Strona główna » Obyczajowe i romanse » Władczyni mroku

Władczyni mroku

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66338-22-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Władczyni mroku

Nie możesz pozbawić jej przeszłości i uniknąć konsekwencji

Megan Rivers jest tak przeciętna, jak tylko może być trzydziestoletnia kobieta mieszkająca w San Francisco. Jedyną rzeczą, którą ją wyróżnia, jest niezwykły tatuaż na plecach.

Jej zwyczajne i nudne życie zmienia się w dniu, w którym oblewa swojego szefa kawą. W niewyjaśnionych okolicznościach napój zamienia się we wrzątek. Megan oczywiście natychmiast zostaje zwolniona. Kolejne dni obfitują w coraz więcej trudnych do wyjaśnienia wydarzeń. Ludzie z otoczenia Megan umierają, a w niej budzą się niepokojące zdolności. Na świecie zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy…

Kiedy w życiu kobiety pojawia się tajemniczy i nieziemsko przystojny Nicholas Marlowe, Megan nie może oprzeć się wrażeniu, że zna go doskonale. Jakby spędziła z nim wieczność…

__

O AUTORCE:

K. C. Hiddenstorm urodziła się w 1987 roku. Jest pisarką pochodzącą z Białegostoku, której cechą rozpoznawczą jest prosty, chwytliwy język i duże poczucie humoru

Polecane książki

Poradnik do gry FIFA 08 powinien pomóc przede wszystkim graczom początkującym. Materiał został podzielony na trzy części, omawiające kolejno możliwości trybów menadżerskiego i zostań gwiazdą, na koniec przechodząc do zagadnień sterowania. FIFA 08 - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy te...
Mercy mieszka w Sanktuarium, siedzibie Raintree, położonej w lasach Smoky Mountains (Karolina Północna). Obdarzona niezwykłymi zdolnościami empatycznymi jest strażniczką klanu i tradycji. Ma kilkuletnią córkę Eve o niespotykanych talentach paranormalnych. Nikt nie wie, kto jest ojcem Eve. Nikt nie w...
Seria Wielkie Biografie prezentuje postaci, które na stałe zapisały się na kartach historii i których losy – zarówno prywatne, jak i zawodowe – warto poznać. Od czasu jego pierwszych publikacji na portalu WikiLeaks (2006) świat nie jest już taki sam. Jedni widzą w Assange’u Robina Hooda cyberprzestr...
Poradnik do gry „Tomb Raider: Legend” zawiera opis przejścia przygotowanej przez producentów kampanii single player, na którą składa się kilkanaście rozbudowanych etapów, nie pominięto również licznych sekretów i zagadek logicznych. Tomb Raider: Legenda - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez gr...
Trzy siostry Claibourne zarządzają luksusowym domem towarowym Claibourne & Farraday w centrum Londynu. Przebojowe i piękne, Romana, Flora i India, przez kilka lat pomagały ojcu w prowadzeniu biznesu, dlatego bez trudu dają sobie radę. Niestety, w wyniku dawnej umowy nadchodzi czas, gdy spadkob...
Rem Koolhaas (ur. 1944) to najwybitniejszy intelektualista wśród architektów i najwybitniejszy architekt wśród intelektualistów, przenikliwym komentator współczesności, który potrafi nazwać to, co inni tylko przeczuwają. Nie boi się stawiać bezceremonialnych pytań o miejsce architektury w zglobalizo...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa K. C. Hiddenstorm

Na początku było słowo

Nocą, gdy spałam, zły człowiek wdarł się do mojej komnaty i skradł cały mój świat. Niszcząc go bestialsko, posłał mi bezduszne spojrzenie swych upiornych, zimnych oczu. Pozbawiona wszystkiego po tak zatrważającym upadku nigdy już nie miałam podnieść się z kolan. Nauczyłam się jednak władać słowem i obłaskawiałam magię, by posiąść dar tworzenia. I zbudowałam sobie inny świat – świat, którego nikt mnie nigdy nie pozbawi, do którego nikt nigdy nie będzie miał dostępu.

Hej, hej, przybyszu z daleka! Czy wiesz, jak wielką zyskałam moc? Nie jesteś choć trochę zdumiony, choć trochę zaniepokojony, nikczemny złodzieju dusz?

Powinieneś, zaprawdę, powinieneś.

Ta moc jest przerażająca.

– Megan Rivers, Piekielny talent

Prolog . Śmierć w Paryżu

Kobieta w fioletowej peruce szła wąską uliczką, a Vinnie pomyślał, że właśnie zobaczył najpiękniejszą dziwkę na świecie. Bo to, że ta laseczka była dziwką, nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Jej krzykliwy strój mówił sam za siebie. I jeszcze te buty! Długie do półuda, czarne lateksowe kozaki na obcasie tak wielkim, iż śmiało można by za jego pomocą przeprowadzić badanie prostaty. Niebywałe, że ta mała kroczyła w nich tak… że w ogóle w nich kroczyła.

Pstrokatą sukienkę nosiła niewyobrażalnie krótką i każdy, kto przechodził obok Panny Czarne Kozaki, wiedział, jakiego koloru są jej majtki. Z kolei dekolt był tak głęboki, że piersi prawie z niego wyskakiwały. Wulgarny makijaż i tandetna biżuteria dopełniały dzieła. Dziwka. Dziwka jak nic.

Chryste, ależ ona się poruszała! Jej biodra kołysały się zmysłowo, obiecując najdziksze rozkosze każdemu, kto zechce położyć na nich ręce.

Vinnie zdecydowanie chciał.

Sapnął, poluźniając krawat. Szybko zrewidował zawartość portfela i ruszył w stronę kobiety. Zaraz sprawdzimy, co potrafisz, mała – pomyślał, czując narastające podniecenie. Od wizji tego, co będzie robił z tą laleczką, niemal kręciło mu się w głowie.

Kobieta przystanęła na moment, żeby podnieść coś z ziemi, być może monetę. Prostując się, zerknęła prosto przed siebie. Nawet w dogasającym świetle kończącego się dnia Vinnie zauważył niesamowity kolor jej oczu. Są niebieskie. Nie, granatowe. Są granatowe – ocenił, a jego szczątkowa intuicja pisnęła cichutko: Żaden człowiek nie ma takich oczu. Nie ma prawa mieć.

Vinnie zignorował ją.

Uśmiechnął się głupkowato, strzepnął niewidzialne paprochy z poły marynarki i pomachał do kobiety. Zachęcona tym gestem ruszyła w jego stronę. Stukot jej obcasów odbijał się głośnym echem na brukowanym chodniku i wydawał się w jakiś sposób złowieszczy. Dla napalonego Vinniego brzmiało to jednak jak najpiękniejsza muzyka lub może rytm, jaki przy odrobinie szczęścia będą wybijać ich splecione ciała.

Jakby odczytując jego myśli, kobieta uśmiechnęła się bezwstydnie, choć też odrobinę wyniośle, tajemniczo. Nie wiedzieć czemu, jej uśmiech zmroził Vinniemu krew w żyłach.

Jednak mężczyzna zignorował również i to.

Zdawał sobie sprawę, że był nieco nerwowy. Matko Boska, każdy księgowy jest mniej lub bardziej nerwowy. Zwłaszcza gdy okazuje się, iż w księgach rachunkowych jest drobny błąd, na skutek którego w firmie brakuje dwóch milionów cholernych franków! W takiej sytuacji można się ciut zdenerwować. Można też postarać się rozładować ten stres towarzystwem takiej miłej damy jak ta, którą Vinnie miał zamiar za chwileczkę lepiej, a raczej dogłębniej poznać.

Stres można również rozładować, wypalając skręta, o czym Vinnie wiedział i czego też nie omieszkał uczynić kilka godzin wcześniej. Nie żeby od razu skuł się jak te hipisowskie ćpuny przesiadujące w parku, ot, ściągnął kilka dymów w sam raz na stłumienie nerwów. Wielkie mi halo.

Vinnie nie uważał się za narkomana. Chryste, nie! Był poważnym człowiekiem, szanowanym człowiekiem na poziomie! Po prostu znalazł się w podbramkowej sytuacji i musiał się wyluzować. Mógł wprawdzie kupić sobie butelczynę jakiegoś sikacza i ubzdryngolić się jak ta lala, ale nie przepadał za alkoholem. Ponadto od jakiegoś czasu korciło go, żeby zapalić trawę, a odkąd zjawił się tu ten amerykański gwiazdor, ulice pękały w szwach od cwaniaczków sprzedających to i owo. Grzechem byłoby nie wykorzystać tak fartownego zrządzenia losu.

Narkotyki w połączeniu z podnieceniem potrafią skutecznie zaburzyć osąd i wypaczyć percepcję. Dlatego też Vinnie mylnie założył, że to, co widzi, lub wydaje mu się, że widzi, to tylko skutek uboczny wypalonego skręta.

Skrzydła. Ona. Miała. Skrzydła.

Czarne! Ogromne!

Vinnie zamknął oczy, policzył do trzech i ponownie je otworzył. Nic. Skrzydeł nie było. Tak, to zdecydowanie przez trawę – zawyrokował, śmiejąc się nerwowo.

Zorientowawszy się, iż gapi się tępo przed siebie z rozdziawionymi ustami, pośpiesznie je zamknął. Kobieta podeszła do niego, rzucając zalotne „hej”, a Vinnie w jednej chwili zapomniał o wydumanych skrzydłach. Ba, o całym świecie.

– Hej, piękna. Jak masz na imię? – Vinnie poczuł, że na policzki wypełza mu rumieniec. Włoski na karku uniosły się jak naelektryzowane.

– Lepiej dla ciebie, żebyś nie wiedział – usłyszał w odpowiedzi.

Jezusie, jakiż ona miała zmysłowy głos! Maleńką cząstką świadomości zaczął niejasno podejrzewać, że mógłby się spuścić, nawet gdyby ta panienka po prostu siedziała obok i czytała mu książkę telefoniczną.

– Och, rozumiem – odparł, rozumiejąc tyle co woźny na seminarium z astrofizyki. – Pomyślałem, że może moglibyśmy…

– Zabawimy się, cukiereczku, tego chcesz? – spytała kobieta. Zakołysała biodrami, polizała palec wskazujący i zakreśliła na swoich piersiach wymyślny wzór, kończąc go na koronce czarnych majtek odważnie wyglądających spod sukienki.

Vinnie stęknął cicho. Jego spodnie stały się w jednej chwili niemożliwie ciasne.

– Ile? – spytał bezceremonialnie, wyciągając z kieszeni portfel. Próbował zapanować nad drżeniem rąk, lecz skutek był mizerny.

– Nie chcę twoich pieniędzy – odparła z rozbawieniem. Dopiero teraz Vinnie zdał sobie sprawę, że kobieta mówi z bardzo dziwnym akcentem.

– N-nie? – wybełkotał. – To czego chcesz?

Kobieta przysunęła się do Vinniego, kładąc mu ręce na piersi. Uderzył go jej zniewalający, lekko piżmowy zapach.

– Twojej duszy – wyszeptała mu do ucha. – Tego właśnie chcę.

Wariatka. Ewidentnie.

Czy stanowiło to jakiś problem? Bynajmniej. Jeśli ta panienka nie była dziwką, tylko świruską udającą dziwkę, tym lepiej dla niego. Zabawi się z nią i to kompletnie za darmo. No, ewentualnie rzuci parę franków na taksówkę. Vinnie uznał, że to w porządku. Nawet bardzo, kurwa, w porządku. Starszy brat powiedział mu kiedyś, że tylko dwie rzeczy nie są w porządku. Gwałt i seks z dziećmi. O seksie ze świruskami nie wspominał.

