Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Fantastyka i sci-fi » Zaklinaczka. Krew Werdiany

Zaklinaczka. Krew Werdiany

5.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Zaklinaczka. Krew Werdiany

Druga część serii ZAKLINACZKA - bestsellerowych powieści fantasy autorstwa Lene Kaaberbøl przeznaczonej dla czytelników 10+ Zaklinaczka to opowieść o dwunastoletniej Clarze, która walczy z kompleksami i brakiem pewności siebie, ale gdy okoliczności zmuszają ją do opuszczenia wygodnych ram dotychczasowego życia, odkrywa świat pełen czarów – i ogromnych niebezpieczeństw. Kolejny tom przygód Clary i Kota zaczyna się od wiadomości, z którą przyleciała pustułka. Prócz bohaterów znanych z pierwszej części, bliżej poznamy również Oscara, który wkrótce się przekona, że przyjaźń z zaklinaczką może być śmiertelnie niebezpieczna… Prawa do przekładu sprzedano do kilkunastu krajów, m.in.: do Kolumbii, Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Norwegii, Rosji, Szwecji i Wlk. Brytanii.

Polecane książki

Angielsko-polski i polsko-angielski Słownik terminologii ubezpieczeniowej zawiera ponad 14 000 haseł obejmujących całą dziedzinę ubezpieczeń, jak również tematykę, która jest niezbędna w pracy osób zaangażowanych w działalność ubezpieczeniową. Istotnym uzupełnieniem drugiego wydania jest opis wybran...
Kolejne tomy przygód zwariowanych rodzinek! Nie ma w przyrodzie takiego zjawiska jak normalna rodzina, ale niektóre rodziny są bardziej zwariowane niż inne… A być członkiem takich rodzinek, oznacza, że na każdym kroku czeka nas przygoda! Jeśli twój tata ma dziwny zawód, twoja mama nietypowe zdolnośc...
Ile razy zastanawiałaś się, mijając zgrabną dziewczynę na ulicy: jak ona to robi? Czemu jest taka zgrabna? Dlaczego moja dieta się nie sprawdza? I jeszcze te postanowienia, że od jutra chudnę… Odpowiedź jest prosta: im więcej dbasz o siebie, im więcej zwracasz uwagi na to, co jesz, tym więcej radośc...
W magazynie „Zarządzanie Placówką Medyczną” znajdziesz praktyczną wiedzę dla menedżerów i kadry zarządzającej placówkami medycznymi, aktualne zagadnienia, sprawdzone porady, konkretne wskazówki, dobre praktyki do wdrożenia w prowadzonej jednostce. Eksperci magazynu doradzają, jak utrzymać równowagę ...
Wyrafinowanie czy wyuzdanie? Na pewno zmysłowość malowana słowem. Daj się o tym przekonać Marcie Motyl! Bohaterka książki, Magda, nazywa siebie gejszą. Podsyca i realizuje pragnienia, pozuje do aktów. Zostaje płatną kochanką starszej od siebie Mecenaski. Pod podszewką erotycznej relacji kryją się ni...
Trudno odmówić maluchom tego, co lubią najbardziej. A zazwyczaj są to… słodycze. Jak sprawić, żeby słodycze były wartościową częścią diety dzieci? Żeby nie zawierały szkodliwych składników? I nadal wywoływały na twarzach maluchów uśmiech? Najprostszym sposobem będzie przygotowywanie pysznych, ale ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Lene Kaaberbol

Tytuł oryginału:

VILDHEKS: Viridians blod

Copyright © Lene Kaaberbøl, Copenhagen 2011

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen

Wydawca dziękuje Danish Arts Foundation za pomoc w sfinansowaniu przekładu

DANISH ARTS FOUNDATION

Okładka: Cover Artwork © Bente Schlick, www.benteschlick.com

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Aleksandra Mól

Korekta: Magdalena Bargłowska

ISBN 978-83-8057-193-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO DEBIT Sp. z o.o.

pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:debit@soniadraga.com.pl

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/BookMlody

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

1Pustułka

– Podoba ci się? – Tato patrzył na mnie wyczekująco.

