Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Saksy po polsku

Saksy po polsku

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-934329-3-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Saksy po polsku

Historia oparta na faktach. Zaczyna się jak życiorys dziesiątek Polaków wchodzących w   zawodowe życie, kończy jak książka sensacyjna. Opowieść jakiej dotąd nie było. Traktująca o polskiej emigracji zarobkowej. Nie mówi o pieniądzach, ale o ludziach zmuszonych szukać pracy poza granicami kraju i bezwględności rodaków wykorzystujących trudne położenie swoich   pobratymców. Opowieść o współczesnym niewolnictwie.

Polecane książki

Poradnik do taktycznej gry akcji Full Spectrum Warrior: Ten Hammers to dokładna i bogato ilustrowana solucja, wyjaśniająca jak krok po kroku przejść każdy etap w kampanii. Full Spectrum Warrior: Ten Hammers - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak m.in. Misja 2 - Na ra...
Jeżeli "Dotyk ciemności" cię zaskoczył, to po lekturze "Zapachu ciemności" będziesz porażona. Jeszcze nigdy miłość i przemoc nie były tak blisko… Oswobodzony z seksualnej niewoli przez pakistańskiego oficera Caleb jest obciążony długiem, który można odkupić wyłącznie krwią. Droga będzie długa i pełn...
Rachunkowość budżetowa uwzględnia szczególne zasady rachunkowości stosowanej w jednostkach zaliczanych do sfery finansów ublicznych: jednostkach budżetowych i samorządowych zakładach budżetowych. Książka powstała głównie z myślą o pracownikach służb księgowych tych jednostek. Ma im pomóc w zrozumie...
Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition. Bezrobotny urzędnik Hall Pycroft otrzymuje ofertę pracy w dużym biurze maklerskim. Kilka dni przed podjęciem pracy odwiedza go zagadkowy osobnik, przedstawiający się jako Artur Pinner, proponując za...
Prowadzenie działalności transportowej wymaga nie tylko znajomości wszystkich potrzebnych regulacji prawnych, ale także wiedzy na temat finansów i sprawnego zarządzania firmą. To pozwoli zaoszczędzić niepotrzebne wydatki. Ksiażka zawiera wiele praktycznych porad dotyczących m.in.: • zapłaty podatku,...
Doktor Maggie Croft decyduje się na samotne macierzyństwo. Ulegając namowom babki zmarłego męża, opuszcza Londyn i osiedla się na australijskiej farmie, gdzie pracuje jako lekarz. Tam nieoczekiwanie spada na nią wiele wyczerpujących, niezwiązanych z medycyną obowiązków. W krytycznym momencie na jej ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Tomasz Biedrzycki

TO­MASZ BIE­DRZYC­KISAK­SYPOPOL­SKU

SAK­SY PO POL­SKU

Co­py­ri­ght © by To­masz Bie­drzyc­ki, Je­le­nia Góra 2013

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie całości lub części pu­bli­ka­cji za­bro­nio­ne bez zgo­dy au­to­ra.

All ri­ghts re­se­rved

Okładka

Tom­me Va­sque

Ko­rek­ta

Agniesz­ka Ko­prow­ska

Wy­da­nie I

Je­le­nia Góra 2013

www.to­ma­szbie­drzyc­ki.pl

ksiaz­ki@to­ma­szbie­drzyc­ki.pl

ISBN 978-83-934329-3-6

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

SŁOWO OD AU­TO­RA

O tej hi­sto­rii usłyszałem przy­pad­kiem. Ot roz­mo­wa ze zna­jo­my­mi, pod­czas wi­zy­ty w ka­wiar­ni. Oczy­wiście dys­ku­sja, jak to w Pol­sce, o po­li­ty­ce i pie­niądzach. W trak­cie tego spo­tka­nia na­tknąłem się na hi­sto­rię, która mnie za­fa­scy­no­wała. Krok po kro­ku do­tarłem do jej źródła. Po dłuższych na­mo­wach udało mi się uzy­skać wy­wiad, na ba­zie którego po­wstała ni­niej­sza książka. Jej au­tor nie zgo­dził się na ujaw­nie­nie na­zwisk i szczegółowych nazw miej­sco­wości. Nie jest to zresztą istot­ne, bo­wiem taka hi­sto­ria mogła spo­tkać każdego.

Bo­ha­te­rem tej opo­wieści jest Po­lak, po­dob­nie jak dzie­siątki in­nych, próbujący uczci­wie za­ro­bić. Próbując wy­rwać się z błędne­go koła bez­ro­bo­cia i prac do­ryw­czych, ru­szył na południe, na po­pu­lar­ne „Sak­sy”, jesz­cze wte­dy, gdy nie obo­wiązywał nas układ z Schen­gen.

