Strona główna » Humanistyka » Zapiski plebejskie

Zapiski plebejskie

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-63080-87-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Zapiski plebejskie

Na pytanie ,,jak napisać książkę'' odpowiadam zawsze tak samo: wziąć ołówek, paczkę papieru, siąść na tyłku i pisać... Nie znam innej recepty.

Nie wiem i nie chcę wiedzieć, dlaczego powstał mój zbiór opowiadań. Nie lubię reklamować swoich wypocin jak proszku do prania, czy innego towaru. Nie zastanawiałem się ,,po co'' , ,,na co'', ,,dlaczego'', ,,dla kogo''. Czułem nieodpartą potrzebę przelania swoich myśli na papier i podzielania się własnymi obserwacjami na temat otaczającej mnie rzeczywistości. Ot, cała ideologia.


Tomasz Zając

Socjolog, fotograf – amator, i nieustannie poszukujący swojej życiowej drogi jeden z kilku miliardów maleńkich punktów znajdujących się na mapie społeczeństwa.

Nie lubię pisać i mówić o sobie samym,bo i po co? Wiecznie niezorganizowany, introwertyczny, depresyjny. Nigdy nie byłem, nie jestem, nie będę i nie chcę być normalny. Najlepiej czuję się na odludziu podczas samotnych spacerów. Lubię spokój, ciszę i łono natury z dala od miasta, gdzie nikt się do mnie nie przypieprza... Bez planów na wczoraj, na dziś i na jutro.

Polecane książki

Poradnik do gry „Clive Barker’s Jericho” zawiera opis przejścia wszystkich sześciu rozdziałów jak również spis bonusów do odblokowania. Dodatkowo można zapoznać się z krótkimi opisami wszystkich członków drużyny, którymi przyjdzie pokierować. Clive Barker's Jericho - poradnik do gry zawiera poszukiw...
Zbiór poważnych, choć prowadzonych z humorem, rozmów dzieci z dorosłymi: o zawodach, pasjach, spełnionych i niespełnionych marzeniach, najważniejszych wartościach w życiu. W rozmowach uczestniczy dziewięcioro dzieci, z których każde po swojemu marzy o tym, kim będzie w przyszłości; i dziewięcior...
Lily niemal od dziecka była zakochana w bogatym i niezwykle przystojnym Benedikcie Warrenderze. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście, gdy pewnego dnia zaprosił ją na kawę, a potem spędzili razem noc. Bajka o Kopciuszku skończyła się jednak już nazajutrz, kiedy Lily dowiedziała się z gazety o zar...
Mieli już do siebie nie pisać. Miało nie być kolejnych e-maili, które złożą się później w książkę. Ale z przyjaźnią nie taka prosta sprawa. Potrzeba rozmowy jest silniejsza od wszelkich postanowień. Małgorzata Domagalik i Janusz L. Wiśniewski znów zaczynają elektroniczną korespondencję. On w pierwsz...
Wyczerpujący i obszerny podręcznik, poruszający wszystkie zagadnienia związane z praktyką morską, od tak prostych, jak technika zwijania liny po tak trudne, jak prowadzenie jachtu w warunkach sztormowych. Bogato zilustrowany i świetnie napisany, w lekkim, charakterystycznym dla autora stylu. Lektura...
Głosy to poetycki zapis rzeczywistości obozów koncentracyjnych Buchenwaldu i Auschwitz, gdzie każdy niemal wiersz  to inna postać – głos w przestrzeni – mówiący własnym, często bardzo indywidualnym językiem, opisujący wydarzenia, legendy obozowe, codzienność – tak bardzo subiektywnie, że nieraz to s...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Tomasz Zając

Tomasz Zając

Zapiski plebejskie

© Copyright by Tomasz Zając & e-bookowo

Zdjęcie na okładce: Tomasz Zając

ISBN 978-83-63080-87-7

Wydawca:
Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

MAPA

Noc spędził samotnie w swoim mieszkaniu siedząc na krześle przy biurku, na którym walały się sterty zapisanych kartek, pożółkłych dokumentów i czarno-białych fotografii przedstawiających ponure krajobrazy Górnego Śląska. Hałdy, dymiące kominy, huty, ceglaste familoki, umorusane dzieciaki bawiące się na zakurzonych i popękanych uliczkach, wymęczeni robotnicy wracający z szychty, wystające na schodkach swych kamienic, palące tanie papierosy i skubiące słonecznik, grube baby ubrane w poplamione fartuchy – wszystkie te obrazy rozpuściły się w jego umyśle niczym cukier w kolejnej wypitej po nieprzespanej nocy, szklance czarnej kawy, od której dostał już sraczki.

