Strona główna » Obyczajowe i romanse » Wtedy w Loszoncu

Wtedy w Loszoncu

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-952611-8-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wtedy w Loszoncu

 

 Peter Balko

Wtedy w Loszoncu

Przekład: Miłosz Waligórski

 

Wtedy w Loszoncu” – prozatorski debiut młodego słowackiego prozaika i scenarzysty Petera Balko – opowiada historię przyjaźni dwóch chłopców, Słowaka Lewiatana i Węgra Kapii, i jest jednocześnie kroniką życia małego miasteczka na pograniczu węgiersko-słowackim, opowiedziana z perspektywy dziecka, obserwującego świat nieuzbrojonym w cynizm okiem.

 

Lewiatan to spokojny grubasek, szkolny prymus, który zawsze trzyma się ustalonych reguł. Kapia jest jego przeciwieństwem – to zafascynowany przemocą naczelny łobuz-terrorysta miejscowej podstawówki. Przygody dwójki przyjaciół, pozornie banalne i prześmiewcze, są pretekstem do opowiedzenia o kwestiach fundamentalnych dla młodego człowieka – o dojrzewaniu, sile przyjaźni, kształtowaniu się osobowości, własnej tożsamości. Wydarzenia historyczne mieszają się z rodzinnymi historiami, rzeczywistość płynnie przechodzi w absurd, banalność łączy się z metafizyką. Jak w prawdziwym życiu.

  Każdy ma takie Macondo, na jakie zasłużył. Mieszkańcy Loszonca najwyraźniej nie zasłużyli na spokój. Peter Balko i jego bohater, dziewięcioletni rozrabiaka, poprowadzą nas w gąszcz opowieści o teraźniejszości i przeszłości. Skrzy się ta książka błyskotliwym, acz brutalnym dowcipem, niezwykłą wyobraźnią, wciągającą opowieścią. Żeby zobaczyć cały Loszonc, wystarczy wdrapać się na pierwszą lepszą górkę, ale żeby zobaczyć jego historię, trzeba zanurzyć się w tej fantastycznej powieści. Po co? By dostrzec, że choć historia bywa tragiczna, a ludzie nie zawsze mili, to możemy na przyszłość spoglądać z dobrotliwą ironią w oczach. Bo i tak niczego się nie nauczymy, a czasy zawsze przychodzą nowe. Książka dla miłośników i miłośniczek prozy Olgi Tokarczuk czy Joanny Bator, ale też dla tych, co tęsknią za opowieścią w duchu Marka Twaina, okraszoną Schulzowską nostalgią. I choć mogą te porównania wydawać się ryzykowne, to dajcie Peterowi Balko szansę, by was zaskoczył” – Wojciech Szot, Zdaniem Szota

 

„W tej powieści jest wszystko, co powinno się znaleźć w rasowym Bildungsroman: topienie kotów, smażenie żabich udek nad jeziorem, wizyta słynnego cyrku, ucieczki przed dziwakiem Kilimandżaro, zemsta na byłym policjancie, bliskie spotkania z gangiem Bielika i marzenia o pięknej Alicji, niedostępnej i uwodzicielskiej, która, chcąc nie chcąc, wystawia na próbę męską przyjaźń głównych bohaterów. Jest też, a jakże!, polowanie z ojcem i śmierć ojca. I stypy, węgierska wystawniejsza niż słowacka. I cała galeria innych osobliwości z zaczytaną kozą Franciszką na czele” – Miłosz Waligórski

O autorze:

