Strona główna » Obyczajowe i romanse » Stosunek seksualny nie istnieje

Stosunek seksualny nie istnieje

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-62467-73-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Stosunek seksualny nie istnieje

Stosunek seksualny nie istnieje to opowieść o dwóch studentach kierunku humanistycznego. Eligiusz chce poderwać Dodę Elektrodę. I dlatego postanawia zostać pisarzem. Wojtkowi wydaje się, że człowiek nie może kierować swoimi pragnieniami. I dlatego przestaje robić cokolwiek.

Zawsze coś stanie na przeszkodzie. To dlatego nie zostałeś najemnikiem w Iraku, piłkarzem Legii ani nawet właścicielem prężnie rozwijającej się firmy świadczącej usługi seksualne. Jest tyle możliwości. Tyle żywotów, które można by przeżyć. Tymczasem, zamiast tego, siedzisz tu, czytasz tę książkę i sobie wyobrażasz. Równie dobrze mógłbyś pójść zwalić konia.
fragmenty książki

Polecane książki

    Od 1 stycznia 2017 r. zostanie wprowadzony pakiet licznych zmian w przepisach VAT. Nowe przepisy zwiększają formalizm tego podatku oraz wprowadzają nowe obowiązki oraz sankcje za nieprawidłowości w rozliczeniach. Zmiany dotyczą m.in. zasad rejestracji podatników VAT, prowadzenia ewidencji VAT, w...
Coś gorszego niż Arumianie przybyło do miasta... Departament Obrony przysłał swoich ludzi. Jeśli tylko dowiedzą się, co potrafi Daemon i że jesteśmy połączeni, już jest po mnie. Podobnie jak i po nim. I jeszcze jest ten nowy chłopak w szkole, który ma własną tajemnicę. Wie, co mi się przydarzyło ...
Siedmiu Zbuntowanych Bunt w młodej prozie polskiej Piotr Czerwiński. Agnieszka Drotkiewicz. Mariusz Sieniewicz. Joanna Bator. Daniel Odija. Jarosław Naliwajko. I w końcu dinozaur w tym towarzystwie, Edward Stachura. Różne są imiona buntu w młodej prozie polskiej, różnymi został opatr...
Tajemnica! Antyczne skarby! Sensacja! Słońce, złoty piasek i szmaragdowe morze… Ach! Wakacje w Grecji są cudowne! Zaraz, zaraz, a skąd wzięła się tutaj starożytna gemma? Kim jest profesor Flemming? I dlaczego Mojra Roditi depcze bohaterom po piętach? Rodzeństwo Ostrowskich po raz kolejny wyrusza na ...
Praca Małgorzaty Turskiej ukazuje rolę rodziny w rehabilitacji dziecka niewidomego w wieku przedszkolnym. Rodzina pełni zasadniczą rolę w wychowaniu, szczególnie we wczesnym okresie życia. Dziecko niepełnosprawne wymaga wyjątkowej opieki ze strony rodziców, która powinna być wsparta elementami rehab...
    Jednostki powinny opracować, wdrożyć, oceniać i doskonalić procedury kontroli w środowisku informatycznym. Ponadto na jednostki stosujące system informatyczny rachunkowości ustawodawca nałożył obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa zasobów informatycznych, a w szczególności skutecznej ochrony zapi...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jaś Kapela

JaśKapelaStosunek seksualny nie istniejeWydawnictwo Krytyki Politycznej

Moim byłym

Nie ma już nadziei na sens. Bez jakichkolwiek
wątpliwości jest właśnie tak, że sam sens jest
śmiertelny. To wszakże, czemu narzucił on swe krótkotrwałe
panowanie, to, co pragnął zniszczyć, by wprowadzić
oświecone rządy, mianowicie pozory –

one są nieśmiertelne, niezniszczalne i

nie ima się ich nawet nihilizm sensu i

bez-sensu.

Tu właśnie swój początek znajduje uwodzenie.