Przez brudne szyby wpadały promienie porannego Słońca próbując poprzez kłęby unoszącego się dymu tytoniowego i opary alkoholu wymieszanego z zapachem kwaśnego potu, rozjaśnić to niewielkie pomieszczenie. Wypalił już trzy paczki ,,Klubowych” i wypił litr czystej. Koszula przykleiła się do jego mokrych od potu pleców całkowicie krępując ruchy. Twarz miał nieogoloną. Pod oczyma pojawiły się ogromne blado-sine worki, a zęby pokrywała próchnica z przebłyskującymi gdzieniegdzie śladami żółci. Na sobie miał flanelową koszulę z podwiniętymi ponad łokcie rękawami i stare, przetarte dżinsy. Jego dłonie trzęsły się tak, że nie mógł utrzymać notesu i pióra. Serce kołatało rozrywając klatkę piersiową od środka. Wzrok na tyle się popsuł, że zmuszony był nosić okulary ze szkłami o grubości jaką ma spód butelki taniego wina nazywanego na lokalnych ,,salonach” jabolem. Od dłuższego czasu jadał niewiele i zazwyczaj było to suche żarcie. Z naukowego, medycznego punktu widzenia popadł w anoreksję. Jeśli spojrzeć na to od strony psychiatrii jego stan nazwać można depresją paranoidalną albo najdelikatniej rzecz ujmując apatią. Religia wskazywałaby na opętanie. On zaś umieściłby to w kategoriach ,,mam wszystko w chuju” lub ,,odpierdolcie się ode mnie, wysiadam”.

Tego dnia próbował naszkicować plan działania. Nie mogąc zebrać myśli spoglądał znudzonym wzrokiem na aparat fotograficzny marki ,,PRAKTIKA” leżący na podłodze – taka niewielka metalowa puszka, całkowicie zmechanizowana. Czułość, czas naświetlania i przysłonę ustawia się tuta bez jakichkolwiek funkcji automatycznych i bez użycia światłomierza. To dzięki tej kamerze wykonał mnóstwo fotografii i stworzył kilkanaście cykli fotograficznych. Pragnął zostać tak sławnym fotografem, jak byli Henri Cartier Bresson, James Nachtwey, Sebastiao Slagado. Problem w tym, że poza Śląsk nawet nie wyjechał, nic nie zapowiadało zmian w tej sprawie, a chora ambicja go zżerała do granic wytrzymałości – on znów rzekłby ,,kurwica mnie bierze”.

Pociągnął peta i zaniósł się długim, suchym kaszlem. Łzy napłynęły mu do oczu. Wstał i chwiejnym krokiem poszedł do wiszącego na ścianie w przedpokoju niewielkiego lustra. Dopiero teraz spostrzegł swoje wychudzone ciało, przerzedzone włosy, kościstą twarz. Miał zaledwie dwadzieścia pięć lat, a wyglądał na co najmniej pięćdziesiąt. Dokładnie rok wcześniej skończył studia opłacane z renty Ojca i załapał się na staż w redakcji największego dziennika w regionie. Obiecywano mu i wróżono pomyślną karierę. Mimo że złudne to były marzenia, uwierzył jak ten głupi ciul, co ,,wyglądo jak z łokna na plac, a na placu hasie” i prowadząc wewnętrzną walkę z samym sobą, zatracił czujność i obiektywizm. Nieprzespane noce, stres, robota ponad jego możliwości na każde zawołanie, pogoń za szybką karierą – wszystko musiało zrobić swoje. A mógł przecież prowadzić spokojny żywot. Rozpocząć pracę w kopalni, jak jego przodkowie. Ożenić się, spłodzić potomstwo. Wolny czas spędzać w ogródku działkowym. Pić zimne piwo, a w niedziele wraz z żoną odwiedzać Rodziców i jeść roladę, śląskie kluski i czerwoną kapustę spędzając czas z całą familią.

Chciał jednak być kimś innym. Kimś lepszym. Wyrwać się ze środowiska robotniczego. Zapragnął sławy i poklasku. Zrezygnował z miłości, otoczył się kokonem pracy, odrzucił tradycje, porzucił wiarę. Nawet nie poszedł na pogrzeb Matki i Ojca, którzy zmarli z powodu wyczerpania ciężką fizyczną pracą. Poświęcili się dla swojego jedynego syna w zamian otrzymując pogardę. Dla niego bowiem liczyły się jedynie kolejne newsy, zapowiedzi, artykuły, kolejny wywiad z jakąś dupą na bankiecie, prowadzenie dziennika, wyjazdy, wystawy, alkohol, papierosy i dziwka co weekend. Obiecano mu przecież ciepłą posadę. Musi jedynie zapłacić frycowe. W tej pogoni za szczęściem nie zauważył momentu, kiedy stał się niewolnikiem próżności, ignorancji, zakłamania i hipokryzji.

