Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Trzecia siła

Trzecia siła

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-64523-89-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Trzecia siła

Idea Międzymorza nabrała realnych kształtów. Polska zrealizowała plany, o których przed niemal wiekiem mówił Marszałek Piłsudski, i dołączyła do grona supermocarstw. Dyktuje warunki nie tylko w Europie, ale i na świecie.

Nie brakuje jej jednak wrogów. 

Polski konwój transportujący do rumuńskiej Konstancy pociski morze – morze staje się celem ataku. W Bukareszcie, a potem także w węgierskiej stolicy dochodzi do krwawych, antypolskich zamieszek. Ktoś ewidentnie próbuje wyrwać Rumunię i Węgry spod wpływu Warszawy...

Kim jest tajemnicza Ariadne? Czy po raz kolejny dojdzie do zmiany układu sił w tej części Europy? Podpułkownik Halicki oraz kapitan Galiński wyruszają z misją wyjaśnienia sytuacji.

Śmiałe i jakże często prorocze wizje Vladimira Wolffa przerażają coraz bardziej. Po „Metalowej burzy” i „Hydrze” czas na „Trzecią siłę”.

Polecane książki

Dzieło jednego z najwybitniejszych współczesnych naukowców i myślicieli, które stało się źródłem ogólnoświatowych kontrowersji, zarówno wśród wierzących, jak i ateistów.  Stephen Hawking stwierdza bez cienia wątpliwości: „Wszechświata nie stworzył ani Bóg, ani istoty nadprzyrodzone. Wszechświat pow...
W pisanej wierszem sielance Lubomirski podjął krytyczną analizę mitu arkadyjskiego. Za pasterskim "kostiumem" kryje się filozoficzny dyskurs o naturze człowieka i niemożności osiągnięcia przez ludzi prawdziwego szczęścia....
„W ciągu ostatniego tygodnia kochali się tyle razy, że stracił rachubę. Popołudnia spędzane na urządzaniu wnętrz były fascynujące, nocami zaś wciąż na nowo odkrywali siebie. Carter stracił dla Macy głowę, uzależnił się od niej. Była dla niego jak lek, który bał się odstawić. Nie prz...
"Przyprawiający o dreszcze, mroczny i niepokojący thriller, który wbija w fotel i długo nie pozwala zasnąć. W głębi parku narodowego Los Angeles National Forest, w opuszczonej chacie, policjanci odkrywają zwłoki młodej kobiety. Przed śmiercią ofiarę okrutnie torturowano, a na koniec przywiązano ją ...
Kolejny tom z serii „Nauka - Dydaktyka - Praktyka” jest poświęcony przedsięwzięciom popularyzującym czytelnictwo wśród dzieci i młodzieży, które są podejmowane przez różne instytucje, przede wszystkim biblioteki, a także analizie wybranych segmentów współczesnego rynku wydawnictw dziecięco-młodzieżo...
    „Piękne kłamstwa” to z pozoru lekka powieść kryminalna. Jednak porusza bardzo ważny problem społeczny, jakim jest ingerencja osób trzecich w sprawy związane z przemocą domową. Jak daleko można się posunąć, aby wymierzyć sprawiedliwość? I czy samo podejrzenie przemocy domowej jest już podstawą do...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Vladimir Wolff

VLADIMIR WOLFF

Trzecia siła

 

 

© 2017 Vladimir Wolff

© 2017 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Agnieszka Zub

 

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Ilustracja na okładce: Jan Jasiński

 

 

ISBN 978-83-645-2390-8

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

 

Praw­ni­cy i ban­kie­rzy. Dwa naj­gor­sze ro­dza­je ścier­wa, ja­kie no­si­ła zie­mia. Zda­niem Oska­ra Bo­rzęc­kie­go wszy­scy oni mo­gli­by wy­zdy­chać na bo­le­sne owrzo­dze­nie dup­ska. Od kie­dy wziął kre­dyt na miesz­ka­nie, a z żoną roz­wód, nie­na­wi­dził i jed­nych, i dru­gich. Wy­ra­cho­wa­ne, pier­do… Spo­koj­nie, Oska­rze, spo­koj­nie, bo się wy­koń­czysz i skoń­czy się tak, że do­sta­niesz za­wa­łu.

Ile­kroć o tym my­ślał, do­cho­dził do mo­men­tu, w któ­rym ci­śnie­nie za­czy­na­ło gwał­tow­nie ro­snąć. Już na­wet nie był zły na kre­dyt i byłą żonę, tyl­ko na tych wy­ra­cho­wa­nych piź­dziel­ców, któ­rzy obie­cy­wa­li zło­te góry, a póź­niej za­bie­ra­li całą wy­pła­tę na po­kry­cie kosz­tów pro­ce­so­wych oraz od­set­ki od od­se­tek. Spi­ra­la dłu­gów wy­da­wa­ła się nie mieć koń­ca, a to była tyl­ko część pro­ble­mu. Do tego do­cho­dzi­ły te wszyst­kie te­le­fo­ny z su­per­pro­po­zy­cja­mi: „Ma pan u nas kre­dy­cik? To może weź­mie pan ko­lej­ny, kon­so­li­da­cyj­ny?”. Skur­wy­sy­ny! Dzwo­ni­li po pięć, sześć razy dzien­nie – wciąż z nową ofer­tą.

Po­dob­no kie­dyś był nie­spo­ty­ka­nie spo­koj­nym czło­wie­kiem. Aż do mo­men­tu, kie­dy ko­lej­ny raz usły­szał w te­le­fo­nie przy­mil­ny gło­sik za­pew­nia­ją­cy, że oto po­ja­wi­ła się na­stęp­na szan­sa na… Ni­g­dy nie do­wie­dział się na co. Ru­gał pra­cow­ni­ka ban­ku przez do­bre pięć mi­nut sło­wa­mi ogól­nie uzna­ny­mi za ob­raź­li­we, dzi­wiąc się, że tak po­tra­fi. Ulga była nie­wiel­ka, ale przez ty­dzień miał spo­kój. Od tam­tej pory spo­ro się zmie­ni­ło. Już nie wy­słu­chi­wał do koń­ca uprzej­mych bred­ni, któ­re pły­nę­ły z słu­chaw­ki – bo to były bred­nie! Te­raz, w za­leż­no­ści od na­stro­ju, albo roz­łą­czał roz­mo­wę, albo w do­sad­nych sło­wach in­for­mo­wał, co mogą zro­bić ze swo­ją pro­po­zy­cją.

Wie­dział, że nie po­wi­nien tak się za­cho­wy­wać. To w koń­cu nie ucho­dzi­ło. Bądź co bądź był czło­wie­kiem na sta­no­wi­sku, ale co tam! Ta chwi­la sa­tys­fak­cji, kie­dy po dru­giej stro­nie li­nii za­pa­da­ła ci­sza, a on roz­ko­szo­wał się twar­dym brzmie­niem wła­sne­go gło­su, była bez­cen­na.

Z pro­ble­ma­mi chciał kie­dyś pójść do Ba­na­cha, swo­je­go kum­pla i sze­fa Agen­cji Wy­wia­du, i po­pro­sić o in­ter­wen­cję. Ma­jąc do po­mo­cy paru tych ko­za­ków, co to cho­dzi­li za ge­ne­ra­łem krok w krok, zro­bił­by w tym kra­ju po­rzą­dek. Żad­ne tam ko­sme­tycz­ne zmia­ny. Lu­dziom od razu za­czę­ło­by się żyć przy­jem­nie.

Za­cznie od ad­wo­ka­ta by­łej żony. Za każ­dym ra­zem, gdy wi­dział tę gład­ką piz­dę w le­xu­sie, sa­mo­cho­dzie, któ­ry kosz­to­wał gru­bo po­nad pół bań­ki, miał ocho­tę na… Spo­koj­nie, Oska­rze, spo­koj­nie. Przyj­dzie dzień, w któ­rym wszyst­kie two­je krzyw­dy zo­sta­ną wy­rów­na­ne. Emil nie po­wi­nien od­mó­wić. W koń­cu bez nie­go cały ten cyrk prze­sta­nie się krę­cić.

Ode­tchnął głę­biej. Nie­po­trzeb­nie tak się de­ner­wu­je. Wstał zza biur­ka i zro­bił parę kro­ków, przy­glą­da­jąc się pa­no­ra­mie mia­sta. Jak się do­brze nad tym za­sta­no­wić, pew­ne spra­wy mógł­by za­ła­twić sam, nie­któ­re nu­me­ry za­strzec i spra­wić, żeby od­po­wied­ni im­puls do­tarł do na­trę­ta i usma­żył ob­wo­dy w jego smart­fo­nie. Do­bre! To samo z me­ce­na­sem Da­nie­lem Przy­goń­skim. Do­sta­nie taką mi­kro­falę, że mu zwie­ra­cze pusz­czą.

