zalać skrzydła betonem i karleć.
Dopóki nie pozwolimy zestrzelić olbrzyma, dopóki będziemy się karmić
dziejową mądrością, dopóki nie pozwolimy się uśpić w rozpoznawaniu
intencji wroga i podejmowaniu odpowiednich działań, dopóty trwamy. Jeśli
będziemy mieć „serce orle”, „wzrok orli” i zahartowanego ducha, Polska
pozostanie „gniazdem orłów”.

Marzena Nykiel

Rozdział I. PLAN DEMOGRAFICZNEJ ZAPAŚCI

ROZDZIAŁ I

PLAN DEMOGRAFICZNEJ ZAPAŚCI

Nie uwalniaj wielbłąda od ciężaru garbu, jeśli nie
chcesz go uwolnić od bycia wielbłądem.

Nie stąpaj po tym padole w roli demagoga, który
zachęca trójkąty, by wyrwały się z więzienia trójboczności.

Jeśli trójkąt wyrwie się z więzienia trójboczności,
jego żywot dobiegnie końca.

Gilbert Keith Chesterton

Dla ponad 90 proc. Polaków rodzina jest fundamentem i
źródłem szczęścia. Tak mówią badania. Tyle tylko, że coraz mniej z nas ma
odwagę po to szczęście sięgnąć. Dane Głównego Urzędu Statystycznego
zaczynają przypominać demograficzny wyrok śmierci. Już w roku 2010
eksperci alarmowali, że liczba nowożeńców spada i wynosi niecałe 230 tys.
Dwa lata później pobrało się już jedynie niespełna 204 tys. par[1].
Okazuje się też, że decyzja o małżeństwie coraz częściej odsuwana jest w
czasie, wskutek czego statystyczni nowożeńcy mają 28 lat. Z trwałością
małżeństw też nie jest najlepiej. Mimo to liczba rozwodów od lat utrzymuje
się na podobnym poziomie — ok. 64 tys. Mamy w Polsce 7 mln singli, a
prognozy mówią, że w roku 2035 będzie ich aż 10 mln. Dodatkowo masowo
emigrujemy, coraz częściej na stałe. Ojczyznę opuściło już ponad 2,5 mln
Polaków.

Od kilku lat demografowie biją na alarm. Rodziny nie
są wspierane przez państwo, rodzicielstwo przestało być już życiowym
wyzwaniem, a Polska coraz bardziej się kurczy. Współczynnik dzietności
wyniósł w roku 2013 niecałe 1,32. Zajęliśmy tym samym przedostatnie
miejsce w Unii Europejskiej. W ogólnopolskiej klasyfikacji The World
Factbook[2],
obejmującej 224 kraje świata, udało nam się wskoczyć na pozycję 213. Co to
oznacza? Aby zapewnić prostą zastępowalność pokoleń, kobieta powinna
urodzić 2,15 dzieci. Polska wymiera, i to w sensie dosłownym. Przewaga
zgonów nad urodzeniami w roku 2013 była największa w całej naszej
powojennej historii. Wielu młodych ludzi powie, że to problem
abstrakcyjny, że zupełnie ich nie dotyczy. Do czasu. Brak równowagi
pokoleniowej dotknie nas lada moment niezwykle boleśnie. System
ubezpieczeń ulegnie załamaniu, służba zdrowia stanie się jeszcze bardziej
niewydolna, a działania rynkowe zostaną poważnie zablokowane. Zdaniem
ekspertów to właśnie sytuacja demograficzna może być główną barierą
rozwojową Polski w XXI w. Wszystko wskazuje na to, że w ciągu
nadchodzących 20 lat staniemy się najstarszym społeczeństwem
rozemigrowanej Europy, a za lat 30, biorąc pod uwagę tendencje migracyjne,
może nas być w kraju mniej niż 30 mln. Przypadek czy skutek przemyślanej
strategii? Niestety nawet pobieżna analiza faktów dowodzi, że o
przypadkach nie może być tutaj mowy.

1 PROGRAMOWA REDUKCJA LUDNOŚCI

Bardzo ciekawie jawi się w tym kontekście stanowisko
Klubu Rzymskiego, tajemniczego międzynarodowego think-tanku[3], od
roku 1968 zrzeszającego naukowców, polityków i biznesmenów pochłoniętych
„globalnymi problemami świata”. Po pięciu latach nieoficjalnej
działalności klub zarejestrował się jako organizacja międzynarodowa w
Genewie. W latach 80. szeroko współpracował z ZSRR i innymi krajami
socjalistycznymi. To właśnie ta organizacja stoi za skompromitowaną dziś,
ale obowiązującą wszystkie kraje świata, problematyką globalnego
ocieplenia i nakazu redukcji CO2. Ten ekologiczny mózg
zachodnich ruchów chroniących środowisko wydał w roku 1972 raport „Granice
wzrostu”, zawierający analizę przyszłości ludzkości wobec wzrostu
populacji i wyczerpujących się zasobów naturalnych. Ogłosił w nim, że
jeśli nie powstrzymamy przyrostu demograficznego na Ziemi, niechybnie
padniemy ofiarami „końca świata spowodowanego śmiercią głodową ludzkości”[4].
Strategia została obmyślona bardzo precyzyjnie. O tym, jak powinna się do
niej ustosunkować Polska, pouczył nas osobiście jeden z jej twórców.

W grudniu 1974 roku w Jabłonnie pod Warszawą odbyło
się międzynarodowe seminarium na temat kierunków modelowania
matematycznego społeczeństw. Na konferencję, zorganizowaną pod patronatem
UNESCO przez Ministerstwo Nauki oraz Instytut Organizacji i Kierowania
PAN, przybył jeden z autorów raportu Dennis L. Meadows. Siejąc grozę w
kwestii przeciążenia Ziemi nadmiarem ludności, przestrzegł nas, żebyśmy
zmniejszyli liczbę obywateli. „Jeżeli chodzi o Polskę, to sądzę, że macie
zbyt duży przyrost ludności. 15 mln ludności gwarantowałoby równowagę” —
powiedział w rozmowie z Andrzejem Bonarskim na łamach warszawskiej
„Kultury”[5].
Lektura wywiadu nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z chorym
snem szaleńców. Snem, który niestety został uznany za naukową wykładnię.
Na dowód fragment rozmowy opublikowanej w styczniu 1975 roku:

Bonarski: Jak pan sobie
wyobraża drastyczne zahamowanie rozrodczości?

Meadows: Państwo o ustroju socjalistycznym ma w tej
mierze szczególne możliwości. Aparat administracyjny i społeczny może
stworzyć warunki przeciwdziałające nadmiernemu przyrostowi ludności.

Bonarski: Czy nie wydaje się
panu, że każda rodzina może chcieć kiedyś mieć dzieci i ma do tego prawo?

Meadows: Absurd.