POL­SKA

Po­ja­wiam się punk­tu­al­nie na spo­tka­niu, w nie­wiel­kiej ka­wa­ler­ce w cen­trum mia­sta. Wita mnie szpa­ko­wa­ty bru­net, sia­da­my przy ka­wie. Krótko ścięte włosy ma­skują nit­ki si­wi­zny. Dziw­nie to kon­tra­stu­je z młodą, nie­spełna trzy­dzie­sto­dwu­let­nią twarzą mo­je­go rozmówcy.

– Jak za­tem się to roz­poczęło? – pada sa­kra­men­tal­ne py­ta­nie. Mężczy­zna mil­czy przez dłuższą chwilę, po czym roz­poczyna opo­wieść spo­koj­nym, sto­no­wa­nym głosem.

– Zaczęło się za­raz po ukończe­niu szkoły wyższej. Należę do po­ko­le­nia wyżu de­mo­gra­ficz­ne­go. Od­bie­rając dy­plom kie­run­ku hi­sto­rii, nie miałem większych złudzeń co do swo­jej przyszłości. Głowę miałem wówczas nałado­waną wie­lo­ma „mądrościa­mi” – tu usta rozmówcy wy­krzy­wiają się na mo­ment iro­nicz­nie – stu­dio­wa­nie zgod­nie z prze­ko­na­nia­mi, po­sia­da­nie wy­kształce­nia zgod­nie z za­in­te­re­so­wa­nia­mi. Po­tem wszyst­ko przyj­dzie. I jak dla ogrom­nej części mo­je­go po­ko­le­nia, jed­nak nie przyszło… Po­zo­stały je­dy­nie przytłaczające bez­na­dziej­nością ko­lej­ki w Urzędzie Pra­cy, który już wkrótce prze­mia­no­wałem so­bie na „Urząd Bez­ro­bo­cia”. Po­ja­wiając się raz w mie­siącu, pod­pi­sując listę, „wal­czyłem” z ogar­niającą re­zy­gnacją. Funk­cjo­no­wałem tyl­ko dzięki po­mo­cy ro­dziców (oczy­wiście, jako ab­sol­wen­to­wi, nie należał mi się żaden zasiłek). Tra­fiające się pra­ce do­ryw­cze gru­bo poniżej kwa­li­fi­ka­cji, za każdym ra­zem wy­ko­ny­wałem z na­dzieją, że może to wresz­cie to, że wresz­cie wyrwę się z zaklętego kręgu bra­ku ja­kich­kol­wiek per­spek­tyw. Prze­szedłem kil­ka­naście najróżniej­szych fachów, po­czy­nając od sied­mio­dnio­we­go „okre­su próbne­go” w pew­nym zna­nym mar­ke­cie, działającym na za­sa­dzie fran­czy­zy. Dzień pra­cy w tam­tym przy­byt­ku wyrył mi się dość do­brze w pamięć. Cały dzień rozkłada­nia pro­duktów, w tym kil­ku­set słoików. Awan­tu­ra wy­bu­cha około szes­na­stej ( zgod­nie z „umową” miałem się „spraw­dzić” od ósmej rano do ósmej wie­czo­rem, przez czte­ry dni ). Kłótnia, w której uczest­ni­czy kie­row­nicz­ka wspo­mnia­ne­go mar­ke­tu i nie­po­zor­na, szczupła dzie­wusz­ka. Gdy usłyszałem o co się wykłócają, zro­biło mi się nie­swo­jo. Otóż ko­bie­ta po­ja­wiła się z awan­turą, gdyż zo­stała zwol­nio­na po sied­miu dniach, nie zgad­nie­cie, „okre­su próbne­go”. Jak stałem, tak wy­szedłem. Te­raz, bo­gat­szy w doświad­cze­nie lat pra­cy, za­re­ago­wałbym in­a­czej. Wte­dy postąpiłem in­stynk­tow­nie. Chwilę radości z za­trud­nie­nia, zastąpiła de­pre­sja. Następne­go dnia kar­nie po­ja­wiłem się w „Urzędzie Bez­ro­bot­nych”, od­kle­pać listę. Pierw­szy raz nie spoj­rzałem wówczas na listę ogłoszeń. Wiel­kiej stra­ty nie było. Wi­siały na niej „oka­zje”, równie do­bre jak pra­ca w owym mar­ke­cie. Wkrótce, posiłkując się ogłosze­niem z ga­ze­ty, po­ja­wiłem się w „hur­tow­ni”. Ko­lej­na zna­ko­mi­ta oka­zja na zdo­by­cie doświad­cze­nia. PRA­CY przez duże „P”. Na roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej – stan­dar­do­wo, ze trzy­dzieści osób. Szy­kuję się na długi czas ocze­ki­wa­nia, sia­dam, wyciągając rozmówki an­giel­sko-pol­skie. Ku mo­je­mu zdu­mie­niu, ko­lej­ka po­su­wa się nad­zwy­czaj szyb­ko, ni­czym u le­ka­rza pierw­sze­go kon­tak­tu. Tak na tem­po, raz, dwa, trzy i nim się spo­strzegłem, stałem w pięknym ga­bi­ne­cie z no­wy­mi me­bla­mi, przed „pre­ze­sem” w ciem­nym gar­ni­tu­rze. Zmie­rzył mnie prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Krótko wyjaśnił szczegóły za­trud­nie­nia – pra­ca nie­zbyt skom­pli­ko­wa­na, przy prze­no­sze­niu książek. Po zdaw­ko­wym opi­sie mo­jej przyszłej funk­cji, zadał kil­ka pytań. Sta­rałem się na nie od­po­wia­dać jak naj­le­piej. Moja elo­kwen­cja nie wzbu­dziła w sze­fie fir­my ja­kich­kol­wiek emo­cji. Miałem poważne po­dej­rze­nia, że „pre­zes” na­wet nie sta­rał się słuchać. „Na­da­je się pan, proszę przyjść ju­tro o siódmej, po­je­dzie pan z in­ny­mi”. Mimo wszyst­ko za­brzmiało to jak naj­piękniej­sza pieśń. Oto ktoś wresz­cie stwier­dził, że się na­daję! Po dwóch la­tach pogłębiającej się bez­na­dziei, prób podjęcia ja­kiej­kol­wiek pra­cy na dłużej, po­ja­wiło się świa­tełko w tu­ne­lu.

