Strona główna » Obyczajowe i romanse » Tylko jedna szansa

Tylko jedna szansa

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-577-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Tylko jedna szansa

Tylko jedna szansa to trzecia, długo oczekiwana część bestselerowej serii królowej romansu, Simony Ahrnstedt. Powieść pełną seksu, miłości i napięcia, czyta się jednym tchem. Dwoje ludzi, którzy są swoimi przeciwieństwami, za sprawą przeznaczenia spotyka się w samym sercu zimowej Norrlandii. Ambra Vinter jest dziennikarką i pracuje w największym szwedzkim dzienniku. To bystra, odważna idealistka. Popełniła jeden błąd i popadła w niełaskę. Dostaje teraz zlecenie, którego nikt inny nie chce. Zostaje wysłana do skutej mrozem, pokrytej śniegiem i pogrążonej w wiecznych ciemnościach Kiruny. Ale prześladują ją demony przeszłości i coś, co miało być prostym zadaniem wkrótce się komplikuje. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia spotyka Toma Lexingtona. Specjalistę do spraw bezpieczeństwa i byłego komandosa, który po tym, jak przeżył katastrofę helikoptera i niewolę, wycofał się i schronił w chatce w lesie. Straumatyzowany i opuszczony jest na dnie. Ma tylko jeden cel: odzyskać kobietę, która odeszła z innym. Ostatnią rzeczą jakiej potrzebuje jest zadzierająca nosa dziennikarka z dużego miasta. A ostatnim czego potrzeba Ambrze jest nieokrzesany macho. Los jednak sprawia, że ich ścieżki cały czas się krzyżują. Tom i Ambra w końcu odkrywają w sobie, nowe, zupełnie zaskakujące strony. I namiętność, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyli.

Polecane książki

Adam Mickiewicz - Powrót taty...
  Starr Cimino i jej siostrom udało się stworzyć stabilny i bezpieczny dom, jakiego nigdy wcześniej nie miały. Nic dziwnego, że Starr nie umiała z niego zrezygnować nawet dla swojej wielkiej miłości, Davida Reisa, który nalegał, aby rzuciła wszystko i towarzyszyła mu w jego służbowych podróżach. Gdy...
Lady Lucy MacMorlan przysięgła nigdy nie wychodzić za mąż. Wykształcona i oczytana, chętnie pomaga pisywać miłosne listy bratu. Gdyby Lucy wiedziała, że jego wybranką jest narzeczona markiza Mathvena, nigdy by się nie zgodziła. Kiedy markiz dowiaduje się o korespondencji, postanawia za wszelką c...
W tej książce znajdziesz całe mnóstwo wspaniałych, oryginalnych posiłków na śniadanie, obiady i kolacje (ponad 120 przepisów). Wyszukane, wymuskane przez autorkę przepisy będą dla Ciebie świetną podróżą do głębi różnorodności smaków. Autorka udowodniła że zdrowe jedzenie nie jest ani nudne, ani drog...
Najistotniejsze zagadnienia z gramatyki niemieckiej przedstawione w atrakcyjnej formie ułatwiającej efektywną naukę, wytłumaczone w prosty, zrozumiały sposób. Z książki korzystać mogą zarówno osoby początkujące, jak i bardziej zaawansowane, traktując ją jako repetytorium gramatyczne. Jest ona cenną ...
Publikacja zawiera pełną wiedzę na temat odsetek w transakcjach pomiędzy przedsiębiorcami. Znajdują się w niej wszystkie informacje, które każdy przedsiębiorca powinien wiedzieć o tym: Kiedy i jakie odsetki mogą być naliczane W jakiej wysokości odsetki mogą być naliczane Jak obliczać odsetki Jak roz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Simona Ahrnstedt

Tytuł oryginału:

EN ENDA RISK

Copyright © 2016 by Simona Ahrnstedt

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autorki: © Anna-Lena Ahlström

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Aneta Iwan, Kamila Majewska, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-577-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

W tym domu tak wielu rzeczy można było się bać. W każdym razie jako dziecko. Dziwne jedzenie. Głosy pełne złości. Nigdy nie wiedziała, co się stanie, kiedy znów ją uderzą.

Ale i tak piwnica była najgorsza.

Zimna i cuchnąca.

Skuliła się pod ścianą i oparła czoło na kolanach. Poczucie porzucenia ciążyło jej w żołądku jak kamień. Było jak rana w sercu. Samotność i doświadczanie nienawiści bolały. Już przywykła, ale jeszcze nigdy nie było aż tak źle.

Otaczała ją ciemność. Czuła głód.

Pociągnęła nosem, wciąż opierając głowę na kolanach. Tak się bała. Ale próbowała być dzielna.

Nie będzie płakać.

Niezależnie od tego, co z nią zrobią, nie będzie płakać.

1

Ambra Vinter spojrzała do notesu. Pomysły na artykuły, numer telefonu do osoby, z którą przeprowadzała wywiad, i przypomnienie, żeby kupić kawę. Podkreślone dwa razy. Nie miała wielu wymagań wobec życia, ale poranna kawa do nich należała.

– Ambra, czy ty mnie w ogóle słuchasz?

„Próbuję nie”, pomyślała.

Ale jako że słowa te padły z ust Grace Bekele, jej bezpośredniej przełożonej, szefowej działu wiadomości dziennika „Aftonbladet”, Ambra odpowiedziała tak dyplomatycznie, jak tylko potrafiła.

– Wolałabym, żebyś posłała tam kogoś innego. W ubiegłym tygodniu byłam w Varbergu. I dopiero co wróciłam z pożaru w Akalli.

Posłała Grace proszące spojrzenie.

Musiał być jakiś inny reporter, któremu mogła dać takie beznadziejne zlecenie. Jakiś młody, pełen zapału dziennikarz, który nie zdążył jeszcze stać się aż tak cyniczny jak ona i cieszyłby się z możliwości odejścia od biurka.

– Ale chcę, żebyś to ty tam pojechała – odparła Grace i machnęła ręką. Zalśniły jej długie, ostre paznokcie. Wyglądała jak top modelka, ale była znana przede wszystkim z tego, że potrafi świetnie kierować zespołem.

Ambra wiedziała, że Grace wygra tę walkę, tak samo jak niemal zawsze.

– Czyli gdzie? – zapytała. Czuła, że jej ubranie przesiąkło dymem. Ciągle zaskakiwało ją, jak szybko rozprzestrzenia się pożar. Trzy minuty. I było po wszystkim. Na szczęście bez ofiar, choć w przeciwnym wypadku artykuł byłby bardziej interesujący. Nikt nie powinien ginąć w pożarze trzy dni przed Bożym Narodzeniem.

– Mówiłam już przecież, do Norrlandii.

– Norrlandia jest duża, mogłabyś trochę sprecyzować? – zapytała Ambra. Miała powody, żeby nie jechać do Norrlandii, bez związku z tym gównianym zleceniem.

– Norrbotten. Gdzieś tu miałam zapisaną nazwę miejscowości – odparła Grace.

Ambra czekała, gdy Grace przekopywała papiery na blacie. Siedziały przy biurku Breaking News, w samym sercu tego organizmu, który stanowiła redakcja „Aftonbladet”. Była druga po południu i na zewnątrz panowały zupełne ciemności. Padał marznący deszcz i wiał silny wiatr. Oczywiście mieli pogodę na pierwszej stronie. Wyjątkowo dobra albo wyjątkowo zła pogoda zawsze trafiała na pierwszą stronę ich internetowego wydania, ponieważ zawsze budziła zainteresowanie. Była najczęściej czytaną informacją dnia z niemal tysiącem odsłon na minutę.

Ambra przerzuciła kilka kartek w swoim notatniku i zapytała tak uprzejmie, jak tylko potrafiła:

– A co dokładnie mam robić w Norrbotten?

Grace podniosła kilka plików papierów i o mało co nie przewróciła kubka z resztką starej kawy. Nikt w redakcji nie miał własnego biurka, nawet szefowie. Grace była jednym z czterech redaktorów odpowiadających za wiadomości, którzy okupowali ten stolik dwadzieścia cztery godziny na dobę, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Pozostałe redakcje, począwszy od sportu, rozrywki i sensacji aż po zagranicę, dział śledczy i kulturę, były rozrzucone wokół tego biurka jak satelity wokół nigdy nie śpiącego centrum.

– Przed chwilą gdzieś widziałam tę kartkę. Wydaje mi się, że chodzi o Kalix – powiedziała Grace.

„Zawsze coś”, pomyślała Ambra i posłusznie zapisała „Kalix”.

– Masz przeprowadzić wywiad z Elsą, dziewięćdziesięciodwulatką. Zadzwoń i umów się na rozmowę. Dam ci jej numer. Dostaliśmy cynk od jednego z czytelników przez naszą stronę. Mam przeczucie, że to może być coś.

– Super – odparła Ambra i udało jej się nie skrzywić.

Na stronie „Aftonbladet” znajdowała się skrzynka kontaktowa, na którą czytelnicy mogli wysyłać propozycje tematów. Jeśli coś z nich wychodziło, dostawali tysiąc koron. Aż 99,99% propozycji nie miało żadnej wartości, ale Ambra posłusznie zapisała „Elsa” i potarła czoło.

– Jesteś pewna, że chodzi o kobietę? – zapytała.

Pytanie nie było bezzasadne. Kiedyś ktoś zasugerował im wywiad z Sixtenem Bergiem, lat dwadzieścia. Potem się okazało, że Sixten to kakadu, która potrafi śpiewać i tańczyć do Hooked on a feeling. Spotkanie zaowocowało notatką i zabawnym filmikiem, który opublikowali na stronie. Ale nie był to akurat ten rodzaj artykułów, o których Ambra marzyła w czasie studiów dziennikarskich.

Grace wyciągnęła jaskrawożółtą karteczkę.

– Tutaj jest. Elsa Svensson, rocznik dwudziesty trzeci. Miała romans z jednym z naszych premierów i najwyraźniej w tajemnicy urodziła jego dziecko.

Słysząc to, Ambra podniosła wzrok.

– I to się stało niedawno? – zapytała sceptycznie.

Grace uniosła elegancko wydepilowaną brew.

– Starsza pani ma dziewięćdziesiąt dwa lata, więc nie, to się nie stało niedawno, nawet nie w tym tysiącleciu. Ale nigdy wcześniej nie rozmawiała o tym z mediami i najwyraźniej jest prawdziwym oryginałem. Może być z tego dobra historia. Długie, ekscytujące życie, egzotyczne miejsce, no wiesz. Poza tym idealnie pasuje na święta, wiele osób będzie chciało to przeczytać.