Bonarski: Nie sądzę, by dało
się tak całkowicie lekceważyć tradycję i biologię.

Meadows: Łatwo ją zmienić.

Bonarski: A więc odmawia pan
ludziom prawa wolności posiadania potomstwa.

Meadows: Sądzę, że społeczeństwo — zwłaszcza wasze
— winno rządzić się logiką. Społeczeństwo winno mieć wpływ na siebie samo.
Choćby przez podatki, poprzez utrudnianie nadmiernego wzrostu ludności
środkami administracyjnymi. Można stworzyć całą politykę sterującą
rozrodczością.

Dziś, równo 40 lat później, widzimy doskonale, co miał
na myśli Meadows, odgrzewając stare teorie Thomasa Malthusa (1766-1834),
anglikańskiego pastora i ekonomisty, który w „Eseju o populacji” usiłował
wyjaśnić bezrobocie i nędzę nie przyczynami społecznymi, lecz zbyt szybkim
przyrostem ludności. Uznał, że jedynym sposobem na uniknięcie nędzy mas
jest zmniejszenie populacji, w związku z czym naturalna selekcja w postaci
epidemii, wojen czy klęsk żywiołowych była rzeczą zbawienną. Zalecał
jednak planowe zmniejszenie liczby urodzeń, zwłaszcza wśród ludzi słabych,
chorych i biednych, co podchwycili ochoczo jego następcy. Pomysł ten ma
swoje głębokie odzwierciedlenie w strategii realizowanej przez ideologię
gender. Mówienie o równouprawnieniu kobiet, o ich zapanowaniu nad
naturalnymi siłami macierzyństwa poprzez antykoncepcję i aborcję to główna
oś działania międzynarodowych struktur stawiających ograniczenie
dzietności w kategorii zdrowia reprodukcyjnego.

Tak oto konieczność depopulacji globu, w imię ochrony
przyrody zagrożonej nadmierną liczbą ludzi, została wpisana w założenia
projektu globalistycznego. Jak go zrealizować? Poprzez proste rozerwanie
związku pomiędzy aktem seksualnym a płodnością. Mają temu służyć:
lansowanie wynaturzonej idei wolnego seksu oraz promocja antykoncepcji,
aborcji czy sterylizacji. Globalistyczne programy antypłodnościowe są
opracowywane przez ogólnoświatowe gremia i organizacje międzynarodowe,
następnie zaszczepiane w umysłach całych społeczeństw za pomocą
pozarządowych aktywistów lub lobbystów, karmiących ślepe masy pieśnią o
prawach reprodukcyjnych, wyzwoleniu kobiet czy walce z HIV/AIDS. Do czego
prowadzą? Ostatecznie do rozstrzygnięć eugenicznych, do eliminowania
urodzeń ludzi chorych i biednych, do ograniczania podstawowych praw osób,
które są zbyt słabe, by mogły się obronić same. Wszystko to właśnie w imię
„praw człowieka”. W 1994 roku, podczas światowego kongresu demograficznego
w Kairze, pojawił się projekt ustanowienia limitów ludnościowych dla
poszczególnych krajów. Pomysł obejmował też powołanie światowej policji
populacyjnej, która kontrolowałaby państwa w zakresie przestrzegania
narzuconych norm. Skrajnie wynaturzony projekt udało się zatrzymać dzięki
ogromnemu wysiłkowi Stolicy Apostolskiej i osobistemu zaangażowaniu św.
Jana Pawła II. Nie udało się jednak trwale udaremnić chorej kreacji
szaleńców, za którymi stoi potężny biznes antykoncepcyjny. Celem kairskiej
Konferencji w sprawie Populacji była powszechna dostępność antykoncepcji
rozplanowana do roku 2015. Dziś idziemy znacznie dalej. Takich planów,
jakie układano na ostatnim — londyńskim — szczycie populacyjnym, dotąd w
historii ludzkości nie było.

2 LIMIT URODZEŃ 2020

W lipcu 2012 roku, z inicjatywy rządu brytyjskiego
oraz Fundacji Billa i Melindy Gatesów, odbył się w Londynie Szczyt
Planowania Rodziny. Na obrady zjechało 150 globalnych liderów agendy
zdrowia i praw seksualno-reprodukcyjnych, która zrzesza przedstawicieli
rządowych, sponsorów, organizacje społeczne i wyznaniowe, ośrodki badawcze
oraz przedsiębiorców. Dla podniesienia rangi wydarzenia nazwano je
szczytem, by kojarzyło się ze zgromadzeniem głów państw. Co postanowiono?
Wszczęcie „globalnego ruchu”, dzięki któremu 120 mln kobiet w wieku
reprodukcyjnym (15-49 lat) w 69 najbiedniejszych krajach świata uzyska
„dostęp do nowoczesnych metod informacji, usług i dostaw antykoncepcyjnych
do 2020 roku”. Operacja ma pochłonąć prawie 4,5 mld dolarów w ciągu ośmiu
lat. Drugim celem, jaki wyznaczono, jest utrzymanie zaopatrzenia dla 260
mln kobiet w 69 krajach, stosujących dziś nowoczesną antykoncepcję.
Realizacja tego zadania będzie z kolei kosztować 10 mld dolarów.

Jak widać, plan jest prosty. W ciągu ośmiu lat trzeba
zapędzić do antykoncepcyjnego kieratu 380 mln kobiet w 69 krajach świata.
Wszystko to dla ich dobra i w imię ich osobistej wolności. Skąd wiadomo,
że miałyby być tym w ogóle zainteresowane? O to zadbali już eksperci
Instytutu Guttmachera i UNFPA[6], którzy w swoim demagogicznym raporcie,
stanowiącym podstawę merytoryczną szczytu, przedstawili prognozy kobiecych
potrzeb. Dokument zakłada, że zdecydowana większość pań na
świecie jest aktywna seksualnie, ale chce ograniczyć liczbę dzieci. Należy
więc wyjść im naprzeciw z tzw. opieką antykoncepcyjną, która według
wyliczeń autorów raportu w samym roku 2012 miała kosztować 4 mld dolarów w
świecie rozwijającym się. Z kolei „pełne zaspokojenie istniejącej potrzeby
metod antykoncepcyjnych wśród wszystkich kobiet w świecie rozwijającym
się” będzie kosztować rocznie ponad 8 mld dolarów[7].