Peter Balko (ur. 1988 w Łuczeńcu w południowej Słowacji) – słowacki prozaik i poeta, absolwent scenariopisarstwa i dramaturgii w Wyższej Szkole Sztuk Scenicznych w Bratysławie (VŠMU), gdzie obecnie pracuje jako pedagog. Laureat nagrody głównej w konkursie Poviedka 2012 za opowiadanie Labutia balada (Łabędzia ballada), które stało się podstawą debiutanckiej powieści Vtedy v Lošonci (2014, Wtedy w Loszoncu), w przekładzie na język polski zaprezentowanej na łamach „Literatury na Świecie” (7-9/2017). Razem z Lucią Potůčkovą i Marošem Hečkiem wydał tom poetycki Metrofóbia (2012). Jest autorem scenariuszy do filmu z gatunku political fiction Kandidát (2013, Kandydat; razem z Michalem Havranem i Marošem Hečkiem), miniserialu telewizyjnego Moje povstanie (2014, Moje powstanie), thrillera ze słowacko-ukraińskiej granicy Čiara (2017, Linia) i horroru DOGG (2017). Z poetą Petrem Prokopcem ułożył antologię współczesnej literatury słowackiej Literatúra bodka sk (2016, Literatura kropka sk). W swoim rodzinnym mieście od dziesięciu lat współorganizuje międzygatunkowy festiwal Medzihmla. Publikował w czasopismach „Dotyky”, „Pravda”, „Romboid”, „Revue Labyrint”, „Denník N”, „Új szó” oraz „Gömörország”. Za Vtedy v Lošonci otrzymał Nagrodę Jána Johanidesa, Nagrodę Fundacji Banku Tatra oraz nagrodę czytelników Anasoft litera 2015. W 2018 powieść ukazała się w Czechach, w 2019 wyjdzie w Austrii i na Węgrzech. Jego teksty przekładano na język angielski, węgierski, włoski, niemiecki i chiński. W Polsce znany z publikacji na łamach „Literatury na Świecie”. W 2019 ukaże się jego nowa powieść pt. ØSTROV.

 

 

Publikację dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

 

Polecane książki

[color=#333333][font=verdana, geneva]Początek XXI wieku. Zapętlona lustracja. Podmiotowość Polaków ograniczona do konsumpcji. Zwodnicza dyktatura normalności. „Nie ma nawet cienia Układu”. Nakaz utrzymywania bezmyślności. Polska przed i po 10/04. Potępienie dociekliwości. „Agentura wpływu to byt...
Monografia stanowi pierwsze opracowanie naukowe dotyczące skimmingu. Chodzi o „kradzież” danych kart płatniczych i nielegalne ich wykorzystanie. Jednak współczesny obraz skimmingu wkracza także w obszary teleinformatyki, ekonomii i mieści się w pojęciu cyberprzestępczości. Dlatego, oprócz modus oper...
Bohaterowie bestsellera Grzechot kości: zbrodniarz przerażający jak Hannibal Lecter i młoda policjantka, która jak Clarice Starling zmaga się ze swoją przeszłością, powracają w jeszcze bardziej mrożącym krew w żyłach thrillerze psychologicznym.Kolekcjoner Kości wrócił. Tym razem nie ma nic do strace...
Josh, właściciel Tremont Corporation, od pewnego czasu podkupuje pracowników Palmer Enterprises – firmy swojego konkurenta i osobistego wroga. Teraz składa ofertę Callie Lee, asystentce Palmera, licząc, że będzie to kolejny krok w jego planie. Callie zgadza się, lecz tak naprawdę po...
Mnemosyne, bogini pamięci, wedle tradycji była matką Muz. Pamięć jako zjawisko (psychologiczne, kulturowe, historyczne) cieszy się zainteresowaniem od dawna. Na niniejszy tom składają się teksty, których autorzy postawili sobie za cel ukazanie wpływu pamięci na powstanie, kształt i wymowę dzieł lite...
Trędowata Heleny Mniszkówny to najsłynniejszy polski melodramat. Akcja powieści rozgrywa się na przełomie XIX i XX stulecia i opisuje tragiczne losy miłości niezamożnej szlachcianki Stefanii Rudeckiej oraz bogatego magnata Waldemara Michorowskiego.   Powieść Mniszkówny została zekranizowana aż 4 raz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Peter Balko

Dedykuję wszystkim, którzy wracają.

Drogi Kapio vel Kolomanie,

wczoraj skończyłem
dziewięć lat. Rodzice urządzili przyjęcie, na które nikt nie
przyszedł. Znaczy się, nikt poza najbliższą rodziną. Mama
upiekła tort z niebieską polewą, ojciec nadmuchał balony,
a dziadek opowiadał legendy o starym Loszoncu[1]. Było miło. Tort na pewno by ci
smakował. Dostałem nowy rower. Jak wrócisz, kopsniemy się
na koniec świata, może nawet za Kriváň[2]. Będziemy wrzeszczeć pod wiatr, palić
złamane papierosy, zanurzać słoneczniki w błocie i okładać
nimi durną dzieciarnię. Wszystko będzie jak kiedyś, przyjacielu,
zobaczysz.