JEAN BAUDRILLARD Onihilizmie

Każdemu potrzeba chyba czegoś /

na kształt cipki. Niektórzy pragną karambolu załamujących
się kolanek /

Proszę, bądź moją sardynką i

uwielbiaj świst moich

trzewików /

bardziej niż wzorzysta sowa galaretki włóczykija.

ANDRZEJ SZPINDLER

Trwoga Abrahama,

czyli ślimak

Wstęp

WSTĘP DLA CZYTELNICZEK (BO NIE UKRYWAM,
ŻE PISZĘ GŁÓWNIE DLA KOBIET), KTÓRE CHCIAŁYBY MÓC
DYSKUTOWAĆ O MOJEJ KSIĄŻCE, A NIEKONIECZNIE
MAJĄ OCHOTĘ I SIŁĘ JĄ CZYTAĆ

Jeśli jednak nie jesteście pewne, czy chcecie moją książkę
czytać, czy też nie, radzę pominąć ten wstęp i

przynajmniej spróbować. Zawsze przecież można wrócić. A

przeczytanie tych kilku słów może nieodwracalnie wypaczyć
lekturę całości, jako że za chwilę zamierzam tu streścić
całą –

wątłą, przyznajmy –

fabułę oraz zdradzić wszystkie zwroty akcji.

Jeśli oczekujecie dobrej zabawy –

muszę was rozczarować. Zabawa może będzie, ale raczej
podłej próby. Nie jestem zwolennikiem jakości. Jakość
wydaje mi się czymś zgoła nieprzyzwoitym. Nie znaczy
to również wcale, że będzie przyzwoicie. Przyzwoitości
również nie popieram. Gdybym mógł głosować (a nie mogę,
bo się wstydzę), wybrałbym fajność. Fajność jest
spoko. Bez zobowiązań. Czasami po prostu jest fajnie i

nie trzeba z

tego powodu czuć się winnym. W

ogóle nic nie trzeba, bo gdy przestanie być fajnie, można
pójść do domu. Albo wrzucić książkę do wanny z

kwasem siarkowym. Mój tata powtarza, że fajne rzeczy należy
przerywać, póki są w

trakcie, żeby odchodzić niespełnionym. Jak zawsze się z

nim nie zgadzam. Fajność trzeba wychłeptać do końca, a

potem patrzeć, jak rzeczywistość gnije. Nie bylibyśmy
ludźmi, gdybyśmy tego nie robili.

Zanim jednak się do tego zabiorę, proponuję dokonać pewnej
klasyfikacji. Byt najłatwiej określić, odróżniając
go od innych. Czym jest krzesło? Nie jest stołem ani
krową. Stopniowo zawężając ten zbiór, dojdziemy do spójnej
definicji krzesła. Biorąc udział w

dyskusji na temat literatury, moglibyśmy na przykład
powiedzieć, że książka Jakuba Żulczyka jest bardziej o

marzeniach, kiedy Kapeli jest bardziej o

złudzeniach. Ale obie czyta się równie ciężko. Tylko, o

ile Radio Armagedon
przeładowane jest młodzieżowym slangiem, o

tyle Stosunek seksualny…
cierpi na nadmiar refleksji teoretycznych, dla których akcja
wydaje się być jedynie pretekstem. Porównując mnie z

Masłowską, można by powiedzieć, że mógłbym jej, co
najwyżej, wylizać stopy. Ale pewnie byłbym w

tym dobry. Tę kwestię najlepiej przygotować w

duecie. Jedna osoba mówi: „Mógłby jej, co najwyżej,
wylizać stopy”. A

druga: „Ale na pewno zrobiłby to świetnie”. Jeśli nie
macie nikogo do pary, proponuję kwestię: „Masłowska nie
pisałaby tak źle, nawet gdyby ją podłączyć do mózgu
Kazimiery Szczuki”. Paniom mniej obytym wyjaśniam, że w

tym porównaniu chodzi o

obecne w

moim dziele skrzywienie ideologiczne, którego zręczną
metonimią może być Kazimiera Szczuka, jako postać
słynąca ze swoich niesłusznych poglądów. Kontynuując
wątek Masłowskiej, można stwierdzić, że o