– Mmm – mruknęła Ambra bez śladu entuzjazmu. – Z którym premierem?

– Z jednym z tych, którzy już nie żyją. Będziesz to musiała sprawdzić.

– Chyba każdy premier miał masę nieślubnych dzieci? – zapytała. Naprawdę nie miała ochoty na ten temat. Już by wolała podwójne morderstwo albo wypadek.

– Daj spokój. Ten temat jest stworzony dla ciebie, właśnie w tym jesteś dobra. Na pewno będzie wiele odsłon, a dostałam polecenie, żeby robić więcej takich artykułów, to się sprzedaje jak cholera. Poza tym ta babcia chciała, żebyś to właśnie ty przeprowadziła z nią wywiad.

– Jasne – odparła Ambra. Choć czasem rzeczywiście tak było. Czytelnicy chcieli rozmawiać z konkretnym reporterem.

Znów spojrzała w stronę okna. Świecznik adwentowy mrugał w nieregularnych odstępach czasu. Cała branża była uzależniona od ilości odsłon, ponieważ to przekładało się na wpływy z reklam. Poza tym miała świadomość, że przy kolejnej reorganizacji prawdopodobnie straci pracę. Od kilku lat jej kariera znajdowała się na czymś, co można by opisać jako zakręt opadający w dół. Jeżeli nie będzie uważać, trafi na nocną zmianę. A nocna zmiana to ślepa uliczka. Ci, którzy tam lądowali, nigdy nie wracali, żyli jak blade nocne stworzenia, tłumaczyli z angielskiego bezwartościowe teksty i umierali od środka. Dała za wygraną.

– A fotograf? – zapytała.

Grace skinęła głową.

– Miejscowy freelancer. Skontaktujesz się z nim, gdy będziesz na miejscu.

– W porządku – powiedziała Ambra i wstała z krzesła.

Nie było sensu wracać do domu. Pomyślała, że przyniesie sobie kawę, w automacie w stołówce kupi lodowatą kanapkę, zadzwoni do Elsy, lat dziewięćdziesiąt dwa, a potem zostanie w redakcji i zrobi research. Hura.

– Prześlesz mi te informacje, które masz? – zapytała szefową.

– Pierwszy tekst chcę mieć tak szybko, jak się da. Jeśli będzie dobry, może pójdziemy tym śladem. Święta w Norrlandii, renifery, białe szaleństwo i takie tam.

Ambra przestąpiła z nogi na nogę.

– Coś jeszcze? – zapytała Grace.

Ambra się wahała.

– Wiem, że czasu jest mało, a droga daleka, ale zobaczysz, że zdążysz wrócić do domu na święta – powiedziała Grace zestresowanym, ale przyjaznym tonem.

Ambra wiedziała, że szefowa chce dobrze, ale to nie święta stanowiły główny problem. Ambra miała tylko jedną krewną, przyrodnią siostrę Jill, i od lat nie spędzały razem świąt. Nie chodziło również o to, że poniżej jej godności była rozmowa z ekskochanką nieżyjącego już premiera. Dziennikarzowi nie należało dawać poniżających zleceń (to była zasada, którą nikt się nie przejmował), ale Ambra pracowała kiedyś w dziale rozrywki i dostawała już dużo gorsze zadania. Chodziło o to, że miała poważny problem z podróżami na północ.

– Załatwię to – oznajmiła, powstrzymując westchnienie. Jej życie to była jej prywatna sprawa.

– Wiem – odparła Grace, przyglądając się jej ze spokojem.

Grace miała trzydzieści lat, tylko dwa lata więcej od Ambry. Była już doświadczoną redaktorką w jednym z najtrudniejszych miejsc pracy w branży. Miała pod górkę nie tylko ze względu na młody wiek i płeć, lecz również przez kolor skóry. Urodziła się w Etiopii, a do Szwecji przyjechała jako dziecko i swego rodzaju geniusz. W branży Grace Bekele była żywą legendą i gdy patrzyła na Ambrę w taki sposób, ta była gotowa stąpać po rozżarzonych węglach. Albo pojechać do Kalix.

– Dziękuję – powiedziała.

– I wiesz, ja pamiętam, że chciałabyś dostać tę posadę w dziale śledczym. Jak tylko będę miała okazję, szepnę o tobie dobre słowo Danowi Perssonowi.

Ambra nie wiedziała, co powiedzieć. Wdzięczność to kłopotliwe uczucie. Ale takie było jej marzenie. Chciała pracować w dziale śledczym „Aftonbladet”, wyszukiwać sensacyjne tematy i pisać dłuższe reportaże. Krążyła plotka, że wkrótce ma się tam zwolnić miejsce. Coś takiego rzadko się zdarzało. Wiedziała, że będzie się o nie biło wiele osób. Prawdopodobnie wszyscy jej koledzy i konkurenci. Ale, o ile oczywiście czegoś nie schrzani w ciągu najbliższych tygodni, może będzie miała szansę. Jeżeli uda jej się powstrzymać i nie naubliżać zbytnio Danowi Perssonowi, redaktorowi naczelnemu. Jak się nad tym zastanowić, to może rzeczywiście będzie lepiej dla niej, jeśli wyjedzie.

– Dziękuję. Jutro ruszam w drogę – oznajmiła.

W myślach rozważała już różne sposoby podejścia do tematu, zastanawiając się co powinna ze sobą zabrać.

– Moment – powiedziała Grace, podnosząc kolejną karteczkę, tym razem pomarańczową w kształcie strzałki. – Tu ją mam. Źle ci powiedziałam. To nie w Kalix. Bardzo cię przepraszam.

„Żeby tylko nie Kiruna”, zdążyła pomyśleć Ambra.

– Starsza pani mieszka w Kirunie. Zawsze mylę te miasta. No tak, ale to prawie na jedno wychodzi.

Wygłosiła te słowa z nonszalancją kogoś, kto uważa, że na północ od Sztokholmu nie ma już cywilizacji. Norrlandia ze swoją ogromną powierzchnią nawet dla wykształconych mieszkańców stolicy była jak biała karta. Ale Ambra znała prawdę. Nawet w piekle są różne kręgi.

Kiruna. No jasne, że to musiała być Kiruna.

Wzięła karteczkę z dłoni Grace i odeszła od biurka.

Dlaczego musiała to być Kiruna? Miasto, do którego już nigdy nie chciała wracać. W którym marzła bardziej, płakała więcej i nienawidziła silniej niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie.

Minęła studio telewizji internetowej i dział kryminalny. Przechodząc obok redakcji dziennikarzy śledczych, rzuciła w jej stronę tęskne spojrzenie. Był to jeden z niewielu działów, w których drzwi mogły być zamknięte. Potem nalała sobie kawy do kubka, wzięła swojego laptopa, cudem uniknęła spotkania ze swoim wrogiem Oliverem Holmem i opadła na wolną kanapę. Włączyła komputer i się zalogowała. Uruchomiła program pocztowy. W ciągu dziesięciu minut dostała dwadzieścia maili. Dziewiętnaście z nich zawierało obelgi po tym, jak tego ranka napisała artykuł o napastowaniu seksualnym w siłowni. Przebiegła je wzrokiem. Wiedziała, że najpoważniejsze z nich powinna przesłać dalej do działu ochrony, ale nie miała na to siły. Pracowała już za długo, żeby przejmować się anonimowymi wrogami kobiet. Teraz dla odmiany napisze o nieślubnym dziecku z Kiruny.

Wybrała numer Elsy Svensson. Czekając, aż starsza pani odbierze, westchnęła. Była zmęczona. Przeczuwała, że trochę potrwa, zanim będzie mogła wrócić do swojego mieszkania, na swoją kanapę, przed swój telewizor.

2

Tom Lexington dorzucił polano do kominka. Mimo że dom był porządnie ocieplony, ogień stanowił pożądane źródło dodatkowego ciepła. Na zewnątrz panował dwudziestopniowy mróz i sypał śnieg. Ale kiedy w Kirunie nie sypie śnieg? Gdyby chciał wyjść z domu, musiałby wykopać sobie drogę.

Spojrzał w ogień. Kiedy skupiał się na płomieniach i trzaskaniu drewna, czuł się prawie normalnie. Sięgnął po kolejną szczapę. W chwili gdy dokładał ją do kominka, usłyszał ciche brzęczenie telefonu, który leżał na stoliku przy kanapie. Podniósł się, żeby zobaczyć, kto dzwoni. „Lodestar Security Group”. To z pracy. Podrapał się po brodzie. Powinien odebrać. To mogło być coś ważnego. Ale tego dnia też nie miał na to siły. Powlókł się do kuchni, ale gdy się w niej znalazł, zapomniał, po co tam przyszedł. Stanął i zagapił się w okno, za którym był śnieg i las. Czekał na radiową prognozę pogody. Nagle z głośnika dobiegł huk – zwiastun kolejnego programu, którego tematem było polowanie. Dłonie Toma zaczęły się trząść. Uda też. Pole widzenia zwęziło się i z trudem łapał oddech. Wszystko działo się bardzo szybko. Od momentu, gdy usłyszał huk, do chwili, gdy poczuł, jakby rozpadał się na kawałki, nie minęła nawet sekunda.

Po omacku sięgnął do blatu, żeby się na nim oprzeć. Serce waliło mu w piersi, jakby znalazł się na polu walki. Już nie był w domu. Ani w lasach pod Kiruną przysypanych śniegiem i skutych mrozem. Był na pustyni. W upale. W dziurze, w której go przesłuchiwali i torturowali. Serce waliło mu tak bardzo i krew w żyłach pulsowała tak mocno, że miał wrażenie, jakby ziemia trzęsła mu się pod stopami. Wspomnienia przesuwały się przed jego oczami jak film. Zmusił się do tego, żeby robić wdech przez nos i wydech przez usta, ale nie pomogło. Był tam.

Zamachnął się i z całej siły uderzył dłonią o blat. Ból wystrzelił z ręki i popłynął przez całe ciało. To rzeczywiście pomogło. Bolało jak cholera, ale cierpienie przerwało atak paniki i wrócił do domu.

