Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Obyczajowe i romanse » Rozterki matki emigrantki

Rozterki matki emigrantki

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Rozterki matki emigrantki

Kiedy kilka lat wcześniej zakochana Marysia rzuca dobrą pracę w Polsce i bez znajomości języka angielskiego przyjeżdża do Anglii za swoim mężem, nie przypuszcza nawet, że kilka lat później ukochany mąż uczyni z niej ex żonę, a po małżeństwie oprócz domu zostanie jej syn, Kostek, i nudne życie samotnej matki. Ale wszystko co nudne nie trwa wiecznie i tak pojawienie się w życiu Marii jej nowego szefa, jego ochroniarza, oraz pewnej starszej pani, zapoczątkuje serię niespodziewanych przygód, które na zawsze zmienią jej życie. A przecież jest jeszcze ex mąż, który nie powiedział ostatniego słowa. Przystojny sąsiad również sporo namiesza, a Maria zatęskni za stwierdzeniem, że jej życie jest nudne.

 

Polecane książki

Jednolity plik kontrolny (JPK) to nowe, rewolucyjne rozwiązanie, zobowiązujące wszystkie firmy do zmian ich systemów finansowo-księgowych. W znaczący sposób zmiany zwiększą obowiązki firm wobec fiskusa. Już od 1 lipca 2016 r. obowiązek będzie dotyczył dużych firm. Małe średnie firmy zostaną nim obję...
Książka zawiera 5 rozdziałów a każdy z nich to inne ślady.  Każde inne, ale zasługujące na taka samą uwagę. Pęd życia często sprawia, że nie zastanawiamy się nad tym, co ważne. Książka jest czasem na refleksje nad własnym życiem, nad dokonaniami Stwórcy, na cudach których często nie zauważamy, a one...
Ryszard Chrzanowski (Richard Cranovsky), urodzony w Mościcach k. Tarnowa. Lekarz i humanista żyjący od wielu lat w Szwajcarii, ale pielęgnujący kontakty z Krajem. Po studiach na Wydziale Lekarskim UJ uzyskał w Krakowie doktorat, specjalizację oraz habilitację.Ten okres jego życia zamknęło napisanie ...
Felicity jest główną i jedyną podejrzaną w sprawie morderstwa strażnika króla Oberona. Tymczasem Lee, który miał oczyścić ją z zarzutu zabójstwa, znika bez śladu. Czy za zniknięciem Lee stoją smoki? Kim naprawdę jest Ciaran, nowy  nauczyciel historii w szkole Felicity? Czy uda jej się opanować trudn...
Jan Strządała ur. w 1945 w Wiśle; poeta, eseista, prozaik. Studiował medycynę i filozofię. Autor tomików: Przegrany semestr (pseud.Jan Strehl) 1969, Słoneczna noc 1983, Trudna galaktyka1988, Szept igły w otwartej żyle,1993 Pochylone niebo 1994, Nieobecna noc 1997,Naga sukienka 2001, Tajemnica 2003, ...
Jeszcze nigdy zwycięstwo nie wydawało się tak nierealne, a konsekwencje klęski tak koszmarne.   Pojawili się jak grom z jasnego nieba. Dosłownie. A to dopiero początek... Inwazja z kosmosu, która musiała w końcu nastąpić – a jednak nikt nie jest na nią gotowy. Totalna katastrof...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Anka Nisztuk

Anka Nisztuk

Rozterki matki emigrantki

© Copyright: Anna Nisztuk

Projekt okładki: Anna Nisztuk

Skład: Ilona Dobijańska

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

ISBN: 978-83-7859-956-2

Patronat medialny:

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2018

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

I wiosna by tak nie smakowała, gdyby przedtem zimy nie było.

Przysłowie polskie

A journey of a thousand miles begins with a single step.

Tysiącmilowa podróż rozpoczyna się od jednego kroku.

Przysłowie angielskie

Lenie

oraz

Tym wszystkim, którzy nie przestali szukać…

1) Różowa Tuba

Te dłonie. Długie palce przesuwające się po moim ciele. Badające każdy jego zakamarek — począwszy od stóp, poprzez wewnętrzną część ud, wzgórek, brzuch, okalające piersi, a kończąc na szyi, na ustach. Drżę chcąc go dotknąć, muszę go dotknąć, by i on odczuwał przyjemność z mojego dotyku. Ale on na to nie pozwala. Przytrzymuje moje dłonie nad moją głową, a jego usta zraszają mój policzek. Jak przyjemnie czuć te pocałunki… Muska mnie coraz namiętniej, coraz intensywniej, wydając przy tym ciche pomruki.

— Kochanie przestań, bo będę cała mokra — szepnęłam, na co odpowiedział mi kolejny pomruk, wręcz warknięcie.

Uniosłam ospale powieki i tuż przy mojej twarzy zobaczyłam wielkie, zielone okręgi, a zapach wątróbki dotarł do moich nozdrzy. Otworzyłam szerzej oczy. Moje dłonie ściskały szczebelek nad głową, a wielka, kudłata góra mięsa sapała na mnie wesoło, co chwilę posyłając mi śliniastego całusa.

— Saba, spadaj! — krzyknęłam podrywając się z łóżka. — Cholera jasna! — rzuciłam czerwieniąc się jak burak i puszczając szczebelek. — Pięknie, wstydzę się własnego psa — powiedziałam do siebie, głaszcząc czule przeogromny łeb Saby. — Twoja pani ma niedosyt seksualny. Tak, nazwijmy to po imieniu. Matko, czy naprawdę bez tego nie da się żyć?! — Wzniosłam oczy ku górze, a dwie godziny później wypowiedziałam te same słowa do Sabiny, najlepszej przyjaciółki z biura.

— Ktoś powinien cię przelecieć — skomentowała w swoim stylu. Była największą zboczuchą, jaką znałam.

— Poczekaj, dam ogłoszenie w gazecie. Może ktoś się znajdzie — rzuciłam sarkastycznie.

— Pogadaj z Adą. Ona powinna mieć kilku fajnych kolegów — Sabina zrobiła rozmarzoną minę, a ja skomentowałam jej propozycję krótkim parsknęłam.

Ada, moja młodsza siostra, faktycznie nie mogła opędzić się od adoratorów, ale jakoś ciężko było mi sobie wyobrazić, że jakiś soczysty dwudziestolatek miałby ochotę na ponad dziesięć lat starszą …mnie. Nie wiem, co Sabina wyczytała z mojej miny, ale odchrząknęła i zawołała mnie do siebie.

Nasze biurka w literę L stały naprzeciw siebie, stykając się dłuższymi końcami, a krótszymi jeszcze z dwoma kolejnymi, przez co całość wyglądała z góry jak krzyż. Biorąc pod uwagę natężenie perwersji w naszym biurze, w ogóle to do siebie nie pasowało.

— Chodź. Zobacz, co kupiłam. — Wskazała na monitor zupełnie nie kryjąc się z tym, że właśnie przyglądałyśmy się sporych rozmiarów wibratorowi. — Powinnaś też sobie taki sprawić, póki siostra nie pożyczy ci któregoś studencika.

— Też jak coś powiesz… — parsknęłam i wróciłam na miejsce.

— Wysłałam ci link do różowej tuby.

— Czego? — Matko, ta dziewczyna nigdy nie ma dosyć?

— Otwórz, to zobaczysz.

Czasem bałam się własnej naiwności albo — jak nazywała to moja mama — ufności do ludzi. Ładniej brzmiało, ale konsekwencje miało takie same: plucie sobie w brodę, że znowu dałam się złapać. Tym razem to złapanie było kontrolowane, bo gdy tylko bezmyślnie kliknęłam w przysłany przez Sabinę link, a oczom ukazały się nagie cycuchy i wywijające na wszystkie strony fiutki, zza moich pleców dotarł do mnie głos szefa.

— Pani Iwan.

Moje nazwisko w jego ustach zdawało się ciągnąć w nieskończoność, jak te feralne fiutki, których jak na złość nie mogłam zamknąć. Zamiast nacisnąć X, kursor przesunął się odrobinkę w lewo na piękny kwadracik, dzięki któremu strona z uciechami nie tylko nie zniknęła z monitora, ale pojawiła się na całym jego obszarze.

Moja twarz oblała się purpurą i zaczęłam nerwowo klikać w co popadnie, dzięki czemu zamknęłam foldery, nad którymi pracowałam, jeden projekt i email. Wszystko, tylko nie te świństwa, które nadal tkwiły na środku ekranu. Wtedy szef, Maks, pochylił się nade mną tak, że poczułam zapach jego wody kolońskiej, delikatnie ujął moją dłoń spoczywającą na myszce, — nie mogłam oczywiście powstrzymać się przed nasuwającym się skojarzeniem — i powoli przesunął kursor wprost na pożądany X, po czym delikatnie przycisnął mój wskazujący palec i strona zniknęła.

Boże, gdybym ja też tak mogła wtedy zniknąć. Oddech miałam przyspieszony i w ogóle myślałam, że zaraz spalę się ze wstydu.

— Mogę panią prosić do mnie.

To nie było pytanie. Matko, to nie było pytanie! On mnie teraz zwolni, pomyślałam zdruzgotana i czerwona na twarzy. Kurna pikuś, zwolni mnie za stronę porno, którą przysłała mi Sabina. Swoją drogą, miała niezłą zwałkę przyglądając się całej akcji.

Wstałam i chwiejnym krokiem ruszyłam za Maksem. Matko, i jak to będzie wyglądało w dokumentach? Zwolniona za „Różową Tubę”. O kurwa mać! I co to w ogóle za nazwa?! Sabina, zabiję cię!!!

