Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Szpile

Szpile

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 9788379766512

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Szpile

Eliza Michalik pisze wprost i bez ogródek. Nie ma dla niej tematów tabu.  Nie boi się głośno sprzeciwiać populizmowi władz politycznych i absurdom polskiej rzeczywistości. Pochyla się nad sprawami polskich kobiet i walczy o prawa mniejszości seksualnych. Dużo uwagi poświęca także zwykłym obywatelom, których interesy zdają się ginąć w rozgrywkach politycznych pomiędzy rządem a opozycją. Publicystka nie uznaje kompromisów i nie oszczędza nikogo – przed jej nieprzejednanym piórem nie chroni ani immunitet poselski, ani biskupia tiara. Jak sama podkreśla: lewicowość i prawicowość nie mają znaczenia. Chodzi o przyzwoitość i dobro.

Polecane książki

Efekt miesiąca miodowego: stan rozkoszy, namiętności, energii i zdrowia będących wynikiem ogromnego uczucia. Podczas miesiąca miodowego Twoje życie jest tak piękne, że nie chcesz tracić czasu na sen, a kiedy się budzisz – dziękujesz światu, że żyjesz.Cofnij się myślą do najbardziej spektakularnego r...
Polska prowincja, rok 1965. Młodziutka Zofia, uczennica ostatniej klasy liceum pedagogicznego, poznaje nieco starszego od siebie kuzyna przyjaciółki. Młodzi zakochują się w sobie i zaczynają snuć plany wspólnego życia. W 1967 roku Janusz otrzymuje powołanie do wojska, a Zofia spodziewa się dziec...
Użyta w tomie formuła „pisarstwa pomiędzy” zakłada istnienie dość stabilnego kontekstu historycznoliterackiego, teoretycznego i metodologicznego. Po pierwsze: punktem odniesienia czyni dwudziestolecie międzywojenne, po drugie: umowny przełom roku 1989. Nietrudno zauważyć, iż kobiece pisanie trak...
W pogoni za uznaniem, natchnieniem, miłością, spełnieniem - współczesna powieść obyczajowa osadzona w środowisku wydawców i pisarzy. Główny bohater zmagający się z kapryśną weną, tak mówi o sobie: „Piszę z potrzeby serca. Byłoby to z pewnością zajęciem oczyszczającym, gdyby nie fakt, że muszę stale ...
Dziewięciu na dziesięciu Amerykanów cierpi na stany zapalne lub zaburzenia autoimmunologiczne – stany, w których konwencjonalna medycyna nie ma lekarstwa. Statystki w Polsce są równie zatrważające. Drobne podrażnienia, takie jak wysypki i wycieki z nosa, są ignorowane, podczas gdy przewlekłe i wynis...
To zdumiewające, że 20-40 procent pacjentów chorych na raka umiera z przyczyn związanych ze złym odżywianiem się, a nie z powodu samej choroby, zaś u 80 procent pacjentów rozwija się jakaś forma klinicznego niedożywienia. - Państwowy Instytut Onkologii Co powinien jeść pacjent poddawany chemioterapi...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Eliza Michalik

WSTĘP

Szpile – szpilki, czółenka, buty na obcasie. W publicystyce: sarkastyczne, ironiczne, ostre, trafiające w sedno wnioski i puenty. Lubię szpile, bo i buty, i kłujące jak damski obcas myśli zwracają uwagę, kojarzą się z pewnością siebie, odwagą, a w przypadku słownej szermierki – z nazywaniem rzeczy po imieniu.

Szpile kocham za to, że idealnAie współgrają z moją osobowością i temperamentem – są charakterne, kobiece i bezwzględne zarazem, niosą moc skojarzeń i mają wiele znaczeń. Nie ma ostrego komentarza, polemiki, prowokacji bez umiejętnego wbicia szpili. Szpila to każda cięta riposta, zaskakująca informacja, trafny argument przyszpilający (właśnie!) kluczącego po manowcach przeciwnika.

Dlatego mój telewizyjny program publicystyczny, do którego zapraszam mądre i błyskotliwe kobiety, by rozmawiać o wydarzeniach tygodnia, nazwałam Szpilami. I dlatego taki właśnie tytuł nadałam tej książce.