W budzie bez zmian. Wuefista
paraduje ciągle w tej samej podkoszulce z zaciekami od soli,
drożdżówki w stołówce nadal smakują jak prochy Timravy[3], a ogródek botaniczny za szkołą niezmiennie zdobią
pety. Mamy nowych pierwszaków, garbate karły. Po rozpoczęciu roku
poszedłem do szatni i obsikałem im kurtki. Na Twoją cześć! Stara
Hrachová, której szyszka capi zakalcem, niedawno na hipie zaczęła
płakać. Opowiadała coś o Štefániku[4] i nagle wybiegła z klasy. Wróciła z rozmazanym
tuszem do rzęs, jak jakaś prostytutka. Najwyraźniej już sobie nie
radzi, powinna przenieść się do domu starców, czas na nią. Co
jeszcze? Maco Mamuko ukradł szambowóz ojcu, a ten za karę tak go
sprał, że Macowi wypadło oko. Wypadło, poturlało się do kanalizacji,
a potem przez Krivánsky Potok, Ipeľ i Dunaj popłynęło do Morza
Czarnego. Biedak ma teraz w oczodole szklaną kulkę. Wszyscy w klasie
Cię pozdrawiają. Grubaśnica od niemca nawet kazała nam modlić się
za Ciebie, ale nie bój żaby, mnie nie urobiła. Dobrze wiem, że tam,
gdzie jesteś, nie potrzebujesz żadnego Boga.

O Iwana Groźnego
dbam, chociaż muszę przyznać rację mojej babci – świnki
morskie rzeczywiście nic, tylko srają, szczają i ogryzają
zasłony.

W Loszoncu po
staremu. Ojciec mówi, że nasz region odmieni dopiero katastrofa
nuklearna. Bezpańskich psów przybywa, w parku wycięto większość
drzew, a w mieście zamknięto kolejną fabrykę. Ludzie stoją
przed knajpami i przed urzędem pracy. Wokół cmentarza wyburzono
kilka starych domów. Niedługo w mieście będzie więcej truposzy
niż żywych. Kilimandżaro włamał się do ratusza i przez miejski
radiowęzeł zaczął straszyć, że koniec świata jest blisko. Parę
dni temu niebo faktycznie zaciągnęło się chmurami, od wtedy nie
wyszło słońce. Do szkoły chodzę z czołówką na głowie,
jak peruwiański górnik. Brakuje mi tylko młotka, plam potu pod
pachami i złotych żył[5].

Pod koniec
lata Alicja wyprowadziła się z ojcem do Nymburku. To jest
w Czechach. Ludzie podobno piją tam mniej niż u nas i nie
chodzą do kościoła. Dostałem od niej pocztówkę z jakimś starym
mostem. Pisała, że do Loszonca nigdy nie wróci. Nie dziwię się,
w Nymburku mają przecież minigolfa! Nie wiem dlaczego, ale śni
mi się co wieczór. Widzę jej wargi, rzęsy, piersi, pieprzyki
na rękach, uda. Leży przy mnie na łóżku, jest całkiem naga, gotowa
na to. Rozpuszcza włosy i szepcze, że rodzice już zasnęli. Pocą
mi się dłonie i gdybym nie był nindżą, pewnie znów zlałbym się
w gacie. Spoglądamy sobie w oczy i oboje wiemy, że już nigdy się
nie zobaczymy.

A co z Tobą, przyjacielu,
śni Ci się tam coś?

Często przed nocą staje mi
przed oczami ten stary nóż myśliwski. Czuję jego lawendowy zapach,
który zaraz miesza się z zapachem krwi. Brzydzę się sobą. Godzinami
leżę pod kołdrą, trzęsę się, płaczę. Tak jest codziennie,
każdego przeklętego dnia. Otworzyłem drzwi, które powinny zostać
zamknięte, i wypuściłem przez nie coś złego. Coś, co zmieniło
Loszonc, Ciebie, mnie. Nas.

Razem byliśmy
niepokonani. A teraz? Co ze mną będzie, przyjacielu?

