Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Niewidzialna

Niewidzialna

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-276-3110-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Niewidzialna

Offline Vicky Decker nie rzuca się w oczy. Jest przeciętna, chorobliwie nieśmiała, nie ma znajomych. Czuje się samotna. Jako @Observi jest duszą towarzystwa. Wrzuca zdjęcia z imprez, kolorowe stories, na których jest roześmiana, wśród znanych ludzi. Ma coraz więcej followersów, zbiera tysiące lajków i komentarzy. Na Instagramie jest gwiazdą, po raz pierwszy w życiu. W końcu może być tym, kim chce. Fikcyjny profil dopracowuje w każdym szczególe. Uświadamia sobie, że mogłaby spędzić resztę życia, nie wychodząc z pokoju. Im bardziej jest popularna jako @Observi, tym lepiej rozumie, że w realnym świecie roi się od ludzi, którzy są równie #samotni i #niezauważani jak ona. By pomóc im i sobie, musi pokazać światu swoją prawdziwą twarz. Czy zdobędzie się na odwagę i zacznie żyć naprawdę?

Polecane książki

„Pielgrzym a buty” to alegoria wędrówki człowieka przez życie. Pielgrzymki, która nie zmienia się z czasem. Jaka było 100 lat temu za Reymonta, taka jest i teraz. Od czego zależy ta życiowa podróż każdego z nas?...
Kwiecień 1986 rok. Informacje o katastrofie w Czarnobylu i skażeniu promieniotwórczym docierają do Polski, ale o faktycznym stanie zagrożenia wiedzą tylko nieliczni. Prawdziwe informacje są skutecznie blokowane przez władze, które prowadzą politykę dezinformacyjną sugerującą niewielką skalę skażenia...
Bohaterka testuje nie tylko swe najbardziej namiętne wcielenie. Z łatwością szpiega wślizguje się w role powściągliwej nauczycielki, usłużnej hostessy, magnetycznej modelki. Nie opuszcza jej kreatywność ani nie odpuszcza jej autodestrukcja. Okaleczającej się kobiecie niełatwo jest porzucić nawyk...
Nowelizacja Prawa spółdzielczego i wydzielenie w nim zagadnień dotyczących spółdzielczości mieszkaniowej było pierwszym krokiem do odrębnej własności mieszkań spółdzielczych i tworzenia wspólnot mieszkaniowych. Jednakże nieprecyzyjne zapisy ustawy i gra na emocjach spółdzielców nie przysłużyły się ł...
Honoré de Balzac: Tajemniczy dwór. La Grande Bretèche. Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej. Version bilingue: polonaise et française. Trzymająca w napięciu opowieść genialnego francuskiego autora. Fragment:„O jakie sto kroków od Vendôme, nad brzegami rzeki Loir — rzekł — znaj...
Lata 50. XX wieku. Thulecamp w Reykjaviku – dzielnica baraków, zamieszkiwana przez łobuzów, pijaków i biedotę. Tutaj dzieci zbyt szybko dorastają, rzeczy się zdobywa, a pracę traktuje dorywczo. Na czele wielopokoleniowej rodziny Thomassonów, zamieszkującej Thulecamp, stoi wróżka Karolina, kobieta si...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Sharon Huss Roat

Sharon ‌Huss Roat#niewidzialna

Tłumaczenie:Małgorzata Hesko-Kołodzińska

Niniejsza książka ‌to fikcja literacka. Wszystkie ‌imiona, ‌nazwiska, nazwy przedsiębiorstw, ‌miejsc, ‌zdarzeń i wypadków ‌zostały ‌wymyślone przez ‌autorkę ‌lub ‌wykorzystane w formie ‌fikcyjnej. ‌Jakiekolwiek podobieństwo do ‌prawdziwych ‌osób, zarówno ‌żywych, ‌jak i nieżyjących, jest ‌całkowicie ‌przypadkowe.

Dedykuję ‌tę książkę ‌wszystkim,którzy kiedykolwiek czuli ‌się ‌odrzuceni, pominięcilub ‌niewystarczająco ‌dobrzy.

Rozdział ‌1

Stoję przy szafce i czuję, ‌jak na moim ‌podkoszulku wykwitają plamy ‌potu. ‌Przecież ‌nikt tego ‌nie zobaczy, zapewniam ‌w duchu samą siebie. Nie ‌pod gigantycznym ‌swetrem, który włożyłam, ‌ani ‌pod niemal nieprzeniknioną ‌gęstwiną moich ‌włosów.

Mimo to ‌odciągam brudnożółtą dzianinę ‌od pach. ‌Rano mama rzuciła ‌na ‌mnie ‌okiem ‌i zdołała się powstrzymać ‌od wypowiedzenia na głos ‌tego, co ‌zapewne sobie pomyślała ‌– że nie ‌zostanę ‌miss ‌popularności, przebrana za gigantyczny ‌kleks musztardy diżońskiej.

– Jesteś ‌gdzieś ‌tam ‌w środku? – zażartowała tylko ‌i umilkła, ‌smarując kanapkę ‌musztardą.

Jej ‌wzrok wędrował od mojego ‌swetra do musztardy ‌i z powrotem.

Taka jest subtelna.

Mam świadomość, ‌że w tym ‌kolorze nie wyglądam ‌najlepiej. Nie podkreśla ‌barwy moich orzechowych ‌oczu, nie ‌pomaga wyróżnić ‌się ‌w tłumie. ‌W zasadzie ten konkretny odcień ‌brązowawej ‌żółci doskonale ‌pasuje zarówno do moich ‌włosów, ‌jak i do koloru ścian szkoły. Dlatego właśnie go noszę. Jeśli to, co zamierzam zrobić, pójdzie nie tak, jak trzeba, zdołam wtopić się w otoczenie i zniknąć, nim ktokolwiek zauważy.

To moja najlepsza przyjaciółka Jenna zmusza mnie, żeby to zrobiła. Wczoraj wieczorem łączyłyśmy się przez FaceTime ze swoich pokojów – mojego tam gdzie zwykle, a jej w bardzo odległym stanie Wisconsin, gdzie obecnie mieszka. Jej mama dostała tam naprawdę dobrą pracę, więc cała rodzina przeprowadziła się w połowie sierpnia, parę tygodni przed początkiem naszej drugiej klasy liceum.

– Martwię się o ciebie – powiedziała Jenna.

Przesunęłam się na bok, więc teraz widziała tylko moją kotkę o imieniu Kat, zwiniętą w pręgowaną kulkę na łóżku.

– Minęły dwa miesiące. – Jenna zbliżyła twarz do ekranu i wyszeptała: – Rozmawiałaś z kimkolwiek w ciągu tych dwóch miesięcy?

– Z tobą – odparłam.

– Z prawdziwym człowiekiem.

– Ty nie jesteś prawdziwa?

– Nie o to mi chodzi. – Przechyliła telefon i postawiła go na toaletce, żebym miała widok na jej nową sypialnię, którą od razu znienawidziłam. – Z prawdziwym człowiekiem, na żywo. Nie z rodzicami. Nauczyciele się nie liczą.

Usiłowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio odezwałam się do kogoś w szkole, poza mamrotaniem: „Sorry”, gdy ktoś na mnie wpadł, albo szeptaniem: „Na zdrowie”, kiedy uczeń obok mnie kichnął. W zasadzie odkąd pamiętam, gadałam wyłącznie z Jenną. W rozmowach z innymi to ona zawsze odzywała się w imieniu nas obu, nawet jeśli pytanie było skierowane do mnie. Ja się wahałam, a wtedy ona wyskakiwała z odpowiedzią. Tak to działało między nami. Za to ja sznurowałam jej buty. Byłam w tym lepsza, więc Jenna nigdy nie nauczyła się wiązać sznurówek. Teraz kupuje buty zapinane na pasek albo zamek błyskawiczny, i wsuwane.

A ja z nikim nie rozmawiam.

– Przecież wystarczy się przywitać – powiedziała Jenna. – Tak się przecież zaprzyjaźniłyśmy, pamiętasz? Powiedziałaś: „Hej”, a potem samo się potoczyło.

– Miałam pięć lat – odparłam. – I nie wiedziałam, czym to grozi.

– No to udawaj, że znowu masz pięć lat. – Roześmiała się. – Siedzisz po turecku na trawie i liżesz lody sorbetowe, kiedy dziewczynka z tragiczną grzywką wychodzi z domu po drugiej stronie ulicy. Wygląda tak, jakby ktoś obciął jej włosy maczetą. Przywitaj się z biedactwem.

– To nie takie proste – westchnęłam. – Przecież mnie znasz.

Jej twarz znowu pojawiła się na ekranie.

– Znam cię doskonale i właśnie dlatego musisz to zrobić, inaczej przez resztę liceum będziesz samotna i nieszczęśliwa. Pewnie zaczniesz ukrywać się w kiblu.

Naprawdę dobrze mnie znała.

Dlatego właśnie obiecałam jej, że dzisiaj przywitam się z kimś w szkole. Tym kimś, kogo wybrałam, jest Hallie Bryce. Jej szafka sąsiaduje z moją, więc do Hallie na ogół dociera to, co zdołają wyprodukować moje struny głosowe. Nie będę musiała się wysilać ani do nikogo podchodzić.

Odchrząkuję, żeby sprawdzić, czy moje gardło nadal działa, i w tym samym momencie zauważam idealny koczek Hallie, która sunie po korytarzu w moim kierunku. Natychmiast słyszę pulsowanie krwi w uszach.

Hallie podchodzi do szafki i przykuca, żeby ustawić szyfr – a właściwie nie kuca, fachowe określenie tego, co robi, to grand plié, co przeczytałam na jej instagramowym koncie, gdzie zamieszcza jedynie baletowe zdjęcia (zwykle samej siebie na puentach w rozmaitych miejscach, w których zazwyczaj trudno natknąć się na baletnicę. Na drzewie. Na plaży. Na tle miejskich ruin). Nie obserwuję jej, to znaczy nie kliknęłam „Obserwuj” na Instagramie. Wolę kryć się w cieniu. Nie chodzi o nic strasznego, raczej o podziw z oddali. „Też bym tak chciała” – coś w te klocki.

No więc robi to plié tuż obok, a ja muszę tylko wyartykułować jedno krótkie słowo i misja będzie wypełniona. Nawet nie wymagam od siebie wypowiedzenia: „Cześć”, już nie wspominając o czymś tak szalonym jak: „Co u ciebie?”. „Hej” wystarczy.

Hallie zerka na mnie i unosi pięknie wykrojoną brew. Czeka, bo się na nią gapię. Wiem, że się gapię, ale nie mogę oderwać od niej wzroku ani nawet się poruszyć, ani zachować jak normalny człowiek.

Hallie ściąga brwi na kształt litery V i lekko przechyla głowę.

– Mówiłaś coś? – pyta.

Doskonale wie, że nic nie powiedziałam, jest po prostu uprzejma.

Wbijam wzrok w podłogę. Nie ma mowy o żadnym „hej”, teraz próbuję tylko uspokoić oddech.

Hallie wzdycha, wstaje, zamyka szafkę i odchodzi, kręcąc piruety. No dobra, po prostu idzie, ale w ten swój baletowy sposób – obciągnięte palce, stopy na zewnątrz. Patrzę na nią i ciężar spada mi z serca. Gdy mój lęk się ulatnia, przez chwilę czuję ulgę, ale szybko zastępuje ją stan, który mogę określić jednym zdaniem: „Jestem do niczego”.

Jedna prosta rzecz. Tylko tyle musiałam zrobić.

Wędruję wzrokiem do wnętrza swojej szafki i zdjęcia przyklejonego do ściany z tyłu. Ja i Jenny stoimy na nim obok siebie. Mam na sobie jej różową sukienkę na ramiączkach, za ciasną, ale zdaniem Jenny idealną dla mnie. Uśmiechamy się szeroko, szczerząc zęby.

Dotykam zdjęcia, bo to pomaga, sama nie wiem dlaczego. Jeszcze tylko siedem godzin i będę wracała autobusem do domu, pisząc wiadomości do Jenny. Przyznam się do porażki, ale i tak pozostaniemy przyjaciółkami. Powiedziała, że po jej przeprowadzce dzieląca nas odległość nie wpłynie na naszą przyjaźń. Skończymy liceum, razem pójdziemy na studia i razem zamieszkamy, jak planowałyśmy.

Zamykam szafkę i ruszam na pierwszą lekcję, skupiona na tym, żeby się nie potknąć, nie oberwać plecakiem ani nie dać sobie wykłuć oka pałką do perkusji. To ostatnie zagrożenie jest jak najbardziej realne, bo przede mną idzie Adrian Ahn i wywija pałkami.

Adrian to oficjalny gwiazdor rocka w liceum imienia Edgara H. Richardsona. Gra w zespole o nazwie East 48. Są nieźli, moszują i skaczą w tłum wydzierających się na całe gardło fanów. (Nie to, żebym ich widziała na żywo, ale wrzucają nagrania na YouTube). Adrian jest pół-Koreańczykiem i farbuje długie włosy na ciemnoczerwono. Dziś związał je w luźny kok i wetknął w niego ołówek. Coś takiego przejdzie tylko w jego wykonaniu.

Gapię się na tył jego głowy (na pewno nie na tyłek, choć też jest niczego sobie). Właśnie się zastanawiam, co by się stało, gdybym wyciągnęła mu z włosów ołówek, kiedy Adrian niespodziewanie obraca się na pięcie i wyrzuca pałkę w powietrze. Zatrzymuję się gwałtownie, żeby na niego nie wpaść, co robi chłopak idący obok mnie. Zderza się z Adrianem i popycha go, uniemożliwiając mu złapanie pałki, która właśnie szybuje w powietrzu…

I leci prosto w kierunku mojej twarzy. Odruchowo wyciągam rękę i łapię pałkę.

– No, no! – odzywa się Adrian, gdy odzyskuje równowagę. – Niezłe oko.

Mrugam, patrząc na pałkę w swojej wyciągniętej dłoni. OMG, złapałam pałkę Adriana Ahna. A on się do mnie odezwał. Mam szansę z kimś porozmawiać – i to z kimś, kto odezwał się do mnie pierwszy!