– Pa­nie dy­rek­to­rze…

Jak się na­zy­wał ten gno­jek, któ­ry pró­bo­wał go na­stra­szyć, mó­wiąc, że miesz­ka­nie nie na­le­ży do nie­go, tyl­ko do ban­ku, i że jak się spóź­ni z jesz­cze jed­ną ratą, to wy­lą­du­je na bru­ku? Ko­łek? Pło­tek? Tak! Ja­nusz Pło­tek. By­dlak, ja­kich mało. Nie po­trze­bu­je Ba­na­cha, by po­li­czyć się z ta­kim śmie­ciem. „Za­mie­nię two­je ży­cie w pie­kło, tak samo, jak ty zro­bi­łeś to z moim. Masz in­te­li­gent­ny sa­mo­chód? A dom pe­łen elek­tro­nicz­nych cu­de­niek? Już po to­bie. Zna­czysz mniej…”.

– Pa­nie dy­rek­to­rze…

Nie­chęt­nie się od­wró­cił.

– Pan Mi­cha­lak i pan Ja­nic­ki cze­ka­ją.

– Do­brze, pani Ma­rzen­ko, niech wej­dą. – My­śli o ze­mście Bo­rzęc­ki chwi­lo­wo od­su­nął na bok. Mogą po­cze­kać. Przed nim zwy­kły dzień ro­bo­czy. Zwy­kły i nie­zwy­kły, bo pro­ble­my, z ja­ki­mi się bo­ry­kał, były do­syć skom­pli­ko­wa­ne.

– Po­dać kawę?

– Tak, pro­szę.

– A może… – Se­kre­tar­ka za­wie­si­ła głos.

– Słu­cham, pani Ma­rzen­ko.

– Pan coś dzi­siaj jadł?

– Nie zdą­ży­łem.

– Jak tak moż­na? Ner­wo­wy pan się zro­bił i ja­kiś taki bla­dy… W ka­drach mi po­wie­dzie­li, że urlo­pu to pan nie brał od pię­ciu lat!

– Ta­kie cza­sy.

– Co tam cza­sy! Jesz­cze się pan zmar­nu­je.

Bo­rzęc­ki przyj­rzał się se­kre­tar­ce uważ­niej. Ci­sow­ska może nie była pierw­szej mło­do­ści, ale i z nie­go ża­den ado­nis.

– No do­brze, to na co mogę li­czyć?

– Za­raz coś zor­ga­ni­zu­ję. – Ko­bie­ta ucie­szy­ła się. – Jak pa­no­wie skoń­czą, wszyst­ko bę­dzie przy­go­to­wa­ne.

– Będę zo­bo­wią­za­ny.

– Pro­szę się nie przej­mo­wać i nie jeść tych cia­stek. To aku­rat nic do­bre­go.

Bo­rzęc­ki zer­k­nął na pu­deł­ko z her­bat­ni­ka­mi. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, od ich wi­do­ku do­sta­wał mdło­ści. Ja­kiś kon­kret­ny po­si­łek nie za­szko­dzi.

– To póź­niej, a te­raz, je­że­li moż­na…

– Już pro­szę.

Ci­sow­ska zni­kła, a na jej miej­scu po­ja­wi­li się Mi­cha­lak i Ja­nic­ki. Je­den z nich był do­cen­tem, dru­gi dok­to­rem, i to by­naj­mniej nie me­dy­cy­ny.

– Prze­pra­szam, że pa­no­wie cze­ka­li.

Do­cent Ma­rek Mi­cha­lak, bar­dziej śmia­ły, pod­szedł do prze­ło­żo­ne­go i uści­snął jego rękę. Ja­nic­ki po­śpie­szył za nim.

– Pro­szę. – Bo­rzęc­ki wska­zał sto­lik kon­fe­ren­cyj­ny. – Bar­dzo się cie­szę, że pa­nów wi­dzę. Mamy wie­le do prze­dys­ku­to­wa­nia. Szcze­gól­nie mar­twi mnie ten ostat­ni wy­pa­dek. O ile wiem, pan Mro­czek po­wo­li wra­ca do zdro­wia.

Mi­cha­lak z Ja­nic­kim spoj­rze­li po so­bie.

– Tak, pa­nie dy­rek­to­rze – od­rzekł ten dru­gi. – By­łem dzi­siaj u nie­go w szpi­ta­lu. Le­ka­rze mó­wią, że jego stan jest sta­bil­ny.

– Roz­ma­wia­li­ście?

– Or­dy­na­tor był prze­ciw­ny, ale ja­koś go prze­ko­na­łem.

– A sam Mro­czek jak za­pa­mię­tał wy­da­rze­nia?

– Pa­mię­ta, że wszedł do sali ano­ma­lii, hmm… To zna­czy…

– Wszy­scy wie­my, o co cho­dzi.

– …a póź­niej to już nic.

– A wcze­śniej?

– Wspo­mi­nał o szu­mie i stu­ka­niu. My­ślał, że ktoś robi so­bie z nie­go żar­ty…

Bo­rzęc­ki z roz­tar­gnie­niem po­dra­pał się po gło­wie. Sala ano­ma­lii. To tam prze­pro­wa­dza­li eks­pe­ry­men­ty z mini czar­ną dziu­rą. Mie­li na­dzie­ję, że na­stą­pi prze­łom… Ja­koś uda­ło się za­pa­no­wać nad eks­pe­ry­men­tem, ale wkrót­ce wszyst­ko za­czę­ło się pie­przyć. Lu­dzie ga­da­li… Wła­śnie – ga­da­li. Na­tu­ry zja­wi­ska, któ­re spra­wi­ło, że Fi­lip Mro­czek zo­stał unie­sio­ny w po­wie­trze i – co tu kryć – od­pły­nął, nie uda­ło się wy­ja­śnić do tej pory. Wieść o tym, co za­szło, lo­tem bły­ska­wi­cy obie­gła in­sty­tut. Po­gło­ski, już wcze­śniej ocie­ra­ją­ce się o fan­ta­sty­kę, po wy­pad­ku Mrocz­ka jesz­cze bar­dziej przy­bra­ły na sile. Tego, co się sta­ło, z pew­no­ścią nie moż­na było zlek­ce­wa­żyć. Je­że­li on, dy­rek­tor In­sty­tu­tu Wy­so­kich Tech­no­lo­gii Oskar Bo­rzęc­ki, cze­goś z tym nie zro­bi, stra­ci sza­cu­nek wszyst­kich. Kto wów­czas bę­dzie chciał pra­co­wać z ta­kim nie­udacz­ni­kiem jak on? Nikt.

Stąd dzi­siej­sze spo­tka­nie.

Bo­rzęc­ki spoj­rzał na sto­ją­cych przed nim roz­mów­ców. Mi­cha­lak zaj­mo­wał się astro­fi­zy­ką, Ja­nic­ki, jak twier­dził, chciał po­znać na­tu­rę wszech­świa­ta. Pro­szę bar­dzo – niech po­zna­je! Jest pole do po­pi­su. To, co tu­taj wy­pra­wia, prze­kra­cza wszel­kie gra­ni­ce.

– Od cze­go chce­cie za­cząć?

– Parę stan­dar­do­wych ba­dań – enig­ma­tycz­nie od­po­wie­dział do­cent.

– A je­że­li te nic nie wy­ka­żą?

– Pa­nie dy­rek­to­rze, nie siej­my pa­ni­ki. Ro­zu­miem, że mamy tu­taj do czy­nie­nia ze zja­wi­skiem, któ­re­go na­tu­ry nie zna­my. Mam parę po­dej­rzeń, ale to wszyst­ko. A tak przy oka­zji, chciał­bym za­py­tać, jak bę­dzie z fi­nan­so­wa­niem na­sze­go głów­ne­go pro­jek­tu?

– Mówi pan o Oce­anie?

– Tak.

– Nic nie zo­sta­ło jesz­cze prze­są­dzo­ne. Roz­mo­wy i kon­sul­ta­cje trwa­ją.

Na M/S Oce­an, tan­ko­wiec pły­wa­ją­cy pod ban­de­rą Li­be­rii, jak na ra­zie wy­asy­gno­wa­no środ­ki tak, że stał się w koń­cu wła­sno­ścią pol­skie­go ar­ma­to­ra. Jed­nost­ka za­ko­twi­czy­ła na re­dzie Świ­no­uj­ścia, cze­ka­jąc, aż za­pad­ną ko­lej­ne de­cy­zje. Prze­ro­bie­nie pół­ki­lo­me­tro­we­go tan­ke­ra na pły­wa­ją­ce la­bo­ra­to­rium, jak to wy­my­ślił Bo­rzęc­ki, wy­ma­ga­ło środ­ków, i to ko­lo­sal­nych. Mi­liard to nic. Jak już wszyst­ko zo­sta­nie ukoń­czo­ne, ca­łość za­mknie się w kwo­cie, jaka przy­słu­gi­wa­ła szkol­nic­twu na rok albo i wię­cej. Było ja­sne, że rząd nie wyda ta­kich pie­nię­dzy. Spon­so­rów na­le­ża­ło szu­kać gdzie in­dziej.