Namiętne usta zaczęły całować go po szyi i jego mózg skapitulował ostatecznie, przekazując dowodzenie organowi znajdującemu się niżej. Jęknął, gdy język kobiety począł ślizgać się po jego małżowinie usznej. Portfel wypadł mu z ręki, ale on nawet tego nie zauważył.

– Biedny, sfrustrowany rachmistrz – szepnęła kobieta.

– Skąd… – zaczął Vinnie, ale ona położyła mu palec na ustach.

– Ciii – szepnęła. – Wiem o tobie wiele rzeczy. Na przykład to, że gdy byłeś chłopcem, podglądałeś mamusię, kiedy się kąpała, i robiłeś potem rzeczy, jakich nie powinni robić chłopcy myślący o swoich mamusiach.

Vinnie zesztywniał na te słowa, ale natychmiast wmówił sobie, że to tylko kolejna halucynacja wywołana skrętem. Lekko zdezorientowany spojrzał na kobietę, na co ona uśmiechnęła się, gładząc go po policzku. Następnie jej język na powrót zajął się pieszczotami.

Odsunąwszy w bok cienki materiał sukienki, Vinnie ujął w dłonie jej piersi. W odpowiedzi kobieta mruknęła jak kot, oplatając go nogą odzianą w lateksowy but. Jej jędrne ciało napierało na niego, chętne i gotowe. Zaczął pieścić ją coraz śmielej, jego ręka ześlizgnęła się po brzuchu, przejechała po udzie…

Kobieta gwałtownie cofnęła biodra. Jej dłoń przesunęła się na kark Vinniego, unieruchamiając go. Jęk rozkoszy przerodził się w zaskoczony okrzyk bólu, gdy mężczyzna poczuł, jak ostre zęby zagłębiają się w jego skórze, jak przebijają ją z perwersyjną łatwością. Z rozszarpanej tętnicy trysnęła krew.

A więc to prawda! Wszystkie te historie i filmy to prawda! Wampiry istnieją! – pomyślał histerycznie, próbując wyrwać się z uścisku dziwki-wampirzycy. Oczy chciały wyskoczyć mu z oczodołów, ciepła krew spływała po koszuli, która przylgnęła do ciała, zmieniając się w lepki całun. Ugryzł mnie wampir i zaraz zmienię się w jednego z nich! Wielki Boże, a nasz Panie, Ojcze nasz, któryś jest w niebie, nie pozwól mi tak umrzeć! Błagam, nie pozwól mi tak umrzeć!

Modlitwy nie zdały się na wiele, piękna nieznajoma nie była wampirem. Po tym jak rozerwała szyję Vinniego, nie zaczęła chłeptać parującej krwi, lecz z zadowoleniem patrzyła, jak szamocze się i walczy, starając się zatrzymać ulatujące z niego życie.

Okrutny uśmiech wykrzywił jej usta, nadając twarzy demoniczny wyraz. Chwyciła głowę Vinniego, obracając ją tak, by móc widzieć jego gasnące oczy, i lodowatym głosem oznajmiła:

– Twoja dusza należy teraz do mnie, nehyyn.

Vinnie chciał protestować i błagać o litość, lecz z jego gardła dobył się tylko niezrozumiały gulgot. Krztusząc się wypełniającą gardło krwią, podjął jeszcze jedną rozpaczliwą próbę wyartykułowania czegoś sensownego, lecz kolejny raz tylko bezradnie zacharczał. Po brodzie pociekła mu spieniona krew.

Kobieta odrzuciła głowę, zanosząc się kraczącym śmiechem, i uzupełniła:

– Twoja dusza i twoje serce.

Równocześnie z wypowiedzeniem ostatniego słowa jej ręka wykonała błyskawiczny ruch, wbijając się w ciało Vinniego, wyrywając wciąż bijące serce z piersi. Vinnie zawył przeraźliwie i zaraz został odepchnięty na ścianę kamienicy.

Niewiarygodne, lecz mimo odniesionych ran wciąż żył. Można było ze wszelkim prawdopodobieństwem przyjąć, iż tajemnicza nieznajoma przyczyniła się do tej koszmarnej aberracji. Widział własne serce leżące na dłoni kobiety, widział, jak ta dłoń się zaciska, miażdżąc je.

Oczy Vinniego poczęły mętnieć, z rozerwanego gardła dobył się ostatni świst. Skonał, zanim jeszcze jego ciało gruchnęło o ziemię.

Śmierć nie wyglądała tak, jak opisywano to w ezoterycznych czasopismach, którymi Vinnie zaczytywał się w wolnych chwilach. Nie było żadnego rozbłysku bieli, tunelu światłości ani życia przelatującego przed oczami. Jego świadomość zgasła nagle jak przepalona żarówka i to było wszystko.

– Miłej wieczności w Piekle, głupcze. Ciekawe, czy ci się tam spodoba? – rzekła kobieta. Odrzuciła serce, które trafiło trupa w brzuch, odbiło się i spadło na chodnik z obrzydliwym plaśnięciem.

Wytarła dłoń o brzeg sukienki i przechyliła głowę, nasłuchując.

Za rogiem zatrzymał się samochód.

Ruszyła za tym dźwiękiem, wychodząc na kolejną uliczkę, nieco większą, lecz równie opustoszałą.

Pomrukujący silnik srebrnego jaguara umilkł, reflektory zgasły. Drzwi od strony kierowcy otworzyły się z cichym pssyt. Ze środka wysiadł wysoki mężczyzna w eleganckim garniturze. Jego przystojna twarz budziła zachwyt w równym stopniu, w jakim napawała grozą. Ogniki tańczyły w jego niesamowicie czarnych oczach niczym płomienie w bezdennych jeziorach. Czarne były również jego zaczesane do tyłu włosy.

Nie fatygując się zamknięciem auta, ruszył w stronę przypatrującej mu się kobiety.

– Śmierć w Paryżu, to takie romantyczne – rzekł.

– W głębi duszy oboje jesteśmy romantykami – odparła, schodząc z chodnika.

Mężczyzna przytaknął skinieniem głowy.

– Wielce gustowny strój, skarbie.

– Przynajmniej nie tak pretensjonalny jak twój garnitur. – Ręka kobiety powędrowała do włosów. Chwyciła kosmyk i zaczęła okręcać go na palcu.

Mężczyzna teatralnie rozejrzał się dookoła i na powrót skierował wzrok na jej pstrokatą sukienkę.

– Nie wyprzedza swojej epoki w przeciwieństwie do tej przedziwnej kreacji.

Kobieta zbyła jego słowa machnięciem ręki. Podeszła do niego, chwyciła za koszulę i wciągnęła w bramę, obok której zaparkował jaguara.

– Proszę, wytrzyj się, mi serith – polecił, wyciągając z kieszeni jedwabną chusteczkę. Przemawiał miękkim tonem, jak kochanek.

Kobieta spełniła prośbę, skwapliwie ścierając z twarzy krew zamordowanego księgowego. Z początku śnieżnobiały materiał przybrał szkarłatną barwę.

Mężczyzna obserwował jej ruchy spod półprzymkniętych powiek, uśmiechając się sennie.

– W porządku. – Złapał ją za przegub. Chusteczka opadła na chodnik jak martwa ćma. – Podobasz mi się z tym wulgarnym makijażem. Wyglądasz jak…

– Dziwka samego Szatana? – weszła mu w słowo.

Mężczyzna zaśmiał się, szczerze rozbawiony.

– Ty to powiedziałaś, skarbie.

Kobieta spojrzała na niego powłóczyście i zamknęła mu usta pocałunkiem. Mężczyzna oddał go z ochotą. Jedną ręką objął ją w talii, drugą ściągnął jej z głowy perukę; Vinnie, gdyby żył, bałby się pewnie, że wystrzeli spod niej stado jadowitych węży. Na plecy kobiety opadły kaskady złocistych włosów, a on z widoczną rozkoszą zagłębił w nich palce.

– Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo cię kocham – szepnął, wpatrując się w nią roziskrzonymi oczyma.

– Tak bardzo jak ja ciebie, mi serith? – spytała.

– Bardziej.

Kobieta pokręciła głową w geście zaprzeczenia.

– To nie jest możliwe.

– Możemy wracać do domu? – Mężczyzna musnął ją palcem w czubek nosa.

– Możemy, ale…

– Tak?

– Chcę go, chcę jego – oznajmiła, stukając w podobiznę wokalisty na plakacie reklamującym koncert The Doors, znajdującym się na ceglanej ścianie za nimi.

Mężczyzna powiódł wzrokiem we wskazane miejsce i po chwili namysłu rzekł:

– Zgoda, dostaniesz go.

Kobieta uśmiechnęła się promiennie i cmoknęła go w policzek.

– Dziękuję. A teraz zabierz mnie do domu.

– Wedle życzenia, moja pani. – Mocniej objął ją w pasie i nagle oboje zaczęli stawać się coraz bardziej przezroczyści, a powietrze wokół nich zafalowało, nasuwając skojarzenie z przepływem prądu konwekcyjnego. Chwilę później zniknęli zupełnie, zmieniając się w smugę błękitnego dymu.

Puf!

I nie został po nich choćby ślad.

W nocnym powietrzu dało się wyczuć ostrą, gryzącą woń przywodzącą na myśl coś złowrogiego.

Niespełna dwa miesiące później świat obiegła tragiczna wiadomość – 3 lipca 1971 roku Jim Morrison został znaleziony martwy w toalecie paryskiego klubu Rock and Roll Circus po przedawkowaniu heroiny. Poszarzała twarz narkomana z krwawą pianą na ustach miała niewiele wspólnego z bożyszczem tłumów, jakim był za życia. Naoczny świadek zeznał, że w oczach martwego artysty malowało się bezgraniczne przerażenie.

Rzesze fanów pogrążyły się w żałobie po śmierci idola. Jak zeznała policji jego dziewczyna, Pamela Courson, muzyk zmarł w ich wspólnym mieszkaniu, biorąc wieczorną kąpiel. Dopiero po trzydziestu sześciu latach miała wyznać światu, jak było naprawdę.

Ciało Morrisona spoczęło na paryskim cmentarzu Père-Lachaise, odprowadzone przez garstkę najbliższych przyjaciół. Wbrew temu, co w dzień po pogrzebie napisał jeden z dziennikarzy, charyzmatyczny lider The Doors nie został powołany, by śpiewać w anielskim chórze.

O nie. Zdecydowanie nie.

Księga I. Światło i Mrok (I)1.

Mówi się, że jest tyle rodzajów piekła, ile tylko jest w stanie stworzyć ludzki umysł. Zgadza się. Jean-Paul Sartre twierdził, że naszym piekłem są inni ludzie. To również jest prawdą. Jednak w moim życiu to ja sama jestem swoim piekłem. Tkwi ono w mojej głowie, w mojej umęczonej duszy.

Nie to, że jestem nieszczęśliwa. Ja po prostu nie jestem szczęśliwa. A to różnica. Żyję w przeświadczeniu, że czegoś mi brakuje. Tęsknię za czymś, czego nie umiem nawet nazwać. Wrażenie jest takie, jakbym utraciła coś bardzo ważnego, tyle że nie mam pojęcia co.

Podczas naprawdę paskudnych dni czuję, że się dławię, tkwiąc w obcym świecie, który nie jest i nigdy nie będzie moim domem. Pustka, której nie jestem w stanie niczym zapełnić, doprowadza mnie do szaleństwa.

Jest jeszcze sen. Wciąż ten sam.