Uważnie ob­ser­wuję swe­go rozmówcę. Słowa mówią jed­no, oczy prze­pełnia roz­go­ry­cze­nie. Pije łyk chłod­nej kawy i mówi da­lej.

– Zja­wiam się z sa­me­go rana, zgod­nie z umową za­raz przy biu­row­cu. Obok cze­ka sta­ry, biały po­lo­nez i czte­rech mężczyzn. Ładują książki do bagażnika. Oka­zu­je się, że to właśnie moi współpra­cow­ni­cy. Z ochotą przyłączam się do pra­cy. Z otwar­te­go ma­ga­zyn­ku, prze­no­si­my kil­ka­naście pa­czek, aż sta­ry sa­mochód osa­dza się ciężko na osiach. Moje uwa­gi, że przy­dałby się sa­mochód do­staw­czy, są zby­wa­ne mil­cze­niem. Wresz­cie ru­sza­my. Oka­zu­je się, że w trasę liczącą ja­kieś czter­dzieści ki­lo­metrów w obie stro­ny. To­wa­rzy­sze podróży należą do gro­na star­szych już mężczyzn. Są zarośnięci. Ich ubiór, de­li­kat­nie mówiąc, nie jest naj­lep­szej jakości. Utwier­dzam się sam w prze­ko­na­niu, że od fi­zycz­nych nie ocze­ku­je się prze­cież białych kołnie­rzyków. W połowie tra­sy na­gle pęka bańka in­for­ma­cyj­na. „Wiesz że zrzu­ca­my się po dwie dy­chy na drogę?”. Moja mina mówi kie­row­cy wszyst­ko. Cóż, przy­szedłem za­ra­biać pie­niądze, a nie je wy­da­wać. Zresztą w kie­sze­ni mam za­le­d­wie dwie dwójki, więc zde­cy­do­wa­nie za mało na taksę. W sa­mochodzie fru­wają pa­pie­ro­we pie­niądze. Po­zo­staję ja, bez możliwości opłace­nia dro­gi (co cie­ka­we, w stre­sie, na­wet nie pomyślałem o tak pod­sta­wo­wej spra­wie, jak za­sa­da płace­nia za trans­port na miej­sce pra­cy). Kłopo­tli­we mil­cze­nie prze­ry­wa je­den z współto­wa­rzy­szy podróży, o oku­la­rach gru­bych jak den­ka od bu­te­lek. „Założę za cie­bie, od­ku­jesz się dziś, to od­dasz…”. Nie­we­soła sy­tu­acja zo­sta­je zażegna­na, a kie­row­ca otrzy­mu­je dzie­sięć złotych za kurs w jedną stronę. Za­czy­nają się roz­mo­wy i oka­zu­je się, że jed­nak nie je­dzie­my nosić książek w hur­tow­ni. Oka­zu­je się, że po­miesz­cze­nie, z którego rano po­bra­liśmy książki, to jest właśnie ten osławio­ny ma­ga­zyn książek o wiel­kości ka­wa­ler­ki. My zaś je­dzie­my sprze­da­wać eg­zem­pla­rze li­te­ra­tu­ry lu­dziom na uli­cy i w skle­pach. Nie z sa­mochodu. Ot idzie­my od lo­ka­lu do lo­ka­lu i ofe­ru­je­my do sprze­daży „ar­cy­dzieła”, których nie uświad­czysz w żad­nej bi­blio­te­ce. Zo­sta­je­my wy­sa­dze­ni zgod­nie z pla­nem na skra­ju miej­sco­wości. Resz­ta