Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Z premedytacją

Z premedytacją

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-806-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Z premedytacją

Starannie obmyślone kłamstwo może zniszczyć nawet najpotężniejszego… Prezes Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych dowiaduje się, że dziennikarka jednego z wiodących plotkarskich portali internetowych lada moment opublikuje artykuł oskarżający go o korzystanie z usług prostytutki. Pomóc w tej sprawie może jedynie pewien niezależny detektyw spoza Waszyngtonu. Nick Heller to „prywatny szpieg” – działający w Bostonie były oficer wywiadu, który szczyci się nadzwyczajnymi zdolnościami odkrywania prawdy. Ma tylko czterdzieści osiem godzin, aby wykazać fałszywość materiałów zebranych przeciwko sędziemu i nie dopuścić do publikacji artykułu. Gdy jednak zamieszana w tę mistyfikację prostytutka zostaje znaleziona martwa, cała sprawa przybiera bardzo niebezpieczny obrót. Nick musi ustalić tożsamość osoby odpowiedzialnej za zbrodnię, zanim ofiarą politycznego skandalu padnie ktoś jeszcze. Skandalu, którego korzenie sięgają tajemnicy sprzed wielu lat… „Mroczna opowieść o intrygach i podstępnej polityce… Jeśli jesteś już fanem Findera, ta książka cię nie rozczaruje. A jeśli nie – prawdopodobnie po lekturze nim zostaniesz”. Suspense Magazine „Ekscytujący, przenikliwy thriller o świetnie zarysowanych postaciach”. Booklist

Polecane książki

Grace i Ted Chapmanowie są powszechnie uważani za idealną, wpływową parę literacką. Ted odnosi sukcesy jako powieściopisarz, a jego żona jest piękną, stylową i beztroską panią domu. Nikt jednak nie widzi tego, co kłębi się pod powierzchnią wspaniałego małżeństwa – wybuchów złości Teda i jego zmienn...
Callaghan Hart jest surowym, prostolinijnym ranczerem. Po odejściu z wojska Cal oddał się pracy na rodzinnym ranczu, które prowadzi razem z braćmi. Cal uchodzi za samotnika i rzadko opuszcza posiadłość, a po zawodzie miłosnym unika zaangażowania.   Kiedy bracia zatrudniają młodą Tess B...
"Przed wami ostateczna decyzja dotyczącą wspólnego życia? Jeśli tak, to ten poradnik jest właśnie dla Was. Przygotowania do ślubu to radość, śmiech i niekończące się pocałunki... Niekoniecznie. Czasami jest to płacz, targające człowiekiem dylematy moralne i emocjonalne oraz kłótnie na każdym kroku...
Kolejna część bestsellerowej serii Aleathy RomigCzy utracone zaufanie można odbudować? Podziwiał ją coraz bardziej. Wbrew oczekiwaniom, rozkwitała. Wciąż dostosowywała się do jego reguł. To jednak nie wystarczyło…Po kilkunastu miesiącach zamknięcia, Claire Nichols zostaje uwolniona. Przestaje...
„Prawda jest konkretna” – to hasło, napisane wielkimi literami, widniało nad biurkiem Bertolta Brechta podczas jego duńskiego wygnania. W czasie politycznych zawirowań maksyma ta nie pozwalała Brechtowi zapomnieć o otaczającej go rzeczywistości. Jaką rolę może odegrać sztu...
„Narody Wietnamu” przedstawiony w przystępny sposób zbiór podstawowych wiadomości o każdej z grup etnicznych Wietnamu, zarówno o tych najmniej licznych, jak O’ Đu i Brâu, jak i największych (po Kinh) – Thái i Tày. Aby przekazać ważne informacje bez nudzenia czytelnika, są one ułożone w określone...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Joseph Finder

Tytuł oryginału: Guilty Minds

Copyright © 2016 by Joseph Finder

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Agnieszka Radtke

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-806-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Pamięci mojego taty, Morrisa Findera

1917–2013

1

Kłamstwa to moja specjalność. Dzięki nim mam pracę.

Jeśli wierzyć badaniom naukowym, wszyscy kłamiemy, po kilka razy dziennie. Nie potrafimy inaczej. Tak zwane białe, niewinne kłamstewka to po prostu smar, który umożliwia ruch maszynerii życia społecznego. Te prawdziwe, poważne kłamstwa natomiast stanowią przyczynę wielu problemów. Moja praca ogranicza się właściwie do rozpoznawania, kto i dlaczego kłamie, i przyłapywania go na tym. To mniej więcej wszystko.

Na szczęście mam pewien dryg do wykrywania łgarstw. Przynajmniej w czasem, w te lepsze dni.

Siedziałem w lobby bostońskiego biura międzynarodowej firmy prawniczej Shays Abbott Burnham, lśniącym i wypolerowany niczym silos rakietowy, i zapewne równie niebezpiecznym. Każda powierzchnia była tu twarda i zimna – posadzki z białego marmuru, gładkie ścianki działowe z mlecznego szkła, stoliki do kawy ze szklanymi blatami, matowe szyby, biała skórzana sofa o ostrych krawędziach. Nawet recepcjonistka, o blond włosach z rudawym odcieniem, idealnie gładkiej cerze i mocno karminowych ustach tkwiła – niczym Gorgona – za owalnym kontuarem ze lśniącej stali nierdzewnej, jakie spotyka się chyba tylko w skarbcach szwajcarskich banków.

Wystrój wnętrza zaprojektowano tak, aby robił na potencjalnych klientach niepokojące wrażenie. Jeśli szukasz czegoś puszystego i miękkiego – informował – idź do spa. To miejsce tchnęło perfekcją i precyzją maszyny, emanowało zapachem oleju do smarowania broni, przywodziło na myśl dobrej jakości karabin samopowtarzalny. Uspokajało tak, jak uspokaja glock pod poduszką.

Właśnie o to chodziło: Shays Abbott Burnham należała bowiem do największych kancelarii na świecie. W dwudziestu sześciu krajach pracowało dla niej ponad trzy tysiące prawników. Była niczym ogromne centrum handlowe, gdzie można załatwić każdą sprawę. Zajmowano się tu przestępstwami popełnianymi przez ludzi w białych kołnierzykach, tutejsi mecenasi reprezentowali przed sądem wielkie korporacje. Bronili gigantów naftowych, potężne koncerny farmaceutyczne i tytoniowe. Organizowali wrogie przejęcia i chronili przed wrogimi przejęciami.

Tutaj nikt nie zajmował się drobnicą. Klienci przychodzili, ponieważ mieli bardzo poważne bitwy do stoczenia. Przybywali żądni krwi.

Ale nie ja. Ja znalazłem się tu, aby posłuchać o pewnym kłamstwie.

Dzień wcześniej po południu zadzwonił do mnie w trybie pilnym jeden z partnerów kancelarii Shays, niejaki John Malkin. Namiary dostał od innego prawnika, który kilka miesięcy temu wynajął mnie w pewnym dyskretnym celu. Otóż John Malkin miał klienta, który potrzebował mojej natychmiastowej pomocy – przez telefon nie chciał jednak powiedzieć nic więcej. „Musimy się spotkać w cztery oczy” – oświadczył. – „Najlepiej od razu”. Przesłał mi mejlem klauzulę poufności, zgodził się także uiścić opłatę za konsultację.

Cokolwiek chciał omówić, musiało być ważne.

Nigdy nie spotykam się z potencjalnymi klientami bez wcześniejszego poszperania na ich temat, aby mieć pewność, iż nie wpakuję się w kłopoty. Dlatego przeanalizowałem wszystkie dostępne dane na temat tego człowieka. John Epsworth Malkin: absolwent Dartmouth College oraz wydziału prawa Uniwersytetu Duke’a (studia ukończone z wyróżnieniem), członek elitarnego stowarzyszenia prawniczego Order of the Coif, która to nazwa przywodziła na myśl dyplomik oprawny w ramki wiszący w jakimś zakładzie fryzjerskim. Praktyka zawodowa Malkina koncentrowała się wokół analiz zgodności działań klientów z obowiązującym prawem. Ja, gdybym miał się tym codziennie zajmować, podciąłbym sobie żyły.

Malkin powitał mnie w recepcji wilgotnym uściskiem dłoni, z powagą przedsiębiorcy pogrzebowego. Nosił okrągłe okulary w rogowych oprawkach, a srebrzyste włosy miał zaczesane do tyłu. Ubierał się z łobuzerską ekscentrycznością, na którą mógł sobie pozwolić tylko starszy wspólnik w firmie: różowa koszula z popeliny z wytartym kołnierzykiem, przy którym brakowało jednego guzika, i szary garnitur w prążki, o klapach marynarki tak szerokich, że najbardziej stylowo wyglądałaby w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku.