– Hej – wyrzucam z siebie.

Nic innego nie przychodzi mi do głowy, pewnie dlatego, że przez cały ranek powtarzałam to słowo, przygotowując się do powitania Hallie. Od razu wiem, że nie to powinnam powiedzieć.

Dlatego oczywiście powtarzam:

– Hej!

– Tobie też hej – śmieje się Adrian.

Stoimy na środku korytarza. Mijający nas uczniowie bez przerwy na mnie wpadają.

– Mogę, hm, to zabrać?

Adrian wskazuje na pałkę w mojej dłoni, którą nadal trzymam wysoko nad głową, jak Statua Wolności. Szybko wyciągam ją w jego stronę.

– Eee… tak. Masz tu swoją pałkę. Złapałam ją. Oczywiście w samoobronie. Można tym wydłubać oko. Ale proszę, jest twoja. Cieszę się, że mogłam pomóc.

O Boże. „Cieszę się, że mogłam pomóc”? Naprawdę powiedziałam to na głos? Ten słowotok to okazjonalny skutek uboczny wiecznego milczenia – całkiem jakby mózg przechowywał każdą idiotyczną myśl i znienacka wymiotował wszystkimi naraz.

Na domiar złego kończę te wywody radosnym:

– Zmierzaj dalej i żyj dostatnio!

Adrian znowu się śmieje.

– Ty też, Spock.

Nie wyjaśniam mu, że nie cytowałam Wulkanina Spocka, który mówił: „Żyj długo i dostatnio”, bo na szczęście mój mózg całkiem się wyłącza. W tej samej chwili porywa nas tłum uczniów.

Dlatego w twoim życiu brakuje tego, co fajne, Vicky. Nie masz ani przyjaciół, ani szans na miłą rozmowę.

Zamiast iść na historię, wpadam do najbliższej łazienki dla dziewczyn, usiłując zapanować nad nagłą falą nudności. Nic mi z tego nie wychodzi i wymiotuję do muszli, jedną ręką podtrzymując włosy, a drugą opierając o uchwyt na papier toaletowy.

Dziewczyna, którą minęłam w biegu do kabiny, mówi: „Błe” i ucieka z łazienki. Spuszczam wodę i wpatruję się w muszlę, teraz czystą i szybko się napełniającą.

Wzdrygam się, słysząc pukanie do drzwi. Odwracam głowę i widzę po drugiej stronie parę trampków Converse, z symbolem jin-jang wymalowanym permanentnym flamastrem na gumie na palcach. Uwielbiam ten symbol. Jenna i ja odkryłyśmy go latem przed siódmą klasą i został naszym prywatnym szyfrem. Bazgrałyśmy go wszędzie, podpisywałyśmy nim liściki. Ściągnęłyśmy z sieci emotkę z jin-jang, żeby przesyłać ją w esemesach. Nawet zrobiłyśmy sobie tymczasowe tatuaże, przysięgając uroczyście, że za kilka lat naprawdę się wytatuujemy.

Właścicielka conversów z jin-jang pyta:

– Nic ci nie jest?

– W porządku! – krzyczę, zbyt głośno.

Dlaczego wrzeszczę?

– Na pewno? – dopytuje się dziewczyna.

– Tak – szepczę.

Teraz za cicho. Zachowuję się jak wariatka. Nie zawsze było ze mną tak źle, a może było, tylko nie zauważyłam tego przed wyjazdem Jenny. To tak, jakby chodziło się po równoważni, kiedy ktoś trzyma cię za rękę i wszystko jest w porządku, i nagle ten ktoś niespodziewanie cię puszcza, a wtedy nie możesz się ruszyć.

Dziewczyna w czerwonych conversach waha się przez chwilę, po czym odwraca się i wychodzi. Ocieram usta papierem toaletowym i znowu spuszczam wodę. Już za późno, żebym zdążyła na lekcję, więc wyciągam z plecaka chusteczkę dezynfekującą (zawsze mam zapas pod ręką) i czyszczę deskę sedesową, na której spędzę czas do następnej przerwy. Jeszcze nie było dzwonka, ale lada chwila go usłyszę, a na myśl o wejściu do sali po nim znów robi mi się niedobrze.

Spóźnienie na lekcje znajduje się bardzo wysoko na Liście Grozy, czyli liście głupot, które mnie przerażają. Ułożyłam ją na początku roku i dodaję do niej kolejne punkty, gdy coś mnie denerwuje albo zawstydza, albo chcę zniknąć. Lista jest już tak długa, że zapamiętanie jej to rodzaj zabawy, jak wyrecytowanie wszystkich pięćdziesięciu stanów. Znajduje się na niej:

Zainicjowanie rozmowy

Spóźnienie na lekcję

Nawiązanie kontaktu wzrokowego

Zajęcie wyznaczonego miejsca

Samodzielny wybór miejsca do siedzenia

Powiedzenie jakiejś głupoty

Wywołanie do tablicy

Najszybsze napisanie klasówki

Najwolniejsze napisanie klasówki

Praca w grupach

Samodzielna prezentacja

Stołówka

Jedzenie przy ludziach

Wuef

Publiczne kichanie

Teraz mogę dodać do listy „Złapanie pałek” i „Niezłapanie pałek”. Jedno i drugie jest upokarzające.

Po uzupełnieniu listy wyjmuję podręcznik do historii. Odkryłam, że jest dość duży, żeby przykryć deskę klozetową, dzięki czemu mogę siedzieć na czymś mniej obrzydliwym. Przez całą pierwszą lekcję uczę się do klasówki z matmy, która jest na następnej lekcji, co oznacza, że na szczęście nie będę musiała do nikogo się odzywać. Po prostu pochylę głowę i zajmę się pracą.

Tak właśnie spędzam resztę dnia. Pochylam głowę. Idę na lekcje. Zajmuję się pracą. Słucham, ale nie przesadnie uważnie, więc unikam zainteresowania nauczycieli, którym wystarcza czasu tylko dla leni i kujonów. Ja jestem nierzucającą się w oczy szarą masą.

Ostatni dzwonek rozlega się za dziesięć czwarta, czyli półtorej godziny później niż w poprzednim roku, bo nasza szkoła przestawiła się na nowy rozkład, który podobno odpowiada naturalnemu cyklowi snu nastolatków (co wynika z badań i faktu, że w zeszłym roku wszyscy spali na pierwszej lekcji). Za trzy czwarta siedzę w autobusie, tam gdzie zawsze, na miejscu nad kołem, gdzie nikt nie chce siedzieć. Wyciągam telefon, żeby napisać do Jenny.

Jesteś tam?

Nie uwierzysz, co się dzisiaj stało.

Nie odpowiada od razu. Chociaż dzielą nas dwie strefy czasowe, lekcje Jenny kończą się dziesięć minut po moich, bo zaczynają się bladym świtem. Czekając, aż Jenna wsiądzie do autobusu i przeczyta wiadomość ode mnie, sprawdzam jej Instagram, ale nie ma nic nowego poza selfie z dzióbkiem, które wrzuciła wczoraj wieczorem.

