Strona główna » Obyczajowe i romanse » Ciemnooka.

Ciemnooka.

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-61184-75-1

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Ciemnooka.

„Ciemnooka” to przejmująca i pełna miłości opowieść psychologiczna, o kondycji emocjonalnej współczesnego człowieka, poszukującego wartości, w rozedrganym, agresywnym świecie.

Młody naukowiec Jacek Szanecki, pasjonat i trochę fantasta, pochłonięty pracą nad rozwikłaniem tajemnicy niewykorzystanych obszarów mózgu, nagle dowiaduje się, o zamknięciu brata w szpitalu psychiatrycznym. Czy zdoła on rozszyfrować wskazówki zapisane w tajemnicy życia?

Książka opowiada o miłości, medycynie, chorobie, i pokonywaniu słabości, a kolejne wydarzenia są tajemnicze i zaskakujące. Miłość, przyjaźń, rodzinne więzy.

Choroba psychiczna jest źródłem refleksji na temat filozofii przyrody, sensu życia, religii i pytań, które stawiają sobie młodzi bohaterowie, w obliczu zagrożeń, które niesie zgoda, na normy przyjęte od innych.

Akcja zawiera wątki sensacyjne, przedstawia dramatyczną walkę, o własne widzenie świata, otwiera przed czytelnikiem tajemniczy ogród wyobraźni.

W to wszystko wpisana jest piękna, wrażliwa, zakochana dziewczyna.

Polecane książki

Publikacja stanowi kalendarium dla jednostek sektora finansów publicznych. Zawiera terminy „sztywne” wynikające z ustawy o finansach publicznych, dla których było możliwe ustalenie konkretnych dat w kalendarzu 2015 r. oraz dni wolne i dni ustawowo wolne od pracy z oznaczeniem dni tygodnia. W kalenda...
Ideą outsourcingu jest przekazywanie prostych, niezwiązanych z podstawowym profilem działalności organizacji, procesów do realizacji przez zewnętrznego partnera. Zaliczają się do nich spedycja i magazynowanie. Lektura niniejszej pozycji pozwoli Ci poznać skuteczne sposoby ich przekazania specjaliści...
  Fragment monumentalnej „Księgi męczenników Foxe’a”, opisującej w barwny sposób krwawe dzieje najsłynniejszych reformatorów religijnych. Księga należy do kanonu literatury angielskiej i stanowi jedną z najważnieszych publikacji martyrologi...
Zatoka Cedrów Cedar Cove to malownicze miasteczko nieopodal Seattle. Mieszkańcy  kochają się, zdradzają, nienawidzą się  i rozchodzą jak wszędzie na świecie. Mają swoje historie, swoje sekrety. Tylko że tutaj nikt nie jest anonimowy. Ktoś zawsze pomoże ci rozwiązać problem, nawet gdy tego nie c...
Światowej sławy architekt Emilio Andreoni oskarżył swoją narzeczoną Gisele o zdradę i w ostatnim momencie odwołał ślub. Nigdy nie dał jej prawa do obrony. Dwa lata później dowiaduje się, że jego podejrzenia były niesłuszne. Jedzie do Gisele, by przeprosić i spróbować odbudować zwią...
Robot Robert ciężko pracuje w fabryce pana Polikarpa. Jest zmęczony. Kiedy udaje się na urlop, odkrywa jednak coś bardzo zaskakującego…   "Składam zdania", drugi poziom serii "Czytam sobie", to dobry pomysł na kontynuację nauki czytania. Świetne, zabawne historie są dziełem wybitnych polskich auto...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Dawid Glen

Dawid Glen

CIEMNOOKA

© Copyright by Dawid Glen 2010 Projekt okładki: Aleksander CabanISBN 978-83-61184-75-1

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

I

Pod wskazanym drzewem bez trudności odnalazł zawinięte w gazetę spodnie i czarną koszulę.

Rozejrzał się ostrożnie, ale w tej części parku nie spodziewał się przypadkowych gości, szybko zrzucił piżamę i ubrał znalezione rzeczy. Szpitalne ciuchy zwinął w kłębek i ukrył pod warstwą liści. Miał przed sobą około trzech godzin czasu, dopiero przy południowym rozdawaniu leków zauważą jego nieobecność.

W lewym rogu parku, otoczona gęstymi krzakami, stała szpitalna kostnica, której tylna ściana przylegała do ogrodzenia.

Przedarł się przez gęste krzaki, przypadł do muru. Opierając się o wyszczerbione cegły udało mu się wdrapać na szczyt ogrodzenia. Już miał skoczyć, kiedy usłyszał głosy zza muru. Wychylił ostrożnie głowę, grupa chłopców bawiła się z psem. Chłopcy odwróceni tyłem na pewno usłyszeliby jego zeskok z blisko dwumetrowej wysokości.

Drażniła go ta niepotrzebna obecność smarkaczy. Czas uciekał. Postanowił zaryzykować, lecz w tym momencie pies pognał przed siebie i chłopcy rzucili się za nim z krzykiem.

Już był na dole. Teraz musiał okrążyć kilometr ogrodzenia i dostać się do przystanku autobusowego.

Przebiegł ten kilometr niezauważony przez nikogo, a później, kiedy zbliżał się już do szosy, szedł spokojnie, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

Kiedy zbliżył się do przystanku, spostrzegł kilka osób czekających na autobus? W pierwszej chwili chciał się cofnąć, obawiając się, że może być wśród nich ktoś z personelu szpitala, ale trzeba było jak najszybciej oddalić się od niebezpiecznego terenu, więc poszedł spokojnie w kierunku przystanku i odwróciwszy się plecami, patrzył w stronę, skąd miał nadjechać autobus. Nie wiedział, kto stoi na przystanku, ale instynktownie czuł, że lepiej nie odwracać twarzy. Napięcie, które towarzyszyło mu od początku ucieczki, powoli ustępowało.

Usłyszał warkot nadjeżdżającego autobusu. Sięgnął do kieszeni, szukając drobnych i wtedy poczuł, że ktoś obserwuje go uważnie.

Poczekał, aż wszyscy wsiądą. Wskoczył ostatni, wykupił bilet i stanął przy tylnej szybie. Autobus ruszył i kompleks budynków szpitalnych zaczął odpływać, aż zniknął za zakrętem. Czuł się dziwnie lekko, nagle wszystkie problemy narastające w nim przez ostatnie trzy miesiące przymusowej izolacji, zbladły.

Jednocześnie był skrępowany. Wydawało mu się, że wszyscy patrzą na niego. Wyraźnie czuł na plecach czyjś wzrok. Nie odwracał głowy. Na przystanku koło stadionu, mignęła mu jakaś znajoma twarz. Udawał, że patrzy w inną stronę. Autobus zbliżał się do centrum. Ludzie, samochody, wystawy sklepowe… Tu życie płynęło swoim normalnym rytmem. Czuł rosnącą w nim potrzebę wciągnięcia się w ten nurt codziennych spraw. Wiedział, że potrafi znaleźć swoje miejsce, potrafi o nie walczyć.