Wystarczyło mi jedno spojrzenie, bym dojrzał w tym człowieku to, czego żadne akta nie są w stanie przekazać. Facet nienawidził swojej pracy, a prawnicza praktyka chyba nigdy nie sprawiała mu przyjemności. Miał już dość pompowania kolejnych płatnych godzin i sporządzania pism, których nikt nigdy nie czytał. Był raczej niespełnionym naukowcem, typem akademickim. Marzył o wcześniejszej emeryturze, aby móc wykładać prawo w jakimś małym college’u w Nowej Anglii, pełnym bystrych studentów i intelektualnie inspirujących, wspaniałych kolegów po fachu. Przeczytał wszystkie biografie Churchilla, jakie kiedykolwiek opublikowano. Bardzo dbał o buty. (Nosił szyte na miarę, zapewne od Johna Lobba z Londynu). Zbierał pierwsze wydania książek, a być może także wieczne pióra – plamy tuszu na jego palcach podpowiadały mi, że facet używa właśnie tego narzędzia pracy. Palił fajkę, ale tylko w domu (wystarczyło raz pociągnąć nosem, by to stwierdzić). Niewykluczone, że kolekcjonował różne rodzaje caberneta z Afryki Południowej i był nadmiernie dumny ze swoich regałów na wino sygnowanych marką EuroCave.

A poza tym – to nie on był moim pracodawcą.

Był pośrednikiem, to pewne, lecz chyba takim, który nie ujawni prawdziwej tożsamości klienta.

Malkin podziękował mi za przybycie.

– Czy ktoś wie, dlaczego pana zaprosiłem?

– Ja sam się nie orientuję, dlaczego właściwie tu jestem.

– Racja – zgodził się ze mną, a następnie ruszył w głąb korytarza. Wyglądało na to, że nie zmierzamy do jego biura.

– A czy… hmm… ktoś jeszcze wie o naszym spotkaniu? Albo że jest pan teraz w Shays Abbott?

– Tylko moi ludzie.

– Pańscy ludzie?

– Sekretarka i technik kryminalistyki. Ale oni rzadko wychodzą z pracy.

– To cały pański personel? Dwoje pracowników?

– Dzięki temu utrzymujemy bardzo konkurencyjne ceny.

Nie uśmiechnął się. Zapewne nie miał pojęcia, ile wynoszą moje stawki, i wcale go to nie obchodziło.

– Panie Malkin – powiedziałem. – Pracuję w rozliczeniu godzinowym. Zapewnił pan sobie całkowitą poufność. Może od razu zaprowadzi mnie pan do klienta?

Skinął głową i skręcając w kolejny korytarz, ruchem ręki nakazał mi iść za sobą. Gdy dotarliśmy do podłużnej sali konferencyjnej, przez jej szklane ściany –zaskoczony – ujrzałem człowieka, z którym naprawdę miałem się spotkać. Siedział samotnie u szczytu długiego czarnego stołu.

2

Nazywał się Gideon Parnell i był waszyngtońską legendą.

Właściwie to ogólnokrajową legendą, przedmiotem niezliczonych artykułów w „Timesie” i „Washington Post”. Wydaje mi się, że także telewizyjne 60 Minutes dwa razy zrobiło o nim program, a „Time” zamieścił jego zdjęcie na okładce.

Był wysokim, przystojnym czarnoskórym mężczyzną o królewskiej postawie, mniej więcej siedemdziesięciopięcioletnim, którego krótko przycięte włosy całkowicie zbielały. Jego życiorys stanowił wymarzony temat dla publicystów wszelkiej maści. Parnell, wychowany w biednej dzielnicy w południowo-wschodnim Waszyngtonie, maszerował w Selmie razem z Martinem Lutherem Kingiem. Został jednym z bohaterów walki o prawa obywatelskie, grywał w golfa ze wszystkimi prezydentami Stanów Zjednoczonych od czasów Lyndona Johnsona. Każdy z nich, czy to republikanin, czy demokrata, uważał Parnella za przyjaciela (o ile prezydenci mają w Waszyngtonie przyjaciół). Był świetnie zorientowany we wszystkim, co dzieje się w stolicy, szarą eminencją o rozległych wpływach i znajomościach dosłownie wszędzie. Aktualnie pełnił funkcję starszego doradcy w kancelarii Shays Abbott, aczkolwiek wątpiłem, czy rzeczywiście na co dzień zajmował się prawem. Im znakomitszy prawnik, tym mniej interesuje go praktyka zawodowa.

Biorąc pod uwagę kręgi, w których ten człowiek się poruszał, jego obecność w tym miejscu musiała oznaczać, że sprawa jest poważna. Prawdopodobnie przyleciał tu z Waszyngtonu specjalnie, by się ze mną spotkać. Moja ciekawość sięgnęła zenitu.

Parnell wstał, wyprostował swoje dwumetrowe ciało, po czym trzema zamaszystymi krokami pokonał dzielącą nas odległość. Zamknął w dłoni całą moją prawicę, która przecież nie jest mała; odniosłem wrażenie, jakbym dotykał starej, podniszczonej rękawicy bejsbolowego łapacza. Drugą ręką ujął moje przedramię. Klasyczny chwyt polityka, który jednak – w tym przypadku – wydawał się szczery.

Jestem dość dużym facetem – metr dziewięćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, szerokie bary – ale Parnell imponował nie tylko rozmiarami: miał prezencję, która robiła na każdym cholerne wrażenie, nie ma co zaprzeczać. Jego czarny jak smoła prążkowany garnitur musiał być szyty na miarę. Całości dopełniały srebrzysty krawat i śnieżnobiała koszula.

Gideon Parnell należał do tych nielicznych osób, które autentycznie podziwiałem. Ten człowiek był gigantem, nie tylko pod względem wzrostu.

– Panie Heller – rzekł – bardzo dziękuję, że zechciał się pan z nami spotkać. – Jego głos dudnił niczym najniższe C w organach katedry waszyngtońskiej. Machnął ręką, kolistym ruchem wskazując wnętrze sali konferencyjnej, a także swojego kolegę, który stał w drzwiach, jak wierny lokaj oczekujący dalszych poleceń.

Korytarzem przeszło kilka osób ciekawie zerkających na nas przez szklaną ścianę.

– John, chyba zaczęły się już poranne godziny szczytu, czy mógłbyś więc…?

John Malkin kiwnął głową, po czym wcisnął jakiś przycisk na panelu po wewnętrznej stronie futryny. Szyby natychmiast zmatowiały, zrobiły się mleczne.

– Dziękuję – rzekł Parnell ponaglająco.

Malkin wzdrygnął się i znów skinął głową.

– Do widzenia, panie Heller – powiedział, kierując ku mnie wzrok.

Parnell nalał kawy z termosu do dwóch kubków.

– Słyszałem, że lubi pan kawę. Czarną i bez cukru – oznajmił, nie patrząc na mnie.

Uśmiechnąłem się w duchu.

Podał mi kubek, po czym wskazał siedzenie tuż obok swojego, przy jednym z krańców długiego czarnego stołu.

– Pozwoli pan, że o coś spytam – powiedziałem, moszcząc się na skórzanym fotelu, który wyglądał na drogi. – Po co kazano mi podpisywać tę klauzulę poufności? Przecież to oczywiste, że pan mnie sprawdził. Z należytą starannością. Wie pan nawet, jaką kawę pijam. Odrobiwszy tę lekcję, świetnie się pan orientuje, że mam reputację człowieka dyskretnego.

– Proszę cię, nie traktuj tego w ten sposób, Nick. Bo chyba mogę mówić ci Nick?

Kiwnąłem głową.

– Tu nie chodzi o ciebie. Nie ty mnie martwisz.

– W takim razie kto?

– Ludzie, którzy mogą obserwować to biuro, a mnie w szczególności. Muszę zachować nadzwyczajne środki ostrożności.

– No cóż, nawet paranoicy miewają wrogów – powiedziałem.

Po długiej pauzie Parnell podjął:

– Jeden z moich bliskich przyjaciół, nie używam słowa klient, ponieważ on nie jest i nie może być moim klientem z powodów, które wkrótce zrozumiesz, zostanie niebawem brutalnie zniesławiony przez pewien oszczerczy plotkarski portal.

– No i?

– To dżentelmen, którego znam od kilkudziesięciu lat. Jest osobą nieposzlakowaną moralnie. Wybitnym, powiedziałbym wręcz wielkim człowiekiem. Jeśli dopuścimy, aby te ohydne oskarżenia zostały upublicznione, jego kariera legnie w gruzach.

– Są prawdziwe?

– Absolutnie nie.

– Więc o co się martwić? Najlepszą obroną jest prawda.

– Już niestety nie. Nie w epoce Internetu. Mam wątpliwości, czy w pełni pojmujesz powagę sytuacji.

– Cóż, nie prosiłby mnie pan o to spotkanie, gdyby sytuacja nie była poważna. Proszę mi powiedzieć, panie Parnell, co jest w tej historii takiego niebezpiecznego?

– Fałszywe oskarżenie, że mój przyjaciel regularnie spotyka się z dziewczyną na telefon. Prostytutką.

– Czy pański przyjaciel jest papieżem? Bo tylko wtedy mogłoby to oznaczać koniec Jego Świątobliwości.

Parnell nie okazał rozbawienia.

– Mój przyjaciel musi być poza wszelkimi podejrzeniami o nieprawość. Tego wymaga jego pozycja. Cała jego kariera opiera się na autorytecie moralnym.

Przez chwilę wytrzymałem jego spojrzenie.

– I zapewne nie zdradzi mi pan, kto to jest.

Parnell zacisnął mięśnie żuchwy, a następnie spuścił głowę i nią pokręcił.

– Dopiero wówczas, gdy zgodzisz się przyjąć tę robotę.