Ale czy nie ma w Pol­sce firm wy­pra­co­wu­ją­cych duże zy­ski? Wy­star­czy po­ga­dać z ich pre­ze­sa­mi! Więk­szość z nich po­tra­fi lo­gicz­nie my­śleć. Sło­wo tu, sło­wo tam i ja­koś to bę­dzie. Oskar był pe­wien, że znaj­dzie parę osób, któ­re mają wo­bec nie­go dług wdzięcz­no­ści. Taki Ba­nach! Pierw­szy przy­kład z brze­gu. W trak­cie ostat­nie­go kry­zy­su bez po­mo­cy Bo­rzęc­kie­go z pew­no­ścią by so­bie nie po­ra­dził. Tak na­praw­dę to on ura­to­wał kraj przed sto­cze­niem się w ot­chłań. W na­gro­dę do­stał od pre­zy­den­ta zło­ty ze­ga­rek i me­dal Orła Bia­łe­go. Świet­nie, za­wie­si go so­bie w ka­ju­cie nad biur­kiem… Jed­nak za­miast bły­sko­tek wo­lał­by bar­dziej przy­ziem­ne do­wo­dy wdzięcz­no­ści. Jak to mó­wią, ła­ska pań­ska na pstrym ko­niu jeź­dzi, a jego usłu­gi są dro­gie, więc niech le­piej prze­sta­ną uda­wać, że spra­wa zo­sta­ła za­mknię­ta.

– Z mo­jej stro­ny proś­ba jest taka. Pro­szę za­cho­wać da­le­ko idą­cą dys­kre­cję.

– Ależ to oczy­wi­ste. – Ja­nic­ki nie­spo­koj­nie po­ru­szył się na krze­śle.

– Pa­no­wie wie­dzą, jak nasi pra­cow­ni­cy re­agu­ją na plot­ki, i choć pan Mro­czek, jak się wy­da­je, wy­szedł z opre­sji cało, to za­ufa­nie do kie­row­nic­twa zo­sta­ło pod­wa­żo­ne.

– W świe­tle ostat­nich wy­da­rzeń…

– Pro­szę nie my­dlić mi oczu. Ja wiem, że w kra­ju nie dzie­je się naj­le­piej, ale to nie zna­czy, że my mamy wy­mów­kę. Niech każ­dy robi to, co do nie­go na­le­ży.

– Cho­dzą słu­chy, że mamy zo­stać pla­ców­ką zmi­li­ta­ry­zo­wa­ną – nie­spo­dzie­wa­nie wy­pa­lił Mi­cha­lak.

– Kto to panu po­wie­dział?

– Pa­nie dy­rek­to­rze, czy ja je­stem dziec­kiem? Prze­cież wiem, że na­sze ba­da­nia sta­no­wią pod­sta­wę dla przy­szłych tech­no­lo­gii, któ­re znaj­dą za­sto­so­wa­nie w si­łach zbroj­nych.

– Znaj­dą albo i nie znaj­dą.

– Ge­ne­rał Ba­nach wie już o ko­rzy­ściach, ja­kie od­nie­sie­my, po­kry­wa­jąc na­sze my­śliw­ce nową po­wło­ką an­ty­ra­da­ro­wą. F-16 bę­dzie miał ta­kie samo od­bi­cie jak F-22.

– To nie jest spra­wa dla ge­ne­ra­ła Ba­na­cha, ale dla do­wódz­twa wojsk lot­ni­czych!

– Wszyst­ko, co po­wie Ba­nach, zro­bią i tam­ci. Czy ja nie mam ra­cji?

– Pa­nie Mi­cha­lak, co nowa tech­no­lo­gia ma wspól­ne­go z wy­wia­dem?

– Od­no­szę wra­że­nie, zresz­tą nie tyl­ko ja, że na­szą pra­cą in­te­re­su­ją się wła­śnie oni. Nie­wie­lu na­szych ofi­ce­rów tu­taj go­ści, a ge­ne­rał Ba­nach bywa tu re­gu­lar­nie. In­te­re­su­je się tym, co ro­bi­my, a jego ofi­ce­ro­wie nas chro­nią.

– Do cze­go pan zmie­rza?

– Sko­ro je­ste­śmy pla­ców­ką po­wią­za­ną z or­ga­na­mi bez­pie­czeń­stwa, to i za­gro­że­nia są pew­nie duże.

– Ale…

– Pro­szę po­zwo­lić mi skoń­czyć. – Mi­cha­lak nie lu­bił, jak mu prze­ry­wa­no. Do­ty­czy­ło to rów­nież oso­by dy­rek­to­ra. – My tu mó­wi­my o spra­wie Mrocz­ka jak o wy­pad­ku, a może jego na­tu­ra ma zu­peł­nie inną przy­czy­nę?

– Jaką?

– Je­że­li to nie wy­pa­dek, a… No nie wiem, pró­ba za­ma­chu?

Oskar sze­rzej otwo­rzył oczy – o tym nie po­my­ślał. Ale je­śli spoj­rzeć na wy­da­rze­nia z in­nej stro­ny, rze­czy­wi­ście coś w tym mo­gło być. Nie­uda­ny sa­bo­taż, daj­my na to, albo ostrze­że­nie: nie idź­cie da­lej tą dro­gą, bo kon­se­kwen­cje mogą być strasz­ne! Na ra­zie ofia­rą był je­den czło­wiek, ale co bę­dzie da­lej? W tym wy­pad­ku od­po­wie­dzial­no­ści nie zrzu­ci na Mi­cha­la­ka i Ja­nic­kie­go. Sam musi o wszyst­ko za­dbać. I le­piej bę­dzie, je­śli z pro­ble­ma­mi upo­ra się jak naj­szyb­ciej.

***

Krzysz­tof Kusz, czter­dzie­sto­pię­cio­let­ni kie­row­ca osiem­na­sto­ko­ło­we­go truc­ka, od po­nad dwóch go­dzin od­czu­wał po­waż­ną nie­dy­spo­zy­cję. Od co naj­mniej go­dzi­ny w ka­bi­nie roz­le­ga­ły się do­no­śne bek­nię­cia i pierd­nię­cia, któ­rych w ża­den spo­sób nie po­tra­fił stłu­mić. Wie­dział, że jak spró­bu­je, bę­dzie jesz­cze go­rzej. Bar­dzo ża­ło­wał, że nie ma ze sobą żad­ne­go ze środ­ków tak re­kla­mo­wa­nych ostat­nio w te­le­wi­zji – bie­rzesz jed­ną pa­styl­kę i po kło­po­cie, a tak męcz się, czło­wie­ku, do­pó­ki nie do­je­dziesz do celu po­dró­ży.

Kusz do­sko­na­le wie­dział, w czym pro­blem. Nie­po­trzeb­nie na ostat­nim po­sto­ju zjadł ke­bab od tu­rec­kie­go sprze­daw­cy. Nie po­wi­nien tego ro­bić. Aśka ostrze­ga­ła go nie raz. Mło­dzie­niasz­kiem już nie był, or­ga­nizm miał swo­je ogra­ni­cze­nia, to te­raz kie­row­ca miał za swo­je.

Ko­lej­ny raz Ku­szo­wi nie­przy­jem­nie się od­bi­ło. Co ten skur­wiel wpa­ko­wał do środ­ka? Trut­kę na szczu­ry? A może to wina so­sów? Nie po­wi­nien brać tego pi­kant­ne­go. Po ostrych przy­pra­wach za­wsze miał zga­gę.

Po­peł­nił błąd. Zresz­tą, nie pierw­szy raz w ży­ciu. Na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie miał tyl­ko to, że był bar­dzo głod­ny. Cią­gnę­li z Kra­ko­wa już dwu­dzie­stą go­dzi­nę. Trzy cią­gni­ki z na­cze­pa­mi, jed­na fur­go­net­ka ochro­ny z tyłu i SUV z przo­du. Wie­dział na­wet, co wio­zą; to nie była ja­kaś szcze­gól­na ta­jem­ni­ca: po­ci­ski mo­rze – mo­rze, któ­rych Po­la­cy mie­li w nad­mia­rze, a Ru­mu­ni po­trze­bo­wa­li ich na wczo­raj. Stąd i wy­pra­wa na tra­sie Kra­ków – Kon­stan­ca nad Mo­rzem Czar­nym. Tam ła­du­nek przej­mą ofi­ce­ro­wie ru­muń­skiej ma­ry­nar­ki wo­jen­nej. Co z nim zro­bią, to już ich spra­wa. Ist­nia­ła moż­li­wość, że co naj­mniej kil­ka wy­strze­lą w stro­nę tu­rec­kich jed­no­stek pa­tro­lo­wych kon­tro­lu­ją­cych akwen cał­kiem nie­da­le­ko od wy­brze­ża Ru­mu­nii.

