Strona główna » Obyczajowe i romanse » Winna

Winna

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66234-51-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Winna

Ona jest zawsze Winna

Wendy jest wyczerpana. Otaczają ją toksyczni ludzie: jej ojciec, który obwinia ją o wypadek z przeszłości i jej były ukochany, który ją zdradził, a mimo to cały czas kobieta go widuję. W końcu Warren pracuje dla jej ojca.

Wendy czuje, że pętla wokół jej szyi z każdym dniem coraz bardziej się zaciska. Nadzieją na odmianę jej życia i odrobinę szczęścia staje się wojskowy Jim. Jednak kobieta szybko się przekona, że mężczyzna nie jest tym, za kogo się podaje.

Jeśli Wendy miała nadzieję, że zasługuje na to, aby być szczęśliwa, może się okazać, że los znowu sprawi, że jej życie skomplikuje się jeszcze bardziej. W końcu to ona jest zawsze Winna...

Alicja Sinicka, autorka "Oczu wilka" powraca z niezwykle wyczekiwaną powieścią!

__

O autorce:

Alicja Sinicka młoda, polska autorka, która zadebiutowała bardzo dobrze przyjętym w Polsce tytułem "Oczy wilka". Fani są ciekawi, czy i tym razem ich zaskoczy i czy jej powieść okaże się równie wielkim bestsellerem, jak jej debiut. Autorka na co dzień poświęca się roli matki i żony, jest też miłośniczką psów. Zawodowo jest inżynierem i ekonomistką, a każdą wolną chwilę poświęca pisaniu, które jest jej wielką pasją. Pochodzi z Oławy.

Polecane książki

Pełna namiętności i pasji historia miłości osadzona we współczesnym Hollywood Bezkompromisowy Seth Rafferty jest scenografem, który doskonale zna naczelną zasadę Hollywood, aby nie angażować się w związki z filmowymi gwiazdkami. Wiele razy przekonał się, że piękne aktorki nie mają do zaoferowania ni...
Zbiór ciekawie opowiedzianych (w formie rymowanych wierszyków) i pięknie ilustrowanych krótkich bajek na dobranoc dla najmłodszych dzieci: Piesek Osesek, Kucyk Pucek, Kurka Koko, Psotny kotek, Królik Lolek, Wlazł kotek na płotek, Sroczka, Mam trzy latka, A-a-a, kotki dwa, Kosi, kosi łapci, Sarenka I...
Młody Amerykanin z podniszczoną fotografią w ręku przybywa na Ukrainę w poszukiwaniu kobiety, która w czasie wojny ukrywała jego dziadka. W towarzystwie wyjątkowo niekompetentnego tłumacza i starca nawiedzanego przez wojenne wspomnienia przemierza zaniedbaną okolicę, z każdym krokiem cofając się w p...
Albert Einstein uosabia bezkompromisowy sprzeciw wobec nazizmu. Część niemieckich naukowców przyjęła jednak entuzjastycznie zasady narodowego socjalizmu. Lecz większość  zawarła z nową władzą faustowski pakt, zyskując fundusze, uznanie i możliwość kariery w zamian za poparcie polityki, która znalazł...
Skorzystaj z cennej wiedzy specjalistów i popraw kondycję Swojego kręgosłupa i stawów.- Radzimy np. jak zwalczać ból, jak przygotować miejsce do spania i jak siedzieć, aby nie obciążać kręgosłupa albo jaki sport uprawiać, aby nie narażać się na niepotrzebne kontuzje.- Wyjaśniamy, na czym polegają ró...
„Willa” to przede wszystkim mocne wizerunki kobiet oraz pasjonująca dramatyczna historia, a właściwie dwie: historia miłości i świętej zdrady Ewy oraz historia samopoznania i wyzwalania się Marzeny; pierwsza jest żoną komunistycznego dygnitarza, druga - popularnego pisarza, by nie powiedzieć celebry...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Alicja Sinicka

Rafałowi

Uzależniona. Od twoich gestów, spojrzeń, głosu. Nie umiem dostrzec tego, co oczywiste.

Rozdział 1

– Kiedy to się skończy? – szepczę do siebie, przebierając palcami po kierownicy.

Otacza mnie poranny zgiełk, szumy pracujących silników i promienie czerwcowego słońca muskające moją twarz za każdym razem, gdy zbliżam ją do okna. Opadają na budynki, mieszaninę kształtów, kolorów i stylów. Wzdłuż drogi ciągną się rzędy starych kamienic przepasanych wstęgami wiktoriańskich ozdób, florystycznych płaskorzeźb, orientalnych wzorów. W oddali szklane wieżowce pną się ku słońcu. Eklektyzm w murach, eklektyzm w sercach.

Przed chwilą wjechałam na główną ulicę i po raz kolejny utknęłam w korku. Niestety, przez trwające od tygodnia roboty drogowe to właśnie tu spędzam dobre dwadzieścia minut, na przemian stojąc w miejscu lub jadąc powoli do przodu. Jeżeli utknę w korku na więcej niż pół godziny, to z pewnością spóźnię się do pracy. Zerkam w kierunku telefonu wpiętego w uchwyt przymocowany do szyby i zastanawiam się, czy już pisać SMS do Emmy, żeby mnie zastąpiła. Postanawiam z tym zaczekać.

Podjeżdżam kilka metrów i znowu zastygam między samochodami, z zazdrością spoglądając na auta jadące z naprzeciwka. W drugą stronę ruch przebiega płynnie i szybko. Mijają mnie kolejne pary oczu. Dużych, niebieskich, ciemnych, skośnych, okrągłych. Błyszczących sukcesem, zmęczonych biedą, chowających się za okularami przeciwsłonecznymi. Nigdy ich nie nosiłam. Może powinnam zacząć? Sięgam do torebki. Wyciągam z niej porysowaną granatową puderniczkę, korektor i tusz do rzęs. Robię sobie makijaż. Chcę ukryć smutek malujący się na mojej twarzy. Ta od kilku dni nie należy do dwudziestopięciolatki. Jestem starsza, trochę spuchnięta. Niedoskonałości staram się przykryć zielonym korektorem. Podobno ten odcień jest najlepszy na sińce pod oczami, które dobrze oddają stan mojego umysłu. Jest nijaki. Czuję się tak, jakbym zgubiła coś ważnego. Brak tego czegoś wpływa negatywnie na wszystkie moje myśli. Obiecałam sobie, że upcham je do małej szufladki gdzieś głęboko, ale one co rusz się z niej wykradają, zalewając mnie wspomnieniami, które są jak te sińce. Sprawiają, że robię się szara. Powtarzam sobie, że to nie jest tego warte, ale jakaś część mnie wciąż się z tym nie zgadza.

Odkładam kosmetyki do torebki. Kątem oka widzę jakieś ciemne auto. Doprawdy nie wiem, dlaczego zwracam uwagę właśnie na nie. Przecież tutaj cały czas ktoś kogoś wyprzedza z zawrotną prędkością pięciu kilometrów na godzinę, ktoś skręca, trąbi, a między rzędami wlokących się samochodów kursują motocykliści. Zaczynam szybciej oddychać. Na ułamek sekundy spoglądam w prawo, zaciskając dłonie na kierownicy. Robię to tak mocno, że chyba zrobią mi się odciski.

To on. Główny powód mojego złego samopoczucia. Warren Davis. Choć tak naprawdę dopiero teraz go ujrzałam, mam wrażenie, że wyczułam go, gdy tylko pojawił się w zasięgu mojego wzroku. Rzucam mu kolejne nerwowe spojrzenie. Jego ciemne włosy jak zawsze zaczesane są na bok. To jeden z tych grzecznych pseudoirokezów. Lekkie podgolenie po bokach, na górze odrobinę dłużej, wszystko muśnięte pastą modelującą. Seksowna fryzura dla seksownego mężczyzny. Pewna fryzjerka tak kiedyś określiła jego uczesanie, rzucając mu powłóczyste spojrzenie. Nie przeszkadzało mi to. Wtedy jeszcze nie.

Chyba mnie nie widzi albo udaje. W każdym razie patrzy przed siebie. Ma na sobie białą koszulę i czarną marynarkę z lekkim poblaskiem, która idealnie komponuje się z lakierem jego jaguara. Jedzie do pracy, tak jak ja. Pewnie ma jakieś spotkania z klientami.

W końcu odwraca się w moją stronę i kiwa do mnie głową na powitanie, uśmiechając się przy tym lekko. Ma spokojny wyraz twarzy, nie widać na nim żadnego grymasu zdziwienia, co oznacza, że musiał zobaczyć mnie już wcześniej. Odwzajemniam jego gest, po czym odwracam wzrok. Z uporem maniaka przyglądam się teraz zielonemu śmietnikowi, z którego wystaje błyszczący worek po chipsach.

Co mam teraz zrobić? – pytam siebie w myślach. Jeszcze tydzień temu kochaliśmy się w jego łóżku. Przesuwałam palcami po tych gęstych, gładkich włosach, otulona zapachem kardamonu. Zawsze nim pachniał. Wodził przenikliwym spojrzeniem po mojej twarzy i szeptał mi do ucha: „Dojdź dla mnie, Wendy, chcę to zobaczyć”.

A teraz? „Teraz” to najgorszy moment, w którym mogłam go spotkać, bo tuż po tym ekstatycznym zbliżeniu zerwałam z nim. Następnie zamówiłam taksówkę pod jego apartament i wróciłam do domu.