– A na czym ona ma polegać? Na zdyskredytowaniu zarzutów?

Przytaknął i upił łyk kawy. Sprawdził zegarek.

– Panie Parnell… – odezwałem się ponownie.

– Nie mogę ci powiedzieć.

– Nie przyjmę zlecenia, dopóki się nie dowiem, kto to jest. – Zacząłem wstawać. – Czyli chyba mamy impas.

Wtedy zrozumiałam, na czym polegała tajemnica sukcesu Gideona Parnella. Nie na jego wrodzonej godności, powadze czy uczciwości. Nawet nie na długoletniej, złożonej drodze kariery. Chodziło o jego twarz. Wielkie, wodniste oczy i rozbrajający uśmiech sprawiały, że wyglądał bezbronnie, wyczekująco, jakby był wystawiony na cios. Niczym szczeniaczek. Chciało się go chronić, otoczyć opieką. To było niepokojące, zbijało z tropu. Tyle że ów wyraz twarzy mógł w ułamku sekundy zmienić się w srogi i nieugięty.

– Zanim powiem ci cokolwiek więcej, muszę mieć pewność, że nadajemy na tych samych falach.

– Wszystko, co pan powie, chroni klauzula poufności, którą podpisałem.

Parnell zacisnął wargi jak nadąsane dziecko.

– W porządku – powiedziałem. – Chce pan, żebym zdyskredytował tę fałszywą narrację. Tylko że czegoś tu nie rozumiem. Po co w ogóle się tym zajmować?

– Ponieważ cała ta historia została starannie i zmyślnie spreparowana. Z pozoru wygląda całkiem przekonująco. Portal internetowy twierdzi, że posiada kopie mejli, a nawet film z nagraniem wywiadu z rzeczoną prostytutką. Kiedy ta sprawa ujrzy światło dzienne, sprostowanie jej zajmie sporo czasu, a wyrządzona szkoda będzie nieodwracalna.

– Skoro ma tak solidne podstawy, to dlaczego jej jeszcze nie upublicznili?

– Bo poszedłem z nimi na układ. Dają nam czterdzieści osiem godzin przed ukazaniem się artykułu.

– Co to za portal?

– Slander Sheet.

– O rany. – Przy Slander Sheet nawet najbardziej plotkarskie witryny, w rodzaju Gawkera czy TMZ, wyglądały jak „The Economist”. To była jedna z tych brukowych, żywiących się sensacją stron internetowych, które wszyscy przeglądali, ale nikt się do tego nie przyznawał. A przynajmniej każdy znał kogoś, kto je ogląda. W przeciwieństwie do staroświeckich plotkarskich gazet, w których podawano zdawkowe, pretensjonalne relacje o – powiedzmy – „pewnym sześćdziesięcioletnim magnacie rynku nieruchomości i jego dużo młodszej żonie, z którą się obnosi”, bez ujawniania tożsamości zainteresowanych, Slander Sheet walił prosto z mostu i podawał nazwiska. Wszyscy pozostający w centrum zainteresowania opinii publicznej bali się go jak ognia, ponieważ kierujący portalem ludzie byli zjadliwi i niczym się nie przejmowali.

– Przerąbane – stwierdziłem.

– Istotnie. Dlatego ignorowanie sprawy nic nam nie da. Opinia pójdzie w świat, jak to mówią. Powtórzą ją inni, rzecz stanie się obiektem powszechnej uwagi. Jak powiada stare przysłowie: kłamstwo obiegnie połowę świata, zanim prawda zdąży włożyć spodnie.

Być może nie było to najbardziej fortunne wyrażenie dla zobrazowania tej sytuacji. Spróbowałem się nie uśmiechnąć.

– Przecież siedzimy sobie w biurze firmy Shays Abbott, największej i najstraszniejszej kancelarii prawnej w kraju. Nie możecie po prostu ukręcić łba sprawie? Zagrozić im nakazem sądowym czy coś? Normalnie chyba tak to się rozgrywa?

Parnell powoli pokręcił głową.

– Nie możemy zrobić absolutnie nic, aby ich powstrzymać.

– Skoro ten artykuł nie tylko mija się z prawdą, ale też jest wręcz oszczerczy, to czy sąd nie może wydać zakazu publikacji?

– To się nazywa cenzura sądowa. W tym kraju jest niezgodna z konstytucją, ponieważ narusza prawo do swobody wypowiedzi.

– Który to fakt nie powstrzymuje pana od gróźb, że wytoczycie tym gnojkom z portalu internetowego wielki proces o zniesławienie. Że zrobicie im z dupy jesień średniowiecza. Zlikwidujecie zagrożenie, a wszyscy, włącznie z Białym Domem, wam pogratulują.

– To by tylko dolało oliwy do ognia. Podsyciło płomienie, a oni właśnie tego chcą.

Miał rację.

– Więc skąd pan wie, o czym jest ten artykuł?

– Dziennikarka przesłała mejla z listą pytań.

– Panu? Czy pańskiemu bezimiennemu przyjacielowi?

– Jemu.

– Odpowiedział?

– Zignorował je.

– Ale i tak opublikują tekst?

Kiwnął głową.

– Nie podoba mi się to.

– Mnie też.

– Nie, nie o to chodziło. Po prostu coś tu śmierdzi. Być może jest w tej sprawie coś więcej, niż mi pan powiedział. Zaliczyłbym ją do kategorii „nie ma dymu bez ognia”. To znaczy, że kryje w sobie przynajmniej ziarno prawdy. Dlatego wydaje mi się, że tak naprawdę wezwał mnie pan tutaj po to, abym trochę namieszał.

Parnell wbił we mnie stalowe spojrzenie. Nie wyglądał już na zalęknionego szczeniaczka.

– Jeśli sądzisz, że chcę, abyś ukrywał dowody, likwidował świadków czy cokolwiek w tym stylu, to zupełnie mnie nie znasz. Jak już wspomniałem, cała ta historia jest wyssana z palca.

– Panie Parnell, nie mogę przyjąć tego zlecenia, dopóki nie porozmawiam z pańskim przyjacielem.

– Przykro mi. To jest zwyczajnie niemożliwe. I mów mi Gideon.

– Rozumiem. – Wstałem i wyciągnąłem rękę, ale Parnell jej nie przyjął. – Żałuję, że zmarnowaliśmy sobie wzajemnie czas.

– Siadaj pan, panie Heller. I przyjmij do wiadomości, że to nie jest ktoś, do kogo można ot tak sobie pójść i pogadać.

– Cóż, jeśli tego nie zrobię, nici z roboty. – Cały czas stałem. – Przecież świetnie wiesz, że bez trudu znajdziecie sobie kogoś innego. Jest całe mnóstwo detektywów, którzy z miłą chęcią rzuciliby wszystko dla pracy na zlecenie Shays Abbott. Ja jestem w tej dogodnej pozycji, że wybieram tylko te oferty, które mi pasują.

To było wierutne kłamstwo. W ostatnich miesiącach brałem nawet taką robotę, której obiecywałem sobie nigdy nie tykać. Dla wszystkich nastały trudne czasy.

– Może uda mi się zorganizować rozmowę telefoniczną.

– Ja muszę spojrzeć mu w oczy, Gideonie. Albo pogadamy twarzą w twarz, albo uznaj, że nie jestem zainteresowany.

– Jak już powiedziałem, to niemożliwe.

– Dlaczego?

– Ponieważ to sędzia Sądu Najwyższego.

Powoli usiadłem na swoje miejsce.

– Teraz jestem zainteresowany.

3

– Który sędzia?

Parnell pociągnął łyk kawy, odstawił kubek i wziął głębszy oddech.

– Jeremiah Claflin.

To nie był po prostu sędzia Sądu Najwyższego – to jego prezes. Nie zareagowałem w żaden sposób.

– Teraz chyba rozumiesz, dlaczego sprawa jest delikatna.

Skinąłem głową.

Oczyma wyobraźni zobaczyłem Claflina, mężczyznę po pięćdziesiątce, jednego z młodszych członków tej instytucji. Przyjemny wygląd, trochę w stylu macho. Dobrze zbudowany i sprawny fizycznie. Jego pierwszym poleceniem po wyborze na prezesa sądu było przeprowadzenie remontu tamtejszej zaniedbanej siłowni.

Dlatego mogłem sobie wyobrazić, że w przeciwieństwie do geriatrycznych kolegów ze składu sędziowskiego facet ma jakieś życie seksualne. Ale czy ktokolwiek dałby w ogóle wiarę, że korzysta z usług prostytutki?

No, raczej tak.

Claflin był człowiekiem wierzącym, regularnie chodził do kościoła. Media, zwłaszcza te newsowe, miałyby nie lada używanie, gdyby rzecz została nagłośniona. Wszyscy uwielbiamy patrzeć, jak ktoś dotąd potężny spada strącony z piedestału, u większości ludzi jednak szczególną satysfakcję budzi zdemaskowanie człowieka sławnego, a przy tym moralnie nieskalanego, jako hipokryty, i zmieszanie go z błotem.

– Kiedy się dowiedzieliście, że Slander Sheet zbiera haki na prezesa Sądu Najwyższego?

– Dopiero wczoraj. Od tygodnia lub dwóch do kancelarii sądu wydzwaniała jakaś dziennikarka. W końcu odesłano ją do działu komunikacji społecznej, który zareagował tak jak zwykle.