– Jasne – skłamałam. – Jest super.

Pokój był większy niż ten u mamy przy Merkurego. Biała akrylowa farba jeszcze nie wyschła na ścianach. Jedna ściana była cała przeszkolona, a przez znajdujące się w niej drzwi wychodziło się na taras. Jak się dobrze przyjrzeć, można było pomiędzy wyciągniętymi szyjami dźwigów dostrzec skrawek morza. Na nowym łóżku, które dla mnie kupił, stały dwa pomarańczowe kartony z rzeczami z jego poprzedniego domu.

Tato dostał nową pracę i przeniósł się z drugiego końca kraju i swojej połówki starego murowanego domu o ścianach pobielonych wapnem i dachu pokrytym czerwoną dachówką, i z ogrodu, w którym rosły jabłonie i może odrobinę zbyt wysoka trawa. Przeniósł się właśnie tutaj – do nowiutkiego, zapewne wartego majątek mieszkania w świeżo wybudowanym kompleksie przy samym nabrzeżu, jakieś piętnaście minut autobusem numer osiemnaście z Merkurego. Powiedział, że niesamowicie go cieszy, że w końcu będzie mógł mnie widywać częściej niż dotąd.

„Dotąd”, czyli przez ostatnich dziewięć lat mojego życia, kiedy to nasze kontakty odbywały się według ustalonego schematu: czternaście dni letnich wakacji, tydzień zimowej przerwy świątecznej, połowa przerwy wielkanocnej i dwa weekendy w ciągu jesieni. Choć trzeba zaznaczyć, że zeszłej jesieni spędziliśmy razem tylko jeden weekend przez tę historię z Chimerą, kotem i ciocią Isą, która musiała mnie przeszkolić w zakresie „Samoobrony zaklinaczek”, jak to nazwała. O czym tato zresztą nie miał pojęcia. Podobnie jak niemal cała reszta świata sądził, że leżałam w łóżku z gorączką kociego pazura.

Czas spędzaliśmy zawsze tak samo – spokojne, leniwe dni w jego starym domu, zabawy z Mickem i Sarą mieszkającymi obok; czasem też tato brał wolne z pracy i zabierał nas na basen, a wieczorami piekliśmy bułeczki, które za każdym razem nam się przypalały, graliśmy w kości albo robiliśmy popcorn i oglądaliśmy stare filmy. Mój tato był naprawdę fajnym wakacyjnym ojcem.

A teraz przestał być ojcem wakacyjnym. Sprzedał swoją połowę domu przy ulicy Kasztanowej, co oznaczało koniec wędrówek z Mickem i Sarą w poszukiwaniu przygód, przedzierania się przez krzaki porzeczek sąsiadów, koniec z ciepłym kakao przy starym, opalanym drewnem piecu przy dźwięku deszczu dudniącego w czerwony dach i spadającego kaskadą prosto na balkon, tam gdzie rynna zawsze przelewała.

Tak bardzo się cieszył, że będziemy mieszkać bliżej siebie, i ja przecież też się z tego cieszyłam. Fajnie, że będę mogła do niego zajrzeć w środku tygodnia po szkole, zamiast czekać miesiącami na kolejne spotkanie. A jednocześnie czułam się trochę tak, jakby ktoś bez pytania sprzedał mój dom letniskowy.

– Na tarasie po południu świeci słońce – dodał, otwierając drzwi balkonowe. – Latem będziemy mogli tu sobie siedzieć i grillować.

Ale póki co był przeraźliwie zimny luty. Przesiadywanie na balkonie było ostatnim, na co człowiek miał ochotę w tej chwili.