2) Propozycja

Idąc do gabinetu szefa czułam na sobie baczne spojrzenia żeńskiej części naszej załogi. Judy z pewnością miała uśmiech na twarzy… Jak my jej z Sabiną nie lubiłyśmy! Na szczęście nie dzieliła z nami naszego krzyżaka. Miejsce obok mnie było nadal wolne, po tym jak Richard zwolnił się po kolejnej kłótni z Maksem. Obok Sabiny siedział Zack, młody chłopak, dopiero co przyjęty do naszego biura. Judy została przydzielona do wprowadzenia go w arkana naszej pracy i skakała nad nim ze swoimi silikonowymi cyckami, jak suczka z cieczką. Może i widok był śmieszny, ale mimo wszystko gdzieś tam paliła się we mnie mała żaróweczka z napisem zazdrość. Judy była młodsza ode mnie o jakieś pięć, sześć lat, plus te cycki i długie blond włosy, które gdyby nie farba byłyby rdzawo rude. Musiała mieć nieziemsko dobrego fryzjera, jeśli umiał to tak naturalnie przykryć.

Nieważne zresztą… Teraz Judy schodziła na dalszy plan, bo właśnie przekroczyłam próg gabinetu Maksa. Skierowałam się ku wielkiemu biurku, za którym stał niebotycznych rozmiarów skórzany fotel, rozbudowany do granic możliwości w celu zapewnienia komfortu tej biurowej łajzie, górujący nad stojącym po drugiej stronie prostym krzesłem.

— Pani Mario, zapraszam.

Nie lubiłam, jak się tak do mnie zwracano. Pani Maria. No jakbym miała ze sto lat! Ale chyba jakkolwiek by się nie zdrobniło mojego imienia, zawsze brzmiało nobliwie. Zresztą, to było dość podejrzane. Maks nigdy nie zwracał się do mnie po imieniu, tylko po nazwisku. Miał taki zwyczaj, że jak czegoś od kogoś chciał, to zawsze było Smith, Stevenson, Iwan — to do mnie — ale żeby po imieniu? No i jeszcze ta „pani”! To był pierwszy raz, gdy słyszałam, jak użył takiej formy względem kogoś, kto jest na niższym od niego stanowisku, które swoją drogą zawdzięczał bogatej cioci. Tylko że zawsze tłumaczyłam to sobie jego brakiem wychowania.

Był dość młody, niedawno obchodził dwudzieste dziewiąte urodziny. Wyglądał… Mogłam tylko westchnąć na samą myśl, jak wyglądał. Był skubaniec przystojny. No jakby to powiedziała moja młodsza siostra — był ciachem.

Wysoki, modelowo zbudowany, zawsze pachnący i zadbany. Taki wymuskany goguś trochę, choć koleżanki z biura to lubiły. A ja? Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie jest w moim typie. Po prostu nie oglądałam się za rzeczami niemożliwymi do osiągnięcia. Tym bardziej więc drażniło mnie, że to fizyczne piękno — jak powiedziała kiedyś Sabina — wypełnione jest po brzegi gównem.

Już prawie siadałam na skromnym krześle, gdy Maks jednak wskazał kanapę w drugiej części biura. Tę dla ważnych gości. Że jak? A po co ja tam? Usiadłam niepewnie, czekając na najgorsze. Miał mnie przecież zwolnić.

— Pani Masisiu… — rozpoczął raz jeszcze.

Matko, jak on to biedny wypowiedział. Zdrobnienie mojego imienia przez Anglika było: raz, że śmieszne, dwa — podejrzane. Cholera, już lepiej, żeby go nie zdrabniał chrzcząc mnie na jakąś Masisię.

Patrząc na niego nie poznawałam go. Maks był facetem władczym, wyniosłym, cholernie inteligentnym, z tym błyskiem w oku, za którym poszłyby wszystkie kobiety. I szły. Myślę zresztą, że Judy poszła. Fe. A ja siedziałam na tej kanapie, na której podobno oni… Delikatnie uniosłam się na samą myśl, co tu się mogło dziać.

— Ja bardzo przepraszam. To w ogóle było nieporozumienie — zaczęłam piskliwie nie poznając własnego głosu. Maks spojrzał na mnie badawczo, po czym się roześmiał.

— Proszę się tym nie przejmować. Nie było w ogóle tematu.

— Myślałam, że… — rozdziawiłam usta, po czym przełknęłam ślinę. To czego ty ode mnie chcesz? I jakaś część mnie wyobraziła sobie siebie i tego boskiego Adonisa na tej kanapie, a mój oddech niebezpiecznie przyspieszył. Czy to było możliwe, że on… ale, że co…, że ze mną?? W myślach zaczęłam się jąkać i dopiero jego głos przywołał mnie do porządku.

— Pamięta pani naszych gości sprzed miesiąca? — Maks wstał i podszedł do telefonu. — Rose, dwie kawy proszę. Pije pani kawę, pani Masisiu?

Czy on to mówi do mnie?! Zamrugałam nerwowo, z drugiej strony powstrzymując śmiech na dźwięk mojego imienia. Ta Masisia będzie mi się śniła.

— Czy może herbatę? — dopytywał, a ja patrzyłam na niego jak cielę na malowane wrota.

— Herbatę poproszę — wydukałam.

— To jedną kawę dla mnie i herbatę dla pani Masisiu.

Matko! Chłopie, błagam… nie Masisiuj już więcej. Założyć się mogłam, że o moje imię pytał Sabinę. Ale dlaczego nic mi nie powiedziała? Mogła chociaż powiedzieć Maksowi, uprzedzić, że my, Polacy, imiona odmieniamy! I co powie? Rozmawiałem z Masisiu? Przytulałem Masisiu? Kochałem się z… a w dupie, niech mówi na mnie jak chce!

— Bez mleka — rzuciłam, natychmiast ganiąc się w myślach za tą zuchwałość.

Maks wrócił, a ja myślałam tylko o tym, że moje policzki muszą wyglądać jak czerwone neony nad nocnymi klubami w mieście. To przez tę myśl o seksie. Uspokój się głupia!

— Wszystko w porządku? — zapytał, uważnie mi się przyglądając. — Zbladła pani.

— Tak? — uniosłam zaskoczona brwi. To dziwne, bo czułam na policzkach lawę zawstydzenia.

— To o czym ja mówiłem? A tak, o gościach. Wie pani kim byli ci ludzie, prawda?

— Tak, przyszli właściciele.

Każdy to wiedział, bo każdy wysnuwał przeróżne teorie na temat przyszłości naszej firmy.

— Już obecni. Niemniej, za kilka dni przylatuje do nas wnuk właścicielki. Pani Stuart prosiła, żeby się nim zająć.

— Zająć? — rzuciłam jeszcze bardziej zaskoczona. — A… ale jak zająć?

Przez moment patrzyliśmy na siebie w milczeniu, po czym Maks wybuchnął nerwowym śmiechem.

— Nie, nie, nie, nie w tym sensie. O matko, pani Masisiu, o co mnie pani podejrzewa?! — rzucił oburzony, ale znając jego zapędy i upodobania — ze słuchu oczywiście — wiedziałam, że bardziej udaje niż faktycznie jest zaskoczony moim tokiem rozumowania. — William będzie potrzebował kogoś, kto pokaże mu miasto, zapozna ze strukturą biura, pokaże projekty.

— I ja mam to zrobić? — Gdy dotarł do mnie sens jego słów najpierw zamrugałam nerwowo, a potem podziękowałam Bogu, że Maks nie czyta w myślach. Pomijam fakt, że poczułam się jak największa idiotka pod słońcem. Zaraz, zaraz, co ja sobie tam marzyłam? Seks z nim? O matko!

— Tak — spojrzał znacząco.

— Ale mogę wiedzieć dlaczego ja? Judy byłaby chyba najodpowiedniejsza.

Tym razem nie wychodziła ze mnie złośliwość. Ona była młoda, piękna i taki William miałby z niej więcej pożytku niż z wiecznie zmęczonej rozwódki. Przecież… co ja mu mogłam pokazać? Ze sklepów… George’a, gdzie kupowałam Kostkowi ubrania do szkoły, a z miejsc rozrywki Snake & Slide, gdzie zjeżdżaliśmy z przeogromnej zakręcanej zjeżdżalni? To wyobrażenie szybko zabiło poczucie wstydu i zaśmiałam się w myślach widząc, jak gość w garniturze — nie wiem, ale tak właśnie wyobraziłam sobie tego całego Williama — zjeżdża razem z nami.

— To jest na wyraźną prośbę jego babki, pani Stuart.

Pamiętałam panią Stuart. Starsza, nobliwa kobieta, trochę przypominająca królową Elżbietę, ale ubierająca się młodziej, bardziej nowocześnie. Włosy miała krótkie, trochę w nieładzie, ale musiałam przyznać, że wyglądała z tym świetnie. No, ale przy takich pieniądzach, czemu się dziwić. Pewnie jej fryzjer chodził za nią nawet do toalety i pomiędzy jednym a drugim pierdnięciem układał niesforne kosmyki.

— Pani Stuart prosiła, bym oprowadziła jej syna po mieście i zaznajomiła go z naszą firmą — powtórzyłam wszystko, dla przypomnienia.

— Tak, i bardzo liczę na to, że się zgodzisz. Że pani się zgodzi, pani Masisiu. — Szybko się poprawił, rezygnując z poufałości.

— No chyba nie mam innego wyjścia, jeśli chcę zachować posadę — zażartowałam. Maks odetchnął z ulgą, a mi zaświtała myśl, że może to wcale nie żart i że nie tylko ja właśnie nie straciłam pracy.

Delikatne pukanie przerwało nam rozmowę i do biura weszła Rose z tacą, na której wdzięcznie spoczywały dwa spodeczki z pięknymi, białymi filiżankami. Z miłym uśmiechem na twarzy zlustrowała całe pomieszczenie, a w szczególności mnie, ale nie widząc żadnej zmiany w postaci źle zapiętych guzików, przyspieszonego oddechu czy rumieńca—giganta, wycofała się wracając do swojej zwyczajowej miny cierpiętnicy. Biedna, i co ona teraz powie dziewczynom? Żadnych sensacji? Zaśmiałam się w duchu widząc zawód na jej twarzy.

— A kiedy?

— Za miesiąc. Teraz jest w Sheffield. Ma spędzić tam kilka tygodni. Potem na chwilę polecieć do rodzinnej posiadłości, a potem przylecieć tutaj.