– Blokadą informacyjną.

Parnell pokiwał głową i upił kolejny łyk kawy. Oparł się wygodniej w fotelu.

– Wczoraj ta dziennikarka przesłała im mejlem długą listę bardzo szczegółowych pytań, dodając, że artykuł zostanie opublikowany niezależnie od tego, czy sędzia odpowie na jej telefony czy nie. Wtedy prezes zadzwonił do mnie, spanikowany.

– Jakie to były pytania?

Parnell wyciągnął z brązowego segregatora kilka kartek i mi je podał.

– To kopia tego, co wczoraj dostałem wczoraj FedExem.

W nagłówku pierwszej strony widniała nazwa „Hunsecker Media”, napisana tak elegancką czcionką, jakby to był „Vogue”. Poniżej znajdował się list do sędziego Claflina, z informacją, że przekazano go również do wiadomości Gideona Parnella.

– Hunsecker Media?

– Wydawca Slander Sheet.

Szybko przeleciałem wzrokiem pytania.

– Dziennikarka nazywa się Mandy Seeger – rzuciłem. – Dlaczego to mi coś mówi?

– Kiedyś pracowała w „Washington Post”.

– No właśnie. – Seeger była asem dziennikarstwa śledczego, laureatką Nagrody Pulitzera za serię ważnych artykułów o… czymś tam, już nie pamiętałem, w każdym razie o jakimś skandalu w kręgach władzy. Co, u diabła, skłoniło ją do pracy dla Slander Sheet? – Nazwisko Seeger jako autorki tekstu doda mu wiarygodności, bezsprzecznie.

– To jeden z powodów, dla których traktuję wszystko poważnie.

Dalej skanowałem treść pisma oraz dołączoną do niego listę pytań.

– Już same te pytania go obciążają.

– To dobrze przygotowana ustawka.

– Chwileczkę. Tu jest informacja, że za… spotkania sędziego z prostytutką płacił niejaki Tom Wyden.

Znałem to nazwisko. Wyden należał do sławnych magnatów finansowych, był właścicielem kasyna, dyrektorem Wyden Desert Resorts w Las Vegas.

Parnell pokręcił głową z wyraźnym niesmakiem.

– Ostatnimi czasy Wyden wygrał poważną sprawę przed Sądem Najwyższym. Gdyby artykuł zawierał prawdę, byłoby to przestępstwo ścigane z urzędu. Tyle że to kompletna fikcja.

– Czy oni się w ogóle znają, Claflin i Wyden?

Parnell potwierdził skinieniem głowy.

– Tak. Niezbyt dobrze, ale jednak.

– Czyli wygląda to coraz gorzej. Mówiłeś, że masz umowę ze Slander Sheet. Jaką dokładnie?

– Powiedziałem im, że udzielę wywiadu tej reporterce, jeśli dadzą mi jeszcze dwie doby przed publikacją.

– Błąd – jęknąłem. – Właśnie potwierdziłeś zebrane przez nich dane do artykułu.

– Wcale nie.

– W takim razie po co jeden z najpotężniejszych prawników w Waszyngtonie zadał sobie trud, żeby skontaktować się z podrzędną plotkarską witryną internetową, skoro wcale się nie obawiał, że na coś trafili?

Parnell przyglądał mi się kilka sekund, a w jego oczach błysnęło jakby rozbawienie.

– Jestem znany z tego, że chronię swoich klientów. Powiedziałem tej kobiecie, że chętnie z nią porozmawiam, natomiast sędzia tego nie zrobi.

– Czyli ona będzie mogła teraz napisać, że adwokat prezesa sądu, waszyngtońska szara eminencja Gideon Parnell, zaprzeczył informacjom zawartym w artykule. To tak, jakby przyznał, że „oskarżenia są w sposób oczywisty prawdziwe, bo w przeciwnym razie po cóż by jeden z tuzów palestry w Waszyngtonie poświęcał swój cenny czas i próbował sprawę zdyskredytować”. Właśnie nadałeś całej tej historii wiarygodność, o którą Slander Sheet chodziło.

– Mylisz się – odrzekł Parnell cierpliwie. – Po pierwsze, jak już ci powiedziałem i jak powiedziałem dziennikarce, nie jestem pełnomocnikiem prawnym sędziego, tylko jego przyjacielem. Po drugie, postawiłem jednoznaczny warunek, że porozmawiam z nią wyłącznie nieoficjalnie. Tajny ma również pozostać sam fakt, że do spotkania doszło. Tamci zgodzili się zaczekać z publikacją tekstu i zrobić to dopiero po mojej konwersacji z reporterką.

Pokiwałem głową.

– Czyli kupiłeś sobie trochę czasu.

– Dopóki ona się ze mną nie spotka, artykuł się nie ukaże.

– A kiedy ma się to spotkanie odbyć?

Zerknął na złoty fasetowy zegarek z wielką białą tarczą na pasku z krokodylej skóry. Zapewne drogi.

– Jutro o siedemnastej.

– Bardzo mało czasu. Potrzebowałbym co najmniej dwóch tygodni, o ile miałbym farta.

– Musisz mieć tego farta szybciej.

– Jasne. Żaden problem.

– Tylko tyle mamy, Nick. I tak się zdziwiłem, że oni zgodzili się czekać tak długo.

– Będę musiał porozmawiać z prezesem sądu. Osobiście.

– Wątpię, aby się na to zgodził, ale zapytam.

– Jeszcze jedna kwestia.

Parnell pochylił głowę.

– Ile firm ci odmówiło, zanim kazałeś Malkinowi zadzwonić do mnie?

– Ani jedna.

– Czyli byłem pierwszy na liście? Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

– Oczywiście, że nie. Przecież się nie znamy. Najpierw musiałem co nieco o ciebie wypytać.

– Nie o to mi chodzi. Ja działam w Bostonie, a ta sprawa pasuje raczej do okręgu stołecznego. W Dystrykcie Kolumbii mógłbyś wynająć każdego, kogo zechcesz, i nie musiałabyś pokrywać kosztów podróży. Włącznie z tym, którego kandydatura wydaje się tu oczywista.

Parnell wiedział, że mam na myśli Jaya Stoddarda, mojego byłego szefa, którego firma należała do najbardziej znanych w prywatnym biznesie zdobywania informacji. Człowieka, który rozpoczynał karierę u Richarda Nixona. Stoddard pozyskał mnie ze struktur wywiadu wojskowego i nauczył wszystkich trików niezbędnych w tej branży. Zdążyłem ich poznać bardzo dużo – choć niewesoła to wiedza – zanim się poróżniliśmy i nim odszedłem, żeby założyć własną firmę.

Parnell westchnął ciężko.

– Jay ma zbyt wiele ścisłych powiązań z potężnymi grupami interesu w Waszyngtonie. Podczas gdy ty jesteś autsajderem.

– Czy to uprzejmy eufemizm, oznaczający, że narobiłem sobie wrogów?

Wzruszył ramionami.

– Jest, jak jest. – Była to jedna z tych irytujących fraz, które przylegają do człowieka jak opryszczka. – W Dystrykcie Kolumbii każdy z kimś sypia. A ta sprawa wygląda na robotę od wewnątrz. Tego rodzaju atak nie może wyjść znikąd. Ktoś zadał sobie sporo trudu, żeby sklecić tę historię, dlatego nie mogę ryzykować obecności nikogo miejscowego.

– Wyjaśnijmy coś sobie od razu. Ty chcesz czegoś więcej niż tylko informacji. Chcesz, abym zrobił co trzeba i jak trzeba, ale tak, by nikt cię z tym nie skojarzył. Zgadza się?

– Oczekuję, że wykonasz wszystko, co niezbędne do zatuszowania sprawy. Zdusisz ją w zarodku. I owszem, masz absolutną rację, że nikt się nie może nigdy dowiedzieć, iż pracowałeś dla mnie.

– Ale dlaczego to jest aż tak ważne?

Nastąpiła bardzo długa pauza.

– Otwarcie mówiąc: starsi wspólnicy z firmy prawniczej, w której siedzibie się znajdujemy, śmiertelnie boją się portalu Slander Sheet. Żaden nie chciałby się dostać w jego tryby.

– Doceniam twoją szczerość. Mam tylko nadzieję, że prezes sądu będzie równie otwarty.

– Najpierw się zorientuję, czy zgodzi się z tobą spotkać. Bywa drażliwy. Bardzo ceni sobie prywatność.

– Jeszcze jedno. Jeśli się dowiem, że ta historia jest prawdziwa, zerwę umowę. Nie interesuje mnie chronienie czyjegoś tyłka. Jeśli tego właśnie chcesz, to wybrałeś niewłaściwą osobę.

Uśmiechnął się.

– Och, bardzo dobrze o tym wiem. O ile pamiętam, Jay Stoddard opisał cię słowami „niezły wariat”. Dał też jasno do zrozumienia, że nikt nie jest w stanie tobą sterować.

– Coś mi mówi, że użył dosadniejszego określenia.

Parnell wydał z siebie niski, dudniący chichot, jednocześnie zerkając na zegarek.

– Za chwilę mam spotkanie z bostońskimi wspólnikami, ale wcześniej chciałbym się jeszcze skontaktować z prezesem sądu. Dam ci znać, jaka jest jego decyzja. Podaj mi numer swojej komórki.

