Strona główna » Obyczajowe i romanse » Singielka i Otello

Singielka i Otello

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 9788381170482

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Singielka i Otello

Fascynująca opowieść Hanny Bakuły o sztuce bycia samą i niebezpieczeństwie emocjonalnego uzależnienia się od osoby z innego świata. Ekscentryczna malarka, singielka po czterdziestce, zakochuje się w starszym, niezbyt interesującym naukowcu despocie. Nagle, na własne życzenie, musi zrezygnować ze swojego  zabawnego życia i przyjaciół. Zupełnie pogubiona, usiłuje pogodzić dwa sprzeczne światy i przekonać zazdrosnego kochanka, że ma prawo robić, co chce, ale jest to niemożliwe. Wielka miłość nie wystarcza, żeby zmienić charakter samodzielnej artystki i poglądy góralskiego Otella. Sytuacja się zagęszcza, przyjaciele usiłują wyrwać singielkę z toksycznego związku. W tle Warszawa, Kraków, Nowy Jork, Paryż i Prowansja z początku XXI wieku. 

 

 

Symbolem zazdrośnika jest Otello, bohater dramatu Szekspira, który morduje niewinna żonę i popełnia samobójstwo. Zazdrość jest formą buszującej wyobraźni podsycanej lękiem i poczuciem zagrożenia. Wzajemnie, napędzając wewnętrzne napięcie, jest odpowiedzialna za wszelkie zniekształcenia w postrzeganej rzeczywistości. W zazdrości najważniejsza jest intensywność emocjonalnych doznań, najczęściej negatywnych, oraz wizje zadośćuczynienia – zarówno zazdrośnika, jak będzie karał lub się mścił, oraz osoby – obiektu zazdrości, co jej wolno, a co nie. Czasami zazdrość przekształca się w niebezpieczną chorobę – potrafi niszczyć psychicznie i fizycznie, a siła jej destrukcji może być groźna dla życia zazdrośnika i ofiary.

Leszek Mellibruda

 

Nie wszystkie osoby, które są zdradzane, mają tego świadomość. Cztery procent Polek i Polaków sądzi, że są zdradzani. W tych czterech procentach są także te osoby, które tak naprawdę nie są zdradzane, a sobie to roją.

Zbigniew Izdebski

Polecane książki

Poszukiwania podziemnego świata: od legendy sprzed 2000 lat, przez raporty polarników, do zdjęć satelitarnych NASA Pusta Ziemia była zamieszkana, zanim człowiek postawił stopę na powierzchni naszej planety!Właśnie tam schronili się mieszkańcy Atlantydy i Mu, gdy ich kontynenty zatonęły!UFO przybywaj...
Obdarzony magnetycznym wpływem na kobiety Piotr rzuca tymczasową pracę kelnera w Wiedniu i zdobywa dyplom kursu dla psychoanalityków. Otwiera w rodzinnym Krakowie gabinet psychoanalizy i mimo że brak mu doświadczenia, zdobywa ogromne powodzenie, prowadząc terapię tylko dla pań. Kobiety z ...
Prawdziwa miłość do najgorętszego klubu Europy! Na początku XXI wieku Borussia Dortmund była na skraju bankructwa, by już kilka lat później dwa razy z rzędu zostać najlepszą drużyną Niemiec. Dziś BVB to jeden z najpopularniejszych i najszybciej rozwijających się klubów piłkarskich na świecie. Wielki...
Komentarz stanowi wyczerpującą, praktyczną wykładnię obowiązujących przepisów ustawy o drogach publicznych z uwzględnieniem aktów wykonawczych oraz przepisów z zakresu prawa o ruchu drogowym i prowadzenia działalności gospodarczej, a także właściwych przepisów prawa wspólnotowego. W publikacji zo...
Frances Khaki Mason ma wszystko, o czym można zamarzyć: kochającego męża i synka, świetną karierę jako dekoratorka wnętrz i domy w Karolinie Północnej i na Manhattanie. Wszystko, oprócz drugiego dziecka, o którym tak bardzo marzy. Jodi, dziewiętnastoletnia kuzynka jej męża dopiero co wyszła z odwyku...
Publikacja dotyczy historii sztuki Afryki prezentowanej z perspektywy badań (post)kolonialnych. Stanowi ona efekt dyskusji środowiska afrykanistycznego z udziałem gości zagranicznych, którzy wskazują na wciąż żywe postrzeganie kultury i sztuki europejskiej jako dominującej i metropolitalnej. Autorzy...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Hanna Bakuła