Do rodzinnej posiadłości. No to przecież takie oczywiste.

— Dobrze, to da mi pan znać jak już będzie.

— No właśnie rzecz w tym, że musi się pani do tego przygotować.

— Oczywiście. Przygotuję odpowiednie informacje. Zestawienia przygotowała Valerie, więc wyciągnę co trzeba.

Maks westchnął lekko zakłopotany. Ok, powoli miałam dość tej dziwnej sytuacji. Co on przede mną ukrywał?

— Jeśli będziemy tak dalej rozmawiali, to mnie trafi szlag, a pan dostanie z nerwów zawału — rzuciłam biorąc do ręki filiżankę. — Jest drugie dno, prawda?

W końcu spojrzał na mnie zbierając wszystkie myśli i odwagę.

— Chodzi o to, że… Pani Stuart prosiła o to oprowadzanie, ale problem polega na tym, że William jest dość specyficzną osobą.

— Specyficzną? Jeśli chce chodzić po nocnych klubach to na mnie proszę nie liczyć.

— Nie, to naprawdę nic z tych rzeczy. Chodzi o to, że to zadanie wiąże się ze zmianą godzin pracy i pani, jakby to powiedzieć, dostępności. Pani Stuart nalega, żeby na czas obecności Willa była pani jego sekretarką, doradcą, asystentką… takim duchem, który będzie przy nim zawsze i wszędzie.

— Słucham? — patrzyłam na niego ze zdziwieniem pomieszanym z irytacją.

— Oczywiście wiem, że ma pani synka. Może pani mąż…

— Chyba pan sobie teraz żartuje! — Czy ja właśnie warknęłam na szefa?

— Pani Masisiu… — zaczął przepraszająco, mimo że właśnie podniosłam się z kanapy uprzednio na niego fukając. To musiało być dla niego bardzo ważne, bo nigdy wcześniej nie widziałam go w stanie takiej… potulności. Nigdy!

— Pan chce, żebym była panią do towarzystwa dla tego zblazowanego idioty! Nigdy w życiu! Proszę wziąć Judy. A…albo mnie zwolnić! — I centralnie wyszłam z gabinetu, wściekła na Maksa, panią Stuart i tego całego Williama.

3) Reprymenda

— Chyba sobie żartujesz?! William Gabriel Stuart!

Reprymendy od Sabiny nigdy nie były miłe, a gdy dowiedziała się, co zaproponował mi Maks, wrzeszczała na mnie wręcz jak opętana.

— Nie wiesz co zrobiłaś kobieto! Odmówić takiej fuchy? To trzeba na łeb upaść! Nie wypadłaś czasem mamie z wózka? — Pchnęła mnie w ramię długim, wypielęgnowanym paluchem.

— Nie miałam go za długo. Kółka mi ukradli — powiedziałam szczerą prawdę, ale Sabina odebrała to jako zaczepkę.

— Pogięło cię. Zwyczajnie i centralnie coś ci się stało z mózgiem!

— Najwyżej mnie zwolni, ale nie będę żadną damą do towarzystwa! — prychnęłam oburzona.

— Ty weź się przewiń i posłuchaj. Najpierw panikujesz, że cię zwolni…

— Przez ciebie — wtrąciłam.

— Nieważne! A potem nagle jest ci to obojętne? Ty idiotko jedna, masz mu firmę pokazać, a nie z nim sypiać!

— To sama idź, jak cię tak napaliło!

— Tylko że oni nie chcą nikogo innego!

— Ale… — urwałam, bo mój mur zaczynał się walić.

— Ryśka, no pomyśl… Myślisz, że taki facet nie ma kochanek, partnerek? Może ma nawet żonę! Właśnie, gdyby przyszedł do mnie albo do Judy, to mogłabyś pomyśleć, że jest tu jakieś drugie dno, ale on przyszedł do ciebie!

— Auć! — rzuciłam z lekka urażona. Sabina spojrzała na mnie przepraszająco. — Rysia, wiesz o co mi chodzi. To było profesjonalne zadanie, a nie kurwienie się w ramach firmowych godzin. — Jej ton powrócił do normalności. Spojrzałam na nią i westchnęłam. Może faktycznie głupio zareagowałam?

— Chyba masz rację — parsknęłam śmiechem. — Ani ze mnie Anastazja Steel, ani z niego Christian Grey. Ale był taki film z Sandrą Bullock… albo z Drew Barrymore…

— O czym ty mówisz? — Sabina zmarszczyła czoło w sposób, który dawał do zrozumienia, że pierdzielę trzy po trzy.

— O niańczeniu szefa? Wiesz, ona… A zresztą, nieważne — machnęłam ręką. — Nimi też nie jestem — dodałam z rezygnacją.

— No mała, idź jutro do Maksa i zobacz, czy może da się to jeszcze odkręcić — zaproponowała Sabina uśmiechając się jakoś tak dziwacznie, że wykrzywiłam twarz w podobnym stylu.

— Tylko że on wspominał o dostępności, a ja mam Kostka i nie mogę, ot tak, powiedzieć: „Sorry synek, mam bardzo ważne zadanie w pracy. Dasz sobie radę? Tam jest lodówka, tam pralka. Jak coś, to dzwoń.” No błagam cię.

— To nie błagaj tylko pogadaj z Maksem o swoich warunkach. Powiedz, że masz Kostka, że jesteś mamą, i że musicie wypracować jakiś kompromis. Przecież wszystko da się dogadać. A jeśli sama pani Stuart — wypowiedziała z naciskiem ostatnie słowo — chce ciebie, to znaczy, że możesz stawiać warunki.

— Tak… Powiem, że chcę mieć szofera, gosposię i wypasioną furę — zaśmiałam się, pukając się w głowę.

— A ty znowu swoje. — Sabina wzniosła oczy ku górze. — O Kostku masz pogadać. A jeśli się nie ugną, to sama będę ci cefałki wysyłać.

— Co wysyłać?

— CV gołębico, CV. — Poklepała mnie po ramieniu. — To co, pogadasz?

Chyba miała rację. Schowałam twarz w dłoniach, czując się jak kompletna idiotka. Po tym przedstawieniu ciężko będzie mi spojrzeć Maksowi w oczy.

Cały wieczór rozmyślałam co mam mu powiedzieć. Kostek zasnął wyjątkowo wcześnie, najpierw pytając czy może pojechać na weekend do taty. Wprawdzie mieliśmy spędzić go razem, ale Witek naopowiadał mu o tym, że chce z Sarą jechać na konie, no i Kostek oczywiście też zapałał nagle wielką miłością do koni.

Rozwód nie należał do najprzyjemniejszych wydarzeń w moim życiu, ale myślę, że zrobiliśmy z Witkiem wszystko co było w naszej mocy, by Kostek odczuł zmiany jak najmniej. Dla pięciolatka było to dość dziwne, że tatuś, który zawsze kładł go do łóżka, już nie będzie tego robił. Że nie przywita się z nim rano ani nie zawiezie go do szkoły.

Co tu dużo mówić, pojawiła się inna kobieta i Witek stwierdził, że się zakochał, w dodatku miłością jedyną i prawdziwą. Byłam wściekła, bo sprowadził mnie do Anglii właściwie wbrew mnie samej. No ale on miał możliwość awansu, a ja byłam zakochana. Po roku urodził się Kostuś i jakoś się nam żyło. Dwa lata potem Witek stracił pracę, bo przyszedł krach i zwalniali masowo wszystkich, którzy byli zbędnym balastem. A Witek okazał się nim niestety być. I tak z pracy w banku trafił na bruk. Ja wtedy zajmowałam się Kostkiem, siedziałam w domu i byłam marną podporą domowego budżetu. Wręcz generowałam koszty. Dlatego zaczęłam szukać pracy. Najpierw jakieś sprzątania, byle byłoby na chleb.

Chcieliśmy wracać, ale wtedy właśnie do Witka odezwał się kolega. Stary znajomy, z którym znali się jeszcze z Polski. Zaproponował mu pracę u siebie. Był budowlańcem, miał małą, jednoosobową firmę i nie odczuł tak bardzo krachu, bo jako mała płotka miał niesamowite zdolności i szczęście w znajdowaniu nowych klientów. I tak się zaczęło. Witek zawsze lubił takie prace, ale to jego rodzice zdecydowali, jaką szkołę ma kończyć. I skończył zarządzanie i bankowość. Pfu!

Gdy rozpoczął pracę z Romkiem dostał jakby skrzydeł, tyle że zaczął znikać na całe dnie z domu. Nie było go od rana aż do wieczora, czyli zawoził Kostka do przedszkola i kładł go spać. Taki miał kontakt z synem. Ale miał. I ojcem zawsze był dobrym.

Gdy zaczął więcej zarabiać, chciał żebym zrezygnowała z pracy, ale ja właśnie wtedy znalazłam pracę marzeń. Po mechanice i budowie maszyn, trafiłam do niewielkiej jeszcze wtedy firmy, robiącej projekty budowlane. Musiałam się przebranżowić, ale z moim wykształceniem nie było to takie trudne.

Poznałam tam Sabinę — Polkę — i tak się jakoś zakumplowałyśmy, że większość czasu spędzałam z nią, a nie z mężem. Witkowi to się nie podobało. Chciał mieć żonę w domu, samemu prawie w nim nie przebywając. Moje szczęście, że mu wtedy nie uległam.

I jakoś leciały nam lata. Coraz mniej nas, coraz więcej codzienności. Zakupy, rachunki, sprzątanie, wszystko było na mojej głowie. Witek był zawsze zmęczony, potem rozdrażniony, aż w końcu dowiedziałam się, że kogoś poznał, i bum! Z naszej wielkiej miłości zrobiła się wielka dupa.

Sabina radziła zabić skurwysyna, wykastrować i powiesić trofeum nad kominkiem. Ale nad kominkiem to ja mogłam powiesić jedynie swoje poroże.