Podałem.

– Im szybciej, tym lepiej – rzuciłem na koniec.

4

W taksówce wiozącej mnie z powrotem do mojego biura przeczytałem kopię listu przesłanego przez Slander Sheet do działu komunikacji społecznej w Sądzie Najwyższym. Zacząłem już formułować w głowie plan, na wypadek gdybym przyjął tę sprawę.

A wyglądała ona dla prezesa sądu naprawdę źle. Pytania były bardzo konkretne i szczegółowe, wskazywały, że artykuł będzie solidny. Nie zadawano ich na chybił trafił, po omacku. Jeśli Gideon Parnell miał rację, że historia o prezesie sądu i prostytutce jest wierutnym kłamstwem, to intryga ta musiała być szatańsko sprytna. Nie była dziełem amatorów. Z tego co zrozumiałem z listy owych pytań, prezes sądu odbył – rzekomo odbył, aby być fair – trzy schadzki z dziewczyną, którą znalazł na stronie internetowej o nazwie LilySchuyler.com, „wiodącym serwisie umożliwiającym dyskretne spotkania towarzyskie”.

Zadumałem się nad Gideonem Parnellem. Fakt, że właśnie on zaangażował się w tego rodzaju batalię, wydał mi się bardzo wymowny. Bo przecież trudno było mieć lepszą reputację niż on. I właśnie dlatego Parnell – gdyby powiązano go z czymś tak szemranym, choćby nawet potem okazało się to bzdurą wyssaną z palca – miał bardzo wiele do stracenia. Musieli się naprawdę blisko przyjaźnić z sędzią Claflinem.

Rozmyślałem również nad powodem, dla którego się ze mną skontaktowali. Czy Parnell powiedział prawdę, że woli pomoc kogoś spoza Waszyngtonu? W sytuacji takiej jak ta, w której szybkość działania i dyskrecja mają najwyższą wagę, o wiele rozsądniej byłoby zatrudnić kogoś, kogo się dobrze zna. Dlatego jak refren powracało do mnie pytanie: dlaczego ja?

Gdyby prezes sądu zgodził się ze mną spotkać, musiałbym natychmiast polecieć do Waszyngtonu, czyli przełożyć spotkania i wizyty, jakie miałem zaplanowane na jutro, a prawdopodobnie także na pojutrze.

Wysiadłem z taksówki na High Street w bostońskiej dzielnicy finansowej, przy starej ceglanej fabryce rur ołowianych zmienionej w biurowiec, gdzie mam swoją siedzibę. Było jeszcze wcześnie, ale moja sekretarka-recepcjonistka, Jillian Alperin, już się tam krzątała. Stała zwrócona do mnie tyłem i walczyła z kserokopiarką, usiłując załadować do niej papier.

Jillian była trochę po dwudziestce, a jej ciało zdobiły wszelkie możliwe tatuaże i wykwity piercingu. Gdyby moje biuro odwiedzały tabuny klientów, raczej nie nadawałaby się na to stanowisko. Za młoda, zbyt nieokrzesana, raczej niepasująca do środowisk biznesowych. Ale odznaczała się kompetencją i ciężko pracowała, a ja zdążyłem ją polubić.

– Nick – powiedziała – Dorothy cię szuka. Poza tym przyszło parę pytań od klientów, które przesłałam ci mejlem.

Dorothy Duval była moim technikiem kryminalistyki i researcherką.

Zwracanie się do mnie po imieniu sprawiało Jillian kłopot, widziałem, że czuje się z tym niezręcznie. Bardzo długo trwało, zanim przestała mi mówić per „panie Heller”.

– Dzięki.

Odwróciła się do mnie.

– Poza tym dzwonił jakiś klient. Shearing? I chciał natychmiast z tobą rozmawiać.

Miała zaczerwienioną twarz; odniosłem wrażenie, że przed chwilą płakała.

– Hej – powiedziałem łagodnie. – Wszystko w porządku?

Nie znałem Jillian zbyt dobrze, ponieważ staram się trzymać z daleka od osobistych spraw moich pracowników. Jednak musiałem zapytać, w przeciwnym razie okazałbym się bez serca.

Pociągnęła nosem.

– Raczej tak.

– To dobrze.

– Po prostu… ten facet, Shearing, wiesz…

– Co się stało?

Shearing był prawnikiem w średniej wielkości firmie z Nowego Jorku, który kiedyś zatrudnił mnie do prześwietlenia pewnego niemieckiego biznesmena. Niemiec zajmował stanowisko dyrektora jakiejś firmy w Düsseldorfie, ale rozważano jego kandydaturę do zarządu w amerykańskiej centrali. O załatwienie tej sprawy poprosiłem kolegę z Monachium. Większość klientów podsuwają mi prawnicy, co ma swojej plusy i minusy. Radzenie sobie z prawnikami jest często łatwiejsze niż bezpośredni kontakt ze zleceniodawcą, ponieważ bywa, że wtedy w grę wchodzą nadmierne emocje. Mecenasi są zwykle bardziej profesjonalni. Tylko że trafiają się między nimi skończone dupki, wśród których Bob Shearing mógłby robić za egzemplarz pokazowy.

– Dzwonił przed chwilą. Szukał cię, ale powiedziałam, że jesteś na spotkaniu z klientem. Wtedy zażądał numeru twojej komórki. – Znów parę razy pociągnęła nosem. – A kiedy odpowiedziałam, że nie mogę go nikomu podawać, on się… wściekł. Zrobił się naprawdę agresywny. Powiedział: „Do jasnej cholery, to chyba ja tu jestem klientem! Masz mi natychmiast podać ten numer!”. A potem: „Słuchaj, dziwko, albo mi go dasz, albo wylecisz z roboty, już ja tego dopilnuję!”. – Dziewczyna wyglądała na zdruzgotaną, oczy i nos miała zaczerwienione.

– Tak powiedział?

Jillian skinęła głową, sięgnęła po chusteczkę na biurku i wydmuchała nos. Potem dodała:

– Nie wiem, może popełniłam błąd. Bo zdenerwowałam klienta. Ale wcześniej ostrzegałeś, że numer swojej komórki możesz podawać tylko ty sam. A teraz chyba straciliśmy kontrahenta.

– Nazwał cię dziwką?

Potwierdziła.

– Bardzo przepraszam, Nick, jeśli schrzaniłam.

– Możesz mnie połączyć z Shearingiem za dwie minuty?

Znów kiwnęła głową.

Poszedłem do aneksu kuchennego. Dorothy stała już przy ekspresie marki Keurig i napełniała kubek z napisem „Jezus zbawia, a ja wolę się zabawiać”. Miała na sobie turkusową bluzkę z surowego jedwabiu, czarne spodnie oraz buty na bardzo wysokich obcasach. Zawsze ubierała się ze smakiem, chociaż wcale nie musiała – jako technik rzadko widywała klientów. Wystarczyłyby dżinsy, gdyby je wolała. Ale zwykle ich nie wybierała.

Dorothy rzuciła mi pytające spojrzenie. Wiedziała, że wracam z supertajnego spotkania z potencjalnym klientem, i chciała się dowiedzieć, jak mi poszło. Odpowiedź nie była aż tak prosta, by wystarczył kciuk skierowany w górę albo w dół. Sam jeszcze nie zdecydowałem, czy przyjmę to zlecenie.

– Wpadnij do mojego gabinetu o siedemnastej, okej?

Kiwnęła głowa.

A w moim biurze, które mieściło się w narożnym pomieszczeniu z widokiem na ulicę oraz fragment nabrzeża, właśnie dzwonił telefon. Przez interkom usłyszałem głos Jillian.

– Pan Shearing czeka na linii.

Podniosłem słuchawkę.

– Cześć Bob, tu Nick Heller.

– No wreszcie jesteś, Heller. Ta cholerna sekretarka nie chciała mi podać twojego numeru na komórkę.

– Wiem, mówiła mi.

– Muszę mieć info o Kleinschmidcie, jeszcze dzisiaj.

– Czy nazwałeś moją recepcjonistkę dziwką?

– Powiedziałem jej, że sprawa jest pilna, ale ona ciągle gadała swoje, że nie wolno jej podawać numeru. Wtedy stwierdziłem: „Hej, to ja tu jestem klientem”. Musisz lepiej przeszkolić swoje dziewczyny.

– No cóż, Bob, obawiam się, że tobie nie mogę już pomóc.

– O czym ty…?

– To znaczy w sprawie pana Kleinschmidta. Nie przyjmę jej, bo jestem zajęty.

– Zajęty? Przecież już przyjąłeś tę cholerną sprawę.

– Nagle się okazało, że mam pełen grafik. I nie zostało w nim miejsca na zlecenia od gnojków. – Z tymi słowy się rozłączyłem.

Zauważyłem, że w progu mojego gabinetu stoi Dorothy. Weszła do środka, oczy miała wielkie ze zdumienia.

– Czy dobrze słyszę? Właśnie odprawiłeś klienta?

Pokiwałem głową.

– I tak go nie lubiłem.

– Nick, przecież chętni nie walą do nas drzwiami i oknami. Stać nas na utratę choćby jednego?

– Dorothy… – zacząłem, ale właśnie w tym momencie zadzwoniła moja komórka. To był Gideon Parnell.