Zrobił głęboki, rozedrgany wdech. Przebłysk trwał tylko kilka sekund, a mimo to był cały zlany potem. Zrobił kilka niepewnych kroków, sięgnął do szafki i wyjął butelkę whisky. Nie chciał myśleć o tym, ile pustych butelek stało już pod zlewem. Wlał w siebie alkohol i odkręcił kran z wodą. Kiruna leżała na północ od koła podbiegunowego, woda w rurach pod budynkiem była zimna. Chciwie wypił kilka łyków. Kiedy odstawiał szklankę, wydawało mu się, że znów słyszy sygnał telefonu. Wrócił do pokoju i wziął komórkę ze stolika.

„Mattias Ceder”, przeczytał na wyświetlaczu. Znowu. Wydzwaniał do niego całą jesień. Tom ani razu nie odebrał. Odrzucił połączenie i z komórką w dłoni wrócił do kuchni, gdzie nalał sobie kolejną whisky. Po dwóch sekundach telefon znów się odezwał. Tom spojrzał na wyświetlacz. Oczywiście znów Ceder. Jak zawsze uparty skurwiel. Kiedyś byli najlepszymi przyjaciółmi i towarzyszami broni. W tamtych czasach bez wahania oddaliby za siebie życie. Ale to było dawno temu. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Tom patrzył na telefon, dopóki ten nie przestał dzwonić. Zabrzęczał esemes.

Mógłbyś, cholera, kiedyś odebrać.

Wypił solidny łyk whisky, potem sobie dolał i zakręcił szklanką.

Nie rozmawiał z Mattiasem od lat. Kiedy byli młodzi, mogli gadać o wszystkim. Ale tak było wcześniej, zanim Mattias go zdradził.

Tom spojrzał na zlew. Piętrzyły się w nim kubki, talerze i sztućce. Nie miał siły wkładać ich do zmywarki. Kobieta, która u niego sprzątała, miała zajrzeć następnego dnia. Zostawił więc wszystko tak, jak stało, choć nigdy wcześniej nie pozwalał na to, żeby inni po nim sprzątali.

Wziął butelkę, szklankę, telefon i wrócił do pokoju. Nie pierwszy raz miał PTSD. Był żołnierzem od osiemnastego roku życia. Ktoś taki wie, co to zespół stresu pourazowego. Uczestniczył w walkach, widział, jak giną jego towarzysze, był ranny. To wszystko pozostawiało ślady i już wcześniej miał napady lęku i przebłyski wydarzeń z przeszłości po wyjątkowo trudnych doświadczeniach. Ale tak źle jeszcze nigdy nie było. Obrazy pojawiały się znikąd. Nagły dźwięk, światło albo zapach, cokolwiek było w stanie je przywołać, i nagle czuł się, jakby znów trafił do niewoli. Nie potrafił tego kontrolować. Gdyby sprawy wyglądały inaczej, może mógłby o tym porozmawiać z Mattiasem. Mattias też był żołnierzem, nieraz znajdował się pod ostrzałem, wiedział, jak to jest. W przeciwieństwie do cywili, którzy nie mogli sobie tego wyobrazić.

Tom opróżnił szklankę. Trochę kręciło mu się w głowie. Wziął komórkę i napisał esemes.

Spierdalaj.

Wysyłając go, czuł satysfakcję. Spojrzał na wyświetlacz, żeby się przekonać, czy dostanie jakąś odpowiedź, ale nie. Postanowił, że jeśli Mattias znów zadzwoni, to może odbierze. Był pijany i wiedział, że ma zaburzony osąd i nie powinien do nikogo dzwonić, zwłaszcza gdy czuł się tak, jak teraz. A jednak wybrał numer. Nie Mattiasa. Kogoś innego. Opadł na sofę i słuchał sygnałów.

– Halo? – odezwała się Ellinor.

– Cześć, to ja – wybełkotał.

– Tom – powiedziała za smutkiem.

– Chciałem po prostu usłyszeć twój głos – starał się mówić wyraźnie.

– Musisz z tym skończyć. Sam siebie dręczysz. Nie powinieneś był dzwonić.

– Wiem – powiedział. „Powinienem był wziąć prysznic”, pomyślał. Ogolić się, wziąć w garść. A nie dzwonić do swojej byłej tydzień po tygodniu. – Ale tęsknię za tobą – mruknął.

– Muszę kończyć – stwierdziła, a gdzieś w tle rozległy się jakieś dźwięki.

– On tam jest? – zapytał Tom.

– Na razie, Tom. Uważaj na siebie – powiedziała Ellinor i się rozłączyła.

Gapił się w przestrzeń. Dzwonienie do Ellinor było oczywiście błędem, ale wiedział to już, zanim do niej zadzwonił. Ale jak da radę żyć dalej bez niej? Nie wiedział. Lata wojskowych szkoleń, które miał za sobą, właśnie tego uczyły. Zmuszania się do robienia rzeczy niemożliwych. Zmuszania swojego ciała do tego, żeby nie dawało za wygraną, mimo beznadziejnego położenia i druzgoczących strat. Uczyły niemyślenia o niczym poza zadaniem.

Oparł głowę na podłokietniku i zagapił się w sufit. Poczuł, że znów zalewają go wspomnienia z niewoli. Wtedy myśli o Ellinor dodawały mu sił. Wspomnienie jej uśmiechu, tęsknota za tym, żeby znów z nią być.

Dzwonienie do niej było głupotą. Upił się i nie myślał jasno. Ale dobrze zrobił, przyjeżdżając na północ. Ellinor przebywała w Kirunie, a on chciał być blisko niej. Zrobi wszystko, żeby ją odzyskać. Wszystko.

3

W Kirunie naprawdę jest cholernie zimno”, pomyślała Ambra, gdy trzęsąc się, szła z samolotu do budynku lotniska. Wiatr szarpał jej kurtką. Na wpół biegnąc, podążała za innymi pasażerami. Minęli granicę koła podbiegunowego na długo, zanim wylądowali w Kirunie, gdzie słońce zaszło dziesiątego grudnia i miało wznieść się nad horyzont gdzieś w okolicach stycznia. Teraz, w środku dnia, panowała tu przypominająca zmierzch szarówka, ale za parę godzin będzie zupełnie ciemno.

Miała tylko bagaż podręczny, więc pośpiesznie minęła halę przylotów i ruszyła w stronę wyjścia i autobusu. Z każdym krokiem czuła się coraz bardziej nieswojo. Zaspy wokół sięgały metra. Chodnik był przysypany śniegiem i Ambra ślizgała się w swoich zdecydowanie za cienkich kozakach. Za ogrodzeniem wyły podekscytowane psy zaprzęgowe. Nie przestając się trząść, weszła do autobusu, kupiła bilet do Kiruny i usiadła przy oknie. Śnieg jak okiem sięgnąć. Nieprzyjemne uczucie stało się wręcz fizyczne. Autobus ruszył.

Gdy pierwszy raz przyjechała do Kiruny, miała dziesięć lat. Też tuż przed świętami, możliwe, że właśnie dlatego wszystko było teraz jeszcze trudniejsze. Zaganiana urzędniczka opieki społecznej z kręconymi włosami i rozbieganym wzrokiem porozmawiała z nią i powiedziała, że nie może dłużej zostać u rodziny, z którą do tej pory mieszkała. Ambra pamiętała, że siedziała, tuląc do siebie misia. Wiedziała, że właściwie jest już za duża na przytulanki, ale miś dawał jej poczucie bezpieczeństwa.

– Jak się nazywa twój miś? – zapytała urzędniczka charakterystycznym sztucznym tonem, którego dorośli zawsze używali, gdy z nią rozmawiali.

– Po prostu Miś – szepnęła Ambra.

– Ty i Miś pojedziecie do innej rodziny. Będziecie musieli jechać sami autobusem, ale jesteś już duża, więc wszystko na pewno pójdzie dobrze. To będzie jak przygoda – powiedziała zachęcająco.

Ambra wsiadła do autobusu z Misiem i jednym jedynym małym kartonem, w którym miała rzeczy po mamie i tacie.

– Ktoś po ciebie wyjdzie? – zapytał kierowca.

Ambra kiwnęła głową, bała się przyznać, że nie wie.

Kierowca był miły. Poczęstował ją mocnymi, gorzkimi pastylkami na gardło i rozmawiał z nią przez całą drogę. Kiedy jednak dojechali na miejsce, poczuła niepokój. Jeszcze nigdy nie widziała aż tyle śniegu. Włożyła na siebie wszystkie ciepłe ubrania, jakie miała, a i tak marzła. Trzymała się blisko kierowcy, gdy ten pomagał pasażerom wyjąć bagaże. A co jeśli nikt po nią nie wyjdzie? Co wtedy zrobi?

– To ty jesteś tym dzieckiem? – zapytał ktoś lodowatym tonem.

Jeszcze zanim się odwróciła, wiedziała, że nie będzie dobrze.

– Nie tu miała pani wysiąść?

Ambra podskoczyła i wróciła do teraźniejszości.

Kierowca autobusu patrzył na nią wyczekująco we wstecznym lusterku. Dojechali już do jej przystanku.

Ambra wstała, złapała swój bagaż i szybko wysiadła. Brnąc w śniegu, dotarła do hotelu Scandic Ferrum. Udało jej się nie wpaść nosem w zaspy. Kiedy weszła do ciepłego wnętrza, tupnęła, żeby zrzucić śnieg z butów, przywitała się z młodą recepcjonistką, zameldowała, wjechała windą na pierwsze piętro i ruszyła do swojego pokoju. W środku panowało przejmujące zimno. Ambra wyciągnęła z torby polarową bluzę, wsunęła laptopa pod pachę i zjechała do recepcji.

– W moim pokoju jest bardzo zimno – powiedziała.

– Mamy problem z ogrzewaniem – wyjaśniła recepcjonistka uprzejmym tonem. – Robimy, co możemy, żeby się z tym uporać. Niestety nie mogę pani zaproponować żadnego innego pokoju.

Ambra postanowiła, że popracuje w hotelowej restauracji. Usiadła przy stoliku i otworzyła komputer. Była pora lunchu i w restauracji kręciło się mnóstwo gości. Wiedziała, że to zupełnie zwyczajni ludzie, ale i tak miała ciarki. Raz po raz omiatała pomieszczenie spojrzeniem, wpatrywała się w wejście. Bała się, że spotka kogoś z przeszłości, jakkolwiek nieprawdopodobne by to było.

Nazywali się Esaias i Rakel Sventinowie. Zostali jej nowymi rodzicami zastępczymi. Esaias był wysoki i surowy, Rakel blada i cicha, z włosami splecionymi w gruby warkocz, który opadał nisko na plecy. Mieli pięciu synów, czterech starszych z wcześniejszego małżeństwa Esaiasa i jednego wspólnego, rok starszego od Ambry. Esaias był głową rodziny.