Zdjęta najwyższą trwogą kroczę przez umarłe, spopielone miasto, nad którym górują dym i płomienie. Chcę się z niego wydostać i nie potrafię. Próbuję uciec i nie jestem w stanie. Mogę tylko bezsilnie patrzeć, jak wszystko, co kiedykolwiek kochałam, obraca się wniwecz, jak okazuje się, że to, co znaczyło dla mnie więcej niż życie, nie jest niczym innym jak mrzonką. Ulice tego potwornego, martwego miasta spływają krwią broczącą z moich rozharatanych nadgarstków, niebo odarte jest z blasku. Choć po przebudzeniu nie wiem dokładnie, o czym śniłam, to jednak doskonale pamiętam każdy szczegół. Zawsze, za każdym razem. Zapach dymu zmieszanego ze słodkawą wonią mojej własnej krwi jeszcze długo po przebudzeniu wgryza się w nozdrza i wyciska łzy z oczu. To chyba najgorsze ze wszystkiego – być nieszczęśliwym w swoich snach. Gdy nawet tam człowiek nie może znaleźć ukojenia, cóż więcej mu pozostało?

Zrobiło się zbyt ponuro?

Zacznijmy więc jeszcze raz.

Nazywam się Megan Rivers, zdrobniale zapisuję swoje imię „Meggy”, nigdy „Meggie”. Mam trzydzieści trzy lata, niezwykły tatuaż na plecach i uważam, że z moim życiem jest coś nie tak. W lustrze widzę swoją twarz, tyle że nie jest to moja twarz. Jest nie całkiem prawdziwa, nie do końca właściwa. Tak w każdym razie czuję. Poza tym czasem widuję skrzydlate istoty. To nie przywidzenia, wiem, że istnieją. Mój kot, Tabris, również je widzi.

Jak na osobę po trzydziestce jestem potwornie niedojrzała, ale może to dlatego, że nie pamiętam niczego sprzed swoich ósmych urodzin i siłą rzeczy mój mózg uważa się za młodszy, niż jest w istocie. Moja amnezja jest skutkiem wypadku, w którym zginęli rodzice. Właściwie to nawet ją lubię, dzięki niej nigdy nie odczuwałam ich braku. Nie można tęsknić za kimś, kogo się nie pamięta.

Brzmi okrutnie? Może i tak, ale życie jest okrutne.

2.

Czarnowłosy mężczyzna stał na klifie, jego szata tańczyła pod wpływem lekkiej bryzy. Usłyszał kroki dobiegające z oddali, lecz się nie odwrócił. Doskonale wiedział, kto zmierza mu na spotkanie. Zamiast tego zadarł głowę, chcąc lepiej przyjrzeć się nocnemu niebu. Jaśniało purpurą jak ocean krwi. Spojrzał na gwiazdy, czy raczej na to, co w tym miejscu zastępowało gwiazdy – migotliwe iskierki zrodzone z rozpaczy.

Poczuł dłoń na ramieniu i zwrócił twarz ku jej właścicielce.

– Aniołowie upadają właśnie dla ciebie – rzekł. To jedno zdanie, pięć prostych słów, towarzyszyło im od początku, ono było początkiem. Była w nim magia, była w nim moc, jedyny słuszny sens, jedyna licząca się prawda.

Kobieta w czerni uśmiechnęła się, ale jakoś smutno.

– Nie tęsknisz za światłem, kochanie? – spytała.

– Za światłem? – zdziwił się. – Myślałem, że dałem ci wszystko, czego chciałaś.

– Dałeś, najdroższy – zapewniła. – Chyba więc przemawia przeze mnie malkontenctwo.

Dwie pionowe zmarszczki przecięły czoło mężczyzny.

– Malkontenctwo nie leży w twojej naturze, mi serith – zauważył. – I niech ten cień smutku zniknie z twojego głosu. Czyżbyś zapomniała, że niszczyłbym całe światy tylko po to, żeby zobaczyć jedno twoje przychylne spojrzenie? Wymordowałbym całe królestwo dla jednego twojego uśmiechu, wiesz to, prawda? Kocham cię miłością tak silną, że nawet On byłby zawstydzony mocą tego uczucia.

– Nie mówmy o Nim. – W głosie kobiety zabrzmiała pogarda. – To On zmusił nas do zbudowania królestwa w wiecznym mroku, czyż nie?

Mężczyzna przyjrzał jej się z uwagą. Zmarszczki na jego czole pogłębiły się odrobinę.

– Skąd ta nagła tęsknota za światłem, mój skarbie? – spytał.

– Nie wiem, co ostatnimi czasy przewija się przez mój umysł. Skąd ta tęsknota za światłem, jeśli zakochałam się w mężczyźnie o oczach czarnych jak sama śmierć, w tym, który sam jest nosicielem światła. To doprawdy niedorzeczne – powiedziała, ukradkiem ocierając samotną łzę.

– Przestałem nim być eony temu – odparł, wbijając wzrok w gorejący horyzont. – Jeśli jednak tęsknisz za światłem, dam ci je. Nawet gdybym musiał spalić dla ciebie słońce i sam przy tym oślepnąć, dam ci światło. Dam ci wszystko, czego chcesz, tak bardzo cię kocham, rozumiesz? Jeśli nie, powtórzę raz jeszcze.

– Rozumiem, mi serith, bo kocham cię dokładnie tak samo – szepnęła, zbliżając wargi do jego ust.

Później mężczyzna wielokrotnie odtwarzał tę rozmowę w pamięci, wyrzucając sobie, że to, co się stało, było jego winą. Gdyby tylko wcześniej zrozumiał, co oznaczała ta nagła tęsknota za światłem. Och, gdyby tylko się nad tym zastanowił.

3.

Kiedy teraz analizuję wszystkie wydarzenia, dochodzę do wniosku, że lawina ruszyła 15 sierpnia. Zaczęło się w tramwaju, gdzie dopadło mnie jedno z tych moich widzeń. Kątem oka zauważyłam obserwującą mnie skrzydlatą postać i poczułam, że od patrzenia na nią robię się chora. Czym właściwie były te projekcje? Bałam się użyć określenia „epizod psychotyczny”, choć w takich chwilach jak ta cisnęło mi się na usta. W gruncie rzeczy widzenie skrzydlatych zjaw było jak lekki wietrzyk w ogrodzie moich dziwactw, zdążyłam do tego przywyknąć. Nie miałam tylko pojęcia, że niebawem ów wietrzyk zmieni się w tornado, a ogród przeistoczy się w dżunglę.

Jakiś kwadrans po moim pojawieniu się w redakcji sekretarka powiedziała, że szef chce ze mną pogadać. Nalałam sobie kawy z ekspresu i poszłam do jego gabinetu, nie przeczuwając, jaką bombę zaraz na mnie spuści. Larry wskazał mi krzesło i bez zbędnego owijania w bawełnę oznajmił, że mogę zacząć się rozglądać za nową pracą. Dobrze, że usiadłam, bo poczułam, jak miękną mi nogi. Zwalniał mnie, Chryste!

Próbowałam dojść do słowa, ale nie dał mi szans. Larry był gościem, który nigdy nie był w dobrym nastroju. Teraz zaś jego samopoczucie było gorzej niż fatalne.

Z jego wywodu jasno wynikało, że nawet ktoś, komu zamiast mózgu wszczepiono orzeszek, byłby w tej robocie lepszy niż ja. Zarzucił mi też niekompetencję, co ubodło mnie do żywego.

– Uwierz, mówię to z ciężkim sercem, ale nie ma tu miejsca dla osób takich jak ty, Megan. „Your Magazine” potrzebuje kogoś ze zdrowszym spojrzeniem na świat, kogoś o szerszych perspektywach. – Ton jego głosu nie wskazywał na to, że Larry jest człowiekiem „mówiącym coś z ciężkim sercem”.

I wtedy coś mnie opętało.

– Tak właśnie myślisz, złamasie? – spytałam.

Twarz Larry’ego stężała. Poczerwieniał od gniewu, przybierając barwę wozu strażackiego.

– Coś ty powiedziała?!

– To, co słyszysz, pało. Nazwałam cię złamasem – odparłam miękko, niemal zalotnie.

Jego szczęka opadła, a na mnie spłynęła fala chłodnego spokoju. Byłam opanowana jak rewolwerowiec przed pojedynkiem. Czułam ogromną satysfakcję, widząc, jak wyprowadzam Larry’ego z równowagi, a jego wściekłość nakręcała mnie jeszcze bardziej. Chyba właśnie wtedy po raz pierwszy miałam poczucie, że jestem, kim być powinnam. Byłam wolna, szczęśliwa, nieśmiertelna. Zdałam sobie sprawę, że stoję ponad ludźmi, ponad kodeksami. Nie ograniczało mnie żadne prawo, żadne zasady, bo to ja byłam prawem i to ja dyktowałam zasady.

Jak we śnie podniosłam się z krzesła, czując narastającą moc i delikatne mrowienie wytatuowanych na plecach skrzydeł. Ręka z kubkiem powędrowała przez biurko, obdarzona własnym życiem. Nie zorientowałam się, że wykonuję jakiś ruch, zbyt przepełniona euforią, o jaką przyprawiał mnie płynący w żyłach ogień. Dopiero po fakcie zdałam sobie sprawę, co się stało.

Chlusnęłam na Larry’ego kawą, ale nie to było najgorsze. Ta kawa, wystygła kawa, w jednej sekundzie zmieniła się we wrzątek, który ugotował mu jaja. Ze straszliwą klarownością widziałam parę unoszącą się z jego krocza, nie było mowy o pomyłce.

Larry zsunął się z fotela, zwijając się z bólu, niezdolny nawet krzyknąć. Stękał tylko, głośno chwytając powietrze, wywracając oczyma na wszystkie strony.

Moje wargi wykrzywił mściwy uśmieszek.

Nie czekając, aż ktoś wezwie policję albo egzorcystę, wybiegłam z gabinetu, złapałam swoją torebkę i wyszłam z redakcji. Nikt mnie nie gonił, a mimo to skręciwszy za róg, puściłam się pędem przed siebie, jak gdybym próbowała uciec od nadnaturalnych zdolności, które ewidentnie posiadałam. Pomyślałam: Jak odchodzić z roboty, to z hukiem i wstrząsnął mną suchy chichot. Byłam na granicy histerii. To, co się stało… Ja to zrobiłam. Jezu, zmieniłam zimną kawę we wrzątek. Czy tak właśnie wygląda opętanie?

Wierzyłam, że jednak nie.

4.

Niesamowitego majestatu i niezwykłej urody postać szła niespiesznie kamienistą plażą. Fale przypływu raz po raz obmywały brzeg sukni. W karmazynowym blasku dogasającego dnia jej jasne włosy zdawały się płonąć. Wyglądały jak utkane z żywego ognia. Górskie szczyty majaczące w oddali były niczym pazury, które zadały śmiertelne rany niebu i teraz nurzały się w jego krwi. Zapierający dech w piersi widok, którego nie chciałby oglądać żaden człowiek.

Samael obserwował Lilith z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Czekał na nią.

Kochał ją od dnia, w którym ją ujrzał. To on odnalazł ją na pustyni i trzykrotnie namawiał do powrotu do Raju. Jednak ona, zacięta w gniewie, trzykrotnie odmówiła, skazując się na boskie potępienie. Wtedy i on wymówił posłuszeństwo Bogu, bez wahania stając u jej boku.

A ona wybrała Lucyfera.

Mimo wszystkiego, co dla niej zrobił, wybrała Lucyfera. Teraz jednak nie miało to znaczenia, teraz miał Uzjel. Powiedzmy.

– Czy byłoby nietaktem wznieść toast ziemskim winem? – spytał, wskazując butelkę z ciemnozielonego szkła. Jego niespotykanego koloru tęczówki zamigotały; chłodny fiolet rozpalił się od wewnątrz niespokojnym blaskiem.