– ,,Kurwa fiks, jeszcze ten jeden raz! Ten materiał musi być rewelacyjny. Powalę skurwysynów na kolana, aż pękną z żółci. Dostanę w końcu porządną robotę, wyjadę na wschód jako korespondent i wyrwę się z tej zatęchłej dziury! Wygram zasrane World Press Photo” – mawiał sam do siebie.

Wtem zadzwonił telefon. Na jego dźwięk Heniek otrząsnął się z transu. Spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina 11:00. Zagasił peta o spód puszki, która służyła za popielniczkę, splunął na podłogę i leniwym ruchem ręki podniósł słuchawkę. Nie zdążył wypowiedzieć słowa i usłyszał głos:

– No, młody! Zbieraj się do kurwy nędzy na ten zasrany jarmark! Pamiętaj, ten artykuł ma być majstersztyk, kapujesz? Na picuś glancuś. Niech błyszczy się jak psu jaja, a nawet dwóm! Od tego zależy Twoja dalsza kariera.

– Tak. Oczywiście Panie Redaktorze, jestem…

– Gotowy? To wychodź, kurwa, z tej dziury. Dziś mam mieć zdjęcia i artykuł. Zrozumiano?

– Panie Redaktorze, przecież… – Naczelny odłożył słuchawkę. Połączenie zostało przerwane.

Uroczystości górnicze w osiedlu patronackim Donnensmarcka i robotniczej kolonii Borsigwerk w Biskupicach miały rozpocząć się o godzinie 12:00. W tym roku minęła setna rocznic powstania obydwu osiedlu. Heniek znał dobrze te okolice. Wychował się na Śląsku. Traktował je raczej z pogardą mówiąc o nich: ,,sterta cegieł wypełnionych ludźmi pielęgnującymi tradycje, a spod czystej powierzchni wypływa gówno”. ,,Kościół, rodzina i praca – nie pierdol Matka” – tymi słowami zwracał się do Rodzicielki. Nie obchodziło go to nic, a nic. Jego zadaniem było rutynowe, mechaniczne, bez emocji, wykonanie fotografii, które zapewnić miały mu stały etat w wymarzonej redakcji.

„Mam jeszcze czas. To dopiero za godzinę. Wyprowadzę te dwa kundle, które pozostały mi po rodzicach na spacer, bo inaczej znów będę musiał sprzątać gówna. Potem dam im żreć i pojadę do centrum miasta, a wieczorem raz na zawsze wyrwę się z tego pieprzonego zaścianka. Jak najdalej od tych tępych ludzi” – pomyślał Heniek, po czym zapiął psy na smyczy, wyszedł z mieszkania zamykając drzwi na dwa spusty i poszedł w kierunku lasu i łąki znajdujących się za pobliskimi torami kolejowymi. Pogoda jak na koniec października była ciepła. Poranna rosa zupełnie już wyparowała, wiatr ustał, a Słońce ogrzewało betonowe blokowiska, które rzucały wielkie cienie na wytarte trawniki i brudne ulice. Heniek minął swój blok i skręcił w lewo. Szedł wolnym krokiem w kierunku pól szarpiąc co chwilę psy, tak, że traciły dech w piersiach, gdy tymczasem w redakcji trwała rozmowa:

– Szefie! Wy richtig chcecie tego Heńka zatrudnić po dzisiejszym? – zapytała uśmiechając się czule do redaktora Ojgena, Hilda, czterdziestoletnia sekretarka redakcji, o której chodziły pogłoski, że nie przepuszczała żadnemu chłopu z gazety, łącznie z naczelnym, dupcząc się na zapleczu.

– Haha! Hilda, dziołcha. Weź slyź na ziemia. Nie dupc fleków. Haha, Tyś je gryfno! – krzyczał redaktor Ojgen. – Przeca nie puszcza takego ciula, co mi do życi włazi bez smarowanio! Niech dupi za fajer, jak jes gupi. Odwali za nos robota, my zbierymy gelt i pasuje. A jak mu nie bydzie coś grało, to niech się sjedzie z gylyndra. Już rok ciulo jak osioł. Takich nom tu trzeba – śmiał się Ojgen do rozpuku.

– Ty to mosz łeb Ojgenku – odpowiedziała Hilda.