– Prezes sądu zgodził się spotkać – rzekł. – Możesz przyjechać do Waszyngtonu jeszcze dziś po południu?

– Oczywiście – odpowiedziałem.

– Będzie czekał na ciebie o szesnastej. Twoje nazwisko jest już na liście gości odwiedzających sąd.

Rozłączyłem się i spojrzałem na Dorothy.

– Wygląda na to, że jednak mamy nowego klienta.

5

Budynek Sądu Najwyższego jest, jak sądzę, najpiękniejszy w całym Waszyngtonie. To lśniąca grecka świątynia z bieluteńkiego marmuru, który sprowadzono specjalnie z Vermontu, ponieważ jest o wiele jaśniejszy niż ten na innych, otaczających sąd gmachach, włącznie z Kapitolem. Kształt budowli, zdobionej fryzami, kolumnami korynckimi i tak dalej, wzorowano na świątyni Artemidy, jednym z siedmiu cudów starożytnego świata.

Dla mnie jednak gmach Sądu Najwyższego stanowił przede wszystkim triumf sprawnego kreowania marki.

Wzniesiono go całkiem niedawno, bo w tysiąc dziewięćset trzydziestym piątym roku. Wcześniej sędziowie tłoczyli się w ciasnych kwaterach usytuowanych w podziemiach Kapitolu. Nikt ich nie szanował. Gdy jednak dostali własną świątynię sprawiedliwości, własny klub, kwaterę główną, własne logo – otoczył ich również nimb tajemniczości. Mistyczna aura. A wraz z nią pojawiła się władza.

Władza ta, wraz z legitymizacją społeczną, zasadza się w dużej mierze na percepcji i perswazji. Mamy więc lśniący marmurami obiekt, rozpoznawalny i imponujący, w którym dziewięciu niewidzialnych sędziów w całkowitej tajemnicy debatuje i roztrząsa sprawy niczym wielki i potężny czarnoksiężnik z Oz, popisujący się dymem i zielonym ogniem, choć tak naprawdę tym wszystkim steruje mały człowieczek ukryty za kurtyną.

Kiedy jeszcze mieszkałem w Waszyngtonie i pracowałem jako tajny agent wywiadu w Departamencie Obrony, wystarczyło pokonać te wspaniałe schody przed budynkiem Sądu Najwyższego i spokojnie wejść do środka przez wykonane z brązu wrota. Niestety, po jedenastym września zostały one zamknięte na stałe. Obecnie wejście znajdowało się na poziomie sutereny, po południowo-zachodniej stronie budynku.

Załapałem się na przedpołudniowy lot do Dystryktu Kolumbii. Po wylądowaniu miałem jeszcze trzy godziny, które dzieliły mnie od spotkania. Odpowiednia ilość czasu na szybką kwerendę.

Stojąc na placu przed sądem, zadzwoniłem w parę miejsc. Kiedy zdobyłem już to, czego potrzebowałem, wybrałem numer Dorothy.

– Jakieś postępy? – zapytałem.

– Na razie tkwię w ślepym zaułku.

Wcześniej poprosiłem ją, żeby dowiedziała się wszystkiego, czego tylko zdoła, na temat niejakiej Heidi L’Amour, prostytutki dostępnej za pośrednictwem portalu LilySchuyler.com, który reklamował się jako najbardziej ekskluzywny serwis z usługami erotycznymi w Dystrykcie Kolumbii.

– Na stronie LilySchuyler znalazłam informację, że dziewczyna jest na wakacjach. Czyli nie można umówić się z nią na randkę. Mamy więc tylko imię i nazwisko, przy czym istnieje małe, maleńkie prawdopodobieństwo, że oba są fałszywe.

– Myślisz? – Uśmiechnąłem się. – A gdyby spróbować ją znaleźć w Google’u? Kto wie, czy fotka tej laski nie wyskoczy na jakiejś innej stronie dla dorosłych.

– Już próbowałam. I nic.

– To znaczy, że chyba nie występuje na innych portalach tego typu. Bo pewnie korzystałaby z tych samych zdjęć.

– Możesz zadzwonić pod podany numer i zaproponować dodatkową kwotę, jeśli dziewczyna zechce wrócić z wakacji. Że niby to twoja ulubienica, bardzo ci się podoba i tylko z nią jest ci dobrze.

– Mogę. Ale wydaje mi się, że ona się ukrywa. Zdaje sobie sprawę, że gdy artykuł ujrzy światło dzienne, rozpęta się prawdziwe piekło.

– Będę jeszcze nad tym pracować – rzekła Dorothy. – Może uda mi się coś wymyślić w nagłym porywie.

Zakończyliśmy rozmowę. Przyłączyłem się do długiej kolejki zwiedzających, a następnie – po kontroli w wykrywaczu metali – krótką klatką schodową wspiąłem się do wielkiego holu, w którym roiło się od turystów. Tylko kilka osób przemieszczało się tu szybkim, zdecydowanym krokiem, najwyraźniej w jakimś konkretnym celu. Prawnicy, pomyślałem. Zbyt dobrze ubrani jak na reporterów.

Zgodnie z instrukcjami od Gideona wjechałem windą jeszcze piętro wyżej, a kiedy z niej wysiadłem, zacząłem się rozglądać za biurem ochrony, gdzie miałem się stawić najpierw. Nagle podszedł do mnie wielki, napakowany funkcjonariusz w mundurze, o blond włosach przyciętych na jeża i rumianych policzkach, z metalową podkładką do pisania w ręku.

– Czym mogę służyć?

– Gdzie jest biuro ochrony?

– Ma pan przepustkę dla gości?

– Jestem tu umówiony.

– Z kim?

– Z sędzią Claflinem.

Kiwnął głową i spojrzał na podkładkę.

– Pańska godność?

– Nicholas Heller.

– Mógłbym zobaczyć jakiś dokument ze zdjęciem?

Pokazałem mu swoje prawo jazdy.

– Proszę tędy.

Poszedłem za nim w stronę rzędu szafek na monety ustawionych obok szatni.

– Nie wolno wnosić laptopów, telefonów komórkowych, tabletów, iPadów ani żadnych innych urządzeń elektronicznych. Jeśli pan sobie życzy, może skorzystać z jednej z szafek.

Skinąłem głową i zacząłem grzebać w kieszeniach w poszukiwaniu ćwierćdolarówki, ale niczego nie znalazłem. Mężczyzna wrzucił monetę w szczelinę, wyjął kluczyk z zamka i mi go wręczył. Podziękowałem.

– Zawsze lepiej zostawiać rzeczy w szafkach – powiedział policjant. – Dziś nikomu nie można ufać.

6

Jeremiah Claflin, prezes Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych Ameryki, prezentował się dość nijako, by nie rzec: pospolicie. Krótkie szpakowatobrązowe włosy, mały nos, przyjemne proporcje. Atrakcyjny, choć niekoniecznie przystojny. W jego twarzy nie było nic interesującego. Gdy tylko znikał z pola widzenia, człowiek właściwie zapominał, jak facet wygląda. Czoło miał poorane głębokimi bruzdami, a obok oczu kurze łapki. Sprawiał wrażenie, że wiele czasu spędza na słońcu, prawdopodobnie żeglując jachtem.

Przywitał się ze mną uprzejmie, ale jego mowa ciała zdawała się sugerować, że ma wiele innych, znacznie ważniejszych spraw na głowie.

– Jerry Claflin – wymamrotał, kiedy uścisnęliśmy sobie ręce w wykładanej boazerią poczekalni jego gabinetu. Był w samej koszuli i krawacie, bez marynarki.

Gestem wskazał mi jeden z dwóch wysokich foteli z zagłówkami, obok dużego kominka. Gabinet miał pełen starych książek prawniczych, z perskimi dywanami na podłodze oraz zabójczym widokiem na kopułę Kapitolu.

– A zatem, panie Heller – powiedział – jest pan… kim? Prywatnym detektywem? – Wymówił te słowa z lekkim, pełnym niesmaku wydęciem warg, jakiego można by się spodziewać przy wyrazach „czyrak mnogi” lub „ropny wrzód”.

– Skoro to panu odpowiada…

– A jak pan siebie określa?

– Prywatnym agentem zbierania informacji.

– Czyli przez analogię: grabarz, który mianował się przedsiębiorcą pogrzebowym?

Uśmiechnąłem się. Facet był znany ze złośliwego poczucia humoru. Postanowiłem nie być mu dłużny.

– Jest lepsza analogia: sędzia, który przemianował się na prezesa sądu. Bo to przecież różnica.

Roześmiał się uprzejmie. Trafiony zatopiony. Jego wzgarda nie robiła na mnie wrażenia. On potrzebował mnie o wiele bardziej niż ja jego.

Claflin kilka razy zamrugał i lekko się uśmiechnął.

– Muszę powiedzieć, że zupełnie nie rozumiem, po co się spotykamy.

– Też zaczynam się nad tym zastanawiać. Jest pan człowiekiem zajętym, więc przejdźmy od razu do rzeczy. Podobno portal Slander Sheet ma wkrótce opublikować duży artykuł o pańskich relacjach z pewną dziewczyną na telefon. Co, jak zakładam, jest całkowitym fałszem, zgadza się?

Sędzia zacisnął wargi i spojrzał na mnie wilkiem.