Patrzę przed siebie, wciąż ściskając mocno kierownicę. Modlę się, żeby korek trochę się rozluźnił, żebym podjechała do przodu albo żeby on to zrobił. Czuję, że mi się przygląda, ale nie potrafię znowu na niego spojrzeć. On jest mistrzem pokerowych zagrań. Zawsze emanuje spokojem i dobrymi manierami, bez względu na okoliczności. Mnie zżerają emocje. Staram się je zrozumieć. Strach? Gniew? Sama nie wiem. Zdaję sobie sprawę, że przypominam teraz manekina i zachowuję się nienaturalnie, ale nie mam pojęcia, jak powinnam postąpić. Opuścić szybę i coś powiedzieć? Tak naprawdę nie chcę z nim rozmawiać. Nie po tym, co mi zrobił. Warren zajmuje stanowisko dyrektora kreatywnego w sieci Palmer Restaurants należącej do mojego ojca. Jest jego prawą ręką, mają świetny kontakt. Poznałam go rok temu na balu charytatywnym w Eukaliptusie – największej restauracji ojca. Był wtedy nowym pracownikiem. Spóźniłam się na imprezę, przez co ominęła mnie przemowa taty, który dał wyraz swojemu niezadowoleniu w słowach:

– Spodziewałem się tego. Ty zawsze robisz, co chcesz.

Pamiętam, że po tym jak zwykle omiótł mnie zawiedzionym spojrzeniem. Pamiętam też, że z tego powodu na balu czułam się bardzo samotna. Usiadłam przy stole. Próbowałam jeść, pić. Nic mi nie smakowało. Wciąż miałam przed sobą twarz ojca, malujące się na niej wspomnienie tego, co stało się wiele lat temu. Mam wrażenie, że ono zawsze jest gdzieś w jego umyśle, ale w chwilach gdy go zawodzę, staje się wyraźne i wielkie, podobnie jak jego oczy, kiedy jest zaskoczony. Wydaje się, jakby sam bał się przyznać, że nie widzi żadnego sensownego wyjaśnienia mojego zachowania. „Jesteś złą córką, Wendy. Żałuję, że przyszłaś na świat. Mogłabyś przynajmniej teraz zachowywać się przyzwoicie, ale nie, musisz wciąż być nieposłuszna. Ty zawsze robisz, co chcesz, dlatego to twoja wina, że tacy jesteśmy. Ty, matka i ja. Wyjałowieni i sztuczni”.

Żyję między spojrzeniami ojca, w potrzasku jego milczącej dezaprobaty, która jest jak uliczny zator. Nie mogę się z niej wydostać. Czuję się bezsilna, słaba, czasem sfrustrowana i zła. Oto stan, w którym tkwię od dziewięciu lat. Destrukcyjne poczucie winy. Stan, z którego rok temu zaczął wyciągać mnie Warren. Podszedł do mojego stolika, gdy dłubałam widelcem w kruchych kawałkach wołowiny, żałując, że się spóźniłam. Utwierdzałam się w przekonaniu, że rzeczywiście jestem złą córką. Przecież mogłam wcześniej wyjść z przedłużającego się na uczelni wykładu. Niepotrzebnie zostałam do końca. On tymczasem zajął miejsce obok mnie i najpierw nic nie mówił. Patrzył na mój talerz, przyglądał się bezsensownym ruchom dłoni. W końcu stwierdził, że zaraz będzie można włożyć to mięso do słoiczka i oddać jakiemuś niemowlakowi. Uśmiechnęłam się. Pamiętam też, że ogarnęło mnie niezrozumiałe poczucie ulgi. Jakbym znalazła sprzymierzeńca w dotychczas samotnej walce. Na pewno wtedy jeszcze tak nie było, ale opadł na nas pył wzajemnego zrozumienia. Podał mi dłoń, przedstawił się. Szybko utonęłam w jego błękitnych oczach, ocienionych ciemnymi rzęsami przypominającymi skrzydła ćmy. Od słowa do słowa umówiliśmy się na randkę, potem kolejną i kolejną. Czekałam na moment, kiedy czar pryśnie. Nigdy nie byłam z mężczyzną dłużej niż sześć miesięcy, ale tym razem rozczarowanie nie nadeszło. Zaczęły się za to szczere rozmowy, odsłanianie kart, jedna za drugą, jakbym patrzyła na Księżyc w nowiu, który powoli przechodzi w pełnię. Wszystko otoczone aurą niepewności. Umierałam z przerażenia, że on czegoś nie zaakceptuje, ale cierpliwie czekał i przyjmował wszystko. Bliskość. Pierwszy raz w życiu poczułam, że mogę być z mężczyzną blisko. Znał moją przeszłość, wiedział, dlaczego jestem spragniona akceptacji, miłości, i dawał mi to wszystko z nawiązką. Ja też poznałam jego historię – wychowywał się w kilku rodzinach zastępczych. Choć ja dorastałam w „normalnej” rodzinie, zauważyłam, że byliśmy do siebie bardzo podobni, niczym dwójka dzieciaków, które odnalazły się na przyjęciu dla dorosłych. Po pracy ściągał garnitur i był moim Warrenem, pierwszym facetem, z którym się zaprzyjaźniłam. Pierwszym mężczyzną, którego pokochałam.

Co dostałam w zamian? Wyznanie, którym obdarował mnie tydzień temu, uprzednio kochając się ze mną. Było mocniej, intensywniej, jakby czuł, że ma przed sobą trudne zadanie i musi przygotować sobie grunt do działania. Gdy naga, bezbronna i zmęczona porywem rozkoszy leżałam w jego objęciach, powiedział:

– Zdradziłem cię.

Po chwili dodał, że nie wybaczyłby sobie, gdyby się nie przyznał. Stwierdził, że nie ma pojęcia, jak do tego doszło. Był pijany.

Gardło ścisnęło mi się aż do bólu. Uciekłam do łazienki. Zamknęłam się w niej, spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i poczułam wstyd. Wstyd przed samą sobą. Zupełnie tak, jakbym coś ukradła, albo jakbym stała na lekcji w kącie za brak zadania domowego. Byłam zgorszona swoim widokiem. Widokiem małej, niekochanej Wendy.

Sama nie wiem, kiedy łzy zaczęły perlić się w kącikach moich oczu. Nie chciałam, żeby wypłynęły, ale one wcale o to nie pytały. Siedziałam tam dwadzieścia minut, co chwilę przykładając dłoń do ust, żeby nie było słychać szlochania. Płakałam bezgłośnie i była to jedna z najbardziej bolesnych chwil w moim życiu. Czułam się bezsilna wobec rzeczywistości. Widziałam, jak Warren ogląda się czasem za kobietami, ale zawsze wydawało mi się to nieszkodliwe. Nie jestem typem zazdrośnicy, która wymaga od mężczyzny, żeby miał klapki na oczach. Nie tędy wiedzie droga do szczęścia. Jego skłonność jednak przeistoczyła się w toksynę, która nagle zatruła nasz związek, wrzuciła mnie na powrót w bagno odtrącenia, w bagno, do którego kiedyś wpędził mnie ojciec.

W końcu, zachowując resztki godności, wyszłam z łazienki i powiedziałam mu, że to koniec. Przyjął moją reakcję nerwowo. Nie chciał się zgodzić na zerwanie, choć przyznał, że popełnił błąd. Patrząc w jego spokojne niebieskie oczy, walczyłam z tą straszną skłonnością, którą do tamtej pory znałam tylko z opowieści. Chciałam mu wybaczyć. Dotąd nie potrafiłam pojąć, jak te wszystkie zdradzane kobiety mogą nadal być ze swoimi mężczyznami, choć doskonale zdają sobie sprawę, że istnieje jeszcze ta trzecia. W tamtym momencie to do mnie dotarło. Chodzi o potrzebę akceptacji. Gdy ukochany mężczyzna wyznaje kobiecie, że ją zdradził, ale wciąż coś do niej czuje, ona chwyta się tego, co powiedział po „ale”, i cieszy się, że nie została porzucona. Że ma wybór. Ja wybrałam rozstanie, bo wiedziałam, że w przeciwnym razie stanę się jego niewolnicą. Będę na każde skinienie, będę walczyć o jego atencję, o miłość, zrozumienie, tak jak cały czas walczę o to wszystko u ojca. Na dwóch nie starczy mi sił.

Tymczasem wciąż czuję na sobie jego wzrok. Niestety, ruszamy w niemalże identycznym tempie. Raz ja, raz on albo jednocześnie. Jestem w potrzasku. Niemożliwe, żeby wciąż na mnie patrzył. To złudzenie. Psychotyczna skłonność wynikająca z podświadomego zorientowania na samą siebie. Odwracam się na moment w jego stronę. Widzę, jak odrywa ode mnie wzrok i spogląda na tył busa przed nim. Boże, jednak mi się przyglądał. Muszę być silna. Wiem, że wciąż go kocham. Nie mogę mu ulec, bo będę cierpieć. Wydaje mi się, że na mojej szyi ktoś zacisnął obrożę. Czuję nieprzyjemne pulsowanie w gardle. Nie wytrzymam. Rozglądam się, szukając wyjścia z tej patowej sytuacji. Dojeżdżamy do skrzyżowania. Z mojego pasa można jechać w lewo lub prosto. Włączam migacz, chcąc skręcić. Będę przez to musiała nadrobić drogi, ale wolę już spóźnić się do pracy. Zanim sygnalizator drogowy rozbłyska zielonym światłem, piszę krótką wiadomość do Emmy z prośbą o zastępstwo.

Skręcam, czując, jak obroża na moim gardle stopniowo się rozluźnia. Odczuwam ulgę. Biorę głęboki wdech. Mam ochotę choć na chwilę wyjść z auta. Chcę rozprostować nogi i zebrać myśli. Po prawej stronie dostrzegam kawiarnię i dochodzę do wniosku, że to dobry pretekst. Co prawda nie mam ochoty na kawę, ale postanawiam, że zamówię tam herbatę.