Dziś zrobiłam z siebie strasznego głupka.

Rechoty pewnie było słychać aż w Wisconsin.

Nadal cisza. Przeglądam jej zdjęcia na Instagramie, wizualny słownik min. Wczoraj było mrugnięcie, przedwczoraj wytrzeszczone w zdumieniu oczy. Jenna założyła konto po przeprowadzce do Wisconsin, żeby utrzymać ze mną kontakt. Teraz ma ponad stu obserwujących i lajki od zupełnie obcych ludzi.

Obrzucam niechętnym wzrokiem komentarze intruzów i wracam do pisania.

Uch, naprawdę powinnam mieć szlaban na wychodzenie z domu.

Tak byłoby lepiej dla wszystkich.

Może powiem, że choruję na to coś, co wymaga przebywania w hermetycznie zamkniętym namiocie.

Jak dziewczyna z tamtej książki. Brak kontaktu ze światem zewnętrznym, tylko online. I żadnych przystojniaków pod moim oknem. (Nie okłamujmy się – i tak nie miałabym na nich co liczyć).

Zamierzam dalej bredzić o swojej przyszłości w izolatce, kiedy w końcu widzę dymek na ekranie.

Jenna…

JaŻyjesz!

JennaOMG, co się stało?

JaTo upokarzające.

JennaOpowiadaj.

JaObiecaj, że nie będziesz się śmiała.

JennaNie będę.

Niemal mogę sobie wyobrazić, jak to mówi, na siedzeniu obok, opierając się o mnie i nachylając, żeby lepiej słyszeć. Pisanie to nie to samo, wiadomo, ale przynajmniej Jenna jest gdzieś po drugiej stronie. Oddycham głęboko, żeby pozbyć się napięcia w mięśniach, i z detalami opisuję swoją okropnie nieudaną próbę przywitania się z Hallie Bryce.

JaHalliema mnie teraz za kompletną idiotkę.

JennaNieprawda.

JaPrawda, jestem pewna.

JennaNie jest taka. Jest bardzo miła.

JaNawet mili ludzie potrafią rozpoznać idiotę. A zresztą nie to jest najgorsze.

Biorę głęboki wdech i opisuję jej katastrofę z Adrianem i pałkami. Słowotok. Statuę Wolności. Zmierzanie dalej i dostatnie życie. Kiedy kończę, wyskakuje dymek Jenny, ale wiadomość nie pojawia się przez całe wieki. Pewnie Jenna tak ryczy ze śmiechu, że nie może nic napisać, albo próbuje wymyślić, jak uprzejmie potwierdzić, że faktycznie jestem idiotką. W końcu:

JennaOkej, to było niesamowite i niesamowicie śmieszne.

JaNaćpałaś się?

JennaNie, poważnie. Adrian też pewnie uważa, że jesteś zabawna – nie śmieszna.

JaWątpię.

JennaZłapałaś jego pałkę! To super.

JaKazałam mu ZMIERZAĆ DALEJ I ŻYĆ DOSTATNIO.

JennaWiem! Genialne.

JaJaja sobie robisz?

JennaMówiępoważnie. Jesteś taka zabawna!

Zapewnia mnie, że chodzi jej o moją bystrość i inteligencję, a nie o to, że wszyscy się ze mnie nabijają. Nie jestem przekonana. Czasem wydaje mi się, że Jenna nie zdaje sobie sprawy z tego, jak słabo radzę sobie z komunikacją, a to dlatego, że jestem głupia jak but. But, którego już jej nie sznuruję. Jenna jednak zawsze sprowadza mnie z poziomu „Jestem do niczego” na nieco bardziej bezpieczny poziom „Może nie jest tak źle, jak myślę”.

Jeszcze lepsze jest to, że odrywa mnie od moich problemów i wciąga do swojego świata, który jest o wiele bardziej interesujący niż mój.

JennaDzieciaki z tyłu autobusu się na mnie gapią.

JaChłopaki czy dziewczyny?

JennaJeden chłopak, dwie dziewczyny.

JaJak się gapią? Sympatycznie czy nie?

JennaNie wiem.

Przez kilka minut obczajamy sytuację. Jenna mówi, że chłopak to przystojniak i chyba flirtuje. Dziewczyny też są ładne i chyba flirtują. Radzę jej przesunąć się na fotelu tak, żeby jej nie wiedzieli, ale w sumie przede wszystkim chodzi mi o to, żeby mieć ją tylko dla siebie.

Piszę do niej najdłużej, jak się da, aż w końcu wysiadam z autobusu, idę do domu i siadam przy kuchennym blacie, żeby wypić owocowe smoothie zrobione dla mnie przez mamę. Gdy Jenna pisze, że musi kończyć, odpowiadam emotką ze smutną buźką. Ona wysyła mi cmokający i mrugający emotikon w kształcie serca, a ja jej jednorożca, tort i uniesione kciuki. To głupie, ale robimy tak od dwunastego roku życia i pierwszych telefonów. Jenna kończy jak zawsze symbolem jin-jang. W tej chwili z moim światem wszystko jest w porządku, całkiem jakby Jenna znowu stała obok równoważni, trzymając mnie za rękę, żebym nie spadła.

Rozdział 2

Budzę się następnego ranka i widzę szeroki, radosny uśmiech na Instagramie Jenny, co uznaję za odpowiednik motywacyjnej pogadanki. Otagowała zdjęcie hasłami #przywitajsię #bądźsuper #masztowsobie. Klikam małe serduszko (pierwszy lajk!) i idę do kuchni na śniadanie. Mama zostawiła talerz świeżych croissantów. Jest środa, dzisiaj rano ćwiczy. Ojciec dopiero za godzinę wychodzi do biura, więc przywleka się do kuchni. Nalewa nam po kubku kawy, siada obok mnie i oboje jemy w milczeniu. Nigdy nie zmusza mnie do pogawędek, nawet nie zwraca uwagi na to, co mam na sobie. Dzisiejsza brązowa bluza z kapturem i kieszenią z przodu najwyraźniej nie kojarzy mu się z wystawą torbaczy w zoo, jak ostatnio mamie. Nawet jeśli tata myśli, że przypominam kangura, to nie dzieli się ze mną tym spostrzeżeniem.

Lubię środy.

Spokój ojca towarzyszy mi w autobusie i w drodze do szkolnej szafki. Czuję się całkiem nieźle, udało mi się uniknąć na korytarzu i Hallie, i Adriana, ale gdy wchodzę na lekcję historii, ściska mnie w żołądku. Widzę nauczyciela na zastępstwie, co oznacza odczytanie listy. Nawet jeśli mam tylko burknąć jedno słowo, nie potrafię zdecydować, czy to ma być: „Jestem!”, czy: „Obecna!”.

Zastanawiam się nad tym, kiedy zauważam, że chłopak obok mnie lekko się wychyla w kierunku mojego biurka. Jestem niemal pewna, że to ten, który wczoraj wpadł na Adriana i spowodował wypadek z pałką. Nazywa się Lipton Gregory. Słyszałam, jak wyjaśniał, że jego imię to panieńskie nazwisko matki i nie ma nic wspólnego z marką herbaty w torebkach. Dzieciaki i tak czasem nazywają go Torbaczem.