– No, no, hamuj się dziołcha ze słowami, bo jeszcze kery usłyszy. Ino naciągajom radary.

– Ja, już dobrze Panie redaktorze. A może tak byśmy się kawy napili?

– Dobra, Hilda. Ino gibko, po późni jada na łobiod.

O tej godzinie pola i las były zupełnie opustoszałe. Ludzie zazwyczaj o tej porze spędzali czas z najbliższymi. Spacer według wcześniejszych ustaleń Heńka miał trwać piętnaście, góra dwadzieścia minut. Reszta miała wystarczyć na spakowanie sprzętu fotograficznego i dojście na festyn. Nie oddalał się zbytnio od osiedla. Kiedy wskazówki zegarka wybiły 11:15, a Heniek postanowił wracać do mieszkania, ujrzał zbliżające się do niego od strony torów kolejowych dwie postacie włóczące niezgrabnie nogami. Podniósł głowę wysoko, stanął wyprostowany, przyciągnął psy jak najbliżej siebie szarpiąc za paski. Minę miał przy tym miał taką, że na jej określenie można było użyć jednego zwrotu: kamienna twarz. Nieznajomi zbliżyli się na odległość metra. Kobieta miała podpite oko, siną szyję, popękane usta i resztki przetłuszczonych, wypadających włosów. Wychudzona niczym więźniowie opuszczający obóz zagłady. Ubrana w brudne dżinsy, których kolor dawno można było przestać nazywać jasnym i w rozciągnięty, stary sweter. Stała na chwiejących się nogach grubości cienkiej gałązki drzewa. Podtrzymywał ją mężczyzna o brudnej od węgla twarzy z krótką brodą, ubrany w mokry od potu podkoszulek. Jego ręce od ramion po same dłonie ozdabiały różnokolorowe tatuaże, sentencje, litery, kropki, krzyżyki i wiele innych znaków, których Heniek nie znał do tej pory. W prawej dłoni trzymał za szyjki dwie pełne butelki taniego wina z gatunków ,,szatę de jabol”. W ustach sterczała resztka gasnącego peta. Nerwowym ruchem skierował głowę w kierunku Heńka i rzekł sepleniąc z powodu braku zębów:

– Przepraszam, brejdak. Masz telefon?

Heniek niechętnie i bez emocji odpowiedział:

– Tak. Mam. Co jest? Mów szybko, bo nie mam czasu.

– Mógłbyś brejdak zadzwonić po karetkę? Kobieta mi stoi ledwo na nogach. Kurwa, ja nie wiem, co jej jest. Dwa łyki wina wzięła i trzęsie się jak galareta, traci przytomność. W mordę jebana mać, dobrze, że Ciebie spotkaliśmy, bo chyba położyłbym ją na asfalcie i leciał do sklepu.

W swoim życiu Heniek rzadko udzielał innym pomocy. Był egoistą troszczącym się tylko o własny tyłek. Nawet rodzonej Matce nie pomagał nosić siatek z zakupami, a Ojca samego zostawiał z remontami. W dodatku brzydził się takimi brudnymi, jak to określał – mentami. Tego dnia jednak mimo że był już o pięć minut do tyłu z czasem, coś w nim pękło. Jego twarz rozpogodziła się w momencie, gdy usłyszał znane mu, a zapomniane słowo ,,brejdak”. W ustach tego bezzębnego mężczyzny zabrzmiało ono w odczuciu Heńka dosyć patetycznie. Przypomniał sobie, że pierwszy raz usłyszał je na Krakowskim Przedmieściu z ust kobiety mieszkającej w Lublinie, którą kochał bez opamiętanie, lecz i bez wzajemności. Odrzuciła go i wyszła po jakimś czasie za pewnego muzyka z Ukrainy. Wyleciała do Kanady i słuch o niej zaginął. Wziął głęboki oddech:

– Ech, dzwonimy. Jaki to był numer? 999? Ile Ona ma lat?

– Tak, tak ten numer. Lat 35 – odpowiedział wytatuowany. – No, maleńka, trzymaj się, kurwa, Pan zadzwoni – mówił do mdlejącej kobiety.

Jeden sygnał – serce zaczęło Heńkowi walić jak młot. Drugi sygnał – czuł pot spływający mu po plecach. Trzeci sygnał. ,,Kurwa. 35 lat, a wygląda jakby miała pięćdziesiąt. No odbierajcie. skurwysyny, muszę jechać na jarmark zrobić te jebane zdjęcia, a tu mi zawracają głowę.”

– Pogotowie ratunkowe, słucham?