Siedzę za biurkiem w swoim
pokoju, zaraz wybije północ. W domu wszyscy śpią, a ja piszę te
słowa… Powinienem to zrobić dawno temu. Wcześniej. Wtedy. Czasem
widuję Cię na ulicy albo w naszej podziemnej kryjówce na
drzewie. Myślę o tamtym dniu, kiedy nad miastem szalała największa
burza w historii, i czuję, jak po plecach chodzą mi ciarki. Dasz
robie radę, nie masz wyjścia, musisz.

Ech, gdybym umiał cofnąć
czas…

Ale nie jestem naukowcem,
przykro mi.

Tęsknię za
Tobą!

Twój najlepszy przyjaciel
na świecie,

Lewiatan

PS: Do listu załączam
jedenaście zdjęć, siedem zdobycznych fajek i trzy nowe przygody
Kapitana Morsa.

[1] Chodzi o miasto Łuczeniec
(węg. Losonc, słow. Lučenec). Autor używa słowackiego zapisu
węgierskiej nazwy: Lošonc. (Przypisy tłumacza).

[2] Kriváň – tu:
wieś w południowej Słowacji oddalona o 30 km od Łuczeńca.

[3] Božena
Slančíková-Timrava (1867–1951) – jedna z pierwszych autorek prozy
kobiecej w Słowacji, pochodziła z Polichna pod Łuczeńcem.

[4] Milan Rastislav Štefánik (1880–1919) –
słowacki astronom, podróżnik, generał, jeden z ojców założycieli
Pierwszej Republiki Czechosłowackiej.

[5] Zlatá žila – hemoroidy. Słowacy, za
Pliniuszem, uważają, że środkiem na żylaki odbytnicy są okłady
ze złota.

1Pierwszy dzień mojego nowego życia

Sąsiad Guzek nie ma włosów, bo ma
raka. Na szczęście wygrał w totka, więc w szpitalu zrobili mu
kosmiczną sondę. To go wyleczyło. Współczesna medycyna przez
tyłek. Pan Guzek był wniebowzięty, znowu zaczęły mu rosnąć
włosy. Niestety niebieskie, i to w takim tempie, że szybko zmienił
się w kosmate monstrum. Pokryły dom, ogród, konie, ulice, a potem
cały Loszonc. Wtedy zza chmur wysunęły się boskie nożyce, które
wystrzygły okolicę, ale włosy rosły dalej i niebawem wszystko,
łącznie z nożycami, znów pochłonął dziki gąszcz. I tyle. Dwie
dziurki w nosie, skończyło się. Aha, jeszcze morał: wobec
współczesnej medycyny boskie nożyce to mały pikuś!

W chwili moich narodzin na sali porodowej pękły
wszystkie żarówki. Musiałem mieć ogromną charyzmę. Posadzka
spływała krwią, której strumienie łączyły się w przerażające
wzory, a nad miastem otwierał się nowy dzień. Odtąd w naszej
rodzinie świecimy wyłącznie świeczkami.

Pan doktor Böhl, który pacjentów przyjmował
w suterenie pożydowskiej rzeźni, powiedział, że będę dziewczynką,
więc ojciec musiał szybko przemalować różowołososiowy pokój na
niebiesko. Moje spektakularne przyjście na świat zostało zarejestrowane
aparatem fotograficznym, żebym po latach w razie wątpliwości mógł
sobie przypomnieć, jak bardzo brzydkim byłem noworodkiem. Mama
płakała. Przytuliła do policzka moje miękkie ciałko, które od
ciałka upragnionej córeczki dzielił trzycentymetrowy ogonek. Urodzić
się i od razu sprawić rodzicom zawód – wymarzony początek
szczęśliwego życia.

Tylko co począć z tymi rozkosznymi ubrankami dla
dziewczynki?

Możecie mi nie wierzyć, ale przyjście
na świat w Loszoncu, rzut beretem od węgierskiej granicy,
ma swoje plusy. Wystarczy wdrapać się na pierwszą lepszą
górkę i z niewielką pomocą wiatru można opluć jakiegoś
seginia[6] w Salgótarján. Albo przejść się po głównym deptaku
pełnym aptek, optyków, salonów gier, aby się przekonać, że dzieci na
południu są chore, ślepe i uzależnione. Historia nie oszczędzała
Loszonca, dwa razy spalili go Turcy, a raz banda pelikanów, tych
uwiecznionych w herbie miasta. Potem nadeszły epidemie niebieskiej
zarazy, klęski głodu i bombardowania podczas pierwszej i drugiej
wojny światowej, które rozbiły siłę życiową miasta w niutony. Na
zachodzie kraju mówią na nas Węgry, starzy loszonczanie nazywają to
miejsce śmietnikiem historii, a mój ojciec – ziemią niczyją. Dla
mnie to po prostu dom.