je­dzie da­lej. Chłodno, ple­cak obciążony książkami wrzy­na się w ra­mio­na. Nade wszyst­ko w głowie kołacze świa­do­mość, że ubiór ro­bot­ni­ka nie wpi­su­je się w rolę, którą przyszło mi pełnić. Pierw­sze kil­ka sklepów mi­ja­my bez spe­cjal­nych efektów. Mój prze­wod­nik – założyw­szy za mnie dzie­siątkę, chce ją jak naj­szyb­ciej od­zy­skać. Choć więc język kołowa­cie­je, próbuję i ja swo­ich sił. Przyj­mo­wa­ni je­steśmy neu­tral­nie, wręcz chłodno. Nic dziw­ne­go. Prze­no­szo­ne przez nas tytuły nie są w sta­nie za­in­te­re­so­wać ko­go­kol­wiek. Na­sza apa­ry­cja, również nie zachęca do biz­ne­su. W naj­bliższej księgar­ni do­ko­nuję nie­po­kojącego od­kry­cia. Oto niektóre książki leżą tam, z ceną w wy­so­kości 2/3 na­szej. Zo­sta­je­my grzecz­nie, ale sta­now­czo zmu­sze­ni do opusz­cze­nia tego skle­pu, jak i kil­ku następnych. Wresz­cie tra­fia­my przed wiel­kie brązowe drzwi. Obok czer­wo­na ta­bli­ca mówiąca o urzędzie. Na wprost na­szych oczu, żółty na­pis „Akwi­zy­to­rom wstęp wzbro­nio­ny”. Prze­kaz ja­sny dla mnie. Dla współpra­cow­ni­ka jakoś nie. Mój opór łamie krótko. „Mu­sisz oddać pożyczkę, nie łam się, wcho­dzi­my!”. Wcho­dzi­my! Po trzech go­dzi­nach wędrówki pod obciążeniem, nie przed­sta­wia­my zachęcającego wi­do­ku. Ja śmierdzę po­tem, ko­le­ga jakąś naf­ta­liną prze­mie­szaną ze stęchlizną. Jakże wie­le dzie­li człowie­ka od niewiel­kiej wy­da­wałoby się kwo­ty dzie­sięciu złotych… Cóż nie mając tych pie­niędzy, nie mam możliwości po­wro­tu. Kar­nie idę za to­wa­rzy­szem. Ku mo­je­mu zdu­mie­niu, to ja pierw­szy sprze­daję al­bum. Kosz­tu­je równe sześćdzie­siąt złotych. Z tego dwa­naście jest moje. Dzie­sięć od razu ląduje w kie­sze­ni ko­le­gi. Idzie­my da­lej… Ko­lej­ne dwa po­ko­je „pa­dają łupem” współpra­cow­ni­ka. Zaglądamy tam. Ja­sne po­ko­je, kom­pu­te­ry, uśmiech­nięte twa­rze ko­biet i mężczyzn. Oto miej­sce do pra­cy! Na mo­ment rozpływam się w ma­rze­niach, widząc swoją osobę za ta­kim biur­kiem.

Za­pa­da chwi­la ci­szy. Nie prze­ry­wam jej. Mój rozmówca spogląda przez długą chwilę w okno i mówi z ożywie­niem.

– Wie pan, wte­dy zro­zu­miałem, jak nie­wie­le po­trze­ba, by człowie­ka ogarnęła radość, by przez chwilę po­czuć na­dzieję… – oczy mężczy­zny szyb­ko jed­nak gasną, gdy kon­ty­nu­uje swoją wy­po­wiedź.

– Na ko­ry­ta­rzy tra­fia­my na