Lipton odkasłuje, a ja leciutko odwracam głowę w jego stronę, nie nawiązując kontaktu wzrokowego.

– Frankenstein – mówi.

– Słucham? – Rzucam mu szybkie spojrzenie, po czym opuszczam wzrok na podłogę.

– To, co wczoraj powiedziałaś do Adriana na korytarzu. „Zmierzaj dalej i żyj dostatnio”. – Stuka ołówkiem o blat. – To z Frankensteina, nie ze Star Treka.

Rumienię się, zażenowana, że ktoś słuchał mojego bełkotu i jeszcze mnie cytuje. I pamięta to nawet po dwudziestu czterech godzinach.

– No tak – mówię. – Frankenstein. Mary Shelley.

Najwyraźniej. Nie potrafię. Mówić. Pełnymi. Zdaniami.

– To ze wstępu, prawda? – Przesuwa palcem po ekranie komórki i czyta. – „Kazałam mojej ohydnej progeniturze zmierzać dalej i żyć dostatnio”. Mówiła o swojej książce.

– No tak – powtarzam.

– To nie Spock. – Lipton uśmiecha się do mnie, kiwając głową. – Mary Shelley.

Właśnie w tym momencie uświadamiam sobie, że nauczyciel wykrzykuje moje nazwisko, którego najwyraźniej nie usłyszałam za pierwszym razem, gdy wypowiedział je normalnym tonem.

– Decker! Vicky Decker!

Nie mogę sobie przypomnieć, czy miałam powiedzieć: „Jestem”, czy „Obecna”, więc wywrzaskuję pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy:

– Frankenstein!

Klasa wybucha śmiechem, a ja czerwienię się jak burak i szybko poprawiam:

– Jestem! Obecna!

Wszyscy nadal się śmieją, kiedy po wywołaniu Jeremy Everling wrzeszczy: „Dracula!”. Potem Brandon Fischer mówi: „Wilkołak!”, a Ellie Good piszczy: „Mumia!”. I tak dalej, choć Lipton Gregory odpowiada grzecznie: „Obecny”.

Wyśmiewania nie ma na mojej liście, bo to się rozumie samo przez się. Właśnie przez perspektywę wyśmiania cała reszta jest taka przerażająca. Zasłaniam twarz włosami i kulę się, jak najbardziej mogę, schowana za zeszytem.

Nauczyciel wszystkich uspokaja, ale nie udaje mu się wyciszyć ryku w moich uszach, który od wyjazdu Jenny przed dwoma miesiącami jest coraz głośniejszy i częściej się pojawia. Przypomina armię odkurzaczy zombie, których nie da się wyłączyć. Otwieram podręcznik i udaję, że czytam pracę zadaną przez pana Braxleya, ale nie mogę się skupić. Nagle pojawia się przede mną złożona karteczka. Nie podnoszę wzroku, żeby sprawdzić, skąd się wzięła, to na pewno jakiś dowcip. Rysunek potwora Frankensteina ze śrubami w szyi i tak dalej. Powinnam zrzucić kartkę na podłogę albo schować w podręczniku.

Wpatruję się w nią diabli wiedzą jak długo, kiedy słyszę, że Lipton odkasłuje. Zerkam na niego, a wtedy on kieruje spojrzenie na kartkę i potem na mnie.

Aha.

Rozkładam karteczkę, na której widnieje jedno słowo.

Przepraszam.

Przez resztę lekcji trzymam ją w dłoni i usiłuję oczyścić umysł ze wszystkich dziwnych słów, które mogłabym nieumyślnie wyrzucić z siebie w odpowiedzi na ewentualne pytanie. Myślę wyłącznie o tym, że gdyby była tu Jenna, odpowiedziałaby za mnie. Usłyszałaby, jak nauczyciel wyczytuje moje nazwisko i odparłaby: „Obecna!”.

I nie byłoby żadnego Frankensteina.

Powinnam była powiedzieć: „W porządku” albo przynajmniej uśmiechnąć się do Liptona za liścik z przeprosinami, ale przychodzi mi to do głowy dopiero wtedy, gdy siedzę na książce na muszli klozetowej i jem kanapkę. Ohyda, wiem, ale stołówka i ja chwilowo jesteśmy w separacji i poza łazienką nie mam dokąd pójść. Spędzam tu drugą lekcję, a potem dochodzę do wniosku, że równie dobrze mogę zostać aż do lunchu. Wchodzi dziewczyna w czerwonych conversach, więc szybko zasłaniam stopy plecakiem, żeby nie rozpoznała moich butów i nie pomyślała, że tu mieszkam. Nawet jeśli trochę tak jest.

Po trzech godzinach boli mnie tyłek i zaczynam czuć się klaustrofobicznie. Perspektywa pozostania w kabinie wydaje się gorsza niż perspektywa wyjścia, wobec czego po następnym dzwonku zbieram rzeczy i idę na piątą lekcję, czyli na angielski. Czytamy razem Rok 1984, więc jest cicho i nikt na mnie nie patrzy, nawet Hallie Bryce, która siedzi dwa rzędy przede mną i jeden rząd w bok. Trzyma podręcznik na wysokości oczu, zamiast się nad nim garbić jak pozostali. Dwie dziewczyny za nią z prawej ją naśladują, siedząc sztywno z książkami w powietrzu i chichocząc, dopóki pani Day nie pośle im morderczego spojrzenia.

Hallie chyba niczego nie zauważa albo ma to gdzieś. Po prostu czyta w tej nienagannej pozycji. Ideałów zapewne nie interesuje zdanie zwykłych ludzi.

Jakieś pięć minut przed dzwonkiem drzwi się otwierają i jeden z uczniów pomagających w sekretariacie przynosi nauczycielce żółty świstek i ucieka.

– Vicky Decker? – Pani Day omiata wzrokiem pokój.

Jej spojrzenie mnie omija, co zazwyczaj bardzo mi odpowiada. Tyle że teraz oznacza, że wszyscy muszą się do mnie odwrócić. Przypominają członków grupy pływaków synchronicznych, pokazujących osobę w środku formacji.

– Vicky? – Pani Day macha na mnie żółtą kartką. – To dla ciebie.

Dodaję do listy wręczanie żółtego świstka. To żenujące. Wstaję i idę do jej biurka, czując, jak palą mnie policzki. Po powrocie na miejsce czytam treść notatki napisanej przez panią Greene, szkolną psycholog. Wyznaczyła mi spotkanie jutro, kwadrans po dziewiątej. Dokładnie w środku pierwszej lekcji.

Juhu.

Jakoś udaje mi się dotrwać do końca ostatniej lekcji. Potem wpadam do autobusu, po czym opisuję Jennie cały okropny dzień.

Bardzo długo nie odpisuje, dłużej niż zwykle. Zaczynam się przejmować, że coś jej się stało. Wypadek autobusu albo, co gorsza, dzieciaki z tyłu, o których wspomniała, postanowiły robić sobie z niej jaja. Może ukradły jej telefon, co oznacza… uch. Moje upokarzające teksty o Liptonie i Frankensteinie, i o spotkaniu z psycholożką przeczytał ktoś… kto nie jest Jenną.