ile napisała ona pierwszą polską powieść dresiarską, o

tyle Kapela stworzył pierwszą polską powieść dla
dresiarzy. Mentalnych. Oczywiście można mnie też porównać
do Jacka Dehnela. Mówiąc na przykład, że we wszystkich
naszych sporach Dehnel wygląda na spokojnego i

mającego dobre argumenty, gdy ja raczej na podenerwowanego i

rzucającego się nie wiadomo o

co. Żeby nie wyjść przy tym na zbytniego tradycjonalistę,
należy jednocześnie ubolewać, że ci młodzi zbuntowani –

niestety –

nie potrafią pisać. Jednocześnie, nie chcąc być
bezlitośni, możemy dodać: –

Ale Kapela przynajmniej jest szczery i

bywa uroczy. Ale to za mało. Za mało.

Jak widzimy, najlepiej opisywać autora, niwelując różnicę
między nim a

jego dziełem. Jest to słuszna metoda i

uzasadniona. Dlatego, mówiąc o

dziele, dobrze jest obrazić jego autora. W

tym miejscu chciałbym podać listę rekomendowanych epitetów,
jakimi można podsumować mnie i

moją książkę; możemy na przykład powiedzieć: „Pucuje
pałę Pudzianowi” –

jeśli wystarczy nam zgrabna aliteracja lub: „Czochra bobra
Jelinek” –

jeśli chcemy być raczej rzeczowi niż dosadni.

Możemy też poczynić zarzuty bardziej ogólnej natury,
pytając: „Czy wszyscy poeci muszą teraz pisać prozę?”,
„Czy współczesna proza musi być taka onanistyczna?”,
„Czy pisarzy nie interesuje teraz nic poza czubkiem ich
ego?”. Oczywiście są to pytania retoryczne, nad którymi
nie należy się zastanawiać, a

jedynie przejść do porządku dziennego, wyrażając
jednocześnie tęsknotę za czasami dawnego ładu.

A teraz obiecane streszczenie: w

książce mojej występuje dwóch bohaterów, z

których jeden nazywa się Eligiusz Lucjan Kowalski, nazwiska
drugiego nie znamy, ale na imię ma Wojciech. Większa część
Stosunku…
to zapis ich rozmów i

przemyśleń. Epizodycznie pojawiają się również inne
postacie, ale ich znaczenie jest marginesowe. Nasi bohaterowie
chcieliby poderwać jakąś osobę płci przeciwnej. Przy czym
zastanawiają się również, czy nie łatwiej byłoby z

osobą tej samej płci, ale ostatecznie dochodzą do wniosku,
że nie. Eligiusz postanawia, że nie może zadowolić się
byle jaką dziewczyną, lecz chciałby zakosztować klejnotu
kobiecości, którego symbolem jest w

mojej książce Doda Elektroda. Wojtek zadowoliłby się
jakąkolwiek dziewczyną, ale jego wysiłki spełzają na
niczym. Tymczasem Eligiusz przeżywa swoje pierwsze poważne
doświadczenie narkotykowe, zażywając grzyby halucynogenne. To
sprawia, że postanawia zmienić swoje życie. Jak postanawia,
tak też czyni, nie przejmując się rozpaczliwymi wysiłkami
Wojciecha pragnącego zachować łączącą ich więź. Wojtek
nie potrafi przezwyciężyć ciążącej nad nim traumy, ale z

pomocą przychodzi mu Duch Święty. Nawiedza go w

czasie porannego golenia i

skutecznie zachęca do wstąpienia do seminarium. Również
Eligiusz przechodzi pomyślną metamorfozę, która pozwala
mu sprawnie poruszać się w

rzeczywistości. Na sympatii-pe-el zapoznaje wymarzoną
dziewczynę, pisze też książkę, dzięki której ma nadzieję
zrobić karierę i

zdobyć upragnioną Dodę.