Miałem piękne dzieciństwo. W porównaniu
z rówieśnikami, których żywcem grzebano w przedszkolach, zmuszano do
picia słodkiej wody z plastikowych kubeczków i do spania na żądanie,
byłem najszczęśliwszym chłopcem pod słońcem. Czas spędzałem
głównie na drzewach, w wyobrażonych kuchniach, gdzie gotowałem
sobie pożywne zupy z igliwia, przeciery i różne eliksiry. Każdego
dnia dziadek prowadzał mnie do parku, siadał na ławce, wyciągał
papierosa i czytał kronikę kryminalną w lokalnej gazecie „Przełyk
Timravy”.

Babcia z kolei regularnie chodziła ze mną do
wypożyczalni wideo, gdzie godzinami krążyłem po ciasnych korytarzach
wśród regałów, z zapartym tchem dotykając palcem okładek kaset,
na których prężyły się torsy bohaterów filmów akcji, uzbrojonych
w sprzęt ciężkiego kalibru. Jean-Claude Van Damme, Bruce Lee, Chuck
Norris, Bolo Yeung, Cynthia Rothrock – to oni byli moimi przyjaciółmi
i nauczycielami. Owijałem sobie głowę białym szalem, drewnianą
kataną dziadka smagałem w ogrodzie sadzonki i kręciłem nią
nieudolne młynki. Potem dostawałem baty rzemieniem, mimo to byłem
szczęśliwy, bo nigdy nie uroniłem ani jednej łzy. Nindże płaczą
tylko do środka.

Kiedy miałem pięć lat, dziadek nauczył mnie
pisać. Strząsnął ze starej gruszy owoce na palenkę i powiedział,
że ludzie robią wszystko, byle nie zapomnieć. Jedni fotografują,
inni piją, jeszcze inni rysują kreski na framugach, a ja, najmłodszy
z rodziny, mam pisać. O sobie i o innych. Dziadek da mi zeszyt,
a kiedy go zapełnię, dostanę nowy. Odnajdę swój styl, odnajdę swoje
zdania. Zeszyt muszę regularnie dokarmiać słowami, w przeciwnym razie
zdechnie z głodu, a mnie do końca życia będzie dręczyć sumienie,
że go zawiodłem. Dziadka, ale i zeszyt. Nie wolno mi się z nim
rozstawać, mam z nim spać i z nim srać, bo nigdy nie wiadomo,
kiedy z gówna wyjdzie opowiadanie. Tak mówił.

Początki były trudne i niepewne. Zdania proste,
krótkie. Na przykład: „Sąsiad Guzek nie ma włosów”. A potem:
„Sąsiad Guzek nie ma włosów. Sąsiad Guzek ma raka” – żeby
w końcu dojść do konstrukcji złożonych: „Sąsiad Guzek nie ma
włosów, bo ma raka”. Ćwiczyłem codziennie, nawet po dwanaście
godzin, i powoli nabierałem rutyny. Poznawałem słowa oraz ich wzajemne
relacje. Odkryłem, że niektóre z nich się lubią, inne nienawidzą,
a ich łączenie może doprowadzić do katastrofy. Na przykład
„kiełbasa” nie może sąsiadować ze „studnią”, tak samo jak
„napletek” z trudem znosi towarzystwo „piernika”. Później
przyszły przecinki, kropki i znienawidzony średnik. Gdybym mógł
rozprawić się z jakimś znakiem interpunkcyjnym, bez wątpienia
wybrałbym właśnie ten. Średnik, brr…

Ostatecznie, po długich tygodniach ciężkiego drylu,
wyrzeczeń i bólu w nadgarstkach doszedłem do czegoś, co nadało
mojemu życiu sens, czyli do kłamstwa, które, jak się okazało,
w literaturze nazywa się fikcją.