– Nie zamierzam się zniżać do takiego poziomu.

– Obawiam się, że będzie się pan musiał zniżyć. Czy miał pan jakieś stosunki z dziewczyną na telefon, która reklamuje się w serwisie erotycznym LilySchuyler?

– Od razu widać, że to niedorzeczna supozycja.

– To znaczy? Miał pan czy nie?

Spojrzał na mnie z ukosa, jakby się zastanawiał, czy ma do czynienia z idiotą.

– Niech mi pan to przełoży na normalny język – poprosiłem. – Czasem niektóre subtelności mi umykają.

– Pyta pan, czy uprawiałem seks z prostytutką? Odpowiedź brzmi: absolutnie nie. Nie, nie uprawiałem. Czy to dostatecznie mało subtelne dla pana?

– I nie zna pan kobiety posługującej się imieniem i nazwiskiem Heidi L’Amour, tak?

– Tak. Nigdy wcześniej się nie zetknąłem z tym nazwiskiem. Pierwszy raz w mejlu, który do mnie przyszedł. – Machnął niedbale w kierunku wydruku w moim ręku.

– Dziennikarka pyta tu między innymi, i to najpoważniejsze oskarżenie, czy owa dziewczyna lekkich obyczajów, której pan nie zna, stanowiła swego rodzaj prezent dla pana. Czy opłacał ją niejaki Tom Wyden, magnat hazardu. Przyjaźni się pan z nim, zgadza się?

– Nie, nie zgadza się.

Uniosłem jedną brew.

– Raz byłem na jakimś przyjęciu w jego domu w Las Vegas. Zanim mianowano mnie sędzią.

– Czy po tym mianowaniu utrzymywał pan z nim jakieś kontakty?

– Wielokrotnie zapraszał mnie na rozmaite imprezy, ale zawsze odmawiałem.

– Czyli od rozpoczęcia pracy w tym gmachu nie widział się pan z Wydenem?

– Zgadza się. Czyżby pańskie pytania zakładały coś przeciwnego?

Pokręciłem głową.

– To pański znajomy?

– Nie. Raz lub dwa wymieniliśmy uścisk dłoni.

– Mógłby mieć jakiś powód, żeby panu zaszkodzić?

– Wręcz przeciwnie. Kilka miesięcy temu wydaliśmy orzeczenie w sprawie Wyden Desert Resorts przeciwko PokerLeader. Korzystne dla tego pierwszego podmiotu.

– No dobrze. Teraz tak: dziennikarka stawia panu zarzut, że w ciągu minionego miesiąca trzykrotnie odbył pan, hm, wieczorne sesje z ową Heidi L’Amour.

– Jak już wspomniałem, zarzuty te są całkowicie bezzasadne.

– Owszem, ale czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie przebywał we wspomniane wieczory?

Sędzia zawahał się chwilę, lecz na tyle długą, by w mojej głowie odezwał się dzwonek alarmowy.

– Byłem wtedy w domu.

– A czy jednego z tych wieczorów nie spędził pan na dorocznej kolacji, połączonej z inscenizacją procesu sądowego, wydanej przez Towarzystwo Szekspirowskie w Sidney Harman Hall przy F Street? – Informacja ta znajdowała się w danych, które Dorothy zdążyła dla mnie przygotować, nim jeszcze wylądowałem na międzynarodowym lotnisku imienia Ronalda Reagana. Sędziowie Sądu Najwyższego co roku bywali na tej imprezie, pełnej celebrytów i innych osobistości.

– Nie. Musiałem odwołać swój udział w tym wydarzeniu. Źle się czułem.

Dorothy tego nie odnotowała. Pewnie facet znajdował się na liście zaproszonych, ale strona internetowa towarzystwa nie została zaktualizowana pod kątem ich obecności.

– Zatem wszystkie trzy wieczory, o które chodzi, spędził pan w domu?

W zadumie pokiwał głową.

– Znakomicie. Czyli pańska żona potwierdzi to alibi.

Znów się zawahał.

– Jesteśmy z żoną w separacji. Mało kto o tym wie. Zresztą, to wyłącznie nasza sprawa.

Ja, oczywiście, wiedziałem. Ciekawiło mnie, czy sędzia będzie próbował tę kwestię przede mną zataić.

– To Waszyngton – powiedziałem. – Tutaj wszyscy interesują się sprawami innych. Które z państwa mieszka w domu w Chevy Chase?

– Żona. Ja w Watergate.

– Rozumiem.

– Mieszkam sam. A to znaczy, że… hmm… nie posiadam żadnego alibi.

Mógłbym dalej męczyć pana prezesa sądu pytaniami o to, czy na przykład ktoś z obsługi albo któryś z odźwiernych nie zeznałby na jego korzyść, ale miałem już dość.

– Bo tak naprawdę wcale pana nie było w Watergate w tamte wieczory, prawda?

Posłał mi spojrzenie, którego nie potrafiłem zinterpretować. Zaskoczyłem go, obraziłem, a może tylko zbiłem z tropu? Nie odpowiedział, więc kontynuowałem, przyglądając mu się uważnie.

– Przez cały tamten tydzień przebywał pan w innym miejscu.

Tuż przed spotkaniem z Claflinem wybrałem się do Watergate i troszkę popytałem, wydając co nieco forsy. Dołożyłem należytej staranności.

Sędzia odwrócił wzrok. Zauważyłem, że jego policzki się zaczerwieniły, ale nie byłem pewny, czy z gniewu, czy z zawstydzenia. Milczałem. Głęboko wierzę w potęgę milczenia.

– To, gdzie byłem, jest dla sprawy zupełnie nieistotne – rzekł wreszcie Claflin.

– Jeśli chcemy ukręcić jej łeb, to obawiam się, że jednak bardzo istotne. Najmocniejszą bronią jest żelazne alibi.

– W takim razie sądzę, że mamy problem.

Czekałem, nic nie mówiąc.

– Pańskim zadaniem jest wykazać, że nigdy nie spotkałem się z tą prostytutką. Obawiam się jednak, że bardziej nie mogę panu pomóc. Powiedziałem już wszystko.

Nie ustępowałem.

– W tamtym okresie trwała przerwa w pracach sądu. Nie występował pan publicznie, nigdzie nie przemawiał. Całe siedem dni ani jednego materiału w mediach. Dzięki kamerom monitoringu w Watergate, a także tym w garażu, będzie można ustalić, że w inkryminowanym terminie nie przebywał pan u siebie. Dokąd się pan wybrał? – Oczywiście blefowałem. Nie miałbym czasu na sprawdzenie kamer monitoringu.

Nadal unikał mnie wzrokiem.

– Mogę panu zaufać? – spytał, wreszcie zwróciwszy się w moją stronę.

– Naturalnie.

– Jeśli to wyjdzie na jaw, będę miał prawdziwe problemy.

– Rozumiem.

– Nie było mnie wtedy w domu, ponieważ leżałem w szpitalu Sibley, w klinice zdrowia psychicznego. Przechodziłem terapię elektrowstrząsową.

Z trudem ukryłem zdumienie.

– Terapię szokową?

Sędzia skinął głową.

– Leczenie depresji. Dlatego rozumie pan, jak to dla mnie ważne, by zachować poufność.

– Dysponujemy więc alibi, którego nie można wykorzystać – odezwałem się po dłuższej chwili, ponieważ tylko tyle potrafiłem wymyślić.

7

– Kto jeszcze o tym wie?

Claflin wzruszył ramionami.

– Tylko pan, moja żona oraz Gideon, o ile mogę mieć pewność. Z żoną dzieli nas to i owo, ale ona nigdy by nie zawiodła mego zaufania. Jestem tego pewien.

– Kontynuuje pan terapię?

– Nie. W Sibley odbyłem dwanaście sesji.

– Zadziałały?

Uśmiechnął się nieoczekiwanie.

– Owszem, dziękuję.

– Może to nie przypadek.

– Co takiego?

– Że te domniemane pańskie spotkania z dziewczyną na telefon miały się odbywać w tym samym czasie co pobyty w ośrodku Sibley. Ktokolwiek pana wrabia, musiał wiedzieć o leczeniu psychiatrycznym.

– Zupełnie nie pojmuję skąd. Chyba że ktoś ze szpitala…

– Wszystko jest możliwe. – Zastanawiałem się przez moment. – Oni twierdzą, że spotykał się pan z tą dziewczyną w hotelu Monroe. – Hotel Monroe należał do najelegantszych w Dystrykcie Kolumbii, znajdował się kilka przecznic od Białego Domu. – Zatrzymał się pan tam kiedyś?

– Po co miałbym to robić? Przecież mieszkam w tym mieście.

– Na przykład wtedy, gdy wyprowadził się pan ze swojego domu.

Pokręcił głową.

– Nigdy nie korzystałem z hoteli w Waszyngtonie.

– Pytanie dotyczy ksiąg rejestrowych hotelu Monroe; podobno według nich rezerwował pan tam pokój trzykrotnie, za każdym razem w inkryminowanych datach.

– Skąd ktoś miałby taką wiedzę?

– Najwyraźniej tamci dysponują źródłem informacji w samym hotelu i mają dostęp do rejestru gości.

– Ale to nieprawdziwe dane. Ile zostało nam czasu do publikacji tego artykułu?