OkładkaStrona tytułowa

Jakiekolwiek podobieństwo bohaterów powieści do istniejących osób jest przypadkowe.

Mojej Przyjaciółce Basi Jezierskiej

SINGEL STORY

Molly była singielką od zawsze. Najpierw jedynaczką i jedynym dzieckiem w rodzinie, potem samotnie spędzającą czas dziewczynką obłożoną książkami. Kiedy przyszedł moment nastoletnich miłości i przyjaźni z koleżankami ze szkoły, zawsze miała ochotę uciec i sobie poczytać. Niech nikt nie mówi, że wczesna młodość nie ma największego znaczenia, bo ma. W wieku dwunastu lat Molly najlepiej czuła się w pojedynkę i w historii zjawiska dzieci singli była jednym z jego nielicznych przedstawicieli. Bycie singlem to nie upodobanie do bycia solo, to stan umysłu, najgłębsza część duszy, która na dłuższą metę nie jest w stanie się doformować do cudzego kształtu i to z kilku powodów. Po pierwsze – nie ma takiej potrzeby, po drugie – nie potrafi, po trzecie – sama sobie wystarcza. Wyjątkiem jest „czas feromonów”, czyli czas zakochiwania się w obiektach seksualnych. Każdy singiel o nim marzy i jest przygotowany na chwilową utratę indywidualności i wolności, oficjalnie twierdząc, że tym razem będzie ze swoją drugą połówką czegokolwiek na wieki oraz na dobre i złe. Że nie będzie mu przeszkadzało dudnienie telewizora z programem sportowym, zniknięcie ostatniej, ulubionej czekoladki, okruchy na obrusie, wielkie buty dryfujące po salonie, żylasta, owłosiona noga, leżąca w poprzek łóżka ani chrapanie. Ten ostatni koszmar upewnił Molly w przekonaniu, że nie jest stworzona do słuchania zwierzęcych pomruków i astmatycznych świstów. Starała się o prawo spania tak jak chce, zasypiania, o której chce, i o najważniejsze – o prawo do czytania w łóżku. Molly miała od początku zamiłowanie do seksu w godzinach południowych, noce przeznaczając na zabawę i książki. Na seks w dzień mogą sobie pozwolić osoby mające wolny zawód i mieszkające solo, czyli wyjątki, zamożni pokręceńcy pozbawieni uczuć stadnych, czuby i egoiści. Koszty decydowania o sobie są większe, niż się wydaje niewolnikom rodzinnym, sterroryzowanym przez współmałżonka, dzieci, wnuki, psy, koty, a nawet żółwie wodne, podobno najbardziej. Urodzeni w niewoli, nie znają innej rzeczywistości i zgadzają się na udręki trwania w byle czym, utratę indywidualności i skapcanienie. Agorafobia społeczna, czyli strach przed opuszczeniem wigwamu, jest silniejsza niż instynkt samozachowawczy. Molly była istotą stepową, a uczucie strachu było jej nieznane. Patronem jej znaku był bóg wojny, Mars, i to mogła być jego zasługa.

Po soft rozwodzie, z bogatym, niemniej uroczym, kochanym przez znajomych dentystą, którego na kilka lat przywiozła z NY do Warszawy, postanowiła być singielką do końca życia, w zależności od długości wspomnianego, albo na jakiś długi, nieokreślony czas. Małżeństwo uwierało ją jak za ciasny biustonosz. Czuła, że jest spętana rajstopami o za krótkich nogawkach, czym było czekanie na koniec identycznych, acz przemiłych wieczorów. Sytuację ratowało oddzielne mieszkanie i  sypianie w oddalonych od siebie o kilometr łóżkach.