Skąd ta skrajna determinacja ubrana w mętną nowomowę
„zdrowia reprodukcyjnego” i argumentację „naglącej potrzeby”? Raport UNFPA
głosi wręcz, że w ciągu najbliższych 15 lat popyt na antykoncepcję
powinien wzrosnąć o 40 proc.[8] Mówi też o „kryzysie antykoncepcji”, który
diametralnie wzrośnie, „gdy największa rzesza młodzieży, jaką widział
świat, ok. 1,5 mld młodych ludzi, stanie się seksualnie aktywna”[9]. Jak
to wyliczono? Przyjęto, że wszyscy młodzi ludzie wkraczający w wiek
rozrodczy będą współżyć. Dla autorów raportu nie mają znaczenia ich
przekonania religijne, etyczne czy stan cywilny. Nikogo nie stać tu
przecież na personalistyczną fantazję. Zamiast wsłuchać się w realne
potrzeby rynku, które najwyraźniej nie spełniają oczekiwań
międzynarodowych struktur genderowych, kreuje się sztuczne potrzeby na
drodze rewolucji seksualnej. Uczestnicy szczytu podjęli oficjalne decyzje
o „zwiększonym zaangażowaniu finansowym rządów i innych uczestników, a
także zmianach wielu praw, polityk oraz czynników związanych z usługami i
zasadami, które znacznie utrudniają możliwość korzystania z usług
antykoncepcyjnych”. Widzimy więc, że walka z przekonaniami religijnymi,
normami etycznymi, uwarunkowaniami kulturowymi czy tradycją, które
poszczególne państwa chciałyby w swojej suwerenności zachowywać, nie ma
dla międzynarodowego gremium najmniejszego znaczenia. Liczą się
wielopiętrowe, globalne interesy zbudowane na krwiopijczym wykorzystaniu
ludzkiej płodności.

W świadomości każdego człowieka, już od pierwszych lat
jego życia, ma zostać wyryte proste skojarzenie każdego aktu seksualnego z
konkretnym towarem: pigułką antykoncepcyjną, prezerwatywą, środkami
wczesnoporonnymi czy aborcją. Niezależnie rozwija się potężny przemysł
gadżetów seksualnych, niezbędnych do pełnego wyrażenia orientacji
płciowej. Genderowy walec toczy się swoimi grubymi miliardami po
najwrażliwszej sferze ludzkiego życia, niszcząc bezpowrotnie całe duchowe
i kulturowe dziedzictwo przeszłości. Dziedzictwo stojące na przeszkodzie
realizacji karłowatego planu uwiązania człowieka na łańcuchu jego
popędowości.

3 ANTYGENDEROWE GENDER

Jak podkreśla Marguerite A. Peeters (dyrektor
Instytutu na rzecz Dynamiki Dialogu Międzykulturowego w Brukseli, która od
lat demaskuje zakusy ideologii gender), zawiązane w Londynie „wielostronne
partnerstwo” to forma politycznego przywództwa. „To klika. Brak
demokratycznej i ideowej opozycji w tej koalicji oraz władza polityczna i
finansowa posiadana przez partnerów w globalnym zarządzaniu pozwalają im
na realizację własnych celów bez zahamowań. Koalicja jest blokiem, dobrze
strzeżoną fortecą. Grupuje najbardziej wpływowe czynniki świata:
społeczeństwa zachodnie, którym przewodzą Wielka Brytania, USA i kraje
skandynawskie, potęgę pieniądza (z Billem i Melindą Gatesami) i
najbardziej wpływowe federacje organizacji pozarządowych (IPPF, Marie
Stopes International)”[10]. Peeters przestrzega przy tym, że pod
pretekstem zdrowia reprodukcyjnego, od czasu Kairu realizowane są cele
politycznej rewolucji globalistów. „Według IIS[11] Szczyt Londyński
pokazuje, jak przywództwo polityczne najwyższego szczebla odeszło od
tradycyjnego, demokratycznego procesu, w którym ludzie zakorzenieni we
właściwej sobie kulturze decydują, kim chcą być i jak chcą być rządzeni.
Przywództwo to dostało się w ręce kliki »globalnych« graczy nazywających
siebie »globalną społecznością«, którzy faktycznie dzierżą wodze
globalnego zarządzania i rządzą światem, podczas gdy zwykli ludzie już
najwyraźniej nie mają w tym udziału”[12].

Szczyt Londyński został okrzyknięty bezprecedensowym i
przełomowym. Premier Wielkiej Brytanii David Cameron stwierdził w swoim
przemówieniu, że to „początek znacznie większej batalii, która zdefiniuje
nasze stulecie: walki o uprawnienie i równość kobiet”. Zdaniem Peeters
„takiej mobilizacji zobowiązań politycznych, finansowych, towarowych i
usługowych na poziomie globalnym” nie było od czasu Kairu[13].
Uczestnicy tego nowego „globalnego ruchu” podkreślali, że chodzi im „o coś
więcej niż nowe pieniądze”. Akcentował to także Cameron, twierdząc wprost,
że antykoncepcja jest kluczem do demokracji. Otwierając szczyt, ogłosił z
dumą, że Wielka Brytania wyda „ponad 500 mln funtów do roku 2020,
podwajając roczne inwestycje w planowanie rodziny”. Kreśląc cele
strategiczne szczytu, nie unikał skrajnie propagandowej argumentacji. Jak
się dowiedzieliśmy, dzięki Szczytowi Londyńskiemu „w ciągu najbliższych
ośmiu lat będziemy zapobiegać niechcianej ciąży co dwie sekundy, i 212
tys. kobiet oraz dziewcząt nie umrze podczas ciąży i porodu”. Oznacza to,
że szczyt „zapobiegnie śmierci 3 mln dzieci w pierwszym roku życia, dając
120 mln kobiet i dziewcząt w najbiedniejszych krajach po raz pierwszy
szansę na dostęp do taniej, ratującej życie antykoncepcji”.

Za „pomocową” i rzekomo „prozdrowotną” propagandą
kryje się najzwyklejszy, wyrachowany pragmatyzm. Cameron, powołując się na
doświadczenia Azji, gdzie — jak twierdzi — „redukcja dzietności zapewniła
ponad 2/5 wzrostu PKB na głowę mieszkańca w latach 1970-2000”,
przekonywał, iż „każdy dolar zainwestowany w usługi planowania rodziny
zaoszczędził 6 dolarów w wydatkach na zdrowie, dom, wodę i inne usługi
publiczne”.Podążając za tą falą argumentacyjną, stwierdził, że
„zapewnienie dziewczętom tylko jednego dodatkowego roku szkolnego może
podwyższyć ich płace aż o 20 proc.”. Wydawałoby się, że najrozsądniejszym
antidotum na problemy niechcianych ciąż jest wprowadzenie takiej formy
wychowania, która opóźni inicjację seksualną młodych ludzi. Tyle że to
rozwiązanie niedochodowe i sprzeczne z ekonomiczną strategią
międzynarodowej „kliki”. Jej celem jest jak najszybsze związanie młodych
ludzi z całym pakietem usług, które przez kilkadziesiąt lat będą napędzać
rynek.