Szpile są zbiorem moich felietonów publikowanych w ciągu ostatnich kilku lat w „Gazecie Wyborczej”, na portalach Onet.pl i naTemat.pl, na moim prywatnym Facebooku, a także tych nigdzie wcześniej niepublikowanych. Tekst Bóg rozumu się nie boi, napisany z Tomaszem Piątkiem, pisarzem i dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, znalazł się w tej książce, bo bez niego nie byłaby kompletna.

Moje przemyślenia i komentarze podzieliłam, zgodnie z tematyką, na rozdziały: Polityka, Kościół, Kobiety i Media. Powstawały w różnym czasie, dlatego przy kilku umieściłam swoje dopiski, które pomagają wyjaśnić kontekst. Zabawnie jest niekiedy (choć bywa to śmiech przez łzy) przekonać się, że spełniły się niektóre moje proroctwa, innym razem zastanawiam się, czy aby na pewno miałam rację.

Tak czy owak, jeśli zechcecie Państwo poznać mój punkt widzenia na różne sprawy, popolemizować ze mną i – na co liczę – nie zgadzać się i kontrargumentować, książka jest do Państwa dyspozycji.

Życzę przyjemnej, choć (mam nadzieję) niezbyt spokojnej lektury.

Pozostaję z szacunkiem

Eliza Michalik

BÓG ROZUMU SIĘ NIE BOI

Czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć lat temu do drzwi katedry w Wittenberdze zostały przybite Tezy o odpustach Lutra. Ten happening uczynił Zachód Zachodem. Polski to nie obchodzi.

Polacy w ogromnej większości nie zauważyli przypadającego 31 października Święta Reformacji, bo reformacji nie przeszli. W XVI wieku polska szlachta masowo nawracała się na kalwinizm. Ale Kościół katolicki powstrzymał ten ruch. Nawróconych oskarżano o zdradę Polski na rzecz obcych, zachodnich wartości i władców. A jezuickie szkoły pracowały, by „zrekatolicyzować” dzieci z protestanckich rodzin.

Szkoda. Potrzebowaliśmy i wciąż potrzebujemy reformacji. Dziś widać, jak bardzo przydałyby się nam jej wartości. Wiara, która nie wojuje z rozsądkiem. Rozdział państwa i Kościoła. Uczciwość i ciężka praca, której owoce nie są trwonione, ale pomnażane. Wolność duchowa, swoboda interpretowania świętości… Protestancki duch mógłby zmienić Polskę.

Czas rozkwitu polskiego protestantyzmu nazywamy złotym wiekiem Polski. Protestantami byli ojciec naszej literatury Mikołaj Rej i ojciec myśli politycznej Andrzej Frycz Modrzewski. Kalwińskie wychowanie otrzymał największy ówczesny polityk Jan Zamoyski. A mimo to dzisiejsza Polska o protestantyzmie nie wie prawie nic. Po części dlatego, że książki Lutra, Kalwina i innych reformatorów znalazły się na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych. Przez wieki Watykan odwodził nawet od czytania Biblii. W wielu katolickich krajach jej posiadanie oznaczało podejrzenie o herezję.

Jak można bronić wiernym dostępu do słowa Bożego? Cóż, papieże zapamiętali, od czego zaczęła się reformacja. Od tego, że Marcin Luter przeczytał dokładnie Biblię.

Najpierw Bóg, potem Kościół

Oparte na słowie Bożym nauki Lutra były proste: nie Kościół zbawia człowieka, tylko Bóg. Kościół nie może więc handlować zbawieniem, sprzedawać odpustów, „uwalniać” człowieka od „pokuty czyśćcowej” za pieniądze. A wyznacznikiem moralności nie jest stosunek człowieka do kościelnych instytucji, obrzędów i hierarchów. Są nim wartości, które człowiek wyznaje. I którym daje wyraz nie tylko w kościele, ale też w życiu. W tym, jak traktuje innych ludzi.