Zimny wiatr szarpał roletami, a wraz z nim do pokoju wdzierał się zapach benzyny, smoły i morskiej wody. Nagle z góry, wzdłuż fasady zapikował pierzasty pocisk, chaotycznie zamachał skrzydłami na wysokości naszego balkonu i wstrzelił się do pokoju, wprost przez otwarte drzwi.

– Co… – Tato oszołomiony nie dokończył zdania.

Ptak był drapieżnikiem. Niezbyt dużym, ale wśród białych ścian wydawał się ogromny. Przysiadł i rozłożył pióra na ogonie niczym wachlarz. Były jasne z czarnymi koniuszkami. Wszystko trwało ledwie ułamek sekundy, bo potem ptak ruszył prosto na mnie. Instynktownie wyciągnęłam ramię i trochę nieporadnie przysiadł mi na nadgarstku. Żółte pazury przeszły przez sweter, więc przytrzymywał się gołej skóry. Wymachiwał chaotycznie nakrapianymi skrzydłami, próbując utrzymać równowagę.

Przychodziło mu to z pewnym trudem, bo w jednej łapie coś trzymał. Była to zwinięta karteczka, którą teraz wyciągnął w moim kierunku w sposób jednoznacznie wskazujący, że jest przeznaczona dla mnie. Na wszelki wypadek wydał przy tym kilka rozkazujących terkotów, więc bez ociągania wyjęłam mu ją spomiędzy pazurów. Gdy tylko wykonałam polecenie, wzbił się na skrzydłach i wyfrunął drzwiami balkonowymi.

– Ale jak to… – Tato z otwartymi ustami śledził lot ptaka. – Przecież to pustułka!

Pośpiesznie wsunęłam karteczkę do kieszeni dżinsów, korzystając z tego, że tato w osłupieniu obserwował odlatującego ptaka.

– W miastach jest ich coraz więcej – powiedziałam, starając się, by zabrzmiało to, jakby pustułki każdego dnia wlatywały ludziom do mieszkań.

–Yyy… Tak, ale… ta tutaj musiała być oswojona. Miała obrączkę?

– Możliwe – odparłam. – Nie zdążyłam jej się dobrze przyjrzeć. – Nie miałam wątpliwości, że był to dziki ptak, którego nikt nie próbował tresować ani obrączkować, postanowiłam to jednak przemilczeć.

– Niesłychane – zdziwił się tato. – Najwyraźniej w mieście żyje znacznie więcej dzikich zwierząt, niż się powszechnie uważa. – A potem przypomniał sobie o mnie.

– Ale, Claro, przecież on cię podrapał!

Spojrzałam na swoją rękę. Rzeczywiście. Na grzbiecie dłoni miałam pojedyncze, głębokie draśnięcie, które nieznacznie krwawiło. Krwi nie było dużo, ale i tak mnie zmroziło. Nie mogłam się opędzić od myśli, że zeszłej jesieni od czegoś takiego wszystko się zaczęło. Dzikie zwierzę, cztery zadrapania kocim pazurem i kilka kropli ciepłej, czerwonej krwi w deszczowy poranek, kiedy właściwie powinnam być w szkole. Wciąż boleśnie żywe było wspomnienie ciężaru kociego ciała i wilgotnego, szorstkiego jak tarka języka, którym zlizywał moją krew, bym odtąd była jego częścią.

Tak poznaliśmy się z Kotem. Teraz większość czasu mieszka z nami przy Merkurego i choć doskonale orientuje się w moich sprawach i zwyczajach, i na każdym kroku przypomina mi, kto tu jest czyim panem (domyślacie się pewnie, jakie jest jego zdanie na ten temat), to nadal chadza własnymi drogami. Zwykle nie mam pojęcia, gdzie jest, chyba że akurat leży obok mnie i mruczy rozkosznie.

Sąsiadom powiedziałyśmy, że to norweski kot leśny i dlatego jest taki duży.

– Lepiej to przemyj – ostrzegł tato. – Na jesieni dostałaś chyba zastrzyk przeciwtężcowy?