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to żeby urządzić draniowi takie piekło, jakiego nigdy nie zapomni, ale potem popatrzyłam na Kostka. Boże, jak on go kochał, jak lgnął do niego… I co? Miałam się mścić? Zabronić im kontaktów? Albo błagać Witka, żeby znowu mnie pokochał, wrócił? Nawet jeśli jego miłość okazałaby się tylko zauroczeniem, to chyba nie chciałam takiego upokorzenia. Wołałam go puścić wolno, bez niepotrzebnych wojen, za co Sabina zmyła mi głowę nazywając naiwniarą, ale ja wiedziałam, że tak powinna postąpić matka, bo żoną właśnie przestałam być.

Witek nie robił problemów. Był tak zakochany, że wziął winę na siebie i ustalił alimenty, które szły na spłatę kredytu domu kupionego trzy lata wcześniej, a w którym zostaliśmy z Kostkiem.

Na początku nie chciałam go widywać, dlatego gdy przyjeżdżał po małego, wystawiałam dziecko za drzwi i patrzyłam tylko, jak Witek go zabiera. Ale ile można żyć smutkiem i upokorzeniem? Powoli zaczęłam wracać do żywych, co było również wielką zasługą Sabiny.

A teraz? Teraz jest normalnie. I szczerze mówiąc nie żałuję, że nie zmieniłam się w zołzowatą eks, bo Witek nadal jest z tą kobietą — z Sarą — i z tego co mówi wynika, że są szczęśliwi. Kostek ją polubił, a ja zaczęłam tolerować. Sabina uważa mnie za nienormalną, ale ja wiem, że zrobiłam dobrze. Upewnia mnie w tym uśmiech mojego syna.

Wyjęłam telefon i wybrałam numer Witka.

— Co tam? — odezwał się lekko zaspany.

— O sorry, nie chciałam was obudzić.

— Coś z Kostkiem?

— Tak i nie. Słuchaj, mam pytanie.

4) Drugie dno

Tak jak się mogłam spodziewać, Witek bez problemu zgodził się na moją propozycję, by odbierać Kostka po szkole z klubu, do którego go zapisałam już po rozstaniu. Jako jedyna kończyłam pracę w biurze o 16, zaczynając o 8. Właśnie ze względu na synka. Ale wolałam wiedzieć, czy — jeśli ta propozycja względem Williama jest nadal aktualna — mogę liczyć na Witka.

Rano pierwsze co zrobiłam, to poszłam do gabinetu Maksa. Siedział u siebie robiąc jakieś kalkulacje.

— Mogę? — Wsunęłam głowę w szparę w drzwiach, uprzednio nieśmiało pukając.

— O pani Iwan, tak, tak, oczywiście. — Natychmiast wstał i wskazał mi kanapę, ale pokręciłam głową kierując się wprost do jego biurka.

— Przemyślałam pańską propozycję bycia, jakby to ująć, niańką… I chyba wczoraj trochę… przesadziłam z tym wybuchem… i w ogóle…

Gdyby chciał mnie zwolnić za niesubordynację i opryskliwość, to myślę, że prawnicy w naszej firmie szybko załatwiliby sprawę mojego odejścia, ale mimo tego, że to ja przychodziłam do niego teraz kajając się, Maks wcale nie wykorzystał okazji. Coś musiało więc być na rzeczy. To nie było w jego stylu.

— Cieszę się przeogromnie.

Miałam wrażenie, że urósł nagle, wypiął pierś, a w jego oczach pojawił się błysk.

— W takim razie musimy jak najszybciej omówić wszystkie detale.

No i się zaczęło. Moje godziny pracy od momentu niańkowania, jak zaczęłam to nazywać, miały być ruchome, dobitnie jednak zaznaczyłam, że nie mogą obejmować czasu nocnego. Maksymalnie do osiemnastej i ani minuty dłużej. Niestety, Maks nie odpuścił weekendów. Niańczenie miało obejmować aż cztery. Jako że Sabina to przewidziała, mogłam na to przystać będąc spokojną o Kostka, którym — gdyby Witek nie mógł — to ona miała się zająć. Wszelkie koszta pokrywała firma, więc o paliwo jak i służbowe auto, które dostałam już teraz, nie musiałam się martwić. Oczywiście podwyżka była znacząca, choć niepowalająca i miałam nadzieję, że to na co się godzę będzie jej warte, a nie odwrotnie. Po miesiącu i wykonaniu zadania wszystko miało wrócić do normy.

Za te wszystkie korzyści, jakie zapewniała mi firma, miałam być miła, dowcipna i pomocna. Miałam parzyć kawę, dobierać krawat, czy odwozić po spotkaniu. Miałam być cieniem, duchem i przyjacielem w jednym. I miałam zacząć chodzić na siłownię. Ten punkt trochę mnie zdziwił, ale Maks wyjaśnił mi, że moja praca będzie wymagała ode mnie niezłej kondycji i skoro firma płaci, to tylko wyjdzie mi to na zdrowie. Więc się zgodziłam.

— Mam jedno pytanie. Dlaczego ja? Czemu nie Judy czy Sabina?

Maks spojrzał na mnie poważnie.

— Niech to zostanie między nami, ale tylko pani jest na tyle profesjonalną osobą, by podołać temu zadaniu. Judy to podlotek. A Sabina nie ma cierpliwości.

Miał rację, a przy okazji połechtał moją próżność. Wróciłam na swoje miejsce zadowolona, czego Sabina nie omieszkała skomentować i to dość głośno, tak by przypadkiem Judy i Rose tego nie przeoczyły.

— Widzę, że ci dogodził. Zuch chłopak. — Pokiwała głową z zadowoleniem, ale nie wiem czy dlatego, że się zgodziłam czy dlatego, że Judy natychmiast spurpurowiała.

Chodziła zresztą potem cała naburmuszona i do nikogo się nie odzywała. Aż w końcu zniknęła wraz z Maksem z biura.

— Słuchaj, idę do sklepiku. Chcesz coś? — rzuciłam do Sabiny.

— Nie, na diecie jestem.

— O! — parsknęłam, za co spiorunowała mnie wzrokiem. — No już, spoko. Nie, to nie! — I wyszłam, kierując się najpierw w stronę toalet. Musiałam, jak to często powtarzał Witek, odcedzić kartofelki. Zaraz przy wejściu do toalety znajdowała się mini kuchnia. Swoją drogą, niezłe położenie. Co za łeb to wymyślił ja się pytam? W środku dwie kobiety szeptały coś między sobą, a gdy mnie zobaczyły, jedna z nich rzuciła „życzymy miłych wrażeń”, po czym zaśmiały się, wymieniając między sobą porozumiewawcze spojrzenia i szybko się oddaliły.

— Idiotki — bąknęłam pod nosem. I pewnie zaczęłabym się zastanawiać, co ja im takiego zrobiłam, że rzuciły tak wredny komentarz, gdybym po wejściu do toalety nie stanęła jak wryta. Szybko do mnie dotarło, że ich słowa nie odnosiły się do mnie, a do tego, co miałam usłyszeć. Matko, co za jęki! Jakby kogoś obdzierali ze skóry. W dodatku te anielskie śpiewy dochodziły z męskiej toalety znajdującej się za ścianą.

W pierwszej chwili pomyślałam, że to ktoś wysikuje kamienie. Taki orzeszek, a tyle krzyku swoją drogą, co przy — dajmy na to — porodzie, gdzie dziecko jest wielkości arbuza powinno być jak pierdnięcie, ale cóż. Nieważne zresztą… Ten jęk był naprawdę donośny, ale gdy usłyszałam „O tak, o tak, głębiej!” już wiedziałam, że z kamieniem nie ma to nic wspólnego. Chyba, że ktoś mu w jego wyjmowaniu pomagał.

— Odwróć się, wypnij, o tak! — poinstruował mężczyzna.

Kurna pikuś, ktoś się tam bzykał na potęgę! Nie, wróć — ktoś się tam pieprzył na całego. Dziewczyna zaczęła jeszcze głośniej stękać, jakby nie miała granicy w decybelach i za chwilę dołączył do niej męski głos.

— Zerżnę cię tak, jak lubisz. Lubisz to? Lubisz? Powiedz jak lubisz?

Matko, ile można powtarzać słowo „lubisz”? Starając się skoncentrować na sikaniu uciekałam myślami wszędzie, tylko nie do toalety obok, gdzie jakiś gostek dymał panienkę. Uśmiechnęłam się pod nosem lekko zdegustowana. Czy ludzie już naprawdę nie mogą tego robić w innych miejscach?

— O tak, tak Maks!

Maks?!?! O kurwa mać! Maks?! Prawie się obsikałam, gdy usłyszałam to imię. Szybko skończyłam, by jeszcze szybciej opuścić toaletę. Nie chciałam wchodzić po nich do biura, bo średnio zależało mi, by domyślili się, że ich słyszałam. Dlatego prawie wybiegłam z kibelka. Ale zdołałam oddalić się zaledwie kilka metrów, gdy drzwi męskiej toalety się otworzyły, a ja odwróciłam się na pięcie udając, że coś mi upadło i podnoszę to z ziemi. Nie mogli wiedzieć, że byłam w toalecie, więc udałam, że do niej dopiero idę. Taaa, po prostu genialne! W tym czasie Judy odskoczyła od Maksa, wprost na kuchenne drzwi. Scena teatralna jak z najlepszej komedii. Wszyscy graliśmy swoje role.

— Pani Iwan — Maks skinął mi głową. — Miał przyspieszony oddech i cuchnął seksem. Judy uśmiechnęła się fałszywie i obydwoje zniknęli za rogiem, a ja pchnęłam drzwi do toalety. Zaskrzypiały, ale że przecież już tam byłam, zostawiłam je w spokoju i weszłam do kuchni, by zakręcić niedokręcony kran. Tak, byłam dziwna, ale zawsze to robiłam i zawsze dziwiłam się, jak to możliwe, że ludzie nie zwracają na takie coś uwagi. Akurat w biurze.

I wtedy usłyszałam ich głosy.

— Ciszej mów. — Maks upomniał Judy, a ta odparła mu z nieskrywanym jadem w głosie.

