Strona główna » Fantastyka i sci-fi » Mrok

Mrok

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7995-412-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Mrok

Nadchodzi Mrok i nikt się przed nim nie ukryje!

Laureen miała wszystko, czego tylko mogła zapragnąć: kochającą rodzinę, wymarzoną pracę i wspaniałą przyszłość. Miała, do chwili kiedy w jej życiu pojawił się tajemniczy Sigarr. W mgnieniu oka otaczający ją perfekcyjnie uporządkowany świat wypełnił chaos.

Potępieni i Zaprzysiężeni toczą od tysiącleci brutalną wojnę. Laureen ma w niej do odegrania kluczową rolę, ale musi stanąć do walki o wszystko co kocha.

Czy znajdzie w sobie dość odwagi?

Przypadkowe zdarzenie pozbawia Laureen wszystkiego co kocha. Kiedy życie przestaje mieć już dla niej jakąkolwiek wartość, staje przed wyborem między śmiercią, a poświęceniem, na które nie jest gotowa. Alicja Wlazło zaprasza nas do fascynującego świata, w którym piekło i niebo to mrzonka, a toczący między sobą nieustanny bój Zaprzysiężeni i Potępieni dzielą te same, ponure tajemnice. Polubiłam tę powieść za wciągającą fabułę i dynamiczną akcję, a pokochałam za poruszającą podróż w Mrok ludzkiej rozpaczy, lęków i pragnień, które powoli zmieniają spokojną Laureen w bestię.

Maria Zdybska, autorka Wyspy Mgieł

Polecane książki

Niniejsza publikacja to syntetyczny i uzupełniony w stosunku do poprzedniej edycji przewodnik dotyczący procesu, narzędzi i sposobów sporządzania opisów stanowisk pracy. Pomimo krótkiej formy zawiera wszystkie niezbędne informacje, wskazówki i gotowe podpowiedzi pozwalające na prawidłowe przygotowan...
Książka stanowi monograficzne opracowanie instytucji immunitetu z punktu widzenia prawa karnego procesowego. Autorka rozpoczyna rozważania od przedstawienia zagadnień ogólnych, związanych zwłaszcza z konstrukcją teoretyczną immunitetów poszczególnych typów, następnie dokonuje charakterystyki immunit...
Jeden z najbardziej tragicznych i kontrowersyjnych momentów Powstania Warszawskiego. 13 sierpnia 1944 roku podczas powstania warszawskiego doszło do jednego z najbardziej dramatycznych wydarzeń – wybuchu niemieckiego pojazdu bojowego, w wyniku którego śmierć poniosło kilkaset osób. Przez dekady masa...
Najbardziej kontrowersyjny brytyjski badacz światowej konspiracji przedstawia pierwszy tom swojej najnowszej publikacji. Książka jest odpowiedzią na problemy współczesnego świata – oszustwa finansowe i klimatyczne, propagandy medialne czy afery bankowe. Na próżno tu szukać powtórzeń idei przedstawia...
Czy ktoś lubi biurokrację?Chyba nawet biurokraci jej nie lubią, skoro Ministerstwo Rozwoju prowadzi akcję “STOP biurokracji”. Ale nie wystarczy nie lubić regulaminów i zasad, żeby się ich pozbyć. David Graeber, brytyjski antropolog, zauważa, że im więcej inicjatyw, których celem jest ograniczenie bi...
W upalny dzień nad brzegiem Loary dochodzi do intrygującego spotkania dwóch mężczyzn: polskiego księdza i młodego nieznajomego, znawcy i wielbiciela kina. Rozmawiają długo i burzliwie, poruszają mnóstwo tematów, aż okazuje się, że młodzian skrywa dramatyczną historię, a jego życie przypomina los...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Alicja Wlazło

Jeśli nie czujesz się godny, żeby wyrosły ci skrzydła, nigdy nie oderwiesz się od ziemi.

– Nick Vujicic

Prolog

Laureen

Silny podmuch wiatru poruszył moimi włosami i przyniósł zapach śmierci. Zamarłam. Powinnam się ruszyć, coś zrobić, lecz nie mogłam oderwać wzroku od Sigarra, który nadal klęczał i oddychał ciężko – klatka piersiowa unosiła się równomiernie, choć szybko. Podążyłam za jego spojrzeniem utkwionym w truchle leżącym pod jego stopami. Podeszłam parę kroków i dostrzegłam, że drżą mu ramiona. Strach podchodził mi do gardła, jednak musiałam zyskać pewność, żenic mu się nie stało. Musiałam. Ruszyłam dalej, ostrożnie omijając porozrzucane ciała. Starałam się nie patrzeć, nie widzieć ludzkich szczątków rozsypanych na asfalcie niczym niepotrzebne klocki na dziecięcym dywanie. Zacisnęłam powieki. Proszę, proszę, proszę, niech to się okaże głupim snem. Potknęłam się i upadłam. Jedną ręką oparłam się o szorstki asfalt, drugą… Otworzyłam oczy i z przestrachem cofnęłam dłoń. Oddech mi przyspieszył. Leżący przede mną trup patrzył pustym wzrokiem w niebo. Jego szyję przecinała głęboka rana, oddzielająca głowę od tułowia. Tkanki, mięśnie, krew, błysk kości. Przewróciło mi sięw żołądku, odwróciłam głowęi zwymiotowałam. Otarłam usta. Weź się w garść! Uspokoiłam oddech, a następnie wstałam, wspierając się o zimny mur. Poszukałam Sigarra spojrzeniem, jednak on nadal nie podnosił się z ziemi. Niepokój przejmował nade mną kontrolę, a ja nie chciałam mu się poddać. Ruszyłam dalej. Wdepnęłam obcasem w kałużę i zadrżałam. Krew, wszędzie krew. I to wszystko wydarzyło się niepotrzebnie. Gdzie sprawiedliwość? Przecież to nie musiało… Powietrze uchodziło z moich płuc ze świstem, pot spływał wzdłuż kręgosłupa, a ja coraz bardziej zapadałam się w absurdzie obecnej sytuacji. Potrząsnęłam głową. Nie, nie teraz. Muszę się opanować. Nie czas na rozmyślanie. Potrafisz się opanować, Laureen, wiem, że potrafisz. Nabrałam więcej powietrza, po czym wypuściłam je bardzo powoli. Powtórzyłam to jeszcze raz i kolejny, a potem mój umysł wypełniła jedna myśl, której uczepiłam się niczym ostatniej szansy: Nie mógł postąpić inaczej.

Dostrzegłam ruch i zobaczyłam, że Sigarr wreszcie podniósł się z klęczek. Widok muskularnego, stworzonego do walki ciała sprawił, że włoski na plecach stanęły mi dęba. Dlaczego tak na mnie działasz? Mogłam zatracać się w jego obecności, ale nie w tym momencie, nie kiedy stał pośród morza trupów i wycierał zakrwawiony miecz o płaszcz niewinnej ofiary. Zrobiłam krok naprzód i następny, butem szturchnęłam metalowy pręt, który wyślizgnął się z dłoni martwego i upadł kawałek dalej z cichym trzaskiem. Sigarr znieruchomiał i dopiero wtedy podniósł na mnie wzrok. Przystanęłam i przełknęłam ślinę. Moc wręcz z niego wypływała. Czułam, że pragnie się uwolnić. Wydawała się tak żywa – zupełnie jakby wewnątrz Sigarra mieszkała nieujarzmiona bestia. Emanowała z taką siłą, że odnosiłam wrażenie, jak gdyby stała obok. Sigarr nie zrobiłby mi krzywdy, miałam pewność. Jednak bestia… to już osobny problem. Stanowiła rdzeń istnienia Sigarra, a przynajmniej jego sporączęść.

– Chcesz tak żyć? – zapytał nagle Sigarr.

Rozpacz przedzierająca się przez ciche słowa odebrała mi mowę. Spod jego stóp wydostał się cichy jęk. Spojrzeliśmy w dół. Jeden z pokonanych ludzi z widocznym wysiłkiem wyciągnął ku niemu rękę. Sigarr uniósł miecz i pchnął człowieka prosto w serce.

– Nie! – krzyknęłam, zaraz zasłaniając drżące usta dłonią.

Nie wierzyłam w to, co właśnie zobaczyłam, chociaż byłam tego świadkiem. Serce przepełniała trwoga, a ja wpatrywałam się w Sigarra niczym w nieoswojone zwierzę. Twarz wykrzywiła mu się w wyrazie bólu, popatrzył z odrazą na miecz. Cierpiał, wiedziałam to, a jednak zabijał. Pragnęłam mu ulżyć, a jednocześnie zrozumieć. Wreszcie cokolwiekzrozumieć.

Nie mogę teraz zostawić go z tym wszystkim… Spojrzałam na zmasakrowane ciała i zaschło mi w gardle, a myśl się urwała.

– Chcesz tak żyć? – zapytał ponownie.

Adrenalina dodała miodwagi.

– Przecież sam wybrałeś takie życie.