Zostawiam samochód na płatnym parkingu równoległym do drogi i idę w kierunku kawiarni, czując na sobie palące słońce. Gdy przekraczam próg lokalu, uderza we mnie przyjemnie chłodne powietrze i intensywny zapach kawy. Goście w ciemnych tapicerowanych boksach wydają się tacy beztroscy, spontaniczni i wyluzowani. Jestem bliska płaczu i nie potrafię opanować emocji. Muszę przez to przejść. Z każdym dniem będzie coraz lepiej – powtarzam sobie w myślach – w końcu pogodzę się z naszym rozstaniem. Z tym, co mi zrobił. Na pewno o nim nie zapomnę. Przecież pracuje z tatą i często bywa w moim rodzinnym domu.

Wciąż lekko spięta ustawiam się w niedużej kolejce. Staram się nie myśleć teraz o Warrenie, ale to tak, jakbym próbowała się nie zamoczyć, wchodząc do basenu. Zaczynam odczuwać lekki ból głowy. Ćmi w okolicach czoła. Zamykam oczy i masuję się po nim.

– Zajebiście, stary! – słyszę nagle z prawej strony.

Czuję się tak, jakby ktoś wbił mi do ucha grubą, ostrą szpilę. Natychmiast odwracam się w kierunku, z którego dochodziły te słowa. W odległości kilku metrów ode mnie widzę grupkę mężczyzn przy stoisku z przekąskami, które najwyraźniej zamawia się osobno. Bulwiaste mięśnie, koszulki bez rękawów, krople potu na karkach. Dołącza do nich jeszcze jeden, mniej napakowany brunet.

– Kilka drinów i ogień! – krzyczy łysy osiłek, po czym odrzuca głowę do tyłu i wybucha śmiechem.

Zdaje się, że coś je. Chyba macza kawałek bułki w sosie. Po chwili wskazuje nim kolegę.

– Z laskami tak trzeba, na ładne oczy nic nie wyrwiesz! – dodaje.

– Ostatnio zaliczyłem jedną po koncercie, ale bilet nie był tani! – wtóruje mu inny, o krótkich włosach utlenionych do bladej żółci.

Kręcę głową i wypuszczam głośno powietrze. Zachowują się tak, jakby byli w klubie nocnym, a nie w kawiarni, kiedy miasto dopiero budzi się do życia. Brunet, opierając się plecami o bar, bezwstydnie mierzy mnie wzrokiem, po czym rzuca okiem na swojego kumpla i unosi kąciki ust w wyjątkowo arogancki sposób, zapewne wiedząc, że ich zachowanie mnie drażni.

Rozglądam się po lokalu. Nie mogę uwierzyć, że nikt nie zwraca na nich uwagi. Ja prawie drżę z frustracji i bezsilności. Z każdą chwilą czuję, jak kumuluje się we mnie złość z całego dzisiejszego poranka, minionej nocy, a może i dni.

– Och – wzdycham i odwracam od nich wzrok.

Krzyżuję ręce na piersi i zaciskam zęby. Przede mną stoją jeszcze dwie osoby. Myślę nawet o tym, żeby wyjść z kawiarni, ale wtedy do moich uszu dochodzi kolejny wybuch śmiechu. Tym razem trwa długo i po chwili przechodzi w operowy pisk. Ćmienie z przodu głowy zmienia się w ból rozchodzący się na całą głowę.

– Najlepsze są rude!

Zamykam oczy. Gdy na powrót rozchylam powieki, grupa osiłków działa na mnie jak czerwona płachta na byka. Podchodzę do nich zdecydowanym krokiem, nic sobie nie robiąc z tego, że właśnie straciłam kolejkę. Jest ich czterech: łysy, gość z szerokim irokezem, tleniony blondyn, no i ten o czarnych włosach, który marszczy teraz brwi i zdecydowanie poważnieje.

– Przepraszam – zwracam się do ostatniego.

– Co jest? – pyta niskim głosem, podczas gdy łysy znowu wybucha śmiechem.

Nawet mnie nie widzi, jest odwrócony do mnie plecami.

– Czy – biorę wdech, walcząc z dziwnym uczuciem, że podejście tutaj to chyba nie był najlepszy pomysł – mogą panowie trochę dyskretniej wyrażać swoje złote myśli? – kończę, starając się brzmieć tak pewnie, jak to tylko możliwe.

Łysy się odwraca. Za nim wędrują spojrzenia pozostałych.

– O kurwa – mówi. – Obraziłaś się za te rude? Nie martw się, blondynki też są fajne.

Znowu zaczyna się śmiać, po czym wraca do rozmowy z kolegami, ignorując mnie, jakbym była okruchem, który właśnie strzepnął z ramienia. Brunet jednak wciąż mi się przygląda z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Zero kultury – podsumowuję, patrząc mu prosto w oczy.

– Chyba coś ci się pomyliło.

– Raczej tobie – syczę.

W jego spojrzeniu pojawia się coś karcącego, co na powrót wytrąca mnie z równowagi.

– Naprawdę miałam ciężki poranek i muszę zebrać myśli, a wy mi to utrudniacie.

Słyszę kolejny, stłumiony rechot pozostałych. Mężczyzna wbija we mnie spojrzenie ciemnych oczu.

– Może jeszcze utrudnia ci to radio i włączony ekspres?

– Lisa, proszę o odbiór kawy! – woła nagle melodyjnym głosem barista.

On natychmiast wskazuje go dłonią.

– Inni ludzie pewnie też ci przeszkadzają. Weszłaś do kawiarni. Tu się pije kawę, a nie rozmyśla o ciężkich porankach. – Ostatnie słowa podkreśla z zadziwiającą siłą w głosie, jakby miał w sobie dodatkowe pokłady energii obracającej w pył każdego, kto stanie mu na drodze.

Zastanawiam się, co ja właściwie robię. Mam wrażenie, że obudziłam się dopiero tu i teraz, a wszystko, co wydarzyło się przed chwilą, było snem. Biorę głęboki wdech.

– Bądźcie ciszej, to wszystko – mówię, choć nie wiem, czy jeszcze mi na tym zależy.

Chyba chcę już po prostu stąd odejść, kupić herbatę, opuścić kawiarnię i schować się w swoim uczelnianym gabinecie przed całym światem.

– Nie jestem pewien, czy to ci pomoże – odpowiada.

Ja też.

– Pomoże.

Kiwam potakująco głową, jakbym chciała go o tym dodatkowo zapewnić, po czym chwiejnym krokiem wracam do kolejki. Na szczęście podczas mojej bezsensownej interwencji nikt więcej do niej nie doszedł. Gdy znowu ustawiam się za szczupłym facetem z dredami, mimowolnie patrzę na osiłków. Mężczyzna, z którym rozmawiałam, co jakiś czas na mnie zerka. Staram się już na niego nie patrzeć. Pozostali chyba żegnają się z baristą. Następnie kierują się w stronę wyjścia. Łysy na odchodnym puszcza do mnie oko. Po co w ogóle tam podchodziłam? – zadaję sobie w duchu pytanie. Jak mogłam w tak idiotyczny sposób dać się porwać emocjom? Serce powoli wraca do naturalnego rytmu. Dziwny facet, bardzo dziwny. Dlatego właśnie nie wolno robić takich rzeczy, trzeba zawsze dwa razy pomyśleć, zanim postąpi się w sposób odbiegający od neutralnego zachowania. To dlatego ojciec całe życie ze mną walczy, oczekując, że będę grzeczna i potulna. Działając spontanicznie, szybko mogę wpakować się w tarapaty.

W końcu docieram do kasy i zamawiam herbatę owocową na wynos. Siadam przy barze, czekając na realizację zamówienia. Choć dochodzi dopiero dziewiąta, jestem już zmęczona. Patrzę na grafitowe tablice zapisane kredą, drewniane ściany ozdobione czarno-białymi rysunkami z kawą w roli głównej i krzątających się baristów w szarych fartuchach. Wykrzykują hasła, skupiając się na wykonywaniu swoich czynności: „Koniec mleka!”, „Damien, proszę o zmianę!”, „Eva do baru!”. Obserwuję Evę. Maksymalnie dwadzieścia lat, szatynka, gładka buzia, dwa dobierane warkocze kończące się za łopatkami, zalotnie podkręcone rzęsy. Czy to z taką kobietą to zrobił? Nie, mówił, że była do mnie podobna, więc musiała mieć jasne rozpuszczone włosy, puszące się z byle powodu, drobną, może nawet zbyt drobną sylwetkę, smutne szare oczy, a Eva jest posiadaczką zielonego, energetycznego spojrzenia. Kojarzy mi się z instruktorką spinningu. Szczupła, wysportowana, porusza się sprężystym krokiem.

Za każdym razem, gdy słyszę dzwonek przy drzwiach wejściowych, odwracam się w ich kierunku. Czy Warren mógłby wejść tu za mną? Telefonował do mnie kilka razy w tym tygodniu. Nie odbierałam. Ani razu nie przesunęłam palca na zieloną słuchawkę. W tej chwili mój telefon też zaczyna dzwonić. W pośpiechu wyciągam go z torebki. To on. Minimalizuję głośność i odkładam smartfon na bar. Nie wiem, czy wytrwam tak długo. Nie wiem, czy będę na tyle silna, by w nieskończoność go odrzucać. To silny, biegły psychologicznie przeciwnik, który zna mnie jak mało kto. Dzisiejsze spotkanie uzmysłowiło mi tylko, jak bardzo na mnie działa.

Po chwili do moich uszu dochodzi chrzęst odsuwanego hokera. To brunet z kolejki siada obok mnie. Zamawia świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Serce zaczyna mi szybciej bić. Zerkam na niego kątem oka i dochodzę do wniosku, że odbiega wyglądem od swoich kolegów. Jest ubrany skromniej, jego biała koszulka subtelnie podkreśla szczupłe, wysportowane ciało. Ma błyszczące włosy, które wydają się mokrawe, jakby dopiero wyszedł spod prysznica. Ciemne, niemalże czarne oczy są bardzo skupione. Patrzy przed siebie, pewnie na Evę. Pogrążona w myślach o byłym, zastanawiam się, czy on też lubi zdradzać kobiety. Jest przystojny, co zauważam dopiero teraz. Podczas mojej interwencji byłam chyba zbyt przejęta rolą, żeby to racjonalnie ocenić. Jego prawe przedramię zdobi tatuaż – as pik w płomieniach. Dobrze to wygląda.