– Za miłość wypiję zawsze. – Lilith się uśmiechnęła. – Cieszę się, żeś wreszcie znalazł ukochaną.

– Cieszysz się, że wreszcie przestanę cię męczyć. – Kąciki ust Samaela drgnęły.

Lilith roześmiała się chrapliwie. W tym śmiechu pobrzmiewały hardość i dzikość istoty, która nie bała się sprzeciwić samemu Bogu, byleby tylko nie dać się zamknąć w klatce.

Przespacerowali kawałek, zostawiając Morze Boleści za plecami, i rozsiedli się na ziemi porośniętej zwęgloną trawą. Samael ręką zakreślił koło w powietrzu i zaraz w tym miejscu pojawiły się dwa puchary. Napełnił je i wsunął jeden w dłoń Lilith.

– Smakuje prawie jak krew Chrystusa – oceniła, upiwszy łyk.

Oczy Samaela pociemniały ze strachu. Rękę na pucharze zacisnął tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie.

– Któż przy zdrowych zmysłach chciałby pić krew Chrystusa? To tylko wino.

– Nowa miłość pozbawiła cię, jak widać, poczucia humoru. Swoją drogą, nie najgorsze to wino. – Lilith wyciągnęła przed siebie pusty puchar.

– Miłość rządzi się swoimi prawami, ty wiesz o tym najlepiej – zauważył. W myślach dopowiedział jeszcze, że patrzenie na ukochaną osobę, otulaną ramionami innego, jest najdotkliwszą z tortur, jest jak powolne umieranie dzień po dniu. A on nie chciał już dłużej umierać.

– Wszyscy to wiemy – zgodziła się. Przyjęła napełniony puchar i zaczęła pić.

Samael patrzył na to, czując obrzydzenie do siebie. Zdołał się jednak uśmiechnąć i odkrył, że uśmiech przyszedł mu zaskakująco łatwo. Wyczekał chwili, w której Lilith odwróciła wzrok, i ukradkiem wylał zawartość swojego pucharu na ziemię. Przejechał dłonią nad tym miejscem i pociemniała plama znikła bez śladu.

– Światłość zdolna przepędzić najgorszy mrok, czy nie tego wszyscy łakniemy? – spytał ostrożnie, wiedząc, że balansuje na krawędzi.

Lilith popatrzyła na niego z uwagą. Bogini z ogniami piekielnymi okalającymi głowę.

– Rozkwitające uczucie wpędziło cię w filozoficzny nastrój, przyjacielu.

Słowo „przyjacielu” smagnęło Samaela niczym bicz. Zacisnął usta, myśląc: Przyjaźń to ostatnie, czego kiedykolwiek dla nas chciałem.

– Możliwe, że tak właśnie jest – rzekł. – Uzjel potrafi zawrócić w głowie.

Lilith wybuchnęła śmiechem. Wychyliła się i cmoknęła Samaela w skroń. Wspomnienie tej chwili miało powracać do niego do samego końca.

5.

Ziemskie wino sprawiło, że Lilith zaczęła się czuć dziwnie. Pożegnawszy Samaela, postanowiła jeszcze trochę pospacerować, chcąc uspokoić myśli, które zaczęły się plątać.

Szła, bosymi stopami stąpając po kamieniach, ze spojrzeniem utkwionym w krwawej łunie nieba. Wspięła się na wzniesienie i dostrzegła jaśniejącą postać. Jej twarz wykrzywił gniewny grymas. Widok odzianego na biało przybysza raził w oczy. Nie powinno go tu być. Nie miał prawa.

– Gabriel. – Wypowiedziała imię archanioła tak, że zabrzmiało jak obelga.

W następnej chwili znalazła się tuż za nim.

– Że też chciało ci się brukać szaty – prychnęła. – Myślałam, że nie kalacie się przebywaniem w tym miejscu i odczuwacie ból, schodząc aż tak nisko. Nie szkoda ci energii i zdrowia, Gabrielu, na pałętanie się po moich włościach?

Gabriel obrócił się, spoglądając na nią. Z jego lewego skrzydła opadło kilka piór. Po zetknięciu z ziemią uległy natychmiastowemu spopieleniu.

– Witaj, Lilith – rzekł.

– Czego chcesz?

– Złożyć ci pewną propozycję. Jego propozycję.

– Mam się czuć zaszczycona? – Wściekłość Lilith rosła, wraz z nią ciemniało niebo.

Archanioł wpatrywał się w Lilith z wielkim skupieniem. Wyglądał, jakby szukał odpowiednich słów i argumentów, jakie pozwoliłyby mu jak najszybciej zakończyć tę wątpliwej przyjemności rozmowę i opuścić miejsce, które uważał za potworne.

– Pan chce, byś powróciła do światłości – oznajmił. Podążył wzrokiem za opadającym samotnie piórem i skrzywił się, gdy podzieliło los swoich poprzedników.

Odpowiedzią Lilith był szyderczy śmiech.

– Nikt nie powraca z Piekła i ty dobrze o tym wiesz.

Na twarz Gabriela wypłynął jakiś taki lunatyczny uśmiech.

– Pan jest litościwy, miłościwy. Może On…

– Dość! Nie chcę tego słuchać! – Lilith uniosła rękę. W oddali coś zaryczało. – Nie jesteś tu mile widziany. Odejdź, dopóki możesz zrobić to o własnych siłach.

Gabriel zerknął przez ramię, jakby spodziewał się, że bestia, która wydała ten ryk, za chwilę wyrośnie tuż za nim i rozerwie go na strzępy.

– Kieruję zatem do ciebie me ostatnie słowa – powiedział, wbijając w Lilith poważne spojrzenie. – Jeśli chcesz powrócić do światłości, wiedz, że jest to możliwe.

Lilith nie odpowiedziała. Uniosła wzrok, spozierając na rozbłyskujący w górze krąg białego światła. Gabriel zatrzepotał skrzydłami, poderwał się z ziemi i poszybował w jego stronę. Po chwili zniknął razem z nim.

Lilith sposępniała.

Kiedyś ona również miała takie same skrzydła. Jednak po opuszczeniu Raju uległy transformacji. Ceną za wyrzeczenie się łaski bożej było między innymi to. Niegdyś śnieżnobiałe, obecnie były smoliście czarne, w miejscach, gdzie pióra wypadły – pokryte błoną. Wyglądało to, jakby anioł z diabłem zwarli się w miłosnym uścisku i trwali tak po kres czasu. Było to piękne i straszne zarazem.

Lilith zmaterializowała skrzydła, a gdy złożyły się wokół jej kostek, spojrzała na nie i zachciało jej się płakać. Czy teraz również byś mi ich zazdrościł, Adamie? – pomyślała z goryczą.

6.

Następnego dnia cała ta paranormalna akcja wydawała mi się tylko chorym snem. Jednak Dzień Wrzącej Kawy był faktem. Ludzie z redakcji wydzwaniali, ale nie miałam ochoty z nikim gadać. Co niby miałabym powiedzieć? Że gdy się wkurwię, potrafię zagotować wodę siłą umysłu? Rzeczywiście, świetna historia.

Wbrew obawom policja nie zapukała do moich drzwi. Larry nie wniósł oskarżenia o napaść, fajnie. Raczej nie zrobił tego, bo taki klawy był z niego gość. Myślę, że się bał. Nawet jeśli przeoczył fakt przemiany letniej kawy we wrzątek, to jednak czuł, że coś tu nie gra, i postanowił trzymać się z daleka.

Ode mnie.

Ponieważ byłam niebezpieczna.

Doszłam do wniosku, że za wszystko odpowiedzialny był wypadek z dzieciństwa. Spowodował nie tylko amnezję, lecz także aktywował obszary w mózgu odpowiedzialne za zdolności psychokinetyczne. Tak, to musiało być to. Wmówiłam sobie, że tak właśnie jest. We wmawianiu nie miałam sobie równych.

– Będziesz mnie kochał, nawet jeśli zacznę strzelać laserami z oczu? – spytałam czającego się w rogu Tabrisa. Potwierdził miauknięciem. – Super, wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.

Kocur łypnął na mnie zielonymi ślepkami i przydreptał, ocierając się o moją dłoń. Chciał jeść, znaliśmy się na tyle długo, że umiałam to poznać.

Odrzuciłam kołdrę i wstałam, myśląc, że każdy, kto ma kota, staje się jego niewolnikiem. Ale to było najzupełniej w porządku. Koty to najwspanialsze stworzenia na świecie. Stworzenia magiczne. Obcować z nimi to zaszczyt.

Mniej więcej w połowie korytarza doleciał mnie przeraźliwy koci syk. Klnąc pod nosem, zawróciłam do sypialni i zamarłam.

Tabris czaił się przy drzwiach na taras, a jego syk zmienił się w jednostajny warkot. Powodem był wielki kruk przycupnięty na balustradzie na zewnątrz. Nie, nie wielki. Ten pieprzony ptak był po prostu ogromny!

Pochwaliłam się w duchu za zamknięcie drzwi na taras wczorajszego wieczora – Tabris nie miał jak przypuścić frontalnego ataku. Ostrożnie podeszłam do okna, chcąc przepłoszyć ptaka, ale wcale się nie wystraszył. Siedział sobie, jak gdyby nigdy nic, kanarek z piekła rodem.

– Spieprzaj, Nevermore! No już! Spieprzaj stąd! – zawołałam.

Ptak obrócił głowę i spojrzał na mnie inteligentnym okiem. Złotym okiem.

Kruki nie mają złotych oczu, Megan. Wiesz o tym, prawda?

Przełknęłam ślinę i zerknęłam na Tabrisa. Jego nastroszony ogon kołysał się na boki, miarowo, jak metronom. Kocur w dalszym ciągu warczał, obsesyjnie wpatrując się w kruka. Chyba mu się wydawało, że za moment szkło rozstąpi się pod siłą jego spojrzenia, jak kiedyś Morze Czerwone rozstąpiło się przed Mojżeszem.

Schyliłam się i ostrożnie wzięłam go na ręce. Próbował protestować, jednak gdy zasłoniłam mu ślepka dłonią, zaczął się uspokajać. Poszliśmy na śniadanie, na które nie miałam najmniejszej ochoty.

Memłając suchą bułkę, myśląc o złotookich krukach i incydentach z płynami, wpadłam na genialny pomysł. Zadzwoniłam do Rogera, starego kumpla, i od słowa do słowa zostałam zaproszona na imprezę. Czy zamierzałam pójść?

Och, proszę.

Szklanka jest w połowie pusta czy pełna? Bez różnicy, bo brakującą część zawsze można zalać wódą.

7.

Ciche nawoływanie zbudziło Lilith ze snu. Otworzyła oczy i zrozumiała, że pochodzi ono z głębi jej własnego umysłu. Usiadła na łóżku, czując, jak jej ramiona skuwają się lodem. Włosy opadły złotymi kaskadami, okrywając nagie piersi. Lucyfer poruszył się niespokojnie za jej plecami. Wciąż spał, to dobrze.

Wstała ostrożnie i przywdziawszy szatę, wyszła z komnaty. Nie miała pojęcia, dokąd zmierza, jej nogi – przeciwnie. Prowadziły ją na klif.

Idąc, zauważyła, że wszystko wokoło wygląda nie tak, jak powinno. Horyzont nie żarzył się czerwienią, z ziemi podniosła się dziwna mlecznoniebieska mgła. I jeszcze ta cisza, dziwna i martwa. Nie spodobało jej się to.

Czy to nadal sen? Wizja? Proroctwo?