Czułam, że bestia cofnęła się i – zaskoczona moją zuchwałością – ukryła we wnętrzu Sigarra. Oddech powoli mi się wyrównywał i skoncentrowałam się, by skupić wzrok na Sigarze. Wyczułam zmianę. Powietrze się ochłodziło, a bestia powoli usuwała się w cień, zastąpiona przez smutek oraz tęsknotęza czymś dawno zapomnianym. Za czymś, o czym nie mogłam mieć pojęcia. Sigarr opuścił ramiona, ostrze oparło się o ziemię.

Wtem uniósł na mnie wzrok, a wzdłuż mojego kręgosłupa przeszedłdreszcz.

– Nie musiałem wybierać – szepnął. – Już byłemmordercą.

RozdziaŁ I

Laureen

Stałam na moście, wpatrzona w setki ludzi niezdających sobie sprawy z mojego małego szpiegostwa. Gdy zatrzymałam spojrzenie na zakochanej parze, która przechodziła nieopodal,i usłyszałam ich szczery śmiech, ogarnął mnie smutek, a zaraz za nim pojawiła się irytacja. Westchnęłam i zadałam sobie to samo, co zawsze pytanie: dlaczego tak trudno uchwycić emocje? Od dziecka uwielbiałam patrzeć na proste, codzienne czynności. Ojciec śmiał się ze mnie i nazywał podglądaczem. W domu często chowałam się na szczycie schodów za wielką donicą z palmą i spoglądałam w dół. Widziałam stamtąd zarówno wejście, jak i hol. Czułam, że ta kryjówka należy wyłącznie do mnie – przynajmniej do momentu, w którym zostałam nakryta. Ojciec podkradł się wtedy cicho od strony sypialni i chwycił mnie pod pachy. Krzyknęłam, a on uniósł mnie i zakręcił w koło.

– Tato, nie skradaj siętak!

– O, czyli to ja źle robię? – Rozczochrał moje starannie uczesane w kłos włosy. – A nie ty, podglądając i podsłuchując, co?

– Oj, tato. – Wydęłam usta.

Opuścił mnie na podłogę i pocałował w czoło.

– Zmykaj do reszty. I żebym cię więcej nienakrył!

Pobiegłam na koniec korytarza i skręciłam za ścianę. Przylgnęłam do niej, a serce chciało mi wyskoczyć z piersi.

– Zawsze miała w sobie tę ciekawość świata… Typowy podglądacz. – Usłyszałam jeszcze słowa ojca, zanim zszedł na dół, by powitać gości. Ale co mogłam poradzić? Już od tamtej pory lubiłam przyglądać się wszystkiemu, co ludzkie. Nawet teraz patrzyłam, jak mężczyzna w pasiastej koszuli w nieskończoność rzuca frisbee kremowemu labradorowi o poskręcanej sierści. Jak kobieta w sztywnej garsonce uszytej z jedwabiu najlepszej jakości nigdy nie siada na ławce, obawiając się zabrudzenia cennego kostiumu. Jak długoletnie małżeństwo dzień w dzień punkt dziesiąta spaceruje po Fairmount Park – zawsze wybierając te same ścieżki parku i trzymając się mocno za ręce. Mężczyzna choćby na chwilę nie spuszcza wzroku ze stale mówiącej żony. Ona natomiast… Gdy kiedyś siedziałam na ławce, przeszli obok i mogłam usłyszeć fragment ich rozmowy.

– Czemu ty zawsze musisz tyle mówić? – narzekał mężczyzna.

Spojrzałam wtedy na niego i dostrzegłam radosne iskry w oczach. Kobieta zrobiła naburmuszoną minę, po czym się zaśmiała.

– Oj, nie drocz się, tylkosłuchaj…

I odeszli dalej, poza zasięg mojego słuchu, a ja byłam przekonana o ich szczerej miłości. Patrzyłam za nimi, mimo że znajdowali się bardzo daleko. Oboje niemal tak samo siwi, ale włosy mężczyzny były rzadsze. Żona najczęściej ubierała się w kwieciste sukienki, a mąż na błękitne koszule zakładał tweedowe marynarki. Dla większości wyglądali przeciętnie, jednak nie dla mnie. Zawsze chciałam obcować z ludźmi, czytać mimikę ich twarzy, a następnie dopowiadać ciąg dalszy w zaciszu własnej ciemni. Szef był co prawda przeciwny starym metodom wywoływania zdjęć, bo zwyczajnie kosztowały zbyt dużo, jednak nie udało mu się przekonać mnie do swoich racji – kupiłam skaner do negatywów, dzięki czemu nie musiałam się martwić jakością cyfrowych kopii. Wymagało to trochę zachodu, ale kochałam moment, w którym wchodziłam do jedynego miejsca na ziemi należącego wyłącznie do mnie, do mojej świątyni. Najchętniej fotografowałabym wyłącznie ludzi, ale cóż, zleceń się nie wybiera. A przynajmniej nie wtedy, gdy jest ich coraz mniej.

Budynek Crescent Boat Club rysujący się w oddali na tle błękitnego nieba nie posiadał choćby części elektryzującej siły, jakiej dostarczali ludzie. Chociaż musiałam przyznać, że mury z szarego kamienia prezentowały się wyjątkowo dobrze. Dwa dni wcześniej odwiedziłam siedzibę klubu i zrobiłam kilka zdjęć z bliska, jednak brakowało mi jeszcze ujęcia z oddali. Najlepsze do tego miejsce stanowił most na rzece Schuylkill. Odgarnęłam z twarzy niesforne kosmyki długich blond włosów, które co rusz przeszkadzały we właściwym sfotografowaniu obiektu, i wreszcie, choć niechętnie, skupiłam się na uchwyceniu budowli pod jak najlepszym kątem. Promienie sierpniowego słońca nie ułatwiały zadania, migając niepokornie w obiektywie. Jak dobrze, że zabrałam ze sobą filtr polaryzacyjny. Uśmiechnęłam się. No, powinno być dobrze, na pewno coś wybiorę z całej kliszy. Spakowałam akcesoria do plecaka i założyłam go na plecy, statyw przewiesiłam przez ramię, a aparat zawiesiłam na szyi, uprzednio zasłoniwszy obiektyw. Przypadkiem potrąciłam kogośtorbą.

– Ej! – oburzył się przechodzący mężczyzna.

– Przepraszam – bąknęłam zmieszana, po czym zeszłam z mostu.

Chciałam jak najszybciej się stamtąd oddalić. Na szczęście już po kilkunastu minutach znalazłam się w ogromnym East Fairmount Park, a raczej w jego południowej części, często odwiedzanej przez turystów. Ze względu na Filadelfijskie Muzeum Sztuki oraz sławne schody Rockiego sama zwiedziłam go w pierwszej kolejności, gdy tylko tu przyjechałam. Stopnie rozciągały się po mojej lewej, gdzie prowadziły do wejścia do muzeum. Mogły pomieścić setki ludzi na raz. Wielokrotnie wchodziłam na nie z zamiarem wykrzyczenia wszystkich planów, nadziei, wątpliwości, po prostu wszystkiego. Pragnęłam poczuć tę wolność i spoglądać na znajdujący się niemal pod moimi stopami Eakins Oval, a przede wszystkim pomnik Washingtona wraz z fontanną, jakby cały świat należał do mnie.

Odetchnęłam głębiej na wspomnienie tamtych chwil, po czym przystanęłam i odchyliłam głowę, ciesząc się zapachem drzew oraz kwiatów, które przygnał do mnie wiatr. Zerknęłam na zegarek. Zbliżało się południe, a Tessa nadal się nie pojawiła. Normalnie nic bym sobie nie zrobiła z tego małego poślizgu, lecz dziś czekała mnie wcześniej umówiona rozmowa o pracę. A żeby na nią zdążyć musiałam pojechać metrem. Usiadłam na ławce i wpatrywałam się w lecące po niebie łabędzie.

Obok przechodziło wielu ludzi, którzy rozmawiali wesoło. Panował straszny gwar, jak zwykle w wakacje.

Nagle w mojej kieszeni rozdzwonił się telefon.

– Lori, gdzie jesteś? – Wsłuchawce usłyszałam głosTessy.

– Na ławce niedaleko pomnika Rockiego – odpowiedziałam i wstałam, by się rozejrzeć.

– Chyba cię widzę, już idę.

Tessa się rozłączyła, a po chwili moją uwagę przyciągnął znajomy głos, wołający mnie po imieniu. Uśmiechnęłam się na myśl, że zaraz ją zobaczę, choć kiedy przypomniałam sobie, czemu chciałam tego spotkania, ponownie się spięłam i wykrzywiłam twarz w grymasie. Odwróciłam głowę, Tessa już szła w moją stronę. Cieszyłam się, że jako specjalista do spraw marketingu w dużej firmie reklamowej miała nienormowany czas pracy i mogła wyjść, kiedy tylko chciała. Szef bardzo ją cenił, ponieważ potrafiła zarządzać firmą z precyzją szwajcarskiego zegarka. Na jednym z firmowych przyjęć w pracy Tessy udało mi się z nim porozmawiać i nie mógł się jej nachwalić.