Wnioski, jakie można wyciągnąć z

mojej książki to: niezdolność współczesnej młodzieży do
przeżycia prawdziwego uczucia oraz pozytywny wpływ narkotyków
na samorealizację. Teza książki brzmi: zawsze potrzebujemy
jakiegoś fantazmatycznego dopełnienia, nigdy nie potrafimy
osiągnąć całkowitego szczęścia, u

źródeł naszej egzystencji tkwi podstawowy brak. A

Straż Miejska to chuje.

1

– Wiecie, dlaczego Bóg stworzył komary? Dla zabawy. Każdy
potrzebuje się czasem rozerwać. Ja na przykład dzisiaj,
ale mniejsza z

tym. Być może chciał też, żeby były metaforą losu
ludzkiego. Codziennie wysysamy czyjąś krew. Kto czyją –

nie wiadomo. Sprawcy są nieznani, ofiary anonimowe. W

ostatecznej perspektywie każda ofiara staje się anonimowa, a

żaden sprawca nie jest rozpoznany do końca. Ale pracowicie
pijemy cudzą krew w

celu przedłużenia gatunku, rozwoju perspektyw na porządną
pracę oraz ogólnej poprawy sytuacji materialnej. Patrząc na
te szare, bezsensowne stworzenia, możemy sobie uświadomić
to w

całej rozciągłości –

mówi Wojtek.

Wojtek to dobre imię dla chłopca. Z

takim imieniem można zostać strażakiem albo generałem. Może
nawet lepiej strażakiem, bo choć pensja generała generalnie
jest wyższa, to pewnie już niedługo, gdyż zasadniczo
jesteśmy przeciwko wojnom i

wolelibyśmy, aby je zlikwidowano. Czego nie można
powiedzieć o

pożarach. To znaczy można, bo wszystko można powiedzieć, a

w

konsekwencji napisać o

wszystkim, i

też jesteśmy generalnie przeciwko pożarom i

wolelibyśmy, żeby ich nie było. Ale wiadomo, co żywioł,
to żywioł. I

kiedy taki żywioł sobie wybucha, to ma swoje powody i

jest w

tym piękny, i

podziwiamy go za to. Jednakże uważamy, że nawet żywioł
powinien znać umiar. Aby go kontrolować, zatrudniamy
strażaków. Oni, ślubując odwagę i

poświęcenie, zajmują się w

naszym imieniu sprawami typu pożary oraz kotki na
drzewach. Kotki na drzewach to też prawie żywioł. Strażacy
dzielnie kotki z

drzew zdejmują. Może to właśnie sprawia, że jest to
obecnie zawód darzony największym społecznym zaufaniem. W

przeciwieństwie do takich generałów, którzy w

końcu zajmują się wojną. A

jak ktoś się zajmuje czymś tak niewłaściwym, to jego
samego stawia również w

nieciekawym świetle. Dlatego strażacy mają o

wiele większy społeczny prestiż niż generałowie czy
profesorowie. Profesorowie też są podejrzani, bo zajmują
się praniem mózgów. Co oczywiście jest chwalebne i

przynosi wiele pożytków, jak odkrycia w

zakresie astrofizyki czy semiotyki, a

to ważne dyscypliny. Ale podejrzane. Właściwie wszystko
jest podejrzane. Nagle okazuje się, że zgoła –

wydawałoby się –

absurdalne pojęcie grzechu pierworodnego nabiera sensu w

świecie, w

którym istnieją torebki foliowe oraz łamanie praw
człowieka w

Chinach. Chrześcijanie już kiedyś na to wpadli. Wszyscy
są winni. A

kto nigdy nie użył torebki foliowej, kto nigdy nie kupił
niczego z

Chin, ten też zrobił na pewno coś takiego, co czyni go
twórcą przyszłości, na którą nie może mieć wpływu. One
się rozkładają po trzysta lat. Kto na poważnie może
wziąć za to odpowiedzialność? Gdy kupujesz zabawkę z