Spojrzałem na zegarek.

– Czterdzieści osiem godzin, licząc od siedemnastej wczorajszego dnia. Czyli jeśli się nie mylę, jeszcze dwadzieścia siedem.

– Niedorzeczność. Jest pan w stanie cokolwiek załatwić przez dwadzieścia siedem godzin?

– Przekonamy się. – Wstałem. – Nie ma już czasu do stracenia.

Biały, wykładany marmurem hol na parterze budynku świecił teraz pustkami. Posadzki lśniły czystością. Odgłos moich kroków rozbrzmiewał odległym echem. Znalazłem rząd szarych metalowych szafek, zlokalizowałem swoją i ją otworzyłem.

I zagapiłem się w pustą przestrzeń.

Wszystko zniknęło. Mój laptop oraz iPhone przepadły.

Jeszcze raz sprawdziłem numer na kluczu. Pasował do skrytki. Czyli przegródka się zgadzała, tylko że moje rzeczy się z niej ulotniły.

Na końcu rzędu szafek znajdowała się szatnia, gdzie można było zostawić płaszcz, parasol bądź cokolwiek innego, co nie mieściło się w skrytce. Pełniła tam dyżur czarnoskóra kobieta o wyglądzie matrony i wielkich sennych oczach schowanych za okularami w misternych oprawkach, które zakrywały jej skroń i ocieniały uszy. Ciemne włosy lśniły od żelu. Mówiła szorstkim, głębokim kontraltem.

– Kotku, masz pan pojęcie, jaki ruch tu panuje przed każdą rozprawą? Kolejka wychodzi aż na ulicę. Nawet gdybym widziała stąd te szafki, a nie widzę, i tak nie miałabym czasu się im przyglądać. Przykro mi, kochany. Nie mogę panu pomóc.

– Ale trzyma pani u siebie zapasowe klucze, prawda? Jestem pewny, że ludzie ciągle je gubią.

Zamrugała kilka razy, jakby zwalczając ogarniającą ją senność.

– Rzadziej, niż się panu wydaje. Sorry, ale chyba czegoś nie rozumiem. Twierdzi pan, że ktoś zabrał z szafki pańskie rzeczy, tak? No to po co panu zapasowy klucz?

Starałem się nie okazać zniecierpliwienia.

– Być może ktoś wziął taki klucz i otworzył nim mój schowek. Zechce pani sprawdzić, czy go nie brakuje?

Kobieta wzruszyła ramionami, ale sięgnęła pod ladę, za którą stała. Potem trzymanym w ręku kluczem otworzyła szarą stalową skrzynkę wmurowaną w ścianę. Ujrzałem cały zestaw zielonych plastikowych breloczków; choć stałem zbyt daleko, aby odczytać znajdujące się na nich numery, wcale nie było to konieczne. Żadnego nie brakowało.

Szatniarka odwróciła się do mnie i pokręciła głową.

– Nie.

– Gliniarz, który mnie tu przyprowadził… – zacząłem.

– Jaki gliniarz, proszę pana?

– Wyszedł mi na spotkanie zaraz przy wejściu do budynku, mniej więcej godzinę temu, i przyprowadził mnie tutaj. Wielki, wysoki blondyn, ostrzyżony na jeża. Widziała pani, żeby się tu później kręcił?

Powoli pokręciła głową, tym razem z wyraźną przesadą, kołysząc nią na boki.

– Dziwne, nie znam go. To ktoś z ochrony Sądu Najwyższego?

Zamyśliłem się, próbując przypomnieć sobie jego mundur.

– Z waszyngtońskiej policji metropolitalnej.

– Wątpię. Mamy własną policję sądową. Widział pan na lewym ramieniu brązową odznakę?

Nie zauważyłem żadnej brązowej odznaki.

– Dziękuję – powiedziałem, obróciłem się na pięcie i ruszyłem w głąb holu.

8

Nie wiedziałem, czy facet, który podprowadził mnie do skrytki, a nawet uprzejmie zaoferował ćwierćdolarówkę, był prawdziwym gliniarzem czy nie. Pewne było tylko, że to właśnie on wyczyścił moją szafkę. Sam ją zresztą wcześniej wybrał, co znaczyło, że dysponował kluczem do niej. Żaden zapasowy nie był mu potrzebny. Odczekał, aż udam się do sędziego, a potem zabrał mój laptop i iPhone. Gdybym miał się na baczności i wiedział, czego się spodziewać, na pewno zwróciłbym uwagę na jego mundur policyjny. Numer był tyleż prosty, co bezczelny, a udał się wyłącznie dlatego, że na moment straciłem swoją zwykłą czujność.

Pozostawało pytanie: kim był ten człowiek i skąd wiedział, że tu przyjdę?

Tego jeszcze nie mogłem rozgryźć.

Nagle stanąłem w pół kroku, ogarnięty przemożnym wrażeniem, że jestem obserwowany. Że facet gdzieś tu się kręci, w zasięgu wzroku.

Oczywiście było to coś więcej niż tylko wrażenie, raczej przejaw świadomości sytuacyjnej. Ten elegancki wojskowy termin oznacza wiedzę na temat wszystkiego, co się dzieje wokół. W warunkach bojowych życie człowieka zależy od tego, czy w porę dostrzeże wszelkie anomalie: ślad buta, błysk broni. Na godzinie jedenastej za sobą wyczuwałem dziwną znieruchomiałą ciszę. Odwróciłem się. U szczytu schodów, z drugiej strony wielkiego holu, mignęła mi znana blond czupryna. Mężczyzny w policyjnym mundurze.

Niedbałym krokiem ruszyłem w tym kierunku, jakbym niczego wcześniej nie zauważył, ale w tym momencie facet zaczął schodzić po stopniach. Przyspieszyłem tak, że prawie biegłem. Musiał się zorientować, że go śledzę, bo kiedy dotarłem do stromych marmurowych schodów, zniknął mi z pola widzenia. Bądź co bądź, te schody były przeznaczone do uroczystych procesji, nie do pościgów. Nie miałem najmniejszej ochoty się potknąć i zlecieć z nich na łeb na szyję.

Problem polegał też na tym, że nie znałem rozkładu pomieszczeń w budynku. Wcześniej nie zaistniała przecież potrzeba rozpoznania wyjść awaryjnych, skoro miałem się tylko dyskretnie spotkać z sędzią Sądu Najwyższego w prywatnej sprawie. Nie spodziewałem się żadnych kłopotów, bo uważałem, że nikt o tym spotkaniu nie wie.

Ale najwyraźniej ktoś wiedział.

Zatrzymałem się na parterze i spróbowałem zorientować się w sytuacji. Po lewej miałem wejście dla zwiedzających. Nie wyjście, tylko wejście. Możliwe, że ktoś w policyjnym mundurze zdołałby się tamtędy wymknąć. Długi i szeroki korytarz zdobiły nieliczne gabloty wystawowe. Na jego drugim końcu zobaczyłem kawiarnię i sklep z pamiątkami. Najwyraźniej dla publiczności przeznaczono tylko dwa wyjścia z budynku. Jedno na piętrze, przed salą rozpraw, przez wielką bramę z brązu. Wejść nią się nie dało, lecz wyjść już tak. Drugie znajdowało się na poziomie, na którym stałem, bezpośrednio przede mną. Prowadziło zapewne na plac za gmachem sądu, przy Second Street, i nikt go nie pilnował. Ludzie wysuwali się na zewnątrz bez pośpiechu.

Musiałem podjąć decyzję. Albo wydostanę się przez drzwi wejściowe, a potem pobiegnę ku wyjściu na Second Street, albo zostanę w środku i tu zacznę faceta szukać. Niewykluczone, że wciąż znajdował się w budynku.

Wybrałem wyjście na Second Street. Rozglądałem się we wszystkich kierunkach, lecz bezskutecznie. Mężczyzna zniknął.

No i dobrze. Nie miałem już czasu, by się nim zajmować. Czekały mnie znacznie pilniejsze sprawy do załatwienia.

9

Zdążyłem już zapomnieć, jak wygląda życie bez telefonu komórkowego. Musiałem pilnie zadzwonić w kilka miejsc, a nie miałem jak. Aby znaleźć czynny automat, należało pokonać pieszo dwie przecznice. Słuchawkę oblepiały reklamy Red Bulla, w dziurkach ustnika zalegała tajemnicza brązowa substancja, która nie wyglądała mi na ów napój energetyzujący. Przypomniałem sobie, że przecież nie mam monet, wszedłem więc do sklepiku spożywczego na East Capitol Street rozmienić trochę pieniędzy. Po powrocie do budki telefonicznej w kieszeni marynarki wymacałem wizytówkę Gideona Parnella i wybrałem numer jego komórki.

Odebrał natychmiast.

– Gideon Parnell, słucham – powiedział swoim basso profondo.

– Tu Nick Heller.

– Już po rozmowie z moim przyjacielem?

– Tak. Biorę tę sprawę.

– Świetnie. Masz wszystko, czego ci trzeba?

Odpowiedziałem, że tak sądzę, i dodałem, że będę dzwonił, gdyby jednak czegoś mi brakowało. Zdawałem sobie sprawę, iż czas nas goni – pozostało zaledwie dwadzieścia sześć godzin do terminu uzgodnionego ze Slander Sheet.