Była coraz bliżej, a jej kasztanowe, lekko kręcone włosy podskakiwały przy każdym kroku niczym miedziane sprężyny. Pomachałam ręką, a na szczupłej twarzy przyjaciółki pojawił się szeroki uśmiech. Niemal zawsze wesołe oczy zdawały się jeszcze bardziej rozjaśniać. W miarę jak się zbliżała, jak zwykle zaczęłam jej zazdrościć dobrych genów. Smukła sylwetka, długie nogi i jeszcze to wyczucie dobrego stylu. Gdy Tessa znalazła się kilka kroków ode mnie, zauważyłam, że trzyma w dłoniach parujące kanapki filadelfijskie. Od razu uniosła ręce w przepraszającym geście, po czym przysiadła się do mnie. Cała ona.

– Wiem, że się spóźniłam – zaczęła zdyszana – ale zobacz, co przyniosłam.

Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że Tessa znała mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Wzięłam bagietkę i odruchowo zajrzałam do środka. Uśmiechnęłam się pod nosem. Żadnych pomidorów. Przez chwilę jadłyśmy w milczeniu, obserwując tętniący życiem park. Obok przeszła głośna grupa czarnoskórych, możliwe, że pochodzili z Nigerii – przez te wszystkie lata spędzone w multikuturowej Filadelfii można nauczyć się rozpoznawać niektóre co bardziej charakterystyczneakcenty.

Tessa odezwała się pierwsza i zaczęła temat koleżanki z pracy, Ann, która ciągle narzekała na swoje życie, chociaż ono tak naprawdę nikogo nie rozpieszczało. Przytakiwałam przyjaciółce, chociaż nie przysłuchiwałam się dokładnie jej słowom. Spojrzałam ukradkiem na zegarek. Niestety nie miałam dziś czasu na plotki. Sięgnęłam do kieszeni i zaczęłam obracać pierścionek zaręczynowy między spoconymi palcami. Musiałam się pośpieszyć i przejść do rzeczy. Wyprostowałam się i odchrząknęłam. Tessa przyjrzała mi się uważnie, po czym zgniotła w dłoniach papierek po bagietce. Mój już dawno był porwany na małe kawałeczki.

– Wiem, że wyrwałam cię z pracy, ale miałam ważnypowód.

– Myślałam, że po prostu lubisz moje towarzystwo – odparła, puszczając oczko.

Przeczesałam włosy, jednocześnie unikając jej przenikliwego spojrzenia.

– Jasne, ale…

– Wiem, przyszłyśmy tu w konkretnej sprawie. Mów.

Jak jej to powiedzieć? Doskonale znałam jej obiekcje i opinię w związku z moim życiem miłosnym. Najprościej by było, gdyby się dowiedziała jakoś przypadkiem. Jednak nie mogłam jej tego zrobić. Za bardzo mi na niej zależało. Poza tym, cholera, jesteśmy dorosłe czy nie? Podniosłam wzrok i spojrzałam prosto w jej piwne oczy.

– Ja i Josh… on… poprosił mnie o rękę – zaczęłam nieśmiało, zaraz jednak znalazłam w sobie więcej odwagi i dodałam pewniej: – Zgodziłam się.

Nastąpiła chwila ciszy, a moje dłonie zaczęły się jeszcze mocniej pocić. Czym prędzej wytarłam je w materiał tuniki. Czy zawsze było tu tak gorąco? Obok nas wylądował kos i chwycił kawałek bułki, który musiał upaść na ziemię, po czym odleciał. Szkoda, że nie zabrał mnie zesobą.

– Cóż, znasz moje zdanie – powiedziała ostrożnie Tessa. Już chciałam bronić Josha, lecz ona uniosła rękę, nie pozwalając sobie przerwać. – Ale jeśli uważasz, że to właściwa decyzja, to jestem z tobą.

Rzuciłam się jej na szyję i roześmiałam radośnie. Nie mogłam liczyć na więcej z jej strony. Zawsze kiedy tylko nadarzała się okazja, Tessa pokazywała, jak bardzo nie znosi Josha. Wiele razy próbowałam się dowiedzieć, dlaczego tak było, jednak ona unikała odpowiedzi.

– Czemu tak bardzo go nie trawisz? – zapytałam zeszłego roku podczas przygotowań dopikniku.

Tessa zawijała właśnie kanapki w folię aluminiową, materiał szeleścił przeraźliwie.

– Tesso?

– Tak? Wybacz, co mówiłaś?

Oparłam ręce na biodrach. Odwróciła się i niemal na mnie wpadła.

– Nie rób ze mnie głupiej – powiedziałam.

Zacisnęła usta w wąską kreskę.

– Nie robię, ale…

Ktoś zapukał do drzwi. Tessa odłożyła kanapki i poszła otworzyć. Nic więcej wtedy nie powiedziałam. Później nie próbowałam już wracać do tematu, bo wiedziałam, że żadne naciski nie pomogą i przyjaciółka niczego nie powie.

– Mam do ciebie prośbę. – Wysunęłam się z objęć Tessy i spojrzałam na nią poważnie. – Zostaniesz moją druhną?

Uśmiechnęła się, a następnie ścisnęła mnie mocniej za ramiona.

– Oczywiście! Chyba w to niewątpiłaś?

Zaśmiałam się, próbując ukryć skrępowanie. Najgorsze było to, że rzeczywiście wątpiłam. Nie miałam innych przyjaciółek. Tessę poznałam tuż po przeprowadzce. Siedziałam na podobnej ławce jak teraz. Tamtego dnia Tessie złamał się obcas. Podeszła do mnie i zapytała, czy czasem nie noszę w torebce kleju do obuwia. Zdziwiłam się, bo oczywiście nie posiadałam takiego specyfiku, poradziłam natomiast oderwać drugi obcas. Tak też zrobiła. Potem przysiadła się i zaczęła opowiadać o swoim dniu, a później o całym życiu. Już on naszego pierwszego spotkania nie mogłyśmy się rozstać. To właśnie Tessie pierwszej powiedziałam o ciąży. Wszystko to działo się ponad jedenaście lat temu. Obie byłyśmy wtedy młode, ona zaczynała pierwszą pracę po studiach, a ja dopiero kończyłam siedemnaście lat. Tyle czasu spędzonego razem, tyle przeżytych przygód. Tak naprawdę tylko Josh znał mnie dłużej. Spędziliśmy ze sobą czternaście lat, doczekaliśmy się wspaniałej córki, Cassidy, a teraz zamierzaliśmy zalegalizować nasz związek. Powinnam się cieszyć z nadchodzącego ślubu, a jednak wewnątrz czułam dziwny niepokój – nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że znów daję się usidlić. Zupełnie jak niegdyś, chociaż tamta sytuacja wydawała się tak zupełnie inna… Jeszcze ta dzisiejsza rozmowa o pracę. Stłumiłam westchnienie. Tak bardzo chciałam wypaść jak najlepiej. Podobne szanse nie zdarzają się codziennie.

– Lori? – Ponaglający głos Tessy wyrwał mnie z zadumy.

– Tak?

– Spytałam, czemu się wreszciezdecydowaliście.

– Cóż, najwyższa pora, prawda?

Nie dała się tak łatwo przekonać.

– Lori.

Uniosłam kącik ust i spojrzałam w dal. Chłopczyk na deskorolce omal nie wywinął orła, próbując ominąć uganiającego się za piłką sznaucera. Szkoda, że nie zmieniłam kliszy, byłoby z tego fajneujęcie.

– Cassidy mnie o to poprosiła. Wiesz, że rodzice jej najlepszej koleżanki, Kath, obchodzą rocznicę. Kath chwaliła się przed Cassi przyjęciem, a ona się przejęła. Wchodzi w trudny wiek, nie chcę jej tego jeszcze bardziej komplikować.

– I dlatego wolisz się poświęcić?

Wstałam gwałtownie, niemal uderzając aparatem o bok ławki. Zdążyłam go jednak złapać, zanim by się rozbijł. Czułam na sobie poważne spojrzenie Tessy, lecz nie potrafiłam unieść na nią wzroku. Obie potrafiłyśmy uparcie obstawać przy swoim, jednak Tessa jako singielka pielęgnowała tę cechę. Ja natomiast nauczyłam się żyć na zasadzie kompromisów. Na szczęście z Joshem okazało się to niezbyt trudnym zadaniem. Rzadko bywał w domu, często wyjeżdżał na odbywające się poza miastem rozprawy. Ludzie ściągali go w odległe rejonyi często płacili podwójną stawkę, wiedząc, że tym samym zyskują jednego z najlepszych adwokatów w Filadelfii. Renoma Josha była imponująca. Pamiętałam, jak jeszcze w zeszłym roku opowiadał mi o ciekawszych przypadkach – zabójstwie przy użyciu drutów do szycia czy też próbie zrzucenia winy za okaleczenie ojca na jego córkę, która tak naprawdę była ofiarą molestowania. Lubiłam przysłuchiwać się opowieściom Josha, ale kilka miesięcy temu przestał się nimi ze mną dzielić. Serce ścisnął ból. Natłok obowiązków sprawiał, że wieczorem nie miał nawet siły zjeść kolacji, nie mówiąc o wyczerpującej rozmowie. Gdy naszły mnie podejrzenia, że przestało mu zależeć, oświadczył się. Przyjęłam ofertę, chociaż nadal nie wiedziałam, czy podjęłam właściwą decyzję. Wątpliwości zagarniały coraz większą powierznię umysłu i przybliżały strach. Może rzeczywiście nie powinniśmy brać ślubu? Tylko że jest jeszcze Cassi. A ona jest dla mnie najważniejsza i to się nigdy nie zmieni.