W końcu odrywam od niego wzrok. Spoglądam na lustro wypełniające płaszczyzny między półkami za barem. Widzę w nim, jak mężczyzna zerka teraz na mnie kątem oka. Pewnie nie wie, że go obserwuję. Czuję przyjemne uderzenie gorąca. Cóż, naturalna reakcja organizmu. Jego zaciekawione spojrzenie z pewnością muska ten najwrażliwszy punkt w moim umyśle, który od tygodnia świeci się na czerwono. Samoocena. Niestety, w tej sferze, za sprawą Warrena, odczuwam niedosyt. Mimowolnie porównuję się do innych kobiet, która brzydsza, która ładniejsza. Łapię też spojrzenia mężczyzn. Katorga. W pewnym momencie on spogląda w lustro. Robi to szybko, jakby chciał mnie przyłapać, co mu się udaje. Natychmiast opuszczam głowę. Po chwili ją unoszę. Uśmiecha się teraz, uderzając długimi palcami o blat, a w jego policzkach pojawiają się subtelne wgłębienia.

– Wiesz, że nie mam pojęcia, kim byli ci mężczyźni? – mówi spokojnym głosem.

– Proszę?

– Odniosłaś takie wrażenie, bo stałem przy nich.

– Przepraszam – odpowiadam mechanicznie, jednocześnie wracając pamięcią do naszej krótkiej wymiany zdań.

Stał obok, rzeczywiście nie rozmawiał z nimi, mimo to w tamtej chwili byłam pewna, że należy do ich grupy.

– Wendy, tak?

– Tak – odpowiadam szeptem.

Zaskoczenie nie pozwala mi mówić głośniej. To już drugie pytanie, które zaburza moją wewnętrzną harmonię.

– Nie wiem, czy masz świadomość tego, że na podłodze pod twoją torebką leży identyfikator.

Zerkam natychmiast w dół. Ma rację. Biała plastikowa plakietka z moim zdjęciem odznacza się na drewnianej podłodze. Aby dostać się na parking dla pracowników, muszę ją pokazać ochronie.

– Rzeczywiście, dziękuję. – Schylam się po zgubę.

– Wendy Palmer, Uniwersytet Kalifornijski, Instytut Psychologii – mówi dalej.

– Zgadza się. – Wracam na miejsce.

– Jesteś psychologiem?

– Przepraszam, a ty to…?

– Ja? Ja nie gubię identyfikatora.

– Bardzo śmieszne.

– Tylko trochę.

Wyciąga z kieszeni telefon i zaczyna beztrosko wodzić palcem po wyświetlaczu. Obserwuję go, czując się dziwnie odarta z prywatności.

– Psycholog też miewa problemy z nastrojem? – zadaje kolejne pytanie, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Z nastrojem?

– Pytam, dlaczego jesteś taka zajebiście nieszczęśliwa.

– Nie twoja sprawa – odpowiadam mechanicznie.

– Zawsze tak uprzejmie odnosisz się do innych?

– Jesteś niemożliwy.

– Niemożliwy? Przecież tu siedzę. Jestem bardzo możliwy, Wendy.

Podkreśla moje imię. Podkreśla swoją przewagę nade mną. Potrząsam głową i patrzę wyczekująco na Evę. Gdzie ta herbata?

– Sok pomarańczowy – mówi baristka, zerkając spod rzęs na pana „możliwego”.

– Przepraszam – wtrącam – zdaje się, że wcześniej ja zamawiałam herbatę.

Kobieta patrzy na mnie chłodno i bez słowa podchodzi do czajnika elektrycznego.

– Świetnie – mruczę pod nosem.

– Może masz ochotę na sok? – Zerka w końcu na mnie i przechyla w moim kierunku swoją szklankę. – Jeszcze nie ruszałem. Odstąpię ci go, jeśli to poprawi ci nastrój. Ponoć pomarańcze zawierają substancje odprężające.

– Chodzi o zapach – rzucam, nie kryjąc irytacji.

– Proszę?

– Mówię, że ich zapach może mieć działanie antydepresyjne, ale to uzależnione jest od tego, jakie wiążesz z nim wspomnienia.

Przez chwilę trzyma w dłoni szklankę, patrząc na mnie pytająco, po czym bierze w końcu duży łyk i odstawia ją na bar.

– Zatem ustaliliśmy, że jesteś psychologiem – stwierdza, wycierając usta palcem wskazującym.

Widzę, że Eva niechlujnie wrzuca torebkę z herbatą do białego styropianowego kubka i zalewa ją wodą z czajnika.

– Naprawdę nie zaczęłam dziś dnia najlepiej i wolałabym już się stąd ulotnić – odpowiadam, podchodząc do kasy.

– Bo to załatwi sprawę, a wychodząc stąd, będziesz cała w skowronkach.

Odchyla się teraz lekko do tyłu, chcąc mi się lepiej przyjrzeć. Zdecydowanie nie ma problemu z pewnością siebie. Swobodnie prowadzi rozmowę z obcą kobietą, co świadczy o tym, że musi mieć pozytywne doświadczenia w nawiązywaniu kontaktów.

– Lecę – mówię, odbierając od baristki herbatę.

– Naprawdę nie zostaniesz?

Wydaje się zaskoczony. Normalnie nic bym nie odpowiedziała, ale dziś, po porannych wydarzeniach, a może i po całym tygodniu smutku, mam wredną ochotę sprowadzić go na ziemię. Nie podoba mi się, że jest taki zadowolony z siebie. Pławi się w krainie własnego żartu i samouwielbienia. Widzę, jak dwie stojące nieopodal nastolatki szepczą coś do siebie, co chwilę na niego zerkając.

W domu pewnie czeka na niego dziewczyna, tak jak ja czekałam tamtego wieczoru na Warrena. Ale on nie przyszedł. A na drugi dzień zdobył się na mrożące krew w żyłach wyznanie.

– Nie jesteś przyzwyczajony do tego, że kobiety ci odmawiają. No cóż, bywa i tak. Nie zostanę tu ani chwili dłużej. Cześć.

Kiwa teraz głową, jakby chciał mnie w tym wesprzeć.

– Cześć – odpowiada w końcu.

Zakładam torebkę na ramię i ruszam w stronę drzwi, trochę za szybko marząc o łyku świeżego powietrza. Niestety, po wyjściu na zewnątrz bucha we mnie jedynie żar, w którym topią się spaliny samochodowe.

Rozdział 2

Gdy wchodzę do swojego uczelnianego gabinetu, ciągle rozmyślam o wydarzeniach dzisiejszego poranka: widok mężczyzny siedzącego przy barze, Warren patrzący na mnie zza szyby swojego samochodu. Niestety, to ten drugi dobija się głośniej do bram mojej świadomości. Otwieram szeroko okno, wpuszczając do środka świergot ptaków i szum wody tryskającej z fontanny przed budynkiem.

Włączam komputer, zastanawiając się, czy będę w stanie skupić dziś uwagę na pracy. Jestem doktorantką psychologii i właśnie kończę pierwszy rok przewodu doktorskiego. Zajmuję się psychologią kliniczną człowieka dorosłego. Podjęłam decyzję o takim kierunku studiów jeszcze w liceum. Już wtedy wiedziałam, że chcę zajmować się nauką o ludzkiej naturze. Nurtowały mnie pytania dotyczące mojego wewnętrznego ja i próbowałam znaleźć na nie odpowiedzi. Tymczasem po latach spędzonych nad książkami mam wrażenie, że nic się nie zmienia. Co prawda mam większą wiedzę na temat inteligencji emocjonalnej, osobowościowych czy też społecznych przyczyn ludzkich zachowań i innych tematów związanych ze światem wewnętrznym człowieka, ale wciąż nie potrafię radzić sobie z moją małą rzeczywistością. Czuję się tak, jakbym weszła do nowej mentalnej przestrzeni, w której choć widzę więcej niż kiedyś, to nie mogę nic z tym zrobić.

– Cześć, Wendy! – Wysoki kobiecy głos wyrywa mnie z zadumy.

Odwracam głowę i uśmiecham się ciepło do niskiej szatynki o prostych włosach, której spory biust od lat hipnotyzuje wszystkich mężczyzn.

To Emma, moja przyjaciółka i współpracownica. Ona też robi doktorat z psychologii. Jest w tym dużo lepsza ode mnie.

– Hej, Em, i jak test? Rozdałaś wszystkim dwie wersje, tak jak prosiłam?

– Jasne, i dobrze ich pilnowałam.

– Dziękuję, że wzięłaś to zastępstwo, coś mi wypadło.

Rzuca w moją stronę badawcze spojrzenie. Jest w tych sprawach specjalistką.

Emma Sheen to chyba najbardziej wścibska i jednocześnie najbardziej inteligentna kobieta, jaką znam. Bez słowa siada za swoim biurkiem i włącza komputer, nucąc pod nosem, a ja podchodzę do ekspresu z kawą i czekam na…

– A co ci wypadło, jeśli mogę zapytać?

No właśnie – na to.

Warren i tajemniczy brunet, który nie chciał powiedzieć, jak się nazywa.

– Zahaczyłam o kawiarnię – odpowiadam, włączając spieniacz do mleka.

Siła nawyku. Wcale nie mam ochoty na kawę, ale jak co dzień muszę ją sobie zrobić.

– I dlatego spóźniłaś się prawie godzinę do pracy?

Spogląda na mnie znad monitora. Wiem, że tak łatwo nie odpuści.