Szko­da, że skrzyń nie wy­sła­no sa­mo­lo­ta­mi lub ko­le­ją, tyl­ko trans­por­tem ko­ło­wym, i to pry­wat­nej fir­my lo­gi­stycz­nej. Co praw­da, z ar­mią współ­pra­co­wa­li nie raz, ale Kusz czuł się nie­swój, ma­jąc za ple­ca­mi set­ki ki­lo­gra­mów ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych. Kie­row­nik coś tam tłu­ma­czył. Ofi­cjal­nie Pol­ska nie mia­ła ze sprze­da­żą nic wspól­ne­go. Po­ci­ski zo­sta­ły prze­ka­za­ne spół­ce han­dlu­ją­cej nad­wyż­ka­mi uzbro­je­nia. Bu­ka­reszt prze­bił ofer­tę in­nych za­in­te­re­so­wa­nych i tak wszedł w ich po­sia­da­nie. Kie­dy Kusz usły­szał to na­cią­ga­ne tłu­ma­cze­nie, za­chcia­ło mu się śmiać. Aku­rat! Same przy­pad­ki i do­bra wola za­in­te­re­so­wa­nych… Ta­kie bred­nie to w ga­ze­tach mo­gli wy­pi­sy­wać. To było zle­ce­nie rzą­do­we i od­bior­ca też był rzą­do­wy. Je­że­li się my­lił, to ochro­nia­rze byli po­bo­ro­wy­mi, a nie sta­ry­mi wy­ga­mi. Wy­star­czy­ło na nich spoj­rzeć – ośmiu fa­ce­tów o za­ka­za­nych ry­jach; nie chciał­by ich spo­tkać w ciem­nej ulicz­ce. Wszy­scy uzbro­je­ni w broń au­to­ma­tycz­ną. Każ­de­go, kto tyl­ko się zbli­żył, od­pę­dza­li na­tych­miast i bez zbęd­nych ce­re­gie­li. Po­la­cy i Ame­ry­ka­nie. Ga­da­li spe­cy­ficz­nym slan­giem, któ­re­go ni w ząb nie po­tra­fił zro­zu­mieć. Kij im w oko. Do Kon­stan­cy po­zo­stał ka­wa­łek, naj­wy­żej kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów.

Na­głe wzdę­cie spra­wi­ło, że moc­niej chwy­cił się kie­row­ni­cy. Ja­sna cho­le­ra, chy­ba nie da rady i bę­dzie mu­siał sko­czyć na stro­nę. Tyl­ko czy jest tu ja­kiś par­king? Po krza­kach cho­wać się nie bę­dzie.

Prze­szło. Ufff. Z ta­kim po­sto­jem za­wsze jest kło­pot. Mu­siał­by dać znać do­wód­cy kon­wo­ju, że pro­si o prze­rwę, ten za­czął­by do­py­ty­wać, o co cho­dzi, kum­ple by się śmia­li. Miał­by prze­sra­ne – do­słow­nie i w prze­no­śni. Ale lep­sze to niż jaz­da w za­faj­da­nych spodniach.

Ko­lej­ny skurcz prze­biegł przez je­li­ta kie­row­cy. Do­brze, że po­moc­ni­ka wy­gnał już wcze­śniej. Wal­dek to do­pie­ro miał­by uży­wa­nie! A swo­ją dro­gą, już ni­g­dy wię­cej nie weź­mie tego pa­skudz­twa do ust. Niech szlag tra­fi tych wszyst­kich ara­bu­sów, ra­zem z ich żar­ciem. Na­mno­ży­ło się tego dzia­do­stwa w Eu­ro­pie co nie­mia­ra. Na uli­cy to już co dru­gi zer­kał na nie­go nie­spo­koj­nym okiem. Jak tyl­ko któ­ryś tknie Aśkę, to ta­kie­mu nogi z dupy po­wy­ry­wa. W Pol­sce to jesz­cze nic, ale jak tyl­ko prze­kro­czy­li gra­ni­cę ze Sło­wa­cją w Łom­ni­cy-Zdro­ju, to wi­dział ich już całe ty­sią­ce. Do­pie­ro na po­sto­ju pod Ko­szy­ca­mi do­wie­dział się, że to Cy­ga­nie, a nie mu­zuł­ma­nie, i że Sło­wa­cja ma z nimi spo­ry pro­blem.

Spo­ry – to de­li­kat­nie po­wie­dzia­ne. Sły­szał, że do 2050 roku bę­dzie ich wię­cej niż rdzen­nych miesz­kań­ców. My­ślał, że ko­le­dzy ro­bią go w ko­nia, ale nie, tak było w isto­cie. Sło­wa­cy pra­wie się nie roz­mna­ża­li, a Cy­ga­nie jak naj­bar­dziej. Sta­ty­stycz­na sło­wac­ka ro­dzi­na mia­ła jed­no dziec­ko, rom­ska – od dzie­się­ciu w górę. De­mo­gra­fia. Po­dob­no przed­mie­ścia wszyst­kich du­żych i mniej­szych miast już przy­po­mi­na­ją slum­sy. Na wsi to samo. Cy­ga­nów pra­co­wa­ło nie­wie­lu, żyli głów­nie z za­sił­ków. Ja­kie pań­stwo wy­trzy­ma to, że z każ­dym ro­kiem za­sił­ko­wi­czów jest co­raz wię­cej? Sło­wa­cy prze­pad­ną i nie­po­trzeb­na była tu woj­na.

Na do­bra, Sło­wa­cy Sło­wa­ka­mi, Cy­ga­nie Cy­ga­na­mi, a jemu chcia­ło się jak naj­szyb­ciej do ki­bel­ka. Się­gnął do CB-ra­dia, gdy z le­wej stro­ny wy­ło­ni­ła się fur­go­net­ka volks­wa­ge­na T5. Ku­sza mało to ob­cho­dzi­ło, miał waż­niej­sze spra­wy na gło­wie. Bor­do­wy bo­lid tyl­ko śmi­gnął i zrów­nał się z wo­zem ochro­ny. Po­lak wi­dział to do­kład­nie, bo jego cią­gnik po­ru­szał się za­raz za SUV-em. Z jed­ną ręką na kie­row­ni­cy, a dru­gą trzy­ma­ją­cą mi­kro­fon, ob­ser­wo­wał, co się dzie­je. Tu nie było za dużo miej­sca na taką jaz­dę. Za­raz z na­prze­ciw­ka po­ja­wią się sa­mo­cho­dy i volks­wa­gen bę­dzie zmu­szo­ny zje­chać na pra­wy pas. A ten de­bil co zro­bi? Bę­dzie ska­kać? Idio­ta!

Kusz po­pra­wił bejs­bo­lów­kę na gło­wie. Kształt Ka­łasz­ni­ko­wa roz­po­znał od razu, gdy bocz­ne prze­su­wa­ne drzwi od­su­nę­ły się na bok. Lu­dzie, któ­rzy sie­dzie­li w T5, a było ich co naj­mniej czte­rech, otwo­rzy­li sko­or­dy­no­wa­ny ogień, pa­ku­jąc w sa­mo­chód ochro­ny la­wi­nę oło­wiu. Jako pierw­szy zgi­nął kie­row­ca SUV-a. Hon­da CR-V od­bi­ła naj­pierw w lewo, po­tem w pra­wo, zjeż­dża­jąc na po­bo­cze. Nie je­cha­li szyb­ko, tro­chę po­wy­żej 60 km/h, ale i tak wóz wpadł w po­ślizg i za­czął ko­zioł­ko­wać.

W pierw­szej se­kun­dzie Kusz zdrę­twiał, lecz szyb­ko od­rzu­cił mi­kro­fon i chwy­cił za drą­żek zmia­ny bie­gów. Nie może się za­trzy­mać. Tym ban­dy­tom wła­śnie o to cho­dzi­ło. Je­śli za­trzy­ma sa­mo­chód, bę­dzie po nim. Roz­pacz­li­wie pró­bo­wał przy­śpie­szyć, ale ma­newr szedł opor­nie. Cią­gnik z ła­dun­kiem to nie oso­bów­ka i roz­pę­du na­bie­ra po­wo­li.

Volks­wa­gen wciąż trzy­mał się przed nim. Szko­da. Gdy­by był parę me­trów bli­żej, mógł­by spró­bo­wać sta­ra­no­wać by­dla­ków, a tak po­zo­sta­ła tyl­ko mo­dli­twa.