Kątem oka dostrzegłam, że Tessa również wstała. Zacisnęła szczękę i spojrzała w dal, nie oczekiwała odpowiedzi, za dobrze mnieznała.

Zabrałam swoje rzeczy, a potem ruszyłyśmy szeroką alejką, otoczone zapachem trawy oraz kwitnących dalii. Dookoła dał się słyszeć śpiew ptaków, który mieszał się z gwarem dziecięcych zabaw. Dwóch biegnących chłopców przecięło nam drogę, mijając się z nami o milimetry , śmiali się w głos. Mogli mieć najwyżej kilka lat. Siedzące niedaleko matki zawołały do nich coś o zachowaniu ostrożności, po czym wróciły do rozmowy. Chciałam uchwycić ulotną beztroskę. Spojrzałam na zegarek, zawahałam się, lecz pokręciłam głową. Nie miałam już czasu. Przyśpieszyłam, z żalem zostawiając za sobą radosną scenę.

Doszłyśmy na skraj wyłożonej kostką alejki, gdzie droga się rozwidlała. Przystanęłyśmy i przytuliłamTessę.

– Dziękuję.

– Och, dajspokój.

Normalnie namówiłabym ją, żeby zadzwoniła do pracy i powiedziała, że do końca dnia już się nie zjawi – oczywiście, jeśli akurat nie miałaby żadnego pilnego spotkania. Wspólnie przygotowałybyśmy lunch – może coś na słodko? – a potem, zajadając się nim, śmiałybyśmy się przy kolejnej głupiej komedii romantycznej. Jednak tego dnia wolałam zostać sama. A mimo to i tak nie mogłam jeszcze zaszyć się w domowym zaciszu – w końcu na liście rzeczy do zrobienia nadal pozostawało przejście przez rozmowę o pracę.

Metro zawiozło mnie niemal pod sam budynek otwartego trzy miesiące temu oddziału popularnej gazety „The Philadelphia Inquirer”. Wygładziłam koszulę i przeczesałam palcami włosy. Nie było czasu na nic więcej. Młoda kobieta w recepcji oznajmiła, że pan Smith jest wolny i zaprasza do ostatniego biura po lewej. Po drodze wycierałam spocone dłonie w cienki materiał lnianych spodni. Próbowałam uspokoić przyśpieszony oddech, myśląc o przyjemnych rzeczach. Co prawda minęły dwa lata od ostatniej rozmowy o pracę, ale to przecież nic wielkiego. Chociaż wtedy nic nie poszło, jak trzeba. Nieważne. Potrzebowałam zmian. Ciągła stagnacja zaczynała wywierać na mnie negatywny wpływ. Zebrałam się na odwagę, wzięłam głęboki wdech, a następnie weszłam do przestronnego biura.

Pan Smith okazał się miłym mężczyzną blisko pięćdziesiątki. Wychudzona sylwetka oraz niezdrowy wyraz twarzy o trupim odcieniu przywodził na myśl człowieka, który stoi o krok od grobu. Jednak to głębokie cienie pod oczami przyciągały wzrok w pierwszej kolejności. Musiał się ich nabawić podczas długich godzin spędzonych w firmie lub przy komputerze. Podeszłam do biurka, mężczyzna otaksował mnie wzrokiem. Przełknęłam ślinę, po czym podałam mu pendrive’a z portfolio. Wpiął urządzenie do laptopa i w ciszy zaczął przeglądać pliki. Usiadłam naprzeciw, czekałam. W końcu wyjął pendrive’a z portu i odłożył na szklany blat biurka z cichym trzaskiem.

– Czy wie pani, że fotografia plenerowa różni się odreporterskiej?

– Oczywiście. Będę miała mniej czasu na wyszukaną ekspozycję, ale dam sobie radę.

– W takim razie podskoczę, a pani zrobi mi zdjęcie, łapiąc w połowie kadru. Zobaczymy, czy sprosta pani zadaniu. Proszę pamiętać, że będzie tylko jedna próba. Nie ma drugich szans tak samo, jak nie ma powtórek dobrych akcjimeczu.

Uniosłam brwi, lecz podniosłam się z krzesła i wyjęłam nikona. Sprawnie zmieniłam kliszę. Pan Smith wstał, poprawił krawat, po czym skinął głową. Spojrzałam przez wizjer. Już chciałam nacisnąć spust migawki, gdy obraz zaczął niespodziewanie podskakiwać, jak na starym filmie. Trwało to zaledwie kilka sekund, lecz całkiem wytrąciło mnie z równowagi. Cholera jasna! Spojrzałam na mężczyznę zzakłopotaniem.

– Przepraszam, aparat…

Uciszył mniegestem.

– Wystarczy.

W ustach poczułam suchość, nie chciałam zaprzepaścić okazji z tak głupiegopowodu.

– Może spróbujęjeszcze…

Westchnął i zapiął guzikmarynarki.

– Dziękuję. Odezwiemy się.

W pośpiechu zabrałam rzeczy i wyszłam z biura ze wzrokiem wbitym w podłogę.

Ruszyłam w stronę domu, kręcąc z niedowierzaniem głową, wypełniała mnie irytacja. Co się w ogóle stało? Przyjrzałam się urządzeniu w poszukiwaniu rys lub uszkodzeń. Żadnych nie znalazłam. A jakże, pomyślałam z przekąsem. Może za bardzo się wszystkim przejmowałam? Przecież to niemożliwe, żeby obraz rzeczywiście podskoczył. Stłumiłam westchnienie i już dłużej nie zawracałam sobie głowy nietypowąsytuacją.

Wybranie okrężnej drogi pozwoliło mi zyskać nieco czasu dla siebie, a ostatnio zajmowałam się głównie domem oraz rodziną. Wsunęłam ręce do kieszeni i się zamyśliłam. Lubiłam swoje życie, jednak od małego uważałam, że każdy człowiek powinien dokonać czegoś ważnego. W piersiach rozpierała mnie duma na myśl, że odważyłam się opuścić rodzinny kraj, mimo że nie osiągnęłam jeszcze pełnoletniości. Udało mi się odciąć ograniczającą pępowinę, a pomógł mi w tym nie kto inny jak Josh. Wiedziałam, co do niego czułam, jednak ostatnio ta miłość przestawała mi wystarczać, chociaż ciężko określić przyczynę takiego stanu. Zupełnie jakbym na coś czekała, na jakiś niespodziewany zwrot akcji, który wywróci nasze życie o sto osiemdziesiąt stopni i postawi przed nami kolejne wyzwania.

Możliwe, że właśnie takim przełomem miał się okazać ślub. Tylko że nigdy nie chciałam wyjść za mąż. Całe te dekoracje, przygotowania, suto zastawione stoły, koronki i wstążki uważałam za wyrzucenie pieniędzy w błoto. Nie żeby mi ich na co dzień brakowało, ale nie kwapiłam się do ich wydawania – nie czułam, że należały do mnie. Każdego roku Josh zarabiał potężne sumy, a ja? Wykrzywiłam twarz w grymasie. Z zaledwie kilkoma zleceniami miesięcznie niewiele mogłam dołożyć do domowego budżetu. Co prawda każde zlecenie na fotografię analogową było dwukrotnie lepiej płatne niż na cyfrową, jednak nie zawsze udawało mi się je znaleźć. W agencji Magnar, dla której obecnie pracowałam, na szczęście cenili analog, dzięki czemu mogłam szlifować umiejętności i posługiwać się narzędziami, do których odczuwałam większy sentyment niż do cyfrówek. A wszystko to wina ojca, to on zaraził mnie miłością do fotografii analogowej. Gdy w umyśle pojawiło się wspomnienie, jak tata stał w ogrodzie z aparatem w dłoniach i uśmiechał się do nas, na sercu poczułam ciepło. Tęskniłam za nim, a za każdym razem, gdy wykonywałam zdjęcie aparatem analogowym, czułam, że jakimś cudem znajduję się bliżej niego. Już kilkakrotnie zabierałam się, żeby do niego napisać. Na pewno by się ucieszył, lecz tym samym od razu przelałby mi pieniądze. A tego chciałam uniknąć za wszelką cenę. Przyjmując je, przyznałabym się do faktu, że niegdyś popełniłam błąd, wyjeżdżając z rodzinnych stron. Ze świstem wypuściłam powietrze z płuc. Poza tym ojciec pewnie oczekiwałby czegoś w zamian. Pokręciłam głową, wolałam nie myśleć, czego zażądałby tym razem.

Weszłam na Brandywine Street, przy której znajdowały się szeregowo ustawione domki. Większość z nich pokrywała jasna farba, odbijająca ciepłe promienie słońca. Do drzwi wejściowych prowadziło po kilka schodków, a u ich podnóża rozciągało się niewielkie podwórko. Od ulicy odgradzał je równo przystrzyżony żywopłot. Jeden z takich domków należał do mnie. Kiedy go ujrzałam, wypełnił mnie spokój, a wątpliwości zeszły na dalszy tor. Czym się właściwie martwię? Szczęście tworzą krótkie momenty, niezależnie od całokształtu sytuacji.