Podświadomy lęk paraliżował, podpowiadał ostrożność i rezerwę.

Autobus ostro przyhamował przed czerwonym światłem. Tu był bezpieczny, był jednym z anonimowych pasażerów, kimś, kogo nikt nie zapyta: po co? Dlaczego? Ale to już ostatni przystanek!… Wysiadł. Wiedział, że tam, gdzie zdąża, to jedyne miejsce, gdzie nie będzie musiał odpowiadać na pytania. Ważne będzie to, że jest.

Wszedł do bramy. Ciemny korytarz, wahadłowe drzwi i cisza. Ręka lekko mu drżała, kiedy naciskał dzwonek. Serce biło mocno. W mieszkaniu nikt się nie poruszył. Czy to możliwe, żeby nikogo nie było? Poczuł się nieswojo. Ten mroczny, milczący korytarz jak studnia. I on, na samym jej dnie. Zatrzymany w czasie. Obcy. Nagle, ten dom, to miasto i on sam, zatrzymany przez te milczące drzwi, ta cała ucieczka przestała mieć jakikolwiek sens. Brakowało następnego ogniwa w łańcuchu, który stworzył przez okrutne trzy miesiące, między kratami w oknach i białymi drzwiami bez klamek.

Wydawało mu się, że zaraz otworzy się brama od ulicy i wejdą pielęgniarze w białych fartuchach z łapkami w rękach, jak wtedy przed miesiącem, kiedy wybił te przeklęte białe drzwi i stanął w słońcu. Pacjenci patrzyli przerażeni spod ściany i czekali. Czterech pielęgniarzy bardzo ostrożnie, z kilku stron zbliżało się do niego. Nie chciał uciekać. Zazdrościł wszystkim, którzy mogli swobodnie poruszać się po szpitalnym parku. Przez kilkanaście minut czuł się wolnym, nie patrzył nawet na zbliżających się ludzi. Kiedy podeszli blisko, wyciągnął ręce i pozwolił spokojnie założyć sobie kaftan. Związano go pasami, zawinięto w mokry koc i tak przeleżał do rannego obchodu. Teraz tamto wspomnienie odżyło. Czuł jak strach opanowuje każdy zakątek jego myśli. Otrząsnął się. Popatrzył na zegarek. Minęła już jedna godzina wolności. Nagle brama skrzypnęła i w smudze światła zobaczył jej sylwetkę. Mimowolnie cofnął się, poczuł jak krew odpływa mu z twarzy, widział jeszcze jak Anna biegnie, zrobił krok do przodu i stracił przytomność.

II

Jest rok 1966. Wyraźnie odczuwany jest kryzys wartości, zablokowały się systemy produkcji i przepływu informacji. Pogłębiły się różnice pomiędzy biednym południem i bogatą północą. Światem rządzi mafia, głęboko osadzona w sferach politycznych, ukrywająca swe prawdziwe cele, pod pozorami demokratycznej wolności. Akcja rozpoczyna się w niewielkim miasteczku, w którym zainstalowano filię uniwersytetu.

Bohaterem jest 33-letni pracownik naukowy (fizjopato-morfolog), który prowadzi badania z zakresu patologii mózgu.

Miasteczko, w którym żyje nasz bohater, Jacek Szanecki, jest swoistą enklawą. Tu wszystko dzieje się jak w zwolnionym filmie. Jacek mieszka w hotelu asystenta, w niewielkim mieszkanku z charakterystycznym bałaganem, typowym dla samotnego mężczyzny, spędza całe dnie i często kawał nocy, w laboratorium. Jest to nowoczesne laboratorium, w którym nasz bohater czuje się jak w tajemniczym ogrodzie. Przegląda preparaty, opisuje, analizuje i próbuje ułożyć to wszystko w logiczne ciągi. W czasie pracy jego twarz wyraża podziw i pokorę wobec tajemnicy życia. Jest skoncentrowany, spokojny i pełen pozytywnej energii.

Trochę inaczej wygląda jego życie osobiste. Żona porzuciła go dwa lata temu i teraz mieszka z przyjacielem w innym mieście. Ich dwoje dzieci (córka lat 11 i syn lat 7) zostały umieszczone w internacie. Jacek odwiedza je dwa razy w tygodniu. W hotelu asystenta wylądował po kolejnej awanturze, bo coraz częściej zostawał w laboratorium, zaniedbywał dom i rodzinę. Jednak idea, która mu przyświecała była silniejsza.

Jacek wierzy, że uda się uruchomić tę część mózgu (podobno to aż 4/5), która w normalnych warunkach jest niewykorzystana. Ta uśpiona część mózgu jest zagadką, która podnieca i powoduje, że inne sprawy odsuwane są, na dalszy plan.

Żeby jednak nie wpaść w zbytnie uzależnienie, próbuje różnych form aktywności: między innymi uprawia jogging. W trakcie biegu wyobraża sobie różne możliwości funkcjonowania ludzkiego mózgu (fantazje, utopijne, surrealistyczne projekcje, cała parapsychologia, psychotronika, bioplazma, radiestezja, wszystko to, co w życiu człowieka ociera się o magię, tajemnicę). Obrazy mitologiczne, baśniowe, futurologiczne, wywodzą swoje źródłowe nitki z tej części mózgu, a raczej umysłu, która pozwala poznawać świat nierzeczywisty. Jacek w swoich wizjach poszukuje racjonalnych powiązań, pomiędzy tym, co mówi nauka (współczesna wiedza empirycznie sprawdzalna), a tym, czego możemy się domyślać – wyobrażać sobie. Funkcjonowanie mózgu, jak do tej pory, ma swój wyraźnie określony obszar samorealizacji. Spełnia swoje zadanie w kręgu zataczanym przez zmysły.

Jacek Szanecki próbuje sobie wyobrazić umysł tak, jakby to była, soczewka projektująca obrazy, na ekran wewnętrzny:mleczne jądro(trzecie oko) – pryzmat prawdy. Projektowane w ten sposób obrazy mogą ożywać. Myśl jest tu rodzajem energii karmiącej te projekcje:

• Człowiek ogląda obraz historyczny, i nagle to, co artysta opowiedział pędzlem i farbą, wzbogacone myślami tych wszystkich ludzi, którzy współtworzyli ten moment historyczny (to wydarzenie) generuje energię, która wybucha żywym obrazem.

• Kobieta słucha muzyki. Jej myśli początkowo chaotyczne, powoli porządkują się jak smugi światła, otulają różne przedmioty w pokoju, w którym przebywa. Przenikają się kształty, kolory i zapachy. Zwykły pokój zamienia się w salon z XVIII wieku, bo muzyka pochodzi z myśli kompozytora i wykonawców z tego okresu.