– Uciekłam do tej kawiarni, bo w drodze do pracy spotkałam Warrena. Staliśmy w korku, nasze auta niemal się stykały. Nie mogłam tego znieść.

Parska śmiechem, lecz na widok mojej posępnej miny ściąga usta i znowu przygląda mi się badawczo.

– Wiem, że to przeżywasz, ale żeby aż tak.

– Niestety, tak. Ciągle o nim myślę. Jest jak demon, opętał mnie – odpowiadam słabym głosem.

– Bo wciąż darzysz go uczuciem. Robiłaś sobie resety, o których ci mówiłam?

– Tak, pomagają, ale tylko na chwilę. Potem wszystko wraca. Zamykam oczy. Pytam siebie: „Jaka będzie moja następna myśl?” i w tym momencie potok niechcianych fantazji ustępuje. W głowie robi się przyjemnie pusto. Jakby te wszystkie myśli działały w ukryciu, bez mojej wiedzy i zgody. Gdy zwracam na nie uwagę, znikają. Po jakimś czasie jednak wszystko wraca. Znowu go widzę. Jego oczy, usta, słyszę ten melodyjny głos.

– To wtedy robisz kolejny reset. Kontroluj ten potok, Wendy.

– Staram się. Nie mogę mu się poddać, nie mogę przyjąć go z powrotem.

– To dobry facet. – Emma wzrusza ramionami. – Szkoda tylko, że taki łasy na kobiece wdzięki.

– Przez długi czas nie było z tym problemu. Czasem po prostu obejrzał się za kobietą, chyba tak jak każdy mężczyzna. Nie wiem, dlaczego mi to zrobił.

Wzdycham.

– Przeanalizuj waszą relację, Wendy. Ja bym już dawno to zrobiła na twoim miejscu.

Stuka w klawiaturę komputera.

– Ty analizujesz wszystko i wszystkich.

– A ty tego w ogóle nie robisz.

– Czasami robię – bronię się, podczas gdy poziom spienionego mleka zbliża się do krawędzi filiżanki.

– Czasami – odpowiada z nutą irytacji w głosie, a ja nie wiem, czy zdenerwowało ją to, co powiedziałam, czy fakt, że wciąż nie wyłączam spieniacza. W końcu wciskam stop – trochę za późno. Strumień gorącego mleka spływa po filiżance.

– Gdybym nie uciekła przed Warrenem, nie spotkałabym w kawiarni pewnego bruneta, który trochę mnie dowartościował.

– Bruneta? – Emma powtarza z ożywieniem, po czym wstaje z miejsca.

Następnie obchodzi biurko i przysiada na nim, poprawiając okulary.

– Widzę, że zgrabnie ominęłaś najważniejszy powód twojego dzisiejszego spóźnienia – dodaje.

– Bardzo niezgrabnie.

Naciskam przycisk „espresso”. Dwa ciemne strumienie kawy płyną do filiżanki.

– Słucham, opowiadaj. – Rozkłada w moim kierunku ręce.

W takich chwilach zawsze się zastanawiam, czy celowo używa języka ciała, czy robi to już podświadomie. Jakby mówiła mi tym gestem: „Jestem otwarta, możesz mi się zwierzyć ze wszystkiego, przyjmę cię”. Matka w ten sposób rozkłada ręce w oczekiwaniu na biegnące ku niej dziecko. U dorosłego człowieka ten ruch wzbudza zaufanie. Emma zdobywa uprawnienia psychoterapeuty i nie może się doczekać, kiedy zacznie przyjmować pacjentów. Widzę, że już się mentalnie szykuje. Ja jestem od tego daleka. Mam za dużo własnych problemów, a taką praktykę otwiera się z czystą kartą.

– To był jeden z drapieżników, zdecydowanie. Silna psychika, władczy ton, niepodważalna pewność siebie.

– Dałaś mu swój numer telefonu?

– Oczywiście, że nie.

– Ja bym dała.

– Emma!

– Uwielbiam drapieżniki.

Czy wspominałam, że oprócz inteligencji i wścibstwa moja przyjaciółka jest też największą nimfomanką, jaką znam?

– Pewnie był przystojny – stwierdza. – Pewność siebie nie bierze się znikąd.

– Chyba przystojny, nie wiem, byłam zbyt zaaferowana Warrenem i całą tą sprawą, żeby to racjonalnie ocenić – odpowiadam, mając przed oczami jego pełne usta. – Przystojny – dodaję z lekkim wahaniem w głosie. – Tak, przystojny. – Zakładam włosy za ucho. – Choć jednocześnie bardzo arogancki.

– To z reguły idzie w parze. Może powinnaś się z nim umówić?

– Jasne – odpowiadam z gorzkim uśmiechem, po czym zabieram spod ekspresu filiżankę kawy i drepczę z nią za biurko.

– Może to byłaby dla ciebie idealna odskocznia? Reset na stałe.

– Nie sądzę. W mojej głowie wciąż siedzi Warren.

– Właśnie dlatego potrzebujesz zmiany. – Jeszcze chwilę patrzy na mnie w zamyśleniu, po czym w końcu wstaje i również wraca za biurko.

Czytam wiadomość od profesora Davisa. Robię to dwukrotnie, bo za pierwszym razem wciąż odtwarzam w myślach to, co powiedziała przyjaciółka. Ze słów mojego promotora wynika, że ma zastrzeżenia do artykułu naukowego, który mam zamieścić na blogu naszego wydziału. Raz w tygodniu opisuję jakieś zagadnienie psychologiczne i publikuję je w rubryce „Psychologia na co dzień”. Teraz poruszyłam temat zdrady. Skończyłam wczoraj i wysłałam profesorowi do akceptacji. Jeszcze nigdy nie zgłaszał zastrzeżeń, poza drobnymi uwagami, najczęściej związanymi z tym, że artykuł naukowy to nie miejsce dla lirycznych metafor, jakich nadużywam. Tym razem przesłał mi całą listę proponowanych poprawek. Stwierdził, że w moich tekstach jest za dużo emocji, które przesłaniają jasny odbiór zagadnienia. Oto fragment: „Nie możesz pisać, że zdrada jest niewybaczalna. Wszystko zależy od okoliczności, w jakich miała miejsce. Czy trwała długo, czy była jednorazowym wypadkiem. Poza tym to jest indywidualna kwestia. Nie wolno czytelnikom narzucać własnego zdania”. Ma rację. Wiem, że ma, ale ja teraz chyba nie potrafię być obiektywna. Postanawiam zmienić temat artykułu. Napiszę coś innego. Walcząc wciąż z galopem myśli, robię wstępny plan tekstu o poczuciu winy i przesyłam go profesorowi. Po kilku minutach odpisuje, że zgadza się na zmianę, choć ten temat poruszałam już wielokrotnie.

Kiedyś Emma wpisała w wyszukiwarkę internetową moje imię i nazwisko. W rezultacie dostała linki do wszystkich stworzonych przeze mnie analiz psychologicznych. Od razu stwierdziła, że mam problem z pewnością siebie, że nawet jeżeli ktoś mnie nie zna, to łatwo może dojść do takiego wniosku. Większość dokumentów traktowała o odrzuceniu psychicznym, potrzebie akceptacji, poczuciu wyobcowania. Oczywiście piszę to wszystko na potrzeby blogu i mojego przewodu doktorskiego, jednak wiem, że wiele z tych artykułów powstaje z innych względów, bardziej osobistych. Wpisują się w ramy mojej małej autoterapii, chyba bezskutecznej. Jedyna rzecz, jaka mogłaby mi pomóc, to podróż do przeszłości i zapobiegnięcie pewnym wydarzeniom, które na zawsze zmieniły koleje mojego życia.

Przez cały dzień staram się skoncentrować na pracy. Prowadzę zajęcia z pierwszym rokiem ze wstępu do psychologii. To już ostatnie podrygi przed zakończeniem semestru. Po nich przygotowuję pytania do testów i rozbudowuję mój nowy artykuł o metody radzenia sobie z poczuciem winy. Przetestowałam je już wielokrotnie na sobie i czasami okazywały się pomocne. Mimo to żadna z nich nie ukoiła mojej psychiki, nie wyleczyła jej. Tym razem wskazuję techniki relaksacyjne jako skuteczne formy balansowania wyrzutów sumienia. Można do nich zaliczyć postępującą relaksację Jacobsona, w której pacjent na przemian rozluźnia i napina poszczególne partie ciała, aromaterapię czy nagrania relaksacyjne – odpowiednie dźwięki, które tłumią wyolbrzymione poczucie winy, zmuszają pacjenta do skierowania uwagi na odgłosy natury, działające odstresowująco na układ nerwowy. Może to być śpiew ptaków, szum fal, szelest liści na wietrze. Wszystko przetestowałam. Wszystko pomaga, ale na krótką metę.

Po południu odbieram telefon od ojca, który zaprasza mnie na rodzinną kolację. Jego głos jak zawsze wprowadza do mojego umysłu drobinki niepokoju. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że i on, rozmawiając ze mną, czuje jakiś dyskomfort. Rzadko do mnie telefonuje. Z reguły kontaktuję się z mamą. Nie wiem, dlaczego tym razem zdecydował się osobiście ze mną porozmawiać. Po krótkiej, zachowawczej wymianie zdań umawiamy się na siódmą wieczorem.