Wspięłam się po schodach z szarego kamienia i po chwili stałam wewnątrz budynku. Byłam niemal przekonana o słuszności podjętej decyzji. Na chwilę przestałam nawet myśleć o zaprzepaszczonej możliwości pracy, jeśli nie ta, to znajdzie się inna. Przeszłam przez korytarz, rozglądając się za rodziną. Dzisiaj Josh wyjątkowo miał wolne, a Cassidy rozbolał brzuch, więc oboje zostali w domu. Kiedy ujrzałam ich krzątających się razem po kuchni, te złote włosy oraz radosne błękitne oczy, uśmiech rozświetlił moją twarz i rozgonił wszelkie zmartwienia.

Weszłam do przestronnego salonu, a czując zmęczenie, usiadłam na nieco już zużytej fioletowej kanapie, która zajmowała środek pomieszczenia. Przejechałam palcami po puszystych poduszkach i rozciągnęłam usta w uśmiechu. Kanapa stanowiła jeden z pierwszych mebli, w jaki wyposażyliśmy dom – kupiłam ją za pierwsze zarobione przez siebie pieniądze w zestawie z dwoma fotelami o tym samym odcieniu. Oba stały teraz po jej bokach, a pomiędzy całym kompletem tkwiła ciemnobrązowa ława. Przeniosłam spojrzenie na ściany w kolorze kości słoniowej, które zawsze wprawiały mnie w pogodny nastrój. W pokoju znajdowały się też barek, niska szafka z telewizorem, dwa regały na książki oraz okrągły stolik, a na nim wazon z czerwonymi tulipanami. Kwiatami, których delikatny zapach uwielbiałam odmałego.

Cassidy wychyliła się z kuchni, a gdy mnie zobaczyła, podbiegła uśmiechnięta i rozczochrana, po czym opadła obok na kanapę. Przytuliłam ją mocno i pocałowałam w czoło.

– Coprzygotowaliście?

– Twoje ulubione pissaladiere! – wykrzyknęła radośnie.

Szeroki uśmiech zajmował niemal całą twarz Cassidy. Tak jak u Josha, złote włosy, które teraz opadały jej na czoło, były jaśniejsze niż moje. Jednak uwydatnione kości policzkowe oraz jasną cerę odziedziczyła po mnie.

– Tarta cebulowa? Myślałam, że tata nie potrafi ugotować nawetjajek.

– Kochanie, wiesz, że dla ciebie wszystko. – Josh znalazł się przy nas w okamgnieniu.

Cassidy popędziła z powrotem do kuchni, żeby zająć się nadziewaniem ciasta. Wstałam, a Josh przyciągnął mnie do siebie i namiętnie pocałował. Dawno mnie tak nie całował. Przymknęłam oczy, pragnąc rozkoszować się chwilą. Wreszcie odsunęliśmy się od siebie, uśmiechając niczym dwójka nastolatków. Może ślub wcale nie był złym pomysłem, skoro moja zgoda wpłynęła na niego tak pozytywnie? Josh był ode mnie dużo wyższy, przez co mimo metra siedemdziesięciu wzrostu musiałam stanąć na palcach, aby dosięgnąć jego ust.

– Obiad będzie za godzinę.

– Dobrze się składa, bo muszę wywołać kilka zdjęć, a potem zeskanować negatyw. Jutro mam się z nimi pokazać w biurze, inaczej Mike gotów dać kolejne zlecenie komuśinnemu.

Mój szef lubił, gdy wszystko chodziło jak w zegarku. Czasem wydawało mi się, że tylko praca sprawiała mu przyjemność. W sumie po dwóch rozwodach człowiek zaczyna doceniać inne wartości.

– Skoro musisz – powiedział Josh z wyraźnym zawodem, zaraz jednak westchnąłi dodał: – Zapukam, kiedy nakryjemy dostołu.

– Dziękuję.

Cmoknęłam go w policzek, a on z ociąganiem wypuścił mnie z objęć. Wróciłam na korytarz, gdzie skręciłam w lewo, na tył domu. Minęłam drewniane schody prowadzące na pierwsze piętro. Przeszłam jeszcze kilka kroków, aż wreszcie otworzyłam ostatnie drzwi po prawej i zanurzyłam się we własnym świecie, do którego nikt poza mną nie miał wstępu. Pokój składał się z dwóch części. Mniejszą stanowił przedsionek odgradzający od niemile widzianego oświetlenia, jakie docierało z korytarza. W drugiej natomiast, większej, znajdowała się główna ciemnia. Nie było w niej żadnych okien. Słabe czerwone oświetlenie z lampy ciemniowej ukazywało jedynie zarys znajdujących się tu przedmiotów. Na blatach leżały trzy kuwety, przeznaczone na wywoływacz, utrwalacz oraz wodę. Chemię przechowywałam w butelkach ustawionych obok naczyń z koreksem. Mieścił się tam również powiększalnik. Gdzieniegdzie można było dostrzec obiektywy o różnej ogniskowej. Wszystko to sprawiało, że uniosłam kąciki ust. Przysiadłam na obrotowym stołku i sięgnęłam po aparat. Położyłam go na blacie, zgasiłam światło i ostrożnie zaczęłam wyjmować kliszę.

Po niecałej godzinie, gdy zbliżałam się do końcowego etapu pracy, a zegar ciemniowy odliczał ostatnie minuty, usłyszałam pukanie do zewnętrznych drzwi. Skończyłam rozwieszać zdjęcia i kwadrans później wyszłam z ciemni. Pokiwałam głową z uznaniem, kilka zdjęć wyszło naprawdę dobrze. Odruchowo otrzepałam o siebie dłonie, wciągnęłam powietrze i skierowałam się do kuchni, z daleka kuszona apetycznym zapachemtarty.

Rozdział II

Laureen

Wieczorem zajrzałam do ciemni. Większość zdjęć, poza jednym, okazała się dobrej jakości. Obejrzałam zniszczoną odbitkę – na dole pojawiło się niewielkie przebarwienie, a potem odłożyłam zdjęcie z dala od pozostałych. Trudno, na szczęście udało mi się sporo ciekawszych ujęć.

Weszłam po dębowych schodach na piętro, przytrzymując się poręczy. Nogi ciążyły, a zmęczenie coraz bardziej doskwierało. Skręciłam w prawo i weszłam w wąski korytarz – z jednej strony ograniczała go ściana, a z drugiej od przepaści chroniły mnie tylko barierki. Przystanęłam i wychyliłam się przez poręcz, ciesząc z tego, że posiadam własny wewnętrzny balkon. Zupełnie jak w pałacu z jakiejś bajki, pomyślałam, a tym samym pozwoliłam wspomieniom płynąć. Już w dzieciństwie uwielbiałam wspaniałe budowle wyposażone w liczne obrazy, z mnogością komnat i przejść. Pamiętam, jak bawiłam się z koleżankami oraz rodzeństwem w nieznających trosk życia księżniczki oraz książęta. Mimo że wychowywano nas tak samo, diametralnie się od nich różniłam. Prawo zawsze stało po ich stronie, a sama musiałam ustępować większości. Jedynie Krystian, mój starszy brat, traktował mnie przyjaźnie. Wstawiał się za mną i chronił przed rozkrzyczanym rodzeństwem. Do tej pory pamiętam, jak siadaliśmy na werandzie i rozmawialiśmy do późna o przyszłości. Chciał zostać żołnierzem, a ja? Zacisnęłam palce na poręczy, a potem wzruszyłam lekko ramionami. Chyba po prostu pragnęłam być kimś. Często pod koniec naszych dyskusji zasypiałam, a on zanosił mnie do sypialni, kładł na łóżku i ostrożnie przykrywał kołdrą. Jeszcze bardziej wzmocniłam uścisk, drewno zatrzeszczało.

Czemu nie pojechałam na jego pogrzeb? Powinnam tam być. Poczucie winy i żal w sekundę zacisnęły szpony na moim sercu. Ale… jak mogłabym się pokazać własnej rodzinie? Wyklęta córka wracająca wyłącznie z powodu tragicznej śmierci brata. Bez błagania o wybaczenie, bez okazania skruchy. Przymknęłam oczy i pokręciłam głową. Nie potrafiłabym przed nimi stanąć, nie wtedy. Obejrzałam zatem pogrzeb w telewizji i nagrałam transmisję. Przypomniał mi się każdy z sześciu razy, gdy później do niej wracałam, płacząc i tuląc głowę do poduszki. Waliłam pięściami w miękki puch, pragnąc zawrócić czas. Zdarzały się momenty, kiedy zaczynałam wierzyć, że mogłam zapobiec jego śmierci. Zawsze wtedy, niczym przestroga, pojawiały się w mojej głowie słowa Tessy. „Ale to niemożliwe. Przecież wiesz”. Głaskała mnie po włosach, a ja jeszcze mocniej wtulałam twarz w poduszkę. „Nic nie mogłaśzrobić”.

Zazwyczaj nie reagowałam w ten sposób, lecz ta sytuacja przytłaczała bardziej niż inne. A Krystian… był mi z nich najbliższy, jeśli nie liczyć ojca. Zresztą, gdy chodziło o rodzinę, nie potrafiłam być w pełnisobą.