– Siadaj z tyłu – powiedział, kiedy w końcu odebrał ją z dworca. Wskazał stary samochód.

Ambra go posłuchała, nie miała przecież wyboru.

Esaias Sventin sięgnął do tyłu, wyrwał jej Misia, którego ściskała w objęciach, wrzucił go do kosza na śmieci i zatrzasnął drzwi.

Ktoś upuścił tacę. Ambra się wzdrygnęła. Rozejrzała się dookoła. Serce waliło jej jak młotem i przeszedł ją dreszcz, kiedy do restauracji wszedł wysoki, chudy mężczyzna. Ogarnęła ją fala niechęci, niemal przerażenia, potem zdała sobie sprawę z tego, że to nie Esaias, tylko ktoś odrobinę do niego podobny. Jej ciało jednak nie potrafiło zapomnieć.

Upiła łyk kawy i położyła dłoń na telefonie. „Jestem dorosła”, powtórzyła w myślach. To była jej mantra. W każdej sekundzie bezbronnym dzieciom na całym świecie dzieje się krzywda. Wiele, zbyt wiele z nich ma o wiele gorsze życie niż to, które ona sama musiała znosić. Gdy tylko wyjedzie z Kiruny, znów wszystko wróci do normy.

Wyświetlacz zamrugał i telefon cicho zabrzęczał. Wiadomości napływały przez całą dobę. Przejrzała najświeższe, udostępniła link na Twitterze, wrzuciła zdjęcie na Instagram. Pracowała jak reporter na miarę nowych czasów, taki, o którym mówiono na każdym zebraniu redakcyjnym i wspominano przy każdej restrukturyzacji, taki, który ma być „wśród czytelników”. Wielu jej kolegów marudziło, niektórzy uważali, że są za dobrzy na to, żeby udzielać się w mediach społecznościowych. Ale jej to odpowiadało i jej profil w sieci był chyba jednym z powodów, dla których wciąż jeszcze pracowała. Starała się zatem wyróżniać pod względem cyfrowym.

– Przepraszam, to ty jesteś Ambra Vinter?

Podniosła wzrok na chłopaka, który stanął przy jej stoliku. Młodego, szczupłego, niesamowicie przystojnego. Miał na sobie porządne zimowe ubranie i solidne trapery. Na jego ramieniu na szerokim pasku wisiał nikon, a na drugim – torba z obiektywami.

– To ty jesteś freelancerem – stwierdziła.

– Tareq Tahir – powiedział.

Uścisnęli sobie ręce i Tareq usiadł naprzeciwko niej. Ambra przyjrzała mu się ukradkiem, kiedy kładł aparat na stole. Mógł mieć jakieś dwadzieścia, dwadzieścia jeden lat. Wielu fotografów było młodych, najlepsi wcześnie zaczynali karierę. Tareq miał gęste rzęsy i ciemnobrązowe oczy. Męskie, seksowne usta. Mocne, wrażliwe palce, którymi wciąż dotykał aparatu.

Posłał uśmiech kelnerce, która od razu podbiegła do ich stolika, żeby zapytać, co chciałby zamówić. Ambra musiała sama podejść do kasy po lunch, kawę i dolewkę. Żadna kelnerka nie pofatygowała się, żeby przyjąć od niej zamówienie. Ale z drugiej strony nie wyglądała jak gwiazda boysbandu.

– Jak leci? – zapytał Tareq, kiedy kelnerka pośpiesznie się oddaliła. – Nie udało ci się z nią skontaktować?

Ambra pokręciła głową ze zmartwioną miną. Miała problem. Poprzedniego dnia rozmawiała z Elsą Svensson. Dziewiędziesięciodwulatka miała zaskakująco czysty i dziarski głos i sprawiała wrażenie rozmownej. Powiedziała, że cieszy się na spotkanie. Ale tuż po wyjściu z samolotu Ambra dostała informację, że Elsa chce przełożyć ich spotkanie.

– Dzwoniłam do niej kilka razy, ale nie odbiera.

– Co chcesz zrobić? – zapytał Tareq.

Miała jej adres i zastanawiała się, czy by do niej po prostu nie pojechać, ale coś takiego przynosiło często efekt przeciwny do zamierzonego. Ludzie potrafili być dziwni, jeśli o to chodzi. Nie wszystkim podobali się dziennikarze zjawiający się przed ich domami i pukający do ich drzwi. Poza tym nie wiedziała, czy Elsa jest w domu. Możliwe, że staruszka spakowała się i zwiała z Kiruny. I tak bywało. Ludzie, którzy już zgodzili się na rozmowę, w ostatniej chwili zmieniali zdanie. Mieli do tego, rzecz jasna, prawo, co nie zmieniało faktu, że było to cholernie frustrujące.

– Znasz ją? – zapytała.

Tareq posłał jej rozbawione spojrzenie.

– Masz na myśli, że tu wszyscy się znają? Kiruna nie jest aż tak mała – powiedział.

Nie to miała na myśli. Zapytała z czystej desperacji, żeby w jakiś sposób rozwiązać problem nieobecnej bohaterki wywiadu.

Wiedziała, jak jest w Kirunie. Jasne, że nie wszyscy się znali. Prawdę mówiąc, ludziom świetnie wychodziło tu niewsadzanie nosa w cudze sprawy. Dziecko z rodziny zastępczej mogło na przykład przychodzić do szkoły z siniakami, nieleczonym zapaleniem uszu i złamaniami, a nikt tego nie zauważał. Oczywiście jest niesprawiedliwa. Tak było nie tylko w Kirunie, ale prawie wszędzie, bo żyli na gównianym świecie.

Podrapała się po czole, tuż przy linii włosów. Czapka, którą naciągnęła na głowę, gryzła, ale jej nie zdjęła, bo było niesamowicie zimno.

– Jesteś stąd? – zapytała Tareqa, choć wiedziała, jakiej odpowiedzi może się spodziewać, bo mówił praktycznie bez miejscowego akcentu.

– Nie, urodziłem się i wychowałem w Sztokholmie. Przeprowadziłem się tu z mamą po skończeniu liceum. Poznała faceta z Kiruny i zakochała się w nim i w tej okolicy. Wpadłem ją odwiedzić, ale po nowym roku wracam do Sztokholmu i zaczynam studia fotograficzne.

– Ale już pracujesz dla „Aftonbladet”, prawda?

– Miałem szczęście i dostałem trochę zleceń.

Uznała, że Tareq musi być cholernie zdolny. Jego wygląd zdradzał, że korzenie ma gdzieś na Bliskim Wschodzie. Stawiała na Irak. Jeżeli jego rodzice byli imigrantami, nie miał sieci kontaktów, dzięki którym mógłby wejść do branży, a w takiej sytuacji dostanie pracy w ogólnokrajowej gazecie było praktycznie niemożliwe. A jednak mu się udało.

– Pracowałeś też dla działu rozrywki, prawda? – powiedziała, bo przypomniało jej się, co mówiła Grace. – Jak się tam czułeś? – zapytała tak neutralnym tonem, jak tylko potrafiła. Jej zdaniem dział rozrywki to była kloaka. Tam pisało się sprawozdania z imprez towarzyskich, człowiek pozostawał na samych peryferiach zawodu dziennikarza, nie mógł sobie pozwolić na krytykę i wszyscy nim pomiatali, zarówno celebryci, jak i szefowie. To okropne. Chyba że uwielbiało się ganiać za aktorami oper mydlanych i śledzić ich konta na Instagramie.

Tareq przesunął palcami po błyszczących brzegach aparatu. Miał krótkie, czyste paznokcie, czarne włoski. Męskie dłonie. Mówił łagodnym, uprzejmym głosem. Był niesamowicie sympatyczny. I przystojny.

– Ty też tam kiedyś pracowałaś? – zapytał.

– Tak – potwierdziła, ale nie podjęła tematu. To był jej najgorszy rok w zawodzie reportera. Miała nadzieję, że już nigdy nie będzie musiała leżeć w krzakach i czekać, aż niewierna gwiazda wyjdzie z mieszkania swojego kochanka albo swojej kochanki.

– Aż tak źle? – zapytał ze śmiechem, a w jego pięknych oczach błysnęło współczucie. – Moim zdaniem było w porządku. Ale nie jest to coś, czym chciałbym się zajmować na dłuższą metę – dodał.

Przystojny, miły i dyplomatycznie się zachowuje. Daleko zajdzie. Poczuła ochotę, żeby ściągnąć czapkę i poprawić włosy. Wiedziała, że to niezbyt właściwe pragnienie.

Wróciła kelnerka z zamówieniem. Tareq chwycił pokrytą kropelkami wody szklankę.

– Fanta to mój nałóg – powiedział i uśmiechnął się do kelnerki, która wyglądała tak, jakby z miejsca chciała z nim założyć rodzinę.

Gdy kelnerka z wyraźną niechęcią odeszła od ich stolika, Ambra po raz dziesiąty spojrzała na wyświetlacz telefonu. Nie wiedziała, co robić. Jej pobyt tutaj kosztował i gazeta chciała coś z tego mieć. Zaczęła się zastanawiać nad jakimś awaryjnym tematem. Może coś o śniegu. Albo o przenosinach całego miasta.

Tareq opróżnił szklankę i odstawił ją na stół. Podniósł się, wziął aparat i torbę z obiektywami.

– Chciałem tylko wpaść się przywitać. Jeśli nie masz nic przeciwko, pójdę się trochę przejść. Mam kilka rzeczy do zrobienia. Wyślij mi wiadomość, jak tylko coś będziesz wiedzieć.

Ambra kiwnęła głową. Patrzyła, jak Tareq odchodzi, stawiając długie, szybkie kroki, a potem jeszcze raz omiotła spojrzeniem całą restaurację. Scandic Ferrum stał w centrum miasta i wydawało się, że działa jako swego rodzaju punkt kontaktowy. Przy niektórych stolikach siedzieli biznesmeni i biznesmenki, trzęsąc się z zimna w zdecydowanie zbyt cienkich marynarkach i żakietach. Przy innych młode mamy w praktycznych zimowych strojach karmiły swoich potomków przecierami i owocami. Przy ladzie kawałek dalej stała grupka strażaków.