– O w mor­dę, co oni ro­bią? – Kusz po­czuł prze­ra­że­nie, wi­dząc, że je­den z au­to­ma­tów jest skie­ro­wa­ny w jego szo­fer­kę. W ta­kiej sy­tu­acji nie­wie­le rze­czy moż­na zro­bić. Nie mógł się scho­wać, bo nie było gdzie. Szo­sa wio­dła pro­sto, nie było szan­sy ni­g­dzie zje­chać, nie mógł też się za­trzy­mać. – Kur­wa, co ro­bić? – za­klął gło­śno.

Ciąg my­śli Ku­sza zo­stał prze­rwa­ny, gdy se­ria z Ka­łasz­ni­ko­wa roz­trza­ska­ła przed­nią szy­bę sa­mo­cho­du, któ­ry pro­wa­dził. Choć sam nie zo­stał dra­śnię­ty, spa­ni­ko­wał i za­czął krę­cić kie­row­ni­cą, pró­bu­jąc wy­je­chać z li­nii ognia. Truck wje­chał na po­bo­cze, ta­ra­nu­jąc drzew­ka i krze­wy ro­sną­ce tuż przy szo­sie. Na ko­lej­ne mi­nu­ty ak­cji w tym ka­lej­do­sko­pie na­stę­pu­ją­cych po so­bie wy­da­rzeń Kusz miał wpływ tyl­ko w nie­wiel­kim stop­niu. W pierw­szym od­ru­chu pró­bo­wał za­sło­nić twarz przed odłam­ka­mi szkła fru­wa­ją­cy­mi w po­wie­trzu. Te su­kin­sy­ny wciąż do nie­go strze­la­ły. Mimo ry­czą­ce­go sil­ni­ka wy­raź­nie sły­szał ka­no­na­dę.

Cią­gnik pod­sko­czył na ja­kiejś nie­rów­no­ści, a on pod­sko­czył na sie­dze­niu tak wy­so­ko, że nie­mal do­tknął gło­wą su­fi­tu szo­fer­ki. Opadł na fo­tel z głu­chym ję­kiem. Gła­zu, któ­ry zna­lazł pod ko­ła­mi cię­ża­rów­ki, nie mógł doj­rzeć w ża­den spo­sób. Siła ude­rze­nia była ogrom­na i gdy­by nie pasy, z pew­no­ścią wy­le­ciał­by przez przed­nią szy­bę wprost na su­chą jak be­ton ru­muń­ską zie­mię. Wóz prze­chy­lił się i z hu­kiem prze­wró­cił na bok. Ko­niec jaz­dy. Kusz żył, był świa­do­my, ale to mo­gło się zmie­nić w każ­dym mo­men­cie. Le­żał te­raz w ja­kieś dziw­nej po­zy­cji, pró­bu­jąc się oswo­bo­dzić z przy­trzy­mu­ją­cych go pa­sów. Jego cia­ło do­sta­ło taką daw­kę ad­re­na­li­ny, że do­tych­cza­so­we do­le­gli­wo­ści mi­nę­ły, jak ręką od­jął. Bo­la­ły go że­bra, ale to już zu­peł­nie z in­nej przy­czy­ny. Chrząk­nął i wy­pluł na dłoń zmie­sza­ną ze śli­ną krew. Kur­wa, jest go­rzej, niż my­ślał.

Gdzieś z tyłu do­bie­ga­ły do jego uszu po­je­dyn­cze strza­ły i całe se­rie z bro­ni ma­szy­no­wej. Tam trwa­ła ma­sa­kra. Wie­dział, że je­śli nie wy­do­sta­nie się stąd jak naj­szyb­ciej, skoń­czy jak resz­ta.

– No da­lej, ru­szaj się! – po­na­glał sam sie­bie.

W po­bli­żu usły­szał gło­sy. Po­li­glo­tą ni­g­dy nie był. An­giel­ski czy nie­miec­ki miał opa­no­wa­ny tyl­ko na tyle, by za­py­tać o dro­gę czy ku­pić bi­let na me­tro. Fran­cu­skie­go czy hisz­pań­skie­go nie znał ni w ząb. Ci tu­taj zwra­ca­li się do sie­bie ja­ki­miś chra­pli­wy­mi dźwię­ka­mi, nie­przy­po­mi­na­ją­cy­mi Ku­szo­wi ni­cze­go, co sły­szał do tej pory.

Przez otwo­ry po ku­lach w szy­bie zo­ba­czył czy­jeś nogi w wor­ko­wa­tych spodniach i so­lid­nych tra­pe­rach. Wie­dział, co się te­raz sta­nie.

Przy­szli po nie­go. To ko­niec. Już nie zo­ba­czy Aśki i dzie­cia­ków. A mia­ło być, kur­wa, tak pięk­nie!

W jed­nym z otwo­rów po­ja­wi­ła się za­ma­sko­wa­na twarz, a chwi­lę póź­niej lufa pi­sto­le­tu. Padł strzał i Kusz do­stał w ra­mię. Bo­la­ło jak cho­le­ra. Ko­lej­ne po­ci­ski po­dziu­ra­wi­ły jego cia­ło jak sito, ale on już ni­cze­go nie czuł, bo po pierw­szym strza­le stra­cił przy­tom­ność.

Po­dob­nie dzia­ło się wszę­dzie tam, gdzie za­trzy­ma­ły się cią­gni­ki i po­jaz­dy ochro­ny. Roz­kaz dla za­bój­ców był wy­raź­ny – nie mógł prze­żyć nikt. A sko­ro tak, po­le­ce­nie na­le­ża­ło wy­ko­nać.

***

Ge­ne­rał Emil Ba­nach brał na swo­ją gło­wę wię­cej obo­wiąz­ków niż inni.

Je­że­li nie on, to kto?

Naj­le­piej orien­to­wał się we wszyst­kich po­wią­za­niach, ukła­dach i za­leż­no­ściach, wszak na­le­ża­ło to do jego obo­wiąz­ków. Jako szef Agen­cji Wy­wia­du Woj­sko­we­go czu­wał nad bez­pie­czeń­stwem pań­stwa i oby­wa­te­li. Tak mó­wi­ły re­gu­la­min, teo­ria i ho­nor żoł­nie­rza. W prak­ty­ce róż­nie z tym by­wa­ło. Nie raz na­gi­nał pra­wo w celu uzy­ska­nia do­raź­nych ko­rzy­ści. Tu sen­ty­men­ty na­le­ża­ło od­su­nąć na bok. Nie był z tego dum­ny, po pro­stu do­brze wy­ko­ny­wał swo­ją ro­bo­tę. Tak twier­dzi­li na­wet jego naj­za­ja­dlej­si prze­ciw­ni­cy. Nie bę­dzie bie­gał z każ­dą spra­wą do pro­ku­ra­tu­ry, pro­sząc o zgo­dę na za­in­sta­lo­wa­nie pod­słu­chu czy przej­rze­nie czy­je­goś kon­ta ban­ko­we­go. Od tego, by wro­go­wie nie do­my­śli­li się, że do­bie­ra im się do tył­ka, miał wła­snych spe­ców, ha­ke­rów, eks­per­tów od in­wi­gi­la­cji, a jak było trze­ba – to i od mo­krej ro­bo­ty. Tak, wła­śnie od mo­krej ro­bo­ty. Je­że­li ja­kie­muś fra­je­ro­wi wy­da­wa­ło się, że ist­nie­je tyl­ko po to, aby zbie­rać in­for­ma­cje, to był w gru­bym błę­dzie. Bez­pie­czeń­stwo pań­stwa to coś wię­cej. Na nie­wi­dzial­nym fron­cie sła­bość ozna­cza śmierć.

I żeby wszyst­ko do koń­ca było ja­sne – nie mia­ło zna­cze­nia, kim by­łeś: oby­wa­te­lem pol­skim, któ­ry zbłą­dził, czy też agen­tem wro­gie­go pań­stwa. Dzia­łasz na na­szym po­dwór­ku, więc mu­sisz li­czyć się z kon­se­kwen­cja­mi, rów­nież tymi naj­po­waż­niej­szy­mi. W cią­gu ostat­nich lat za kra­ty lub do pia­chu tra­fi­ło wię­cej wro­gów i zdraj­ców niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Ba­nach nie raz za­sta­na­wiał się, czy w swo­ich dzia­ła­niach nie jest zbyt su­ro­wy, i za każ­dym ra­zem wnio­sek był taki sam. Je­śli od­pu­ści, bę­dzie po nich. Pol­ska i so­jusz­ni­cze kra­je Mię­dzy­mo­rza zo­sta­ną roz­szar­pa­ne przez są­sia­dów szyb­ciej, niż się to ko­mu­kol­wiek przy­śni­ło.