Oderwałam się od barierki i ruszyłam naprzód. Kładąc dłoń na klamce od drzwi do sypialni, dostrzegłam wąską smugę światła wydostającą się spod następnych drzwi – prowadzących do pokoju Cassidy. A może by tak jeszcze do niej zajrzeć?Zapukałam i wkroczyłam do skrajnie dziewczęcej sypialni. Różowo-białe meble tworzyły piękną kompozycję na tle ścian w kolorze ecru. Naprzeciw wejścia stało białe, drewniane biurko, na którym panował nienaganny porządek, a pod podwójnym oknem wychodzącym na ulicę ustawiono łóżko o prostych liniach. Różowa lampka z koronkowym kloszem umieszczona na nocnym stoliku rzucała promienie ciepłego światła na kwiatowąpościel.

Cassidy leżała na brzuchu, wpatrzona w otwartą książkę. Nogi schowała pod kołdrę i nawet nie zauważyła, kiedy weszłam. Stłumiłam westchnienie, a potem usiadłam na krawędzi materaca, który ugiął się pod moimciężarem.

– Mamo! Ale ty się skradasz – powiedziała Cassi z udawanym wyrzutem.

Z każdym kolejnym dniem dostrzegałam drobne zmiany w jej zachowaniu. Niektóre, jak zadzieranie nosa czy złoszczenie się bez przyczyny, irytowały. Inne natomiast rozczulały.

– Nie powinnaś czasem spać? Jutro wycieczka.

– Och, mamo, jeszcze jeden rozdział. Ostatni, obiecuję! – Wlepiła we mnie te swoje wielkie oczy, doskonale wiedziała, jak mnie przekonać do swoich racji. Wygięłam usta, niby w grymasie, a następnie zerknęłam na okładkę. Rozważna i romantyczna Jane Austen. Zdziwiona przyjrzałam się córce. Nie mogłam się nadziwić, jakie książki ją interesowały. Dobrze, że Cassidy nie czytała byle czego, ale niektóre pozycje wydawały mi się zbyt dorosłe jak dla niespełna jedenastoletniej dziewczyny. Chociaż ja w tym wieku również zaczytywałam się takimi autorami jak Dickens, siostry Brontë, Milton czy Oscar Wilde. Austen przywoływała miłe wspomnienia związane z pierwszym wyobrażeniem o miłości, w której można się było całkowicie zatracić. Pokręciłam głową do własnych myśli, a potem spojrzałam na córkę. Usta mi drgnęły, z ledwością powstrzymywałamrozbawienie:

– Zgoda – powiedziałam wreszcie. – Ale naprawdęostatni.

Uśmiechnęła się szeroko.

– Dzięki, mamo. Jesteś ekstra.

Nachyliłam się i pocałowałam Cassi w policzek, po czym wstałam z łóżka i pozwoliłam jej na ponowne zanurzenie się w równoległym świecie.

– Dobranoc, córeczko.

– Dobranoc, mamo.

Zamknęłam cicho drzwi, a potem ruszyłam korytarzem. Pchnęłam kolejne drzwi i znalazłam się w sypialni. Światła były zgaszone. Chciałam je włączyć, rozejrzałam się jednak i zauważyłam, że Josh leży na łóżku. Jego klatka piersiowa unosiła się miarowo, zapewne spał od dawna. Przeciągnęłam się i wślizgnęłam do garderoby, by znaleźć koszulę nocną. Odruchowo sięgnęłam do dolnej szuflady, po czym wyjęłam pierwszy komplet z brzegu. Zanim się wyprostowałam, usłyszałam szmer, a później kroki. Obróciłam głowę i zobaczyłam Josha. Wzrok przyzwyczaił się już do ciemności, więc widziałam, jak jego usta rozciągnęły się w uśmiechu. Również uniosłam kącik ust. Chciałam podejść bliżej, jednak na widok nagiego, umięśnionego torsu zastygłam w miejscu. Josh nie zamierzał bezczynnie czekać. Podszedł i odwrócił mnie przodem do siebie. Zacisnął palce na moich ramionach, pożerał spojrzeniem. Na moment zapomniałam, że powinnam zrobić kolejny wdech, a wtedy nachylił się i zanurzył twarz w moich włosach. Pocałował zagłębienie obojczyka, długo i namiętnie, aż poczułam, jak ciepło promieniuje od moich lędźwi. Odruchowo zwarłam uda, lecz Josh nie pozwolił mi całkiem zamknąć do siebie dostępu. Wsunął kolano między moje nogi i zmusił, bym stanęła w rozkroku. Jednocześnie musnął językiem moje ucho, zatoczył kilka kółek na płatku, a potem go zassał. Dreszcz przeszedł wzdłuż mojego kręgosłupa, uczepiłam się napiętych ramion Josha. Nie spostrzegłam, kiedy kilkoma sprawnymi ruchami zdarł ze mnie spodnie, koszulkę i stanik. Odsunął się i przeniósł spojrzenie niżej, na piersi. Zjechał rękami z ramion i delikatnie masował sterczące sutki. Zaraz jednak nachylił się i zaczął je ssać zachłannie. Oddech mi przyśpieszył. Złapałam Josha za szyję, by przyciągnąć go bliżej. Chciałam więcej, chciałam wszystko i to najlepiej natychmiast. Chwycił mnie za pośladki, uniósł i posadził na szafce, biodrem potrąciłam nocną lampkę, która potoczyła się po drewnianym blacie, a potem spadła cicho na miękką wykładzinę. Oplotłam nogami talię narzeczonego i próbowałam go zmusić, by wreszcie we mnie wszedł. Jednak odsunął twarz od moich piersi i zaśmiał się zawadiacko.

– Weź mnie – jęknęłam.

Spojrzał mi w oczy, uniósł dłoń i przejechał opuszkami palców po linii żuchwy i niżej po spierzchniętych ustach. Rozchyliłam wargi, naparł mocniej, wyczułam, jak jego twardy penis ociera się o moje nagie udo. Pragnęłam poczuć tę nabrzmiałą męskość, pragnęłam mieć go w sobie.

– Bierz mnie, do diabła – szepnęłam.

– Coś mówiłaś, kochanie? – zapytał Josh i w tej samej chwili dłonią powędrował dalej w dół, co wywołało drżenie na ciele.

Gdy włożył we mnie palce, napięłam mięśnie i wbiłam paznokcie w skórę jego ramion. Zaczął bawić się łechtaczką, ściskał ją, a zaraz odpuszczał, by doprowadzić mnie na skraj szaleństwa. Ciepło rozchodziło się po ciele, coraz wyżej i wyżej. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że właśnie wspinam się na Mount Everest, żezaraz osiągnęszczyt.

– Weź mnie, do cholery! – krzyknęłam błagalnie.

– Skoronalegasz…

– Proszę – sapnęłam i chwyciłam go z kark, zmuszając, by na mniespojrzał.

W jego oczach dostrzegłam żądzę, ścisnęło mnie w żołądku. Wtem opuścił spodnie i wyjął penisa. Sięgnęłam, by go objąć, lecz Josh złapał moją dłoń i wszedł we mnie nagle. Wygięłam ciało i jęknęłam cicho. Z początku posuwał mnie powoli, jakby się droczył. Miałam serdecznie dość tej zabawy, wzmocniłam uchwyt na karku i przyciągnęłam go bliżej. Przechylił głowę, a wtedy wzięłam w usta płatek jego ucha i ugryzłam. Syknął rozzłoszczony i naparł mocniej. Z każdym pchnięciem wchodził coraz bardziej drapieżnie. Sapaliśmy, ciała pokrył pot, włosy lepiły się do czoła. Trzymałam go mocno za ramiona, a wtedy wyszedł i schyliłsię.

Rozszerzył mi nogi i zaczął zlizywać spływające po udach soki. Drażnił łechtaczkę, raz ssąc, a raz delikatnie tylko muskając końcówką języka. Traktował mnie jak zabawkę na usługach, a ja mogłam jedynie błagać…o więcej. Wsunął we mnie dwa palce i tym samym, doprowadził na granicę wytrzymałości.

Orgazm przyszedł niespodziewanie. Zacisnęłam uda na szyi Josha, ciałem wstrząsnęły dreszcze. Wreszcie narzeczony stanął prosto. Przyśpieszone oddechy zlały się w jeden, a spojrzenia skrzyżowały.

– Wstawaj – powiedział szorstko i chwycił moją rękę.

Nadgarstek zapiekł, ale nie dbałam o to. Josh pchnął mnie lekko na ścianę. Chciałam obrócić głowę, lecz nie zdążyłam. Wszedł jednym, mocnym pchnięciem. Tym razem poruszał się szybko i gwałtownie, jakby było mu gdzieś spieszno. Zacisnęłam szczękę, podczas gdy wbił zęby w moje ramię. Krzyknęłam, a on doszedł w tym samym momencie.