Przez chwilę się im przyglądała, a potem znów przeniosła wzrok na telefon. Otworzyła swój ostatni esemes do Grace i czekała niecierpliwie, żeby zobaczyć, czy pokaże się dymek z trzema kropkami oznaczający, że szefowa właśnie do niej pisze. Chciała wiedzieć, co robić, jeżeli Elsa Svensson nie da znaku życia.

Nic.

Zajrzała na Instagram i zaczęła się zastanawiać, czy nie zadzwonić do Jill. Nagle komórka zawibrowała i zaświeciła jej w dłoni. W końcu.

Grace pytała:

Coś się zmieniło?

Ambra szybko i z wprawą wciskała klawisze.

Nie. Mam czekać?

Miała cichą nadzieję, że Grace każe jej wracać. Ale nie.

Tak, czekaj. Tareq się pojawił?

Taa.

Grace na koniec napisała: Informuj mnie na bieżąco.

Ambra odłożyła telefon. Z frustracji zaczęła bębnić palcami o blat stołu. Poza tym wypiła zdecydowanie za dużo kawy, przez co była roztrzęsiona i trochę ją mdliło. Znów spojrzała w stronę lady. Strażaków już nie było. Przy kasie stał teraz jakiś mężczyzna i kupował kawę. Miał na sobie rozpiętą zimową kurtkę i kraciastą koszulę, a pod nią podkoszulek.

Ambra zastanawiała się, co robić. Myśląc, patrzyła na mężczyznę. Było w nim coś, czego nie potrafiła określić. Stał tak samotny i cichy, wysoki i potężny jak masyw górski. Był barczysty, miał nieco za długie włosy i brodę. Wyglądał jak nieokrzesany prostak, chodzący stereotyp mieszkańca Norrlandii, brakowało mu tylko śnieżnego skutera i strzelby. Odwróciła wzrok, mięśniaki typu macho zawsze działały jej na nerwy.

Mężczyzna z kubkiem w dłoni szedł w jej stronę. Rzuciła mu jeszcze jedno spojrzenie. Zobaczyła napis, który miał na podkoszulku: FBI. Zmrużyła oczy i spojrzała niżej, tam, gdzie mniejszymi literami było napisane: „Female Body Inspector”. Cholernie niesmaczne. Skrzywiła się i nie mogła powstrzymać, żeby nie mruknąć:

– Fajny T-shirt.

Powiedziała to dokładnie w chwili, gdy mężczyzna mijał jej stolik.

– Słucham? – zapytał niskim, schrypniętym głosem, zatrzymując się i patrząc na nią tak, jakby wyrosła przed nim spod ziemi, jak gdyby był tak pogrążony we własnych myślach, że w ogóle nie zauważył, że ona tu siedzi.

Spojrzała mu w oczy, najczarniejsze, jakie kiedykolwiek widziała, i uznała, że gość nie ma za grosz poczucia humoru. Rozbrzmiały jej wszystkie wewnętrzne sygnały alarmowe. Facet wyglądał bardzo dziwnie.

– Mówiłaś coś do mnie? – zapytał. Patrzył na nią zmrużonymi, przekrwionymi oczami. Brodę miał zaniedbaną. No i do tego ten podkoszulek ze świńskim tekstem. Rozumiała, że to miał być żart, ale napisała już wiele artykułów o handlu żywym towarem, dziecięcej prostytucji i zabójstwach honorowych. O młodych kobietach, które były traktowane jak rzeczy albo i gorzej. O całkiem zwyczajnych mężczyznach, którzy mordowali swoje dziewczyny i żony dlatego, że uważali, iż posiadają je i ich ciała na własność. Tekst na podkoszulku był wstrętny, nawet jeśli został pomyślany jako żart.

Powinna była przeprosić, siedzieć cicho i zignorować tego faceta.

– Wcale nie jesteś zabawny, mimo że tak ci się pewnie wydaje – powiedziała jednak. Cholerny typ.

Mężczyzna znieruchomiał. Wstrzymała oddech. „Zachowaj spokój”, rozkazała sobie w myślach. „Gość wygląda na śmiertelnie niebezpiecznego”. Mężczyzna gapił się na nią, jakby nie rozumiejąc, co powiedziała. Przeszedł ją dreszcz. To jego spojrzenie. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale potrząsnął tylko głową i odszedł.

Ambra opadła na oparcie. Krew znów zaczęła krążyć w jej żyłach. Bała się odwrócić i za nim spojrzeć. Miał w oczach i postawie coś, co mówiło jej, że tego mężczyzny lepiej nie prowokować. Włosy na karku stanęły jej dęba i domyśliła się, że musiał usiąść gdzieś za nią. Cholera, ale nienawidziła tego miasta.

4

Tom zerknął na plecy kobiety, która coś do niego syknęła. Był tak pogrążony w myślach, że nie usłyszał jej słów, zauważył tylko, że wygląda na wściekłą. Usiadł tak, żeby mieć możliwie najlepszy widok na cały lokal, mógł się jej przyglądać od tyłu, a jednocześnie za plecami miał ścianę. Szybko omiótł restaurację wzrokiem, a potem znów spojrzał na kobietę. Spod warstw ubrań, szalika i czapki wystawało tylko kilka czarnych loków. Kiedy syknęła, odruchowo zapamiętał bladą cerę, ciemne brwi i niemal świecące zielone oczy.

Nie była stąd, zdradzało to jej ubranie i nastawienie. A także coś trudnego do zdefiniowania w jej postawie i ruchach. Mieszkańcy Kiruny rzadko się śpieszyli i poruszali się w zupełnie innym tempie, bez takiej agresywnej impulsywności. Był prawie pewien, że to dziewczyna z dużego miasta. Siedziała, stukała w klawisze laptopa i co chwilę zerkała na telefon. Od czasu do czasu przesuwała wzrokiem po lokalu i brała łyk kawy. Wszystko robiła bardzo szybko i roztaczała nerwową aurę.

Tom też napił się kawy. W Ferrum podawali dobrą i podobało mu się, że restauracja jest taka duża. Od czasu niewoli źle znosił przebywanie w małych pomieszczeniach. Hotel był głównym miejscem spotkań w Kirunie. W dzień pełnił funkcję restauracji i kawiarni, a wieczorami pubu. Prędzej czy później każdy mieszkaniec Kiruny tu zaglądał.

Znów omiótł lokal wzrokiem. Robił to całkowicie automatycznie, analizował otoczenie. Odnotowywał, kto siedzi i na kogoś czeka, kto może stanowić zagrożenie. Robił to, w ogóle się nad tym nie zastanawiając. Patrzył na twarze, żeby się zorientować, czy widać na nich wrogość, na dłonie, żeby zobaczyć, czy nie trzymają broni. Zarówno na mężczyzn, jak i na kobiety.

Na dwa dni przed Wigilią w restauracji było sporo ludzi. Na co dzień odbywały się tu konferencje, ale teraz przeważali turyści i wczasowicze. Kiruna to popularny cel podróży. Można się tu było powozić psim zaprzęgiem, podziwiać zorzę i jeździć na nartach. Albo wyruszyć na nocną wyprawę skuterem po zamarzniętej rzece Torne, a potem napić się kawy przy kominku. Koncerny produkujące samochody wysyłały tu swoich ludzi, żeby testowali nowe modele na zimowych nawierzchniach, i w okolicy kręcono wiele reklam samochodów. Poza tym kawałek dalej znajdowała się baza Esrange Space Center, do której ciągnęli naukowcy zarówno ze Szwecji, jak i z całego świata. Ale ta brunetka o intensywnym spojrzeniu nie była ani testerką samochodów, ani badaczką kosmosu, tego Tom był pewien.

Jego oczy co chwilę wędrowały ku niej, choć sam nie wiedział dlaczego. Była tak wrogo nastawiona i najeżona, że udało jej się jakimś cudem przedrzeć przez tę mgłę, która go otaczała, i teraz nie potrafił przestać o niej myśleć. Sądząc z pozycji jej pleców, stukała teraz zajadle w klawisze komputera. Może była pisarką? Nie, pisarze zwykle nie są tak wkurzeni. Wręcz przeciwnie, ci nieliczni pisarze, których Tom spotkał, byli raczej cisi, siedzieli sobie i śnili na jawie. Właściwie nie powinien się tym przejmować, ale nie wiedział, dlaczego się tak wściekła. Odniósł wrażenie, że chodziło o niego. Jakby coś jej zrobił. Ale miał pamięć do twarzy i wiedział, że nigdy wcześniej się nie spotkali.

Zobaczył, że znów sprawdziła komórkę, i nagle go olśniło: dziennikarka. Nie była lokalną reporterką, musiała pracować dla którejś z wielkomiejskich gazet. Wszystko się zgadzało. Ale co tu robiła? Co było tak ważne, że dziennikarka ze stolicy – był prawie pewien, że przyjechała ze Sztokholmu – zjawiła się tutaj tuż przed świętami Bożego Narodzenia?Może miała w okolicy rodzinę i po prostu pracowała pomiędzy rodzinnymi spotkaniami? Wielu sztokholmskich dziennikarzy pochodziło z prowincji. Wiedział to, bo przez lata wielu ich spotkał. Szkolił ich i uczył zasad bezpieczeństwa. W miejscach, gdzie sytuacja była napięta, i w pobliżu okolic, w których toczyły się działania wojenne, zawsze roiło się od dziennikarzy, pomylonych łowców sensacji. Z wieloma z nich musiał się spierać, bo dziennikarze zawsze o wszystko się wykłócali. Wkurzał się na nich i na ich durne przekonanie, że są jedynymi osobami, które na serio walczą o demokrację. Przeprowadzali z nim wywiady i przekręcali jego słowa. Widział, jak ujawniają czyjeś dane tylko po to, żeby przyciągnąć większą liczbę czytelników. Przekręcają fakty i urządzają nagonki. Nie, nie lubił dziennikarzy.

Opuścił wzrok i spojrzał w stół. Wciąż czuł skutki ataku paniki, który miał tego ranka. To był jeden z jego gorszych dni. Nie pojmował, jak to możliwe, że wszystko zmieniało się bez żadnej logicznej przyczyny. Nigdy nie wiedział, kiedy dopadnie go panika, kiedy jakiś dźwięk wywoła u niego przesadną reakcję. Sytuacji nie poprawiały te wszystkie petardy, które dzieciaki bez przerwy odpalały. Do sylwestra został ponad tydzień, fajerwerki były na razie zabronione, ale i tak co chwilę coś gdzieś wybuchało.