– Tak, tak – uspokoiłam go i posłusznie poszłam do łazienki, żeby włożyć rękę pod zimną wodę. Przy okazji spojrzałam w lustro i nagle musiałam się przyjrzeć sobie nieco uważniej. Cztery pionowe ślady kocich pazurów, normalnie ledwie widoczne cienkie białe kreski, teraz wydały mi się większe i wyraźniejsze.

– Będę mogła tu przyprowadzać kota? – spytałam.

Tato się zawahał.

– Nie bardzo… – odparł. – Chyba że bardzo chcesz. Przypomnij mi, jak on się nazywa? Po prostu Kot?

– Uhm – potwierdziłam. Wiedziałam, że to nie jest najbardziej wymyślne imię dla zwierzęcia, ale żadne inne słowo nie pasowało tak doskonale do jego apodyktycznej natury i wielkiego, czarnego futrzanego kociego ciała.

– Pamiętaj tylko o klatce i kuwecie, kiedy będziesz chciała go tu przyprowadzić. Jeśli tylko nie pozwolisz mu wychodzić z mieszkania, to nie powinno być problemu.

Kot w klatce? Prędzej mi palma wyrośnie, pomyślałam. Szaleństwem byłoby w ogóle proponować mu coś takiego.

Zadrapanie szybko przestało krwawić. Pustułka skaleczyła mnie niechcący – w przeciwnym razie wbiłaby się głęboko wszystkimi czterema pazurami. Niełatwo było uniknąć tej drobnej rany, skoro musiała wylądować na jednej nodze.

– Boli?

– Nie – odparłam. – To nic takiego.

– Zrobię nam kakao – zaproponował – a ty w tym czasie możesz rozpakować swoje rzeczy. Wtedy będzie tu bardziej przytulnie…

Chyba zauważył, że nowy pokój nie podoba mi się tak bardzo, jak go zapewniałam. Nie jest głupi. Czasem bywa, ale rzadko. Dlatego teraz zmierzwił mi lekko włosy i próbował dodać otuchy:

– Spodoba ci się, zobaczysz.

Odczekałam, aż usłyszałam, jak krząta się w lśniącej nowością kuchni, i dopiero wtedy wyjęłam z kieszeni karteczkę. „PARK ELFÓW”, napisano dużymi drukowanymi literami. „Jutro. Godzinę przed zachodem słońca. Ścieżka północna, trzecia ławka przed bramą”. Na dole narysowana była główka zwierzęcia, które chyba miało być fretką. Zatem wiadomość nie była od cioci Isy, jak na początku sądziłam. Musiała ją jednak napisać jakaś zaklinaczka, bo kto inny wysłałby pustułkę w charakterze gońca. I znałam tylko jedną zaklinaczkę, której przyjacielem była fretka.

Po co Shanaia chciała się ze mną spotkać? Raczej nie wyglądała mi na osobę, która lubi pogaduchy i dziewczyńskie ploteczki. Musiało chodzić o coś ważnego.

2Shanaia

– Powinna gdzieś tu być – powiedziałam i raz jeszcze spojrzałam na pomiętą kartkę. Mimo widocznych śladów po pazurach pustułki, wiadomość wciąż dało się przeczytać. Dużymi drukowanymi literami było napisane: „PARK ELFÓW”. I dalej: „Godzinę przed zachodem słońca. Ścieżka północna, trzecia ławka przed bramą”.

– Może przyszliśmy za wcześnie – zastanawiał się Oscar, przystając na moment, żeby Łapa mógł się wysikać pod krzewem berberysu. – Albo za późno. Czemu nie mogła napisać po prostu piętnaście po piątej, jak normalny człowiek? To znaczy, jeśli miała na myśli piętnaście po piątej…

– Bo to zaklinaczka – przypomniałam mu. – Dla niej liczy się czas odmierzany przez przyrodę, a nie mechanicznym miernikiem. – Choć musiałam przyznać, że trudno ocenić, kiedy dokładnie zajdzie słońce w taki dzień jak dziś, na początku lutego.