Chin, to tak jakbyś kopnął małego Chińczyka, jakbyś
wyrwał mu miseczkę ryżu wprost ze zmartwiałych dłoni. A

może wręcz przeciwnie? Może to wyłącznie dzięki nam
Chińczycy jeszcze nie zginęli z

głodu? Podobnie jak Amerykanie, którzy zapożyczeni są w

Chinach na grube miliardy. Cienka i

wątła jest granica między perswazją a

manipulacją. Jeśli ktoś zajmuje się praniem mózgów,
to pewnie ma ku temu swoje powody. A

my nie wiemy i

wiedzieć nie możemy, czy są to powody zupełnie czyste i

niewinne. Nawet przy praniu (mózgów) można się
zabrudzić. Nagle prześcieradło nie jest już takie białe,
ale bardziej mleczne, pomimo dużej ilości Vanisha. Nie ma
nic złego w

mlecznych prześcieradłach, niektórzy nawet bardziej je
sobie cenią niż prześcieradła białe. Nie można ustalić
obiektywnych kryteriów, podług których można by orzec,
że jedne są lepsze niż drugie. A

skoro takich kryteriów ustalić nie można, to niewykluczone,
że biorący przy ich praniu udział profesor kierował się
li tylko swoim prywatnym interesem i

zapatrywaniami, a

nie wspólnym dobrem rasy ludzkiej, co powinno być jego
głównym priorytetem. Co innego strażacy. Strażacy stają w

obronie kultury przeciwko naturze. Nawet kiedy pożary
powodowane są przez kilkunastoletniego członka ochotniczej
straży pożarnej, który płaci nieletnim kolegom kwotę w

wysokości pięciu złotych polskich za podłożenie ognia w

wyznaczonym miejscu, wcześniej zbadanym i

uznanym za odpowiednie do tego rodzaju działalności. Chłopiec
sporządza też sobie mapę, która pozwala mu następnie
bezbłędnie wskazywać prowadzącemu strażacki pojazd
najszybszy sposób dotarcia na miejsce walki z

żywiołem. To ten chłopiec, kiedy powoduje pożar, jest po
stronie swojej zwierzęcej natury, a

kiedy go gasi, to tryumfuje w

nim kultura i

cywilizacja. Więc zaufanie społeczne w

stosunku do strażaków jest znacznie wyższe niż w

stosunku do innych zawodów, jak górnicy, lekarze, profesorowie
czy generałowie. Wiadomo, że swojego czasu prym wiedli
górnicy, których praca również jest szlachetna i

czysta, choć można się przy niej poważnie ubrudzić. I

to nie tylko twarz można ubrudzić, ale także na przykład
organy wewnętrzne, jak płuca. Co oczywiście działa
wyłącznie na korzyść przedstawianego zawodu, gdyż,
jak również wiadomo, cenimy sobie poświęcenie, żeby
nie powiedzieć męczeństwo. Być może nie należałoby tu
mówić o

męczeństwie, gdyż często jest ono nieświadome, a

świadomość wydaje się immanentnym rysem takiej
aktywności. Mimo wszystko sądzę, że można w

tym przypadku mówić o

męczeństwie, gdyż nawet, jeśli nieświadomie decydujemy
się na pewne rzeczy, to z

czasem zyskujemy wyobrażanie o

ich naturze, a

mimo to nie porzucamy tej działalności. Poświęcenie na
dłuższą metę staje się męczeństwem. Co należało
wykazać. Górnik zatem jest zawodem szlachetnym, a

jednak na skutek przemian społeczn o-po litycznych nie cenimy
go sobie już tak samo jak dawniej. Choć Jarosław Iwaszkiewicz
(sławny, poeta, Polak, gej) pochował się w

mundurze górnika, to nie zrobił tego dlatego, że chciał, a

jedynie z

prostego powodu, że nie posiadał w

domu innego ubioru koloru czarnego, wymaganego przy takich
okazjach. Sławny poeta nie był gotowy na śmierć, ale jako
socjalistyczny pisarz na pewno cieszyłby się, że po śmierci
przyszło mu nobilitować szlachetny zawód górnika. A

przynajmniej mógłby się cieszyć pod warunkiem, że niebo
istnieje i

że można się w

nim cieszyć. Co nie jest wcale takie pewne. Zupełnie. Fakt
posiadania przez górników munduru jest faktem
znamiennym. Świadczy on o