— Weszła do kibla. Więc czemu? Dlaczego ona?

— Pogadamy w biurze — odparł szybko.

— Nie!

— Matko, bo Stuart chciała. To była jej dyspozycja. Szczęśliwa?

— Stuart? Ale czemu?

— Bo widziała ją na tym lunchu i powiedziała, że albo ona, albo mnie zwolni.

Czyli dlatego miał taką minę i prawie srał w gacie. Wiedziałam, że i o jego stanowisko się rozchodziło.

— Ale ona nie ma wyglądu. Widziałeś ją?

To zabolało. Głupia suka! No, powiedz jej! Powiedz o moim profesjonalizmie. Ciekawe, co powiesz wtedy, ty parszywy silikonie!

— I właśnie o to chodziło.

— Co?

Co?!!!

— Stuart chciała ją, żeby jej wnuk mógł się skupić na pracy, a nie bzykaniu. Ta stara wiedźma chce go trzymać pod kluczem i chyba obmyśliła sobie, że jak Iwan będzie z nim cały czas, to odstraszy potencjalne chętne.

— To nie mogli wziąć Charlesa albo Johna? Zack jest w jego wieku. Mogli wziąć Zacka.

— Nie, bo z kolei on chciał kobietę.

— Nieźle go babcia urządziła. — Judy zaśmiała się groteskowo. — A Brzydula tylko skorzysta. Ten cały pakiet wygląda nieźle. Sabina paplała coś o siłowni. To prawda?

— Nikomu się nie wygadaj, ale tę siłownię to ja funduję.

— Co? Zwariowałeś? — pisnęła Judy.

— Nie zwariowałem, tylko chcę chłopakowi oszczędzić zawału.

— Ale poczekaj, ona ma z nim być cały czas?

— Tak.

— Nawet w nocy?

Nagle obydwoje wybuchnęli śmiechem i rozmowa ucichła.

Stałam jak wryta i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Dostałam tę pracę, bo byłam najbrzydsza? Najbrzydsza z całego biura? Czy było coś bardziej upokarzającego? W tym momencie moją pewność siebie, którą odbudowywałam mozolnie po rozwodzie, diabli wzięli. Byłam brzydka i nieatrakcyjna i dlatego się nadawałam. Jak to powiedział Maks? „Ma się skupić na pracy, a nie na bzykaniu”. Przy mnie jest to możliwe.

5) Blond cukiereczek

Nie umiałam powstrzymać łez. Och, jak to bolało. Nie uważałam siebie za królową piękności, ale naprawdę byłam aż tak odstraszająca?

— Mówił o profesjonalizmie, a okazało się, że zostałam wybrana ze względu na urodę, a właściwie na jej brak. — Zakryłam twarz dłońmi, bo gdy przypominałam sobie moje myśli o mnie i o Maksie, to aż chciało mi się wyć. Co za upokorzenie!

— No to chyba dobrze — rzuciła Sabina, gdy wieczorem przyjechała do mnie na topienie smutków. Kostek już spał, za to ja nie zmrużyłabym oka, dlatego zadzwoniłam po Sabinę. To się nazywa przyjaźń. Miała dziś randkę, co prawda jedną z tysiąca, ale jednak randkę, a mimo to wpadła do mnie, bym mogła się wyżalić.

— Mówisz poważnie?

— Ok, wiem, że to brzmi głupio, ale jak tak o tym pomyślisz, to jego babcia wybrała ciebie właśnie dlatego, że wyglądasz na normalną kobietę, a nie wyuzdaną dziwkę, czy łowczynię posagów.

— Myślisz o sobie w tych kategoriach? — zapytałam, na co Sabina przewróciła oczami.

— Ale wiesz, jak jest fajny, to kto wie… — zaśmiała się zalotnie. Kurcze, ta dziewczyna miała do siebie wielki dystans. Zazdrościłam jej tego. Sama potrafiłam przejmować się pierdołami, chociaż nie dawałam tego po sobie poznać. Najpierw wszystko dusiłam w sobie, a potem najczęściej ryczałam w poduszkę. Błąd, jak mawiała Sabina, wielki błąd.

— Nie wiem, co zrobić. Zgodziłam się, ale już nie chcę. Nie potrzebuję więcej kasy, więc … A najchętniej bym się zwolniła.

— Żartujesz sobie? Nie bądź samolubna. — Przyjaciółka pokręciła głową głośno wzdychając.

— Samolubna?

— Chcesz mnie z nimi zostawić?

— Nie słyszałaś jak ona się śmiała. — Na samo wspomnienie oczy zachodziły mi łzami. Ta ropucha, piękna ropucha, nabijała się ze mnie. Cholera, nie sądziłam, że aż tak ucierpi moja kobiecość, poczucie własnej wartości, że o pewności siebie nawet nie wspomnę. Ta utopiła się w alkoholu i łzach.

— Ryśka, posłuchaj… ja wiem, że to było straszne, mega upokarzające i w ogóle masakra do kwadratu, ale przestań dramatyzować.

— Pewnie, łatwo ci mówić! — Po trzech Reddsach ciężko było mi zapanować nad emocjami, jakie we mnie siedziały, dlatego podniosłam głos, co chyba nie spodobało się Sabinie. Błąd, że nie piła. Wielki błąd.

— To zrób coś! — rzuciła twardo. — Przestań płakać i coś do cholery zrób.

Popatrzyłam na nią, jakby mnie olśniło.

— I to jest właśnie to. Coś zrobię! — rzuciłam twardo.

— Brawo!

— To, co powinnam była zrobić już dawno.

— Dobrze gadasz Ryśka. — Sabina poklepała mnie po ramieniu.

— I im wszystkim pokażę! — zabełkotałam, bo mój język powoli przestawał mnie słuchać.

— Zuch dziewczyna! Mów, co zrobisz?

— Zwolnię się.

— Matko, pierdolisz jak pomylona. — Sabina schowała twarz w dłonie i wtedy zadźwięczał jej telefon. — Muszę lecieć — rzuciła podrywając się z miejsca. Poczłapałam za nią, by odprowadzić ją do drzwi, ale świat tak pięknie zawirował, że to Sabina odprowadziła mnie do sypialni. Zanim jednak wyszła, spojrzała na mnie poważnie i powiedziała:

— Możesz się zwolnić i dać im satysfakcję, a potem wrócić do domu, ryczeć i użalać się, jaka to ty jesteś biedna, brzydka i głupia. Spoko, kupię ci jeszcze zapas chusteczek z Costco. Albo możesz coś zrobić, coś faktycznie zmienić, Marysiu. Zastanów się nad tym. — I wyszła, a ja trawiłam jej słowa. Pal sześć te o płaczu. To ta “ich satysfakcja” dała mi do myślenia. Tego zrobić nie chciałam. Nie dam im jej. Ani Judy, ani Sarze, ani Maksowi, ani pani Stuart. Ja wam jeszcze pokażę!

Za to rano moja głowa pokazała mi, jaka jest słaba. Musiałam wziąć tabletkę i taka niewyraźna zawiozłam Kostka do szkoły.

— Mamo, a tata o której będzie? — dopytywał młody.

— Rano.

Wiem, świnia ze mnie nie matka, ale głowa nie chciała przestać boleć i nie chciało mi się gadać, dlatego odburkiwałam tylko, co miało potem zaowocować wyrzutami sumienia.

— A może by przyjechał po mnie dzisiaj, co?

— Aż tak ci się spieszy? — zaśmiałam się, widząc jego błagalną minę.

— Po prostu te konie… — westchnął rozmarzony. — Śniły mi się dzisiaj, no i nie musiałby jutro tracić czasu, żeby po mnie rano przyjeżdżać, no a ty mogłabyś sobie pospać.

Zaczęłam się śmiać słysząc te wszystkie teoretyczne plusy dzisiejszego wyjazdu do taty.

— Ok, pogadam z nim, ale nie obiecuję, bo może nie będzie mógł.

— Ok, kocham cię, kocham cię, kocham cię. Jesteś najwspanialszą mamą pod słońcem! Nie! We wszechświecie! — mówił z roześmianą buzią pełną szczęścia i wdzięczności.

* * *

Godzinę później rozmawiałam z Witkiem.

— Słuchaj, on szaleje. Tak bardzo nie może się doczekać.

— To nawet lepiej, że dzisiaj. Pojedziemy zaraz po szkole. Obrazisz się, jak wejdę i zabiorę trochę rzeczy młodego?

— Spoko, tylko nie przestrasz się bałaganu. Jeszcze nie sprzątałam.

— Ja też. — Roześmiał się, ale było w tym coś dziwnego. Nie pytałam jednak co u niego słychać. Już tyle razy nasłuchałam się, jaki to on jest szczęśliwy, że przywykłam, że przy Sarze nie występuje w innym stanie emocjonalnym. Za to on nie miał już tego problemu. — A co u ciebie słychać? Jak nowe stanowisko?

— Wszystko w powijakach. — Taaa, już widzę, jak żalę się byłemu mężowi z mojego upokorzenia. — Zostawiłeś mnie, bo jestem brzydka? — palnęłam nagle, bo „myśleć” i „mówić” nie idzie u mnie w parze.

— Co? — Musiałam go totalnie zaskoczyć. — Boże, co to za pytanie? — Głos mu zadrżał i aż odkaszlnął z wrażenia.

— A więc tak?… Bo myślę, że tak.

— Marysiu, przestań. To już za nami. Zresztą, to nie o to chodziło.

A jednak. Przestałam być kobieca, przestałam być seksowna, kusząca, więc znalazł to u Sary. To takie banalne… I zdawałam sobie z tego sprawę, lecz teraz podwójnie poczułam związany z tym ból. Bo myślał tak o mnie nie tylko mój eksmąż, ale i inni. Wzięłam głęboki oddech.

— Zapomnij. Mam gorszy dzień. Jak najbardziej przyjedź i zabierz dla Kostka, co trzeba. Klucz masz. Ja zresztą będę dziś później. Mam trochę spraw do załatwienia.

Miałam przecież coś zmienić. Czemu nie zacząć już dziś? Oby tylko starczyło mi na to sił.