MURZYŃSKIE PAŃSTEWKO

Molly marzyła o wolności, bez pytań o męża i zdumionych spojrzeń, gdy pojawiała się gdzieś z przystojny kochankiem, a szczerze mówiąc kilkoma, bo niewiele ją obchodziły jakieś opinie, tym bardziej że była w dyskretnej separacji. Całkowicie niezależna, bez względu na stan cywilny i bardzo szczęśliwa ze swoją absolutną wolnością, przypominała kometę. Po miękkim rozstaniu i wyjeździe męża do Stanów, Molly o dziwo stanęła zdumionego słupka i nie wiedziała, co zrobić z tak łatwo odzyskaną wolnością, podobna murzyńskiemu państewku, które nagle odzyskało niepodległość. Jej piękne mieszkanie na Saskiej Kępie dawało mnóstwo możliwości na miłe wieczory, a i poranki, bo już nie groziły jej nagłe wizyty zaradnego, kochającego męża Romka. Postanowiła nadrobić zaległości emocjonalne i popłynęła jak radosny delfin w poszukiwaniu przygód.

Niby w jasełkach albo praskim zegarze z pojawiającymi się apostołami przez jej życie zaczął się przewijać korowód zalotników. Molly była za niska, żeby być pięknością, ale gdy się postarała, była śliczna.

Złotowłosa, zielonooka, wyprzedzana sporym biustem, stąpała leciutko na nogach, które podziwiały nawet kobiety. Inteligentna jak facet, dowcipna, pogodna i szybka, była atrakcyjnym towarem na warszawskim ryneczku erotycznym, na który powoli wkraczały ukraińskie gosposie, polujące na miejscowych bogaczy. Molly nie polowała, to na nią polowano i przeważnie dawała się złapać. Kobieta singiel w Polsce to kłusowniczka chcąca zwieść na manowce sflaczałego męża przyjaciółki, to boginka emanująca niebezpiecznym erotyzmem, łatwo dostępna kochanka, której nikt nie pilnuje i która potrafi zniknąć jak fantom, nie sprawiając kłopotów ani sobie, ani skołowanemu wybrankowi. Kobieta singiel w prowincjonalnym społeczeństwie, gdzie posiadanie mężczyzny jest najważniejsze, musi znieść wiele nieprzyjemnych sytuacji, co z czasem się pogarsza,bo faceci są coraz starsi i coraz bardziej pilnowani przez brzydnące w postępie geometrycznym żony.

Żona to instytucja, która nie podlega ocenom środowiska. Ocenom podlegają samotne, wolne, piękne kobiety, mające czas i pieniądze. Molly na dodatek była znaną malarka, występującą w programach dla kobiet. To trochę łagodziło niechęć wąsatych baboszonów, które uważały, że są do niej podobne, a podniecało facetów jak włosiennica na gołe ciało pokutnika, który, o dziwo, jednak co dzień ją nosił.

Sytuację Molly jako zdeklarowanej singielki polepszał fakt, że od prawie dwudziestu lat była w udanym, niekłopotliwym związku erotycznym. Nikt o tym nie wiedział, choć przetrwał jej trzy małżeństwa. Dobrze zamknięta puszka, którą się trzyma w sobie tylko znanym miejscu, gwarantuje zachowanie tajemnicy, a w tym Molly była mistrzynią. Sytuację znała tylko jej Matka i najlepsza przyjaciółka ze studiów, której się zwierzyła po kolejnej butelce wina. Matka wyła z nienawiści do kochanka, koleżanka uważała ten rodzaj pogotowia erotycznego za idealne rozwiązanie. Molly nic nie uważała, sytuacja była niekłopotliwa i wydawała się wieczna, bo nie planowała już stałego związku, a co najważniejsze – miłości. Nie pamiętała już tego uczucia, choć starała się posegregować swoje związki pod tym kątem. Miłość do Karateki w NY była ostatnią burzą, z której uratował się jej papierowy okręcik. Z innych burz, jako świetny kapitan, też wychodziła bez złamanych masztów, choć żaglówek i wiatru nie znosiła. Jej życie było wykrochmalone jak biała koszula i żadnych niespodzianek na horyzoncie być nie mogło. Kiedyś jej przyjaciółka powiedziała, że Molly przegania czas i zdarzenia, i to była prawda, ale co w tym złego?