Trudno o bardziej jednoznaczne unaocznienie paradoksu
ideologii gender. Skoro celem genderystów jest zapewnienie kobietom
lepszej pozycji na rynku pracy, a premier Cameron obliczył, że każdy
dodatkowy rok spędzony w szkole może podwyższyć ich wynagrodzenie o 20
proc., dlaczego w imię ich lepszego startu zawodowego, zdobycia
gruntownego wykształcenia i kompetencji nie promować stylu życia, który
realnie temu sprzyja? Dlaczego w imię walki o równe szanse na rynku pracy
nie są rozwijane programy zachęcające młodych do zajmowania się nauką i
zdobywania wiedzy w czasie, w którym ich umysły są najbardziej chłonne i
kreatywne? Dlaczego zamiast rozbudzać w nich głód poznawania świata,
pomagać w budowaniu zdrowych relacji rówieśniczych, uczących niezbędnej
przecież w życiu zawodowym pracy zespołowej, koncentruje się ich uwagę na
popędowości? Czyżby wykorzystanie okresu dojrzewania do uzależniania
człowieka od nieuporządkowanej sfery seksualnej nie było antygenderowe?
Nie dość przecież, że osłabia zdolność przyswajania wiedzy i zdobywania
rzetelnego wykształcenia, czym z gruntu zmniejsza szanse na rynku pracy,
to jeszcze wypracowuje postawę, w której wyniku upopędowiony człowiek
będzie wykorzystywał drugiego do osiągnięcia egoistycznej przyjemności.
Ofiarami rozwibrowanej seksualności mężczyzn padną głównie kobiety i
dzieci. Jak widać, genderowe paradoksy zaczynają się już w punkcie
wyjścia.

4 BEZPŁODNOŚĆ W OPAKOWANIU ZASTĘPCZYM

Promowana przez ONZ i jej międzynarodowe agendy
koncepcja „zdrowia reprodukcyjnego” traktuje seksualność skrajnie
prymitywnie. Sprowadza ją do instynktu, który należy zaspokajać bez
ograniczeń, byle tylko uniknąć ciąży i zarażenia HIV/AIDS. Jeśli zostaną
spełnione te dwa warunki, a akt seksualny odbędzie się za zgodą obu stron,
wiek, płeć ani konfiguracja nie mają większego znaczenia. Deklaracja Praw
Seksualnych wydana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) w 2002 roku
mówi wyraźnie, że każdy człowiek ma „prawo do spełniania swoich potrzeb
seksualnych”, do „przyjemności seksualnej” i do „wyczerpującej edukacji
seksualnej”, która „jest procesem trwającym od momentu narodzin przez całe
życie, i powinny być w nią zaangażowane wszystkie instytucje społeczne”.
Pod pojęciem „edukacji” mieści się oczywiście wieloletnie zapoznawanie z
technikami antykoncepcyjnymi i wpajanie przekonania, że płodność jest
czymś innym niż seks. Na to, jak bardzo te dwie płaszczyzny są ze sobą
sprzężone, celnie zwraca uwagę ks. prof. Tadeusz Styczeń, wyjaśniając
pojęcie antykoncepcji: „Trzeba aż PRZECIW-działać, by dobrowolnie podjęte
działanie nie było tym, czym jest! Nazwa »anti-baby-pille« mówi o tym bez
ogródek z rozbrajającą otwartością. Jakże więc można — powołując się na
rzekomą troskę o człowieka — twierdzić, że chodzi tu o podporządkowanie
człowiekowi jedynie biologii, skoro w rzeczywistości chodzi o
podporządkowanie człowiekowi człowieka, a nawetBoga?”[14]. Najwyraźniej takie rozumienie problemu
antykoncepcji przerasta zdolności percepcyjne kreatorów skarłowaciałego
świata. Dlaczego jednak, w ramach edukacji seksualnej, nie przedstawiają
całej prawdy o konsekwencjach zdrowotnych przedwczesnego rozpoczęcia
inicjacji seksualnej i stosowania środków antykoncepcyjnych?

* Dziewictwo immunologiczne

O tej sprawie nie mówi się prawie wcale. Przedwczesne
rozpoczęcie współżycia naraża kobiety na bezpłodność. Dowiódł tego już w
1993 roku prof. Lars Weström z Oddziału Położnictwa i Ginekologii Kliniki
Uniwersyteckiej w Lund (Szwecja). Na trop tej prawidłowości wpadł przy
okazji szukania przyczyn pojawiających się lawinowo nowych, nieznanych
wcześniej zakażeń wywołanych drobnoustrojem Chlamydia czy wirusem
brodawczaka (Papilloma). Epidemiczne wręcz zachorowania występowały u
aktywnych seksualnie nastolatek. Badania wykazały, że co ósma ze
współżyjących 15-latek chorowała na zapalenie jajowodów. Z kolei u
20-latek, które dopiero niedawno podjęły aktywność seksualną, proporcje te
wynosiły 1:50.

W wyniku szczegółowych analiz prof. Weström
sformułował teorię tzw. immunologicznego dziewictwa jako fizjologicznego
warunku przyszłej płodności kobiet. Podkreślił, że epidemiczny charakter
zakażeń przenoszonych drogą płciową ma dwie przyczyny: rozwiązłość
seksualną i zbyt młody wiek inicjacji. Wykazał, że organizm dojrzewającej
dziewczyny nie jest gotowy na współżycie ze względu na jeszcze
niewykształcony system obronny. „Z immunologicznego punktu widzenia młoda,
dojrzewająca kobieta jest dosłownie dziewicą” — powiedział, wyjaśniając,
że układ płciowy ma na tym etapie mniej substancji ochronnych w postaci
enzymów i przeciwciał. Z powodu braku prawidłowej gotowości hormonalnej,
enzymatycznej, anatomicznej i mikrobiologicznej organizm nastolatki nie
jest w stanie poradzić sobie z nadmiarem immunologicznych bodźców, jakimi
są obca biocenoza i nasienie partnera. Dochodzi więc do niebezpiecznego w
skutkach przełamania bariery immunologicznej pochwy i szyjki macicy. Jakie
są tego skutki? Zakażenie Chlamydia trachomatis może przebiegać zupełnie
bezobjawowo, a dopiero po latach odezwać się w postaci niepłodności
jajowodowej. „Po zakażeniu Chlamydiami należy się liczyć z możliwością
wystąpienia niepłodności, ciąży pozamacicznej i przewlekłych bólów
podbrzusza” — ostrzegał szwedzki profesor na łamach „Medical Tribune”
ponad 20 lat temu[15].

Przedwczesne podjęcie aktywności seksualnej na ogół
pociąga za sobą częstą zmianę partnerów. Taki tryb życia jest naznaczony
czynnikiem wysokiego ryzyka dla rozwoju gonokoków, chlamydii czy wirusów
Papilloma, które wywołują raka szyjki macicy.