• Dziecko czyta bajkę. Wchodzi w naturalny sposób do lasu z bajki. Bawi się z bohaterami (krasnoludkami), myśli dziecka wzbogacają treść. Posługując się kodem swojej wyobraźni – dziecko może przekroczyć każdą granicę ciała i przestrzeni.

• Młody pływak chce zostać mistrzem olimpijskim. Ćwiczy. Płynąc otula myślami swoje ręce i nogi. Pozytywne myśli zamieniają jego kończyny w płetwy i nagle widać wyraźnie jak przyspiesza w wodzie. Tylko w jego myślach ręce i nogi pokonują opór wody bez zmęczenia.

• Kierowca prowadzi ciężki pojazd. Jest zmęczony. Nagle jego doświadczone ucho, wychwytuje dziwny, dodatkowy stukot w silniku. Obejmuje myślami cały mechanizm i w ten sposób zespala się z myślą konstruktora, szybko lokalizuje uszkodzenie. Stało się to podświadomie.

Te wizje towarzyszą Jackowi powracającemu polną ścieżką, po trzech kilometrach biegu. Teraz zbliża się do żywopłotu okalającego uniwersytecki camp. Cicho tu i pusto. Zachodzące słońce odbija się w szybach mijanych domków. Słychać świergot wróbli. Ten powrót jest najprzyjemniejszy. Widać to na twarzy Jacka, jest rozluźniony, spokojnie mija ostatnie domki. Teraz czeka go półgodzinny relaks. Wyciągnie się wygodnie na materacu, z trawy morskiej, i spróbuje eksperymentu z exterytoryzacją. Widzimy, jak ktoś pozdrawia go z uśmiechem. Wbiega po schodach, mijając na korytarzu obejmującą się parę (widać, że są szczęśliwi). Otwiera drzwi i z prawdziwą rozkoszą pada na materac. Obraca się na wznak, rozkołysany świat powoli się uspokaja, w jego umyśle następuje wyhamowanie, wszystko wraca na swoje miejsce.

Jacek zamyka oczy i tylko myślami i wyobraźnią dotyka swojego ciała. Zaczynając od czubka głowy, przez mięśnie karku i grzbietu po barki i ramiona, rozluźnia napięcie. Ciepłe zmęczenie odpływa z ciała gdzieś w niebyt. Pulsująca cisza ogarnia cały pokój, wręcz widać jak zasypiają przedmioty, jak sufit delikatnie zbliża się do jego ciała, ale on już tego nie rejestruje. Widzi trzecim okiem albo czymś podobnym (wewnętrznym lustrem – kamerą), siebie uśpionego na materacu. Gdy tymczasem nasz bohater przenosi się do miejsca, gdzie w dzieciństwie bawił się w indiańskie podchody.

Jest to niewielka dolina, z trzech stron otoczona zielonymi wzgórzami, gdzie niegdzie połyskują gładkie skały. Powietrze jest czyste, słońce przebija przez zielone gałęzie leszczyny, gdzieś daleko słychać szczekanie psa. Ścieżka, którą idzie mały Jacek skręca obok zwalonego pnia. Ale można też wspiąć się na jego grzbiet i zsunąć po drugiej stronie. Jacek pamięta doskonale, że to był najprostszy sposób zmylenia przeciwnika – skracało się drogę, ale również można było ukryć się w środku zwalonego pnia, bo od początku był pusty w środku. Ta jego właściwość szczególna, była tajemnicą małego Jacka.

Pewnego pogodnego dnia, kiedy właśnie ukrywał się przed grupą Komanczów, niechcący stał się niezauważonym świadkiem pewnej rozmowy. Wtedy nie widział rozmawiających ludzi, nie rozumiał również treści tej rozmowy, ale czuł, że to, o czym rozmawiają ma bardzo istotne znaczenie dla jego przyszłości. Pomimo, że w pustym pniu było ciemno i wilgotno i oblatywał go strach, Jacek wiedział, że nie może zdradzić swej obecności, bo i pomijając wszystko inne, zdradziłby tę wspaniałą kryjówkę. Miał, co prawda wrażenie, że ten męski głos to głos jego ojca, ale nie był tego pewien. Milczał, więc i przytulając ucho do wilgotnego pnia, wsłuchiwał się w strzępy dolatujących do niego słów:

– Kochanie on musi zostać ze mną!

– Nie! Nie zgadzam się!… To nie możliwe…! Jak to sobie wyobrażasz?!

– No wiesz…?!

Tu nastąpiły jakieś dziwne dźwięki. Jacek nie mógł się zorientować, co miały oznaczać, ani jak je zinterpretować, był jednak pewien, że wszystko to jest związane z jego osobą. Jego rodzice mieli jakieś swoje problemy i ciągle się kłócili, on nic z tego nie rozumiał i teraz też nie wiedział, jak się zachować. Ten drugi głos na pewno nie był głosem jego matki, więc tym bardziej czuł się wystraszony i zdezorientowany. Zapamiętał tę rozmowę na całe życie.

Teraz, kiedy przez exterytoryzację znalazł się w tej dolinie, wszystko wróciło – miał błyskawiczny przegląd wszystkich następstw tej sytuacji, ale mimo to było mu cudownie. Dolina jaśniała słońcem, zielenią i promieniała takim spokojem, że zaraz całe jego ciało przeniknęła dziwna radość. Leżał tak bez ruchu.

Nagle doleciał go dziwny dźwięk, który w żaden sposób nie pasował do tej doliny. Tak jakby ktoś usiłował rozerwać błękitną zasłonę nieba ostrym pazurem. Dźwięk powtórzył się, był przenikliwy i dochodził z daleka.

Nie mógł wyrwać się z tego letargu, a tu ktoś jak piłą, rżnie po jego mózgu. W końcu już wie! To dzwonek telefonu. Słyszy go. Podnosi się z wysiłkiem, podchodzi do aparatu.

– Tak…?Słucham!?

– Czy to mieszkanie pana Jacka Szaneckiego?!

– Tak to ja, jestem przy telefonie.

Głos w słuchawce nie jest znajomy. Jest dosyć suchy i urzędowy.

– Mam dla pana dosyć nieprzyjemną wiadomość! Czy pan mnie słyszy?!

– Tak! Słyszę pana! O co chodzi?!

– Mamy problem z pańskim bratem. Podał nam pański telefon…

– Jakie problemy? Skąd pan dzwoni?

– Dzwonię z Wrocławia ze szpitala psychiatrycznego. Pański brat, Zbyszek Szanecki, student Uniwersytetu, trafił do nas.

– Co się stało?… Dlaczego?!

– Musi pan tu przyjechać. Najlepiej jutro przed południem. Nazywam się Robert Nilski i jestem ordynatorem I Oddziału.

– Oczywiście, będę! Na pewno jutro będę. Dziękuję bardzo! Do widzenia!

– Do widzenia.

Położył słuchawkę. Nic nie rozumiał. Co ze Zbyszkiem? Dlaczego wpakowali go do czubków? Zdenerwował się, nie może zebrać myśli, chodzi po pokoju i usiłuje przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz widział Zbyszka? Mówi do siebie:

– To było chyba jeszcze wiosną? Tak! Tak!! Spotkali się u matki – to były jej 60-te urodziny.

Próbuje sobie przypomnieć to spotkanie; wszystko było w porządku, byli razem na długim spacerze, w trakcie, którego Zbyszek z wielkim przejęciem opowiadał mu o kumplach z akademika i o tej ciemnookiej dziewczynie…jak ona się nazywała?– nie może sobie przypomnieć, z którą pojechał na weekend do domku myśliwskiego.

Wtedy Jackowi wydawało się, że Zbyszek jest szczęśliwy i pełen optymizmu, nie było nawet śladu po tej depresji, którą przeżył trzy lata temu. Ale dzisiaj wszystko może być inaczej. Jacek czuł instynktownie, że to nie będzie wcale łatwa sprawa, czuł bardzo dziwny niepokój i wiedział, że musi nad tym zapanować. Kochał brata i chciał mu jak najszybciej pomóc.

Zadzwonił do szefa i poprosił o kilka dni urlopu. Pan profesor nawet był lekko zdziwiony, bo znał Jacka Szaneckiego, jako wyjątkowego pracoholika, który nawet w czasie wakacji pracował w pustym budynku, więc takie nagłe żądanie kilku dni, to coś zaskakującego. Nie zdradził jednak, że go to zdziwiło, poprosił tylko o kontakt po powrocie.

Jacek odszukał rozkład lotów i zamówił bilet do Wrocławia na 7 rano. Tym sposobem już o dziesiątej mógł być w szpitalu. Spakował się, zjadł kolację i zamówił budzenie. Potem wyciągnął swoje stare notatki, z okresu, kiedy Zbyszek był leczony z depresji. Nie podobała mu się wtedy ta cała diagnoza i metoda, którą zastosowano. Jego zdaniem nie było żadnego uzasadnienia, żeby zastosować tak drastyczną kurację, bo stan jego brata wcale nie wskazywał na konieczność zastosowania elektrowstrząsów. Wtedy nie zdążył przyjechać i kiedy odnalazł Zbyszka w szpitalu, już było po wszystkim. Jak się okazało, Zbyszek wyraził zgodę na elektrowstrząsy, więc lekarze długo się nie zastanawiali i walnęli po mózgu.

Jest piękny słoneczny dzień. Jacek Szanecki wysiada z samolotu we Wrocławiu. Łapie taksówkę.

– Do szpitala proszę!

– Do, którego?

– Do czubków! – wyrwało mu się, ale zreflektował się i spojrzawszy w lusterko zrobił taki gest jakby chciał przeprosić.

– Dobra… Dobra! Już jedziemy – burknął taksówkarz.

Jacek płaci i wbiega przez bramę. Portier wskazuje mu drogę między żywopłotami. Staje przed białymi drzwiami i naciska dzwonek. Słyszy przez intervox pytanie:

– Do kogo?

– Ja do dr Nilskiego.

– Chwileczkę już otwieram. Słyszy brzęczyk.

III

Przymknęła oczy jeszcze na chwilę. Chciała wrócić w sen, który przerwał dźwięk budzika.

Sny urywają się nagle i w świadomości pozostają tylko strzępy, które trudno złożyć.

Pozostał w niej obraz; długa, ciągnąca się w nieskończoność piaszczysta droga, żółte, jaskrawe słońce i nikogo… Cicho… Pusto… Drugi, nałożony obraz to twarz, olbrzymia na wysokość ściany. Przerażająca twarz z pustymi oczodołami i grymasem pełnym okrucieństwa.

Otrząsnęła się z tej przykrej wizji i pobiegła do łazienki. Było wpół do ósmej, a dzisiejsze ćwiczenia miała na Dermatologii, na drugim końcu miasta.

Zdążyła tyko wypić szklankę mleka i już biegła do tramwaju. Weszła do szatni, nikogo nie było, słyszała, jak ktoś biegnie po schodach, wahadłowe drzwi zaskrzypiały na drugim piętrze. Zarzuciła biały fartuch, słuchawki i już była na korytarzu swojego oddziału. Długi jasny korytarz, ani żywej duszy. Cała grupa weszła pewnie do zabiegowego.

Cicho otworzyła drzwi.

– Dzisiaj zademonstruję kolegom charakterystyczne przypadki łuszczycy.

– Proszę bliżej, koleżanko! No, właściwie to nie powinienem koleżanki przyjąć, ale proszę, proszę. Będzie miała koleżanka okazję do wymazania tego spóźnienia. Proszę zebrać wywiad i przedstawić wszystkim kolegom! Siostro! Proszę przyprowadzić pacjenta z siódemki.

Anna czuła się trochę zmieszana, stojąc przed kilkunastoosobowym audytorium.

Była wysoką, szczupłą brunetką, twarz miała delikatną i ciemne, głębokie oczy, pełne smutku i zdziwienia światem. Anna była człowiekiem, do którego zaufania nabiera się natychmiast, bez słów, bez deklaracji, nawet mimo woli. Ale w kontakcie ze światem stała z boku. We wszystkim, co się działo była raczej obserwatorem niż uczestnikiem. Świat toczył się swoimi trybami, a ona żyła jak gdyby w innym wymiarze, z konieczności tylko włączając się w otaczające zdarzenia.

Ten dzień zaczął się fatalnie, nie mogła się skoncentrować, ręce lekko jej drżały. Męczył ją, jakiś podświadomy niepokój. Czuła go całą sobą. A teraz jeszcze to spóźnienie i w konsekwencji pewnie ośmieszenie się przed całą grupą. Wczoraj wieczorem przeczytała, co prawda notatki z ostatnich wykładów, ale o łuszczycy miała bardzo mgliste pojęcie.

Pielęgniarka przyprowadziła pacjenta i Anna rozpoczęła zbieranie wywiadu. Pan asystent robił od czasu do czasu złośliwe uwagi, starając się błysnąć dowcipem.

– No, koleżanko wystarczy! Proszę teraz przeprowadzić badanie przedmiotowe. Kolega przy oknie! Tak, tak właśnie kolega! Proszę pomóc koleżance.

Wskazany student podszedł do pacjenta i kazał mu się rozebrać do połowy. Anna wiedziała, że najgorsze już minęło i teraz asystent będzie natrząsał się z Andrzeja, którego wyciągnął na środek, bo ten rozmawiał za jego plecami. Zupełnie jak w szkółce.

Andrzej zbadał pacjenta i powiedział:

– Zmiany na skórze kończyn górnych i dolnych oraz tułowia w postaci nieregularnych plam o charakterze łuskowatym.

– Niezupełnie to zgodny opis z nomenklaturą dermatologiczną, ale niech będzie. Koleżanko, proszę powiedzieć, jaki objaw jest charakterystyczny dla łuszczycy?

Anna przypomniała sobie, że jest objaw, który ma coś wspólnego ze stearyną, ale nie wiedziała, na czym on polega. Powiedziała, więc:

– Objaw stearynowy!

– Widzę, że koleżanka coś czytała, ale niedokładnie. Ten objaw nazywa się objawem „świecy stearynowej”. Teraz pięć minut przerwy, a po przerwie proszę się zająć swoimi pacjentami.

Druga część ćwiczenia minęła już szybko i Anna z ulgą opuściła klinikę. Jadąc tramwajem zastanawiała się czy iść na wykład z Radiologii, czy lepiej pojechać do domu i skończyć sukienkę. Jutro przecież pojedzie do Zbyszka, na pewno spodoba mu się nowa sukienka.

Wysiadła z tramwaju i otworzyła bramę. To przejście z jasnej ulicy do mrocznej sieni na krótką chwilę oślepiło ją.

– O Boże!

Podbiegła w ostatniej chwili i złapała mdlejącego Zbyszka. Jedną ręką otworzyła drzwi i wciągnęła go do przedpokoju. Położyła go na podłodze i wylała mu na twarz szklankę zimnej wody. Ostatnio widziała go w niedzielę, dzisiaj jest piątek, obiecała mu, że przyjdzie w sobotę po ćwiczeniach.

– Co się stało?

Myśl o jego ucieczce była przerażająca. Przecież za dwa tygodnie miał skończyć kurację i wyszedłby oficjalnie. A teraz?

Zbyszek poruszył się. Wzięła go pod pachy i podprowadziła do leżanki. Powoli wracał do siebie.

– Anno! Kochana! Jesteś!

Jej obecność wydawała mu się czymś nierealnym.

– Jestem! Jestem! Połóż tu głowę i nie mów nic.

Już była opanowana, wiedziała, że trzeba zachować spokój, czuła się odpowiedzialna za niego, za siebie. Wiedziała, że nikt nie chce go zrozumieć, bo to, co mówił jest takie nie realne, odległe, a jednocześnie niepokojące. Zastanawiała się często, czy to choroba, czy tylko stan fascynacji tematem, od którego Zbyszek nie może się uwolnić, traci dystans, staje się bezkrytyczny, niezrozumiały.

Teraz cała sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. On na pewno uciekł. Co robić? Co mu powiedzieć?

IV

Słyszał jej słowa, ale nic nie rozumiał. Otworzył oczy – jej pochylona twarz – zamknął oczy i starał się skupić. W skroniach szum nie do zniesienia, ociężałość całego ciała, jakby jakiś niewidzialny głaz przygniatał go.

– … Okno, brakuje mi powietrza.

Anna otworzyła szeroko okno.

– Może jesteś głodny?

– Nie, daj mi wody.

Czuł suchość w ustach, język jak kołek. Podała mu szklankę wody. Chciał wziąć do ręki, ale palce miał jak z ołowiu. Delikatnym ruchem odsunęła jego rękę i podnosząc mu głowę przytknęła szklankę do warg, szklanka leciutko zadzwoniła o zęby. Zakrztusił się. Bladość twarzy powoli ustępowała. Czuł się już o wiele lepiej. Podciągnął się na leżance i oparł o matę. Patrzył na oszkloną biblioteczkę. Nareszcie otaczają go jakieś ludzkie przedmioty, coś niesterylnego, po tych trzech miesiącach białych łóżek, szafek i zapachu lekarstw.

– Anno, już jestem spokojny. Nie obchodzi mnie, co będzie dalej. Wiesz, myślę, że liczy się tylko czas teraźniejszy. Cała przeszłość to sen skończony, a przyszłość to jeszcze nie zaczęty, więc ich nie ma, nie ma nic po za tym, co jest w nas teraz. Nie wiem, co zrobić, jak to wszystko objąć sobą i iść, iść przed siebie, tam gdzie jaśniej, gdzie prawdziwiej?

– Zbyszku, co zrobimy ze szpitalem? Myślę, że trzeba cię wypisać formalnie!

– Nie! Oni mnie nie wypiszą. Boją się. Lekarze zapisali mnie już na swojej karcie strat.

– A może twój brat? On mógłby to zrobić?

– Jacek? Nie! On jest zbyt rozsądny.

– Wiesz, co? Porozmawiam z profesorem, może się zgodzi? Może odda mi ciebie pod opiekę?!

– To nie przejdzie. Musiałabyś być moją żoną.

– Wspaniale! Weźmiemy ślub i zawsze, na zawsze będziesz mój.

Zbyszek uśmiechnął się.

– Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy płakać, bo to jak z deszczu pod rynnę!

Oboje śmiali się. Anna z poważną miną zanuciła marsz Mendelsona. U drzwi rozległ się dzwonek. Zbyszek odruchowo wstał, twarz mu zastygła na moment, wyrażając prawie fizyczny ból. Jakby ten dźwięk naelektryzował powietrze i teraz podświadomość kazała mu cofnąć się pod ścianę. Anna objęła go delikatnie i powiedziała:

– Jesteś ze mną, usiądź! To na pewno listonosz.

Zapalił papierosa. Słyszał, jak Anna rozmawia z kimś na korytarzu, potem szelest papieru i chwila ciszy, wreszcie coś jak do widzenia i trzask zamykanych drzwi.

Weszła trzymając kopertę. W jej oczach błyszczała radość.

– Pozytywnie! Pozytywnie załatwione!!! Wyjeżdżam, zezwolenie na wyjazd do Francji. Cudownie…!

To ostatnie słowo wypowiedziane z tak niekłamaną radością, zawisło boleśnie w powietrzu. Spojrzała na Zbyszka siedzącego ze spuszczoną głową, ramiona mu drżały. Uklękła przy nim, przytuliła twarz do jego kolan. Czuła, że każde słowo wypowiedziane w tej chwili, zabrzmi fałszywie. Jak mu wytłumaczyć, że to jej szansa? Może się już nie powtórzyć.

Ale jaka jest jego szansa? Czy przez to rozwiązuje się, chociaż jeden supełek zagmatwanego życiorysu? Przecież powinna tu być z nim, pomóc mu wrócić do ludzi, do zajęć.Nie, nie, nie mogę– myślała.

Podniosła głowę i zobaczyła jego twarz, jakby świeżo zmytą, czystą.

– Czy masz jeszcze dzisiaj zajęcia na uczelni?

– Po południu, ćwiczenia z Higieny.

– A kiedy wraca mama?

– Myślę, że około piątej.

– Czy ja tu mogę zostać? Przynajmniej dzisiaj, bo właściwie nie mam gdzie mieszkać, w akademiku nie mogę się pokazać.

– Oczywiście! Nawet nie pozwoliłabym ci nigdzie iść. Zaraz przygotuję jakiś obiad.

Była zadowolona, że ta przykra sytuacja, jaka miała miejsce przed chwilą, tak szybko się rozładowała.

– Teraz zajmę się obiadem, a ty masz tu ostatnie czasopisma, przy okazji rzuć okiem na ogłoszenia lokalowe, może znajdzie się jakiś pokój do wynajęcia.

Wziął do ręki leżące na wierzchu czasopismo, ale nie mógł czytać, kartki przerzucał mechanicznie. Odłożył i podszedł do okna, patrzył przez chwilę na przechodniów. Teraz czuł prawie całkowity spokój, już się nie bał. Był zdecydowany porzucić to wszystko, wyjechać z tego miasta i nigdy już nie wracać. Jeżeli będzie trzeba, zabije w sobie miłość, przecież nie ma prawa – myślał – ograniczać jej wolności. Postanowił nie wracać więcej do tematu jej wyjazdu.

Kiedyś powiedziała mu: „… bo ty jesteś taki miękki, rozczulasz się nad sobą…”. Czuł wtedy, że powiedziała prawdę, ale wtedy tak trudno było mu oceniać samego siebie, zresztą nie przejmował się tym, co myśleli o nim inni.

Przez ostatnie trzy miesiące często analizował swoje postępowanie. Ta nagła zmiana przywróciła samokrytycyzm. Na pewno trudno przyznać się przed sobą do popełnionych błędów i dlatego koniecznie chciał znaleźć chociażby wewnętrzne motywy.

Przypomniał sobie, kiedy zobaczył ją pierwszy raz. To było na jakimś wykładzie. Patrzył z górnych rzędów na salę. Siedziała w trzecim rzędzie po lewej stronie, notowała wykład, właściwie niczym nie wyróżniała się spośród innych, może miała trochę ciemniejsze włosy. Pamiętał, że miała ciemnozielony sweterek i granatową spódniczkę. Skończył się wykład i wtedy poprosił chłopaka, który siedział obok niej w czasie wykładu, a którego znał z akademika, żeby go jej przedstawił.

Wspomnienia przerwał mu głos Anki dobiegający z kuchni:

– Zbyszku! Pomóż mi to przenieść do pokoju.

Usiedli przy stole. Szybko przygotowany obiad smakował nadzwyczajnie. Anna zbierała naczynia, kiedy zadzwonił ktoś do drzwi. Nie spodziewała się żadnych gości, więc lekko zaskoczona, odstawiwszy talerze, poszła otworzyć.

Była to Iwona, koleżanka z roku, mieszkająca na tej samej ulicy. Anna nie przepadała za nią. Iwona drażniła ją swą pretensjonalnością i brakiem wyczucia w rozgrywkach towarzyskich. Teraz jej zjawienie się, na pewno przypadkowe i na pewno niepotrzebne, wywołało odruch niechęci, ale już było za późno.

– Wejdź. Właśnie skończyliśmy obiad.

– Jest twoja mama?

– Nie! Jest Zbyszek.

– Zbyszek??! Wypuścili go?

Przy tych słowach zniżyła głos do szeptu. To była sensacja. Iwona wiedziała, że Zbyszek jest w szpitalu, ale nie przypuszczała, że skończy tak szybko kurację.

Anna wprowadziła ją do pokoju. Zbyszek na widok Iwony wstał z fotela i uśmiechając się z lekkim przymusem, powiedział:

– Serwus, stara! Co się tak dziwisz? Może się mnie boisz? Podobno nie jestem groźny dla otoczenia. Tak przynajmniej twierdzą specjaliści.

– Nie wygłupiaj się! Powiedz lepiej, co masz zamiar teraz robić?

– Jak to, co? Oczywiście wrócić na uczelnię – wtrąciła się Anna, chcąc skończyć rozmowę na ten temat.

Wiedziała, że Iwona będzie chciała wiedzieć jak najwięcej, a później rozniesie sensacyjne wiadomości po całym mieście. Powiedziała szybko:

– Wiesz, dostałam dzisiaj zezwolenie na wyjazd do Francji.

– I co? Jedziesz? Kiedy?

– Tak. Prawdopodobnie w sierpniu.

Iwona rozsiadła się wygodnie i patrzyła na Zbyszka, który oparty o biblioteczkę palił papierosa i bębnił palcami o blat stołu. Ten chłopiec zawsze ją intrygował, a ostatnie wydarzenia jeszcze bardziej podkreślały jego nieszablonowość. Co prawda jako koleżanka Anny starała się nie okazywać specjalnie swego zainteresowania.

– Za godzinę mamy ćwiczenia. Idziesz?

– Tak! Oczywiście.

– Wiesz, Anka, bo ja właściwie przyszłam po notatki, chcę pożyczyć je na tydzień.

– Jakie notatki?

– Z „farmy”, za tydzień ci oddam. Mój stary załatwił, że przepiszą je na maszynie, a ty masz takie dokładne i wyraźnie napisane.

Anna wiedziała, że Iwona nie chodziła na wykłady i teraz chce zabezpieczyć się przed sesją, bo profesor podobno pyta tylko ze swoich wykładów. Nie miała ochoty specjalnie pożyczać notatek, ale w tej chwili chciała jak najszybciej pozbyć się wścibskiej koleżanki, więc znalazła zeszyt i bez słowa podała Iwonie.

– Dziękuję! Za tydzień przyniosę.

Przy tych słowach wstała i skierowała się do drzwi.

– Wstąpić po ciebie przed ćwiczeniami?

– Nie, nie… Spotkamy się na zajęciach.

– Do zobaczenia, Zbyszku!

– Serwus!

Anna zamknęła za nią drzwi i wróciła do pokoju.

– Też ją przyniosło! Akurat teraz.

– Mniejsza o nią, o której wychodzisz?

– Za godzinę. Zadzwonię zaraz do mamy i powiem jej, że jesteś.

Anna wyszła do drugiego pokoju. Zbyszek zastanawiał się, co będzie robił, jak Anna wyjdzie. Chociaż znał ten dom dobrze, czuł się nieswojo, w jego sytuacji zresztą, każdy wolałby być w swoim własnym domu. Myślał o matce, która miała dosyć własnych kłopotów. Rok temu odszedł ojciec i teraz została sama bez pieniędzy. Pomyślał, że najlepiej byłoby znaleźć dobrze płatną pracę, a później wszystko jakoś się ułoży. Ta myśl o pracy była jednak przykra, może dlatego, że nigdy jeszcze nie pracował zarobkowo.

Czy zostać tutaj? Czy wyjechać od razu? Trzeba przecież załatwić oficjalne wypisanie ze szpitala. Te wszystkie pytania bez odpowiedzi, nasuwające się rozwiązania przerwało wejście Anny.

– Już załatwione, mama będzie koło siódmej. Do tego czasu możesz się przespać, pewnie jesteś zmęczony.

Podeszła do niego i pocałowała delikatnie w policzek. Dosyć gwałtownym ruchem przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta. Czuł narastające pożądanie, ręce obejmowały jej talię, na piersiach czuł lekki ucisk dwóch okrągłości, całe ciało poddawało się działaniu zmysłów, było w tym oczekiwanie i spełnienie zarazem.

Anna nie spodziewała się takiej gwałtownej reakcji, czuła przyspieszone bicie serca. Napięcie, które jej towarzyszyło od chwili, gdy zobaczyła go przy drzwiach, teraz ustąpiło i ogarnął ją stan błogiego spokoju, przytuliła się mocniej i pociągnęła go w kierunku leżanki.

Przez te trzy miesiące często myślał o takiej chwili, czuł prawie fizyczną bliskość Anny, przymusowa izolacja potęgowała uczucie głodu erotycznego. Każde jej zjawienie się w szpitalu, niosło z sobą falę radości i jednocześnie bólu niespełnienia.

Pewnego dnia spacerowali po szpitalnym parku, wokół kręcili się ludzie, był to dzień odwiedzin i pacjenci mogli wychodzić z odwiedzającymi na spacer. Anna nagle przystanęła i powiedziała:

– Chcę cię pocałować…!

– Teraz? Tutaj? Przy tych wszystkich?

Był zaskoczony.

– Tak! Natychmiast! Nic mnie nie obchodzą ludzie!

Przytuliła się mocno do niego i na chwilę zapomnieli o tym szpitalu, o całej tej parszywej sytuacji. Nikt nie zwrócił na nich uwagi.

Teraz czuł ciepło jej ciała, za którym tęsknił, dotykał ustami delikatnej skóry jej szyi, rozpiął bluzkę, była bez stanika, czuł delikatny zapach jej ciała, świat zaczął uciekać gdzieś do tyłu, przestał istnieć.

Nagle krótki dzwonek u drzwi, jak smagnięcie biczem. Anna zrobiła gest jakby chciała się przykryć, po sekundzie usiadła i nadsłuchiwała. Dzwonek powtórzył się, tym razem dłuższy.

– Nie otwieraj! Może odejdzie!?

– Kogo znów przyniosło? Muszę zobaczyć, może coś ważnego?

Naga pobiegła do łazienki. Dzwonek zabrzęczał znowu, przeciągły i ponaglający. Anna owinięta w szlafrok, zamknęła drzwi od pokoju i poszła otworzyć.

Za drzwiami stało dwóch rosłych mężczyzn w białych fartuchach.

– Czy to mieszkanie pani Olczyckiej?

Anna była tak zaskoczona, że nie mogąc wykrztusić słowa, przytaknęła tylko głową.

– Proszę się nie bać. Jesteśmy ze Szpitala Psychiatrycznego, mieliśmy telefon; podobno w tym mieszkaniu znajduje się pacjent Zbigniew Szanecki, który dzisiaj przed południem uciekł. Jesteśmy karetką i mamy obowiązek dostarczyć go do szpitala.

Anna nie wiedziała, czy oni na pewno zostali zawiadomieni, że Zbyszek jest tutaj, czy to tylko sprytny bluff? W szpitalu wiedziano, że jest dziewczyną Zbyszka i może domyślano się słusznie, że właśnie u niej ukrył się teraz.

– To jakieś nieporozumienie, znam, co prawda Szaneckiego, ale tutaj go nie było. Widziałam go ostatnio w szpitalu w zeszłym tygodniu. Przykro mi, że nie mogę panom w żaden sposób pomóc. Żegnam panów!

To mówiąc cofnęła się, chcąc zamknąć drzwi. Wtedy jeden z pielęgniarzy oparł się ręką o drzwi i powiedział:

– To niemożliwe, pani kłamie! Proszę nam nie utrudniać pracy!

W tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich Zbyszek. Był już ubrany, patrzył spokojnie na dwóch dobrze mu znanych pielęgniarzy.

Uśmiechnął się ironicznie i powiedział:

– Panowie? Możecie iść do karetki, zaraz przyjdę.

Po czym zamknął im drzwi przed nosem.

– Anno, trudno, nie udało się, wiem, że chciałaś jak najlepiej… Kocham cię! Tak będzie lepiej. Nie martw się. Wrócę do ciebie!

Pocałował ją w rozchylone z przerażenia usta i otworzył drzwi.

Drzwi zamknęły się i została sama. Oparła się o ścianę. W głowie kręciło jej się jak po kielichu mocnego wina. Osunęła się na kolana i zaczęła płakać. To przyniosło pewną ulgę. Po kilku minutach podniosła się i poszła do łazienki. Umyła twarz zimną wodą, przyczesała włosy i jak w transie zaczęła się ubierać. Za pół godziny zaczynały się ćwiczenia.

Wybiegła z domu. Jadąc tramwajem, usiłowała zebrać myśli. Kto to zrobił? Przecież widziała go tylko Iwona, ale nie wiedziała, że on uciekł. Gdyby się nawet domyśliła, nie zrobiłaby chyba takiego świństwa?

A jeżeli nie Iwona? To tylko mama mogła to zrobić!? Ta myśl zabolała ją. Nie, to niemożliwe! Mama była zawsze po jej stronie, wydawało się, że doskonale się rozumieją.

Kiedy weszła do Zakładu Higieny, nikogo już nie było na korytarzu.Znowu się spóźniłam.Weszła na salę i usiadła na swoim miejscu. Czuła na sobie spojrzenie Iwony, ale nie podnosiła głowy, wyciągając zeszyt z notatkami. Dopiero po kilku chwilach popatrzyła na nią. Iwona uśmiechnęła się do niej, z miną wtajemniczonego konspiratora.

Nie! To nie jej sprawka. Była pewna, że to nie Iwona zadzwoniła do szpitala. Wydawało się jej, że te ćwiczenia trwają całą wieczność. Odmierzała mechanicznie mililitry odczynników, zapisywała wyniki, ale cały czas była nieobecna. Nareszcie – koniec. Wybiegła z sali, ubrała się szybko i już była na ulicy. Złapała wolną taksówkę.

– Wierzbowa 21!

Podała kierowcy swój adres i wtuliła się w kąt taksówki. Prawda, o której miała się przekonać za chwilę, była przerażająca. Nie mogła teraz zdobyć się na jakikolwiek obiektywizm. Może matka będzie chciała przekonać ją, że zrobiła to tylko dla jej dobra? Co się z nim teraz stanie? Boże! Co ja teraz mam robić? Jeżeli nawet własna matka, do której miała najwięcej zaufania, stanęła po stronie lekarzy? Nie chciała uwierzyć, że Zbyszek jest chory. Myślała, że wyprowadzić go z tego stanu można bez szpitala, w inny, jakiś ludzki sposób. Poczucie bezsilności doprowadzało ją do rozpaczy.

Taksówka zatrzymała się przed domem. W oknach świeciło się, więc matka już jest. Zapłaciła za kurs i pobiegła do domu. Matka zauważyła chyba nadjeżdżającą taksówkę, bo stała w otwartych drzwiach.

– Aniu! Kochanie! Czekam już od godziny. Chodź, jest pan doktor Lukas, na pewno nam coś poradzi.

Anna popatrzyła matce w oczy. Było to spojrzenie wyzywające, a jednocześnie oczekujące potwierdzenia. Matka spuściła wzrok i poszła w kierunku kuchni.

– Pewnie jesteś głodna? Zaraz ci coś przygotuję. Pan doktor jest w moim pokoju.

Anna nie odezwała się. Zdjęła płaszcz i stanęła w drzwiach kuchni.

– Mamo! Czy nie można było załatwić tego inaczej? To takie straszne! Takie upokarzające, nieludzkie. On się teraz załamie! Liczył na mnie.

– Anno, wiem, że trudno ci pogodzić się z tym, ale to było najlepsze wyjście.

– Dla kogo najlepsze?

– Nie miałyśmy prawa ukrywać jego ucieczki. To byłaby niedźwiedzia przysługa. Ja nie wiem, czy on jest chory? Nigdy tak nie uważałam, ale jest pod opieką lekarzy specjalistów, trzeba mieć do nich trochę zaufania.

Matka podeszła i położyła rękę na ramieniu Anny. Mówiła głosem ciepłym, serdecznym. Chciała ją przytulić. Anna cofnęła się.

– To tylko samousprawiedliwienie własnego asekuranctwa!

– Jesteś niesprawiedliwa. Czy myślisz, że łatwo mi było podnieś słuchawkę i zadzwonić do szpitala?! Wiedziałam, co będziesz czuła, ale musiałam to zrobić, jestem twoją matką i musiałam myśleć o tobie i za ciebie.

– Za mnie nie musiałaś, jestem już dorosła! To było normalne świństwo!!! Wybacz, ale tak to czuję!

– Kochanie, nie denerwuj się, pan doktor Lukas obiecał, że dowie się dokładnie w szpitalu, jak długo będzie trwała kuracja i jakie jest rokowanie, a potem coś wymyślimy. Może zabierzemy go razem na wakacje, na Mazury. Chodźmy do pokoju.

Matka wzięła tacę i wyszła. Anna stała jeszcze chwilę zamyślona, nie miała specjalnej ochoty rozmawiać z Lukasem. Nie lubiła go. Był to pięćdziesięcioletni szpakowaty pan neurolog. Pracował w Klinice i miał duże znajomości. Przed dwoma laty poznali się z matką w Zakopanem i od tej pory był częstym gościem w domu. Podobno jego żona była o piętnaście lat młodsza od niego i porzuciła go dla jakiegoś artysty. Annę drażniła jego grzeczność, sztuczność i pretensjonalność. Wobec niej był zawsze serdeczny i ujmujący. Ale kiedy podawał jej dłoń, miała zawsze wrażenie jakby dotykała czegoś śliskiego. Teraz, kiedy miała rozmawiać o swoich intymnych sprawach, odczuwała wstręt i niechęć.

Kiedy weszła do pokoju, matka rozmawiała z nim, nachylając się do jego ucha. Na widok Anny odsunęła się i poprawiła w fotelu.

– Siadaj, kochanie, musisz zjeść kolację. Pan doktor opowiadał mi właśnie, że zna taki przypadek, jak pewnego młodego człowieka matka wypisała na własne żądanie, bez ukończenia kuracji i po pół roku musiał wrócić już do szpitala i znajduje się teraz w zakładzie dla nieuleczalnie chorych.

– Tak, ale Zbyszek nie jest takim przypadkiem, a jego matka na pewno nie wypisze go na własne żądanie. To właśnie o to chodzi, że w ten sposób nawet najzdrowszego człowieka można doprowadzić do szaleństwa. To, co zrobiła dzisiaj mama, pewnie po konsultacji z panem, to to samo, co pchnąć kogoś nożem w plecy!

– A czy pani wie, pani Aniu, że ten pani chłopiec jeszcze przed zamknięciem w szpitalu, przyszedł któregoś dnia do mojej Kliniki, zgłosił się do profesora i przedstawił mu nową, własną metodę usuwania guza naczyniowego, podoponowego, bez trepanacji czaszki. Profesor podobno bardzo łagodnie starał się wytłumaczyć mu niemożliwość praktycznego zastosowania tej metody, wtedy ten pani chłopiec porwał ciężką, kryształową popielniczkę ze stołu i zamierzył się, na szczęście w tym momencie zadzwonił telefon w gabinecie profesora. Ten dźwięk prawdopodobnie przywrócił mu kontakt z rzeczywistością i położył spokojnie popielniczkę na stole.

Anna słuchała tego, co mówił Lukas i myślała o tym, jak trudno być sprawiedliwym, jak szukać obiektywnej prawdy? Czy taka prawda w ogóle istnieje? Przecież wolno mówić tylko za siebie.

– Nie, nie byłam przy tym! Ale pan, dziwię się, przecież gdyby ta popielniczka wylądowała nie na stole, ale jak to pan sugeruje, na głowie profesora, to na pewno awansowałby pan na stanowisko, o którym marzy pan od kilku lat.

Lukas poczerwieniał i niespokojnie poruszył się w fotelu.

– Anno! Jak możesz?! – krzyknęła matka.

– Mogę! Mogę! I jeszcze wam powiem! Udało się wam złamać Zbyszka, ale mnie nie złamiecie.

Wykrzyczała to podniesionym głosem i wybiegła z pokoju trzasnąwszy drzwiami.

V

Ambulans jechał dosyć szybko, ale bez sygnału. Zbyszek zamknął oczy i starał się nie myśleć. Czuł ogarniającą go depresję. Nie mógł się skupić i wyciągnąć gdzieś z zakamarków świadomości przyczyny takiego obrotu sprawy. W tej chwili nie ważne było, kto go zdradził. Stało się, jechał znowu za mur za okna z kratą, za białe drzwi bez klamek. Nie stawiał oporu.