BURY PORANEK

Szary luty powoli przełaził pod oknem balkonu. Molly zaklęła jak zwykle po przebudzeniu, a potem uśmiechnęła się słodko, bo przypomniała sobie, że dziś są urodziny kochanej przez nią córki jedynej, zmarłej przed rokiem, najbliższej Przyjaciółki. Córka była jej ciemną wersją, oczywiście fizycznie, bo psychicznie w ogóle wersją nie była, podobna do ojca pod każdym względem. Poetka, jasna jak mgła nad sierpniową łąką. Budziła w niej zachwyt i czułość, ale to już historia. Molly obawiała się, że na tym koniec jej intelektualnych fascynacji, ale udawała, że za rogiem pojawi się nowe siedemnaście lat cudownego porozumienia idealnie stworzonych dla siebie artystek. Jednej piszącej, drugiej malującej. Poszła, szurając japonkami, do kuchni, zrobić sobie kawę; jedyny sposób na rozpoczęcie każdego dnia. Za oknem było depresyjnie buro, a w rozgrzebanym śmietniku od tygodni tkwiła szufla ze sklejki na kiju, z napisem LODY.

Obok konsekwentnie butwiały, porzucone przez jakiegoś sąsiada, okna z pękniętymi szybami.

Kawa zabulgotała i zapachniała. Po dodaniu mleka sojowego była na tyle dobra, że Molly znowu stała się optymistką i postanowiła znaleźć jakąś torbę na oprawioną akwarelkę, prezent dla solenizantki, która z cyganiątka wyrosła na piękną młodą kobietę. Łączyła je bezinteresowna przyjaźń. Ola martwiła się singlostwem starszej o 20 lat przyjaciółki i wytykała jej co pewien czas błąd, jakim według niej, a i reszty kolegów, było porzucenie stomatologicznego Romka. Ola nie potrafiła być sama, dlatego przystawała na niepotrzebne zaloty, głównie psychopatów, bo normalni mężczyźni byli dla niej niewidzialni. W tym aspekcie była kopią matki, którą zniszczyła niepotrzebna, zła miłość.

Skostniałe, wysokie brzozy zwisały cienkimi witeczkami, które piękniały i wiosną nabierały koloru, stając się bladozielonymi szalami dla jaskółek zamieszkujących podwórko.

Molly pomaszerowała w stronę łóżka z porcelanowym babcinym kubkiem w różyczkę w dłoni. Weszła pod kołdrę i zastygła w porannym zimowym stuporze. W dni jak ten, który właśnie niepotrzebnie się zaczął, Molly starała się nie wychodzić z łóżka. Bawiła się, że jest chora i wstawać nie powinna, bo jej stan się pogorszy. Za oknem zawirowały pierwsze śniegowe pchły, niebo pociemniało, mogła być śnieżyca. Na tę myśl Molly aż mlasnęła z zachwytu, bo jak każdy artysta uwielbiała kataklizmy. Telefon zadzwonił ostro i rozkazująco. Pobiegła do secesyjnej toaletki, a tam raj. Dzwonił ukochany pogromca antyku, z którym czuła się jak bliźniak jednojajowy. Głos Profesora mamił i zwodził, proponując wizytę w bardzo dalekim Pomiechówku, gdzie wraz z żoną kupili sobie domek z ogrodem. Molly wychowana w domku z ogrodem nie miała sentymentu do tej formy marnowania życia i tracenia go na remonty, grabienia ogródka, sadzenia wrednych kwiatków, które więdły bez wody. Od powrotu ze Stanów konsekwentnie mieszkała w niskich, w miarę nowoczesnych blokach, które nie wymagają od lokatora niczego oprócz płacenia czynszu.