* * *

W pracy Maks powiedział, że nowa umowa jest już w przygotowaniu. Dostałam za to kluczyki do służbowego auta i przepustkę na siłownię znajdującą się w naszym biurowcu. Nie muszę wspominać, że była bardzo ekskluzywna i droga. Zupełnie nie miałam ochoty się na niej pojawiać i nawet próbowałam się z tego wymigać, tłumacząc, że mogę przecież ćwiczyć sama, w domu. Miałam cichą nadzieję, że Maks na to przystanie, tym bardziej, że płacił za tą “przyjemność” z własnej kieszeni. A biorąc pod uwagę, że oprócz interesującej powierzchowności wyróżniał się nieprzeciętnym skąpstwem, liczyłam, że odpuści mi jednak siłownię. Skoro potrafił jechać do innego sklepu, by kupić w nim kanapkę o dziesięć pensów tańszą niż ta w naszym biurowym barze, to wydatek rzędu kilkuset funtów musiał go bardzo boleć.

— Mam fajne płyty — rzuciłam Maksowi, a on zmarszczył czoło, jakby nie rozumiał o czym mówię. Szczerze, wcale by mnie to nie zdziwiło. — Będzie taniej dla firmy — moja ostatnia deska ratunku.

— Ależ nie ma o czym mówić. Co to dla firmy?

Że co? A to patafian jeden, a o długopisy do biura rozpętał wojnę, bo kosztowały dwa funty więcej! Za sto sztuk! Musiał uważać mnie za totalną porażkę, skoro aż tak się poświęcił.

I tym oto sposobem, jako że nie miałam odwagi przedstawić na głos swoich myśli, zostałam zesłana na siłownię.

— Boże, dziewczyno, no uśmiechnij się — rzuciła Sabina pod koniec pracy. — Wyglądasz, jakby ktoś chciał cię powiesić.

— Idę na siłownię — odpowiedziałam z grobową miną.

— Dzisiaj?

— Dostałam przepustkę i kluczyki do nowego auta.

— I nic nie mówisz? Byłaś zobaczyć?

— Jeszcze nie.

— No to już, idziemy.

— Na siłownię?

— Co ja siłowni nie widziałam? — prychnęła. — Auto chcę zobaczyć, auto. — Puknęła mnie w czoło, jak jakiegoś przedszkolaka. — No ruszaj dupsko.

Zjechałyśmy windą z trzynastego piętra, aż na poziom B, gdzie znajdował się parking. Nasza firma miała wykupione miejsca, więc jedno z zaparkowanych tam aut od dziś miało być moje.

— Które to? — zapytała Sabina, na co ja mogłam tylko wzruszyć ramionami.

— Nie zapytałam.

— Nie zapytałam — przedrzeźniła mnie. — Dawaj kluczyki.

Oddałam jej je. Nagle coś piknęło. Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo nie było.

— To będzie gdzieś tam — Sabina ruszyła przed siebie, a ja za nią.

— Skąd wiesz?

— Nie słyszysz pikania? — Ponownie je usłyszałam. — To twoje nowe cudeńko nas przyzywa. Fajny gadżet — roześmiała się Sabina. — Przyciskasz ten guziczek, a on do ciebie mówi „tu jestem maleńka”.

Nie rozumiałam jej podniecenia, ale Sabina zawsze trochę odbiegała od normalności. A może to ja byłam inna? Nagle wpadłam na jej plecy, co wyrwało mnie z rozmyślań.

— Auć. Ducha zobaczyłaś?

— Acha — rzuciła jakby faktycznie ujrzała istotę pozaziemską.

— Taki rzęch? — Wyjrzałam zza niej, by zobaczyć auto, ale w rzędzie przed nami stały tylko same najnowsze modele audi, mercedesa i BMW. Nagle jedno z aut zamrugało do nas, a dźwięk piknięcia znów rozszedł się po parkingu. Rozejrzałam się dookoła, by zobaczyć właściciela pięknego BMW w krwistym kolorze, ale nadal byłyśmy same.

— Ale że… — wydukałam, gdy Sabina raz jeszcze nacisnęła magiczny guziczek, a auto znów odpowiedziało jej „tu jestem maleńka”.

— Zwariowali — szepnęłam kręcąc głową z niedowierzaniem.

— Ożeż ty, kurwa mać! — Sabina prawie wyzionęła ducha.

— Ja tym jeździć nie będę.

— To ja chcę. Matko, ale cacko — nie wychodziła z zachwytu. Wręcz rozpływała się na widok czterech kół i blachy.

— Niezłe cudo — usłyszałyśmy za nami męski głos i dołączyło do nas dwóch mężczyzn ubranych na sportowo, ze sportowymi torbami przewieszonymi przez ramiona. Sabinie naprawdę musiało podobać się auto, bo po raz pierwszy nie otaksowała, jak to miała w zwyczaju, nieznajomych, tylko nadal wpatrywała się w samochód.

— Auto jak auto — rzuciłam, na co jeden z mężczyzn uniósł lekko brwi, jakby to co powiedziałam rozbawiło go. Mógł mieć niewiele powyżej trzydziestu lat, ale wyglądał niesamowicie poważnie, tak chłodno, że aż odstraszająco. Góra jego ciemnych włosów spięta była w kucyk, więc przy krótko podgolonym dole całość nadawała mu groźnego wyglądu. No i ta postawa. Przypominał typowego bramkarza sprzed nocnego klubu. Jednego byłam pewna. Nie chciałabym spotkać tego faceta w ciemnej uliczce czy na pustym parkingu.

— Złe?— zapytał jego kolega. Był przystojniejszy, wyluzowany, a z tymi blond włosami, dołeczkiem na policzku i niebieskimi jak lazur oczami… Ach, o czym ja w ogóle myślę. Śmiech Judy zadźwięczał mi w głowie i sprowadził mnie z powrotem na parking. No dobra, to że ja zwróciłam uwagę na tego faceta, a Sabina nawet nie uraczyła go spojrzeniem, mimo że jego głos był tak magnetyzujący, że mógłby mi nawet książkę telefoniczną czytać, tylko potwierdzało, że z Sabiną było naprawdę źle.

— Nie, że złe, tylko… No to jest po prostu samochód. Ma określone zadanie. Przewieźć mnie z punktu A do punktu B. Czy szybko? Na mieście i tak są ograniczenia, więc czy on jedzie dwieście czy trzysta, to i tak nie mogę tego wypróbować. Ma być bezpieczny i niezawodny, ale nie przesadnie drogi w utrzymaniu. Po prostu samochód — powiedziałam na jednym wydechu, bo mój zachwyt nad blondynem neutralizował strach przed jego towarzyszem, więc wcześniejsze skrępowanie czy też zawstydzenie zniknęło bezpowrotnie.

— Pieprzysz jak potłuczona — skomentowała Sabina w końcu zaszczycając nieznajomych spojrzeniem. — Ta kobieta nie wie jakie ma szczęście. To cudeńko to król szos i dużo bym zrobiła, żeby takim jeździć.

— To to nie jest twoje auto? — Przystojniak zwracający się do Sabiny był faktycznie zawiedziony. No naprawdę mi przykro.

— Niestety nie — odparła Sabina podchodząc bliżej i dotykając lakieru. Patrzyłam na tę dwójkę i przez myśl przeszło mi, że idealnie do siebie pasują. Dwa pustaki. Oj, no co, to moja przyjaciółka. Żartuję przecież. No ale poważnie… zachwycać się tak autem?

— A dla mnie to strata pieniędzy i tyle — powiedziałam. — Wolałabym dostać skromniejszy wóz za to więcej pieniędzy na konto. Przynajmniej zabrałabym Kostka na porządne wakacje.

— Teraz możesz na takie pojechać — westchnęła Sabina.

— Tak czy inaczej życzę miłej jazdy — rzucił blondyn mrugając do Sabiny, a na mnie nawet nie patrząc. Bandyta, jak ochrzciłam drugiego z nich, miał rozbawiony wyraz twarzy. Obserwował towarzysza i Sabinę z pewną ironią w oczach, ale gdy się w końcu oddalali, obejrzał się jeszcze. Może wcale nie był tak odporny na wdzięki czerwonego auta… albo Sabiny.

— Ale ciacho — zauważyła Sabina zerkając na mnie znacząco.

— Facet czy samochód? — parsknęłam śmiechem.

— Blond cukiereczek. — Wzniosła oczy, jednocześnie nimi przewracając.

— Proszę cię — rzuciłam z politowaniem. — Tak śliniłaś się na auto, że nawet go nie zauważyłaś.

— To było zaplanowane moja droga. Taka lekcja dla ciebie: jak zaintrygować faceta.

— Śliniąc się na auto?

— Olewając go, Rysiu. To zawsze działa.

— Taaa.

— No nie mów, że ci się nie podobał. — Szturchnęła mnie łokciem. — Że nie marzysz, by rozebrał cię całą i wziął na kuchennym stole.

Słysząc to prawie zakrztusiłam się śliną.

— Chyba na masce auta.

— O, o, to jest to. Widzę, że już zaczynasz kumać. — Poklepała mnie po ramieniu. Czemu ona mnie zawsze klepała w ramię?

— Sabina, żeby o czymś marzyć, to to coś musi być chociaż w jednym procencie prawdopodobne, a zupełnie nie jest prawdopodobne, by taki koleś zwrócił na mnie uwagę. Zresztą za młody dla mnie. Wygląda jak rówieśnik Maksa. A poza tym ich było dwóch. Czemu nie wspomnisz o tym drugim? Chociaż ten to akurat u mnie nie miałby szans. — Wzdrygnęłam się na samą myśl.

— Dwóch?— Spojrzała na mnie zdziwiona.

— No dwóch. Wysoki? Ciemne włosy?

Sabina pokręciła głową, więc kontynuowałam

— Kucyk? Hm? Poważnie? Ty… Zresztą nieważne.

— Ryśka, zapomnij o tym, co mówili ci idioci — westchnęła.

— O aucie?

— O tobie. Maks i Judy.