JENNA? Jesteś tam?

Czuję taką ulgę na widok „…”, że zbiera mi się na płacz. Wpatruję się w ekran i czekam. Podróż autobusem ma się ku końcowi, a ja trzymam telefon w obu dłoniach, jakby ściskanie go mogło przyśpieszyć nadejście wiadomości. W końcu na ekranie wyskakuje:

LOL

LOL? O co jej chodzi? Cofam wiadomości, zaniepokojona, że przeoczyłam coś śmiesznego. Może kiedy opisywałam jej ze szczegółami swój ponury dzień, napisała o czymś zabawnym, co ją spotkało? A może… może sama napisałam jakiś dowcip i wyleciało mi to z głowy?

Ale nie. Nic nie ma.

Ktoś trąca mnie w ramię.

Podnoszę wzrok i, ups, jesteśmy pod moim domem. Chwytam plecak i gnam przez środek autobusu, po czym wyskakuję na chodnik. Autobus odjeżdża, a ja przez chwilę stoję nieruchomo, próbując uspokoić oddech, po czym ruszam po podjeździe do werandy od frontu. Plecak obija mi się o nogę. Mamy parterowy dom z szarym dachem. Mama pilnuje, żeby żywopłot był zawsze schludnie przycięty, rabaty nawiezione, wypielone ikwitnące stosownymi do pory roku barwami – obecnie to pomarańczowe i żółte chryzantemy, idealne kolory jesieni. Mama przejmuje się takimi drobiazgami, bo twierdzi, że dom jest do bólu przeciętny. Niski, skromny i przyćmiony przez piętrowych sąsiadów, takich jak stary dom Jenny, który stoi po drugiej stronie ulicy, na ukos od naszego. Staram się na niego nie spoglądać. Wydaje się pusty, choć mieszkają tam nowi lokatorzy.

Komórka brzęczy mi w dłoni. To Jenna. Nie odbieram od razu, żeby nie pomyślała, że czekam na jej telefon, chociaż tak właśnie jest.

– Hej.

– Vicky. O Boże. – Nadal słychać rozbawienie w jej głosie.

– To nie było śmieszne – mówię. – Ani trochę.

Jenna parska śmiechem.

– Szczerze mówiąc, trochę było. Frankenstein? Zaraz padnę.

– Śmiejesz się ze mnie.

– Śmieję się z tobą – twierdzi.

– Skoro tak, to czy ja też nie powinnam się śmiać? Bo zdecydowanie się nie śmieję. – Krążę po podjeździe. – Zrobiłam z siebie totalną idiotkę, wszyscy się ze mnie nabijali. Jesteś jedyną osobą, z którą mogę o tym pogadać, a ty też się nabijasz.

– Przepraszam – mówi Jenna. – Nie zdawałam sobie sprawy, że to cię tak przygnębiło.

Jak mogła nie zdawać sobie sprawy? Zwykle wie, co czuję, nawet wcześniej ode mnie.

Rzucam plecak na werandę i przysiadam na pierwszym stopniu.

– Martwiłam się, że coś ci się stało w autobusie.

– No tak… – odpowiada pogodnie. – Pamiętasz tamtego chłopaka, o którym ci wspomniałam?

– Tego, który niesympatycznie na ciebie patrzył, z dwiema dziewczynami?

– Pisałam, że nie jestem pewna, czy sympatycznie, czy nie – poprawia mnie. – Okazuje się, że dobrze. Poprosili mnie, żebym z nimi usiadła. On poprosił. Tristan.

– Z tyłu autobusu?

– Wiem, banał. Najfajniejsze dzieciaki siedzą z tyłu. Ale oni naprawdę są fajni.

Zmuszam się do uśmiechu.

– Opowiedz mi wszystko – proszę. – Zawsze lubiłam obserwać twoje życie.

– Chyba obserwować? – śmieje się.

– No tak, obserwować.

Nieustannie robię błąd w tym słowie, bo wydaje mi się, że skoro mówi się „zerwać”, to powinno się też mówić „obserwać”. Powinnam lepiej to pamiętać, skoro nieustannie obserwuję życie innych.

– Nic nadzwyczajnego. Podczas jazdy pytali, skąd jestem i tak dalej. Opowiedziałam im o tobie.

– Naprawdę? – Mój puls przyśpiesza, gdy to słyszę. – I co mówiłaś?

– Że się przyjaźnimy od przedszkola. Że bardzo za tobą tęsknię. Że bez ciebie nie potrafię zawiązać sznurowadeł. – Śmieje się. – Tristan mi nie wierzył, więc rozwiązał sznurowadła w swoich trampkach i zażądał, żebym mu pokazała.

– Że nie potrafisz zawiązać sznurowadeł?

– Tak – przytakuje. – Zwinęłam je w kulkę i wepchnęłam mu do skarpetki.

Śmieję się z dziwną ulgą.

– Jestem prawie pewna, że więcej nie poproszą, żebym z nimi usiadła – dodaje Jenna. – Ale mam zdjęcie. Najwyraźniej autobusowe selfie są tu ostatnim krzykiem mody.

– Ooo, pokaż!

– Okej. Wyślę ci, jak tylko się rozłączymy.

Rozmawiamy jeszcze przez chwilę, potem kończymy, a zdjęcie pojawia się w chwili, gdy wchodzę do kuchni. Jenna uśmiecha się na nim, jakby to był najbardziej niezwykły moment jej życia, a towarzyszą jej Superprzystojniak, Superlaska i Druga Superlaska.

Powinno mnie cieszyć, że Jenna poznaje nowych ludzi, nawiązuje przyjaźnie. Chyba jestem okropnym człowiekiem, skoro tego nie chcę, ale dostrzegam tylko, jak szybko i bezproblemowo poradziła sobie beze mnie.

W kuchni matka siedzi przy komputerze. Jest na Facebooku, gdzie spędza wolny czas, gromadząc miażdżące dowody na to, że nie jestem ani tak zdolna, ani godna podziwu jak dzieci każdego z jej znajomych. Widzi, że trzymam w dłoni telefon, i pyta:

– Co u Jenny?

– Okropnie – wyrzucam z siebie, w zasadzie nie wiem dlaczego.

– Jak to? – Mama odwraca się od monitora i patrzy na mnie. – Co się stało?

Nagle łzy napływają mi do oczu. Jeśli powiem jej prawdę – że Jenna zdobywa nowych przyjaciół i pewnie stracę to, na co czekam każdego dnia, czyli trzydzieści nędznych minut pisania z jedyną przyjaciółką – mama będzie litowała się nade mną bardziej niż zwykle.

Odkasłuję i kłamię:

– Ciężko jej w nowej szkole. Dzieciaki w autobusie są bardzo złośliwe.

Mama wykrzywia usta w przesadnym grymasie.

– Ooo, biedna Jenna.

– Tak, żałuje, że się przeprowadzili. – Siadam przy blacie i obieram banana.