Po chwili, kiedy ochłonęliśmy, odwróciłam się i zaplotłam dłonie na jego szyi. Uniósł kącik ust, a potem pochylił się i mnie pocałował. Poszliśmy do łóżka i położyliśmy się obok siebie, wyczerpani intensywnym seksem. Mimo zmęczenia nadal czułam niedosyt. Josh przyciągnął mnie i złożył na czole krótkipocałunek.

– Byłaś cudowna – szepnął mi doucha.

– Ty również. – Zaczęłam gładzić jego członka w górę i w dół. Chwycił moją dłoń i położył sobie na talii.

– Muszę wcześnie wstać, skarbie.

Zmusiłam się do uśmiechu i założyłam kosmyk za ucho, próbując ukryćzmieszanie.

– Jasne – wyszeptałam. – Śpij dobrze.

– Ty również.

Czułam ciepło jego ciała i coraz spokojniejsze bicie serca. Uśmiechnęłam się, gdy pocałował płatek mojego ucha, jednak potem Josh zasnął w oka mgnieniu. Do mnie sen nie przychodził. Obróciłam się plecami do narzeczonego i wtuliłam twarz w poduszkę. W pokoju unosił się zapach potu pomieszanego ze spermą. Zapach seksu, o którego istnieniu niemalzapomniałam.

Było dobrze. Przymknęłam oczy, lecz nie mogłam zasnąć, gdyż natrętne myśli nie odpuściły nawet na chwilę.

Bo czy dobrze znaczywystarczająco?

Musi.

* * * * *

Obudziło mnie krzątanie się Josha po pokoju. Przetarłam zlepione powieki, a następnie usiadłam i przytuliłam puchatą poduszkę, która leżała tuż obok.

– Gdzie takpędzisz?

– Jadę na spotkanie. Szykuje się skomplikowana rozprawa, możliwe, że wrócę dopiero jutro – powiedział dobrze mi znanym, rzeczowym tonem.

Zacisnęłam dłonie na delikatnym materiale, zaraz jednak wstałam i założyłam obcisłe dżinsy oraz biały stanik. Poczułam na sobie wzrok Josha, a chwilę później mężczyzna podszedł bliżej izłapał mnie od tyłu. Zanurkował twarzą w rozpuszczone włosy i wyszeptał mi doucha.

– Świetnie się wczoraj bawiłem. –

Pogłaskałam go po policzku.

– Ja również – odparłam równiecicho.

Puścił mnie jednak zbyt szybko, mamrocząc, że nie może się spóźnić. Chodząc po pokoju, opowiadał o pracy. Chciałam go uderzyć, byle mocno. Odetchnęłam głęboko kilka razy i spróbowałam nadążyć za jego słowami, pomimo że nigdy nie umiałam wczuć się w adwokacki żargon. W końcu dałam za wygraną i wyjrzałam na ruchliwą ulicę. Przysiadłam na stojącej u podnóża łóżka brązowej pufie i wtedy coś mi sięprzypomniało.

– Wiesz – zaczęłam niepewnie – wczoraj byłam na tej rozmowie o pracę, o której ci wspominałam.

– I jakposzło?

Machnęłam lekceważąco ręką.

– Nie przyjęli mnie, ale nie w tym rzecz. Szef oddziału poprosił, żebym zrobiła mu zdjęcie. Wiesz, w celu weryfikacjiumiejętności.

Josh uniósłbrwi.

– Co w tym dziwnego? Przecież tym się właśniezajmujesz.

– Nic, tylko że nie zrobiłam tegozdjęcia.

Przyjrzał mi się z zaciekawieniem, nadal siłując się z zapięciem od mankietów białejkoszuli.

– Dlaczego? – spytał.

– Kiedy przyłożyłam aparat, żeby je zrobić, obraz w obiektywie zaczął podskakiwać. – Przymrużyłam oczy. – Nigdy nie zdarzyło mi się nic podobnego. Przynajmniej w przypadku fotografii analogowej.

Reakcja Josha była nietypowa. Najpierw zamarł, przez chwilę lustrował mnie uważnym spojrzeniem, innym niż zwykle, aż w końcu uśmiechnął sięszeroko.

– Dobre – powiedział i pokiwał palcem. – Prawie mnie nabrałaś.

Chciałam zaprzeczyć, jednak wyszedł tak szybko, że nie zdążyłam mu nawet życzyć spokojnej podróży. Cholera by go…, pomyślałam ze złością. Spodziewałam się, że zlekceważy całą sprawę, ale nie przypuszczałam, że mnie wyśmieje. Nadal czułam wczorajszy niepokój, a teraz nawet nie mogłam się nim z nikim podzielić. Wcześniej sądziłam, że powodowało go ciągłe myślenie o ślubie, lecz zrozumiałam, że nie tylko. To, co wydarzyło się poprzedniego dnia z aparatem, było po prostu dziwne.

Nie mogłam jednak dłużej pogrążać się w domysłach, codzienność czekała za rogiem. Zeszłam na dół, by zrobić śniadanie. Dla Cassidy przygotowałam tosty z twarożkiem oraz jogurt naturalny, a gdy niebieski autokar odjechał i zostałam sama, ruszyłam do ciemni. Pozdejmowałam zdjęcia, po czym ponownie sprawdziłam ich jakość pod każdym kątem. Następnie wybrałam najlepsze i użyłam skanera do negatywów w gabinecie na parterze, by zapisać interesujące zdjęcia na pendrivie. Chciałam już wyjść, kiedy w oczy rzucił mi się aparat. Przechyliłam głowę i się zamyśliłam. Co z tobą nie tak? Jeszcze nigdy mnie nie zawiodłeś. Naprawdę nic z tego nie rozumiałam. Chwilę później włożyłam jednak urządzenie do etui i zawiesiłam na szyi.

Z domu wyszłam wpół do jedenastej. Kilka stacji przejechałam metrem, lecz końcówkę trasy musiałam pokonać pieszo. Szłam szybkim tempem, nie zamierzałam tracić więcej czasu, niż to potrzebne. Poza tym chciałam jak najszybciej być po rozmowie z Mikiem. Szanowałam jego pracę, jednak nie mogłam znieść, że uważał się za lepszego ode mnie i innych kobiet. Wielokrotnie zastanawiałam się, co powodowało taką postawę, ale za każdym razem dochodziłam do podobnych wniosków: Mike to wielki szowinista i nie trzeba się nim przejmować. Kropka.

Słońce wschodziło coraz wyżej, zupełnie niepotrzebnie ogrzewając i tak spękaną ziemię. Jęknęłam w duchu i zastanowiłam się, dlaczego w pogodzie nie mogła panować równowaga? Ułatwiłaby niektóre sprawy. Chociażby jak teraz, kiedy stałam przed szefem gazety, a pot lał mi się z czoła. Obrzuciłam wzrokiem niewielkie, zatłoczone pomieszczenie, rozmyślając, czy Mike nie potrafił znaleźć miejsca na wentylator, czy też chował go specjalnie na moje przyjście. Wykrzywiłam twarz w grymasie, gdyż druga opcja wydawała się całkiemprawdopodobna.

Mike skończył oględziny zdjęć i rzucając niedbałe: „Może być”, podpisał czek. Podał mi go, nawet nie zaszczyciwszy mnie spojrzeniem. I taki człowiek stał na czele agencji fotograficznej Magnar, pomyślałam, tłumiąc chęć wywrócenia oczami.Także przez jego uprzedzenia rozglądałam się za innym źródłem dochodu. Mike zabrał się za przeglądanie jakichś papierów – zapewne sądził, że zaraz wyjdę. Niedoczekanie. Odchrząknęłam.

Mike podniósłgłowę.

– Ty jeszczetutaj?

– Mam prośbę. Niedługo wychodzę za mąż. Przydałoby mi się więcej zleceń w sierpniu, ponieważ we wrześniu wyjeżdżam.

Przyglądał mi się dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Być może sądził, że spuszczę wzrok.

– Gratulacje – wydusił z siebie wreszcie, a potem dodał: – Dobrze, zobaczę, co da się zrobić. A teraz wybacz, ale robota czeka.

Skinęłam głową, a następnie wyszłam z biura i zamknęłam przeszklone drzwi. Jeśli chodziło o Mike’a, nie mogłam liczyć na więcej. Ruszyłam wąskim korytarzem, oddzielającym od siebie kilkanaście malutkich boksów. Panował tu zgiełk typowy dla takich biur. Gwar rozmów przerywały popiskiwania drukarek oraz komputerów, które zdecydowały zawiesić się w najgorszym momencie pracy – zazwyczaj zanim dany dziennikarz zdążył zapisać zmiany w tekście. Posypały się przekleństwa, filiżanka trzasnęła o szklany blat, zgniecione kartki papieru poleciały do kosza, omijając cel o milimetry. Zaledwie kilka osób odpowiedziało na moje przywitanie, reszta nie poświęciła mi nawet odrobiny uwagi. Trudno się dziwić. Jako dorywczy fotograf rzadko bywałam w siedzibie firmy, przez co nie nawiązałam bliższych znajomości. Wyjątek stanowiła Maggie. Zatrzymałam się przed jej opustoszałym biurkiem i spojrzałam na boki, jednak nigdzie nie dostrzegłam koleżanki. Podeszłam do siedzącego obok George’a i nachyliłam nad blatem.

– Hej, nie widziałeś możeMaggie?