Marcin Luter zwalczał bałwochwalstwo – wielbienie fałszywych bożków zamiast uprawiania cnót. Wykazał, że w słowie Bożym nie ma podstaw do wiary w czyściec, nieomylność papieską, pożyteczność kultu świętych i matki Jezusa. W ten sposób przywrócił serca chrześcijan Chrystusowi i jego nauce. Przypomniał im, że to Jezus Chrystus przez swą Mękę na Krzyżu uwolnił ich od grzechu i potępienia. Nie zrobiła tego Matka Boska ani figurki świętych. Ani też proboszcz za sprawą rzuconych mu na tacę pieniędzy.

W pewnej mierze Luter przypomniał o tym również katolikom. Broniąc się przed jego zarzutami, ograniczyli praktyki bałwochwalczo-magiczne. Kontrreformacja była kontratakiem Watykanu na reformację. Ale sama także była swoistą reformacją – nawet jeśli bardzo niepełną i prowadzoną ze zgrzytaniem zębów. Oczywiście i dzisiaj dla wielu katolików Matka Boska jest obiektem kultu niemal równym samemu Bogu. Jednak nie przesłania im Chrystusa tak bardzo jak kiedyś.

Reformacja znaczy życie

Reformatorzy przypomnieli nam też, że religia to oddawanie czci Bogu Żywemu – i sama musi być żywa! Nie może być skostniałym dogmatycznym tworem. Dlatego jedna reformacja to za mało: każdy Kościół wciąż musi się reformować. Religia nie rządzi, ale służy Bogu i ludziom. Stąd niezbędne są debaty i ciągłe zgłębianie Biblii – takie, w którym pokora łączy się z odwagą. W ten sposób wierni poznają coraz to nowe aspekty Boga. A religia odpowiada na ludzkie potrzeby duchowe, zamiast je dusić. Jak powiedział Jezus Chrystus: Święto jest dla człowieka, nie człowiek dla święta.

Katolicy mówią: Może Luter i Kalwin mieli swoje racje – jednak buntując się, rozerwali jedność Kościoła! Osłabili go! – Ale przecież prawda jest ważniejsza niż jedność. Stawianie zaś na pierwszym miejscu potęgi ziemskiej organizacji jest myśleniem skrajnie świeckim. Bo każdy istniejący na tym świecie kościół instytucjonalny jest organizacją ziemską. Zatem nie można go utożsamiać z prawdziwym Kościołem Chrystusowym, który jest niewidzialny. Należą do niego członkowie różnych ziemskich Kościołów, może też osoby spoza nich – ale kto dokładnie, wie tylko Bóg.

Natomiast Kościół, który stawia jedność i potęgę ponad prawdą, staje się aż nazbyt widzialny i ziemski. W walce o wpływy i pieniądze kłamie, kradnie i wymusza. Wpycha się do rządowych gabinetów i publicznych mediów, do kodeksów karnych, do naszych łóżek i kieszeni. Gdy przy tym wszystkim ogłasza, że jest jedynym prawdziwym Kościołem, z monopolem na zbawienie – to jego pycha wprost wyzywa Boga. Taką „jedność” trudno uznać za zaletę.

Ale nawet zapominając o tych nadużyciach – czy chrześcijanie powinni usilnie dążyć do pełnej jedności doktrynalnej i organizacyjnej?

Żadna ludzka myśl nie obejmie całego Boga. Zatem chwałę Bożą lepiej głosi chór różnych wspólnot i nauk niż jedna organizacja i doktryna. Różnice sprzyjają też rozwojowi. Gdyby kalwini nie byli w sporze z katolikami, Rousseau nie mógłby inspirować się kalwinizmem przy tworzeniu podstaw nowoczesnej demokracji w Umowie społecznej. Gdyby anglikanie nie byli w sporze z katolikami, nie stworzyliby podstaw nowoczesnego liberalnego konserwatyzmu podczas „chwalebnej rewolucji” w 1688 roku. Gdyby purytanie i baptyści nie byli w sporze z anglikanami, nie ruszyliby do Ameryki i nie dokonaliby tam rewolucji amerykańskiej. Debaty wywołane przez reformację nie są słabością Zachodu, są jego skarbem.

Ogrom danych wskazuje na to, że społeczeństwa protestanckie zwykle działają lepiej niż katolickie. Przed ponad wiekiem socjolog Max Weber przypisał to tak zwanej nauce o predestynacji. Luter i Kalwin uważali, że o zbawieniu decyduje Bóg. Człowiek swymi kalekimi „dobrymi uczynkami” nijak nie „zarobi na bilet do nieba”. To Bóg sam wybiera ludzi, którym daje łaskę wiary, cnót i zbawienia.