Mimo że bardzo chciała pojechać, nie mogła wyciąć numeru Oli, która podobnie jak ona lubiła celebrować urodziny. Miały się wybrać do Qchni Artystycznej w Zamku Ujazdowskim, która był oazą kulinarnej klasy. Widok z tarasu na Wisłę – niedorobiona perspektywa w Wersalu – był prześliczny i światowo rozległy. Kiedy Molly smarowała niedbale twarz kremem, robiąc to wyłącznie z poczucia obowiązku, telefon zazgrzytał nachalnie. Wiadomo było kto. Głos Profesora brzmiał miło, ale słychać było machiny oblężnicze i czuć, że nie popuści, gdy powiedział, że ma dla niej niespodziankę, swojego przyjaciela od pieśni alpejskich. Pamiętała go. Niskiego, uśmiechniętego ludka, w worowatych sztruksowych spodniach pod piłeczkowatym brzuszkiem, który kilka miesięcy wcześniej kucał przed nią na tarasie w Pomiechówku i opowiadał pijane historyjki, trochę jak ciotka rezydentka zabawiająca gościa nudziarstwami. Był typowym naukowcem w kraciastej, taniej koszuli, a na głowie miał chałupniczo, chyba siekierą, obcięte kasztanowe, proste włoski. Nie zwróciła na niego uwagi, ale była mile podekscytowana wykwintnością konwersacji z takim nieciekawym gnomkiem, który obiecał jej swoją książkę z tłumaczeniami własnoręcznymi starych pieśni wysławiających przyjaźń pasterzy z owcami. Kto by to pomyślał, Molly parsknęła śmiechem, czym ewidentnie uraziła piewcę natury.

Oczywiście zapomniała o tym, bo stanowczo wolała brylantowe pogawędki ze swoim kolegą, pełne łacińskich sentencji. Profesor znał na pamięć wszystkie cytaty z Tacyta, z czego żartowali, póki Molly nie przesadziła. Wtedy Profesor robił się siny i trzeba go było przepraszać, co nie było łatwe, bo znikało gdzieś poczucie humoru, ważny element ich przyjaźni.

List nadszedł już za dwa dni. Była w nim mała, akademicko wydana książeczka, którą przejrzała z rozbawieniem, że też ludziom się chce zajmować takim pierdołkami.

Teraz, wymawiając się od wizyty, słyszała w tle namawiające pokrzykiwania. Nie mogła nie być jedynym gościem na urodzinach, pożartowała i odmówiła dość obrażonemu przyjacielowi. Zadzwoniła do solenizantki i zapytała, w jakim stopniu jest zainteresowana wspólna kolacją, bo powinna dziś z kimś się spotkać, a jutro ma zupełnie wolne. O dziwo nie było problemu, co ją bardzo ucieszyło. Kiedy miała zadzwonić, że przyjedzie, znowu zaskrzeczał telefon. Dzwonił autor książeczki i leciutko sepleniąc, po którejś wódeczce, prosił, żeby przyjechała podyskutować o pięknie i prostocie alpejskiego stylu życia, a chichotał jak pasażerka PKS-u o grubych udach. Może był kobietą? To by było!

Co taka bida wie o czymkolwiek, pomyślała, ale obiecała wpaść.