ważności tego zajęcia dla naszego państwa. Ważność ta
ma odbicie w

rzeczywistości. Posiadamy największe złoża surowca
węglowego na świecie, dzięki czemu w

erę kryzysu paliwowego wkroczymy w

lepszym humorze niż państwa ościenne. Co może być jednak
również naszą zgubą, gdyż wierząc w

nasz węgiel, porzucimy pracę w

dziedzinie źródeł energii odnawialnej. Tymczasem górnicy
tracą prestiż, być może na skutek rozpieszczenia przez
system władzy komunistycznej, która upewniała przedstawicieli
tego zawodu w

ich dziejowej misji. Tymczasem nastał kapitalizm i

ludzie założyli sobie centralne ogrzewania.

– Nie wiem, na co działa centralne ogrzewanie, ale na pewno
nie na węgiel, gdyż wszyscy mają centralne ogrzewanie,
poza biedotą i

tymi, którzy mają ogrzewanie podłogowe na stary olej,
natomiast nie znam nikogo, kto kupowałby węgiel. Choć jest
to surowiec tani i

można kupić sobie jego tonę za trzysta złotych.

– Nie znam zbyt wielu rzeczy, których mógłbym sobie kupić
tonę za kieszonkowe, więc węgiel jest jednym z

moich ulubionych surowców i

kiedyś kupię taką tonę komuś na urodziny –

mówi Eligiusz. –

Tylko jeszcze nie wiem komu –

i

patrzy na Wojtka wzrokiem wymownym.

– Spierdalaj –

mówi Wojtek, który na co dzień jest bardziej elokwentny,
ale już dawno uświadomił sobie, że są sytuacje, w

których największa elokwencja nie zdziała tyle, co
zwyczajne „spierdalaj”. „Spierdalaj” wydaje się
słowem banalnym i

prostym w

wymowie, jednakże w

istocie jest słowem bardzo skomplikowanym i

niejednokrotnie trudnym w

użyciu. Szczególnie w

sytuacjach oficjalnych, kiedy aż samo się ciśnie na usta, a

pomimo tego nie jest wypowiadane głośno. Często nie
mówimy słów, które powinniśmy byli powiedzieć, co jest
przyczynkiem do wielu nieporozumień oraz problemów z

komunikacją. Wojtek jest przeciwny problemom z

komunikacją, dlatego też pozwala sobie na użycie tego
słowa w

różnych sytuacjach, które jego zdaniem tego użycia
wymagają. Powiedział więc do Eligiusza „spierdalaj”, a

ten roześmiał się rubasznie, gdyż w

ustach Wojtka słowo to nie brzmi należycie poważnie. Wojtek
jest chłopcem wrażliwym i

delikatnym, z

którego ust nigdy nie spodziewalibyśmy się usłyszeć
słów tego rodzaju. Nieodmiennie śmieszy to Eligiusza,
choć obeznany jest z

tą wadą swojego przyjaciela i

popiera międzyludzką tolerancję.

– Sam spierdalaj –

odpowiada Eligiusz Wojtkowi, kiedy przestaje się śmiać.

Tak przeważnie wyglądają imprezy naszych bohaterów. Dużo
gadania, wódki i

długo, długo nic. Gdyż pustka, pustka jest ich ulubionym
stanem, tuż po alkoholowym upojeniu.

– A

co z

lekarzami? Czyż nie są oni ze wszech miar godni społecznego
zaufania, zważywszy na głodowe pensje, nocne dyżury i

szerokie możliwości pracy za granicą, z

których łaskawie nie korzystają? –

Wojtek postanowił wrócić do przerwanego wątku, który,
choć nie wydawał mu się zbyt interesujący, to z

pewnością był pozytywną alternatywą dla mówienia sobie
rzeczy obraźliwych i

nieprzyjemnych.