Od cza­sów, kie­dy byli pań­stwem po­gar­dza­nym w środ­ko­wej Eu­ro­pie, wie­le się zmie­ni­ło. Po la­tach sta­li się śmier­tel­nym wro­giem dla wie­lu, któ­rym wy­da­wa­ło się, że po upad­ku USA na­sta­nie na świe­cie nowy ład.

I na­stał.

Ale nie taki, ja­kie­go się spo­dzie­wa­no. We wcze­śniej­szych ukła­dan­kach nikt nie trak­to­wał Pol­ski po­waż­nie, co naj­czę­ściej spro­wa­dza­ło się do do­brej rady – le­piej siedź­cie ci­cho, bo je­śli nie, to się do­igra­cie.

Na­praw­dę, nie chciał na­ra­żać kra­ju na nie­bez­pie­czeń­stwo. Wie­dział, że le­piej żyć z in­ny­mi w zgo­dzie, a że zo­sta­li mo­car­stwem – wy­szło tak, jak wy­szło. W cza­sie ko­lej­ne­go za­krę­tu hi­sto­rii po­ja­wi­ły się oka­zje, o któ­rych wcze­śniej nikt nie od­wa­żył się na­wet po­my­śleć. Jed­ni słab­ną, dru­dzy idą w górę. Tak było i w ich przy­pad­ku. Po­wstał twór, któ­re­go jed­ni się bali, dru­dzy wy­szy­dza­li, ale nikt nie mógł po­wie­dzieć, że moż­na się z nim nie li­czyć.

Choć było już parę mi­nut po sie­dem­na­stej i w wie­lu biu­rach dzień urzę­do­wa­nia skoń­czył się go­dzi­nę wcze­śniej, dla Ba­na­cha trwał on w naj­lep­sze. W domu ge­ne­rał nie zja­wi się przed dwu­dzie­stą dru­gą, wró­ci pew­nie dużo póź­niej. Ktoś mu­siał trzy­mać rękę na pul­sie. Ba­nach peł­nił w koń­cu służ­bę, a nie od­bęb­niał parę go­dzin na pań­stwo­wej po­sa­dzie.

Wła­śnie chciał się ru­szyć i zejść do bu­fe­tu, by coś prze­trą­cić przed ko­lej­ny­mi spo­tka­nia­mi, gdy w ga­bi­ne­cie zja­wił się je­den z za­stęp­ców – puł­kow­nik Sta­ni­sław Osmec­ki. Po mi­nie ofi­ce­ra wi­dać było, że nie jest do­brze.

Ge­ne­rał opadł na fo­tel i splótł pal­ce na brzu­chu. Co tym ra­zem? Nie­szczę­ście o cha­rak­te­rze na­tu­ral­nym czy ta­kie spo­wo­do­wa­ne przez bliź­nie­go?

– Pa­nie ge­ne­ra­le…

– Do­bra, Sta­siu, mów, o co cho­dzi.

Osmec­ki przy­bli­żył się i po­dał prze­ło­żo­ne­mu de­pe­szę, któ­ra przy­szła przed chwi­lą.

Ba­nach się­gnął po oku­la­ry. Ostat­nio wzrok mu się po­gor­szył. Może trze­ba po­ga­dać z Bo­rzęc­kim? Ten na pew­no znaj­dzie roz­wią­za­nie pro­ble­mu. Ostat­nio wspo­mi­nał o ja­kichś cu­dow­nych so­czew­kach. Do­bry z Bo­rzęc­kie­go chłop, ale co­kol­wiek ma­rud­ny. Wciąż glę­dził o tym tan­kow­cu jak na­krę­co­ny. Na­pa­lił się na nie­go jak na mło­dą ci… No, mniej­sza z tym. Do­sta­nie to, cze­go chce, ale jesz­cze nie te­raz. Musi po­cze­kać do przy­szłe­go roku bu­dże­to­we­go. Może to i le­piej, że więk­szość eks­pe­ry­men­tów bę­dzie prze­pro­wa­dza­na z da­le­ka od miejsc za­miesz­ka­łych. Za któ­rymś ra­zem mogą nie mieć tyle szczę­ścia co ostat­nio i War­sza­wa znik­nie z po­wierzch­ni zie­mi, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie kra­ter o śred­ni­cy pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów…

Ależ go wów­czas Bo­rzęc­ki wku­rzył! Czy on ro­zu­mu nie ma? Jak moż­na igrać z ży­ciem tylu lu­dzi?

W koń­cu wzrok ge­ne­ra­ła padł na de­pe­szę przy­nie­sio­ną przez ad­iu­tan­ta. Już w po­ło­wie czy­ta­nia wie­dział, że są w przeded­niu no­we­go kry­zy­su, nie znał tyl­ko ska­li za­gro­że­nia.

Do zda­rze­nia do­szło po­mię­dzy pięt­na­stą a szes­na­stą. Na miej­scu trwa­ła ak­cja ra­tun­ko­wa, a ru­muń­ska po­li­cja pod­ję­ła wszel­kie dzia­ła­nia ma­ją­ce do­pro­wa­dzić do schwy­ta­nia spraw­ców.

– Do­brze, Sta­siu, przy­po­mnij mi w paru sło­wach, o co cho­dzi.

– Mamy taką fir­mę, pa­nie ge­ne­ra­le. Na­zy­wa się De­fen­ce Gro­upe i ma sie­dzi­bę w Byd­gosz­czy. Kie­ru­je nią Wi­told So­kól­ski. To nasz czło­wiek, je­że­li mogę tak rzec. Wcze­śniej pra­co­wał w de­le­ga­tu­rze go­rzow­skiej. W służ­bie się nie wy­bił, ale miał nosa do in­te­re­sów. Z po­my­słem stwo­rze­nia fir­my po­szedł do pana po­przed­ni­ka. – Osmec­ki zer­k­nął na ge­ne­ra­ła, ale ten za­cho­wał olim­pij­ski spo­kój. – Miał kon­tak­ty, nie za dużo, ale na po­czą­tek wy­star­cza­ją­co. Han­dlo­wał bro­nią my­śliw­ską i spor­to­wą. Ścią­gał ją z Czech i Ukra­iny i roz­pro­wa­dzał na na­szym ryn­ku. Póź­niej za­ła­pał się na więk­szy kon­trakt, pięć­dzie­siąt BMP-1 po­szło do Su­da­nu, i chwa­ła mu za to. Ina­czej mu­sie­li­by­śmy po­nieść kosz­ty zło­mo­wa­nia, a tak Agen­cji Mie­nia Woj­sko­we­go wpa­dło tro­chę gro­sza. Praw­dzi­we in­te­re­sy za­czął krę­cić, kie­dy wy­lą­do­wa­li u nas jan­ke­si.

– Mo­żesz przejść do szcze­gó­łów? – po­na­glił puł­kow­ni­ka Ba­nach.

– Do za­rzą­du wsa­dzi­li­śmy na wszel­ki wy­pa­dek na­szą wtycz­kę, gdy­by przy­pad­kiem So­kól­skie­mu za­chcia­ło się do­ro­bić na boku. Ofi­cjal­nie są czy­ści. Pro­wa­dzą biz­nes za na­szą zgo­dą i tak, jak chce­my. Ru­mu­nom za to za­le­ża­ło na tych no­wych Har­po­onach. Ich proś­ba była tej na­tu­ry, że nie mo­gli­śmy od­mó­wić. Zresz­tą, im są bar­dziej po­trzeb­ne niż nam. Nie­wy­klu­czo­ne, że do­sta­ną nisz­czy­cie­la i trzy fre­ga­ty, żeby przy­trzy­mać Tur­ków za gar­dło.

– Tyl­ko ich?

– Ja wiem, pa­nie ge­ne­ra­le, że tam jesz­cze pły­wa flo­ta kil­ku in­nych państw, ale li­czą się tyl­ko ma­ry­nar­ki Tur­cji i Ro­sji. Resz­ta może co naj­wy­żej po­ma­rzyć o no­wych jed­nost­kach.

– Do rze­czy, Sta­siu, ostat­nio zro­bi­łeś się strasz­nym ga­du­łą.

Osmec­ki wes­tchnął. Z tym sta­rym pier­do­łą co­raz trud­niej było wy­trzy­mać.

– Z kon­trak­tem uwi­nę­li­śmy się w parę dni. To­war po­szedł do De­fen­ce Gro­upe, a oni za­ła­do­wa­li cię­ża­rów­ki, i jaz­da.

– Ochro­na?

– Też na­sza. Spraw­dze­ni lu­dzie.

– Pro­fe­sjo­na­li­ści, a dali się za­sko­czyć.