Teoretycznie taka nauka powinna działać „demotywująco”: po co się starać, skoro to nic nie da? Według Webera jest odwrotnie: protestant chce pokazać, że zalicza się do wybranych. Że już w tym życiu obdarzony został łaską pracowitości i dobrych zarobków, a zarazem uczciwości. Efekt? Wspólnota rzetelnych pracusiów działa jak szwajcarski kalwiński zegarek!

Weber jednak wiele przeoczył. Luter i Kalwin nie twierdzili, że ludzie źle zarabiający muszą być pozbawieni łaski; byłoby to wbrew Ewangelii. Kalwin kazał parafiom, miastom i królom dbać o biednych. A gdy profesor Benito Arruñada z uniwersytetu w Barcelonie zderzył tezy Webera z twardymi danymi statystycznymi, okazało się, że katolicy pracują tak samo rzetelnie jak protestanci!

Różnica leży gdzie indziej. W społeczeństwach protestanckich owoce tej pracy są lepiej wykorzystywane. Protestancka parafia uczy swoich członków lepiej wydawać pieniądze, bo jest transparentna i demokratyczna. Rządzi nią nie ksiądz, tylko rada wybierana przez wiernych. Na jej czele stoi prezes (prezeska) i skarbnik (skarbniczka). Zatem katolickiemu proboszczowi łatwiej wydać pieniądze z tacy na limuzynę… Pastor wie, że prezeska i skarbniczka urwałyby mu łeb.

Prozaiczne sprawy? Stoi za nimi głębsza różnica. W Kościele katolickim ksiądz uznawany jest za kapłana– uświęconego pośrednika między człowiekiem a Bogiem (mimo że według Biblii wyłącznie Chrystus jest takim pośrednikiem). W Kościołach protestanckichksiądz/pastor jest tylko kaznodzieją i teologicznym doradcą wiernego. Jego rola jest bardziej służebna. A wierny jest wolny – ma jedynie pamiętać, że jego wybory świadczą o jego wierze i duszy. To uczy odpowiedzialności.

Oświecenie bezoziębienia

Kościół katolicki głosi wojnę cywilizacji życia z cywilizacją śmierci. Walczyć ze sobą miałyby dwa wrogie światy. Świat zimny: nowoczesność, wiedza naukowa, pragmatyzm, fakty, logika, a także egoizm i hedonizm. Świat ciepły: rodzina, tradycja i „nasz kościółek”, który zarazem jest Kościołem Największym, Jedynym, Niekwestionowalnym.

Ten świat ciepły jest ciemny – obowiązują w nim nakazy i zakazy, których nie da się wyjaśnić naukowo czy zdroworozsądkowo. Nie można ich też wywieść z Biblii. Ale czy nie lepiej tkwić w ciemności niż sterczeć na zimnie?

Prawda jest jednak inna. Świat jasny jest cieplejszy niż ten ciemny. Boże Dobro nie boi się wiedzy i nowoczesności. Jest ponad epokami, bo jest uniwersalne. Nie przejawia się pokłonami przed figurką, tylko dobrymi uczynkami. A te wychodzą nam lepiej, gdy posługujemy się logiką i znamy fakty. Ciepło i życzliwość wobec drugiego człowieka to przymioty ducha, w których rozwijaniu nowoczesna psychologia, medycyna i filozofia jedynie pomagają. Żeby w pełni kochać bliźniego, trzeba kochać siebie. Ktoś, kto stawia przed samym sobą tylko ograniczenia i zakazy, ten siebie nie kocha – i mści się na innych.

Liczba nawróceń na protestantyzm rośnie. Interesują się nim katolicy, a nawet racjonaliści-ateiści. Może to oznaczać, że Polki i Polacy zaczynają więcej myśleć o sprawach ducha, a mniej o tym, co ziemskie. Miejmy nadzieję, że to początek duchowej zmiany – po której przyjdzie zmiana społeczna.