Park Elfów nie był najpiękniejszym miejscem na ziemi, wciśnięty pomiędzy tory kolejowe, starą masarnię i ogródki działkowe. I choć latem zieleni się tu kilka drzew, a na podwórkach przy altanach opalają się działkowicze, to teraz park wydawał się nieskończenie smutnym, błotnistym odludziem. Ścieżki i rozdeptaną trawę pokrywały reklamówki, kartony po pizzy i puszki po piwie. Co prawda widać było, że ktoś ze służb komunalnych starał się pozbierać część śmieci do czarnych worków, ale na nic się to zdało, bo tuż za linią ławek wciąż leżały sobie w najlepsze.

– Tu nie ma żywej duszy. – Oscar się niecierpliwił. – Może już pójdziemy do domu?

– Przecież sam chciałeś iść – przypomniałam. – Tak bardzo ci zależało na spotkaniu z prawdziwą zaklinaczką.

– To prawda, i dalej myślę, że byłoby super. Ale tutaj nie ma żadnej zaklinaczki, prawda? To znaczy poza tobą.

– No tak, ja się oczywiście nie liczę…

– Daj spokój. Wiesz, co mam na myśli.

Spojrzałam raz jeszcze na ławkę, która musiała być trzecią od bramy. Ale wciąż nikogo na niej nie było. Nie wiem sama, co sobie wyobrażałam. Że Shanaia wyłoni się nagle z szarego lutowego powietrza, kiedy na moment odwrócę się plecami? Jeśli tak, to w każdym razie tego nie zrobiła.

– Zróbmy jeszcze jedno kółko – powiedziałam. – Tak dla pewności.

– Claro, ludzie mają większe ogródki niż ten park. Tutaj jej nie ma!

Jedna z reklamówek się poruszyła. Serce mi stanęło i pisnęłam przerażona.

– Co się dzieje?

Pokazałam palcem:

– Tam… ten worek…

Reklamówka szeleściła na wietrze, ale nie to zwróciło moją uwagę. Teraz także Oscar to zauważył. Ze sterty śmieci wychyliła się spiczasta główka. Biała, z oczami czerwonymi jak krew.

– To przecież ten… no, jak one się nazywają? – Szukał w pamięci nazwy. – Coś jak kuna.

– Fretka – powiedziałam i poczułam, jak wszystko we mnie zamarza od lutowego zimna. – To fretka Shanai…

Kucnęłam przy ławce i ostrożnie wyciągnęłam dłoń do fretki. Zwierzątko tylko otworzyło szeroko pyszczek i syknęło, pokazując wszystkie ostre jak igiełki zęby. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że poza śmieciami coś się jeszcze kryje w tych czarnych workach. Z potarganej skórzanej kurtki wystawała łopatka. Spomiędzy kartonów po mleku, pizzy i kubełków po popcornie prześwitywał kawałek nogi odzianej w dżins. Zobaczyłam też dłoń. Blade palce z długimi, pomalowanymi na srebrno paznokciami sterczały ze skórzanej rękawiczki z obciętymi palcami i nitami na kłykciach.

To Shanaia.

– Czy ona… żyje? – spytał Oscar. Łapa zawył rozpaczliwie, a potem zaczął wściekle szczekać na fretkę, a może także na Shanaię. Wcześniej dwa razy przechodził obok tej ławki, nie wykazując najmniejszego zainteresowania stertą śmieci.

– Odsuń się – stanowczym tonem rozkazałam fretce. – Chcemy jej pomóc.

I kto wie, może stałam się już wystarczająco wprawną zaklinaczką, bo o dziwo zwierzę mnie zrozumiało. A w każdym razie z wielkim trudem powstrzymało się od wbicia mi zębów w dłoń, kiedy zaczęłam rozrzucać na boki śmieci i worki, żeby sprawdzić, co się stało Shanai.

Oddychała.