* Pigułka śmierci

„Każdy wie, co to jest pigułka. To niewielki obiekt,
ale jego potencjalne skutki dla naszego społeczeństwa mogą być jeszcze
bardziej niszczycielskie niż bomba atomowa”[16] — napisała w 1968
roku na łamach „Reader’s Digest” amerykańska pisarka Pearl Buck. Pierwsza
pigułka pojawiła się w stanowych aptekach w roku 1960. Miała przynieść
rewolucję, co dekadę wcześniej przewidywała Margaret Sanger, założycielka
największej aborcyjnej organizacji świata Planned Parenthood. Wspierana
przez potężnych „filantropów”, takich jak Fundacja Rockefellera, Forda i
prywatnych sponsorów, z powodzeniem rozwijała swoją działalność oraz
finansowała badania nad pigułką.

Dzięki miliardom dolarów włożonym w promocję i lobbing
tabletka hormonalna dotarła do niemal wszystkich zakątków świata. Potężny
biznes sięga bez skrupułów po kieszonkowe coraz młodszych nastolatek.
Wielu lekarzy przepisuje pigułkę nawet tym dziewczętom, które nie
rozpoczęły jeszcze współżycia. Ten prosty sposób na pozbycie się trądziku
ma je oswajać z produktem. Niewiele z nich wie, jakie są tego
konsekwencje. Nadciśnienie, zawał, zatory płuc, choroby serca, rak piersi,
rak szyjki macicy, rak jelita grubego — to tylko niektóre schorzenia
spowodowane antykoncepcją hormonalną. Stosowana przed 25. rokiem życia
może wywołać ogromne spustoszenie w organizmie. Niestety ani o tym, ani o
negatywnych konsekwencjach psychicznych nikt nastolatkom na lekcjach
edukacji seksualnej nie powie. Zresztą, jak tu oczekiwać przekazywania
prawdy na lekcjach z seksualnego marketingu…

W rzeczywistości antykoncepcja zamiast uwolnić
kobietę, jeszcze bardziej ją spętała. Wprowadzenie całkowitej bezkarności
do sfery seksualnej boleśnie odbiło się na relacjach. Dla wielu mężczyzn
kobieta stała się seksualną niewolnicą, zawsze gotową do użycia i
ponoszącą odpowiedzialność za ewentualną ciążę. „Kiedy pigułka była już
powszechnie dostępna, na imprezach ciągle słyszałam od kolegów pytanie:
»Jesteś zabezpieczona?«” — wspomina brytyjska pisarka Libby Purves. Na ten
destrukcyjny aspekt zwraca też uwagę Amerykanka Mary Eberstadt. Podkreśla,
że „wyzwolonym” kobietom coraz trudniej było znaleźć partnera, któremu
mogłyby ufać. Mężczyźni zwolnieni z odpowiedzialności dziecinnieli i tak
głęboko zakopywali się w egoizmie, że nie potrafili później wytrzymać
obciążeń związanych z życiem rodzinnym.

Wypada więc odpowiedzieć sobie szczerze na pytania: Co
tak naprawdę mają kobiety z uznania antykoncepcji za jedno z ich
podstawowych praw? Czy rozwibrowanie spirali pseudowolności
skoncentrowanej wokół aktywności seksualnej może im przynieść jakieś
korzyści?

* Eugeniczna czystka

Margaret Sanger (1879-1966), „chrzestna matka” pigułki i ikona feministek,
doskonale wiedziała, jaki potencjał drzemie w tej małej tabletce. Była
przekonana, że dzięki niej osiągnie swój życiowy plan — wyzwoli kobiety z
„niewolnictwa reprodukcji” i uzyska dostęp do całkowitej kontroli urodzeń.
W jej chorym umyśle powstało także pragnienie wyeliminowania ze świata
„niepożądanej części ludności”, którą określała mianem „ludzkich
chwastów”. Mimo to do dziś w międzynarodowych organizacjach odgrywa rolę
świętej. Nikomu nie przeszkadza, że przez większość życia fascynowała się
eugeniką. Zapatrzona w wizję Thomasa Malthusa żywiła przekonanie, że
problem kryzysu ekonomicznego należy rozwiązać poprzez zredukowanie liczby
biednych, zdanych na opiekę finansową państwa. Dążyła więc do legalizacji
antykoncepcji, sterylizacji i aborcji. Jako zdeterminowana feministka
poruszająca się śmiało we wpływowych kręgach potrafiła skutecznie
zawalczyć o swoje. Sama była nimfomanką żyjącą w duchu rozwiązłości i
„wolnego seksu”.

W 1921 roku założyła American Birth Control League
(ABCL). Nawet nie próbowano maskować eugeniczno-rasistowskich celów
organizacji wdrażającej w życie rozwiązania, o których teoretycy i
politycy mówili już wcześniej. Theodore Roosevelt, 26. prezydent Stanów
Zjednoczonych, sprawujący władzę w latach 1901-1909, w liście do
amerykańskiego eugenika Charlesa Benedicta Davenporta stwierdził wręcz,
że chciałby powstrzymać niewłaściwych ludzi przed rozmnażaniem się.
„Pewnego dnia zrozumiemy, że najwyższym obowiązkiem, nieuniknionym
obowiązkiem, dobrych obywateli jest przekazanie swojej krwi potomstwu i że
nie możemy pozwolić na rozmnażanie się obywateli złego rodzaju”[17] —
napisał w 1913 roku.

Nikt nie zrealizował jego tęsknoty lepiej niż Margaret
Sanger, której organizacja opracowywała i testowała nowe metody
antykoncepcyjne. Powstałe w ABCL wzorce „praktyk medycznych”
rozpowszechniano jako modelowe w innych klinikach na całym świecie.
Organizacja Sanger otrzymywała hojną pomoc finansową od Rockefellerów,
którzy od 1930 roku nie szczędzili środków, aby za pomocą jej metod
rozwiązać problem masowego ubóstwa w czasie wielkiego kryzysu
gospodarczego. Sanger szybko zdobywała wpływy. W Kongresie USA
przekonywała polityków, żeby „mający się dobrze mieli więcej dzieci, a
mający się źle — mniej”. W latach 1939-1942 była honorową delegatką Birth
Control Federation of America. W roku 1939 uruchomiła „Negro Project”
mający na celu ograniczenie rozrodczości czarnych obywateli USA. Nie
wiadomo, dokąd doprowadziłaby determinacja Sanger, gdyby nie opór
katolików. Biskup John Ryan zdecydowanie potępił sytuację, w której
państwo chce karać biednych za ich złą sytuację, zwalniając się tym samym
z odpowiedzialności za stan gospodarki.