Rozdział 3

Gdy jadę na kolację do rodzinnego domu, promienie słońca wciąż otulają błyszczące w oddali wieżowce. Mam apartament przy ulicy Sacramento, wzdłuż której biegną rzędy domków i bloków mieszkalnych stanowiących zlepek różnych stylów, na pierwszy rzut oka niepasujących do siebie, choć w rzeczywistości gustownie dobranych. Pełno tu zarówno długich okien, narożnych wieżyczek i ornamentów zdobiących dachy, jak i nowoczesnych zabudowań, takich jak mój blok. Wyprowadziłam się z rodzinnego domu dwa lata temu, choć nie musiałam. Dom był duży, a ja pracuję niedaleko. Zaczynało mi jednak brakować powietrza. W pewnym momencie miałam wrażenie, że sama jestem już powietrzem. Rozpływałam się za każdym razem, gdy on na mnie patrzył. Chciałam zniknąć, jednocześnie wciąż pragnęłam być mu potrzebna. Chora zależność bez szans na lepsze jutro. Tyle razy próbowałam się z niej wydostać. Bezskutecznie, nigdy nie zdołałam zrobić choćby jednego kroku poza wyniszczający mnie krąg. Tak, krążyłam wokół niego. Promień raz był większy, raz mniejszy. To bez znaczenia. W środku zawsze stał ojciec.

Pamiętam ten moment, kiedy wszystko już czekało na mnie w nowym mieszkaniu. Wieczór przed pierwszą nocą na swoim. Łzy w oczach mamy, zapach jaśminu i pudru, gdy mnie przytulała. Następnego dnia miałam przyjść na kolację, ale to było symboliczne pożegnanie. Ojciec podszedł i uścisnął mi dłoń. Zajrzałam mu w oczy. Tak bardzo chciałam dostrzec w nich żal, smutek, choćby cień tych emocji. Niestety, były martwe, a gdzieś na ich dnie tliła się ulga.

Mijam właśnie równo przycięte drzewa o kulistym kształcie. Pod jednym z nich w wieku czternastu lat przeżyłam swój pierwszy pocałunek z szalonym Billiem Loganem, który przyjeżdżał tu na swoim żółto-niebieskim motorze. Wszystkie dziewczyny do niego wzdychały, ale on jakimś cudem zwrócił uwagę właśnie na mnie. Dziś wiem, że pochodził z biednej dzielnicy i mieszkał z ojczymem alkoholikiem w wynajętej kawalerce. Miał jednak ten stary motor i olśniewający uśmiech, który nigdy nie schodził z jego opalonej twarzy. Pewnego dnia wziął mnie na przejażdżkę nad wybrzeże. Chłonęłam morską bryzę, wtulając się w jego szczupłe plecy okryte cienką bawełnianą koszulką, i czułam się wolna. Wolna i bezpieczna, choć mknął jak błyskawica, nie zważając na drobne kamyki, które pląsały pod szerokimi kołami jego maszyny. Gdy wróciliśmy, zatrzymał się naprzeciwko mojego domu i na pożegnanie złożył mi na ustach jeszcze jeden zimny i słony od morskiego wiatru pocałunek. To było coś… Coś, czego nigdy nie zapomnę.

Ojciec, niestety, zobaczył nas wtedy przez okno i gdy tylko weszłam do domu, powiedział, że jestem nieodpowiedzialna i głupia, skoro zadaję się z takimi chłopcami. Pamiętam, że zrobiło mi się bardzo przykro, ale on już tego nie zauważył. Jak zawsze pojechał tego dnia do restauracji, nie zwracając uwagi na moje łzy.

Gdy w wieku szesnastu lat wzięłam bez pytania jego auto, powiedział już tylko: „Wendy, Wendy, Wendy”. I choć teoretycznie jest to lepsze niż „nieodpowiedzialna i głupia”, bolało tak, jakby sięgnął po kij i okładał mi nim plecy przez godzinę. Staram się nie wracać myślami do tego dnia. Wiem, że właśnie wtedy wszystko w moim życiu się zmieniło.

Dojeżdżam do sygnalizacji świetlnej. Zawsze tu zwalniam, nawet gdy jest zielone światło. Jakbym potrzebowała tej jednej krótkiej chwili, zanim przedostanę się na drugą stronę, bo tu biegnie granica między dwoma światami. Przejeżdżam skrzyżowanie, nie słysząc nic oprócz pomruku silnika i swojego oddechu. Jadę teraz wąską, stromą drogą pod górę. W San Francisco często się wjeżdża, zjeżdża, wchodzi, schodzi. Miasto położone jest na wzgórzach omywanych wodami Oceanu Spokojnego, Zatoki San Francisco i cieśniny Golden Gate. Czasem gęsta mgła rozpływa się po wybrzeżu. Wznosi się nad malownicze klify, opada na miasto, wlewając się w architektoniczną plątaninę, kalejdoskop barw. Ale nie dziś. Dziś jest sucho, męcząco.

Moim oczom wreszcie ukazuje się rodzinny dom. Dwupiętrowa willa w stylu wiktoriańskim z narożną wieżyczką i spadzistym dachem pokrytym jasną dachówką. Fasada wyłożona błękitnymi panelami, doskonale komponującymi się z białymi ozdobami: filarami przy wejściu, ornamentami wokół okien. Ponoć jeden z najładniejszych domów w mieście. Czasem turyści robią sobie przy nim zdjęcia. Parkuję obok ciemnego mercedesa ojca. Już sam widok jego auta sprawia, że czuję lekkie napięcie.

Nie zastanawiając się ani chwili, wychodzę z samochodu i ruszam w stronę domu. Gdy przekraczam próg, dochodzi do mnie słodki zapach kukurydzy i pieczonego kurczaka. Wnętrze jak zawsze skąpane jest w ciepłym żółtym świetle płynącym z kryształowego żyrandola. Ściany holu i rozpościerającego się za nim salonu pokryte są egipskim tynkiem. Wiszą na nich obrazy, na które mama co jakiś czas wydaje krocie. Ściągam buty i zanurzam bose stopy w miękkim, okrągłym dywanie zakończonym długimi chwostami, lekko przybrudzonymi na końcach. Zostawiam torebkę na jasnej rzeźbionej komodzie z początku dwudziestego wieku i jak zawsze zerkam w kierunku stojącego w rogu stolika na wygiętych nóżkach. Leżą na nim stara, poszarzała piłka bejsbolowa i przetarta, skórzana rękawica, z której wystają małe nitki. Mam wrażenie, że z każdym rokiem jest ich coraz więcej. Choć piłka i rękawica znajdują się dobre dziesięć metrów od wejścia, to na nie zawsze spoglądam w pierwszej kolejności. Są jak kontrapunkt dla stonowanej harmonii wnętrza. Mama nie chce ich tam trzymać, ale tato bezapelacyjnie postanowił, że mają być na widoku – już zawsze. Choć to irracjonalne, czuję, że jego decyzja jest wymierzona we mnie. To ja mam na nie patrzeć.

Idę do kuchni. Mama stoi przy blacie wielkiej marmurowej wyspy i kroi ogórka. Jej czekoladowe włosy są spięte w kucyk, choć pojedyncze pasma opadają swobodnie na policzki. Z reguły to Lucy, pomoc domowa, zajmuje się gotowaniem, ale o ile pamiętam, czwartki ma wolne.

– Wendy! – Uśmiecha się mama.

– Cześć, mamo.

Podchodzę do tej zadbanej, drobnej kobiety, której fiołkowe oczy pełne są ciepła i zaufania. Moje spojrzenie jest dużo chłodniejsze. Ten ziąb spłynął na mnie jak górska rzeka z wielkich szarych oczu ojca. Całuję ją w policzek, czując zapach jaśminu. Uwielbiam go. Towarzyszy mi od dziecka. To przy nim zasypiałam każdego wieczoru. To on ogarniał mnie, gdy płakałam, nawet z najbardziej błahego powodu. Otulona nim nauczyłam się robić na szydełku, haftować, jeść sztućcami i gotować.

– Pomóc ci? – pytam.

– Dopraw, proszę, sałatkę. Ja nakryję do stołu – odpowiada, zakładając niesforne pasmo włosów za ucho.

– Gdzie tato? – pytam, szukając w szafce sosu winegret.

– Rozmawia przez telefon na górze. Zaraz zejdzie.

– Praca?

Wzdycha ciężko w odpowiedzi.

– Normalne – kwituję, polewając warzywa ciemną, gęstą mazią, która pachnie cytrynami i pieprzem.

Gdy ustawiam misę z sałatką na środku stołu w jadalni, słyszę za plecami kroki. Moje ciało lekko się usztywnia. Odwracam głowę i widzę ojca. Chowa właśnie telefon do kieszeni białych spodni. Ma na sobie idealnie wyprasowaną czarną koszulę. Spojrzenie jego wielkich oczu przeszywa mnie na wylot. W takich chwilach odnoszę wrażenie, że czyta w moich myślach. Uśmiecha się lekko, choć widzę, że ta mina go męczy, jakby rozciągał usta na siłę, pozując do grupowego zdjęcia.

– Witaj, Wendy – mówi zachrypniętym głosem i siada przy stole.

– Cześć, tato – odpowiadam, odruchowo wygładzając swoje spodnie.

Jego jasne włosy zaczesane są do tyłu. Ma niewiele zmarszczek, może dlatego, że rzadko okazuje emocje. Ja jednak je widzę. Widzę, jak z nimi walczy.

Gdy siadamy przy stole, dołącza do nas mama, niosąc duży ceramiczny półmisek z przypieczonym kurczakiem. Nie ma w nim za dużo tłuszczu. Ojciec od paru lat cierpi na chorobę niedokrwienną serca i odpowiednia dieta jest w jego przypadku bardzo ważna.

– Ostrożnie, gorące – mówi mama, ustawiając potrawę na podkładce obok sałatki. – To co, czekamy już tylko na Warrena? – dodaje beztrosko.