Bo dobra i trwała zmiana społeczna musi się opierać na dogłębnej zmianie duchowej. Reformacja wzmacnia człowieka, ale przedtem zderza go z jego słabością. Najpierw trzeba uznać swoją bezsilność wobec własnego i cudzego zła. Najpierw trzeba się powierzyć Chrystusowi całym sobą – razem ze swoimi tradycjami i razem ze swoim rozumem. Co znaczy: nie wyrzucać ich na śmietnik, ale znaczy też: nie stawiać ich na piedestale. Trzeba kochać Boga, siebie i bliźniego. A kochać, to szanować. To naprawiać zło bez krucjat. Przyjmując życie, jakie jest, i zaczynając naprawę od nas samych. Reszta przyjdzie sama. Będzie darem i łaską.

Tekst zamieszczony za zgodą Tomasza Piątka.

POLITYKA

TERAZ KU*** MY

Jeśli przestępca pochodzi z najwyższych kręgów władzy i zna, kogo trzeba, może spać spokojnie. Prawo jest dla was, maluczkich Polaczków, a nie dla nas, Wielkich Polaków i Prawdziwych Patriotów. Jeśli łudziliście się, że wszyscy są równi wobec prawa, współczujemy głupoty – taki przekaz dostali dziś Polacy od prezydenta Andrzeja Dudy, który ułaskawił właśnie Mariusza Kamińskiego, byłego szefa CBA, skazanego na bezwzględne więzienie i dziesięcioletni zakaz pełnienia funkcji publicznych przez niezawisły sąd (sędziemu i jego rodzinie teraz głęboko współczuję). PiS tak się spieszył do pokazania, kto tu rządzi, że nie zaczekał nawet, dla zachowania pozorów, z nominowaniem Kamińskiego na ministerialne stanowisko do tego – nie ma wątpliwości, że umówionego wcześniej z Andrzejem Dudą – ułaskawienia. A co tam: skoro sprawa jest ustalona, niech Kamiński jak najszybciej dostanie stołek, a jeśli obywatelom to się nie spodoba, tym gorzej dla obywateli.

Oczywiście, jak słusznie napisał Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”, prezydent, ułaskawiając byłego szefa CBA, pokazał, że wie, że Kamiński jest winny. Pokazał to też sam Kamiński, wycofując swoją apelację (tylko taki ruch mógł pozwolić na uprawomocnienie wyroku i ułaskawienie go przez prezydenta, bo ułaskawić można tylko przestępcę skazanego prawomocnym wyrokiem).

A zatem: czy teraz już można mówić, że Kamiński jest przestępcą? Wcześniej groził, że pozwie każdego, kto nazwie go w ten sposób. Ciekawa sytuacja, bo teraz nazwał go tak jego kolega prezydent – ułaskawiając.

Niezależnie od wszystkiego, nawet będąc głęboko przekonanym o niewinności Kamińskiego, Andrzej Duda nie miał prawa go ułaskawić właśnie dlatego, że były szef CBA jest jego znajomym – zachowania takiej podstawowej bezstronności wymagają standardy demokratycznego państwa prawa.

Wydaje się, że dziś, bardziej niż kiedykolwiek, trzeba przypomnieć, że państwo to nie jest prywatny folwark Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy, tylko nasze wspólne dobro, którym oni chwilowo zarządzają, i też nie wedle uznania, tylko w ramach ogólnie przyjętych zasad, nazywanych przez cywilizowanych ludzi systemem prawnym. W normalnym kraju ludzie są równi wobec prawa, a za złamanie go ponosisz odpowiedzialność – niezależnie od tego, czy jesteś murarzem, czy ministrem.

Oprócz prawa są także zasady przyzwoitości, normy liberalnych demokracji szanowane na całym świecie, podmiotowe, a nie przedmiotowe traktowanie państwa i jego instytucji, nie używanie władzy powierzonej przez ludzi nieodpowiedzialnie i beztrosko, a przeciwnie – posługiwanie się nią ostrożnie, ze świadomością, że niesie ze sobą wielką odpowiedzialność.

O odpowiedzialności nie ma mowy, gdy Andrzej Dera z kancelarii prezydenta informuje, że prezydent nie uzasadni swojej decyzji o ułaskawieniu partyjnego kolegi. No i temu się akurat nie dziwię: jeszcze by sobie obywatele pomyśleli, że prawo i prezydent są dla nich.