Harrinh – nieśmiało podsunął jakiś głos.

Wychodząc zza pagórka, ujrzała Gabriela. Wyrastał spośród mgły niczym boży żart.

– Znów tutaj? – powitała go. – Chyba ci wieczność niemiła.

Gabriel długo ważył słowa. Wreszcie rzekł:

– Przystań na Jego akt miłosierdzia. Oferuję to po raz ostatni.

Lilith przewróciła oczami.

– Już ci mówiłam, że nie mam ochoty wysłuchiwać tych bredni.

– To nie są brednie. Gdy Syn Boży powtórnie zstąpi z Niebios, Pan powoła do siebie wszystkich nehyyn oraz mal-esh-immos. Nawet upadłych. Jedynie garstkę pozostawi w wiekuistych ciemnościach ku przestrodze. Wiesz, do której kategorii będziesz należeć? – Gabriel obnażył zęby w nieprzyjemnym uśmiechu. – Pierwsza, która odwróciła się od Boga. Władczyni Mroku. Chyba nie ujrzysz światła.

Lilith poczuła, jak coś w niej szarpie się z przerażającą gwałtownością. Chciała zobaczyć światło. Rozpaczliwie tego potrzebowała. Jednakże było też coś jeszcze.

– Chcesz przez to powiedzieć, że Lucyfer…?

Gabriel powoli pokiwał głową.

– On tak, ty nie.

– To kłamstwo! – Oczy Lilith zapłonęły. – To tylko podłe kłamstwo. Mówisz mi o czymś, co jest niedorzecznością. Nie wierzę w ani jedno przeklęte słowo.

– Skąd więc w tobie ta rozpaczliwa tęsknota za światłem? Jeśli opowiadam tylko kłamstwa, skąd ona się bierze? – Gabriel zmierzył ją wzrokiem. – Wiesz, że mówię prawdę, ponieważ czujesz ją w sercu. Prawda jest tęsknotą.

Lilith milczała, patrząc gdzieś ponad jego ramieniem. Piekielna bogini, której wytrącono z ręki cały świat.

– Nie mam ci nic więcej do powiedzenia. – Odwróciła się, chcąc odejść.

Gabriel złapał ją za przegub i natychmiast cofnął rękę. Patrzył na nią szeroko otwartymi oczyma, zdumiony własną poufałością. Postąpił krok w tył, potem jeszcze jeden i wtedy Lilith rzuciła się na niego. Jedną ręką chwyciła go za gardło, drugą pociągnęła za skrzydło; kilka piór zniknęło w jej zaciśniętej dłoni, jedno opadło, znikając we mgle. Nachyliła się ku niemu, wargami muskając go w ucho.

– Dotknij mnie jeszcze raz, a cię zabiję – szepnęła i silnie pchnęła Gabriela w pierś.

– Błagam o wybaczenie – wyrzęził, rozmasowując szyję. Fragment skalnego nawisu, na którym stał, zgrzytnął złowrogo i runął w przepaść. Gabriel rozłożył skrzydła, zatoczył łagodny łuk i osiadł nieco dalej, na stabilnym gruncie.

– Błagaj o wybaczenie za brednie, które mi opowiadasz. – Mina Lilith wyrażała pogardę, za którą jednak kryła się niepewność. A co, jeśli Gabriel nie kłamał? Wtedy czekałaby ją wieczność bez Lucyfera. Rozdzielono by ich. A na to nie mogła pozwolić. Prędzej dałaby się zabić.

Myślisz, że gdyby to była prawda, Lucyfer nic by ci nie powiedział? Czegoś takiego by przed tobą nie zataił.

– Zastanawiasz się, czy Lucyfer o wszystkim wie? – spytał Gabriel, zupełnie jakby odebrał jej przekaz myślowy. – Rzekłbym, że nie ma o tym pojęcia, choć z drugiej strony… Może przeceniasz siłę jego uczucia. W świetle ponownej szansy na zbawienie mógł przemilczeć pewne fakty, nie sądzisz?

Oczy Lilith nie płonęły, teraz wypełniał je ciekły ogień. Gniew wtargnął do jej serca, a prowadzony był na smyczy przez zaślepiający żal. Już nie wiedziała, co sądzi, i to było najstraszniejsze. Coś mąciło jej myśli, wykrzywiało obraz świata. Jednak jednego mogła być pewna. Lucyfera.

– On nigdy by mnie nie okłamał – wycedziła.

– Och, naturalnie. – Gabriel uśmiechnął się z politowaniem.

– To ciebie nie jestem pewna.

Gabriel udał, że tego nie słyszy.

– Pan jest litościwy i dlatego daje ci ostatnią szansę – podjął z nową żarliwością. – Jest tylko małe „ale”.

Lilith odrzuciła głowę, śmiejąc się chrapliwie.

– Oczywiście, od Niego nigdy nie dostaje się niczego za darmo. – Machnęła ręką na Gabriela. – No, dalej, zaskocz mnie.

– Jeżeli się zgodzisz, zstąpisz na Ziemię, aby przeżyć życie jako śmiertelniczka. Od tego, jak pokierujesz tym życiem, zależeć będzie twoje zbawienie. – Gabriel zrobił pauzę, sprawdzając, jaki efekt wywołała ta rewelacja. – Pamiętaj tylko, że przyjmując ludzkie wcielenie, wyrzekniesz się tego, kim jesteś, zapomnisz wszystko, co znasz.

– To bardzo wysoka cena – rzekła Lilith.

– Bo i gra toczy się o wysoką stawkę. – Skrzydła Gabriela zaczęły bić powietrze. – Jeśli się zdecydujesz, przybądź na ten klif za dwie noce. Po tym czasie propozycja wygasa.

Lilith powiodła wzrokiem za sylwetką archanioła znikającą na tle horyzontu. Dać się zmienić w człowieka i zawalczyć o wieczność z Lucyferem lub nie robić nic i patrzeć, jak zostaje jej odebrany – oto był wybór, przed jakim stała. Jej palce zakrzywiły się jak szpony i przesłoniły twarz. Spowita mgłą wszechpotężna bogini, nagle równie wylękniona co ziemskie dziecię, zawyła rozdzierająco i runęła na kolana.

8.

Szamotanie się Lilith zbudziło Lucyfera. Podciągnąwszy się do siadu, przyjrzał jej się z uwagą. Dwie pionowe zmarszczki przecięły jego czoło.

– Obudź się, mi serith, coś złego ci się śniło – rzekł, gładząc ją po mokrych od potu włosach.

Lilith otworzyła oczy. Miała wrażenie, że wynurza się z wielkiej głębi.

– Sen? – spytała.

– Tylko zły sen, ukochana. – Lucyfer przyciągnął ją do siebie i zamkął w ramionach. Lilith wtuliła głowę w zagłębienie między jego szyją a barkiem, myśląc: To było coś więcej niż sen. Harrinh. Mistyczne spotkanie na skraju wymiarów.

Szkarłatna łuna poczęła wlewać się przez okna, zwiastując rodzący się dzień. Lilith spostrzegła, że jej lewa ręka jest wciąż zaciśnięta. Rozwarła ją i niemy krzyk uwiązł jej w gardle.

Na pościel opadły trzy śnieżnobiałe pióra.

Pośpiesznie strząsnęła je na podłogę. Spadły, wirując wokół własnej osi. Ostatni poblask bieli zamigotał, po czym zniknął jej z oczu.

Chyba właśnie w tamtej chwili podjęła decyzję.

9.

Do hotelu Hilton, w którym odbywała się impreza, miałam stosunkowo niedaleko, jakieś pół godziny spacerkiem. Uznałam, że pójście tam na piechotę będzie wdechowym pomysłem. Nie było.

Po przejściu mniej więcej dwóch przecznic poczułam, że ktoś mnie obserwuje, a to paranoidalne przekonanie potęgowało się z każdym krokiem. Co rusz nerwowo zerkałam przez ramię, jednak nie widziałam nikogo podejrzanego, tylko dziwne ruchome cienie i te moje zwidy. „U szczytu schodów, tych wysokich, stał człowiek, którego tam nie było. Nie było go tam znowu dzisiaj! I oby to się nie zmieniło”, jak powiedział William Hughes Mearns, a ja właśnie czułam się jak bohaterka jego wiersza.

Przeszłam jeszcze kawałek i uznałam, że mam tego dość. Nie było mowy, żebym szła dalej. Zwyczajnie nie wytrzymam i padnę na atak serca, nakręcana własną psychozą. Wyciągnęłam komórkę i zadzwoniłam po taksówkę, nie przypuszczając, że w zasadzie wpadam z deszczu pod rynnę.

Zamówiona taksówka zjawiła się po niecałych sześciu minutach. Jej kierowca, łysy osiłek obwieszony złotem, okazał się fanatykiem religijnym. Całą drogę zalewał mnie opowieściami o miłości Ducha Świętego i pomyślałam, że gdybyśmy mieli do przejechania kilka mil więcej, zaraziłabym się tym od niego jak odrą.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, rzuciłam zdawkowe „dzięki”, zapłaciłam za kurs i czym prędzej wysiadłam, by następnie pędem puścić się przez parking. Weszłam do hotelu, windą pojechałam na właściwe piętro, przeszłam przez hol i stanęłam pod drzwiami apartamentu. Słyszałam dudniącą wściekle muzykę, dobrą muzykę, chwała Bogu. Wbrew obawom zostałam wpuszczona do środka, zanim od pukania dorobiłam się odcisków wielkości arbuzów.

Impreza była w stylu tych niegrzecznych. Fajnie, bo aż mnie ssało na myśl o prochach. Ostatni raz miałam z nimi styczność na studiach, więc możliwe, że zaczynał mi się jakiś kryzys wieku, skoro znowu zachciało mi się wchodzić w ten niebezpieczny romans.

A może po prostu było mi już wszystko jedno.

Byłam niedojrzała i nieodpowiedzialna, to prawda. Mimo to moje podejście do narkotyków było liberalne, nie naiwne. Wiedziałam, żeby nie traktować ich jak panaceum na problemy, bo one same mogły się stać problemem. I to szybciej, niżbym się zorientowała. Jednak nie ma się co oszukiwać, ludzie nie sięgają po używki, bo są szczęśliwi, ale dlatego, że rozpaczliwie poszukują szczęścia.

A ja go poszukiwałam.

Za wszelką cenę.

10.

Lilith nieniepokojona przez nikogo przecięła pałacowe błonia. Karmazynowy blask nocnego nieba odbijał się na jej bladej twarzy, kojarząc się z gorączką. Szła w umówione miejsce, by zawrzeć pakt z archaniołem Gabrielem, zdecydowana, gotowa. I tylko jakaś maleńka cząstka jej duszy wiedziała, że coś jest nie w porządku, jednak krzyczała zbyt cicho, daremnie alarmując o czyhającym zagrożeniu.

Przystanęła na moment, ujmując w dłoń brzeg szaty. Zaciskała palce, dopóki nie poczuła, jak materiał pęka, a skóra ustępuje pod naporem długich paznokci. Krew brocząca z przebitej ręki była gorąca, w nocnym świetle niemal czarna. Pachniała życiem, które Lilith miała położyć na szali.

Ruszyła w dalszą drogę, znacząc ją szkarłatem. Nie oglądała się za siebie, jak gdyby bała się, że gdy zrobi to choćby raz, zastygnie w bezruchu, skazując się na powtórne potępienie, samotność z dala od ukochanego. Nie szła już, lecz biegła, nawet nie zdając sobie z tego sprawy; szata łopotała za nią jak skrzydła.