Niedługo potem mój kruchy świat – kruchy, bo
obwarowany tylko setkami karteluszków, filmami kung-fu, eliksirami
warzonymi w koronach drzew i niską frekwencją w przedszkolu –
uderzył o grube mury podstawówki i się rozpadł. Na jego zgliszczach
wyrósł inny chłopiec, wstydliwy i zagubiony. Zewsząd czyhały na
niego rozwydrzone dzieci, ogromne tornistry, zawiniątka z drugim
śniadaniem, a także uśmieszki starszych uczniów, dla których
kombinacja otyłości z nieśmiałością zawsze jest zachętą
do wyrafinowanych szykan. Gdybym wtedy wiedział, że moi wrogowie
z czasem zmienią się w samotnych tatusiów, tyrających jak dzikie
osły w tartaku za wsią Prša, po bratersku bym ich wyściskał i od
razu puścił w niepamięć wszelkie urazy.

Teraz, po latach, dochodzę do wniosku, że problemem
mógł być też mój wiek i wzrost – byłem najwyższy i najstarszy
w klasie. Wszyscy myśleli więc, że jestem opóźniony, choć tak
naprawdę chodziło tylko o pory roku. Jak mówiła mama, byłem
dzieckiem jesieni.

Zawsze umiałem kłamać, kiedy więc rodzice pytali
o szkołę, kluczyłem jak wytrawny dyplomata, tak żeby nie wzbudzić
ich podejrzeń. W rzeczywistości szkoła co rusz serwowała mi małe
lobotomie, po których strach i niepewność wgryzały się w moją
korę mózgową, kopiąc w niej bezdenne katakumby. Roześmiane
pryszczate twarze, odchody wiewiórki znalezione w menażce czy slipy
podciągnięte aż pod śledzionę jeszcze długo prześladowały mnie
w nocnych koszmarach, kończących się zazwyczaj zmoczeniem łóżka
albo nawet – w przypadku szczególnie okrutnych snów – utytłaniem
pościeli na brązowo. Karta odwróciła się w chwili, kiedy poznałem
swojego najlepszego przyjaciela.

Wtedy to zaczął się okres, w mojej prywatnej
księdze życia i śmierci zapisany tłustą czcionką, który mógłbym
nazwać czasem Kapii.

[6] Segiň (węg. szegény)
– nieszczęśnik.

2Łabędzia ballada

– To nie jest opowiadanie! – krzyknął
i cisnął moim zeszytem o ziemię. Zgasił na ślimaku fajkę, którą
cyckał w ustach, i powiedział, że pochłonie go ziemia, ale to
cierpienie nie pójdzie na marne: będzie z niego nawóz albo martwa
natura z fiołkiem. Wierzyłem mu, przecież był moim kumplem.

Mieliśmy po osiem lat i mieliśmy broń: Kapia –
nóż, a ja – błotowitkę. On znał sześć brzydkich słów i dwa
tytuły filmów dla dorosłych, ja umiałem wyrecytować z pamięci
imiona wszystkich świętych z kalendarza, i to nawet od końca,
jak bum-cyk-cyk. On codziennie zabijał przynajmniej jedno zwierzę,
ja co wieczór myłem zęby. On pluł, ja pisałem.

Byliśmy parą najlepszych przyjaciół
w całym Novohradzie, których rozdzielić mogła tylko trzecia
wojna światowa. Naszą więź przypieczętowaliśmy krwią pod starym
orzechem, rosnącym na skraju parku. Słońce wypacało ostatnie krople
lata, cienie miękły, a Kapia z podniecenia puszczał bąki. Kiedy
braterstwo zostało już zadzierzgnięte, ruszyłem do domu na kluski
w sosie koperkowym.

– Na świecie nie ma nic mocniejszego od krwi
– szepnął mi jeszcze na ucho Kapia, a potem opluł listonosza,
przejeżdżającego obok nas na bakłażanowym rowerze. Od tej pory nasi
ojcowie odbierają listy na poczcie.

Do rzeczywistości przywołał mnie czyjś krzyk. Zanim
zorientowałem się, o co chodzi, Kapia już zwiewał krętą ścieżką
wzdłuż jeziora. Chwyciłem zeszyt i błotowitkę i bez zastanowienia
puściłem się za nim. Wierzcie mi, trudno o coś gorszego niż gniew
starego Kilimandżara, zamieszkującego chatynę w samym środku lasu,
półślepego dziada, który kilka lat temu z niepojętych przyczyn
został zarządcą tutejszego jeziora. Kapia i ja uważaliśmy go za
komucha. I chociaż nie bardzo wiedzieliśmy, co to znaczy, byliśmy
pewni, że tak właśnie jest.