– Cza­sa­mi tak bywa. – Puł­kow­nik roz­ło­żył ręce. – Z pierw­szych usta­leń wy­ni­ka, że ak­cja była per­fek­cyj­nie za­pla­no­wa­na i wy­ko­na­na.

– Wła­śnie.

To nie byli ja­cyś pierw­si lep­si zło­dzie­je czy ban­dy­ci, któ­rzy za­ata­ko­wa­li kon­wój, li­cząc na duże zy­ski. O przy­pad­ku moż­na za­po­mnieć. To wy­raź­ne ostrze­że­nie – nie wtrą­caj­cie się w na­sze spra­wy. Tyl­ko kto mógł za tym stać? Ru­mu­ni? Cał­kiem praw­do­po­dob­ne. Tur­cy, Ro­sja­nie, is­la­mi­ści, na­cjo­na­li­ści? Tego się na­le­ża­ło do­wie­dzieć.

– Słu­chaj, Sta­siu, zaj­miesz się tą spra­wą – za­de­cy­do­wał Ba­nach.

– Tak jest, pa­nie ge­ne­ra­le. – Osmec­kie­mu nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak od­po­wie­dzieć zgod­nie z re­gu­la­mi­nem.

– Po­wiedz, czym się tam ostat­nio zaj­mo­wa­łeś?

– Tymi gno­ja­mi z de­san­tu, któ­rzy nam tu na­ro­bi­li ba­ła­ga­nu.

– Mamy wszyst­kich?

– Jesz­cze nie. Co naj­mniej je­den wciąż znaj­du­je się na wol­no­ści.

– Po trzech ty­go­dniach? – zdzi­wił się Ba­nach. – Jak to moż­li­we?

– Su­kin­syn jest do­bry. Bawi się z nami w ciu­ciu­bab­kę, ale za­gro­zić to nam nie za­gro­zi. Jak się w koń­cu zmę­czy, przyj­dzie do nas na ko­la­nach.

– Psia­krew! – zi­ry­to­wał się Ba­nach, ude­rza­jąc dło­nią o biur­ko. – Praw­da jest taka, że nie dość sku­tecz­nie pró­bu­je­cie go od­szu­kać.

– Kam­pi­nos prze­cze­sa­li­śmy trzy razy. Mamy tam wciąż co naj­mniej pół­to­ra ty­sią­ca lu­dzi, śmi­głow­ce, psy…

– Jego już tam daw­no nie ma!

– Łącz­no­ści ani kon­tak­tów też nie ma. Miał dzia­łać w struk­tu­rze ba­ta­lio­nu, a zo­stał sam jak pa­lec.

– Nie­mniej nie moż­na po­zwo­lić, by ukry­wał się da­lej, trze­ba go zła­pać i po­sta­wić przed są­dem.

– Prze­ka­żę spra­wę ma­jo­ro­wi Le­śniew­skie­mu.

– Do­brze – Ba­nach zgo­dził się z puł­kow­ni­kiem.

– Kie­dy mam je­chać?

– Do­kąd ty znów chcesz je­chać?

– Do Ru­mu­nii.

– Tu mi je­steś po­trzeb­ny. Na miej­scu. Nie będę tra­cił do­bre­go ofi­ce­ra, któ­ry po­je­dzie uże­rać się z tam­tej­szy­mi biu­ro­kra­ta­mi.

– My­śla­łem…

– Daj już spo­kój. – My­śli Ba­na­cha po­bie­gły w stro­nę kil­ku ewen­tu­al­nych kan­dy­da­tów, któ­rzy pod­ję­li­by się wy­ko­na­nia za­da­nia. – Co są­dzisz o ma­jo­rze Szy­mań­skim?

– Do­bry fa­cho­wiec – Osmec­ki ostroż­nie zgo­dził się z prze­ło­żo­nym. – Ale zaj­mo­wał się głów­nie kra­ja­mi Be­ne­luk­su, a nam jest po­trzeb­na oso­ba zna­ją­ca ru­muń­skie re­alia.

– Masz ra­cję. To może ka­pi­tan Alan Har­mon?

– Za ni­ski stop­niem. Mu­sie­li­by­śmy go wcze­śniej awan­so­wać – od­parł na­tych­miast puł­kow­nik. – A poza tym to Mu­rzyn… No, pa­nie ge­ne­ra­le, co jak co, ale Bu­ka­reszt może tego nie prze­łknąć.

– Niech się przy­zwy­cza­ja­ją.

– Go­to­wi jesz­cze po­my­śleć, że ro­bi­my im na złość…

– W ta­kim ra­zie sam ko­goś za­pro­po­nuj, Sta­siu.

Osmec­ki za­my­ślił się. Znał co naj­mniej kil­ku­na­stu do­brych ofi­ce­rów, któ­rzy mo­gli­by przy­pil­no­wać po­stę­pów śledz­twa. Układ roz­kła­dał się po rów­no: Po­la­cy i jan­ke­si. Ci ostat­ni to już wła­ści­wie oby­wa­te­le kra­ju nad Wi­słą, zwe­ry­fi­ko­wa­ni do gra­nic moż­li­wo­ści. Swo­ją lo­jal­ność udo­wod­ni­li pod­czas ostat­nie­go pu­czu, sta­jąc po stro­nie War­sza­wy i le­gal­ne­go rzą­du. Na pew­no było im trud­no, ale co zro­bić, ta­kie cza­sy. Każ­dy musi do­ko­nać wy­bo­ru i opo­wie­dzieć się za tym, co dla nie­go istot­ne.

– Puł­kow­nik Paul Na­ga­to.

Ba­nach spoj­rzał na ad­iu­tan­ta z no­wym za­in­te­re­so­wa­niem.

– A to mnie za­sko­czy­łeś.

– Z tego, co wie­my, wcze­śniej pra­co­wał na pla­ców­ce w Bel­gra­dzie. Mówi po wło­sku i nie­miec­ku. W 2011 zdo­był na­gro­dę w strze­la­niu z bro­ni krót­kiej. Póź­niej miał zo­stać za­stęp­cą at­ta­ché ame­ry­kań­skie­go w Au­strii.

– Ru­mu­nię zna? Był tam kie­dyś?

– Nie.

– Zje­dzą go na przy­staw­kę!

– Otrzy­ma wspar­cie. – Osmec­ki pró­bo­wał ura­to­wać kan­dy­da­tu­rę Pau­la Na­ga­to za wszel­ką cenę.

– Sta­siu, co ty mi tu… – Pa­lec ge­ne­ra­ła za­bęb­nił na bla­cie biur­ka. – Po­trze­bu­je­my tam dy­plo­ma­ty i re­wol­we­row­ca w jed­nym!

– Na­ga­to taki jest.

– Moim zda­niem jest zbyt… Jak to po­wie­dzieć? Gład­ki. Usta ma peł­ne wa­ze­li­ny.

– Ty­łek też.

– Sam wi­dzisz.

Rów­nież do Osmec­kie­go do­cie­ra­ły plot­ki o rze­ko­mym ho­mo­sek­su­ali­zmie ofi­ce­ra. Coś w tym mu­sia­ło być. Ta­kie po­mó­wie­nia nie bio­rą się prze­cież z po­wie­trza. Cie­ka­wa rzecz, Na­ga­to prze­kro­czył czter­dziest­kę i nie był żo­na­ty. To oczy­wi­ście o ni­czym jesz­cze nie świad­czy­ło, ale z pew­no­ścią da­wa­ło do my­śle­nia. Ge­ne­rał chy­ba miał w tej ma­te­rii ra­cję. Do de­li­kat­nych mi­sji Na­ga­to się nie nada­wał. Sko­ro nie on, to może… Nie, też nie. Dwu­me­tro­wy drą­gal z twa­rzą po­kry­tą śla­da­mi po opa­rze­niach, były do­wód­ca czoł­gu, strasz­ny typ, a wła­ści­wie po­nu­ry żni­wiarz. Do tego, żeby ko­goś po­stra­szyć, na­da­je się ide­al­nie. Już le­piej, jak Kuź­nec­ki po­je­dzie do Ki­jo­wa. Kie­dy wmie­sza się w sze­reg tam­tej­sze­go kor­pu­su dy­plo­ma­tycz­ne­go, wszy­scy na­ro­bią w ga­cie.

– Mam! – Ba­nach ude­rzył dło­nią w opar­cie fo­te­la i gwał­tow­nie wstał.

– Ale mnie pan ge­ne­rał na­stra­szył! – Osmec­ki osten­ta­cyj­nie zła­pał się za ser­ce.

– Ro­bisz się mięk­ki.

– Ja? Skąd­że zno­wu.

– Nie za­prze­czaj. Wiesz, że nie lu­bię, jak się ze mną dro­czysz.

– Ni­g­dy tego nie ro­bię.