Czy miała jakiś wybór? Uważała, że nie. Czy postąpiła słusznie, nie mówiąc nic Lucyferowi? Była przekonana, że tak. O niczym nie wiedział, niczego nie ukrywał. Zrobi mu więc prezent, najlepszy, jaki można. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie zauważy nawet jej nieobecności. Wszakże ludzkie życie jest tylko mgnieniem oka wobec wieczności przeznaczonej dla mal-esh-immos.

A jeśli coś pójdzie źle? Pomyślałaś, co się wtedy stanie?

Zaprzątnięta myślami nie spostrzegła, kiedy dotarła na klif. Gabriel już na nią czekał.

– Witaj – powitał ją, rozkładając dłonie.

11.

Stojąc z drinkiem w ręku, uświadomiłam sobie, że jestem nawalona jak parowóz. W głowie dudniło mi niemiłosiernie, myśli zaś były fontanną krystalicznie czystego chaosu. Zajęłam bezpieczną pozycję pod ścianą, którą zdobiła reprodukcja obrazu J.H. Füssliego, Koszmar nocny. Zastanowiłam się, kto, na litość boską, wiesza w hotelowym pokoju takie obrazy. Był piękny, naprawdę, ale patrzenie na niego nie było dobrym pomysłem. Nie w moim obecnym stanie.

Odwróciłam się tak, by obraz znalazł się za moimi plecami. Kiedy przestałam się w niego wgapiać, od razu poczułam się lepiej.

– Jak tam, Meggy? – spytała Rachel, dziewczyna Rogera.

A wiesz, całkiem klawo. Wylali mnie z pracy, okazuje się, że umiem robić zabawne sztuczki z wrzącymi płynami. Można więc powiedzieć, że jestem bezrobotną czarodziejką – miałam ochotę powiedzieć, ale zdecydowałam się na ograne:

– W porządku.

– Roger mówił, że cię zwolnili. Wiesz już, co zamierzasz robić?

– Właśnie, co zamierzasz robić? – zawtórował jej Roger. Wyrósł obok nagle jak duch.

– Pisać książki – wypaliłam bez namysłu.

– Super! – Rachel błysnęła uśmiechem. – Masz już pomysł na fabułę?

– Mniej więcej. – Zobrazowałam swoje słowa, kiwając dłonią na boki.

– A co to będzie? Dramat? Horror? Może jakiś erotyczny romans? – dopytywał się Roger.

Już miałam odpowiedzieć, gdy mój wzrok przykuł mężczyzna stojący pod przeciwległą ścianą, nieopodal barku. Rozdziawiłam buzię, mając wrażenie, że świat stanął w miejscu. Gwar rozmów przycichł, muzyka zmieniła się w szept. Spoglądałam na niego, czując się jak we śnie. Patrzyłam na jego oczy, w jego oczy, poprzez jego oczy. Były obsydianowe, błyszczące, niezwykłe… zbyt doskonałe, by mogły należeć do człowieka. Zawierał się w nich wszechświat, czułam, jak mnie przyzywa, jak pochłania mnie i zniewala, jak przywołuje jakieś

(Zakochałam się w mężczyźnie o oczach czarnych jak sama śmierć)

niejasne wizje. Tonęłam w nieprzeniknionej czerni ich spojrzenia, umierałam i odradzałam się, rozpadałam i na powrót stawałam jednością. Piękno tych oczu było kolosalne, a ja zagubiłam się w nich na wieczność.

Widząc, że na niego patrzę, mężczyzna zaczął coś mówić. Z tej odległości nie mogłam nic usłyszeć, nie posiadłam również Tajemnej Sztuki Czytania z Ruchu Warg, więc mogłam tylko zgadywać. To było coś jakby „otwórz oczy” lub może „królowa nocy”.

Nagle jakiś idiota poczuł w sobie dziki zew rock and rolla, zrobił się zamęt i wszystko diabli wzięli.

– Patrz, jak leziesz, Ron! – krzyknął łysy chudzielec, gdy wspomniany Ron go staranował.

Zakrawało na absurd, że w tak wielkim pomieszczeniu można na kogoś w ogóle wpaść, jednak roztańczonemu Ronowi jakoś się udawało; sprytnie omijał puste przestrzenie, pląsając i wyginając się przed nosami zaskoczonych gości. Uchyliłam się w ostatniej chwili, o włos unikając czołowego zderzenia z jego rozcapierzoną dłonią, a mój nakręcony prochami umysł roztoczył milusią wizję:

Gałki oczne ściekają mi po policzkach jak roztopione lody waniliowe, z gardła dobywa się skowyt. Jedną ręką łapię się za twarz, drugą młócę powietrze przed sobą. Ron przerywa swój konwulsyjny taniec, pada na kolana i błaga o wybaczenie. Ktoś odciąga go na bok, każąc mu się, kurwa, uspokoić! Kobiety krzyczą, niektóre mdleją. Biały jak twarożek Roger masuje się po klatce piersiowej, jakby miał atak serca. Ktoś wrzeszczy, żeby wezwać cholerne pogotowie! Ja jednak nie widzę nic – mój świat wypełniony jest czernią. Rozbłyski bólu rozszarpanych nerwów wykwitają mi przed oczami, których już nie mam. Padam na podłogę, plamiąc krwią drogi perski dywan. Nogi drgają mi konwulsyjnie, z moich ust wydobywa się cichy jęk…

Przypominając sobie o Niezwykłym Mężczyźnie, odwróciłam się, próbując odszukać go w tłumie. Na próżno. Zniknął.

– Rachel, co to za koleś, ten wysoki, ubrany na czarno? Był tu przed chwilą. Stał, o tam. – Wskazałam palcem barek. – Widziałaś go?

Rachel pokręciła głową.

– Zapytaj Rogera, to jego impreza, jego goście.

Rozejrzałam się, szukając go. Jeszcze przed chwilą stał obok mnie, teraz jednak dryfował w stronę drzwi balkonowych.

– Hej, Roger! – krzyknęłam, przywołując go machnięciem ręki.

Roger podszedł, wzruszając ramionami w niemym pytaniu.

– Co to za koleś, taki szczupły, ubrany na czarno, który eee… stał o tam? – Mój palec ponownie wymierzył w barek.

– Jaki koleś?

– No, koleś, normalny. Ubrany na czarno, szczupły, wysoki – powtórzyłam cierpliwie. – Pociągła twarz, czarne włosy zaczesane do tyłu, o długości mniej więcej do kołnierzyka, czarne oczy.

Roger zastanowił się przez chwilę.

– Nie mam pojęcia, o kim mówisz – odparł.

– Stary, weź się, kurwa, skoncentruj! – ryknęłam. Roger aż się przygarbił, zszokowany moim nagłym wybuchem. – Nie kojarzysz ludzi z własnej imprezy? Czarnowłosy facet w czarnych ciuchach. Kto to taki? Myśl, no myśl!

Roger westchnął swoim najbardziej teatralnym westchnieniem.

– Meggy, rozejrzyj się, tutaj nie ma nikogo takiego. – Przemawiał łagodnym, uspokajającym głosem, jakim zwykle zwracamy się do szaleńców.

– Aha.

Widziałam mężczyznę w czerni, no fajnie. Problem w tym, że tu nie ma nikogo takiego. Czy właśnie tak objawia się kokainowa psychoza, o której informują broszurki przestrzegające przed zażywaniem narkotyków? Miałam nadzieję, że jednak nie.

Psychoza! – uparcie krzyczał mój umysł.

12.

Lucyfer stał w komnacie, zatopiony w myślach. Z Lilith działo się coś złego, czuł to. To musiało się jakoś wiązać z…

Jasny rozbłysk przeszył niebo, nagle, jak błyskawica. Lucyfer zmrużył oczy, prawa ręka odruchowo zacisnęła się na rękojeści przytroczonego do pasa miecza.

– Lilith – szepnął, zdjęty nagłą trwogą.

Okręcił się na pięcie i ruszył do drzwi, gdy wtem coś przykuło jego uwagę. Zawrócił, schylił się i sięgnął pod łóżko. Namacał rzecz miękką jak puch, schwycił ją i wyprostował się z wyciągniętą przed siebie pięścią. Rozwarł ją i aż się zachłysnął.

Pióro. Anielskie pióro.

Lucyfer pobladł.

Upuściwszy je, wypadł na korytarz, kilkoma skokami pokonał spiralne schody, niemal staranował wrota i znalazł się na błoniach. Lilith! – zakrzyknął w myślach. Przymknął powieki, starając się ją wyczuć. Po chwili wiedział już, gdzie jest. Tyle tylko że…

Pełen najgorszych obaw zaczął biec.

Minął wzniesienie i wtedy jego stopa potknęła się o zdradziecko wystający z ziemi kawałek granitu. Lucyfer opadł na kolano, wydając z siebie wściekły ryk. Podniósł się, zmuszając się do jeszcze szybszego biegu; stopami wzniecał fontanny piachu, ciągnące się za nim ciemną chmurą. Jego mięśnie pracowały jak tłoki, oddech był szybki, urywany.

Wystrzelił zza niewielkiego pagórka i jego oczom ukazała się scena tak koszmarna, że wręcz prawie niemożliwa. Gabriel obejmował Lilith w pasie, klarując coś żywo, a ona – bierna, zahipnotyzowana – potakiwała, popatrując na niego pustymi oczyma. Na widok Lucyfera szarpnął ją, podrywając w powietrze. Równocześnie wysoko na niebie rozwarł się świetlisty krąg. Rozumiejąc, co się zaraz stanie, Lucyfer zmaterializował skrzydła. Jego stopy ostatni raz uderzyły o ziemię i po chwili leciał już, starając się zrównać z Gabrielem. W ręku dzierżył Krwawy Miecz.

Skrzydła młóciły powietrze z wściekłą zawziętością, a mimo to dystans wciąż był zbyt duży. Lucyfer zrozumiał, że boska światłość go spowalnia, odziera z mocy. Łudził się, że mimo to zdąży, że da radę… lecz jego serce znało bolesną prawdę, którą ignorował umysł. Ten wyścig był przegrany.

Twarz Lucyfera ściągnęła się z wysiłku. Próbował lecieć jeszcze szybciej, próbował dokonać niemożliwego. Niemal udało mu się zrównać z Gabrielem, zabrakło paru cali, by mógł dosięgnąć zamkniętej w jego ramionach Lilith; musnął ją tylko koniuszkami palców. Zamachnął się mieczem, chcąc trafić Gabriela, jednak ten uskoczył i zaraz znów zwiększył dzielący ich dystans. Im bliżej światłości, tym jego siła rosła, Lucyfera zaś malała.

– Spóźniłeś się! Ona jest moja! – zawołał Gabriel. Na jego twarzy odmalował się triumfalny uśmiech.

Lucyfer ponownie zamachnął się mieczem, a klinga znów przecięła tylko powietrze. Z jego gardła dobył się przeraźliwy skowyt.

13.

Lilith potrząsnęła głową, jakby dopiero teraz oprzytomniała. Lucyfer krzykiem przełamał czar, pod wpływem którego się znajdowała. Widziała ból i przerażenie malujące się w jego oczach, to, jak rozpacz wykrzywiała jego twarz. Co ona tu robiła, co się właściwie stało? Wypiła wino, to pamiętała, a potem zjawił się Gabriel i powiedział, że…

Rozwarła szeroko oczy, w jednej chwili pojmując wszystko.

Nie było żadnego zbawienia, drugiej szansy. To była zdrada.

Oswobodziwszy jedną rękę, rzuciła się do ataku. Zaczęła drapać Gabriela, pozostawiając na jego skórze głębokie rany. Musiała się uwolnić, nie mogła dać się wciągnąć w światło. To światło ją zabije.