— Wiesz, to będzie dość trudne do zrobienia. Pamiętam o tym za każdym razem, gdy przeglądam się w lustrze, więc powoli przestaję się przeglądać.

— A nie powinnaś. Trzeba to zmienić.

Gdy wróciłyśmy na piętro, Sabina zaciągnęła mnie do łazienki. Ustawiła naprzeciwko lustra i rzekła:

— Słuchaj, jeśli mi tylko pozwolisz, zrobię z ciebie taką laskę, że cię rodzona matka nie pozna.

— Już raz próbowałaś i faktycznie mama mnie nie poznała — zaśmiałam się przypominając sobie jak zaraz po rozwodzie Sabina zaprowadziła mnie do fryzjera, który za punkt honoru obrał sobie zrobienie ze mnie blondynki. W efekcie spalił mi włosy, przez co byłam siwa jak gołąbek.

— Nigdy mi tego nie wybaczysz? — rzekła uśmiechając się przepraszająco. — Nie wiem co mu do głowy strzeliło, ale naprawdę, ja też myślałam że go zamorduję.

Wpatrywałam się w swoje odbicie. Kim ja byłam? I kim chciałam się stać?

— Sabina, tak szczerze, no sama zobacz. Włosy można obciąć, mogę schudnąć kilka kilo, mogę ubrać się inaczej, ale tego z nosa nie ściągnę — wskazałam na okulary, które nawet w najładniejszych oprawkach nie sprawiały, że moje oczy były większe. Minus osiem dioptrii sprawiało, że nawet najładniejszy makijaż po prostu znikał.

— Gówno prawda kochanie. To wszystko sprawi, że staniesz się wystrzałową babką i będziesz po prostu piękna. I ja ci w tym pomogę.

I tego właśnie się bałam.

Po powrocie do biura Sabina zdała sobie sprawę, że zostawiła gdzieś telefon.

— Błagam, idź sprawdź na parking — skiełczała mi nad uchem.

— Ale sama? Ja tam sama nie idę.

— No błagam cię. Nikt cię tam nie zabije.

— A czemu nie możesz iść ze mną? — Patrzyłam na nią spode łba.

— Bo Maks mnie wzywa. Nie musi wiedzieć, że oglądałyśmy w godzinach pracy twoje nowe cacko.

Wkurzona więc na bezmyślność Sabiny zjechałam ponownie na parking. Niestety nie znalazłam komórki ani w aucie, ani na masce, gdzie podejrzewałam, Sabina zostawiła ją z wrażenia. Nie, nie byłam na nią zła. Ja po prostu bałam się parkingów. Nie wiem czemu, ale puste nie kojarzyły mi się najlepiej. No ok, może parking nie był pusty, bo jakieś auta tam były, ale za to ani żywej duszy… Tak jak w horrorach, co to zaraz ktoś wyskoczy zza… Aaaaa!

— Aaaaa! — krzyknęłam zamachując się jednocześnie torebką i uderzając nią na oślep.

6) Ty zboczeńcu!

— Ej, auć, hej! — zawołał ktoś niewyraźnie, ale ja nie przestawałam okładać go torbą.

— Zostaw mnie w spokoju! — cedziłam słowa ledwie łapiąc oddech. — Nie mam pieniędzy, ty zboczeńcu jeden!

— No, uspokój się w końcu! — Czyjeś dłonie złapały mnie w silny uścisk. Koleś stał za mną, a ja szarpałam się jak szalona. — Nic ci nie chcę… Auć! — ostatnie słowo wrzasnął po tym, jak machnęłam głową w tył, z impetem w „coś” trafiając. To „coś” było strzałem w dziesiątkę, bo napastnik rozluźnił uścisk, a ja jak oparzona odskoczyłam od niego i nie oglądając się za siebie ruszyłam wprost ku drzwiom na korytarz, a potem schodami ku górze.

Po trzech piętrach szaleńczego biegu z wywalonym językiem, stwierdziłam, że nikt mnie nie goni i dopiero wtedy odważyłam się wejść na główny hall, a stamtąd wprost do windy. Niestety, żadna z czterech wind nie chciała mnie wpuścić. Naciskałam jak szalona czerwony przywołujący guzik, ale numerki oznajmiające gdzie znajduje się winda nieubłaganie rozjeżdżały się, jakby specjalnie nie chciały wskazać mojego piętra.

I wtedy dopiero zwróciłam uwagę, że jedna z nich rusza z dołu. Z dołu! Myślałam, że już wcześniej serce chce pozwiedzać świat wyskakując z mojej piersi, ale po tym odkryciu chyba postanowiło wyjść przez piętę, bo nawet tam czułam pulsowanie strachu.

Co jeśli w windzie siedzi ten zboczeniec?! Chciałam uciec, ale było już za późno. Winda zatrzymała się i drzwi powoli zaczęły się rozsuwać. Zamachnęłam się torebką czekając, aż napastnik wyskoczy z niej gotowy do kolejnego ataku, ale zamiast postawnego mężczyzny, jak sobie wyobrażałam tego zboczeńca, wyszła filigranowa blondynka w dobrze dopasowanym uniformie, z gładko przylizanymi włosami, okularami na nosie i stertą dokumentów w rękach.

Nawet mnie nie zauważyła, a ja szybko wślizgnęłam się do windy. I wtedy podziękowałam, że kobieta mnie nie widziała, bo ten ktoś, kogo dostrzegłam w lustrzanym odbiciu — po kij te lustra w windach — wyglądał jak Baba Jaga. Włosy w nieładzie, ubranie wymiętolone jakbym wróciła z ćwiczeń w koszarach, i to rozbiegane spojrzenie pełne strachu i bojowości zarazem. Matko, wyglądałam fatalnie, ale po tym, co stało się na parkingu, wcale nie zamierzałam iść do łazienki by przylizać włoski. Wparowałam do biura i szybko zajęłam miejsce przy biurku.

— Matko Przenajświętsza, a tobie co się stało? — Sabina aż podniosła się z krzesła. Zresztą nie tylko ona. Wszystkie cholery wgapiały się we mnie nie kryjąc zaskoczenia.

— Pani Iwan? — Tak, jeszcze brakowało, żeby pojawił się Maks.

— Miała randkę — rzuciła Judy uśmiechając się szyderczo. Za jej przykładem poszła reszta idiotów.

— Widać udaną — Nawet nie wiem, kto to powiedział, ale ślad uśmiechu, jaki zamajaczył na twarzy Maksa, odpalił zapalnik i zanim pomyślałam o konsekwencjach, pierwsze słowa już leciały w stronę szefa i Judy. Nie wiem czemu, ale nie słyszałam dokładnie siebie, a jedynie jakieś basowe buczenie, przeciągłe, jak w zwolnionym tempie i tylko twarz Sabiny była dowodem, że moje słowa faktycznie obrażają wszystkich i wszystko.

Nawet nie zabrałam rzeczy z biurka, a skończywszy zwyczajnie odwróciłam się pozostawiając ich wszystkich w osłupieniu. Nie zdążyłam jednak nawet dojść do drzwi, jak wyprzedził mnie Maks zastępując mi drogę. Spodziewałam się najgorszego, dlatego nawet nie chciałam go słuchać, ale ten nie dał za wygraną. Coś do mnie mówił, ale ja naprawdę przestałam odbierać fonię. Chciałam stamtąd jak najszybciej się wydostać. Było mi duszno i miałam wrażenie, że zaraz zemdleję.

— …zostać! … bo teraz … źle, a ona….

Matko, co on do mnie mówił? W końcu jednak opanowałam się, bo w jego oczach wcale nie widziałam złości, a panikę.

— Co? — Zmarszczyłam czoło starając się skupić na jego słowach.

— Masz rację. Przepraszam, słyszysz?! Ale musisz zostać. Porozmawiamy o tym wszystkim potem, bo teraz oni już tu są i jeśli odejdziesz, to będzie źle, a ona chce tylko ciebie!

— Co? Po tym wszystkim, co powiedziała? Odbiło ci?! — pisnęła Judy w reakcji na jego słowa, ale Maks nie odwracając się nawet burknął „zamknij się!” Musiałam zapytać Sabinę, co ja takiego paplałam. Chyba coś o idiotach, szmatach, puszczalskich i palantach. Tylko nie wiem, w jakiej kolejności.

— Proszę cię. — Maks patrzył mi głęboko w oczy, a ja powoli zaczynałam kontaktować.

— Wiesz, że jesteś świnią? — powiedziałam słysząc ciche syki zza pleców Maksa. Myślałam, że się wkurzy, ale on nie zwrócił uwagi na moje słowa. Matko, kim była ta cała babcia Stuart, że Maks tak strasznie się jej obawiał?

— Spierdalaj Maks — rzuciłam odwracając się na pięcie i zaskakując samą siebie. Masisia raczej tak by nie powiedziała. — A, i nie bój się zwolnienia, bo takie fiuty jak ty zawsze spadają na cztery łapy — rzuciłam i już chciałam odejść, gdy kolejne słowa sprawiły, że stanęłam jak wryta.

— Jeśli stara nie będzie zadowolona, zamkną nas.

— Co? — To znowu była Judy, ale tym razem z pewnością mówiła w imieniu wszystkich.

— O czym ty mówisz? — zapytałam obracając się i tak jak reszta oczekiwałam wyjaśnień.

Maks wydawał się być zmęczony i zrezygnowany. Widać to, co miał nam wyjaśnić, nigdy nie miało trafić do naszych uszu. Przestał przypominać wymuskanego modela z katalogu. Właściwie to z całym tym stresem i prawie zafajdanymi spodniami przestał mi się podobać i aż dziwiło mnie, że kiedyś mogło być inaczej.

— Nasze biuro jest jednym z trzech, które jest na liście do rozwiązania — mówiąc to ściszył głos, ale i tak chyba każdy słyszał dokładnie każde ze słów, bo natychmiast szmer wypełnił biurową przestrzeń.

— Ale dlaczego? Przecież świetnie sobie radzimy? — Sabina też nie rozumiała, o co chodzi.