Mama przygląda mi się tak, jakby jeszcze nigdy nie widziała nikogo jedzącego banana.

– Wiem, że jest ciężko – mówi w końcu. – Może pomogłoby małe sąsiedzkie przyjęcie? Zaproszenie kolegów z klasy z rodzinami.

– Żenada.

– Nie, mogłoby być fajnie.

Otwieram szeroko oczy, gdy dociera do mnie, że nie chodzi jej o Jennę.

– Mamo, nie – jęczę.

– No co?

– Błagam, powiedz, że nie zaprosiłaś dzieciaków ze szkoły na przyjęcie.

Chyba nie muszę mówić, że imprezy też są na Liście Grozy.

– To tylko taki luźny pomysł. Możemy zaprosić Everlingów i Robertę DiMarco z mojej pracy. Jej córka Marissa jest w przedostatniej klasie, prawda?

Mama odwraca się do komputera, a na ekranie pojawia się wielkie zdjęcie Marissy DiMarco i stojących z nią w rządku dziesięciu innych pięknych dziewczyn w seksownych krótkich sukienkach i na ekstremalnie wysokich obcasach. Na następnym zdjęciu widnieją te same dziewczyny z partnerami na zjazd absolwentów – chłopak dziewczyna chłopak dziewczyna chłopak dziewczyna chłopak dziewczyna. Potem widzę tylko Marissę z partnerem, czyli Adrianem Ahnem minus pałki. Już zazdrościłam Marissie tego zdjęcia na Instagramie.

– Wygląda na bardzo miłą…

– Mamo…

– Nie lubisz Marissy DiMarco? – Na jej twarzy maluje się ból, jakby mój brak uwielbienia dla Marissy DiMarco pogłębiał cierpienie matki spowodowane faktem, że nigdy nie stanę się Marissą DiMarco.

– Może być – odpowiadam. – Ale nie chcę, żebyś na siłę szukała mi przyjaciół. Sama potrafię ich sobie znaleźć.

Mama waha się i bierze głęboki wdech.

– Oczywiście – mówi. – Wiem, że potrafisz.

– Więc nie rób tego, okej?

Lekko mruży oczy, a następnie powoli kiwa głową.

– Sama potrafię sobie znaleźć przyjaciół – powtarzam.

Nie przestaje potakiwać, ale widać, że ani trochę mi nie wierzy.

– Tak w ogóle to wczoraj długo rozmawiałam z Adrianem Ahnem – dodaję. – I… z kolegami dziś na historii.

– Poważnie? – Mama unosi brwi.

– Tak, poważnie.

Wstaje od komputera i idzie do zlewu, by pozmywać.

– No to dlaczego ich nie zaprosisz? Możemy rozwiesić siatkę do badmintona. Poznacie się lepiej i…

– Lepiej od razu mnie zabij.

– Daj spokój, Vicky, od tego się nie umiera. – Zanurza patelnię w mydlinach i znowu się do mnie odwraca. – Po prostu chcę, żebyś więcej wychodziła i korzystała z życia. Co w tym złego?

Nie ma nic bardziej przygnębiającego niż matka w średnim wieku, która odrywa się od Facebooka i zmywania, żeby zasugerować córce, że powinna korzystać z życia. Patrzę na nią spode łba, aż odwraca wzrok, a potem ciągnę plecak do pokoju, zamykam drzwi i padam na łóżko.

Wyciągam telefon i znów gapię się na autobusowe selfie. Powiększam twarz Jenny, żeby skupić się na tym, jaka jest szczęśliwa. Próbuję udawać, że uśmiecha się tylko do mnie, jednak, co było do przewidzenia, przesuwam zdjęcie w prawo i w lewo, na twarze, które dały jej powód do szczęścia. Nowi przyjaciele dotykają się głowami, wypełniają kadr. Nawet gdybym tam była, zabrakłoby dla mnie miejsca i nie ma co za to winić tych superuroczych dzieciaków. Nie mam powodu czuć do nich niechęci, a jednak ją czuję. Są idealni. Są wszystkim, czym ja nie jestem.

Wlokę się do biurka, podłączam telefon do gniazdka USB w komputerze, żeby otworzyć zdjęcie w Photoshopie. Po chwili wypełnia cały ekran. Robię zbliżenie twarzy Superlaski o idealnej cerze. Nie mogę się powstrzymać i dorysowuję jej wąsiki, a potem łączę jej brwi w jedną. Superprzystojniak dostaje ode mnie w prezencie trądzik. Już chcę wyżyć się na Jennie i dorobić jej zeza, kiedy telefon brzęczy, bo wysłała mi wiadomość.

Strasznie tęsknię. Żałuję, że Cię tu nie ma.

Prostuję się na krześle i zamykam oczy. Jest mi przykro i wstyd, znów czuję, że jestem do niczego. Wzdycham i piszę:

Ja też.

Szybko usuwam wąsik, monobrew i pryszcze. Wyglądały realistycznie, ale przysięgam sobie w duchu, że odtąd będę wykorzystywała swoje photoshopowe umiejętności do czynienia dobra, nie zła. Dzięki temu wpadam na pomysł, jak przekonać matkę, że nie jestem całkiem beznadziejna, i uniknąć żenady na imprezie pod hasłem: „Błagam, zaprzyjaźnijcie się z moją córką”.

Otwieram Photo Booth na komputerze i ustawiam się w takiej samej pozie jak Jenna na selfie. Potem szczerzę się tak, jakbym bawiła się najlepiej na świecie, i robię zdjęcie. Udaje się dopiero po kilku próbach – kiedy patrzę prosto w obiektyw, nie uśmiecham się zbyt szeroko, a za tło mam pustą ścianę, a nie zabałaganione regały.

Potem ostrożnie wklejam swoją twarz na twarz Jenny tak, że ona znika, a ja zajmuję jej miejsce i nieco poprawiam kontury, żeby lepiej pasowały do tła. Wygląda to jak… oczywisty fotomontaż. Za płasko i oświetlenie jest nie takie, jak trzeba. Na oryginalnym zdjęciu promienie słońca zza okna padają z boku na twarz Jenny, która lekko mruży oczy, no i są cienie.

Próbuję ponownie. Rozsuwam zasłony i tak ustawiam przedmioty w pokoju, żeby rzucały cień na mój tors i ramiona, tak jak na zdjęciu. Kat usiłuje wskoczyć mi na kolana. Kilka razy zrzucam ją na łóżko, aż w końcu łapie aluzję i w nieskończoność ugniata moją poduszkę, na której kładzie się spać.

Przed kolacją mam już swoje zdjęcie z nowymi przyjaciółmi Jenny. Oglądane na małym ekranie telefonu powinno zwieść matkę – jeśli nie będzie mu się zbyt uważnie przyglądała ani powiększała fragmentów.

– Proszę. – Kładę telefon na blacie w kuchni i idę nakrywać do stołu.

Mama bierze telefon, po czym szeroko otwiera oczy.

– Kto to?

– Nowe dzieciaki z autobusu – mówię, po czym zabieram jej telefon, zanim zdąży przyjrzeć się zdjęciu jeszcze uważniej.