Parę dni temu, gdy za jego plecami ktoś odpalił petardę, zupełnie odruchowo wskoczył w zaspę. Serce mu waliło, pole widzenia się zawęziło i dopiero kiedy się opamiętał, zrozumiał, że rzucił się na dziecko, żeby zakryć je swoim ciałem, a teraz to dziecko leżało pod nim, a jego rozhisteryzowana matka stała obok i waliła go w plecy. Dziecko ryczało, matka krzyczała. Wymamrotał jakieś przeprosiny i szybko stamtąd odszedł.

Dziennikarka wstała. Rozmawiała z kimś przez telefon. Skorzystała z okazji i zaczęła się przeciągać, masować sobie kark i zataczać ramionami koła. Skrzywiła się, jak gdyby ruch sprawiał jej ból. Miała długie nogi, ale poza tym nie widział jej figury pod tymi wszystkimi ubraniami. Nie żeby siedział i taksował ją wzrokiem. Po prostu wszystko zauważał. Rozmawiając, ani na moment nie spuszczała oka z komputera.

Potem wszystko się zmieniło.

Tom zapomniał o dziennikarce i o wszystkim.

Do restauracji weszła Ona i prawie mu zaparło dech w piersiach.

Ellinor.

Boże, to naprawdę ona.

Czy przyszedł tu tylko dlatego, że każdy prędzej czy później tu trafiał i liczył na to, że Ellinor też tu zajrzy? Szczerze mówiąc, sam nie wiedział. Jego mózg nie działał tak jak zwykle. Czasem zastanawiał się nawet, czy nie zaczyna wariować. Ale był w Kirunie z powodu Ellinor, miał nadzieję, że ona mimo tego, co się wydarzyło, nadal go potrzebuje i że za nim tęskni tak, jak on tęsknił za nią.

Nie odrywał od niej wzroku, gdy podeszła do kasy. Była energiczna i wyprostowana. Wyglądała na zdrową i wesołą. Wysportowana dziewczyna, która kocha jeździć na nartach i pływać, kocha młodzież i zwierzęta, najwyraźniej kocha cały świat oprócz niego, Toma Lexingtona.

Zamówiła, a potem się rozejrzała. Jej spojrzenie wędrowało po twarzach gości.

Tom siedział kompletnie nieruchomo.

W końcu go dostrzegła.

Zamarła w połowie ruchu. Tom wpatrywał się w nią. A ona w niego. Wszystkie dźwięki zniknęły. Jak gdyby między nimi powstał korytarz. Tom wstrzymał oddech, bał się poruszyć. „Proszę, nie idź, niezależnie od tego, co się stanie”, pomyślał.Jeśli chodziło o Ellinor, popełnił tak wiele błędów.

„Jeżeli zostanie, potraktuję to jak znak. Proszę, nie idź. Daj mi jeszcze jedną szansę”.

Wahała się.

Wciąż wstrzymywał oddech. Zalały go wspomnienia.

Poznał Ellinor Bergman w Kirunie, gdy miał dwadzieścia jeden lat. Ellinor miała osiemnaście lat, bujne blond włosy i usta, które prawie zawsze się uśmiechały. Siedziała przy stole ze znajomymi, on przy innym ze swoimi.

– Jesteś stąd? – zapytał, gdy wpadli na siebie przy barze.

– Tak. A ty?

– Studiuję w szkole oficerskiej, przyjechałem tu na staż w moim dawnym batalionie.

– Komandos? – zapytała i się uśmiechnęła.

Tom pokiwał głową. Może spodziewał się, że jej tym zaimponuje. Większość dziewczyn patrzyła na niego z podziwem, gdy mówił, że jest komandosem i oficerem.

– Mój tata jest wojskowym – wyjaśniła.

– A ty co robisz? – zapytał.

– Chodzę do liceum. Dziś kończę osiemnaście lat. Przyszliśmy to oblać.

– W takim razie może dasz się zaprosić na urodzinowego drinka?

Dała.

Przegadali cały wieczór. Ellinor nieźle się wstawiła i ostro z nim flirtowała. Tom próbował za nią nadążyć, mimo że nigdy nie był typem flirciarza.

Tamtej nocy nie przespali się ze sobą. Od razu czuł, że Ellinor to coś więcej niż przypadkowa podrywka, chciał więc działać wolno. Poza tym ona wciąż mieszkała z rodzicami. Przez następne tygodnie o nią zabiegał. Zapraszał do kina i na kolacje. Wkrótce się w niej zakochał. Nic w tym dziwnego, bo Ellinor była bardzo kontaktowa. Wesoła, optymistyczna, niefrasobliwa i pogodna. Miła, nieskomplikowana dziewczyna. A do tego ładna.

Pierwszy raz kochali się u niej w domu, pewnego wieczora, gdy jej rodzice gdzieś wyjechali. To nie był jego pierwszy raz, jej też nie. Było pięknie i wiedział, że ona jest Tą Właściwą. Z nią wszystko było takie proste. Gdy musiał się uczyć, ona znajdowała sobie coś do zrobienia. Miała mnóstwo przyjaciół, masę różnych zajęć i tryskała energią. Studiując i robiąc różne kursy, musiał jeździć po całym kraju, ale kiedy tylko mógł, zaglądał do Kiruny, żeby spędzić trochę czasu z Ellinor.

– Nie chcę całe życie mieszkać w Kirunie – powiedziała, gdy skończyła liceum.

Pocałował ją w czubek nosa i zapytał:

– A gdzie w takim razie chcesz mieszkać?

– W Sztokholmie. Z tobą.

Kiedy Tom dostał awans na kapitana, zamieszkali w Sztokholmie. Kupili mieszkanie i czuli się dorośli. Ellinor studiowała i od czasu do czasu gdzieś dorabiała. Tom dużo pracował. Bywały takie tygodnie, że praktycznie się nie widywali.

Miewali gorsze okresy, ale jaka para ich nie ma? Po czterech latach znajomości się zaręczyli.

– Tom, czuję, że to jest to – powiedziała Ellinor, kiedy wsuwał jej na palec pierścionek.

On nie miał wątpliwości, że już zawsze będą razem.

Życie płynęło. Ellinor została zatrudniona jako nauczycielka w jednej ze szkół w centrum miasta. Dokształcała się, zmieniła pracę. On ciężko harował. Płynęły lata i pomijając fakt, że wyjeżdżał za granicę na tajne misje, byli jak każda inna para żyjąca w dużym mieście i pozbawiona większych trosk. Tak mu się przynajmniej wydawało.

Pewnego czerwcowego dnia Ellinor stanęła w progu kuchni, którą właśnie zaczęli remontować, głowę oparła o futrynę. Spojrzała na niego i westchnęła.

– Musimy porozmawiać – powiedziała.

W pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na dziwny ton jej głosu. Myślami był gdzie indziej. Podniósł wzrok znad porannej gazety i zapytał:

– A możemy później? W pracy mnóstwo się dzieje.

Skrzyżowała ręce na piersi.

– U ciebie zawsze mnóstwo się dzieje. Chcę z tobą porozmawiać. Teraz – powiedziała. Wyglądała, jakby zbierała się w sobie, zaczął przeczuwać nadciągającą katastrofę. – Spałam z innym.

Poczuł się tak, jakby ktoś go uderzył.

– Z kim? – zapytał, nie mogąc uwierzyć w to, co się działo.

– To nie ma znaczenia.

– Dla mnie to ma ogromne znaczenie. To coś poważnego?

– To, że spałam z innym? Tak, to dość poważna sprawa.

Potem zaczęła płakać. Tom czuł się dziwnie nieobecny. W pracy naprawdę dużo się działo. Jego firma, Lodestar Security Group, rosła w rekordowym tempie, zajmowali się aktualnie skomplikowanymi przetargami, a jeden z ich klientów z Bagdadu stracił właśnie część personelu w wyniku samobójczego zamachu bombowego.

– Nie wiem, co powiedzieć – oznajmił bezsilnie.

– Nie jesteś zły? Niczego nie czujesz? Czegokolwiek?

– Kocham cię, Ellinor. Co mam ci jeszcze powiedzieć?

Potrząsnęła głową.

– W takim razie nic nie mów. W tym jesteś najlepszy. To koniec, Tom. To już nie działa.

– Co nie działa? Powiedz. Proszę. Zrobię wszystko.

– To już bez znaczenia.

Nie rozumiał, jak to się stało. Naprawdę niczego takiego się nie spodziewał. Czuł dominujące poczucie nierzeczywistości.

– Wiem, że dużo pracowałem.

– Nie tylko o to chodzi. Już podjęłam decyzję.

– Ellinor, proszę. Możesz chyba zaczekać, możemy chyba porozmawiać?

– Nie wiem, czy jest sens.

Zadzwoniła jego komórka. Dzwonili z Iraku.

– Muszę odebrać – rzucił odruchowo.

Posłała mu znaczące spojrzenie, ale nic nie powiedziała, po prostu pozwoliła mu wyjść.

Przez dwa dni pracował jak automat. Ellinor przysłała mu wiadomość, w której poinformowała go, że jedzie do rodziców wszystko przemyśleć. Jej rodzice go lubili, on ich też, uznał, że to dobry pomysł i że może im uda się przemówić jej do rozsądku. Wtedy jeszcze nie wiedział, że esemes od Ellinor to ostatnia wiadomość od niej i że przez najbliższe kilka miesięcy nie będą mieć ze sobą kontaktu. Czy gdyby miał tego świadomość, postąpiłby inaczej?

Dzień później odebrał telefon od swojego przyjaciela Davida i poleciał do Czadu, gdzie dowodził operacją, rozbił się helikopterem na pustyni i został wzięty do niewoli. Jego bliscy sądzili, że zginął. Podróż, która miała potrwać tylko kilka dni, która miała uspokoić sytuację, wszystko zmieniła. Do Szwecji wrócił po czterech miesiącach, w październiku. A wtedy Ellinor zdążyła już wynająć ich mieszkanie, wrócić do Kiruny i zacząć układać sobie życie na nowo.

Co za cholerne wyrażenie.

„Układać życie na nowo”.

Patrząc teraz na nią w hotelowej restauracji, uświadomił sobie, że nie widzieli się od tamtego czerwcowego poranka.

Zadzwonił do niej, jak tylko został uwolniony i wrócił do Szwecji. Ucieszyła się, że żyje. Nie chciał, żeby odwiedzała go w szpitalu, a później już nie wspominała o przyjeździe do Sztokholmu. Powiedziała, że lepiej, żeby się nie widzieli.