Na postrzeganie działań eugenicznych wpłynęła też II
wojna światowa. Margaret Sanger, chcąc uniknąć haniebnych skojarzeń z
eksperymentami nazistów, w 1942 roku przemianowała nazwę organizacji na
International Planned Parenthood Federation (Międzynarodowa Federacja
Planowanego Rodzicielstwa). Do dziś to najpotężniejsza struktura zajmująca się
sprawami „kontroli urodzeń” na świecie. Obecnie ma swoje oddziały w 172
krajach, posiada 65 tys. placówek, gdzie w samym roku 2011 dokonała ponad
1,6 mln tzw. bezpiecznych aborcji. Jako organizacja uchodząca za
dobroczynną skupia wokół siebie szczodrych sponsorów i miliony
wolontariuszy[18]. Organizowane przez nią międzynarodowe
sympozja i konferencje gromadzą przedstawicielki ruchów feministycznych
oraz działaczy środowisk LGBTQ[19] z całego świata, również z Polski. Mimo że
Planned Parenthood formalnie jest organizacją pożytku publicznego, notuje
wielomilionowe zyski. Hojnie przy tym finansuje promocję aborcji i
antykoncepcji w Europie. Największą polską organizacją zajmującą się
propagowaniem antykoncepcji oraz aborcji jest Federacja na rzecz Kobiet i
Planowania Rodziny (FEDERA) założona w 1992 roku. Jej pierwszą szefową
była obecna marszałek Sejmu i posłanka Twojego Ruchu Wanda Nowicka, znana
skądinąd ze słynnego procesu, jaki wytoczyła Joannie Najfeld. Publicystka
na antenie TVN stwierdziła, że „Wanda Nowicka jest na liście płac
przemysłu aborcyjnego i antykoncepcyjnego”. Po burzliwym procesie, we
wrześniu 2011 roku sąd uniewinnił Joannę Najfeld, uznając, że
wypowiedziane przez nią sformułowanie jest dopuszczalne.

FEDERA oraz jej młodzieżowa przybudówka PONTON,
zajmująca się edukacją seksualną młodzieży, od lat walczą o wprowadzenie w
Polsce aborcyjnego prawa i wolnego dostępu do antykoncepcji. Wykorzystują
w tym celu sprawdzone na Zachodzie metody, wzorowane na instruktażach
Margaret Sanger.

* Zyskowna rzeź niewiniątek

Polska to jeden z ostatnich krajów Europy opierających
się lobbingowi przemysłu aborcyjnego. Naciski są coraz silniejsze, a
metody znane od lat. Wystarczy prześledzić mechanizmy stosowane cztery
dekady temu w USA. Taktyka prowadzona w Polsce jest niemal żywcem wyjęta z
programu National Abortion Rights Action League (NARAL) — organizacji,
która po latach wzmożonej walki doprowadziła do zalegalizowania aborcji w
Stanach Zjednoczonych. NARAL powstała w 1968 roku, a jednym z jej
założycieli był prof. Bernard Nathanson, wieloletni aborcjonista. Zanim
dotarła do niego prawda o tym, co robi, zdążył pozbawić życia 75 tys.
nienarodzonych dzieci. Od 1970 roku dowodził największą kliniką aborcyjną
na świecie. Eksperci z NARAL wdrażali szczegółowo przemyślaną strategię,
która miała doprowadzić do zmiany prawa. W ciągu pięciu lat intensywnej
kampanii udało im się przekonać Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych do
wydania w 1973 roku decyzji legalizującej aborcję na żądanie i bez
ograniczeń aż do dziewiątego miesiąca ciąży. Od tamtej pory w Stanach
Zjednoczonych życie straciło ponad 50 mln nienarodzonych dzieci.

W 1979 roku prof. Nathanson dokonał ostatniej aborcji
w swoim życiu. Wpłynęły na to postęp medycyny i pojawienie się
ultrasonografów, które odsłoniły niezwykłą tajemnicę życia płodowego.
Lekarz spojrzał prawdzie w oczy i ruszył z wieloletnią batalią w obronie
życia poczętego. Gdy oficjalnie poinformował o zmianie swojego stanowiska,
próbowano go uciszyć i zastraszyć. Za dużo wiedział o aborcyjnym przemyśle
i mechanizmach ogłupiania opinii społecznej. Nie omieszkał tego
wykorzystać. Przez wiele lat jeździł po świecie z wykładami i prezentował
„Niemy krzyk” — dokument zarejestrowany podczas jego ostatniej aborcji. W
artykule „Wyznania eks-aborcjonisty”, w którym opisał proaborcyjną
strategię realizowaną w USA, przyznał jednoznacznie: „W walce na rzecz
aborcji było wykorzystywane cyniczne kłamstwo”.

Taktyka skutecznie odwzorowywana we wszystkich krajach
Europy Zachodniej opierała się na trzech elementach: przekonaniu mediów,
że poparcie aborcji jest stanięciem po stronie światłego liberalizmu,
zdyskredytowaniu Kościoła katolickiego, blokowaniu informacji o naukowych
dowodach przemawiających za ochroną życia. Dokładnie ten sam mechanizm
stosują dziś genderowi aktywiści, poszerzając jedynie słuszne pole swoich
roszczeń.

Propaganda była zakrojona na szeroką skalę.
Fabrykowano sondaże i informowano media, że 60 proc. Amerykanów chce
legalizacji aborcji. Ogłaszano, że z powodu nielegalnych zabiegów rocznie
umiera 10 tys. kobiet, podczas gdy w rzeczywistości stwierdzano zaledwie
200 takich przypadków. Straszono też podziemiem aborcyjnym. Oznajmiano, że
w ciągu roku w USA nielegalnej aborcji dokonuje ponad milion kobiet, choć
faktycznie było ich ok. 100 tys. Powtarzanie kłamstw w publicznych mediach
przekonywało słuchaczy. W ciągu pięciu lat większość Amerykanów uwierzyła,
że należy jak najszybciej zalegalizować aborcję. Szkalowanie Kościoła było
równie propagandowe. Wyśmiewano poglądy hierarchów, budując przekonanie,
że przeciwni aborcji są jedynie duchowni, nie świeccy. Antyklerykalne
argumenty o mieszaniu się Kościoła we wszystkie sfery życia w celu
ograniczenia wolności wyboru skutecznie odstręczały wiernych.

Ze sporym sukcesem blokowano też informacje o
naukowych dowodach przemawiających „za życiem”. Wykorzystano do tego
przebiegłą argumentację. Podawano, że nauka nigdy nie będzie mogła
określić, kiedy powstaje ludzkie życie, ponieważ to nie należy do jej
kompetencji. Zainteresowanych odsyłano do filozofii i teologii, ucinając w
ten sposób dyskusję. Eksperci z NARAL doskonale wiedzieli, że kłamią. Już
wtedy fitologia przedstawiała przecież niezaprzeczalne dowody, że życie
człowieka zaczyna się w chwili poczęcia. „To, co robiliśmy, było po prostu
podłe!” — przyznaje prof. Nathanson, nie kryjąc, że u podstaw niegodziwych
działań leżały chciwość i głupota.

Kulisy aborcyjnego biznesu zdemaskowała również Carol
Everett, była szefowa sieci klinik aborcyjnych w Teksasie. W książce
„Krwawe pieniądze” przyznaje, że przyjęła tę pracę nie po to, by pomóc
kobietom, lecz wyłącznie dla własnego zysku. W latach 80. był to niezwykle
lukratywny interes. Skutecznie wciągał zaślepionych żądzą posiadania
ludzi.