– Niech ci bę­dzie.

– A ten kan­dy­dat?

– Ha­lic­ki.

– Ten od Ocho­ta To­wer? – upew­nił się puł­kow­nik.

– Ten sam. – Ba­nach zro­bił parę kro­ków w stro­nę okna, wy­raź­nie ucie­szo­ny wła­snym po­my­słem.

– Nie pod­le­ga nam, jest prze­cież żan­dar­mem.

– Sta­siu… – Ge­ne­rał od­wró­cił się w stro­nę przy­bocz­ne­go. – Nam pod­le­ga­ją wszy­scy. Czy to się im po­do­ba, czy nie. Wy­ra­zi­łem się ja­sno?

– Ja­śniej nie moż­na. Tyl­ko czy się zgo­dzi?

– Już two­ja w tym gło­wa.

– Pan prze­ce­nia moje moż­li­wo­ści! – Osmec­ki wie­dział, że jak Ba­nach na coś się uprze, nie ma mowy, żeby go od tego od­wieść.

– Pro­szę cię, nie mydl mi oczu.

– Nie je­stem w sta­nie przy­po­mnieć so­bie szcze­gó­łów. Ha­lic­ki już kil­ku­krot­nie od­dał nam znacz­ne przy­słu­gi. Wąt­pię, żeby te­raz chciał się an­ga­żo­wać w ko­lej­ną afe­rę.

– To nie jest ofer­ta – spro­sto­wał Ba­nach.

– Do­brze, pa­nie ge­ne­ra­le, ja się tam nie będę cze­piał słó­wek, ale pro­szę mi po­wie­dzieć, czy nie mamy ni­ko­go in­ne­go? W Jor­da­nii zo­stał cięż­ko rany. Le­d­wie prze­żył. Ta­kie zda­rze­nia po­zo­sta­wia­ją bli­zny nie tyl­ko na cie­le.

– Tym ra­zem nikt do nie­go nie bę­dzie strze­lał.

– Ma pan taką pew­ność?

– Wi­dzisz, ja w prze­ci­wień­stwie do cie­bie mam wia­rę w lu­dzi. Ha­lic­ki so­bie po­ra­dzi. Nie raz udo­wod­nił, że ma ana­li­tycz­ny umysł. Ry­zy­ka też się nie boi. Ru­mu­ni będą się z nim li­czyć.

– Sko­ro pan tak uwa­ża.

– Skon­tak­tu­jesz się z nim jak naj­szyb­ciej i po­pro­sisz, pa­mię­taj – po­pro­sisz, o sta­wie­nie się u cie­bie w pierw­szym do­god­nym ter­mi­nie. Jak już go uro­bisz… No co tak pa­trzysz?

– Tak się za­sta­na­wiam, jaką do­sta­nie mar­chew­kę.

– Awans na peł­ne­go puł­kow­ni­ka.

– Tro­chę mało.

– On ma my­śleć o służ­bie, nie o na­gro­dach. – Ba­na­cha ta­kie szcze­gó­ły mało ob­cho­dzi­ły.

– A kij?

– Ty jak zwy­kle nie­po­trzeb­nie wszyst­ko kom­pli­ku­jesz.

– Ja wiem, że to de­ta­le, jed­nak – jak się wy­da­je – istot­ne.

– Wiesz, co ci po­wiem? Za­nim ko­lej­ny raz za­czniesz dzie­lić włos na czwo­ro, po pro­stu do nie­go za­dzwoń i po­ga­daj. Sam bę­dziesz wie­dział, jak to ro­ze­grać. Wy­wa­żysz ar­gu­men­ty. Zresz­tą, masz w tej spra­wie moje cał­ko­wi­te bło­go­sła­wień­stwo. – Nim Ba­nach zdą­żył po­wie­dzieć wię­cej, ode­zwa­ła się jego ko­mór­ka. Się­gnął po nią i spraw­dził nu­mer, a na­stęp­nie ode­brał po­łą­cze­nie. – Już my­śla­łem, że o mnie za­po­mnia­łeś, Oska­rze… Co? No wi­dzisz, jak jest. Po­cze­kaj chwi­lę. – Ge­ne­rał od­su­nął apa­rat od ucha i przyj­rzał się Osmec­kie­mu. – Nie masz nic do ro­bo­ty?

Ofi­cer, chcąc nie chcąc, pod­niósł się z fo­te­la i ru­szył ku drzwiom. Już z ręką na klam­ce usły­szał prze­cią­gły jęk ge­ne­ra­ła.

Bo­rzęc­ki i te jego po­my­sły. Pew­nie znów su­szył Ba­na­cho­wi gło­wę o ko­lej­ną, jak to na­zy­wał, do­ta­cję.

Że też ge­ne­rał ma cier­pli­wość do na­trę­ta. Albo cho­dzi­ło o for­sę, albo o po­sprzą­ta­nie po ko­lej­nym nie­uda­nym eks­pe­ry­men­cie. To już po­wo­li sta­wa­ło się nud­ne. Do­brze, że on nie musi wy­słu­chi­wać ża­lów pro­fe­so­ra, ale cóż, jak nie po­sma­ru­jesz – nie po­je­dziesz.

Z tą my­ślą opu­ścił ga­bi­net sze­fa. Przy pro­ble­mach Ba­na­cha te jego to mały pi­kuś.

***

– Ten bę­dzie do­bry.

– Je­steś pew­na?

– Cał­ko­wi­cie.

Piotr Ha­lic­ki zo­gni­sko­wał wzrok na ży­ran­do­lu, któ­ry wi­siał tuż nad jego gło­wą. Pro­ble­mem nie był kształt czy wiel­kość, tyl­ko cena. 1699 zł. Ktoś naj­wy­raź­niej osza­lał, pro­po­nu­jąc taką kwo­tę. I za co? Za te kil­ka dru­tów, pa­łąk czy ce­ra­micz­ne kule? Obok wi­sia­ło jesz­cze droż­sze ba­dzie­wie, na­da­ją­ce się chy­ba tyl­ko do ga­le­rii ze sztu­ką no­wo­cze­sną, a nie do skle­pu z wy­po­sa­że­niem wnętrz. 3999 zł. Po­wi­nien zmie­nić za­wód i z żan­dar­ma prze­kwa­li­fi­ko­wać się na di­zaj­ne­ra.

– O co cho­dzi, ko­cha­nie?

– O nic. – Ha­lic­ki prze­łknął śli­nę. Wie­dział, że urzą­dze­nie z Ali­cją wspól­ne­go miesz­ka­nia po­chło­nie spo­rą kwo­tę, ale że ogra­bi go z oszczęd­no­ści ca­łe­go ży­cia, to już nie.

Trze­ba to męż­nie przy­jąć na kla­tę. Ina­czej się nie da. To w koń­cu Ali­cja była tu spe­cja­list­ką, a nie on. On tu ro­bił za kar­tę kre­dy­to­wą.

– Po­wiedz od razu, że ci się nie po­do­ba.

– Jest cu­dow­ny.

– Wła­śnie to sły­szę w two­im gło­sie… – Do­bry na­strój dziew­czy­ny nie­spo­dzie­wa­nie prysł. Jej uśmiech za­stą­pi­ło ma­lu­ją­ce się na ob­li­czu sku­pie­nie.

Bły­ska­wicz­nie do­my­ślił się, o co cho­dzi.

– Prze­pra­szam. – Zły sam na sie­bie nie bar­dzo wie­dział, jak wy­brnąć z tej przy­krej sy­tu­acji.

– Ja się nie gnie­wam. – Od­wró­ci­ła się do nie­go ple­ca­mi, wy­raź­nie da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, co może zro­bić ze swo­imi prze­pro­si­na­mi.

Sto­ją­cy obok sprze­daw­ca udał, że ni­cze­go nie sły­szy, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w czub­ki swo­ich bu­tów lub, co bar­dziej praw­do­po­dob­ne, ze­zu­jąc w stro­nę Ali­cji.

Ha­lic­ki wbił ręce w kie­sze­nie i uda­wał obo­jęt­ność. Je­śli te­raz za­cznie ją na­ma­wiać do kup­na wy­bra­nej przed chwi­lą lam­py, bę­dzie jesz­cze go­rzej. Wyj­dzie na pa­lan­ta, któ­ry nie wie, cze­go chce. Choć ma­rzył, by mieć za­kup za sobą, mil­czał jak za­klę­ty. Zo­ba­czy­my, komu szyb­ciej znu­dzi się ta za­ba­wa, w koń­cu był mi­strzem w te kloc­ki. On, ma­jor żan­dar­me­rii, ła­mał wolę, ży­cio­ry­sy i cha­rak­te­ry nie ta­kim jak ona. Ma swój ho­nor i szyb­ciej pie­kło za­mar­z­nie, niż…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej