Strona główna » Obyczajowe i romanse » Biegiem po miłość

Biegiem po miłość

4.00 / 5.00

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Biegiem po miłość

Zazdrosny narzeczony, wtrącająca się do wszystkiego mama i interweniująca policja? Nie tak miał wyglądać ślub idealny!

Przygotowania do wesela Oli i Łukasza są już na ostatniej prostej. Fryzura, makijaż, sukienka – wszystko gotowe. Tylko jakim cudem w pudełku z butami zamiast ślicznych szpilek znalazły się białe adidasy i karteczka „Ucieknij ze mną”?

Gdy Łukasz zacznie wątpić w wierność Oli, ceremonia zawiśnie na włosku. W dodatku ktoś próbuje w niewybredny sposób pozbyć się konsultantki przygotowującej uroczystość. Czy dzień, który miał być wyjątkowy, jeszcze może mieć szczęśliwy finał?

Do ślubu, gotowi, START!

Polecane książki

Maggie Delaney kończy swoją podróż dookoła świata. Za kilka dni ma wrócić do Londynu, lecz nagle sytuacja wymyka jej się spod kontroli. Porwana i uwięziona na pustyni, dowiaduje się, że jest podejrzewana o udział w spisku przeciwko rodzinie królewskiej. Maggie nie należy jednak ...
Osoby nie znające dobrze języka angielskiego przeważnie odczuwają strach przed używaniem go. Rozmowa po angielsku jest konieczna w portach – trzeba przejąć jacht, załatwić coś w bosmanacie, oddać żagiel do naprawy, sprawdzić prognozę pogody, znaleźć kafejkę internetową, zrobić zakupy, czy choćby wyj...
Poradnik do „Conflict: Denied Ops”. koncentruje się nie tylko na elementarnym opisie przejścia poszczególnych misji (tych jest 10), ale zawiera także wskazówki dotyczące realizowania celów dodatkowych, nagradzanych tutaj wzmiankami pochwalnymi. Conflict: Denied Ops - poradnik do gry zawiera poszukiw...
Członkowie zgranych zespołów TRZYMAJĄ SIĘ RAZEM. Jest to ich cecha charakterystyczna. Zmagając się z rozbieżnymi terminarzami i wzajemnie się wykluczającymi punktami widzenia, które każdy musi przepracować, wiedzą, jak się rozprawiać z pojawiającymi się problemami tak, by jedność celu i wizja po...
.. Celem ksiazki jest ukazanie zlozonosci dzialan decyzyjnych administracji publicznej oraz regul, które nimi rzadza. Przedstawiono w niej kluczowe problemy administracji publicznej jako systemu decyzyjnego. .. W monografi i omówiono takie kwestie jak: proces decyzyjny, typy i modele decyzji cz...
Czy koniec świata może być początkiem nowego życia? Gdy Beata po wypadku samochodowym trafia do szpitala, ma wrażenie, że całe jej życie legło w gruzach. Już nigdy nie stanie na nogach, nigdy nie poczuje piasku pod stopami, nie pobiegnie po świeżej, zielonej trawie... Zamiast planować ślub z ukocha...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Marta Radomska

Copyright © Marta Radomska, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Hanna Trubicka

Korekta: Alicja Laskowska

Pro­jekt okład­ki: Anna Damasiewicz

Fotografia na okładce: Svitlana Frolova| Shutterstock

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

978-83-7976-047-3

CZWARTA STRONAGrupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Ucieknij ze mną…

Ściskająca długopis ręka zadrżała, dopisując ostatnie słowa, po czym wsunęła kartkę z krótkim liścikiem do ozdobnego, białego pudełka. Nie było gwarancji, że rozpaczliwa prośba zdoła zmienić cokolwiek i otworzyć znów drogę do szczęścia, które z każdym dniem stawało się coraz mniej prawdopodobne.

Ale to było teraz nieważne.

Trzeba spróbować jeszcze raz, dopóki nie jest za późno.

* * *

— Do startu… Gotowa… Już! — wrzasnęła Beatka, kręcąc się niecierpliwie pod przymierzalnią, w której przy pomocy konsultantki usiłowałam wbić się w suknię ślubną wybraną przez przyjaciółkę, mamę i przyszłą teściową.

— Niby jak? — sapnęłam w kierunku zniecierpliwionej oczekiwaniem świty. — Bo normalnym krokiem się nie da! Poprawka! W ogóle się nie da! Całkowicie pozbawiłyście mnie możliwości ruchu!

— Przy poprzedniej narzekałaś na brak możliwości oddychania — wytknęła mi mama i bezceremonialnie wsadziła głowę do przymierzalni. — Oddychanie chyba ważniejsze?

Tuż zza jej pleców wychynęły dwie rude, spowite burzą loków głowy Beaty i pani Elizy, mierząc krytycznym wzrokiem bardziej mnie niż suknię w typie syreny, którą jednogłośnie uznały za idealną. Ich spojrzenia mówiły, że kreacja na mnie wygląda jeszcze lepiej niż na wieszaku. Tylko z opakowaną w nią panną młodą jest coś nie tak.

Problem polegał na tym, że wieszak, w przeciwieństwie do panny młodej, nie musiał chodzić. Nie odczuwał pewnie również potrzeby zatańczenia na własnym weselu. Tymczasem suknia, w której wyglądałam pięknie, stojąc nieruchomo, wymuszała taką i tylko taką pozycję. Syreni tren rozszerzał się wprawdzie w okolicy kolan, jednak doskonale dopasowany w każdym miejscu powyżej, mocno ograniczał mi swobodę ruchów, pozostawiając jedynie możliwość skakania żabką.

— Nie ma mowy, ja się w tym nie ruszę. — Wzruszyłam bezradnie ramionami, usiłując zrobić kilka kroczków. — Wszystko naprawdę pięknie, ale jakoś trzeba dojść do ołtarza.

— W razie potrzeby ojciec cię doniesie.

Trzasnęłam się w głowę trzymanym w dłoni butem na absurdalnie wysokim obcasie, komentując tym samym odkrywczy pomysł mamy i wywołując pełen przerażenia okrzyk naszej konsultantki, która zażyczyła sobie, bym przyszła do salonu w ślubnym uczesaniu w celu dobrania od razu welonu.

— Szlag! — warknęłam, bo obcas zaplątał się pomiędzy misternie upięty warkocz i pozostał obok przymocowanego storczyka w natapirowanej części włosów w charakterze oryginalnej ozdoby. — Oczywiście! Proponuję, by jako syrenkę dostarczył mnie w ogromnym akwarium. Do ołtarza jakoś sobie dopłynę.

Poziom prezentowanej przeze mnie zjadliwej ironii zasygnalizował towarzyszącym mi paniom, że lada moment chwycę leżące na podłodze krawieckie nożyce i przerobię suknię według własnego pomysłu, mając w kompletnym poważaniu fakt, że jeszcze za nią nie zapłaciłyśmy.

— Ale Ola, naprawdę się zastanów — zasugerowała Beatka, przyglądając się moim próbom przemieszczania się po przymierzalni. — Nie dokicasz jakoś do ołtarza? Wiesz, małym kicem duży kic…

Małym kicem umknęłam właśnie konsultantce, która usiłowała mnie unieruchomić i wydobyć mi z włosów wplątany już chyba na amen but.

— Sama kicaj — burknęłam, poprzysięgając sobie wybrać dla druhen najwęższe kreacje w salonie. Było to wprawdzie wysoce niesprawiedliwe, ostatecznie tylko jedna druhna robiła wszystko, co było w jej mocy, żeby zostać zdegradowaną na gościa w ostatniej ławce. Pastwienie się nad Laurą, która ze względu na zwichniętą podczas przeprowadzki nogę chwilowo brała udział w wybieraniu sukni za pośrednictwem maili i ­MMS-ów, nie było moim priorytetem. Choć i ona optowała za koszmarną kiecką, w którą na życzenie reszty świty wbiła mnie konsultantka. — Kicająca panna młoda, tego to jeszcze nie było. O uciekającej słyszałam, owszem. Z tego wszystkiego wyjdzie, że i ja będę uciekająca. Tyle że w praktyce zamiast uciec, po prostu nie ruszę się z domu.

— Zawsze możemy ubrać cię w zakrystii — zachichotała pani Eliza, po czym chrząknęła, usiłując spoważnieć na widok mojej rozżalonej miny. — Dobrze, spróbujmy inaczej. Suknię na pewno da się przerobić, żebyś nie musiała wybierać pomiędzy swobodnym oddechem a kicaniem bez przeszkód. Czy możemy panią prosić o dodatki?

— Ależ oczywiście, już kicam! O Boże, przepraszam, przynoszę — spłoniła się konsultantka, której widocznie kicana nomenklatura utkwiła w głowie na dobre.

I pomyśleć, że całe to kicanie było rezultatem pojawienia się w życiu państwa Nawrockich trzytygodniowego, rudego kłębka futra o nieprzyzwoicie długich uszach i jeszcze bardziej nieprzyzwoicie rozbieganych, czarnych oczkach. W dniu, gdy pani Eliza przyniosła toto ze sklepu zoologicznego, grzmiąc z oburzeniem o złych warunkach, w jakich trzymane są małe króliki, świat rodziny Nawrockich rozkicał się na całego. Kicało się do sklepu, kicało na spacer, człowiek po ciężkim dniu w pracy wracał do domu skicany, a zmywarkę do naczyń należało po obiedzie zakicać. Zaś przede wszystkim kicało się wokół nowego członka stada. Kto zaś idei kicania nie rozumiał, ten, no cóż… miał przekicane.

W tej chwili jednak najbardziej przekicane miałam ja, patrząc z rozpaczą na milion błyszczących dodatków, z którymi kicała wokół mnie konsultantka.

— Nie no, błagam… — jęknęłam na tyle, na ile pozwolił mi zaciśnięty wokół talii pasek wysadzany kryształkami Swarovskiego. — Dowieście mi jeszcze więcej tych świecidełek… Problem wąskiego dołu upadnie sam, bo zwyczajnie na dzień dobry przegram z grawitacją…

Cztery pary oczu zgromiły mnie zgodnie i unieruchomiły hipnotyzującym, srogim spojrzeniem. „Koniec protestów”, pomyślałam załamana, zerkając niepewnie w kierunku lustra. Wizualnie moje towarzyszki niewątpliwie miały rację — ani niewygodny syreni ogon, ani ważące tonę i wciąż doczepiane kryształki nie przeszkadzały mi wyglądać wprost olśniewająco. Należało się zastanowić, co wolę: olśniewający wygląd czy szampańską zabawę na własnym weselu. Choć na wesele można się przebrać, i takie rzeczy praktykowały moje koleżanki, wychodząc za mąż…

A jednak w idealnej sukni nadal coś mi nie pasowało. Być może ten właśnie zbyt idealny wizerunek panny młodej, który wybitnie nie korespondował z moją opinią na temat rzeczy zbyt idealnych. To, co zbyt idealne, było nierealne. Albo przynajmniej wysoce podejrzane. Po takiej zbyt idealnej sukni można spodziewać się doprawdy wszystkiego. Na przykład efektownego rozprucia się syreniego ogona w kluczowym momencie, gdy trzeba będzie głośno i wyraźnie wyznać, że TAK. Trudno wyobrazić sobie chwilę lepszą niż panująca wówczas pełna wzruszenia cisza, by szwy sukni puściły z rozmachem, zwłaszcza w tych najbardziej przylegających miejscach.

Wizja siebie samej walczącej o każdy oddech, a zaraz potem w rozprutej kiecce w pełnym gości kościele — to było więcej, niż byłam skłonna znieść.

— Nie! — wrzasnęłam rozpaczliwie. — Chcę przymierzyć coś jeszcze! A wy sobie idźcie na kawę! Na dwie kawy! Byle daleko stąd!

— Aleksandro, co to za wrzaski? — usłyszałam znajome sapanie i przez uchylone drzwi zajrzała głowa mojego przyjaciela, przyszłego szwagra i męża Beatki, Dareczka. — Baby podobno lubią kupować kiecki. Najbardziej te ślubne. A tu odgłosy jak z komnaty tortur!

— Bardzo popularna tortura gorsetem — burknęłam, nie bacząc, że oto ku oburzeniu pozostałych pań do przymierzalni wdarł się mężczyzna. — Świadek, bardzo ci pięknie dziękuję. Nie po to cię na świadka wybrałam, żebyś zawalał kupowanie ze mną kiecki! Od dwóch godzin tu siedzimy i potrzebna mi męska opinia!

— Aleksandro, grzeszysz krzywdzącymi oskarżeniami pod adresem niewinnego — zasapał oburzony Darek. — Spóźniłem się, bo pochłonęła mnie degustacja tortów.

Oczywiście! Tu nie mogłam mieć najdrobniejszych pretensji. Co jak co, ale degustację Darek odpracował z pewnością bardzo sumiennie. Zwłaszcza że nawet nasza dietetyczka z fitness klubu udzieliła nam dyspensy w kwestii spożywania w torcie glutenu.

— Mogłeś zadzwonić — mruknęłam nieco udobruchana, po czym zakrztusiłam się na widok ładowarki do telefonu, którą Darek z ponurą miną wydobył z kieszeni i podetkał mi pod nos.

— Jak? — warknął. — Widzisz, co to piekielne stworzenie zrobiło?

— Ojej, skicało! — zatroskała się pani Eliza, domyślając się, czyim dziełem były oglądane przez nas szczątki kabla. — Daruś, ale sprawdziłeś, czy nic mu się nie stało? Przecież to było podłączone do prądu!

— No właśnie! — burknął. — To jest najlepszy dowód, że złego diabli nie biorą. Gdybym ja spróbował przegryźć taki kabel, już dawno leżałbym martwy! Nie wiem tylko, co by mnie zabiło. Prąd czy matka…

— Matka — oznajmiła dobitnie pani Eliza, łypiąc złowieszczo w kierunku syna. — A od królika bądź łaskaw się odkicać. Żebym nie zaczęła wyliczać, ile kabli ty byłeś uprzejmy zutylizować w dzieciństwie. I trochę później też…

— To się nazywa dyskryminacja — wymamrotał Darek, ale na widok miny pani Elizy postanowił dyplomatycznie zmienić temat. — No dobrze, to ten… No… Co z tą kiecką? Kupujesz? Bo o piętnastej masz coś tam… Malowanie urody…

— Makijaż. Tak, zgadza się. Ale mi męska opinia potrzebna — jęknęłam. — Błagam, Daruś, co myślisz?

Ten poskładał ocalałe fragmenty ładowarki, upchnął je w kieszeni i zapatrzył się na mnie w głębokiej zadumie.

— To fason syrenki — pospieszyła z zachęcającym uśmiechem konsultantka. — Bardzo modny i bardzo korzystny przy takiej drobnej figurze…

Darek nadal przyglądał się sukni, wzdychając od czasu do czasu.

— Syrenka? — ocknął się na słowa sprzedawczyni. — To chyba sam ogon trzeba zostawić? Górę bym obciął, na biust wodorosty… Niektóre są całkiem dekoracyjne! No i doprawdy, bardzo efektowne!

Natychmiast umilkł, bardzo efektownie zdzielony w łeb szpilką, którą w ciężkim wzburzeniu wyszarpnęłam wreszcie z włosów. Istniało spore prawdopodobieństwo, że i na czole mojego świadka wykwitnie całkiem dekoracyjne limo.

— No ale co?! — wrzasnął oburzony. — Ja się tylko wypowiadam w kwestii syrenek! Tak jak kazałaś!

— Miałeś się wypowiadać w kwestii sukni! — warknęłam, wznosząc but do kolejnego ciosu. — Po męsku!

— Dobrze już, dobrze… — Spacyfikowany Darek przyjrzał się krytycznie kreacji i dodatkom. — Kiecka bardzo ładna. Na moje trochę za bardzo się świeci. No i te sznurówki z tyłu chyba będzie trzeba poprzecinać.

— Tak. Niewątpliwie. Jak dojrzeję do tego, żeby cię zabić, i będę potrzebowała większej swobody ruchów. O czym ty, do diabła, chrzanisz?

— Dokładnie o tym, co mi kazałaś — obruszył się. — O męskiej opinii. No więc ci mówię. Męski punkt widzenia. Suknia ładna, ale niepraktyczna. Chodzi o te sznurki. Nie chcesz chyba, żeby Łukasz miał po nocy poślubnej taką traumę jak ja z kiecką Beatki? Ty wiesz, jak to się ciężko rozwiązuje?

Teraz już i torebki pozostałych pań poszły w ruch.

— No co? — Darek podskakiwał po całej przymierzalni, usiłując uniknąć bezlitosnych ciosów. — Chciałem dobrze, po męsku! Czy wam się naprawdę wydaje, że facet w ogóle zauważy, co ona będzie na sobie miała? No chyba że tę pianę i wodorosty, bo przezroczyste! Au, do cholery! Taka prawda! Tu się nie liczy suknia, tylko ogólne wrażenie, że pięknie! Myślicie, że Łukasz zauważy jakiekolwiek szczegóły tej kiecki? Pięć minut po weselu nie będzie pamiętał, czy była z ogonem, czy bez!

— Z trenem — fuknęła Beatka. — Weźcie mi tego ignoranta! Ola, naprawdę nie chcesz wymienić świadka na lepszy model?

— A bierz go diabli — mruknęłam, bo opinia Dareczka w końcu na coś mi się przydała. „Skoro nie dla Łukasza wybierałam od kilku tygodni suknię, to czas najwyższy zacząć wybierać dla siebie”, pomyślałam, nurkując pomiędzy zwoje tiulu i koronki. — Idźcie na tę kawę. Wszyscy. Albo nie! — wrzasnęłam, chwytając Darka za ramię, bo i on poczuł się upoważniony do opuszczenia salonu. — Ty zostajesz. Męska opinia jest bardzo przydatna. A jak już dopadnę tę jedyną suknię, zadzwonię.

— A ty się wyrobisz, dziecko, do ślubu? — zatroskała się moja mama, jednak i ona odetchnęła z ulgą na myśl, że wreszcie ktoś inny będzie się ze mną mordował. Szybko zaproponowała pozostałym paniom pobliską kafejkę i wyszła z przymierzalni wraz z Beatką i panią Elizą, posyłając pełne współczucia spojrzenie umęczonej po kilku godzinach mojego marudzenia konsultantce.

— No przecież nie pójdę do ołtarza w samych szpilkach — jęknęłam. — Spokojnie, mam jeszcze dwie godziny!

Dwie godziny! Tylko cóż to było wobec tysiąca godzin, jakie zdążyłam w ciągu ostatnich tygodni spędzić w salonach sukien ślubnych, szukając tej jednej jedynej, wymarzonej? Każda z przymierzonych kreacji zawierała jakieś jej elementy, ale dlaczego, do diabła, nikt nie wpadł na pomysł, by połączyć je razem i zakończyć happy endem niekończące się przymiarki i rozczarowania?

„Może to znak, że ja w ogóle nie powinnam wychodzić za mąż”, pomyślałam zniechęcona, wyprosiwszy z przymierzalni Dareczka, i rozpoczęłam żmudny proces wyplątywania się przy pomocy konsultantki z baśniowej sukni, która, niestety, do mojej baśni nie pasowała.

— Spokojnie — pani Celina lepiej ode mnie znosiła ślubne rozterki rozkapryszonej panny młodej. Widać nie ja jedna dałam jej popalić i teraz, zaprawiona w bojach, przynajmniej na zewnątrz zachowywała krzepiący uśmiech i wiarę w odnalezienie właściwej kreacji. — Usiądzie pani, przyniosę kawkę i przejrzycie państwo jeszcze raz katalog. Proszę pamiętać, że zawsze jest możliwość przeróbek.

— Albo uszycia całej sukni od zera — westchnęłam, z coraz większym powątpiewaniem zerkając na błyszczący na palcu pierścionek zaręczynowy. Przecież do tej pory było wszystko tak dobrze! Łukasz, amstaff Dragon, zwany piesem-biesem, kot Behemot i ja… Naprawdę nie widziałam potrzeby podklejania naszego scementowanego na mur beton związku jeszcze jakimś papierkiem…

Ale Łukasz widział. To on bardziej marzył o pannie młodej w białej sukni, sunącej ku niemu płynnym, lekkim krokiem ze łzami wzruszenia w oczach. Może i zgodnie z mądrościami Darka nie dotarłoby do niego, czy ową pannę spowija udrapowana na biuście koronka, czy owinięty byle jak wokół sylwetki biały jedwabny obrus z metra, jednak ukochana kobieta w bieli i wsunięty na palec złoty krążek były mu do szczęścia niezbędne. „Tylko w czym ja mam, do cholery, ku niemu płynąć”, pomyślałam z rozpaczą, siadając na kanapie obok Darka, coraz bardziej skłonna rozważyć opcję jedwabnego obrusu.

„Pewnie i mój przyjaciel wolałby w tej chwili omotać mnie wszystkimi obrusami świata, byle mieć wreszcie święty spokój z kiecką i babskim niezdecydowaniem”, stwierdziłam na widok Dareczka, który poległ na kanapie z męczeńską miną, przywalony stosem katalogów przytarganych przez konsultantkę.

— Ta babka zwariowała — wyszeptał do mnie z oburzeniem. — Mamy dwie godziny na obejrzenie tego wszystkiego, wciśnięcie twojej szanownej osoby w kilka kiecek i wybór tej właściwej. Samo wciskanie zajmie co najmniej dobę! Przecież ja tu do tej pory oszaleję!

— Kawa dla państwa — uśmiechnęła się konsultantka, stawiając na stoliku przed nami dwie filiżanki i ignorując mamrotanie Darka na temat potrzeby bardziej znieczulającego napoju. — Bardzo proszę o chwilę cierpliwości, zaraz podejdę. Mam umówioną panią na ostatnią przymiarkę. Właściwie to już chyba bardziej odbiór sukni. Mam nadzieję, że do tego czasu znajdzie pani coś odpowiedniego. Przepraszam na moment.

— Nie ma sprawy — odpowiedziałam z równie promiennym uśmiechem i czym prędzej wcisnęłam Darkowi w ręce pierwszy z przeglądanych katalogów, wykręcając głowę w kierunku drzwi do salonu, gotowa nawet wleźć do przymierzalni tej szczęśliwej kobiecie, która zdołała dokonać wyboru, doczekać dokonania ewentualnych przeróbek i przyjść po odbiór wyśnionej sukni.

Długo czekać nie musiałam. W chwili, gdy Darek z umęczonym wyrazem twarzy przystąpił do wertowania zdjęć, do salonu weszła wyczekiwania przeze mnie w napięciu szczęśliwa panna młoda.

— Dzień dobry! Już idę, pani Karolinko! — rozpromieniła się konsultantka i postukując szpilkami, podbiegła do klientki.

„Mnie na wyjściu rozwinie chyba czerwony dywan ze szczęścia”, przemknęło mi przez głowę, gdy usiłowałam dyskretnie zezować w kierunku prowadzonej do przymierzalni kobiety. Ostatecznie salon sukien ślubnych to takie specyficzne miejsce, gdzie najłatwiej dostarczyć klientce uczucia euforii i głębokich wzruszeń. Tyle że do tych wzruszeń wiedzie wyjątkowo stroma, kamienista ścieżka… Nic dziwnego, że u jej kresu i sprzedawczyni promienieje szczęściem…

Tylko chwileczkę. Czy mnie się wydaje, czy w tym przypadku tylko sprzedawczyni promienieje szczęściem?

Z tym większym zainteresowaniem przyjrzałam się wysokiej, eleganckiej kobiecie pod trzydziestkę, która bez emocji szła za konsultantką, poprawiając co chwilę idealnie upięte, długie, brązowe włosy. Opanowanie, wręcz obojętność, z jaką wymieniała półgłosem uwagi ze sprzedawczynią na temat dokonanych przeróbek, wydawały mi się niepojęte. „Czyżby przedślubne wariactwo było w stanie aż tak wykończyć człowieka?”, pomyślałam ze zgrozą.

— Zaraz — syknęłam zniecierpliwiona do Darka, który wciskał mi pod nos otwarty katalog i z przejęciem stukał palcem w zdjęcie spowitej koronką modelki.

Ale dziwna panna młoda i konsultantka zdążyły już zniknąć za drzwiami przymierzalni. Westchnęłam zawiedziona. Jeżeli Karolina przyjechała jedynie po odbiór sukni, sama, bez ślubnego orszaku, zapewne nie wyjdzie, żeby zaprezentować się światu w wybranej kreacji. Szkoda, może zyskałabym szansę na określenie, w czym ja wyglądałabym dobrze. Bo choć tajemnicza narzeczona wzrostem przewyższała mnie z pewnością o głowę, ciemne, proste włosy, zielonoszare oczy w wyrazistej oprawie i jasna, lekko piegowata karnacja przypominały typ urody, który i mnie przypadł w udziale. Również niezbyt obfity biust i wąskie biodra Karoliny dawały szansę, że zobaczę na niej suknię, która i na mnie leżałaby nieźle. Tylko jak namówić tę chłodną, zdystansowaną kobietę, by wyszła z przymierzalni i zaprezentowała się na prośbę obcej osoby?

— Dobrze już, dobrze, co tam masz? — zwróciłam się do Darka, który najwyraźniej upolował zdjęcie stosownej kreacji i uparł się, żebym i ja je obejrzała. — Wszystko ładnie, pięknie. Poza tym, że musiałabym ją sobie dokleić na górze. Przecież to mi zjedzie kilka sekund po założeniu!

— A to dlatego, że w ogóle nie masz biustu! — oburzył się Darek, któremu suknia bardzo się spodobała. — O tak zwanych pośladkach nie mówiąc! Jedno i drugie godne poszukiwań przez naukowców pod mikroskopem! Istnieją czy nie? Doprawdy, Aleksandro, zrób coś z tym!

— A zafundujesz mi plastykę piersi? — szturchnęłam przyjaciela, wciąż zachłannie wpatrzona w drzwi przymierzalni, które właśnie delikatnie się uchyliły. Serce podskoczyło mi w nadziei na obejrzenie sukni Karoliny. Zamarłam, obiecując sobie zdzielić Darka przez łeb za miażdżącą krytykę odrobinę później.

Po czym jęk zawodu wyrwał mi się z piersi, gdy panna młoda opuściła przymierzalnię ubrana w spodnie i jasny żakiet, w którym tu przyszła. Tuż za nią drobnymi kroczkami biegła konsultantka, trzymając w objęciach wypchany obfitością falban i koronek pokrowiec.

— Przepadło — zakwiliłam żałośnie, spragniona namacalnego dowodu, że w salonie sukien ślubnych można się rozpłakać ze wzruszenia, gdy ma się już kupioną i dopasowaną po poprawkach kreację. Sama chwilowo byłam bliska raczej łez frustracji. — Ta suknia to pewnie w typie balowym? — spytałam, gdy sprzedawczyni pojawiła się obok.

— Przy wzroście pani Karoliny można sobie pozwolić — westchnęła, z zazdrością patrząc za znikającą w wyjściu klientką. Sama, bez wysokich, absurdalnie cienkich szpilek, pewnie była mojego wzrostu. — Pani by dobrze wyglądała przy odpowiednim obcasie. Tylko czy warto? Chciała pani przecież wesele przetańczyć. Zmęczone nogi spuchną, będzie pani chciała na boso ruszyć na parkiet i co wtedy? Ale… — zawahała się przez moment. — Pokażę inną suknię. I jestem gotowa założyć się o głowę, że będzie idealna. Spodoba się pani! Proszę mi dać jeszcze sekundę…

Przez sekundę i kilka nadprogramowych minut gapiliśmy się z Darkiem pełni nadziei w drzwi magazynu, za którymi zniknęła konsultantka. W końcu wróciła, z ulgą na obliczu i białym pokrowcem w dłoniach.

— Że też wcześniej nie pomyślałam! — zawołała, odwieszając suknię w przymierzalni. — Dopiero jak zobaczyłam panią Karolinę! Przecież panie są takie podobne! A tę suknię chciała kupić właśnie pani Karolina! Zakochała się od razu, tylko rodzina i narzeczony strasznie kręcili nosem… No i namówili ją na tę balową. Ale pani nie pozwoli nikomu wejść sobie na głowę — uśmiechnęła się. — Zapraszam do przymierzalni!

Poderwałam się z kanapy i wystartowałam w kierunku przymierzalni, w ostatniej chwili przytrzymując potrąconą filiżankę z resztką kawy.

— Cicho! — wrzasnęłam jeszcze do Darka, który marudził, że powinnam najpierw obejrzeć kreację, zamiast marnować czas na sznurowanie kiecki, która być może wcale nie przypadnie mi do gustu.

— Góra też jest dopasowana — uprzedziła sprzedawczyni, wyciągając suknię z pokrowca. — Ale dół układa się zupełnie inaczej. No i nie będzie kłopotu, że gorset spada z biustu, bo tu mamy rękawki. Zobaczy pani, to będzie ta!

Sama w aż taki nadmiar szczęścia nie bardzo mogłam uwierzyć, jednak gdzieś w sercu piknęła nieśmiało nadzieja. Zamknęłam oczy, czekając niecierpliwie, aż konsultantka upora się z drobniutkimi guziczkami na plecach.

— Pani Olu, żadnej innej pani nie pokażę. – Promienny uśmiech rozjaśnił twarz konsultantki, gdy stanęła obok, przyglądając się końcowemu efektowi. — A pani zrobi okropną głupotę, wybierając inną. Jeszcze buty i zapraszam do lustra. Wygląda pani olśniewająco.

„Ta, czy na pewno? Oby to wreszcie była ta jedyna”, modliłam się w duchu, nieśmiało odwracając się w stronę lustra, choć suknia fasonem w niczym nie przypominała mierzonych wcześniej, wzbudzających powszechny zachwyt kreacji.

Ale cudza opinia przestała się liczyć w chwili, gdy zobaczyłam swoją drobną sylwetkę w wybranej przez konsultantkę sukni.

Dopasowana góra, uszyta z delikatnej koronki z kwiatowym wzorem, odsłaniała ramiona za sprawą opuszczonych nisko, wąskich rękawków i dekoltu w łódkę, który na plecach przechodził w głębokie V. Koronka z prawej strony kończyła się w okolicy talii, z lewej zaś zachodziła na biodro. Spod niej wypływał subtelnie połyskujący, puszczony luźno, lejący się materiał, nadający figurze lekkości i wdzięku oraz zakrywający zbyt wąskie biodra i umięśnione po latach ćwiczeń nogi.

— I co? — konsultantka wygładziła materiał i zebrała lekko koronkę w okolicach talii. — Jest pani gotowa powiedzieć „tak” w takiej sukni?

— W tej sukni jestem gotowa powiedzieć wszystko — westchnęłam, wpatrzona roziskrzonym wzrokiem w swoje odbicie w lustrze.

* * *

Wbrew przewidywaniom Dareczka drobne przeróbki, jakim należało poddać moją (moją, moją, naprawdę moją!) suknię, nie uwzględniały wypchania biustu kłębem waty ani wszywania tiurniury imitującej pośladki. Wystarczyło odrobinę skrócić, dopasować w talii i najdalej za dwa tygodnie można było odebrać kreację z salonu.

Problem, komu powierzyć tak odpowiedzialną misję, na szczęście sam się rozwiązał.

— Mieszkam niedaleko tego pałacyku, w którym będzie wesele — oznajmiła konsultantka, gdy przyjechałam na przymiarkę. — W piątek wieczorem przywiozę suknię. Pani musi zabrać buty, welon i biżuterię. W ramach podziękowania pozwolę sobie przyjść na samą ceremonię i zrobić kilka zdjęć. Naprawdę, suknia pasuje idealnie i fotografie będą się świetnie prezentowały w pamiątkowym albumie w salonie.

Zachwycona uściskałam kobietę. Widziałam ten pamiątkowy album, w którym fotografie najpiękniejszych panien młodych mogły śmiało konkurować z profesjonalnymi zdjęciami modelek. Wszystkie wykonała właśnie Celina, która nie dość, że obdarzona była wyśmienitym wyczuciem stylu, to jeszcze od lat oddawała się pasji fotografowania ślubnych kreacji, fryzur i makijażu. Czyżbym i ja z moim wzrostem krasnoludka miała być choć przez chwilę gwiazdą obiektywu?

Z rozwianym włosem, na tle różanego klombu, spowita tiulem welonu, tuląc do twarzy bukiet orchidei… i usiłując się nie wywalić, bo do nieszczęsnego klombu będę musiała przedrzeć się w białych, połyskujących powleczoną brokatem koronką szpilkach przez jakiś trawniczek. Zresztą jak znam życie i siebie, to nie tylko włos rozwiany, ale i rozmazany makijaż zostanie uwieczniony na zdjęciu, gdyż po latach biegania w sportowym obuwiu byłam w stanie wytrzymać w szpilkach na nogach przez trzy, góra cztery godziny, i to pod warunkiem, że grunt pod nogami miałam w miarę pewny. Kicanie przez trawniczki po uroczystych zaślubinach przekraczało moje możliwości i wizja rozwianych włosów oraz różanych klombów zaczęła mnie napawać lekkim niepokojem. „Może powinnam zacząć trenować, żeby jeszcze przed samym ołtarzem nie było wtopy”, pomyślałam, przyglądając się krytycznie ośmiocentymetrowym obcasom. Niekoniecznie biegi przez płotki, ale przejść się od czasu do czasu po mieszkaniu…

— I porysować świeżo położone panele — jęknął Łukasz, wchodząc do domu, witany przez narzeczoną, wyższą wprawdzie o osiem centymetrów, jednak chwiejącą się niebezpiecznie i wymagającą natychmiastowego wsparcia na męskim ramieniu. — Chryste, Aleksandra! Czy tobie rozum już zupełnie odjęło? Kto kupuje buty na takim obcasie, jeżeli nie potrafi w nich chodzić? I to za małe — dodał, gdy plącząc się w zeznaniach, usiłowałam wytłumaczyć zależność pomiędzy wysoką temperaturą na dworze, zmęczeniem po całym dniu w pracy i nieuchronnym w takich warunkach opuchnięciem stóp. — Nikt ci nie da gwarancji co do pogody za dwa tygodnie, a w butach, o ile mnie pamięć nie myli, musisz wytrzymać przynajmniej samą ceremonię i jeszcze wesele. A po drodze sesję zdjęciową, gratulacje, przyjmowanie kwiatków i cały ten ceremoniał dla osób, które będą tylko na ślubie! Błagam, nie mów, że wtedy nie spuchną ci stopy!

— No właśnie coś mi mówi, że spuchną o wiele gorzej — wymamrotałam nieszczęśliwa, przysiadając na szafce z butami. — Tylko co ja mam teraz zrobić?

— Normalny człowiek pomyślałby o wymianie butów — mruknął Łukasz. — Masz paragon? Pojedziemy, grzecznie poprosimy o wymianę na większy numer i zakończymy twoje katusze. Moje też przy okazji, bo przez cały ślub będę się denerwował, co sobie połamiesz w pierwszej kolejności.

— Ten brak wiary jest krzywdzący — nadąsałam się, pocierając nogę tuż nad kostką, bo już po kilku krokach udało mi się ją z lekka nadwyrężyć. Tym bardziej zaparłam się, że nie wymienię butów. Choćbym miała, zgodnie z ponurym proroctwem Łukasza, spędzić miesiąc miodowy w gipsie!

Poza tym istniał jeden mały problem…

— Jak chcesz jechać po moje buty w większym rozmiarze, radzę startować natychmiast. I zatankować bak do pełna — zwróciłam się do narzeczonego. — Sama chciałam przymierzyć większe.

— I co ci przeszkodziło?

— Odległość — powiedziałam z przekąsem. — Jedyny sklep z moim rozmiarem jest w Krakowie. A i tam mają tylko jedną parę. O ile jeszcze mają. Powodzenia.

— O — zdziwił się niemile Łukasz. — Ale chyba można zamówić. Kupić internetowo. Najwyżej odeślesz, co za problem.

— Żaden, żaden problem, niech to szlag trafi — warczałam pół godziny później, tłukąc w klawiaturę laptopa z rozpaczą i wyszukując adresy sklepów, w których udałoby się jeszcze znaleźć moje wymarzone buty w większym rozmiarze. Bo z krakowskiego zdążyły już zniknąć. W pozostałych zaś salonach nigdy takowych nie było i zapewne nie będzie. Przynajmniej nie przez dwa tygodnie, dzielące mnie od stanięcia przed ołtarzem.

Wyglądało na to, że przyjdzie mi podzielić los brzydszej siostry Kopciuszka i poprzycinać pięty i paluszki na stosowną długość.

Tylko że bohaterska ofiara z części własnych nóg nie zaprowadziła jej bynajmniej do pałacu i długiego, szczęśliwego życia u boku księcia!

— Oj, no już nie przesadzaj — skarciła mnie wezwana na pomoc Beatka, przyglądając się wykwitłym na moich piętach otarciom. — To drobne pęcherze. Nogi wytrzymają, buty zresztą też. Pomyśl, byłoby znacznie gorzej, gdybyś naprawdę usiłowała się wcisnąć w szklane pantofelki — zachichotała. — Ja ślub przetrwałam, to i ty dasz radę. A buty miałam za małe o rozmiar. Ty masz chociaż dopasowane.

— Ale ja nie zamierzam podrzeć pończoch, latając całe wesele na bosaka! — jęknęłam.

— Nie na bosaka, tylko w japonkach — przypomniała Beatka. — Zresztą były białe i z kryształkami. Ale masz rację, ja miałam buty na niższym obcasie. Zmieniając je na klapki, nie zamiatałam szczególnie mocniej trenem…

Zamarłyśmy przez chwilę, wpatrzone beznadziejnie w moje wyśnione buty, które miały wszelki potencjał, by zmienić weselne pląsy w pełen pęcherzy i obtarć koszmar.

— A gdyby tak… — Beatka wzięła do ręki jeden z butów i pogładziła z przyjemnością wysoki, wąski obcas. — Ola, ty jednak jesteś cielę! Masz piętro wyżej ekspertkę od latania w szpilkach, i to tych najbardziej niewygodnych! Jeżeli Laura nie rozwiąże ci tego problemu, to ja już nie wiem! Dawaj nóż i zaczynamy obrzynać paluszki!

Wzdrygnęłam się na myśl o kolekcji noży kuchennych, którą z upodobaniem gromadziłam od lat i w której znalazłoby się niejedno stosowne narzędzie. Bez względu na miłość, jaką darzyłam moje noże, wolałabym żadnemu z nich nie powierzać misji dostosowania moich stóp do ślubnych butów. Czym prędzej chwyciłam za telefon.

O ekspertce od szpilek miałam święte prawo nie pamiętać, gdyż zaledwie tydzień temu wprowadziła się do mieszkania piętro wyżej, które od czasu zabójstwa naszej fatalnej sąsiadki Sabiny i aresztowania jej partnera stało puste. Owiane sławą nawiedzonego lokum, choć daleko mu było do koszmarnej posiadłości z wybitymi oknami i skrzypiącą przeraźliwie podłogą, długo nie mogło znaleźć nowego mieszkańca. Do czasu, gdy po powrocie z bieszczadzkich wojaży moja kuzynka Laura postanowiła osiedlić się z powrotem w rodzinnym mieście.

— Tęsknić nie będę — chlipnęła nieco zbyt teatralnie, gdy wraz z pośrednikiem handlu nieruchomościami weszłyśmy do mieszkania. — Ani za Bieszczadami, ani za Mariuszem. No, może trochę za rodzicami… To mieszkanie spada mi z nieba. Z duchami czy bez, biorę.

Odetchnęłam z ulgą, gdyż lokum zamordowanej niedawno w naszym osiedlowym parku Sabiny było najwygodniejszym i najładniejszym z oglądanych przeze mnie na prośbę Laury mieszkań. Nowocześnie urządzone i świeżo wyremontowane, służyło poprzednim lokatorom zaledwie przez dwa miesiące. Jedynym powodem, dla którego nie znalazło jeszcze nabywców, była groźba potencjalnego nawiedzenia.

Jednak Laury, popularnej autorki horrorów, ewentualni współlokatorzy z zaświatów nie zniechęcali w najmniejszym stopniu. Zadowolona z taniego, wygodnego mieszkania, i to w dodatku piętro nad lubianą kuzynką, bez zastanowienia podpisała umowę kupna lokalu i dwa dni po przyjeździe zwichnęła nogę w kostce, balansując na drabinie i zawieszając firanki.

— Wszystko przez te klapki! — fuknęła, patrząc z obrzydzeniem na fioletowe japonki, które ściągałam jej z puchnącej w rekordowym tempie stopy. — Jak nie serce, to noga. Zawsze wam mówiłam, nie służą mi ani buty trekkingowe, ani w ogóle żadne na płaskiej podeszwie.

Jęknęłam przerażona wizją Laury skaczącej po drabinie na dziesięciocentymetrowym koturnie. Chociaż znając kuzynkę i jej szczęście, w takim właśnie obuwiu miałaby największą szansę przetrwać urządzanie nowego mieszkania. Sztuka, która dla mnie skończyłaby się połamaniem nóg, rąk, kręgosłupa i całej reszty, jaką jeszcze można połamać.

— Ale w czymś przecież po górach chodziłaś z Mariuszem? — zainteresowałam się, gdyż niedoszły małżonek mojej kuzynki, wiedziony szaleńczą miłością do bieszczadzkich połonin, zabierał tam Laurę od lat na każdy możliwy urlop, a w końcu postanowił zabrać skutecznie. Udało mu się w znikomym stopniu. Laura w Bieszczadach wytrzymała zaledwie rok. W przeciwieństwie do swoich rodziców, którzy zapragnęli wraz z córką i przyszłym zięciem osiedlić się w górach. Wybudowali niewielki, urokliwy pensjonat i długo nie mogli pogodzić się z decyzją Laury — tak o zostawieniu gór, jak i Mariusza.

— W czymś tam, a i owszem — westchnęła Laura. — To coś wyleciało do pomieszczenia gospodarczego, zanim jeszcze wtargałam tu resztę swoich rzeczy. Żal mi wyrzucić, bo całkiem dobre te buciory kupiłam. Tylko że wędrówka w nich przez resztę życia byłaby dla mnie udręką. Ja jestem jednak miejskie stworzenie.

— Powiedziała ta, która w sypialni ma swoje zdjęcie z sosenką na Sokolicy — zakpiłam, bo wbrew deklarowanej niechęci do górskich szlaków, najukochańszym miejscem Laury były Pieniny. Być może gdyby Mariusz przystał na zamianę jednych gór na drugie, to ja dziś szykowałabym się do wyjazdu na ślub kuzynki.

— Bo w Pieninach da się chodzić w glanach — ucięła Laura i zażądała zademonstrowania moich wygibasów w ślubnym obuwiu. — Mon Dieu… Ola, kup ty lepiej białe adidasy…

— To mi pomóż znaleźć odpowiednie — zezłościłam się, z nerwów łapiąc równowagę bez trzymania się futryny. — I z odpowiednią podeszwą, bo suknia jest już w trakcie przeróbek. Mam teraz zadzwonić, że proszę o skrócenie jej do kolan?

— Do kolan niekoniecznie, ale w wersji mini wyglądałaby całkiem, całkiem — parsknęła śmiechem Laura, chwytając smartfona i przeglądając przysłane zdjęcia ślubnej kreacji. — Z takimi nogami mogłabyś wystąpić w krótkiej kiecce.

— Z takimi nogami świetnie wyglądam w mini, o ile mam obcas — jęknęłam i padłam bezwładnie na fotel. — Wracamy do punktu wyjścia. Milady, błagam, zrób coś…

— Oczywiście, że zrobię. — Kuzynka wzruszyła ramionami. — Daj mi te buty na trzy dni. Popsikam sprejem do rozciągania skóry, założę na czas rozkładania rzeczy po szafach i po problemie. Uwierz, jeżeli jestem w stanie dopasować buty do swoich halluksów, to twoje zgrabne stópki wejdą w nie idealnie.

Normalnie niechętnie powierzyłabym swoje buty innej osobie, jednak na czary-mary odprawiane przez Laurę nad przyciasnymi lub niedopasowanymi butami zawsze patrzyłam z nabożnym podziwem. W głowie nie chciało mi się pomieścić, jakim cudem kobieta z tak niewiarygodnym talentem do łapania kontuzji dolnych kończyn była zdolna bez wykoślawiania, utykania i potykania się na każdym kroku biegać swobodnie i z wdziękiem na szpilkach, które mnie samej swą wysokością przywodziły na myśl szczudła. Jeszcze większy ewenement stanowił fakt, że wszystkie wypadki i kontuzje przytrafiały się jej, ilekroć Laura spływała z wysokości i zakładała obuwie na płaskiej podeszwie. Kolano uszkodziła, spadając ze schodów w sandałkach, a halluks, posiadany przez nią w ilości sztuk jeden, powstał, gdy wsiadając do samochodu w delikatnych balerinach przytrzasnęła sobie stopę, łamiąc przy okazji paluch. Ponieważ złość na zniszczone buty bolała Laurę znacznie bardziej niż noga, częściowo utykając, a częściowo podskakując, udała się jeszcze tego samego dnia z poszkodowanym obuwiem do szewca. Na wycieczkę do szpitala i prześwietlenie stopy już jej sił i motywacji zabrakło. Wychodząc ze słusznego założenia, że każda kontuzja w końcu się zagoi, przez kolejne dwa tygodnie moczyła nogę w altacecie. A potem, zaaferowana premierą najnowszej książki, z rozpędu wskoczyła w ukochane szpilki. Na spotkanie autorskie dotarła, zdołała także przetrwać czterogodzinne podpisywanie książek, po czym — z dziąsłami totalnie zdrętwiałymi od długotrwałego produkowania uśmiechu — z trudem poinformowała Mariusza, że bez interwencji lekarskiej chyba się nie obejdzie. Wprawdzie ciężko jej było się zdecydować, czy pierwszeństwo powinna mieć interwencja chirurgiczno-ortopedyczna, czy też raczej dentystyczna, jednak Mariusz, człowiek zdecydowany, czym prędzej wsadził Laurę w samochód i zawiózł do szpitala, skąd moja kuzynka wyszła o kulach, z nogą w gipsie i totalnym załamaniem nerwowym. Bo przecież to był jakiś absurd, unieruchomić ją w okresie premiery książki w gipsowym opatrunku, zdaną na łaskę i niełaskę balerinek, w dodatku z perspektywą operacji, na którą nie zamierzała wyrażać zgody! Nie pomogły prośby i wielogodzinne przemowy Mariusza, nie pomogło pokazywanie złamania na zdjęciu rentge­nowskim, bez echa pozostało walenie pięścią w stół i głową w ścianę.

— Już raz mi nogę operowali — uparła się Laura, której odwieczny nadmiar energii znalazł tym razem ujście w doprowadzeniu Mariusza do rozpaczy. — Niekończąca się rehabilitacja, zastrzyki i perspektywa, że cały ten cyrk i tak niewiele da. Kości mają to do siebie, że się zrastają. To i mój palec się zrośnie. Wszystko w temacie. Adieu.

Palec zachował się dokładnie tak, jak żądała tego od każdej kości Milady. Zrósł się, bo i dlaczego nie miałby się zrosnąć. Problem polegał jedynie na tym, że Laura nie dość precyzyjnie sformułowała swoje oczekiwania. Bez wsparcia ze strony chirurga zrósł się bowiem dość krzywo. Stopa uparcie odmawiała powrotu do formy, choć przestała boleć i dała Laurze spokój przynajmniej na czas wypłynięcia na powierzchnię bardziej bolesnych spraw. Na przykład faktu, że — pomimo silnej więzi z Mariuszem — uczucie Laury do bieszczadzkich szlaków, wykluczających bieganie na szpilkach i narzucających odległość od ukochanego wydawnictwa, nie było namiętną miłością. Mogła spędzać w Bieszczadach wakacje. Mogła dwa razy w roku wyciągać znienawidzone buty turystyczne i chodzić po górach, wymagających ciągłego zmagania się z lękiem przestrzeni. Przeprowadzka na stałe była ponad jej siły. Po roku wróciła do Poznania ze złamanym sercem, któremu żadna operacja nie byłaby w stanie pomóc.

— I widzisz? Do bani ci wszyscy chirurdzy — wyszlochała mi w słuchawkę tuż po ostatecznej rozmowie z Mariuszem. — Nawet serca porządnie w gips nie wsadzą, to skąd ja mam wiedzieć, czy nie popsują mi bardziej nogi…

Cóż miałam zrobić? Zawracanie głowy Milady operacją stopy i sugestiami, by z sercem udała się raczej do psychologa, a nie ortopedy, nie miało najmniejszego sensu. Mając zaś na koncie kilka związków ciągniętych na siłę i bardziej z przyzwyczajenia niż autentycznej, prawdziwej miłości, byłam ostatnią osobą, która namawiałaby kuzynkę do dania drugiej szansy Mariuszowi i Bieszczadom. Pozostawić ją na pastwę losu i tułaczki po agencjach nieruchomości nie miałam sumienia. Zwaliwszy na Łukasza i Darka część obowiązków związanych z własnym weselem, do biegania w ramach treningów dołożyłam bieganie za odpowiednim lokum dla Laury i zaczęłam gimnastykować się, by i kuzynce tuż po przyjeździe poświęcić jak najwięcej czasu.

Ten ostatni problem rozwiązała zresztą sama Laura, przyjmując rolę trzeciej druhny. Najlepszą terapią na złamane serce był dla niej bowiem nawał obowiązków, a w przeciwieństwie do wielu kobiet nie przeszkadzało jej patrzenie na cudze szczęście, podczas gdy jej własne dopiero co legło w gruzach.

— Z przyjemnością popatrzę na coś z happy endem — oświadczyła kategorycznie. — W moich książkach szczęśliwych zakończeń raczej nie wypada produkować. W życiu też, póki co, jakoś mi nie wyszło. A tak mam szansę odzyskać nadzieję, że coś na tym świecie jednak dobrze się kończy. Dla mojej higieny psychicznej bardzo proszę mnie z tej imprezy nie wykluczać.

Wbrew obawom rodziny, która i tak miała już kiepskie mniemanie na temat stanu umysłu i kondycji psychicznej Milady, nadmiar zajęć związanych z przeprowadzką, moim ślubem i pisaniem nowej powieści wyszedł Laurze tylko na dobre. Szybko zaprzyjaźniła się z Nawrockimi, złamane serce lecząc spacerami z Dragonem, w którym za sprawą wspólnej namiętności do obuwia znalazła prawdziwie bratnią duszę. Wystarczył tydzień, by odzyskała względną równowagę po rozstaniu z Mariuszem, a i górskim butom wybaczyła na tyle, by nie wyrzucać ich na śmietnik.

— Tylko bardzo cię proszę — powiedziała stanowczo, gdy rozsiadłyśmy się wśród wtarganych przy pomocy Łukasza i Darka kartonów. — Zorganizowałaś mi lokum i zajęcie, za co dozgonnie będę ci wdzięczna. Ale faceta mi na razie nie organizuj. Przynajmniej przez najbliższe tysiąc lat. Potem może emocje opadną i zdołam uwierzyć, że mam jeszcze szansę na szczęśliwy związek bez nieustannego zawracania głowy i wymuszania tak zwanych kompromisów.

Stropiłam się nieco, bo i tutaj miałam już pewną błyskotliwą koncepcję, jak uzdrowić serce kuzynki bez uciekania się do gipsu i innych medycznych zabiegów.

— Może i wcale nie będę musiała — zaczęłam dyplomatycznie. — Ten twój redaktor… nie zorganizuje się sam w charakterze innym niż zawodowy? Nie musicie niczego omówić przy kawie? Chyba powinien być na bieżąco, a ty mu na rok umknęłaś w górskie knieje?

Laura spojrzała na mnie z niedowierzaniem, po czym wybuchła głośnym śmiechem.

— Mon Dieu, wiedziałam, że będziesz mieć głupie pomysły! Ale aż tak głupiego się nie spodziewałam! Może i Krystian się nieco za mną stęsknił, ale jedynie na tle zawodowym! A omawiać przy kawie niczego nie musimy, bo omawialiśmy wszystko średnio raz dziennie za pośrednictwem poczty mailowej, telefonu oraz Facebooka. Zresztą, uwierz mi, nadmiar tego omawiania powoli zaczyna mi bokiem wychodzić. Kawę może bym i z nim wypiła, ale bez omawiania i natrętnych pytań, dlaczego nazwałam bohaterkę „Honorata”. To pracoholik, perfekcjonista z wiecznym „dlaczego” na ustach i znakiem zapytania w spojrzeniu. I terminarzem w ręku. Kocham z nim pracować, ale w życiu prywatnym popełniłabym zbrodnię stulecia. A potem żałowała do końca świata.

W myślach dokonałam szybkiego podsumowania posiadanych wiadomości na temat Krystiana, bo jakoś nie chciało mi się wierzyć, by Laura z takim służbistą wisiała dobrowolnie na telefonie przynajmniej godzinę dziennie, cierpiąc przy omawianiu fabuły najnowszej powieści. Ilekroć rozległ się charakterystyczny dzwonek telefonu przypisany właśnie redaktorowi, pędziła odebrać, taranując wszystko i wszystkich, którzy mieli wątpliwe szczęście znaleźć się na jej drodze. Nie było większej tragedii niż nieodebrany telefon z wydawnictwa. Więc niech mi tu nie mydli oczu, że przystojny redaktor jest kiepskim kandydatem na towarzysza przy kawie! Na razie tej w miejscu publicznym, choć nie wykluczałam i porannej za czas jakiś…

— O, no właśnie widzę! — zawołałam z triumfem, bo gdzieś w przeprowadzkowym bałaganie rozległ się charakterystyczny dźwięk dzwonka. Laura, choć jeszcze nie do końca sprawna po pechowych wygibasach na drabinie, poderwała się z miejsca niczym rażona prądem.

— Mon Dieu, Krystian! — jęknęła, rozglądając się w popłochu w poszukiwaniu telefonu. — Gdzie ja to cholerstwo mogłam podziać? A ty mi przestań tu chichotać, Olusia! Bo cię uśmiercę w następnej książce! W wyjątkowo krwawy i bestialski sposób!

Pogroziłam jej pięścią, bardziej obrażona za znienawidzone zdrobnienie, którym rodzina katowała mnie od dzieciństwa, niż za groźbę bycia czarnym charakterem w jej kolejnej powieści. Do tego, że każdy z otoczenia Laury pojawiał się w jej utworach, zdążyliśmy się przyzwyczaić. Nie było szans, by uniknąć stania się inspiracją dla wyobraźni Milady. Pozostało jedynie martwić się o sposób, w jaki człowiek zostanie przez nią obsmarowany. O to, czy zginie już na pierwszych stronach, czy też w mękach doczołga się do końca powieści. W ramach wyjątkowego bonusu można było też zostać psychopatą. Do tej pory taka sztuka udała się tylko mojemu ojcu, czego wszyscy zgodnie mu zazdrościliśmy.

Sama również miałam chrapkę na rolę szalonej morderczyni w jednej z książek kuzynki, postanowiłam więc zaprezentować swoje sadystyczne skłonności i poznęcać się nad kopiącą rozpaczliwie wśród sterty ciuchów Laurą. O wiele szybciej zlokalizowałam telefon na szczycie rozkładanej drabinki i tylko czekałam na okazję, by rzucić na niego jakąś część garderoby i skutecznie go zamaskować. Moment, gdy Laura zanurkowała w kartonie z bielizną, był idealny. Dyskretnym ruchem sięgnęłam po bluzę i zamachnęłam się w kierunku drabinki.

Nie doceniłam refleksu Laury.

— No wiesz, jesteś jędzą! — jęknęła, podrywając się spomiędzy kartonów i rzucając do drabinki. — Do końca życia będę cię nazywała Olusią!

Wobec takiej groźby odpuściłam głupie żarty i kopniakiem usunęłam Laurze z drogi piłkę gimnastyczną, na której uwielbiała siedzieć podczas pisania. Widząc, jak z drogi znika ostatnia przeszkoda dzieląca ją od odebrania upragnionego telefonu, Laura z triumfalnym okrzykiem wykonała piękny skok, który pewnie pozwoliłby jej dopaść do smartfona… gdyby nie poniewierający się pod nogami kabel. Zauważyła go za późno. Podeszwa wsuwanego domowego buta na wysokim koturnie zaplątała się w zwoje porzuconego byle jak przedłużacza, a ponieważ kabel był z gatunku tych grubych i solidnych, nie ucierpiał w wyniku nagłego kontaktu z nogą Laury. W przeciwieństwie do buta, którego wierzch, szarpnięty z impetem przez próbującą złapać równowagę Laurę, oderwał się z głośnym trzaskiem. Głośny był również przerażony krzyk Laury, która zachwiała się wprawdzie niebezpiecznie, jednak zdopingowana pragnieniem odebrania telefonu w jednym buciku, niby Kopciuszek, dopadła wreszcie drabinki.

Tyle że księciu znudziło się czekać, aż potencjalna księżniczka odbierze.

— No i masz swoje głupawe dowcipy! — jęknęła Laura, nerwowo wybierając numer. — Pewnie coś ważnego!

— Jak ważnego, to sam zadzwoni. — Popukałam się znacząco w głowę. — Za pięć minut, za dziesięć albo i jutro. Mam poważne obawy, że tak od razu nie umrzesz z braku codziennej konwersacji z Krystianem. A jeżeli umrzesz, to zalecam jednak przemyśleć sprawę randki. Choćby i z terminarzem w ręce.

— Jak umrę, to Krystian mnie zabije za niedotrzymanie terminów — zakwiliła boleśnie Laura. — Mon Dieu, nie odbiera!

— Jak kocha, to zadzwoni — mruknęłam, uchylając się przed lecącym w moją stronę rozerwanym klapkiem na koturnie. — Milady, błagam! Taka histeria na punkcie obcego faceta?

Laura łypnęła na mnie zielonym okiem wyjątkowo nieżyczliwie.

— Nie żaden obcy, tylko mój redaktor — oznajmiła z naciskiem. — A głównym przykazaniem praktykującego pisarza jest: Szanuj redaktora swego, możesz mieć gorszego. Ja nie chcę gorszego. Więc bądź łaskawa zrobić coś do picia, bo muszę sprawdzić maila.

„Sprawa nie jest zupełnie przegrana”, zawyrokowałam w duchu, poprzysięgając sobie wydłubać z i tak już napiętego do granic możliwości grafiku jeszcze odrobinę czasu na bliższe przyjrzenie się redaktorowi Laury. Nie bardzo wprawdzie widziałam, skąd mogłabym ten czas wydłubać, skoro i tak przez ostatni miesiąc wyczyniałam przeróżne sztuki przeczące prawom fizyki, usiłując przedłużyć dobę przynajmniej o dwanaście godzin, zmieścić się ze wszystkim, co zaplanowałam, i opanować sztukę spania z otwartymi oczami jak zając. Póki co zdołałam jedynie dopracować do perfekcji sztukę takiego malowania oczu, by zamaskować wieczne niedospanie i chociaż wyglądać jak normalnie funkcjonująca osoba. Bo samo normalne funkcjonowanie dawno było poza moim zasięgiem.

Póki co jednak tematu Krystiana nie należało zbytnio przeciągać. Łypanie przez Laurę zielonym okiem było wystarczająco czytelnym sygnałem, że człowiek wkroczył na niebezpieczne obszary, z których trzeba się jak najszybciej ewakuować, zanim moja twórcza kuzynka postanowi osobiście wcielić się w psychopatkę z pisanych przez siebie horrorów i nieco wyrwać się poza ramy literackiej fikcji. Z niewiadomych powodów łypanie drugim, brązowym okiem można było potraktować bardziej ulgowo. Przynajmniej o tyle, że człowiek nie musiał od razu bać się o swoje życie.

Przyczyny, dla których Laura dostała od życia szansę łypania raz zielonym, raz brązowym okiem, nie były dla naszej rodziny niczym dziwnym. Od pokoleń bowiem zdarzały się przypadki, że zielony kolor oczu powiązany był z ciemniejszymi, brązowymi lub jasnymi, miodowymi plamkami na tęczówce. Były one rozmieszczone czasem gęściej, czasem zdawały się ledwie widoczne. Bywało również tak jak w przypadku mojej kuzynki — podczas gdy lewe oko było czystej zielonej barwy, plamki na prawym występowały tak gęsto, że oko wyglądało, jakby było brązowe. Nikt nie próbował zbytnio wnikać w ten fenomen, poza samą Laurą, która od lat farbowała włosy na czarno i bardzo irytował ją fakt, że przy ciemnej oprawie oczu i kruczoczarnej czuprynie różnica w barwie tęczówek tym bardziej rzucała się w oczy. Od kilkunastu lat zakładała brązowe soczewki kontaktowe o zerowej mocy, męczeńsko kreując się na brunetkę, choć znacznie bardziej lubiła zielony odcień lewego oka. Tylko ci, którzy znali ją od dzieciństwa, wiedzieli, jakiego naprawdę koloru są tęczówki Milady. Przypuszczałam, że nawet Mariusz rzadko widywał ją bez soczewek.

W rzadkich chwilach, gdy nie musiała wychodzić z domu i nie spodziewała się żadnych wizyt, Laura z ulgą rezygnowała z brązowych soczewek i w pełni korzystała z władzy nad bliskimi, jaką dawało jej łypanie zielonym, groźniejszym okiem. Nie potrzebowałam lepszej zachęty, by udać się do kuchni i zaparzyć kawę.

Przystanęłam przy parapecie, usiłując wygrzebać z dna słoiczka resztki karmelowej inki, którą Laura uważała za jedyny napój niosący natchnienie i która, niestety, nie była dostępna w każdym sklepie. Podczas zajęć innych niż pisanie Milady była skłonna korzystać i z łatwiej dostępnych napojów, zaczęłam się więc zastanawiać, czy nie lepiej w tej chwili zaparzyć zwykłą kawę rozpuszczalną lub w ramach budowania tkanki tłuszczowej w okolicach biustu nie przynieść z dołu orzechowego cappuccino, które namiętnie piliśmy z Łukaszem i którego zapas był w domu zawsze pod ręką. Poza obsesyjnym dziubaniem sałatek Laura nie wykazywała chęci ograniczania jedzenia i napojów do wersji niskokalorycznej. A cappuccino i mnie dobrze by zrobiło, bo w perspektywie miałam dziś jeszcze medytowanie z Beatką, Agnieszką i Laurą nad usadzeniem gości weselnych.

Pozostawało tylko pytanie, czy i herbaty albo zwykłej kawy Laura nie zapomniała nabyć w ferworze przeprowadzki. Otwarłam szafkę i sięgnęłam po puszkę z rozpuszczalną Nescafé Créme, gdy z pokoju dobiegł mnie bolesny okrzyk.

— Nie ma! — zawołała Laura z błędnym wzrokiem, siedząc na podłodze przy włączonym laptopie i rozpaczliwie gryząc skórki przy paznokciach. — Przecież jeszcze rano był! I jak ja mam niby teraz sprawdzić pocztę?

Ostatni, pełen żałości okrzyk uświadomił mi, że to nie nieobecnej chwilowo karmelowej inki brakuje Laurze do szczęścia.

— Jak to nie ma? Przecież nie zmieniałaś operatora. Nikt tu nie grzebał, a modem jest nowy — rzuciłam, zniecierpliwiona atakiem histerii w wykonaniu zazwyczaj odpornej na spazmy kuzynki. Za nic w świecie nie dam sobie wmówić, że tak reaguje się na chwilowy brak możliwości kontaktu z obojętnym sobie, przypadkowym mężczyzną. — Może jakaś awaria. Odbierzesz maila na komórce. Spokojnie.

— Ale na komórce nie odpiszę — wymamrotała Laura, niechętnie pozwalając odsunąć się od komputera. — Krystian byle pierdołą nie zawracałby mi głowy. Aleksandra, proszę, zrób coś z tym internetem!

— Co mam niby zrobić? — mruknęłam, usiłując podłączyć się do sieci. — Takie rzeczy u mnie załatwia Łukasz. U ciebie też może, ale dopiero pod wieczór. Ma dziś jakąś ważną delegację i wątpię, żeby objawił się przed dwudziestą. Trudno, musisz jakoś te trzy godziny przeżyć. Choć wiem, że objawy głodu mogą być bolesne.

— Bardzo zabawna jesteś. — Laura kręciła się dookoła nerwowo, na zmianę machając pilotem od telewizora i zaglądając mi przez ramię. — Zobacz, telewizję też ukradli. Dobrze, że prąd chociaż jest. Naładuję komórkę i zadzwonię jeszcze raz. Błagam, poproś Łukasza, żeby wieczorem wpadł i coś z tym zrobił!

— Albo sama coś z tym zrobię. — Rozejrzałam się w poszukiwaniu źródła problemu. Jeżeli i telewizja odmówiła współpracy, nie było siły, winny musiał być modem. Chyba że całe osiedle z niewiadomych przyczyn opanowała klątwa braku dostępu do sieci. — Zerknij na to czarne ustrojstwo obok telewizora. Coś tam powinno się świecić, powiedz które?

— Żadne — oznajmiła Laura, wpatrując się z napięciem w niewielkie czarne urządzenie.

— A to jednak szlag trafił…

Znając swoje antytalenty techniczne, zazwyczaj w takich sytuacjach dawałam sobie spokój i czekałam na ratunek w postaci Łukasza. Rzadko się zresztą zdarzało, żebym nie była w stanie przetrwać bez dostępu do sieci przez jeden, czasami nawet kilka dni. Ktokolwiek czuł potrzebę skontaktowania się ze mną inaczej niż osobiście, korzystał z telefonu. Ewentualnie pisał SMS-a w stylu: „Odbierz, do cholery, wreszcie maila” z mnóstwem wykrzykników na końcu. W przeciwnym razie istniało spore niebezpieczeństwo, że poczta zatka się od nieprzeczytanych wiadomości, które miałam zwyczaj beztrosko lekceważyć.

Jednak spanikowana na okoliczność braku łączności z redaktorem Laura miotała się nadal po pokoju, zmieniając naskórek wokół paznokci w krwawiące, poszarpane zębami strzępy. W takiej sytuacji należało zmotywować się do działania i spróbować przywołać informatyczne czary-mary, uskuteczniane przez Łukasza nad odmawiającym współpracy modemem.

Z ciężkim westchnieniem wysłałam znerwicowaną kuzynkę do kuchni, by dokończyła dzieła parzenia kawy, albo przynajmniej zdjęła czajnik z kuchenki, zanim gotująca się w nim woda przypali się na amen. Biegnąc bowiem na ratunek poszkodowanej przez złośliwość rzeczy martwych Laurze, pozostawiłam czajnik na płycie, nie założywszy gwizdka. Po czym, chrząkając dla dodania sobie odwagi, podeszłam do zbuntowanego modemu.

Dobre chęci nie wystarczyły, choć usiłowałam patrzyć na urządzenie zachęcająco i z dużą dozą życzliwości. Obrażona, że mój urok osobisty nie zadziałał, sięgnęłam do tonącej wśród plątaniny kabli listwy, wyciągnęłam i włączyłam ten przynależny do modemu i kilkakrotnie pstryknęłam.

Światełka mrugnęły do mnie filuternie, po czym natychmiast zgasły, pozostawiając świecącą diodę z napisem POWER. Zaklęłam, bo samo świecenie nie było objawem jakiegoś wybitnego poweru. Ale przynajmniej zdołałam ustalić przyczynę chwilowego internetowego strajku. Potykając się o kabel, Laura zapewne wyszarpnęła go z listwy. Niestety samo porządne podłączenie nie wystarczyło do ponownego odpalenia ustrojstwa. Chwyciłam modem, jeszcze raz wyłączyłam urządzenie i przystąpiłam do demontażu kabelka, którym zazwyczaj manipulował w pierwszej kolejności Łukasz.

Wykręciłam. Wkręciłam. Wykręciłam raz jeszcze, bo przypomniałam sobie, że wkręcać należy, pstryknąwszy uprzednio włącznik. Kopnęłam leżący w zasięgu nogi karton, bo w cudze modemy kopać ze złości nie śmiałam. Na kopanie swojego też pozwalałam sobie wyłącznie w chwili, gdy Łukasza nie było w pobliżu. Po czym kwiknęłam radośnie, bo diody mignęły po raz kolejny i pozostały włączone.

— Mów mi „boska”! — wrzasnęłam w kierunku kuchni, w której Laura z nerwów musiała zasłabnąć, bo utknęła na znacznie więcej czasu, niż wymagało tego zaparzenie kawy. Obstawiałam, że zdążyłaby udać się na najbliższą plantację, zaopatrzyć w surowiec, zmielić go i ze sto razy zagotować wodę. A w międzyczasie wydoić krowę i wyprodukować śmietankę. Trochę niepotrzebnie, gdyż żadna z nas kawy ze śmietanką nie piła. — Wszystko się świeci, tak jak powinno! Sprawdź sobie te maile i pomóż mi ogarnąć pokój! Za pół godziny przyjadą Beatka z Agą!

Cisza i brak litanii dziękczynnej nieco mnie zaniepokoiły. Oderwałam się od trwania w samouwielbieniu i zajrzałam do kuchni.

A tam zastałam wszystko tak, jak zostawiłam. Woda w czajniku bulgotała intensywnie, choć nie wykazywała już skłonności do wygotowywania się z rozumu, bo ­Laura przynajmniej zmniejszyła ogień. Tuż obok na blacie stały dwa puste kubki, do których nie zdążyłam niczego jeszcze wsypać.

Może to rozpacz na okoliczność braku dostępu do poczty mailowej pchnęła Laurę do pójścia do sklepu w poszukiwaniu karmelowej inki? Dobrze wiedziałam, że skrajne emocje, jakim ulegała od czasu do czasu, wywoływały w niej przypływ straszliwej energii, wymagającej natychmiastowego spożytkowania. Zazwyczaj dawała jej upust, biegając po mieszkaniu, o czym nie śmiałam zapomnieć, szukając dla kuzynki lokum. Dusząc się z powodu nadmiaru uczuć w kawalerce, latałaby pewnie po schodach, spotykając się z mało przychylnymi komentarzami ze strony sąsiadów. Choć na razie brak było perspektyw, by do nowego mieszkania wprowadził się ktoś jeszcze, nawet jednoosobowo Laura wymagała odpowiedniego metrażu.

„Czyżby tym razem nie wystarczyło sześćdziesiąt osiem metrów kwadratowych?”, zdziwiłam się nieprzyjemnie, zaglądając kolejno do łazienki, sypialni i niewielkiego gabineciku. Coraz bardziej skłonna ścigać nieobecną kuzynkę telefonicznie, rozejrzałam się w poszukiwaniu własnej komórki. Jeżeli Laura już wyszła poza mieszkanie, nic nie stało na przeszkodzie, by wysłać ją do najbliższego sklepu po kawę.

Ale szansa na uzupełnienie zapasów pobudzającego napoju zniknęła bezpowrotnie, gdy znalazłam w przedpokoju otwartą torebkę z wystającym portfelem. Nie istniała również możliwość skontaktowania się z Laurą telefonicznie, gdyż zajęty sygnał poinformował mnie, że moja kuzynka opuściła mieszkanie, by w spokoju odpracować upragnioną konferencję z Krystianem i nie narażać się na głupawe docinki. Nie wyobrażałam sobie bowiem, by kryła się z rozmową z kimkolwiek innym. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak zerknąć na korytarz, zlokalizować zaginioną kuzynkę, wepchnąć ją z powrotem do mieszkania, po czym udać się do swojego po pieniądze i dokupić nieszczęsną kawę. Gdyby nie perspektywa spotkania z Agnieszką, naszą klubową dietetyczką, pewnie po prostu uszczupliłabym domowe zapasy orzechowego cappuccino. Jednak ortodoksyjne podejście Agi do węglowodanów prostych i wszystkiego, co zawierało znikomą wartość odżywczą, wykluczało udział słodkiej kawy w naszym wieczorku. Nawet jeżeli dwie z obecnych na nim osób kategorycznie odmawiały stosowania diet i ograniczania czegokolwiek.

„Sama też z przyjemnością bym odmówiła”, jęknęłam w duchu, zerkając w lustro i przywołując słowa krytyki, jakie usłyszałam podczas przymiarki sukni od Darka i mamy. Biust i pośladki uwypuklały mi się jedynie, gdy maksymalnie wciągnęłam brzuch. Podobnie jak żebra, które wypukłe były i bez wciągania czegokolwiek. Rezygnując z ukochanych tortów na rzecz wyeliminowania nagłych spadków cukru we krwi podczas długich treningów, ostatecznie odcięłam się od wszystkiego, co mogłoby uchronić mnie przed utratą resztek biustu. Tu nie pomagało nawet orzechowe cappuccino. Chyba że zaczęłabym pożerać je na sucho.

„No to pozostał tylko silikon”. Machnęłam ręką i rozejrzałam się w poszukiwaniu kluczy. Przecież, na miłość boską, Laura nie zamknęła mnie chyba w mieszkaniu?

„Zamknąć nie zamknęła, ale i kluczy nie zostawiła w drzwiach”, sarknęłam, bo z moją obsesyjną potrzebą zamykania drzwi na wszystkie możliwe zamki nie wyobrażałam sobie sytuacji, w której miałabym choćby zapukać do sąsiadów po szklankę cukru, pozostawiwszy mieszkanie otwarte. Mieszkania Laury tym bardziej nie chciałam wystawiać złodziejom na żer. Uchyliłam drzwi i wystawiłam głowę na klatkę, by zlokalizować beztroską kuzynkę, a w razie potrzeby udać się na poszukiwania, pozostawiwszy na straży Dragona. I ewentualnie kota, który w przeciwieństwie do towarzysko usposobionego psa, miał dość nieufny stosunek do obcych. Dragon do domu wpuściłby każdego, kto wykazałby choćby minimalną chęć zabawy. Druga sprawa, że potem bez wyraźnego polecenia nikogo by z domu już nie wypuścił. Istniało spore prawdopodobieństwo, że pozostawiając otwarty dom pod opieką psa, zastanę po powrocie porozsadzanych niczym trusie złodziei i stróżującego przy nich amstaffa. To już zdecydowanie wolałam kota Behemota, który miauczał, gdy tylko ktoś obcy zaczynał kręcić się po korytarzu.

Na szczęście nie było potrzeby angażować moich domowych pupili, gdyż ledwie wyszłam na korytarz, dostrzegłam Laurę siedzącą na prowadzących na półpiętro schodach i konferującą przez telefon z uroczo wzruszonym i spłonionym od emocji obliczem. „I tak się rozmawia z jakimś tam redaktorem”, pomyślałam rozbawiona, usiłując machaniem zwrócić na siebie uwagę kuzynki.

— Idę do sklepu — syknęłam wreszcie, częstując Laurę delikatnym kopniakiem w cztery litery. — Pilnuj mieszkania, bo cię ukradną!

Ponieważ jednak Milady rozmowa z Krystianem nieco uspokoiła, istniała spora szansa, że jeżeli nawet do domu nie wejdzie, emocje nigdzie jej nie poniosą i po powrocie zastanę ją nadal siedzącą na schodach, ze wzrokiem utkwionym w drzwiach własnego lokum. Z czystym sumieniem zeszłam piętro niżej, zmieniłam obuwie i robiąc w głowie listę zakupów, udałam się do pobliskich delikatesów.

Nabycie