Ellinor wzięła kubek z herbatą i wolno, niemal z wahaniem, ruszyła w jego stronę. Tom bał się oddychać. Wpatrywał się w jej twarz, szukając jakiegoś znaku… czegokolwiek. Wyglądała dokładnie tak jak zawsze. Fakt, że tu była, że w końcu się zobaczyli, musiał coś znaczyć.

Jeżeli tylko da mu jeszcze jedną szansę, naprawi wszystko, co zniszczył, będzie takim mężczyzną, jakiego chciała, takim, na jakiego zasługiwała. To, że znów ją zobaczył… Niemal przestał oddychać.

Podeszła do jego stolika, przekrzywiła głowę i wbiła spojrzenie w jego klatkę piersiową.

– Co za tekst. Czegoś takiego się po tobie nie spodziewałam – powiedziała, unosząc brew.

Nie zrozumiał. Potem zaskoczył i spojrzał w dół. Najwyraźniej miał na sobie kraciastą koszulę. Nie pamiętał, że ją wkładał. Pod nią zobaczył czarny podkoszulek, który wciągnął na siebie, nawet na niego nie patrząc. Przeczytał teraz biały tekst, który widniał na, jak mu się wydawało, jego zwyczajnym, całkiem czarnym podkoszulku. FBI. A pod tym: „Female Body Inspector”.

Aha. To trochę wyjaśniało. Zarówno zdziwienie Ellinor, jak i reakcję najeżonej dziennikarki. Rzucił okiem w stronę jej stolika, ale wyglądała na całkowicie skoncentrowaną na swoim laptopie.

– To nie mój – wyjaśnił Ellinor, choć to nie o podkoszulkach powinni byli rozmawiać. – Syn kobiety, która u mnie sprząta, to prawdziwy drań. Ten podkoszulek musi należeć do niego, pewnie wrzuciła moje i jego rzeczy do jednej pralki.

Ellinor uważnie mu się przyjrzała.

– Wyglądasz na zmęczonego – stwierdziła w końcu.

Nadal stała. Chciałby, żeby jak zawsze usiadła z herbatą naprzeciwko niego i powiedziała, że zmieniła zdanie i że wcale nie zaczęła sobie układać życia na nowo.

Ale nie usiadła. Stała i lustrowała go wzrokiem.

– Schudłeś – dodała.

Tom przesunął dłonią po czole.

– Mam się świetnie – skłamał.

– Za dużo pijesz – stwierdziła.

Spojrzał na nią pytająco. Skąd mogła to wiedzieć?

Znów się uśmiechnęła, tym łagodnym uśmiechem, którego wspomnienia desperacko się chwytał, gdy jego porywacze się nad nim pastwili.

– Tutaj niczego nie utrzymasz w tajemnicy – odparła, przepraszająco wzruszając ramionami. – Jedna z dziewczyn z mojego klubu książkowego pracuje w Systembolaget. Kiedyś ją poznałeś. Powiedziała, że wiele razy kupowałeś mnóstwo alkoholu. Nigdy wcześniej nie miałeś chyba problemów z piciem, prawda?

– Nie – przyznał. Ale tak było, zanim spędził kilka miesięcy w niewoli, podczas której jego strażnicy codziennie go bili i nienawidzili jego i wszystkiego, co sobą reprezentował. Po powrocie do domu dostał recepty na różne leki, ale branie psychotropów mu nie pasowało. Zamiast nich zastosował autorską terapię alkoholem. Cholernie mądre.

– Musisz przestać do mnie wydzwaniać w takim stanie – powiedziała cicho.

Wstydził się, słysząc, że zredukowała go do kogoś, kto po pijaku dzwoni do swojej byłej. W tym rzecz. On nie traktował jej jako swojej byłej.

– Co ty w nim widzisz? – zapytał i od razu pożałował swoich słów.

Skuliła się.

– Tom…

– Przepraszam. Może na chwilę usiądziesz?

Rozejrzała się, a potem opadła na krzesło i postawiła na stole kubek z herbatą.

– Przepraszam, wiem, że to moja wina, że czujesz się tak, jak się czujesz.

– To nie twoja wina – zaprotestował. „W każdym razie nie tylko twoja”, dodał w myślach.

– Wiesz, co mam na myśli – powiedziała, dmuchając na herbatę.

– Powiedziałaś, że między nami koniec, zanim wyjechałem. Nie mogłaś wiedzieć, co się stanie.

– Myślałam, że nie żyjesz. Tak nam powiedziano.

– I wtedy tu wróciłaś.

– Tak.

– Jak długo z nim byłaś? Zanim mi powiedziałaś? – zapytał. Zastanawiał się, czy chodziło o dni, tygodnie czy miesiące. Nie miał pojęcia. Nie był pewien, czy chce to wiedzieć. Odeszła od niego, on pojechał do Czadu, a potem, kiedy on marniał w niewoli, ona zaczęła nowe życie.

Ellinor przesuwała palcem po krawędzi kubka.

– A jakie to ma znaczenie? – zapytała.

– Pewnie żadnego – odparł.

– Przepraszam. Ostatnie, czego chciałam, to cię zranić. To było straszne, myśleć, że nie żyjesz… Zwłaszcza po tym, jak… – Umilkła i zapatrzyła się w herbatę.

– Po tym, jak złamałaś mi serce? – powiedział Tom, starając się nadać swoim słowom żartobliwy ton, ale podejrzewał, że nie za bardzo mu to wyszło.

Ellinor wyglądała na udręczoną.

– Przepraszam – powiedziała. – Nie chciałam tego. Ale między nami od dawna się nie układało. Musisz to przyznać.

Tom był innego zdania. Wydawało mu się, że dobrze im ze sobą, wiadomość, że Ellinor jest niezadowolona, była dla niego jak grom z jasnego nieba.

– Naprawdę jesteś z nim szczęśliwa? – zapytał. Sądził, że to niemożliwe. Jak mogła być szczęśliwa z kimś innym?

– Tak. Jestem z nim szczęśliwa. Z Nilasem.

Nilas. Cholera, co to za imię?

– Naprawdę nie najlepiej wyglądasz. Może powinieneś z kimś porozmawiać?

– Już rozmawiałem. Z taką jedną psycholog.

Ellinor się rozpromieniła.

– Wspaniale! Bardzo się cieszę.

Tom się skrzywił. Nie lubił psychologów.

Pierwszy atak nastąpił dwa dni po tym, jak wrócił do pracy. Po przyjeździe do Szwecji najpierw trafił do szpitala. Był niedożywiony i miał infekcje. Dzień po wyjściu ze szpitala pojechał do biura. Chciał się rzucić w wir pracy. Padało, a liście na drzewach były żółte. Dwa pierwsze dni minęły bez niespodzianek. Trzeciego dnia mieli zebranie. Szwedzki biznesmen został porwany w Pakistanie. Dyskutowali o tym, czy przyjąć zlecenie i spróbować go odbić. Jak wiele razy wcześniej. Cały czas dostawali podobne prośby. Byli ekspertami w tej dziedzinie. Rozmawiali o broni i różnych strategiach. Nagle zrobiło mu się niedobrze. W pierwszej chwili sądził, że czymś się zatruł. Potem poczuł, że cały się trzęsie.

Nigdy wcześniej nie przeżył czegoś podobnego.

Zaczął się okropnie pocić. Pomyślał, że to cholerna ironia, iż po tym, co przeszedł, umrze na zawał.

– Tom? – zapytał jeden z kolegów z niepokojem w głosie.Głos kolegi docierał jakby przez wodę.

Z tego, co się później działo, pamiętał tylko podniesione głosy, urywki rozmowy telefonicznej i szaleńczą jazdę karetką do szpitala. Zabiegany lekarz pogotowia zrobił mu EKG, pobrał krew do badania i posłuchał jego oddechu.

– To tylko atak paniki – oznajmił i pognał dalej, prawdopodobnie do kogoś, kto naprawdę był chory.

Ponieważ Lodestar opłacało cholernie kosztowny pakiet medyczny, ich szef działu HR uparł się, żeby Tom zgłosił się do psychologa.

– Gwałtowna reakcja na stres, atak paniki i prawdopodobnie niezdiagnozowany zespół stresu pourazowego – powiedziała psycholog i spojrzała na niego przez swoje szkła w metalowych oprawkach.

– Czyli nic poważnego – odparł Tom z wymuszonym śmiechem.

– Powiedziałabym, że to dość poważne.

– Ale to chyba przejdzie, prawda?

Lekarka przyglądała mu się przez chwilę.

– To zależy – powiedziała.

– Od czego? – zapytał Tom.

– Od pana.

Typowa psychologiczna gadka.

– Co mam w takim razie zrobić?

Psycholog coś zanotowała.

– Czego pan oczekuje? – zapytała. Zabrzmiało to tak, jakby nie mogła dać mu rady.

– Chcę wyzdrowieć, wydawało mi się, że to oczywiste.

– Oczywiście. Ale co ma pan zamiar zrobić, gdy poczuje się pan lepiej? Czego pan oczekuje?

Konsultacja była droga, a Tom myślał tylko o tym, że jedyne, czego pragnie, to odzyskać Ellinor.

Tydzień później wziął wolne w pracy, zrobił sobie przerwę od Sztokholmu, od wszystkiego i wyruszył do Kiruny. Ale Ellinor była uparta. Nie chciała się z nim spotkać, nie widziała w tym sensu. Choć teraz tu była. To mimo wszystko musiał być jakiś znak. Może chodziło tylko o spóźniony kryzys trzydziestolatki? Albo jakiś inny kryzys, w końcu byli razem tak długo, a w takim przypadku, w ogóle by jej nie winił.

– Brakuje mi ciebie – powiedział teraz.

Ellinor zaczęła szybciej mieszać herbatę.

– Tom… – zaczęła. Odwróciła wzrok i przygryzła wargę.

– Daj mi jeszcze jedną szansę, proszę – powiedział. Był pewien, że jeśli tylko ją odzyska, wszystko znów będzie dobrze.

– Muszę już iść – odparła. Wstała i objęła torebkę.

Spojrzał na jej dłonie. Przestała nosić obrączkę. No jasne.

Podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.

– Kiedy nadeszła wiadomość o twojej śmierci, musiałam przejrzeć twoje rzeczy. Nasze rzeczy. Twoją obrączkę wysłałam do twojej mamy. Oczywiście strasznie przeżyła informację o twojej śmierci. Chcesz z powrotem moją obrączkę? W końcu to ty za nią zapłaciłeś.