Schowaliśmy się na naszym drzewie, które zawsze
chcieliśmy przerobić na podziemną kryjówkę. Ale jak zrobić
podziemną kryjówkę wysoko w górze?

W korze wyryliśmy swoje inicjały. Na wypadek nagłej
utraty pamięci albo ataku langusty górskiej oznaczyliśmy też okoliczne
pnie. Często zastanawiało nas, czy tę utratę pamięci w ogóle
byśmy zauważyli. Na wszelki wypadek opracowaliśmy zestaw pytań,
które pomogłyby nam ustalić, czy już mamy amnezję, czy jeszcze
nie. Poprawne odpowiedzi zaszyfrowaliśmy, zapisując je nie do góry
nogami czy po węgiersku, lecz w lustrzanym odbiciu.

Pytanie numer jeden: W jakim filmie pierwszy raz
spotkali się Bruce Lee i Bolo Yeung?

Kapia wyciągnął z kieszeni ostatnią fajkę,
ukradzioną ojcu. Chociaż była złamana, rozkoszował się nią jak
stary palacz. Ja palić nie umiałem. Raz spróbowałem i po pierwszym
machu ocknąłem się na łące w łopianach. Kapia rechotał jak
głupi. Mówił, że zaciągają się tylko baby. Znał się na wielu
rzeczach, w końcu swoje przeżył. U lewej stopy miał sześć palców,
pewnie dlatego, że urodził się w Ábelovej. Jego mama sprzątała
w techniku, a w wolnym czasie grała na waltorni. Ojciec był geodetą,
rudzielcem i ochlapusem. Za każdym razem, kiedy się nakrochmalił,
widział w swoim synu dezertera, który czyha na jego życie, zamykał
się wtedy w szafie, gdzie przeczekiwał aż do rana. Kiedyś podobno
nie wychodził stamtąd siedem dni. Kapia, przymuszany przez matkę,
zanosił mu grzanki i rumianek. – Nie masz pojęcia, jak wygląda
taka szafa zamieniona w hotel – powiedział, po marynarsku kopcąc
papierosa. Brakowało mu wtedy tylko opaski na oko i bakelitowego morza
w tle, ciągnącego się aż po odległy brzeg.

– Dlaczego moje opowiadanie nie jest
opowiadaniem?

Kapia zgasił peta na języku, popatrzył w stronę
słońca nad horyzontem i splunął. – No, wiesz. W opowiadaniu
powinna być jakaś laska, bez laski ani rusz. Albo weźmiesz to sobie do
serca, albo gówno zdziałasz. Taka jest zasada. Kto chce być pisarzem,
musi pamiętać o laskach.

Przytaknąłem. Miał całkowitą
rację. W opowiadaniu o sąsiedzie Guzku, któremu wyrosły niebieskie
włosy, nie pojawia się żadna dziewczyna ani laska, jak nazywał je
Kapia. Ale przecież dziadek radził, żebym pisał o tym, na czym
się znam. Tymczasem o kobietach wiedziałem niewiele: mają piersi
do karmienia dzieci, brakuje im siusiaka i prawie całe życie boli je
głowa.

Pytanie numer dwa: Jak się nazywa i skąd
pochodzi bohater filmu Bez odwrotu grany przez
Jeana-Claude’a Van Damme’a?

Ściemniło się, ruszyliśmy do domu. Po drodze Kapia
rozdeptał olbrzymiego chrabąszcza. Starałem się zapamiętać, jaki
miał przy tym wyraz twarzy. Tworzyliśmy zgrany tandem, ba, najlepszy
ze wszystkich w okolicy. Kiedyśmy się rozstawali, żaden z nas nie
oglądał się za siebie. W końcu prawdziwi mężczyźni patrzą tylko
do przodu, co nie? Wieczorem ustalaliśmy przez krótkofalówki, w co
się ubierzemy następnego dnia. Tak właśnie działają członkowie
teamu, takie są zasady. Oczywiście mieliśmy też swój sekretny
język i przezwiska. Kapia naprawdę miał na imię Koloman, ale
chłopacy z wyższych klas wymyślili mu pseudonim, bo był ciągle
czerwony, jak papryka. Mnie z kolei wołali Lewiatan. Wprawdzie wolałem
ksywkę Kapitan Dabač[7], ale Kapia powiedział, że jest już zajęta.