PAN BÓG ZAPALA LAMPKĘ

Był straszny mróz i zbierało się na śnieżycę. Molly jechała wśród brudnych ciężarówek, które ochlapywały jej malutką toyotę, spadek po przyjaciółce, bryłami rozpaćkanego śniegu. Miała świadomość, że zanim dojedzie na miejsce, nie będzie czego zbierać, ale wiedziała, że szykuje się coś innego, zabawniejszego niż kolacja z przyjaciółką. Kiedy dobiła celu, telefonując kilka razy, żeby znaleźć wypucowaną chatynkę, powitali ją weseli koledzy z tego samego akademika. Rozczochrani, w kapciach i aseksualnych ubraniach, cieszyli się nią jak pątnicy papieżem. Podskakiwali, prześcigali się w puentach i wyglądali jak szczęśliwe dzieci z domu opieki. Na stole stała prawie pusta litrowa butelka wódki i kawałki kiełbasy, jakiś chleb, marynowane grzybki i słonina. Jak w Rosji, pomyślała i otuliła ją spokojna nostalgia. Pobojowisko na blacie było socjalistyczną martwa naturą. Strach było patrzeć. Jak ja to wytrzymam bez picia? Jak ja stąd wrócę po ciemku? Co mnie, kurwa mać, podkusiło? Panowie za godzinę padną, a ja będę się tłukła w tym błocie do domu. Jestem debilem bez wyobraźni, była na nich wściekła, a na siebie bardziej. Profesorowie pili jak spragnione niemowlęta, prześcigając się w żarcikach słownych, które były cudowne, lekkie i świetliste. Siedzieli we trójkę, a w kominku, za szybą, buzował ogień, ze ścian uśmiechały się rosyjskie obrazki, malowane przez ewidentnego amatora. Na ślizgawkach pląsały figurki w czerwonych płaszczykach na tle kopułek cerkwi. Czas przyspieszył, jak wtedy, gdy jest cudownie i chce się, żeby stanął w miejscu. Trzeźwa, w ogóle nie myślała o drodze powrotnej, ciemną nocą w śnieżycy. Była dziwnie szczęśliwa. Zegar z kukułką wybijał sobie godziny, a oni gadali, jednocześnie lecąc intelektualnym sterowcem przez ciemne, błotniste jak ziemia na dole, niebo.

Trwaj chwilo, ale bez przesady, Molly zaczynała trzeźwieć. Intelektualne opary wietrzały, a rozkoszny kolega przyjaciela zaczynał jej się podobać tym mniej, im bardziej padał śnieg. Pijak potrafi, więc alpeista postanowił być jej pilotem, aż do szosy. Lepszy rydz.