— Tak, ale projekty od nas ma przejąć biuro w Sheffield.

— Ale to jest niedorzeczne. Sheffield jest mniejsze, więc…

— Tańsze. Nowe szefostwo chce zarabiać. A my tu jesteśmy za drodzy — potarł twarz dłońmi.

— To po co nas kupowali?

— Dla zysków, dla klientów, dla sprzętu.

— Czyli nas, ot tak, wysiudają? — Zack kręcił z niedowierzaniem głową. — Czemu nam nie powiedziałeś? Po chuj było to całe przyjęcie? — rzucił, całkiem dobrze wypowiadając po polsku wulgaryzm. Oprócz tego, że był świetnym inżynierem, szybko przyswajał wszelkie niecenzuralne słowa w obcych językach.

— Dokładnie! — wtrąciła Judy, która była już nie tylko zaskoczona, ale i zła. Widać Maks nic jej na ten temat nie wspomniał, a to musiało boleć. Ale nie było mi jej jakoś specjalnie żal. Wciąż trawiłam jego słowa.

— Bo nadal mamy szansę — odpowiedział z błyskiem w oczach.

— Niby jaką? — parsknęła.

— Jej wnuk ma przejąć interesy i to od niego będzie w dużej mierze zależało, czy nas zamkną czy nie. Ta wiedźma chciała, żebyś ty się nim zajęła i tak, masz rację, dlatego, że uważa cię za nieszkodliwą.

Zmarszczyłam czoło, bo skoro on to powiedział, to znaczy, że w napadzie słowotoku musiałam o tym wspomnieć. Moje policzki oblał rumieniec, tak cholernie zrobiło mi się gorąco i wstyd jednocześnie. Całe biuro o tym usłyszało, ale mimo wszystko nikt się nie śmiał. Wizja zwolnień była widać gorsza niż żarty ze mnie. Gorsza nawet od powodu, dla którego zostałam wybrana do tej „misji”.

— Jeśli tego nie zrobisz, to ona nas zamknie, bo on nie będzie chciał tu zostać. A w tym nasza nadzieja. Że się mu z nami na tyle spodoba, że będzie chciał mieć swoje biuro tu, a nie w Sheffield.

— To po to on tam teraz jest. Czyli ktoś tam straci pracę, tak? — zapytałam, a Maks tylko skinął głową. — Więc albo my, albo oni. Do dupy z tym. — Byłam zła. Jeśli wcześniej nie pałałam sympatią do babki i tej całej rodzinki, to teraz miałam ochotę ich rozszarpać. Tak, oczywiście, że wywołane to było chwilowym przypływem adrenaliny i znając siebie wiedziałam, że za kilka godzin nie będę umiała sobie znaleźć miejsca, bo tak będzie mi wstyd za swoje zachowanie, ale teraz akurat miałam to głęboko w tunelu.

— Być albo nie być. Takie jest życie. — Maks wzruszył ramionami. Jego też nie cierpiałam, ale byłam mu potrzebna tak bardzo, że był w stanie się przede mną płaszczyć i mało brakowało, żebym nie kazała się w ten tunel całować. — To co?

— Wiesz, że nie mam powodu, żeby ratować wam dupska — rzuciłam chcąc go pomęczyć, ale Maks spojrzał na Sabinę.

— Możesz mnie nie lubić, ale oprócz mnie pracuje tu kilkoro innych ludzi i od ciebie teraz zależy ich być albo nie być.

— Ty to jednak idiota jesteś — odparła Sabina, a Maks aż zaniemówił. Chyba nie spodziewał się aż takiej wylewności od reszty pracowników. — Naprawdę szantażem chcesz ją przekonać?

— Mówię jak jest.

— Tobie to by się zwolnienie akurat przydało — parsknęła, ale nie pozwoliłam już odpowiedzieć Maksowi, bo z tej rozmowy i tak nie mogło wyniknąć nic dobrego.

Popatrzyłam na nich wszystkich.

— Ok. Zostanę.

— Poważnie? — Maks aż podskoczył, za to Judy, mimo że jej tyłek prawie szurał o bruk, przewróciła ostentacyjnie oczami. Co za sucz. Nie musiała mi dziękować całując palce u stóp, ale te oczy mogłaby sobie darować.

— Powiedziałeś, że niedługo będą? Dobrze zrozumiałam? Myślałam, że mam miesiąc. To ile teraz, tydzień? To dość mało, wiesz o tym. Cała dokumentacja…

— Dziewczyny ci pomogą, a ty idź i doprowadź się do porządku.

— Możemy zacząć jutro? Nie czuję…

— Masisiu, zaraz to nie znaczy tydzień, ale naprawdę zaraz — powiedział z naciskiem ostatnie słowo.

— Że co? — Fala paniki zalała moje ciało. W takim stanie, z włosami i ubraniem jak po trzęsieniu ziemi, miałam poznać dziedzica fortuny i objąć posadę niańki? Dzisiaj?!

— Ochujałeś?! — Tak, przez kilka ostatnich chwil nasz język, jak i nasze relacje, bardzo się zmieniły.

— Nie ja, tylko ta wiedźma. Błagam cię, idź. Oni mogą tu być w każdej chwili. Sabina, idź jej pomóż. A reszta do rysunków. Proszę wydrukować na A3 wasze najlepsze projekty. Zack, przygotuj segregator. Wszystko tam wrzucimy…

Przestałam słuchać Maksa, bo Sabina wyprowadziła mnie z biura i powoli udałyśmy się do toalety. Tam zajęła się moimi włosami, a ja stałam jak kukła przed tym lustrem obserwując, jaką szkaradę pozna nowy szef i myśląc, że lepiej byłoby, żebym jednak to nie była ja.

— On ucieknie, zobaczysz. Idź ty.

— Co?

— Weź zamień się ze mną. Będziesz udawała mnie, a ja podszyję się pod ciebie. Powiemy potem, że babcia źle spojrzała i się pomyliła. Szef będzie na bank zadowolony, a my zachowamy pracę — rzuciłam pełna rozpaczy i nadziei, że Sabina się zgodzi.

— Żartujesz? Nie mogłabym z nim uprawiać seksu — wzdrygnęła się, przewracając oczami.

— Co? No co ty, nie o to mi chodziło. — Poczerwieniałam na twarzy. Sabina wiedziała jak mnie zawstydzić.

— Ja się nie pieprzę w stresie, mówię ci, to straszne uczucie i nigdy więcej — zaśmiała się, a ja trzepnęłam ją w ramię. — Ty się tak nie rzucaj, bo ci kreskę krzywo narysuję — upomniała mnie.

— Nie dam rady.

— Dasz. To zwykły bubek i jego mroczna babcia. — I jeszcze to jej pocieszanie.

— Zwolnią nas.

— Przestań. Nie zwolnią. Judy się z nim prześpi — parsknęła, kończąc kreskę nad prawym okiem.

— Co ty gadasz za głupoty.

— Ja mu zrobię masaż stóp, a John mu obciągnie. A jak coś to kakaowe oko…

— Przestań już! — Wyjątkowo nie rozbawiły mnie te głupie żarty. Dłonie strasznie mi się trzęsły i marzyłam, by to wszystko już się skończyło. Gdybym miała ten cholerny miesiąc. Już nawet nie przerażała mnie ta siłownia. Wręcz odwrotnie, żałowałam, że nie było mi dane chociaż raz się na niej pojawić. Chociażby dla samej świadomości, że próbowałam coś ze sobą zrobić.

— No już, wyluzuj. Damy radę. Będziemy dla niego mili i nikt się z nim nie prześpi, zgoda?

— Znajdź ty w końcu jakiegoś faceta kobieto.

— Gotowe — Sabina odsłoniła mnie i zjawa z lustra już nie straszyła, a nawet była całkiem całkiem. Tak, makijaż działa cuda. Boże, jakie to było smutne, że dopiero po tapetowaniu nadawałam się do pokazaniu światu. — Idziemy.

— Już?

— A co, chcesz zostać na dwójkę?

— Na co?

— Boże, nieważne, idziemy! — Ponagliła mnie Sabina i wyszłyśmy z toalety. Ja z duszą na ramieniu, a Sabina z kosmetyczką w rękach. Zupełnie zapomniałam też o jej komórce, ale może to i dobrze, bo inaczej zupełnie nie weszłabym do biura, tylko zaciągnęła Sabinę na parking po drodze opowiadając o ataku zboczeńca. Właściwie, to powinnam kogoś zawiadomić, bo co jeśli zaatakuje raz jeszcze?

— Już jest — szepnął John, gdy weszłyśmy i przerwał moje rozmyślania. — Czekają na ciebie. Babki nie ma. — Wyciągnął kciuk chcąc mi chyba dodać tym odwagi. To mu się udało.

— Leć i bądź dzielna — Sabina poklepała mnie po plecach posyłając ciepły uśmiech. Czułam na sobie spojrzenia innych, ale bałam się je odwzajemnić. Gdy przechodziłam koło Rose, ona również wysiliła się na coś uśmiechopodobnego, co jeszcze bardziej mnie dobiło. To tylko pokazywało, że nawet ona pokładała we mnie nadzieję na zachowanie posady. W życiu nie pomyślałabym, że kiedyś będziemy grały w tej samej drużynie.

Powoli zbliżałam się do gabinetu Maksa w myślach odmawiając zdrowaśki. Mogę jeszcze uciec, myślałam oszukując się, że mam jeszcze na to wpływ. W końcu dotarłam do drzwi. Zapukałam i otworzyłam je nie czekając aż z drugiej strony padnie jakieś „proszę”.

— O, już jest. Panowie, poznajcie Marię Iwan.

Tyłem do mnie siedziało dwóch mężczyzn. Obaj odwrócili się w tym samym czasie zaszczycając mnie spojrzeniem, a mnie prawie aż cofnęło z wrażenia, gdyż uśmiechał się do mnie właśnie cukierkowy blondyn z parkingu, a jego mrukliwy kolega piorunował mnie wzrokiem przyciągając uwagę dużym, białym plastrem na nosie.