Gabriel syknął, jednak nie cofnął ramienia, wciąż oplatał nim Lilith jak stalową obręczą. Miejsca, w których go podrapała, krwawiły obficie i zaraz zaczęły czernieć; macki infekcji rozchodziły się w błyskawicznym tempie. Wiedziała, że go boli, że ten ból jest potworny. A mimo to nie była w stanie się uwolnić, nie mogła zrobić nic więcej. Tak jak światłość spowalniała Lucyfera, tak i jej odbierała moc.

– Zaraz odpokutujesz za wszystkie swoje grzechy – Gabriel warknął jej do ucha.

Choć była zwrócona do niego tyłem, poczuła, jak świetlisty krąg bucha jasnością ze zdwojoną siłą. Widziała, że Lucyfer osłania twarz przedramieniem, mimowolnie uskakując w tył; blask światłości był bolesny, ranił. Wyciągnęła wolną rękę, próbując go dosięgnąć, ale nie była w stanie. Po policzkach płynęły jej łzy.

– Cóż ja zrobiłam? – szepnęła.

Lucyfer podjął ostatni desperacki wysiłek i rzucił się ku niej. Dzieliła ich odległość ramienia, gdyby więc udało jej się… Lilith włożyła palec w krwawą masę, w jaką zmieniła się ręka Gabriela, i przekręciła, po czym wbiła mu łokieć w brzuch. Poczuła, jak jego uścisk nieznacznie słabnie, zamierzyła się do kolejnego ciosu…

Właśnie wtedy nastąpił potworny rozbłysk bieli.

Ta biel pożarła cały świat.

14.

Lucyfer wisiał w powietrzu, wodząc dookoła oszalałymi, niewidzącymi oczyma. Lilith, jego ukochana Lilith, przepadła, została zabrana do miejsca, do którego nie sięgała jego jurysdykcja. A on nie mógł nic zrobić, nie zdołał temu zaradzić. Pod powiekami wezbrały mu krwawe łzy i przetoczyły się po policzkach. Jego skrzydła uderzyły raz jeszcze i runął równie gwałtownie jak w dniu, w którym strącono go z Niebios.

Spadał bezwładnie, nabierając coraz większej prędkości. Powietrze grzmiało mu w uszach, wdzierało się do płuc; przy takim pędzie miało konsystencję galarety. Leciał głową w dół, prosto jak strzała. Miał wrażenie, że leci tak bez końca.

Uderzył w ziemię z potwornym hukiem, wzniecając tumany wulkanicznego popiołu, który zasnuł niebo. Pył opadał stopniowo, ukazując gigantyczny krater. Lucyfer klęczał w jego środku, wspierając głowę o rękojeść miecza. Czuł się tak, jakby umarł za życia – on, istota, której nigdy nie będzie dane skonać. Na jego oczach została mu odebrana esencja jego istnienia, jego miłość. Odtwarzał tę ostatnią chwilę raz za razem, wciąż z tym samym rezultatem. Nie złapał Lilith. Nie zdążył.

Z piersi Lucyfera wyrwał się przeciągły ryk.

Brzmiał wściekłością, brzmiał bólem.

Gdzieś z głębi jego twarzy poczęło wyzierać coś straszliwego. To coś było głodne, spragnione krwi zdrajców, dopominało się o zemstę.

Słyszał tupot wielu par nóg, lecz nawet się nie obrócił; te dźwięki były bez znaczenia, pochodziły z innej rzeczywistości. Żołnierze biegli ku niemu, zaalarmowani hałasem. Jeden z nich wskoczył do krateru, wykrzykując coś nieskładnie. Lucyfer poderwał się na nogi, wyczekał, aż podejdzie wystarczająco blisko, i jednym szybkim cięciem ściął mu głowę. Ciało gruchnęło o ziemię jak worek z pocztą, rozlewając wokół siebie kałużę ciemnoczerwonej krwi. Na ten widok wszyscy zamarli w jednakowym stuporze.

Lucyfer stał, spoglądając ponad głowami przybyłych, rękę z mieczem trzymał wyciągniętą jak zaproszenie dla kolejnego śmiałka. Spośród tłumu wyłonił się Azazel, roztrącając żołnierzy na boki. Był wysoki, barczysty, urodę miał zadziorną, przez co zawsze wyglądał, jakby był skory do bójki. Zjechał po ścianie krateru i podszedł do Lucyfera szybkim krokiem. Na jego twarzy malował się niepokój.

– Mój panie, Lucyferze, co tu się stało?

Lucyfer powoli obrócił się w jego stronę. Jego wargi rozchyliły się w jakimś potwornym uśmiechu. Uniósł miecz, ważąc go w dłoni. Następnie opuścił go na Azazela. Ten błyskawicznie zablokował uderzenie.

15.

Szczęk metalu rozerwał ciszę. Lucyfer zasypywał Azazela ciosami, które ten dzielnie parował. Jednak ostatniego nie zdążył. Uskoczył w bok, ratując się przed najgorszym, a ostrze, które niechybnie przepołowiłoby go jak suche polano, prześlizgnęło się po lewym barku. Ach, więc walczyli na śmierć i życie, w porządku. Twarz Azazela wykrzywiła się, w malachitowych oczach zapłonął ogień.

Okręcił się na pięcie i ciął płasko z góry. Miecz świsnął ponad głową Lucyfera, który zgrabnie uskoczył i zaszedł go z boku, wyprowadzając serię szybkich cięć. Azazel widział gorączkę buchającą z jego oczu, widział, że zalęgło się tam szaleństwo. W takim stanie wybije wszystkich, całe piekło – zrozumiał – chyba że coś zrobię.

Zamarkował skręt w prawo, podbił miecz Lucyfera i wytrącił mu go, kopnięciem posyłając daleko poza zasięg rąk. Uniósł klingę, chcąc przyłożyć mu ją do gardła, lecz wtedy Lucyfer szarpnął go, również pozbawiając miecza; szalony czy nie, nie zatracił swej zwinności. Obnażył zęby w zwierzęcym grymasie i rzucił się na Azazela. Ten pochwycił go za ramiona, powalając na ziemię, unieruchamiając własnym ciałem. Potrząsnął nim raz i drugi, a widząc, że nie przynosi to żadnego rezultatu, poczęstował prawym sierpowym; sygnetem, który nosił na serdecznym palcu, rozciął policzek Lucyfera, włosy momentalnie przylgnęły do lepkiej od krwi skóry.

– Na piekło, ocknij się! – krzyknął mu w twarz.

Lucyfer chyba nawet go nie usłyszał. Kopnął Azazela w krocze, przetoczył go tak, że teraz to on klęczał na nim okrakiem, i zaczął zasypywać lawiną ciosów. Zadawał je z morderczą regularnością i precyzją, niczym w amoku. Azazel czuł, jak jego szczęka rozpala się bólem, jak coś pęka z głuchym chrupnięciem. Sytuacja była kiepska, ale jeszcze nie beznadziejna. Nie zamierzał się poddawać.

Zamachnął się, trafiając Lucyfera w podbródek. Widział, że siła ciosu na chwilę go zamroczyła. Jakoś zdołał złapać go za włosy, drugą ręką nabierając garść popiołu. Sypnął mu nim w oczy, niemal go w nie wtarł. Lucyfer ryknął, podrywając ręce do twarzy. Spełzł z Azazela, który ponownie złapał go za ramiona, przyciskając do ziemi.

– Ocknij się – powtórzył z mocą. – Ocknij się i powiedz, co się stało?

Lucyfer patrzył na niego pustymi, zaczerwienionymi oczyma. Ta dziwna gorączka zaczęła przygasać, w jej miejsce wracała poczytalność. Wyglądał, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, kim jest i gdzie się znajduje. Strząsnął z siebie ręce Azazela i ukląkł. W tej pozie było coś rozpaczliwego, jakaś koszmarna żałość.

– Gabriel – wychrypiał, wpatrując się w piach. – Gabriel ją zabrał. Zabrał Lilith.

Azazel usiadł, gapiąc się na Lucyfera w osłupieniu. Rozumiał, że nie było mowy o tym, by Lilith dobrowolnie weszła w komitywę z archaniołem – już prędzej można by się spodziewać, że Lucyfer porzuci tron i zajmie się wyplataniem koszyków z piekłokrzewu. Rozumiał też, że Gabriel dostał się do piekła z uprzejmą pomocą jakiegoś diabła. A więc mówili o zdradzie. Plugawej. Niewybaczalnej. Kryjąca się głęboko w nim istota oblizała się łakomie, nie mogąc się doczekać rozlewu krwi, jaki to za sobą pociągnie. Jego górna warga wywinęła się; z takim wyrazem twarzy Azazel śmiało mógłby pretendować do roli seryjnego mordercy.

Nie musiał pytać, dlaczego Gabriel zrobił to, co zrobił. To było aż nadto oczywiste. Najłatwiej jest pokonać wroga, osłabiając go, odbierając mu to, co kocha. Tak jak w miłości, tak na wojnie wszystkie chwyty były dozwolone, cel uświęcał środki. A uprowadzając Lilith, Gabriel wypowiedział im wojnę. Teraz on, Azazel, naczelny generał Piekła, dopilnuje, aby tę wojnę wygrali.

Przejechał dłońmi po twarzy i wstał, podnosząc z ziemi miecze. Jeden zatknął za pas, drugi podał Lucyferowi. Następnie wyciągnął ku niemu rękę i podźwignął go z kolan.

– Wiesz, dokąd mógł ją zabrać? – zaczął ostrożnie.

Czoło Lucyfera zmarszczyło się w głębokim namyśle.

– Zrazu myślałem, że do Niego. Ale nie miałoby to sensu. Na Ziemię, to jedyna możliwość – rzekł z niezmąconą pewnością.

Azazel pokiwał głową. Brzmiało całkiem logicznie. W zamyśleniu dotknął barku i zaraz się skrzywił; rana zadana Krwawym Mieczem była potwornie bolesna. Lucyfer wyruszy na Ziemię, to nie podlegało dyskusji. Pozostawał jednak pewien problem.

– A oni? – Ręką zatoczył łuk, wskazując stojących na krawędzi krateru żołnierzy. – Co im powiesz?

Lucyfer wzruszył ramionami.

– Tyle, ile trzeba. Archanioł wtargnął tu i podstępem zabrał ze sobą królową. Nic ponadto.

Oczy Azazela błysnęły zrozumieniem.

– Tylko zdrajca wie, że tym archaniołem jest Gabriel.

Lucyfer przytaknął.

– Twoim zadaniem jest poznać jego tożsamość i przyprowadzić przed moje oblicze. Sam zetnę mu głowę.

– Naturalnie, panie. – Azazel skłonił się godnie. – Gotów na rozmowę z żołnierzami?

Na te słowa Lucyfer jakby popadł w obłęd.

– Gotów?! – zaryczał. – Czy po czymś takim ktoś może być gotów?! Któż jest gotów na dzień, w którym traci swą miłość, głupcze?

Azazel uniósł ręce, cofając się.

– Na moment czy na całą wieczność? Któż jest na to gotów? Nawet ja, ten, który sprzeciwił się Bogu, stając się jego największym adwersarzem, nie jestem na to gotów. Nosiciel światła skazany na wieczność w mroku, zbrukany, odarty ze wszelkich cnót, nawet ja! – Lucyfer chwycił Azazela za zbroję i przyciągnął ku sobie. – Nic to dla mnie! Niczym był ten upadek! Przeżyłbym kolejny, po stokroć silniejszy, lecz wiesz, czego bym nie przeżył?

Azazel pokręcił głową, z przerażeniem obserwując nawrót tej dziwnej gorączki. Buchnęła z oczu Lucyfera jak pożar, trawiąc zdrowy rozsądek.