Schemat był prosty. Rozpoczynano od założenia
organizacji non profit, która dzięki swojemu statusowi korzystała z
przywilejów podatkowych. Tworzyła sieć specjalnych ośrodków oferujących
darmowe testy ciążowe i porady dotyczące zdrowia seksualnego. Bezpłatne
usługi miały przyciągać kobiety. Po stwierdzeniu ciąży odsyłano je do
klinik aborcyjnych kierowanych przez tę samą ekipę. Everett szybko zaczęła
zarządzać siedmioma ośrodkami założonymi w 1979 roku przez Advisory
Referral Centers (ARC). Istotnym elementem ich działalności były: bieżący
kontakt z pracownikami społecznymi, którzy mogli kierować ciężarne kobiety
do placówek, oraz współpraca z ruchami praw kobiet. Everett przyznaje, że
w rozwinięciu biznesu pomogły jej znane osoby z ruchów feministycznych.

Działalność ARC jako organizacji non profit była
uznawana przez media za dobroczynną. Dzięki temu miała dostęp do środków
masowego przekazu, w których przedstawiała opracowywane przez siebie
poradniki czy informacje prasowe. Szyld ten pozwalał także na otwieranie
klinik w miastach, w których społeczność nie była przychylna zabijaniu
dzieci nienarodzonych i nie chciałaby w swoim sąsiedztwie widzieć kliniki
aborcyjnej. Ośrodki lokalizowano blisko szkół średnich i w łatwo
dostępnych miejscach. Były czynne przez sześć dni w tygodniu i zatrudniały
wielu lekarzy. Rejestracja na wszystkie usługi (aborcyjne i chroniące
życie) odbywała się pod jednym bezpłatnym numerem. Doskonałym pomysłem okazała się oferta darmowych usług
aborcyjnych dla zgwałconych kobiet. Nie niosło to żadnego finansowego
ryzyka, bo do ciąży w wyniku gwałtu dochodzi niezwykle rzadko. Jeszcze
rzadziej — jak pokazują badania — kobiety decydują się po tak dramatycznym
przeżyciu na aborcję. Oferta ta nie tylko budziła wiarygodność instytucji,
lecz pozwoliła również na emitowanie reklam w czasie najwyższej
oglądalności. Liczba klientek znacznie wzrosła, a klinika nigdy nie
wykonała ani jednej darmowej aborcji.

Opisywane przez Carol Everett początki działania
biznesu aborcyjnego dotyczą rzeczywistości sprzed ponad 30 lat. Strategia
działalności NARAL sięga jeszcze dalej. Od tamtej pory w medycynie minęły
lata świetlne. Pierwsi aborcjoniści rozpętujący ruch wspierania
legalizacji aborcji nie mieli nawet ultrasonografów. Dziś, gdy nie mamy
wątpliwości, kim jest dziecko w okresie prenatalnym, gdy możemy je oglądać
w technologii 3D i wspomagać jego rozwój nawet operacyjnie, przywoływanie
zakłamanej, wstecznej argumentacji to niedorzeczna zuchwałość. Mimo to
ekspansja amerykańskiego rynku aborcyjnego nadal jest ogromna. Polska od
lat leży w jego zasięgu. Zainteresowane są też nami kraje Europy
Zachodniej.

Silnym narzędziem proaborcyjnego lobby są ruchy
feministyczne. Kazimiera Szczuka w jednym z wywiadów ujawniła mechanizm
finansowania organizacji lewicowych i LGBTQ. „Feministki, w odróżnieniu od
ekologów, nie mogą dogadać się z jakimś dużym biznesem, który da nam
pieniądze na naszą działalność, a my w zamian będziemy głosić idee, które
będą rozkręcały biznes. Poza producentami prezerwatyw albo pigułek
antykoncepcyjnych”[20]. Nie tylko biznes sprzyja promocji
antywartości. Dodatkowo zostaliśmy zamotani w pajęczynę zobowiązań
międzynarodowych. Komisja Europejska co chwila przypomina, że wszystkie
państwa Unii są zobligowane do realizacji strategii gender mainstreaming
we wszystkich wymiarach życia społecznego, ekonomicznego i politycznego.
Brzmi niewinnie, jednak prawdziwe znaczenie równouprawnienia jest wypisane
czerwoną farbą na sztandarach feministek. Jedna z nich, Marlene Dixon,
przedstawia je wystarczająco jasno: „Prawo każdej kobiety do władzy nad
własnym ciałem obejmuje prawo do rodzenia dzieci tylko wtedy, kiedy tego
chcemy. Aborcja na życzenie jest prawem każdej kobiety. Jeśli nie możemy
przerywać niechcianej ciąży, jeśli jesteśmy zmuszane do rodzenia dzieci
wbrew naszej woli, to znaczy, że całkowicie odmawia się nam prawa do
samookreślania”[21]. Kto nie zrozumiał, temu jeszcze dobitniej
wyjaśni to Catherine MacKinnon, według której tylko powszechne prawo do
aborcji daje kobietom możliwość życia seksualnego na równi z mężczyznami.
„Jak długo kobiety nie będą miały kontroli nad dostępem do swojej
seksualności, tak długo tylko dostępność aborcji pozwala być kobietom
heteroseksualnymi”.

5 GLOBALNA SIATKA INTERESÓW

Analiza poszczególnych elementów pokazuje wyraźnie, że
wszystko, co próbuje się nam przedstawić jako spontaniczne, oddolne
działania niezależnych, rozsianych po świecie, złaknionych wolności grup
społecznych, programowane jest odgórnie i dofinansowywane potężnymi
środkami z międzynarodowych funduszy.

Strategia polityczna gender mainstreaming (GM) została
zaprogramowana w 1985 roku w Nairobi podczas Pierwszej Światowej
Konferencji ONZ w sprawie Kobiet. Niespełna dziesięć lat później, w 1994
roku, Szwecja wprowadziła GM we wszystkie obszary polityki. W 1995 roku na
Światowej Konferencji ONZ w sprawie Kobiet w Pekinie zdecydowano o
przyjęciu GM jako zasady wiodącej w ONZ. W dokumencie podpisanym przez 189
państw „sprawiedliwość płciową” uznano za konstytutywny element
demokracji. Tym samym zobowiązano wszystkie kraje do polityki na rzecz
kobiet i równości płci. Rok później Norwegia przyjęła GM jako zadanie
przekrojowe dla wszystkich ministerstw, osiągając w niedługim czasie
pozycję europejskiego lidera polityki równościowej. Pierwszy raport na
temat postępów we wdrażaniu GM został wydany przez Komisję Europejską w
1998 roku, a w 1999 wpisano gender do wytycznych polityki zatrudnienia
Unii Europejskiej. W tym samym roku wszedł w życie traktat amsterdamski
zobowiązujący wszystkie państwa członkowskie do aktywnej polityki
równouprawnienia[22].