Natomiast, jeśli chodzi o

lekarzy –

podchwycił Eligiusz –

to nie jest tajemnicą, że – ze wszystkich zawodów
na świecie – to oni najbardziej potrzebują istnienia
chorób. Nawet tak potworna plaga jak próchnica, nękająca
ponad dziewięćdziesiąt procent mieszkańców globu, nie
może doczekać się szczepionki, ze względu na spisek lobby
farmaceutycznego, dla którego byłby to wielki i

nieodwracalny cios, rujnujący w

jednym momencie kariery zawodowe milionom świetnie
zapowiadających się dentystów. A

tego byśmy nie chcieli.

Eligiusz nie chce być lekarzem, strażakiem ani generałem. Na
szczęście globalizacja sprzyja powstawaniu zajęć mniej
konwencjonalnych, a

przez to bardziej interesujących. Eligiuszowi marzy się
praca w

zespole robiącym dubbing do filmów porno. Jest to praca
zajmująca i

niewymagająca wielkiego wysiłku. Wojtek z

kolei sądzi, że mógłby być poetą. Niestety istnieje
problem z

odpowiednią gratyfikacją finansową tego trudnego i

odpowiedzialnego zawodu, więc Wojtek nie przyznaje się do
swoich zapatrywań. Zresztą poetą się nie jest, poetą się
bywa. Przeważnie między trzecią piętnaście a

trzecią siedemnaście w

nocy, gdy wraca się do domu po wyczerpującej imprezie z

niespełnioną obietnicą na niezobowiązujący
numerek. Wracając tą samą drogą co zawsze, lecz w

stanie odmiennym niż zazwyczaj, myślimy sobie, że jesteśmy
NICZYM POŚRODKU NICZEGO
i

że gdyby tylko została nam dana okazja oraz trochę czasu,
moglibyśmy zostać Różewiczem i

pisać długie wiersze o

pustce. Tymczasem dochodzimy do sklepu całodobowego i

już nie w

głowie nam nicość tylko soczek, który ulży nam jutrzejszego
poranka, kiedy skurczone płaty mózgowe zażądają dodatkowej
porcji płynów. A

my koniecznie będziemy chcieli spełnić żądanie naszych
płatów mózgowych, gdyż przypominają nam o

swoich potrzebach natarczywym uciskiem pod czaszką. A

nie lubimy tego uczucia. Wolimy, żeby były rozluźnione i

spokojne. Te nasze płaty. Tymczasem porzućmy nicość,
choć jest ona wyjątkowo dobrym tematem dla wierszy. Jak o

tym pisał pięknie Tadeusz Różewicz –

nicość nie jest sobie taką zwykłą nicością, lecz
nicością odzianą w

wyrób tekstylny typu płaszcz. Na dodatek nie jest to taki
sobie zwykły prochowiec, lecz wyjątkowo luksusowy towar,
wyprodukowany w

krajach dostatnich i

zagranicznych. A

jego logo to Prospero. I

jest to marka gwarantująca wysoką jakość oraz długi okres
gwarancyjny. Zresztą zbyteczny, gdyż jest to tego typu ubiór,
który spokojnie może służyć całe życie. Tym bardziej,
że nie zamierzamy go używać zbyt często. No właśnie. Tu
się pojawia problem. Płaszcz z

gatunku Prospero jest towarem odświętnym i

niezręcznie go nosić na co dzień. Owszem, można by tak
robić. Jednakże w

takim przypadku narażalibyśmy się na ryzyko bycia
postrzeganym jako osoba nowobogacka i

pozbawiona gustu, tudzież jako członek mniejszości
homoseksualnej. Nie pragnąc być postrzeganym w

ten sposób, używamy płaszcza rzadko i

niechętnie. A

normalnie chodzimy odziani w

kurtkę firmy znacznie mniej prestiżowej, choć może bardziej
znanej –

Adidas. Jest to dobra kurtka, chroni od deszczu i

zaczepek ze strony osobników posiadających podobnego rodzaju
ubranie, jednakże nie pomaga w

zetknięciu z

nicością, co jest wyłącznym przywilejem płaszcza Prospero.

2

Wojtek