Oczy miała zamknięte, a policzki lodowate, ale oddychała.

– Żyje – stwierdziłam z ulgą.

Ale co jej się stało?

3Atak z powietrza

– Nie powinniśmy zadzwonić po pogotowie? – martwił się Oscar.

– Sama nie wiem – przyznałam. – Bo co będzie z fretką? Raczej nie wpuszczą jej do szpitala. Najchętniej zadzwoniłabym do cioci Isy…

– Przecież ona nie ma telefonu – przypomniał Oscar.

To nieprawda. Jesienią namówiłam ją, żeby kupiła sobie komórkę, tyle że mieszkała tak daleko od cywilizacji, że aby zadzwonić musiała się wspinać na sam szczyt wzgórza za domem. I oczywiście do niej nie można było zadzwonić, chyba że akurat wybrałaby się na tę górkę podziwiać widoki.

Spróbowałam mimo wszystko. Najpierw w słuchawce rozległy się trzaski, a potem komunikat: „Osoba, z którą próbujesz się połączyć, jest poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon”. A to niespodzianka.

Dotknęłam ponownie policzka Shanai. Była zimna jak lód i nic nie wskazywało, by miała się wkrótce zbudzić.

– Oj… – westchnął Oscar. – Clara… nie wydaje ci się, że się ściemnia? I robi się jakby… mgliście?

Podniosłam wzrok. Rzeczywiście. Niebo wydawało się ciężkie, jakby zrobione z ołowiu, i niemal poczerniało. Po zmieszanej z błotem trawie sunęły cienkie nitki szarej mgły. Oczywiście nic dziwnego, że niebo pociemniało, skoro do zachodu słońca zostało mniej niż pół godziny, ale ta mgła… Wyglądała jak czujnie skradające się szare macki, które czegoś szukają. Jedna otoczyła kostkę Oscara, aż odruchowo podniósł nogę.

– Ohyda… – skrzywił się.

Czarne niebo pękło z głuchym hukiem i szczelina w nim wypełniła się bielą. Zamarłam i z otwartymi ustami patrzyłam, jak biały klin zbliża się niczym pikujący myśliwiec i nagle zmienia w tornado ogromnych białych ptaków.

– Co…? – Oscar nie zdążył dokończyć zdania, bo pierwszy ptak uderzył go prosto w pierś z taką siłą, że zachwiał się i zrobił parę kroków w tył. W powietrzu zaroiło się od wrzeszczących, trzepoczących skrzydłami i kłapiących dziobami mew o czerwonych oczach i czerwonych kropkach na dziobach. Łapa najpierw parę razy wściekle zaszczekał, ale jego złość szybko przeszła w żałosny skowyt. Potem rzucił się do ucieczki.

Szarpnął smyczą, czym ostatecznie przewrócił Oscara, i teraz mewy rzuciły się na nich jak na stertę wyjątkowo smacznych odpadów kuchennych na śmietnisku.

Mnie nie tknęły. Zaatakowały tylko Oscara, Łapę i Shanaię.

– Precz! – krzyknęłam i zaczęłam machać rękami. – Precz stąd! PRECZ, MÓWIĘ! – Płoszenie krzykiem zwierząt (i czasem ludzi) było jedyną zaklętą sztuczką, w jakiej kiedykolwiek byłam dobra.

Tyle że teraz nie działała. A może działała, bo ptaki trzymały się ode mnie z daleka. Niestety tylko ode mnie. Złapałam jedno z trzepoczących skrzydeł i oderwałam od Oscara ogromną żółtonogą mewę. Łapa wył i skowyczał, i bezskutecznie próbował się zerwać ze smyczy, wciąż owiniętej wokół nadgarstka Oscara. Szu-szu, trak-trak, łopotały skrzydła i jedna po drugiej mewy uderzały w nieszczęsne ciało chłopca i jego psa długimi, twardymi dziobami. Oscar, krzycząc, przewracał się na boki i machał rękami, by je odgonić.