Lewiatana znaleźliśmy w geodezyjnym czasopiśmie
jego ojca, który między kartki ze ślepymi mapami i zarysami krajów
wetknął zdjęcia gołych babek. W kroku wyglądały tak samo jak pod
pachami, co mocno nas zdziwiło. To pewnie też były komunistki.

W nocy temperatura spadła mocno poniżej zera. Gdzie
okiem sięgnąć, wszędzie leżał lód – i białe pierzyny, spod
których wystawały domy, pagórki, ulice, huśtawki, smutny żulik
i drzewa rosnące na szkolnym podwórku. Obserwowałem to wszystko przez
okno na lekcji przyrody. Kapia siedział za mną i cyrklem wydrapywał
na ławce cytaty z Biblii. Świat jakby przestał istnieć, a mnie nie
dawała spokoju wilgotna woń Alicji siedzącej obok. Reszta uczennic
pachniała porannym kakao albo tanią czereśniową pomadką. Alicja była
inna. Jej zapach ogłaszał światu, że jest kobietą. Laską.

A świat słuchał Alicji, o, jakże pięknie jej
słuchał!

Tylko ona w naszej klasie nosiła spódnicę
tuż za kolano, białą w czerwone grochy. Czasem, kiedy miałem
szczęście, na ułamek sekundy mignęły mi jej dwa krągłe jabłuszka,
podobne do kretowisk, kryjących w swoich korytarzach niezgłębione
tajemnice. Według Kapii Alicja była prawiczką, ale ja widziałem,
że pisze lewicą. Miała bardzo długie kręcone włosy, które podczas
dyktand kładły się na jej dłoniach, wąski nos, frapujący niczym
przecinek w zdaniu pojedynczym, i piersi, ach, najprawdziwsze piersi,
o jakich mogły marzyć nie tylko jej rówieśnice, ale nawet trzecio-
czy czwartoklasistki. Pochylając się nad kartką, rozmazywała nimi
świeży atrament. U innych dziewczyn dopiero zarysowywały się
drobne wypukłości, koreczki, kiełbaski, węgierskie zjazdówki
czy ośle łączki, a Alicja już szczyciła się dwoma ślicznymi
pagórkami.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[7] Kapitan Dabač – tytułowy bohater legendarnego
słowackiego filmu wojennego z 1959 roku.

3Wigilia

Dostępne w wersji pełnej

4Historia noża myśliwskiego

Dostępne w wersji pełnej

5Świeczki Stalina

Dostępne w wersji pełnej

6Kogucia Wdowa

Dostępne w wersji pełnej

7Południowe okrucieństwa

Dostępne w wersji pełnej

8Garnitur

Dostępne w wersji pełnej

9Czułość

Dostępne w wersji pełnej

10 Favágó[8]

Dostępne w wersji pełnej

[8] Favágó (węg.) – drwal.

11Bal

Dostępne w wersji pełnej

12Wtedy w Loszoncu

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału:Vtedy v Lošonci

© Peter Balko (na licencji udzielonej
przez KK Bagala), 2019

© Miłosz Waligórski, 2019

© Biblioteka Analiz, 2019

Ilustracje © David Koronczi, 2014, 2019

Projekt graficzny © Emil Drličiak,
2014, 2019

Wydanie pierwsze

Wszelkie prawa
zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu
niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody wydawcy jest
zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Redakcja: Tomasz Karpowicz

Korekta: Ewa Tenderenda-Ożóg

Opracowanie graficzne i skład:
TYPO 2 Jolanta Ugorowska

Warszawa, 2019

Wydanie I

ISBN 978-83-952611-8-3

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Wydawca:

Biblioteka Analiz

Ul. Mazowiecka 6/8

00-048 Warszawa

tel. 22 828 36 31

www.rynek-ksiazki.pl

Facebook.com/bibliotekaanaliz

Facebook.com/WydawnictwoBibliotekaSlow

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: konwersja@elib.pl

www.eLib.pl