Swoją decyzją prezydent i PiS pokazali, że nie uważają Polski za normalny kraj, a Polaków za obywateli, którym należy się szacunek, że prawo traktują instrumentalnie. Polska jest w ich oczach republiką bananową, w której instytucje i przepisy są ledwie narzędziem do gorszącego załatwiania prywaty, w tym, jeśli trzeba, pomagania kolegom – przestępcom. Teraz Kurwa My.

NIE W NASZYM IMIENIU

PiS jest partią populistyczną, od wielu lat uprawiającą wyłącznie propagandę i manipulację, partią, która kłamie, nie szanuje instytucji państwa i porządku prawnego, nadużywa władzy, szantażuje i zastrasza wszystkich myślących inaczej, a więc znakomitą większość społeczeństwa. Ale to się zmieni, bo – zapewniam was, funkcjonariusze PiS-u – partia polityczna utrzymywana z pieniędzy podatników, działająca (co prawda już tylko teoretycznie) na mocy przepisów prawa, tak wyglądać nie może i nie będzie.

Polacy zbuntują się – już się buntują! (Komitet Obrony Demokracji) – przeciwko próbom zamknięcia im ust i pozbawienia dostępu do informacji, bo tak należy rozumieć zawieszenie Karoliny Lewickiej z TVP, która zawiniła wyłącznie tym, że z premierem Glińskim rozmawiała nie na kolanach, ale normalnie, ośmielając się zadawać mu dociekliwe pytania i obnażać manipulacje.

Informacja jest sprawą w demokracji kluczową, bo tylko dobrze, rzetelnie poinformowani ludzie mogą podejmować, także w wyborach, decyzje oparte na faktach. A informacją jest, jak mawiał Andrzej Wojciechowski, wyłącznie to, co władza chce ukryć. Reszta to propaganda i reklama. Dlatego dobry dziennikarz nie jest, nie może i nie powinien być lubiany przez polityków, przeciwnie – im bardziej dobiera się im do skóry i odkrywa ich grzechy i zaniechania, tym bardziej go nie znoszą. I tak ma być. I to jest normalne i właściwe. W Ameryce mawia się, że dziennikarze i redakcje, którym politycy nie wytaczają procesów, to słabi dziennikarze i słabe redakcje, nie zdołali bowiem nadepnąć władzy na odcisk.

Politycy PiS-u z profesorem Glińskim, którego kolejne wypowiedzi dotyczące mediów pokazują, że woda sodowa coraz bardziej uderza mu do głowy, nie przyswoili sobie jeszcze tej prostej prawdy, że w dobie swobód obywatelskich, praw człowieka, Internetu i przynależności Polski do różnych międzynarodowych organizacji nie będzie łatwo założyć dziennikarzom kaganiec. Wszystkich nas nie zwolnicie, a jeśli zwolnicie – zostaną blogi, felietony książki, gazety, a choćby i prywatne i niszowe media. Zapewniam, że informacje o waszych wyczynach tak czy owak popłyną do opinii publicznej szerokim strumieniem. Sami Polacy zbuntują się przeciw zawłaszczaniu państwowych instytucji i traktowaniu ich samych jak chłopów na folwarku, bo wbrew temu, co o nich myślicie, parobkami na folwarku nie są.

Wasza władza upadnie, nawet nie obalona z zewnątrz. Pozbędziecie się jej sami: swoją butą, pychą, arogancją, chciwością, podłością, pogardą i głupotą – bo nie rozumiecie, że dla Polaków ich wolności i ich prawa z takim trudem wywalczone mają znaczenie kluczowe i fundamentalne. Wasza władza upadnie także dlatego, że w przeciwieństwie do was większość obywateli rozumie, czym jest demokracja. Wy tej większości nie reprezentujecie. Reprezentujecie ledwie mniejszość, której obawy i lęki cynicznie wykorzystaliście i wyolbrzymiliście, żeby zdobyć władzę. Mniejszość, która się boi (bo agresja zawsze wynika ze strachu). Wy zaś, zamiast ten strach ukoić i obrócić w pozytywne propaństwowe działanie – bo tak postępują politycy troszczący się o swój kraj – zamieniliście go w bezrozumne przerażenie, snując przez lata obłąkańczą narrację o niemiecko-rosyjskim kondominium i zdrajcach w najwyższych kręgach władzy.