– Wieczności bez tej, którą miłuję, tego bym nie przeżył! Nie jesteśmy jak śmiertelnicy, ty i ja. Byliśmy kiedyś archaniołami, więc chyba pojmujesz, w jaki sposób czujemy, jak czyste są nasze emocje, jaka jest ich potęga? Jeśli kochamy, to tak silnie, że nawet Stwórcę zdumiałaby siła tego uczucia. Jeśli nienawidzimy, to tak wielce, że nawet On byłby zatrwożony. Spójrz mi w oczy i powiedz, czy nie mam racji? – Lucyfer umilkł na moment, jakby się nad czymś zastanawiał. – Zniszczę wszystko, cały świat, jeśli to konieczne, by odnaleźć Lilith. Zniszczę go tym bardziej ochoczo, jeśli okaże się, że coś jej się stało.

Azazel wiedział, że żadne słowa nie przyniosą Lucyferowi ukojenia, toteż milczał. Choć sam przedkładał wojaczkę ponad miłość, to jednak potrafił wyobrazić sobie ból zrodzony z tak wielkiej straty. Jakaś jego część cieszyła się, że nigdy go nie zazna, że sam nigdy nie pokocha, druga nazywała go głupcem, mówiła, że naprawdę żyje tylko ten, kto gotów jest umrzeć z miłości.

Otrząsnął się z zamyślenia i podążył wzrokiem za wychodzącym z krateru Lucyferem, wspierając dłonie o miecz.

– Słuchajcie uważnie! – zawołał Lucyfer. Głos miał silny, dźwięczny, magnetyzujący; głos prawdziwego władcy, heer-frin. – Wielka niegodziwość miała dziś miejsce! Anioł wtargnął do mego królestwa, zmamił i podstępem wyrwał z niego kobietę dzielącą ze mną tron!

W odpowiedzi tłum wydał z siebie gniewny pomruk. Kilku żołnierzy uniosło miecze, krzycząc: „Zdrada!”.

– Chcę wiedzieć, jak się tu dostał! – kontynuował Lucyfer. – Chcę wiedzieć, kto mu pomagał!

Żołnierze odpowiedzieli gromkim okrzykiem, niepokojąco podobnym do słowa „heil”. Choć kojarzył się on z III Rzeszą, to nie było jednak charakterystycznie wyciągniętej do salutu ręki. Jej miejsce zajęło uderzenie się otwartą dłonią w pierś.

Lucyfer uniósł prawą dłoń z wyprostowanym wskazującym i środkowym palcem. Gest ten był bliźniaczo podobny do tego, jaki widzi się na obrazach przedstawiających Chrystusa. Były tylko dwie różnice: wyprostowane palce nie krzyżowały się, a kciuk skierowany był na zewnątrz, nie łącząc się w symbol Trójcy z małym i serdecznym palcem.

– To wszystko – powiedział. – Możecie odejść.

Żołnierze rozchodzili się niespiesznie, jedni odwracali się, rzucając Lucyferowi ostatnie spojrzenie, inni szli z opuszczonymi głowami. Niektórzy zbili się w ciasne grupki, żywo o czymś rozprawiając. Azazel patrzył na to, podchodząc do Lucyfera.

– Nie chciałbym być w skórze tego, kto wprowadził tu Gabriela – rzekł.

Lucyfer mruknął coś pod nosem i niedbale potarł skaleczenie na policzku. Spojrzał na krew, jakby zaskoczony jej widokiem, i wytarł palce o nogawkę zbrojnej szaty.

– Czas na mnie – rzucił i zmaterializował skrzydła. Rozłożyły się, trzepocząc ochoczo.

– A jeśli jej nie odnajdziesz? – wypalił Azazel, zanim zdołał ugryźć się w język. Nerwowym, pełnym zakłopotania gestem przeczesał palcami krótkie brązowe włosy, którym niebo przydawało miedzianego poblasku.

Lucyfer spiorunował go spojrzeniem.

– Pilnuj lepiej swojego zadania – warknął, wzbijając się do lotu.

16.

Michał siedział nad brzegiem oceanu, obserwując rytmiczną wędrówkę fal. Wyczuwał coś, co bardzo go niepokoiło. Gdzieś daleko nastąpiło jakieś potworne zdarzenie. Obecnie nie wiedział nic więcej.

W którymś momencie usłyszał ciche kroki. Zaraz po nich rozległo się:

– Witaj, Michale.

Michał odwrócił się, jego twarz się rozpogodziła.

– Witaj, Rafael. – Wymówił jej imię w egzotyczny sposób, silnie akcentując ostatnią sylabę.

Rafael się uśmiechnęła. Jej twarz zdawała się wprost stworzona do takiego właśnie uśmiechu – pokątnego, nieco zawstydzonego. Przyjrzała się Michałowi z uwagą, zakładając za ucho kosmyk włosów; długie i srebrne, były dokładnie takie, jakie nehyyn uwielbiali sobie wyobrażać.

– Wiedziałam, że cię tu znajdę – rzekła, siadając obok niego. Jej oczy miały kolor morskich fal, jaśniały swoim wewnętrznym spokojnym światłem.

Michał ponownie zwrócił twarz w stronę niezmierzonej toni oceanu.

– Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają – oznajmił.

Rozmawiali jakiś czas. Rafael zwierzyła mu się, że ona również poczuła coś dziwnego i spytała go, co sądzi na ten temat. Michał szykował się do udzielenia odpowiedzi, gdy wtem rozległ się trzepot skrzydeł. Oboje jednocześnie podnieśli się z ziemi, stając twarzą twarz z Gabrielem.

– Radujcie się, albowiem wielka rzecz się dokonała – zaczął jowialnie, rozkładając ręce.

– Czyżbym o czymś nie wiedział? – spytał Michał. Zupełnie nieświadomie przybrał pozę szykującego się do ataku wojownika. To chyba przez ten niepokojący, maniakalny uśmiech błąkający się na ustach Gabriela.

– Nie dręcz nas niepewnością! Mówże! – poprosiła Rafael.

Uśmiech Gabriela się poszerzył. Wciąż milczał, budując napięcie, a Michał pomyślał, że Gabriel stał się nieskończenie próżny – jak gdyby bez odpowiedniej zachęty nie zamierzał wyjawić im tej wielkiej tajemnicy.

– No mów! – ryknął Michał, postępując krok w jego kierunku.

Gabriel spojrzał na niego z urazą, odchrząknął i zagrzmiał swoim najbardziej scenicznym głosem:

– Lilith ofiarowała swą duszę Bogu! W zamian za powrót do światłości wystawiła się na próbę wiary!

Rafael wlepiła w niego zakochane spojrzenie, zupełnie jakby Gabriel właśnie obwieścił, że nigdy nie było wojny w Niebiosach, Piekło nie istnieje, a bunt upadłych to tylko senny majak. Michał był nieco bardziej sceptyczny. Zaczynał rozumieć, co się stało.

– Dlaczego mam wrażenie, że słucham kłamstw? – spytał cierpko.

– Ranisz mnie, bracie. – Gabriel zacmokał z dezaprobatą. – To nie są kłamstwa, tylko fakty.

– Mam uwierzyć, że Lilith poprosiła Boga, którego szczerze nienawidzi, o drugą szansę?

– Co cię tak dziwi?

– Jej miłość do Lucyfera, to mnie dziwi. Miłość, o jakiej nikomu się nie śniło, nagle, ot tak, przekreślona palcem, to właśnie mnie dziwi.

– Lucyfer! – Gabriel przewrócił oczami. – Skoro tak go kochasz, czemu do niego nie dołączysz? Aż dziw bierze, że wytoczyłeś przeciw niemu bój. Może raczej obaj powinniście byli runąć w mrok, nie sądzisz?

Michał pobladł z gniewu.

– Zapominasz się, bracie! – krzyknął.

– Nie, to ty się zapominasz – odparował Gabriel, dobywając miecza.

– Co ci się stało? – spytała Rafael, wskazując prawą rękę Gabriela. Cała pokryta była plątaniną różowych blizn.

– Nic. – Gabriel cofnął się, rękawem zakrywając przedramię.

– Tylko ktoś równy archaniołowi może zadać taką ranę, a ty mówisz, że to nic? Czyżbyś mierzył się z Lucyferem? – Michał również chwycił za miecz; ostrze zalśniło w promieniach słońca.

– Lucyfer nie miał z tym nic wspólnego! – żachnął się Gabriel. Jego głos stał się dziwnie piskliwy.

– A więc Lilith. – Michał nie pytał, stwierdzał fakt. – Dalej utrzymujesz, że jej zgoda była dobrowolna?

– A jeśli nawet nie była, to co? – zaperzył się Gabriel. – Może pomogłem jej podjąć właściwą decyzję? Może nieco nagiąłem fakty – i co z tego? Liczy się efekt, nieprawdaż? Lilith stała się na powrót śmiertelna, nie stanowi dla nikogo zagrożenia.

– Wtargnąłeś do Piekła i siłą ją stamtąd zabrałeś! – Michał nie był pewien, czy jest bardziej wściekły, zszokowany czy przerażony. – Wszyscy coś poczuliśmy, teraz wiem już, co to było.

– Nie wierzę – szepnęła Rafael.

– Chcecie wiedzieć, co jest w tym wszystkim najlepsze? – Gabriel zaśmiał się śmiechem obłąkanego sadysty. – Ona już nigdy nie będzie mal-esh-immos, nawet jeśli przeżyje swoje życie, jak należy. W najlepszym razie stanie się tylko jedną z wielu zbawionych dusz.

– Coś ty zrobił? Czy wiesz, coś uczynił?! – zawołał Michał, chwytając Gabriela za rękę.

– Przypodobałem się Stwórcy! Osłabiłem Lucyfera! Poczyniłem pierwszy krok, by obalić Piekło! – ryknął Gabriel.

– Za jaką cenę?! – Michał patrzył na Gabriela, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. – Zbratałeś się z upadłym. Poprosiłeś jednego z nich o pomoc, inaczej nie wszedłbyś ani nie wyszedłbyś z Piekła o własnych siłach.

– Wróg twojego wroga jest twoim przyjacielem, nie wiedziałeś? – Uśmiech Gabriela obnażył zbyt wiele zębów.

– Jesteś szalony. – Michał gwałtownie puścił Gabriela, jakby odkrył, że trzyma oślizłego gada mogącego zarazić go śmiercią.

Gabriel powoli pokręcił głową.

– Nie, ja jestem wielki. Po prostu ty jesteś zbyt ograniczony, żeby to pojąć.

Nie czekając na dalszy rozwój wypadków, rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Wzlatywał śpiesznie, mimo że nikt nie próbował go zatrzymać.

– Sprowadzasz na nas kolejną wojnę, nie widzisz tego?! – zawołał za nim Michał.

Gabriel zerknął przez ramię.

– Ja kładę kres wszelkiej wojnie!

17.

Rafael odeszła w głąb plaży ze spuszczoną głową. Wpatrywała się w złocisty piasek, podczas gdy jej myśli powędrowały ku Lilith. Takiej, jaką była, zanim wpuściła do serca mrok. Choć – co Rafael uzmysłowiła sobie dopiero teraz – ten mrok mieszkał w niej od początku. Była tak bliska aniołom, jak nigdy potem nie był żaden nehyyn. Może właśnie to ją zgubiło.

Wtedy, tamtego dnia w Raju Lilith naskoczyła na Rafael. To było niedługo przed tym, jak Lucyfer się zbuntował. Na wieść o tym, że aniołowie przybędą złożyć hołd jej i Adamowi, wpadła w furię.