Zastygam w bezruchu kilka centymetrów nad krzesłem, po czym powoli opadam na jego kaszmirową poduszkę. Na dobrą sprawę to nie powinno być dla mnie zaskoczeniem. Przez ostatnie miesiące był częstym bywalcem mojego rodzinnego domu i niekoniecznie przyjeżdżał tu ze mną. Wpadał do taty z papierami, których nie zdążyli omówić w pracy, i chętnie zostawał na kolację lub na partyjkę brydża, gdy akurat wypadał czwartek. Tato od wielu lat w każdy czwartek grywa w karty z paroma znajomymi. Wszystko odbywa się na pierwszym piętrze w pokoju do palenia cygar. Stoi tam okrągły mahoniowy stół, a w powietrzu, nawet gdy nikogo nie ma, unosi się zapach tytoniu. Warren jest pierwszą osobą, której pozwolili się do nich przyłączyć. Gdy powiedział mi pewnego czwartkowego wieczoru, że spędził czas w pokoju do palenia cygar przy partyjce brydża, byłam tylko trochę zaskoczona. Jest typem człowieka, który naturalnie wzbudza sympatię u innych i szybko zjednuje sobie ludzi. Ma opinię faceta, który potrafi wszystko załatwić. Często pomaga ojcu w rozwiązywaniu problemów firmy. Czasem jeżdżą razem w sobotę na mecze NBA lub w poniedziałki na strzelnicę. Warren z pewnością spędza z nim więcej czasu po pracy niż ja. Zżyli się do tego stopnia, że często to Warren opowiadał mi, co słychać u mojego ojca. Jest brakującym kawałkiem pasującym do naszej rodzinnej układanki.

Nie ma rodziców. Wychowywał się w kilku rodzinach zastępczych i nie utrzymuje kontaktu ze swoimi opiekunami. Do wszystkiego w życiu doszedł sam. Najlepszy uczeń w szkole średniej, stypendysta Browna. Przede mną nigdy nie był w poważnym związku, choć ma dwadzieścia osiem lat. Oczywiście spotykał się z kobietami, ale chyba tylko po to, by uprawiać z nimi seks. Czasem mam wrażenie, że traktuje mojego tatę jak ojca, że lubi tu przesiadywać, ma z nim świetny kontakt, a ja tylko im przeszkadzam. Pewnego razu wybrałam się z nimi na strzelnicę. Co prawda Warren pokazał mi, jak posługiwać się rewolwerem, a tato udzielił kilku wskazówek, jak precyzyjnie oddawać strzały, jednak czułam, że moja obecność im nie do końca odpowiadała. Nie byłam częścią ich świata. Teraz mam wrażenie, że choć zerwałam tydzień temu z Warrenem, więź, która została między nimi nawiązana, jest tak silna, że to już jest chyba bez znaczenia.

– Tak, czekamy na Warrena – odpowiada ojciec, a ja zachodzę w głowę: wie czy nie wie, że się rozstaliśmy? – Mam nadzieję, że to ci nie przeszkadza – dodaje, rozkładając na kolanach białą serwetkę.

Wie.

– Nie – zapewniam z uśmiechem. – Skąd.

– To dobrze. Mówił, że – waha się chwilę – wszystko między wami w porządku.

– Tak, jest w porządku. – Wzruszam ramionami, przypominając sobie moją paniczną reakcję na jego widok dziś rano.

Przejeżdżam palcami po włosach i zerkam w stronę drzwi wejściowych.

– A co się stało? – pyta mama, nalewając sok do szklanek.

– Rozstaliśmy się – odpowiadam.

Kiwa do mnie głową w zamyśleniu, jakby się tego spodziewała, po czym zerka na ojca z niewypowiedzianym żalem w oczach. Rozumie mnie. Ona wie, że trudno mi będzie spotkać się z Warrenem, ale boi się cokolwiek powiedzieć. To dobra, mądra kobieta, tylko że nigdy nie potrafi przeciwstawić się ojcu. Nie kieruje nią strach, ale pewna forma uzależnienia psychicznego. Tato potrafi od siebie uzależnić. Jego jedno spojrzenie sprawia, że człowiek natychmiast zmienia zdanie na jakiś temat i zaczyna myśleć tak, jak życzy sobie wielki John Palmer. Dla niego zrezygnowała z pracy zawodowej, choć z tego co mówiła ciotka Sara, z wyróżnieniem ukończyła literaturę angielską na Uniwersytecie Kalifornijskim.

W tym samym czasie jednak firma ojca zaczęła się prężnie rozwijać, stopniowo przekształcała się w potężne restauracyjne konsorcjum i pojawiły się poważne pieniądze. Choć mama marzyła o pracy nauczycielki, na prośbę ojca zmieniła plany. Zajęła się remontem dopiero co zakupionej willi i życiem rodzinnym. Dziś dom, znajomi, bankiety to cały jej świat. Mam nawet wrażenie, że zatraciła się w tej rzeczywistości. Wciąż coś zmienia w wystroju holu, sypialni, jeździ na aukcje i kupuje kolejne obrazy, jest stałą bywalczynią wszystkich bankietów organizowanych przez jej koleżanki, salonów kosmetycznych i sklepów z odzieżą, gdzie kupuje mi eleganckie sukienki. Te drobne sprawy są dla niej ważne i z reguły wypełniają jej cały dzień. Ktoś mógłby powiedzieć, że mama prowadzi życie beztroskiej, pachnącej żony, ale ja wiem, że to nieprawda. Pod tymi salonowymi pozorami kryje się wrażliwa kobieta, która stara się kochać nas tak, jak tylko potrafi.

Słyszę spokojne kroki dobiegające z holu i biorę głęboki wdech.

– Już jest – kwituje mama, przyglądając mi się wnikliwie, jakby pytała tym spojrzeniem: „Dasz radę?”.

Mrugając, odpowiadam: „Nie martw się o mnie mamo”.

Warren wchodzi do jadalni, rozpinając guzik czarnej marynarki, i zerka na swój złoty zegarek.

– Przepraszam, korki – mówi.

– Nic nie szkodzi – odpowiada tato ciepłym tonem. – Jeszcze nie zaczęliśmy.

Siada naprzeciwko mnie. Dobrze, że przynajmniej nie obok, bo tego bym chyba nie zniosła. Patrzę teraz na koronkowy wzór, chyba róże, zdobiący ułożony na środku stołu bieżnik. Nie jestem jednak w stanie podnieść wzroku i popatrzeć na niego, bo wiem, że jedno spojrzenie mnie zdradzi. Pokażę mu, jak bardzo cierpię.

– Pomódlmy się – zarządza ojciec, po czym żegna się, jak zawsze patrząc na piłkę i rękawicę.

Odmawiamy krótką modlitwę. Po niej rozpoczynamy posiłek.

– Wendy. – Warren odzywa się w końcu do mnie z nutą umiarkowanej pretensji w głosie.

– Tak? – odpowiadam półszeptem, słysząc, jak głos mi zamiera.

Czy to możliwe, że chce teraz, przy rodzicach, rozmawiać o tym, że dziś rano odbiłam nagle z drogi? Albo o tym, że od tygodnia nie odbieram od niego telefonów? Szanse oceniam pół na pół. Choć uważam, że jest wzorowym dyplomatą, to od zawsze w jego zachowaniu wyczuwałam też pewne nuty paranoi.

– Jak ci minął dzień? – pyta z lekkim uśmiechem.

Jednak dyplomata…

Lustruje teraz niebieskim spojrzeniem moją twarz, nie mogąc nasycić się tym widokiem. Uśmiecha się lekko, a jego oczy są żywe i wydaje się, że wyrażają tysiące myśli jednocześnie.

– Dobrze.

Kiwa powoli głową i znowu patrzy na mnie w wyjątkowo zimny, wręcz kłujący sposób. Nie jestem w stanie utrzymać z nim kontaktu wzrokowego. Jest dla mnie zbyt silnym przeciwnikiem. Siedzę naprzeciwko niego i próbuję ze wszystkich sił trzymać się konwencji, zachowywać naturalnie, ale nie potrafię. Tęsknota rozpiera moje ciało, przeciwstawia się dystansowi, jaki urósł między nami w ciągu tych kilku dni rozłąki. Nie sądziłam, że powstanie tak szybko, nie po tym, co nas łączyło…

Zastanawiam się teraz, czy spotykał się z jakimiś kobietami w tym tygodniu. Możliwe, że tak. Mógł przecież z nimi uprawiać seks, porównywać mnie z nimi, mówić im, co sprawia jemu przyjemność, żartować. Mógł wszystko.

Jedno zdanie: „Zdradziłem cię” przekreśliło cały rok naszej bliskości. Siedzimy teraz naprzeciwko siebie w dziwnym zawieszeniu między tym, co było, a tym, co będzie. Zdaje się obcy. Gdy jest się z kimś bardzo blisko, traktuje się go jak fragment własnego ciała. Postrzegałam go właśnie tak, a teraz zaczynam w nim widzieć drugiego człowieka, proporcjonalne rysy twarzy i atrakcyjne, szczupłe ciało. To wszystko przez ten dystans. Oddaliłam się od niego.

– Wendy, podaj talerz – wtrąca mama i wyciąga rękę w moim kierunku.

– Miałaś dziś zajęcia? – Warren zagaja beztrosko, upijając łyk soku.

Czy on tego nie przeżywa? A może tak doskonale gra? Powinnam umieć rozpoznać, ale emocje uniemożliwiają mi prawidłowy odbiór sytuacji. Wiem, że potrafi doskonale skrywać uczucia. Na początku naszej znajomości był właśnie taki: taktowny i dyplomatyczny. Wiedział, o co zapytać, co odpowiedzieć. Później wyznał mi, że ciężko mu było z taką rolą, bo bardzo mu się podobałam, ale zawsze tak robi na początku. Trzyma się ogólnie przyjętych norm, żeby wyczuć drugiego człowieka. Może teraz wrócił do tej techniki?

– Tak, miałam – odpowiadam. – Wstęp do psychologii dla pierwszego roku.