Mimo że chwilowo to wasze, agresywne i nieliczące się z nikim i z niczym, jest na górze, jedno wam powiem: mnie nie reprezentujecie. I wielu, wielu, wielu innych też nie. Są nas miliony i wy – partia Bezprawia i Niesprawiedliwości – w naszym imieniu nie mówicie. Wy nas nie reprezentujecie.

WARTO MIEĆ POD GÓRĘ

Lubię mieć pod górę. Lubię się wspinać. Może dlatego, że – jak powiedział jeden z filozofów – z wysiłkiem i trudem zmierza się na szczyt, łatwo i lekko tylko spada się w dół. Wszystkim nam, z różnych powodów, coraz trudniej żyć w Polsce. Myślę sobie jednak, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, to nie porażka, tylko lekcja. PiS nie jest wrogiem – jest naszym nauczycielem, uzmysławia nam braki i słabości naszego państwa i systemu prawnego, pokazuje nam sprawy, które zaniedbaliśmy, które sobie odpuściliśmy, które musimy poprawić.

Prawda jest taka, że dojrzałe zrównoważone społeczeństwo, odpowiedzialne i dalekowzroczne, nie wybrałoby PiS-u, nie dałoby władzy (ani nawet tak silnego poparcia, tak dobrych sondaży) populistom i autokratom, ludziom zachłannym, krzykliwym, nieuczciwym i bezideowym. To nie PiS jest problemem – PiS jest tylko objawem choroby toczącej Polskę i nas wszystkich: braku nowoczesnej edukacji, tkwienia w religijnych zabobonach, przedkładania chciejstwa i naiwnych wyobrażeń nad fakty, niechęci do długiego i mozolnego budowania trwałego dobrobytu, chodzenia na łatwiznę i na skróty. Rządy PiS-u to także konsekwencja zaniedbań poprzednich rządów – odpuszczenia Ziobrze Trybunału Stanu, bagatelizowania działań Antoniego Macierewicza i Mariusza Kamińskiego, ale też zaniedbań sporej części mediów i dziennikarzy: sprowadzania wszystkiego do wymiaru operetki, mówienia o najważniejszych sprawach jakby były błahe, ślizgania się po powierzchni zamiast wnikania w sedno, ośmieszania mądrości poprzez zestawianie jej (na przykład w programach telewizyjnych) z galopującą głupotą i prostactwem. Dopiero kiedy odrobimy tę lekcję, wyciągniemy wnioski, dopiero kiedy to zrozumiemy – zwyciężymy.

Bo musicie wiedzieć, że PiS się nigdy nie zmieni, on zostanie PiS-em na wieki wieków amen. Zamiast szukać w nim słabości, musimy odnaleźć swoją siłę. Żeby w Polsce było dobrze, to nie PiS się musi zmienić. Zmienić się musimy my, Polacy, politycy i media. Musimy dorosnąć. Zrozumieć, że to nie zabawa. Zamiast szukać słabości u Kaczyńskiego czy Brudzińskiego, znajdźmy własną odwagę i rozum, mądrość i spryt, solidarność i pragnienie wolności. Nauczmy się je wyrażać głośno i zdecydowanie, z pasją i przekonaniem. Odzyskajmy głos. Kiedy to się stanie – nie tylko partia Kaczyńskiego, ale każdy podobny polityczny twór po prostu zniknie, straci rację bytu. Czy to łatwe, pociągające? Skąd! Będzie trudno, będzie koszmarnie, będą schody i będzie wspinaczka – ale jeśli wytrwamy, jeśli to zrobimy, zwyciężymy.

PO CO NAM WOLNOŚĆ?

Żeby uświadomić sobie skalę strachu PiS-u przed wolnością, należy zrozumieć, że Polska wolnych, myślących ludzi, wolny, nieskrępowany przesądami rynek opinii i idei, na którym ścierają się poglądy, a do swojego punktu widzenia trzeba innych przekonać rozsądną argumentacją, a nie przemocą i krzykiem – to byłby koniec tej partii. Dlatego, choć w tytule pytam, po co nam wolność, powinnam zapytać raczej, po co PiS-owi nasza wolność. Bo powody, dla których potrzebujemy wolności, są dokładnie takie, jak powody, dla których PiS zrobi wszystko, żeby nam ją odebrać.