Dynamiczny rozwój ideologii nie ograniczał się do
działalności legislacyjnej, błyskawicznie rozprzestrzeniał się na
organizacje pozarządowe, budujące struktury eksperckie. Pieniądze płynęły
szerokim strumieniem. Jak podaje niemiecka socjolog Gabriele Kuby,
organizacje LGBT finansowane są szczodrze przez agendy ONZ, UE i prywatne
fundacje, jak Rockefellera, Forda czy Billa Gatesa. Wszystko wskazuje na
to, że ten kilkudziesięcioletni okres przemeblowywania świadomości
społeczeństw wcale się nie kończy. Wsłuchując się w postanowienia Szczytu
Londyńskiego, można nawet powiedzieć, że dopiero się zaczyna.

Jak już wiemy, premier Wielkiej Brytanii i jego
przyjaciele ze „szczytu przełomów” planują wydawać kolejne dziesiątki
miliardów dolarów na przymusowe deprawowanie narodów. Powołując się na
rosnącą seksualizację młodzieży, zalecają jeszcze większe liberalizowanie
obyczajów. Zamiast skłaniać się ku rozwiązaniom opóźniającym inicjację
seksualną, wolą rozdawać prezerwatywy i pigułki antykoncepcyjne,
przekonując wszystkich wokół, że ich miliardy wydawane są na promocję
zdrowia i dzietności. „Planowanie rodziny jest tylko pierwszym krokiem w
długiej podróży do wzrostu i rozwoju. Ale to krok niezbędny — ratujący
życia i umożliwiający kobietom wykorzystanie własnego potencjału, jako
wielkim liderkom przemiany” — pompatycznie stwierdził David Cameron w
przemówieniu wygłoszonym w Londynie. Mimo że zdrowy rozsądek aż zgrzyta
zębami, gdy słucha się tej dyplomatycznej manipulacji, światowi decydenci
podzielają przedstawione przez Camerona stanowisko. Gołym okiem widać, że
coś w tym wszystkim nie gra.

Jak podkreśla Marguerite A. Peeters, „zdrowie
reprodukcyjne, które obejmuje powszechny dostęp do antykoncepcji, jest
obecnie praktycznie nieodłącznym elementem wszystkich sektorów agend
rozwoju, praw człowieka i bezpieczeństwa”[23]. Zapadające na
szczytach postanowienia formułuje się w taki sposób, aby mogły później
służyć jako narzędzia nacisku na poszczególne państwa. Powoływane są
specjalne grupy robocze, których zadaniem jest monitorowanie postępów w
realizacji wytyczonych celów. W każdym kraju niezwykle aktywne są
organizacje mniejszościowe, które naciskają na rząd i lokalnych polityków,
aby wywiązywali się z zadań. Jeśli pojawią się zastrzeżenia, natychmiast
zostają opisane w różnego rodzaju rejestrach „niedoróbek”. Denuncjacja
własnego kraju jest wszak w cenie. Raporty dotyczące wdrażania
poszczególnych aspektów pakietu genderowego — edukacji seksualnej, edukacji
równościowej, walki z homofobią, eliminowania stereotypów w podręcznikach
szkolnych, umożliwiania powszechnego dostępu do antykoncepcji czy równego
traktowania środowisk LGBT — są finansowane przez najrozmaitsze
instytucje, jak choćby Fundacja Heinricha Bölla czy Fundacja Batorego.
Następnie raporty trafiają pod lupę międzynarodowych organów, które
rozliczają poszczególne kraje z postępów we wdrażaniu ich pomysłów.

6 GENDEROWY KOLONIALIZM

Co naprawdę stoi za pięknie brzmiącymi hasłami
promocji „zdrowia reprodukcyjnego”? Z Badań demograficznych i zdrowotnych
ONZ wynika, że aktualne zapotrzebowanie na antykoncepcję doszło do ściany.
Szeroko dostępna i dobrowolna sztuczna regulacja poczęć nasyciła rynek.
Jeśli wierzyć danym ONZ, wskaźnik antykoncepcji, czyli procent kobiet w
wieku reprodukcyjnym (15-49 lat), korzystających w danym momencie z
antykoncepcji, osiągnął masę krytyczną. W 2010 roku najwyższy wskaźnik
odnotowano w Irlandii (89 proc.), tuż za nią uplasowała się Norwegia (88
proc.), dalej znalazły się Chiny (85 proc.) i Brazylia (81 proc.). Co
ciekawe, nawet kraje muzułmańskie osiągają w tym zestawieniu wysoki
wskaźnik antykoncepcji: Algieria 61 proc., Iran 79 proc. Mimo to średni
wskaźnik Afryki wynosi ok. 30 proc., dlatego to ona stała się teraz
priorytetem[24]. Wciąż jednak, zdaniem autorów raportu,
sporo jest do zrobienia w Europie. Wystarczy odpowiednio uświadomić
kobietom ich antykoncepcyjne potrzeby, przełamać ich uprzedzenia moralne i
religijne, jak najwcześniej rozbudzając przy tym seksualną aktywność.

Pod koniec 2013 roku Fundusz Ludnościowy ONZ (UNFPA)
wydał raport „Macierzyństwo w dzieciństwie”[25], w którym straszy
rosnącą liczbą nieletnich matek i proponuje szokujące rozwiązania. Według
autorów tego propagandowego dziełka, każdego roku 7,3 mln dziewcząt
poniżej 18. roku życia zostaje matkami. Komplikacje ciążowe lub porodowe sprawiają, że 70 tys.
z nich umiera. Problem w 95 proc. przypadków ma dotyczyć krajów
rozwijających się, gdzie każdego dnia 20 tys. młodocianych matek wydaje
dzieci na świat. Jak UNFPA chce temu zaradzić? Jak najgorliwszym
wspieraniem i finansowaniem aborcji skierowanej zwłaszcza do nastolatek.
Dodatkowo rekomenduje jak najwcześniejszą edukację seksualną i szeroką
promocję antykoncepcji. Dyrektor UNFPA IERD Dianne Stewart twierdzi, że
„nowe spojrzenie na zjawisko ciąż wśród nastolatek” powinno polegać na
„zburzeniu przeszkód ograniczających dostęp do informacji i usług w
zakresie tzw. zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego”.

Z raportu wyłania się pewna ciekawa różnica pomiędzy
ciężarnymi nastolatkami z krajów rozwijających się a rozwiniętych. Te
pierwsze zwykle są już mężatkami. Zdaniem ekspertów UNFPA tak wczesne
zamążpójście nie może być zjawiskiem satysfakcjonującym, dlatego należy
jak najszybciej wprowadzić obowiązkową edukację seksualną dla dziewczynek,
zanim zdążą opuścić szkołę podstawową.