– KOCIE! – zawołałam rozpaczliwie. – Kocie, ratuj!

Nie wiedziałam, gdzie jest ani czy mnie słyszy.

Wiedziałam natomiast, że sama sobie z tym nie poradzę. W panice rzucałam się na mewy, szarpałam jedną za drugą, żeby oderwać je od Oscara, Łapy i Shanai. Chwytałam za natłuszczone, białe skrzydła, krótkie ogony, chropowate żółte nogi. Wszystko jedno, byle je przegonić.

– KOCIE! – zawołałam jeszcze głośniej. – POMÓŻ!!!

Niespodziewanie przestałam być w tej walce osamotniona. Kosy, wróble, gile z dziobami ostrymi jak sekatory, dwa rudobrązowe lisy, cztery plamiaste koty dachowce, które syczały i wrzeszczały dziko, stado czarno-białych srok, czapla o ogromnych szerokich skrzydłach i szyi jak u praptaka… Zewsząd nadciągały jedne po drugich kolejne posiłki: gawrony, kruki, a nawet dwie szare gęsi, do tego dziesięć albo i więcej brązowych szczurów. Cała armia trzepoczących, dziobiących, gryzących i szarpiących wojowników szturmowała z ziemi i nieba, z krzaków i drzew. I Kot. Kot też się pojawił.

Mrrrrrrrrr. Jak czarna torpeda rzucił się na stado mew, wielki jak pantera i z pazurami jak wędkarskie haczyki. „Spadać, durne ptaszyska! Ona jest moja!” Słyszałam jego myśli wyraźniej niż chaotyczne krzyki Oscara.

Mewy się rozproszyły. Wiele z nich odniosło rany, a krew poznaczyła białe pióra. Jeden z ptaków miał oba skrzydła złamane i ostatkiem sił szedł ścieżką, ciągnąc za sobą jelita z rozprutego brzucha. Teraz wyglądały jak zwykłe mewy. Ich oczy były jasnożółte; te, które były w stanie – odfrunęły. Kot jednym pewnym ruchem silnej łapy skręcił kark tej, która konała na ścieżce. Jeden z lisów oddalał się, niosąc w pysku zakrwawiony łup. Sroki rzuciły się w pościg za ranną mewą śmieszką, lecącą krzywo w stronę bezlistnych chaszczy, i chyba dopadły ją za rabatą rododendronów.

Kot uważnie obwąchiwał martwego ptaka na ścieżce. Ja zaś całą uwagę skupiłam na Oscarze, któremu udało się wprawdzie z najwyższym trudem usiąść, ale zdecydowanie nie wyglądał dobrze. Jego bejsbolówka gdzieś przepadła, a zbite w czerwone strąki włosy sterczały na wszystkie strony. Z nosa i brwi leciała mu krew, a na głowie i obu rękach dało się zauważyć zadrapania. Na szczęście był luty, więc miał na sobie ciepłe zimowe ubranie – puchówka wprawdzie była cała podziurawiona i wystawały z niej biały puch i watolina, ale niewątpliwie uchroniła go przed wieloma ranami od dziobów i pazurów.

– Ała – jęknął. – Kurde. Cholerne ptaszyska!

Uznałam za dobry znak to, że wciąż jest w stanie przeklinać. Łapa polizał go po policzku. Wyglądał na skruszonego i położył uszy po sobie.

Oscar ostrożnie dotknął nosa.

– Co tym mewom odwaliło? – spytał. – To też jakieś zaklęte sprawki?

I choć to on krwawił, miałam wrażenie, że jestem bardziej wstrząśnięta. Być może nie był świadom, jak niewiele brakowało, by zadziobały go na śmierć. W życiu nie zdołałabym odpędzić tych ptaków. Udało się tylko dzięki pomocy z zewnątrz.

– To była Chimera? – spytałam Kota. – To ona kazała mewom ich zaatakować? – Wiedziałam przecież, że same nigdy by tego nie zrobiły.