– Nie, ona jest twoja – odparł zduszonym głosem.

Wyglądała, jakby się wahała, jakby nie wiedziała, jak się z nim pożegnać. Miał ochotę powiedzieć: „Nie idź! Zostań. Nie zostawiaj mnie”.

– Uważaj na siebie – powiedziała.

Patrzył, jak odchodzi. Siedział całkowicie pozbawiony tej energii, którą, jak mu się wcześniej wydawało, udało mu się zebrać.

Nie wiedział, co ze sobą zrobić.

Zerknął w stronę stolika, przy którym siedziała nerwowa dziennikarka, ale gdzieś zniknęła, gdy on rozmawiał z Ellinor. Laptopa też nie było. Został po niej tylko biały kubek z wąskim śladem czerwonej szminki.

5

Ambra tupała, żeby się rozgrzać. Wpatrywała się w wystawę sklepową i myślała. Czy powinna zadzwonić do Grace i powiedzieć, że z tego tematu chyba nic nie wyjdzie? Choć Grace na pewno miała teraz w terenie co najmniej dziesięciu reporterów. Setki krajowych i międzynarodowych wiadomości do przeczytania i zakwalifikowania, bez przerwy, godzina po godzinie. Jakaś tam pojedyncza reporterka za kołem podbiegunowym, która nie mogła złapać średnio ważnej rozmówczyni, z pewnością nie była dla niej priorytetem.

Ambra tęskniła za Sztokholmem i redakcją. Chciała być tam, gdzie coś się dzieje, kochała szybkie tempo i atmosferę biura i nienawidziła tego cholernego miasta. A co jeśli właśnie teraz działo się coś naprawdę ważnego, co omijało ją tylko dlatego, że tu była?

Był taki czas, zaledwie kilka lat temu, kiedy mogła robić naprawdę ważne reportaże i pisać teksty, które miały wpływ na rzeczywistość. Tak było, zanim dostali nowego redaktora naczelnego. Potem wszystko szło nie tak. Ona i Dan Persson nadawali na różnych falach. Na samą myśl o tym zaczynał ją boleć brzuch. Jej jedynym marzeniem pozostawała praca w „Aftonbladet”. Niczego innego nie pragnęła. Wiedziała, że wiele osób sądzi, że jest pewna siebie, ale wcale taka nie była. Nie chciała stracić pracy. Nie mogła. Nie wiedziała, co by ze sobą zrobiła, gdyby nie mogła być reporterką.

Ruszyła dalej, chuchając pod rękawiczki na dłonie, żeby trochę je ogrzać. Minęła jeden ze sklepów dla turystów. Wszędzie było ich pełno. Oferowały jazdę na skuterach śnieżnych, oglądanie zorzy polarnej, przejażdżki psimi zaprzęgami i łowienie ryb pod lodem. Przystanęła. Wystawę wypełniały lapońskie ozdoby bożonarodzeniowe, pamiątki i kosmate czapki. Paczki przewiązane czerwonymi wstążkami tworzyły świąteczny nastrój. W oko wpadły jej nauszniki. Wiedziała, że to najbardziej obciachowy dodatek na świecie, ale kiedy była mała, marzyła o takich tak bardzo, że nie mogła myśleć o niczym innym. Oczywiście ich nie dostała. Ale w ogóle nie dostawała prezentów pod choinkę.

Odwróciła się, obiecała sobie, że nie będzie myśleć o zbliżających się świętach. To w końcu tylko kilka dni, przez które trzeba jakoś przebrnąć, ale i tak czuła coraz większe przygnębienie, im bliżej były. W jej stronę szła dziesięcioletnia dziewczynka w towarzystwie mężczyzny, prawdopodobnie ojca. Rozmawiali, tata trzymał ją mocno za rękę, słuchał, przytakiwał i głaskał ją po głowie. Ambra przełknęła ślinę i odwróciła wzrok.

Szybkim krokiem ruszyła przez ulicę. Nagle zadzwoniła jej komórka.

Bogu niech będą dzięki! Alleluja! W końcu! Szybko odebrała i jednocześnie podłączyła przewód słuchawek, a potem włożyła je sobie do uszu.

– Dzień dobry, tu Elsa – powiedziała kobieta.

– Dzień dobry, jak się pani ma? – zapytała Ambra.

– Dziękuję, dobrze – odparła Elsa i chyba zachichotała.

Ambra spojrzała na zegarek. Było parę minut po piątej.

– Cieszę się, że pani dzwoni. Mogę wpaść z wizytą? Teraz? Albo jutro?

– Nie, dzisiaj nie. Będę miała gościa. A jutro jest ostatni dzień przed Wigilią – odparła Elsa.

– Ja jutro mogę – powiedziała Ambra pośpiesznie. Miała nadzieję, że Elsa nigdzie nie wyjeżdża i że nie będzie miała u siebie trzydziestki krewnych. – Odpowiada to pani?

– Oczywiście.

– Mogę do pani zajrzeć razem z fotografem?

Cisza.

– Pani Elso?

Elsa znów zachichotała i Ambra była gotowa przysiąc, że jej rozmówczyni jest lekko wstawiona.

– Przepraszam – powiedziała Elsa po chwili. – Oczywiście, moja droga.

– Możemy przyjść o dziesiątej?

Elsa powiedziała, że będzie na nich czekać, i Ambra się rozłączyła, nie do końca ufając starszej pani. Wyciągnęła jedną słuchawkę z ucha i zaczęła tupać, żeby pobudzić krążenie w nogach. Telefon znów zadzwonił. „Cholera”, pomyślała, „zmieniła zdanie?”. Ale to nie Elsa dzwoniła. To była Jill.

– Jesteś w pracy? – zapytała Jill, jak tylko Ambra odebrała.

– Nie, w Kirunie – powiedziała. Złapała swoje odbicie w szybie kolejnego sklepu. Telefon w dłoni, słuchawka w uchu. Czasem odnosiła wrażenie, że nie robi nic poza rozmawianiem przez telefon. – A ty?

Jill była artystką i więcej czasu spędzała w podróży niż w domu.

– Jestem taka zmęczona, że nawet nie pamiętam, jak nazywa się to miasto, w którym teraz jestem. Co tam robisz? Myślałam, że nienawidzisz Kiruny.

Ambra zobaczyła w szybie, że rozciąga usta w uśmiechu.

– Nienawidzę prawie wszystkiego.

– To prawda. Ja też. U ciebie wszystko dobrze? Jesteś pewna, że nie chcesz żadnego prezentu pod choinkę?

– Całkowicie – odpowiedziała Ambra zdecydowanie.

Jill zarabiała przez tydzień mniej więcej tyle, ile Ambra przez rok, kiedy więc dawały sobie prezenty, łatwo dochodziło do niezręcznych sytuacji. Posiadanie przybranej siostry, która jest jedną z najpopularniejszych szwedzkich piosenkarek, nie było tak zupełnie pozbawione komplikacji.

– Zaraz mam występ – powiedziała Jill. – Potem tutejszy gubernator zaprasza mnie na kolację. Chciałam tylko się dowiedzieć, co u ciebie. Najchętniej w ogóle bym nie szła na tę kolację. Mają być kanapeczki, bąbelki, pięć dań i masa nudnych ludzi.

– Twój wieczór zapowiada się ciekawiej niż mój.

– Na dłuższą metę wszystko się może znudzić. No nic, muszę rozgrzać głos. Nie zapracuj się na śmierć. Buziaczki.

To był jakiś nowy zwyczaj Jill. Ambra widziała to też na Instagramie. „Buziaczki”. Nie znosiła tego. Jill obracała się w dziwacznym artystycznym świecie, w którym obowiązywały osobliwe zwyczaje. Ambra nigdy ich nie rozumiała.

– Na razie – powiedziała i zakończyła rozmowę.

Zadarła głowę i spojrzała w niebo. Pamiętała je z dzieciństwa. Tu, na północy, gwiazdy świeciły bardzo jasno. Czy astronomowie też doświadczali takich konfliktów jak ona w redakcji? Walka o przychylność szefa, o atrakcyjne tematy, pełne nienawiści maile wysyłane przez anonimowych nadawców. Jasne, że tak. Świat naukowców przypominał jedną wielką operę mydlaną. Na początku swojej kariery napisała reportaż o wykładowcy, który za łapówki podnosił studentom oceny. W tekście podała, o którą uczelnię chodziło. Po tym reportażu po raz pierwszy ktoś jej groził. Tamten list nadal wisiał nad jej biurkiem oprawiony w ramkę. Możliwe, że było to nieco zatrważające. Ale nie tak zatrważające jak grożenie młodej dziennikarce gwałtem analnym. Nie wspominano o tym w opisie pracy reportera. O tym, że praktycznie każdego dnia będzie nazywana dziwką, zdzirą i zdrajczynią.

Postanowiła się przejść jeszcze kawałek. Wprawdzie umierała z zimna, ale chciała przewietrzyć głowę. Śnieg skrzypiał pod stopami. Przeszła na drugą stronę ulicy. Powietrze było tak zimne, że aż się skrzyło w świetle latarni. Wokół unosił się zapach pierniczków i grzanego wina. Kojarzył się ze wspólnotą. „Ale niedługo będzie po wszystkim”, pomyślała, „i do następnych świąt zostanie cały rok”.

Wsunęła ręce głębiej do kieszeni. W jej stronę szło dwóch mężczyzn w średnim wieku. Głośno rozmawiali i mocno gestykulowali, mieli eleganckie spodnie i nowiutkie kurtki zimowe. Szli prosto na nią. Ambra przesunęła się na skraj krawężnika, ale mężczyźni nie zostawili dla niej miejsca i w ostatniej chwili zeszła na ulicę, żeby jej nie stratowali. Odwróciła się i rzuciła im złe spojrzenie, ale oni nadal szli tak, jakby należał do nich cały chodnik i cały świat. Pochłonięci tym, jacy to są ważni, śmiejący się i poklepujący nawzajem po plecach. Czytała o tym fenomenie. To kobiety częściej ustępowały z drogi w takich sytuacjach. Zaczęła się zastanawiać, czy ci dwaj mężczyźni należeli do tych, którzy na Facebooku żartowali, że ludzie powinni się zaangażować w naprawdę ważne sprawy, a nie zajmować wydumaną dyskryminacją ze względu na płeć, i równocześnie nie dostrzegali swojego zachowania, swojego samozadowolenia.