Nie wiem, po co mu o tym mówię, ale chcę udawać, że wszystko u mnie w porządku, choć na pewno widzi, że nie. Wzdycha, dając upust rezygnacji, jakby mój ton go zniechęcał. Mama oddaje mi talerz z porcją kurczaka i purée ziemniaczanego. Choć prawie nic dziś nie jadłam, czuję się dziwnie pełna. Zaczynam dłubać widelcem w talerzu. Warren po otrzymaniu swojej porcji od razu zjada kilka kęsów.

– Mmm, pyszny kurczak, Lisa! – zachwyca się, puszczając czarujący uśmiech w stronę mamy, na co ta odpowiada tym samym.

– Dziękuję, miałam ochotę na niego od dawna i pomyślałam, że czas go w końcu zrobić.

W jej tonie pląsa satysfakcja. Warren Davis zawsze wie, co i do kogo powiedzieć.

– Wendy, tobie nie smakuje? – pyta ojciec.

Czy on naprawdę nie rozumie, jak się czuję?

– Smakuje – odpowiadam. – Tylko że nie jestem głodna.

– Jadłaś już? – wtrąca Warren.

– Nie, ale nie mam jakoś ochoty na jedzenie – wyjaśniam łamiącym się głosem.

– Uhm – reaguje ojciec. – Chciałem z tobą o czymś porozmawiać.

– Ze mną? – Ożywiam się. – Słucham, tato.

– W sobotę jest bal z okazji rocznicy powstania Palmer Restaurants, zresztą – masuje się po czole, dając wyraz zmęczeniu – pewnie wiesz.

Wiedziałam, ale wydarzenia minionych dni skutecznie wymazały mi tę informację z pamięci.

– Tak? – zachęcam go do kontynuowania wypowiedzi.

– Chciałbym, żebyś wygłosiła na nim mowę powitalną.

Odruchowo zerkam na Warrena. Zawsze tak robiłam, gdy ojciec mówił do mnie coś, co nie było mi na rękę, a ja nie wiedziałam, jak mu odmówić. W takich chwilach Warren zawsze mnie wspierał. Od razu rozumiał, co się dzieje, i interweniował.

Teraz mruży oczy i potrząsa lekko głową, jakby pytał: „Nie chcesz?”. Normalnie potwierdziłabym jego gest, ale teraz sama nie wiem, co mam zrobić.

– John, chciałbym powiedzieć kilka słów, jako że mija rok, odkąd jestem w firmie – mówi i zaraz dodaje: – Oczywiście, jeżeli Wendy się zgodzi.

– Zgadzam się – odpowiadam natychmiast. – Nie ma problemu.

– Wolałbym, żeby Wendy to zrobiła – odparowuje ojciec.

Do głowy przychodzi mi irracjonalna myśl, że tato chce się w ten sposób na mnie zemścić za to, że w zeszłym roku spóźniłam się na jego przemowę. Może w istocie tak jest?

– Nie rozumiem dlaczego, John – dziwi się Warren.

W dalszym ciągu mnie ratuje, narażając ich relację. Wie, że ja w takich sytuacjach jestem bezbronna jak dziecko. Nie potrafię odmawiać ojcu, wszystko przez to chorobliwe poczucie winy.

– Ty, Warren, musisz pilnować przebiegu imprezy – stwierdza surowo. – A Wendy powita gości.

– Zastanowię się, tato, dobrze?

– Dobrze. Daj mi znać jutro. Przyjedź po pracy do restauracji, zobaczysz od razu co i jak.

Zakłada już, że się zgodzę. Co za patowa sytuacja.

– W porządku – zgadzam się w nadziei, że uda mi się coś do jutra wymyślić.

Przemowa na balu jest ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę. Nigdy nie będę gotowa, żeby ją wygłosić. Nie chodzi nawet o tremę, ale o to, że wszyscy będą na mnie patrzeć i oceniać, mając z tyłu głowy moją przeszłość.

– Warren, ciebie chciałem prosić o to, żebyś pomógł Wiktorii z loterią charytatywną. – Ojciec wydaje kolejne dyspozycje, wycierając usta lnianą serwetką.

– Już dziś się nią zająłem – odpowiada Warren, a ja zadaję mu w duchu pytanie: „Co masz na myśli, Warren? Loterię czy Wiktorię?”.

Uosobienie fantazji seksualnych wszystkich mężczyzn, bo tak właśnie wygląda menedżerka Eukaliptusa – największej restauracji ojca, w której ma się odbyć bal. Czarne włosy do ramion, miodowe oczy, piegi i nogi po szyję.

Zazdrość po zdradzie jest przygniatającym uczuciem. Zbierając informacje do artykułu, sięgnęłam po kilka pozycji traktujących o tym zagadnieniu. Przechodzi się przez nią jak przez rekonwalescencję po wypadku. Brak zaufania do partnera i zerowe poczucie własnej wartości są głównymi motorami napędzającymi traumę. Najlepszym lekarstwem powinien być czas i otwartość partnera, który się jej dopuścił. My się rozstaliśmy, więc na to drugie nie powinnam liczyć. Choć nie jestem już z Warrenem, w tej chwili rozpiera mnie właśnie to destrukcyjne uczucie. Zastanawiam się, czy Wiktoria mu się podoba, czy snuje na jej temat fantazje. Jeszcze tydzień temu nie miałam takich myśli. Pojawiły się dopiero po tym, gdy przyznał się do zdrady.

– Oczywiście chodzi mi o loterię – dodaje.

– Oczywiście – powtarzam, odkładając widelec.

Zerkam w okno. Czerwony tramwaj z dachem barwy mokrego piasku właśnie zatrzymuje się na przystanku. Słyszę przyjemny szum, który przechodzi w krótki pisk hamulców. Młody turysta w dżinsowej kamizelce robi zdjęcie naszemu domowi, jakby wiedział, że trwa tu prawdziwy spektakl.

– Dziękuję – mamroczę w końcu, podnosząc talerz, na którym wciąż leżą kawałki kurczaka, bo wyjadłam tylko kukurydzę.

Mama pośpiesznie przeżuwa swoją porcję i mówi:

– Poczekaj, weźmiemy od razu półmiski.

– Lisa, proszę, zostań, ja pomogę Wendy – proponuje Warren, sięgając po jej pusty talerz.

Jak zawsze przejmuje inicjatywę.

– Ależ nie trzeba.

Tato kładzie dłoń na przedramieniu mamy.

– Trzeba, trzeba – mówi ledwo słyszalnie.

Przewracam dyskretnie oczami, po czym ruszam z naczyniami w stronę kuchni. Warren idzie tuż obok. Co jakiś czas muskamy się ramionami, a w powietrzu unosi się zapach kardamonu. W końcu przekraczamy próg kuchni. Podchodzę do czarnego kamiennego zlewu i wkładam do niego półmisek. Warren zamyka dyskretnie drzwi i głośno wzdycha, odstawiając swoje naczynie na szafkę.

– Co ja mam z tobą zrobić, Wendy?

Wkłada ręce do kieszeni.

– To znaczy? – pytam, opierając się pośladkami o kant zlewu.

– Kim był ten facet w kawiarni? Cały dzień zadaję sobie to pytanie.

– Co?

– Myślałaś, że za tobą nie pojadę? Po tym, jak przez tydzień nie odbierałaś ode mnie telefonów? Widziałem cię z jakimś mężczyzną. Możesz mi to wytłumaczyć?

Czuję satysfakcję, która winduje moje ego. Tak, rozmawiałam z mężczyzną, i co ty na to? Ogarnia mnie też delikatna ulga, że przy stole jednak skrywał uczucia. Choć nie chcę już z nim być, to wciąż pragnę pozostać dla niego kimś ważnym. Okropne.

– Nie muszę ci się już tłumaczyć, Warren – odpowiadam.

Mam wrażenie, że moje słowa zaczynają buzować między nami jak dzikie płomienie. Nie możemy się przez nie przedostać.

– Chciałem podejść, ale właśnie to sobie pomyślałem: jesteś wolna. Kurwa! – Unosi głowę. – Nie wierzę w to.

Zaciska pięści i ciężko wzdycha. Następnie podchodzi do mnie. Jest bardzo blisko. Ma niepewny wzrok, jakby próbował przełamać niewidzialną barierę. Pokazuje mi swoje prawdziwe oblicze, które z reguły przykrywa grzecznym uśmiechem i doskonałymi manierami.

– Warren, potrzebuję oddechu – mówię cicho.

– Szybkiego czy wolnego? Znam każdy.

Jak zawsze bezczelnie ripostuje. Zawsze mi się to w nim podobało, choć teraz taka postawa zbija mnie z tropu. Szukam wyjścia…

– Musimy od siebie odpocząć. Dać sobie czas – odpowiadam, walcząc z przemożną pokusą wtulenia się w niego.

W tych niebieskich oczach otoczonych prostymi, ciemnymi rzęsami tli się odwaga i determinacja, które mówią mi, że tak łatwo nie odpuści. Rzadko się zdarza, żeby szatyn miał niebieskie oczy, ale Warren właśnie taki jest. Diabelnie przystojny anioł. Pasuje mu ta uroda. Idzie w parze z jego przewrotną osobowością. Zerkam niżej, na jego proporcjonalne ramiona, wszystko do niedawna moje…

– Chcesz odpoczywać z innym facetem? – pyta.

– Nie. Chcę po prostu wszystko sobie poukładać. Nie rób mi wyrzutów o innego. To ty mnie zdradziłeś.

– Żałuję, że ci o tym powiedziałem. Chciałem być szczery, a teraz pokutuję.

– Dobrze, że mi o tym powiedziałeś.

– Nieprawda. Nic nie zrozumiałaś. Uciekłaś w popłochu, jakbym był twoim wrogiem. Nie jestem nim. Kocham cię.

– Proszę, nie mów mi tego.

– Chcę cię odzyskać, nie rozumiesz? Ignorowałaś mnie przez kilka dni, w porządku, dałem ci czas. Dłużej jednak tego nie wytrzymam.