Szczegółowo, z iście dziennikarskim kunsztem opisał zaistniałą sytuację. Podał wiek poszkodowanej i objawy, miejsce zdarzenia, numer swojego telefonu i adres, pod który miała przyjechać karetka pogotowia.

– No. Już jadą. Chodźcie. Widzicie tamten blok za mną? – wskazał ręką nie odwracając się od pary. – To jakieś sto metrów. Tam jest ławka. Posadzisz ją. A wy, psy, do nogi, idziemy! – szarpnął przy tym mocno za paski smyczy po czym wszyscy razem, to jest: mdlejąca, bezzębny, Heniek i jego dwa psy, ruszyli w kierunku osiedla. Dotarli po paru minutach. Kobieta usiadła na ławce. Drżała jakby w konwulsjach. Facet schował butelki z piwem kładąc je na trawie za żywopłotem.

– Widzisz, brejdak? Napij się tu, kurwa, piwa teraz, to potem dzieją się historie dziesięciu i jednej nocy. Żeby tylko nie przyjechali na sygnale, bo będzie siara jak ciul – zwrócił się do Heńka.

– Nie no. Żaden wstyd. Jest chora, potrzebuje leczenia, niech przyjeżdżają. A co jej się konkretnie stało?

– A bo ja wiem? W głowie rozumiesz jej się kręci. Wczoraj w nocy żeśmy szli trzeciej tak obok hasioka. Pośliznęła się, głową przyjebała o jakąś starą pralkę. Wszystko było dobrze, a dziś od rana ciągle mi przytomność traci. No, ubezpieczona, kurwa, jest, w końcu na bezrobociu. Niech przyjeżdżają, od tego są. Ja jestem bezdomny. Brejdak, ale powiedz mi, kurwa, jak mam iść do roboty? Kuratorka się dopierdala. Ale nie dostaniesz roboty. Siedziałem w kiciu. Wszędzie chcą te zasrane zaświadczenia o niekaralności.

„Tak, tak, już ja to kurwa znam. Przyjebała w pralkę. Na pewno żeś jej palnął w łeb, wystraszył, żeby znów nie iść to pierdla, a teraz kombinujesz” – pomyślał Heniek i odparł z udawanym zrozumieniem:

– Fakt. Każdemu się może noga powinąć i wtedy… – odpowiedział Heniek.

– No, dokładnie. Człowiek by chciał do roboty pójść, wyjść na prostą, ale mu kurwa nie dają. Miedzi dzisiaj nabrałem, miałem iść to sprzedać, kawę ciepłą zaparzyłem na ogniu, a tu takie coś. Takie coś, kurwa, ale siara. Gańba jak ciul.

Dochodziła godzina 11:40. Karetka wjechała w osiedle z zawrotną prędkością hamując z piskiem opon. Sygnał rozniósł się szerokim echem między blokowiskami. Sanitariusze zaparkowali na trawniki nieomal przy samej klatce bloku, w którym mieszkał Heniek. Na widok ambulansu zaczęły poruszać się firany za szybami okiennic. Ludzie wychodzili z klatki pod rzekomym pretekstem wyrzucenia śmieci, zrobienia zakupów, sprawdzenia poczty w skrzynkach. Ludzka ciekawość, jak zwykle przy takich wydarzeniach dała znać o sobie.

– To ja wzywałem pogotowie, Panowie! – powiedział Heniek. – To ja! Tu siedzi ta kobieta, zasłabła, źle się czuje.

Sanitariusz zabrał poszkodowaną do wozu. Trwało to dosyć długo.

– Jak ją wezmę do szpitala, to będę musiał iść do jej matki – zwrócił się bezzębny do Heńka.

– No, nie wiadomo, co jej jest. A jadła? Może zasłabła z głodu?

– Chłopie, jak nie jadła, jak jadła. Rozumiesz, nerwowa jest, niewyspana. Matka ją wyjebała z domu. Nie chce jej znać, ani dokumentów oddać. Ojciec wyjechał gdzieś do kochanki w lubelskie. Brała tam jakieś tabletki, ale jakie, chuj to wie. Nic mi nie mówi.

Po dwudziestu minutach jeden z sanitariuszy wyprowadził poszkodowaną z ambulansu i posadził na ławce. Pobierano jej krew, mierzono ciśnienie, sprawdzano tętno, osłuchiwano, zrobiono EKG i inne rutynowe badania. Wszystkie wyniki były dobre. Wytłumaczył wytatuowanemu, że wszystko jest w porządku, że powinna teraz zjeść ciepły posiłek, odpocząć. Do szpitala jej nie zabierają, bo nie ma ku temu powodów. Po czym spakowali manatki i odjechali.

– Chuje