George poprawił zsuwające się na czubek nosa okulary i zerknął na mnie szczurzymi oczkami.

– Nie, dziś nie przyszła. Chyba matka jejzachorowała.

Chciałam spytać go o coś jeszcze, ale gdy usłyszałam szalony galop palców po klawiaturze, odwróciłam się i wyszłam bez pożegnania. Żałowałam, że nie udało mi się złapać Maggie, zamierzałam powiedzieć jej o ślubie.Może odwiedzę ją w drodze powrotnej do domu?

Tym razem podróż metrem okazała się jeszcze bardziej uciążliwa. Panujący na ograniczonej przestrzeni ścisk zmusił mnie, bym jednym bokiem przywarła do ściany, drugim ocierając się o młodego chłopaka, który rzucał mi jednoznaczne spojrzenia. Kiedy wydostałam się na świeże powietrze, odetchnęłam z ulgą, a potem ruszyłam przed siebie. Na szczęście nie czekał mnie zbyt długi spacer, gdyż Maggie mieszkała zaledwie trzy przecznice od mojego domu. Słońce wisiało jeszcze wysoko, postanowiłam więc sprawdzić aparat. Przysiadłam na żeliwnym ogrodzeniu, zdjęłam zaślepkę i zaczęłam fotografować. Zielony liść o postrzępionych krańcach, który odznaczał się wyraźnie na tle szarego chodnika; wystawy sklepowe, oferujące najświeższe wędliny oraz najlepsze ceny w stanie Pensylwania; czarnego kota, który pospiesznie przebiegł przez ulicę, umykając przed pędzącymi autami. Kiedy skierowałam obiektyw na przypadkowego człowieka, również naciskałam spust. Aparat działał bez zarzutu w różnej kombinacji ustawień. Postukałam się palcem po brodzie i zamyśliłam. Może wczoraj byłam po prostu zmęczona? Ale czy zmęczenie psuje aparat?

Z jednej z prostopadłych uliczek wyłonił się mężczyzna, szedł w moim kierunku. Uchwycił moje spojrzenie i stanął po przeciwnej stronie ulicy. Jakieś piętnaście lat temu mógł być przystojny, ale zaniedbał się. Znoszona, kwiecista koszula, wytarte bermudy oraz klapki japonki, a do tego wszystkiego zapuszczone, siwe włosy sprawiały, że chciałam uwiecznić jego postać. Przysunęłam aparat do twarzy, a mężczyzna wyszczerzył pożółkłe zęby w uśmiechu. Kadr zaczął podskakiwać, dłużej niż poprzednim razem. Zupełnie jak telewizor, który próbuje złapać stracony sygnał. Jednak tym razem nie opuściłam nikona. Obraz zaczął się zmieniać, a w miejscu mężczyzny na chwilę pojawiła się inna sylwetka. Większa, dziwnie spowita cieniem. Strach podszedł mi do gardła, ręce zadrżały. Aparat wypadł z dłoni i upadł na beton. Mężczyzna zbliżał się do mnie. Przeczucie podpowiadało, że powinnam uciekać, jednak nadal stałam w miejscu, niezdolna do ruchu. Nieznajomy zatrzymał się tuż przede mną i schylił po aparat.

– Proszę. Dobrze, że się nie zepsuł. Lepiej niech pani uważa, to dobry sprzęt.

Po tych słowach ruszył dalej, w kierunku, w którym sama zamierzałam się udać. Patrzyłam za oddalającym się mężczyzną, aż ten nie zniknął za rogiem. Przełknęłam ślinę, po czym odwróciłam się na pięcie. Najpierw szłam wolno, a po chwili przyśpieszyłam, by wreszcie puścić się biegiem. Zdyszana zatrzymałam się dopiero na Brandywine Street. Niezidentyfikowane niebezpieczeństwo minęło, rozluźniłam mięśnie i zaczęłam się trząść. Nerwowo pocierałam ramiona, usiłując doprowadzić się do porządku To wszystko było bez sensu. Albo miałam zwidy, albo… No właśnie, co? Potrząsnęłam głową. Muszę z kimś porozmawiać, bo inaczej zwariuję. Josh nie wróci przed jutrem, poza tym po dzisiejszej wzmiance nie sądziłam, by okazał się dobrym słuchaczem. Wyciągnęłam telefon z torebki i wybrałam numer. Po trzecim sygnale usłyszałam znajomy głos.

– Laureen, jestem w pracy. To nie możepoczekać?

– Raczej nie, Tesso – powiedziałam roztrzęsionym głosem.

– Jesteś w domu?

– Tak. – Mówiąc to, przekroczyłam próg, po czym dokładnie zamknęłam za sobądrzwi.

– Kończę za godzinę. Niedługo będę. – Przyjaciółka się rozłączyła.

Poszłam do salonu, usiadłam na kanapie i czekałam. Nie wiedziałam, co zrobić, aby pozbyć się tamtego obrazu z głowy. Zaczęłam się wiercić, a w umyśle powstawały coraz to nowe urojenia. Czułam, że jeśli się czymś nie zajmę, zwariuję. Kawa, tak, to jest dobry pomysł! Udałam się do kuchni i uruchomiłam ekspres. Mimo temperatury sięgającej trzydziestu stopni po moim ciele rozchodził się chłód.

Kiedy Tessa przyjechała, kubki z letnią już kawą stały na ławie w salonie. Usiadłyśmy obok siebie na kanapie.

– Lori, co się stało? – zapytała przejętym głosem.

Ponownie dopadły mnie wątpliwości. Skoro Josh mi nie uwierzył, czy istnieją jakiekolwiek szanse, że…

– Lori.

Spojrzałam na Tessę i pozwoliłam słowom płynąć. Opowiedziałam o obu nietypowych zdarzeniach, o okolicznościach oraz o nieznajomym mężczyźnie. Przez cały ten czas przyjaciółka siedziała spokojnie, a jej twarz nie wyrażała zupełnie nic. Dopiero kiedy skończyłam, wzrok Tessy złagodniał. Chwyciła moją dłoń.

– Lori, to na pewno z przemęczenia – powiedziała. – Albo z nerwów. Przecież wiem, jak bardzo się stresowałaś rozmową o pracę. Potrzebujesz odpoczynku, to wszystko.

Przyglądałam jej się przez chwilę, po czym rozluźniłam mięśnie, siląc się na uśmiech. Już wiedziałam – Tessa nie zmieni zdania. Pozostawało mi albo się z nią zgodzić, albo pokłócić. Stłumiłam westchnienie.

– Masz rację, za bardzo się przejmuję.

– Więc przestań. – Tessa popatrzyła na zegarek i wstała. – Muszę jechać. Zaraz zaczynam przesłuchania do nowej reklamy telewizyjnej, poza tym po drodze miałam odebrać Jake’owi garnitur z pralni.

– Jake? Nie wiedziałam, że przeszłaś z szefem na ty – zagadnęłam, lecz ona tylko machnęła ręką.

– Znamy się tak długo, że sama to zaproponowałam. – Zatrzymała się w przejściu i odwróciła w moją stronę. – Zapomniałabym. Kiedy bierzecieślub?

– Siedemnastego września. Czemupytasz?

– Jak to, czemu? – odpowiedziała pytaniem, a w jej spojrzeniu dostrzegłam niebezpieczne ogniki. Rozciągnęła usta w uśmiechu, a potem dodała: – Muszę zorganizować wieczór panieński. Trzymaj się.

Niemal wybiegła, a część słów dotarła do mnie przytłumiona. Skrzywiłam się na samą myśl o nadchodzącej imprezie. Znając Tessę, obawiałam się, że mogę jeszcze pożałować wyboru świadkowej.

Chwyciłam czarny kubek i rozsiadłam się wygodnie na kanapie. Owinęłam się białym, puszystym kocem i wtuliłam w niego twarz. Myślami wróciłam do niedawnej rozmowy. Przepełniało mnie rozgoryczenie, że Tessa zbagatelizowała całą sytuację, ale nawet to nie zmieniało faktu, że coś widziałam. Coś, czego nie powinnam doświadczyć, lecz na to nie miałam już wpływu. Niejasne sytuacje zawsze powodowały konflikt. Tylko że w tym przypadku nie potrafiłam przewidzieć, co mogło z niegowyniknąć.

I z jakim skutkiem.

Mrok

Copyright © Alicja Wlazło

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright © for the cover art by Agnieszka Zawadka

Copyright © for the cover photo© Sergey Sukhorukov

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rightsreserved.

Wydanie drugie, Bydgoszcz 2019r.

druk ISBN 978-83-7995-411-7

epub ISBN 978-83-7995-412-4

mobi ISBN 978-83-7995-413-1

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Iga Wiśniewska

Korekta: Monika Halman, Marta Kładź-Kocot

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Ilustracja na okładce: Agnieszka Zawadka

Zdjęcia referencyjne: Sergey Sukhorukov

Skład i typografia: www.proAutor.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgodywydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-453 Bydgoszcz

sekretariat@inanna.pl

www.inanna.pl

Książka najtaniej dostępna w księgarniachwww.MadBooks.pl

www.eBook.MadBooks.pl

Spis treści

Prolog

RozdziaŁ I

Rozdział II