Zastanawialiście się kiedyś, co łączy wszystkie grupy zawodowe i społeczne, z którymi walczy PiS? Dlaczego to właśnie niepokorni sędziowie, nieposłuszni dziennikarze i obywatele maszerujący z KOD-em budzą taką agresję tej partii? Otóż, oprócz oczywistych politycznych korzyści płynących z zabicia Trybunału Konstytucyjnego i upadku państwa prawa, PiS nie znosi tych ludzi, ponieważ odważnie walczą o to, w co wierzą, a im bardziej demonstrują swoją wolność, tym słabiej na ich tle wypadają wyrastający jak grzyby po deszczu populiści, tchórze i karierowicze, nieudolnie przysłaniający oportunizm i żądzę władzy listkiem z parodii patriotyzmu i katolicyzmu.

A więc banalnie i po prostu: ludzie wolni każdego dnia przypominają Polakom, że można i warto być niezależnym i odważnym, stanowiąc bolesny dla PiS-u kontrast z zawodowymi działaczami, którzy obok odwagi cywilnej i wierności wyższym wartościom nigdy nawet nie przechodzili.

Wolność musi dziś jednak walczyć o przetrwanie także z innych, ważniejszych powodów: jest jedynym realnym zagrożeniem dla rządu i zachłanności PiS-u. Jarosław Kaczyński nigdy tego nie przyzna, ale dobrze rozumie, że jeśli nam jej nie zabierze, szybko straci władzę. Nikt lepiej od prezesa PiS-u, zakompleksionego na punkcie własnej skromnej działalności opozycyjnej, nie wie, jak cudze męstwo mocno inspiruje bliźnich, jak cudza odwaga daje do myślenia. Tak jak nikt nie wie lepiej od byłego prokuratora Stanisława Piotrowicza, jak zaraźliwa jest wolność i jak trudno ją sobie wybić z głowy, gdy już się jej, często idąc za cudzym przykładem, zapragnie. Dlatego obaj: mózg i usta PiS-owskiej operacji pozbawiania Polski wolności, boją się jej jak zarazy i jak zarazę chcą ją wytępić. I dlatego w walce z nią, oprócz zakazywania, próbują poniżać i obśmiewać, bo dobrze wiedzą, że oprócz otwartej wojny to właśnie drwina, umniejszenie i oczernianie są zawsze najskuteczniejszą bronią.

I to jest odpowiedź na pytanie zadawane z oburzeniem w mediach przez wiele dni: jak mogli działacze PiS-u na odbywający się w Warszawie Nadzwyczajny Kongres Sędziów i sformułowaną przez nich mocną tezę o zagrożeniu totalitaryzmem zareagować kpiną i pogardą: ot, wolność to głupstwo, niepotrzebny drobiazg, a walka o nią to przejaw pieniactwa, a wręcz niezrównoważenia? Ano mogli, bo te wszystkie protekcjonalne połajanki: „Nikt nie chce słuchać o Trybunale”, „Trybunał jest dziesiąty na liście tematów, które obchodzą Polaków” służą wytworzeniu w Polakach przekonania, że wolność jest im niepotrzebna, że się nie liczy, że jest tylko niepoważną przeszkodą na drodze do silnego państwa.

Musimy jednak pamiętać o jednym: choć PiS bardzo próbuje nas przekonać, że lekceważy wolność i nią gardzi, prawda jest zupełnie inna. PiS śmiertelnie boi się naszej wolności, nic nie przeraża PiS-u tak jak ona. Ulubione przez lata zawołanie sympatyków tej partii „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie” to czysta propaganda, bez pokrycia w faktach. W ojczyźnie prawdziwie wolnej los populistów i nacjonalistów był przecież nie do pozazdroszczenia: przegrywali wybory niemal przez dekadę i przepadliby z kretesem, gdyby nie katastrofa smoleńska, która politycznie uratowała im skórę. Dlatego wiedzą, że w świecie wolnych, ciekawych świata i nieskrępowanych w krytykowaniu władzy ludzi kłamstwa wyczuwa się