Kot syknął tylko i rozcapierzył pazury przedniej łapy. Nie, nie wiedział, kto to zrobił, ale jeśli się dowie, to mogę być spokojna, że da tej szczurzej gnidzie popalić.

Oscar w końcu się podniósł.

– I co teraz? – spytał. – Nadal uważasz, że nie powinniśmy dzwonić po karetkę?

Kot wygiął plecy, a potem się przeciągnął.

Isa, powiedział. Isa wam pomoże.

Całkowicie się z nim zgadzałam. Nie wiedziałam tylko, jak się z nią skontaktować.

I dokładnie wtedy zadzwonił mój telefon.

4Ciocia Isa

Przyszła pieszo zaklętymi ścieżkami. Na jej ramieniu siedział Tu-tu, a za nimi szła Gwiazdka, jakby była dużym psem, a nie małym wełniastym koniem o krągłym grzbiecie. Tu-tu rozpostarł szerokie skrzydła i przyglądał nam się okrągłymi sowimi oczami. Oscar zdołał tylko wyszeptać: „Bardzo wam dziękuję!”, po czym oniemiał z wrażenia.

Doskonale rozumiałam jego zdumienie. Przywykłam do widoku cioci Isy w jej małym kamiennym domu w środku lasu, oświetlanym lampami naftowymi, ogrzewanym piecem i z jeżami zimującymi w pudełkach po butach na środku pokoju. Ciocia stworzyła to miejsce i była jego częścią. Tam wydawała się… no, może nie do końca zwyczajna, ale jednak jakby bardziej pasująca.

Lecz kiedy ni stąd, ni zowąd wyłoniła się z gęstej mgły w kapeluszu z szerokim rondem, indiańskimi warkoczami i sową na ramieniu i przyprowadziła ze sobą konia bez uprzęży czy siodła, i to wszystko pośrodku Parku Elfów, wśród asfaltowych alejek, puszek po coli i miejskich ławek, i z hałasem ulicznym dobiegającym od strony Parkowej, to wyglądała… No cóż – wyglądała jak czarownica, którą przecież była. Zaklinaczką przyrody, wędrującą zaklętymi ścieżkami i mogącą się pojawić kiedykolwiek i gdziekolwiek chciała. Istotą ze świata innego niż ten, w którym trzeba się przesiadać z autobusu na autobus albo wsiąść w samochód, żeby się dostać z jednego miejsca w drugie. A ponieważ była wściekła, wyglądała dość groźnie. Przypominała jedną z tych wiedźm, które mogą cię zamienić w żabę, jeśli nie będziesz grzeczny – oczywiście o ile uzna, że nie przyniesie to szkody pozostałym żabom.

Skinęła mi krótko głową, ale się nie odezwała. Ruszyła prosto do Shanai i przyklękła obok niej. Położyła jej dłoń na szyi, tuż poniżej ucha, i od razu zaczęła nucić. Zaklęta piosenka snuła się wokół nas prawie tak samo jak niedawno macki mgieł. Jednocześnie nisko i wysoko. Jak nagły podmuch ciepła, zapach błota i mokrych liści, drżenie z głębi ciała, z samego szkieletu.

Shanaia cicho odkaszlnęła i coś wypłynęło jej z kącika ust. Kleista, połyskliwa i jasnoczerwona zawiesina. Nie wyglądało to dobrze. Potem znów zakaszlała, nieco mocniej i fretka z radości aż dziko podskoczyła. Piszczała i łasiła się jak kociak do dłoni cioci Isy, a Shanaia otworzyła oczy.

Była bardzo słaba. Wzrok miała rozmyty, sprawiała wrażenie zdezorientowanej i nie potrafiła samodzielnie usiąść. Zacisnęła dłoń na kępce zabłoconej trawy i całym jej ciałem zaczęły wstrząsać drgawki.

– Shanaia – przywoływała ją ciocia