Kiedy założył na siebie kurtkę z popeliny w siedmiu kolorach z przewagą różu i zieleni i straszną włóczkowa czapkę, naprawdę pożałowała rezygnacji z urodzin Oli. Nowy kolega bredził i nie mógł zapiąć pasa w sposób odrażająco bebrbeciowaty. Molly nie lubiła dzidziusiów w żadnym wieku, a ten, niemłody już, był z siebie zadowolony, absolutnie bez powodu. Jechali po wertepach, a wycieraczki przegrywały z lepkim, oszalałym śniegiem, alpeista pokazywał drogę i  nagle znaleźli się przed banalną, drewnianą przedwojenną willą , a on powiedział stop i że zaprasza na herbatę. Jak w filmie Barei, pomyślała skołowana Molly. W ciemności straszyły chochoły, chyba róż. Dom był ciemny i odrapany, wyrwane kawałki farby olejnej powiewały niby cienkie łapki duchów. Przypomniały się jej filmy o zboczeńcach palących swoimi zgwałconymi ofiarami w koksowniku. Ten na gwałciciela nie wyglądał, bo patrzył błagalnie ślipkami w czerwonych obwódkach. Była noc i nic nie mogło się wydarzyć, poza tanią czarną herbatą z torebki, która kiedyś, w czasach jedzenia słoniny, była dolarowym luksusem. Wysiadła w zamarznięte błoto, nowy kolega też, tyle że efektownie zatoczył się jak niedźwiedź tańczący na gorącej blasze. Był tłuściutki, ewidentny ulubieniec babci, prymus, najlepszy student. W pociesznej kurteczce, dworskim gestem zaprosił wściekłą na siebie Molly do przedpokoju pełnego starych butów płci obojga i worowatych paltotów. Było zimno, choć pod ścianą stało pudło wielkiego pieca, na nie wiadomo co. Wysiedziane wersalki i tanie fotele przykryte były cepeliowskimi kocami w wieku Molly. Wszystkie, acz niemyte, włoski sterczały na głowie Docenta, gdy krzątał się przy czajniku elektrycznym. I wtedy prask, i zgasło światło. W kompletnych ciemnościach Docent ruszył na poszukiwanie świecy. Gdy wrócił z ogryzkiem ogarka, wyglądał jak karta tarota, eremita, idący donikąd zgarbiony facet z latarenką. Nieładny i tak, podświetlony od dołu, gospodarz wyglądał okropnie, gdy przykrywał ją śmierdzącym kotem pledem z dziurą. Chyba przeczuł, że za moment grozi mu straszne uduszenie kablem od małej lampki albo gołymi rękami, bo otulił ją szczelnie z rękami, niczym pokazowa matka. Sytuacja była idiotyczna, bo ten moment bliskości z obcym grubaskiem stworzył intymną atmosferę i Molly została słuchać pasterskich poezji, które były nie do przyjęcia. Może za mało wiedziała o juhasach i ich romansach z krowami. Pomyślała sennie, że Docent jest megawyrafinowany, bo niby serio starał się jej sprzedać strasznie nudne, bez rymu i rytmu, opowieści o pięknie udojów o zachodzie słońca. Ciekawe jak jest udój po tyrolsku. Ale nie zapytała, bo jej się nie chciało, wyjść jednak – też nie. Czas złapał się za głowę i stanął zdumiony w miejscu, widząc jak oboje wchodzą w zaczarowaną strefę, jeszcze nie zdając sobie z tego sprawy. Nagle zapaliło się światło i spojrzeli na siebie poprzednim wzrokiem, ale w nim była nuta alpejskiej siły, a w niej też coś nowego.

Molly myślała tylko o błotnistej drodze do szosy, ciemnej jak w dupie. Winne było masło, którego Molly nie jadała od lat, powodem było odchudzanie, a potem o maśle zapomniała, dopóki okulistka, do której poszła z powodu totalnej kurzej ślepoty, nie powiedziała, że trzeba jeść przynajmniej jedną łyżeczkę masła dziennie, bo oczy to lubią. Teraz marzyła o tym, żeby leżeć we własnym ogromnym łóżeczku, przeniesiona tajemnymi siłami. Rzeczywistość była taka, że tkwiący naprzeciwko niej Pimpuś Sadełko się nie zamykał, a ona stała w przedpokoju, nakładając futro z norek, które w tym skansenie wyglądało jak rzeźba grecka w kurniku.

Odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że złotousty gospodarz pojedzie z nią do szosy i sobie wróci na piechotę. Jak łódź kapitana Nemo sunęła czerwona toyota przez deszcz ze śniegiem w powietrzu i śnieg z gliną na ziemi. Pożegnali się wesoło, po kumpelsku, co było dość żałosne, bo nie wiadomo było, o co chodzi i po jaką cholerę siedziała tyle u jakiegoś zapyzialca. Dojechała na Kępę ze śpiewem na ustach. Let’s Fall in Love…, ciekawe dlaczego wybrała tę piosnkę i było jej weselej niż zwykle.

Strona redakcyjna

Copyright for the Polish Edition © 2017 Edipresse Polska SA

Copyright for text and drawings © 2017 Hanna Bakuła

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Rysunki: Hanna Bakuła

Redakcja: Agnieszka Jeż

Korekta: Anna Parcheta, Anna Godlewska

Projekt okładki i stron tytułowych, skład i łamanie:

Olga Bołdok-Banasikowska

Konsultacje: Hanna Bakuła

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8117-048-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.