Mama znowu próbuje na nie popatrzeć, więc macham jej nim przed nosem.

– Czy to było dzisiaj? – Zerka na moją bluzę, tę samą co na zdjęciu.

– Tak. Jedno z nich właśnie mi to przysłało.

– Wydają się bardzo mili – mówi.

W tym momencie tata wraca z pracy i pyta, kto jest bardzo miły.

– Nikt – odpowiadam.

W przeciwieństwie do mamy nie naciska, tylko z uśmiechem wzrusza ramionami, po czym siadamy do kolacji. To najmilszy moment całego dnia. Choć raz mama nie uważa mnie za kompletną frajerkę, a tata się cieszy, bo mama się cieszy.

I chociaż wiem, że zdjęcie jest zmontowane, dobrze się czuję, widząc siebie wśród nowych przyjaciół.

Rozdział 3

Brzęczy alarm, a ja po omacku szukam telefonu na nocnej szafce, żeby go wyłączyć. Tuż po przebudzeniu zawsze zaglądam na Instagram, zanim jeszcze zapalę światło, żeby sprawdzić, jakie selfie zamieściła Jenna przed snem.

Kiedyś wysyłała mi selfie w zbliżeniu, gdy tylko wstała – mrużyła oko, ziewała albo robiła idiotyczną minę. Teraz zamieszcza je na Instagramie tuż przed pójściem spać, żebym obejrzała je rano. Nie mam konta pod własnym nazwiskiem, loguję się jako katciekawskikot, inaczej Kat.

Dzisiaj jednak Jenna nie robi głupich min. To seksowna fotka. Wilgotne usta. Podmalowane oczy. Pukle włosów idealnie okalające twarz. To selfie na pewno nie jest dla mnie.

Piszę: „Co. Do. Diabła” w okienku komentarzy, po czym kasuję te słowa i klikam serduszko. To nie pierwszy lajk. Pierwszy jest od kogoś, ktoś się nazywa tristanistanagram, czyli, jak sądzę, od Tristana z autobusu. Klikam na jego stronę, ale jest prywatna, a mowy nie ma, żebym poprosiła o dodanie do grona obserwujących. Wracam do postu Jenny i próbuję przekonać samą siebie, że to wcale nie miało być seksowne zdjęcie. Że wypróbowywała nowy makijaż i fryzurę i chciała mi je pokazać albo że zabrakło jej min, więc uznała, że musi zrobić seksidzióbek czy coś. Nawet wracam do jej poprzednich postów, żeby upewnić się co do braku seksidzióbków, co wyjaśniałoby ten na zdjęciu.

Wtedy właśnie zauważam, że czegoś brakuje, a mianowicie wszystkich zdjęć z głupkowatymi minami Jenny. Prostuję się na łóżku, a moje serce przyśpiesza. Gorączkowo przesuwam ekran w górę i w dół. Gdzie mina zombie? Gdzie mina ze świńskim nosem i przewróconymi oczami? Gdzie wywalony język, niebieski od lizaka? Miny, na których widok naprawdę ryczałam ze śmiechu, zniknęły.

Nie chciała, żeby Tristan i jej nowi przyjaciele je zobaczyli.

Znowu piszę: „Co. Do. Diabła” w oknie komentarzy, i jeszcze raz, i jeszcze, aż powstaje jeden długi strumień „Co. Do. Diabłów”.

A potem je kasuję.

Wczoraj myślałam, że ją tracę, ale kiedy napisała, że za mną tęskni, wmówiłam sobie, że to tylko moja wyobraźnia i że łączy nas równie trwała przyjaźń jak dawniej. Teraz już nie jestem taka pewna.

Ubieram się, czeszę, myję twarz, zjadam trzy kęsy usmażonego przez mamę omleta, mówię: „Dzień dobry”, „W porządku” i „Cześć”, po czym wsiadam do autobusu i idę do szkoły.

Znowu próbuję przekonać samą siebie, że wcale nie tracę najlepszej przyjaciółki, bo nie wiem, czy zniosłabym jej utratę. W sumie usunięte przez nią zdjęcia naprawdę były żenujące. Umarłabym, gdyby ktoś zobaczył mnie z takimi minami. W sumie nigdy nie wrzuciłabym ich na Instagram, więc zachowuję się jak hipokrytka, wściekając się na Jennę za to, że je usunęła.

Dochodzę do wniosku, że wszystko jest w porządku. Okej. Trzeba iść dalej, nie ma się nad czym zastanawiać.

Biegnę na lekcję historii, żeby zdążyć przed przyjściem Draculi albo wilkołaka. Siadając w ławce, zauważam, że Lipton rozmawia przyciszonym głosem z Adamem Shenkmanem, który siedzi przed nim. Na szczęście nie dotyczy to Frankensteina.

– Musimy odizolować nasze przedmioty – mówi Lipton. – Zająć się eksploracją.

Adam garbi się i patrzy na niego podejrzliwie.

– Ustawić warp?

– Tak. I za nic nie wpuszczaj do nas tego griefera. Niewiarygodne, że zdemolował nam budowlę.

– Sorry, stary. Myślałem, że jest w porzo, nie przyszło mi… – Adam nagle milknie i wskazuje na mnie głową.

– Spokojnie, ona jest w porządku – mówi Lipton, po czym do mnie mruga.

Przysięgam, że tylko na nich zerknęłam, a teraz myślą, że podsłuchiwałam. Co gorsza, zostałam dopuszczona do ich sekretów poprzez mrugnięcie.

– Ja… eee… wcale…. – Kręcę głową. Po co się w ogóle odzywam? Tylko niepotrzebnie się denerwuję. Słowa jednak same wypływają z moich ust. – Nie mam pojęcia, o czym rozmawiacie.

– O Minecrafcie – odpowiada Lipton. – Grasz?

Znowu kręcę głową. Lipton wydaje się szczerze rozczarowany.

– Wiesz, to nie jest tylko gra dla małych dzieci – mówi.

– Wcale tak nie myślałam – mamroczę.

– I dobrze. – Uśmiecha się do mnie. – Jest bardzo skomplikowana, a na serwerach multiplayer…

– Stary. – Adam wybałusza na niego oczy, po czym dodaje scenicznym szeptem: – Nie jest zainteresowana.

Lipton rzuca mi spojrzenie i rumieni się.

– Ups. Przepraszam. Nieważne.

Przybieram zwyczajową pozę – głowa na wprost, spojrzenie wbite w podłogę – gdy nasz nauczyciel, pan Braxley, prosi o ciszę. Jeremy Everling (znany jako Dracula), z tych Everlingów, których matka tak bardzo chce zaprosić do nas na badmintona, podnosi rękę.

– Nie sprawdzi pan obecności? – Zerka na mnie i parska śmiechem.

Braxley go ignoruje i robi swoje. Lekcja przebiega całkiem zwyczajnie, tak jak lubię, aż zostaje dwadzieścia minut do dzwonka. Wtedy pan Braxley klaszcze, żeby zwrócić na siebie naszą uwagę, bo połowa klasy zdążyła już przysnąć.

– Pora wybrać tematy grupowych projektów! – oświadcza.

Jęczę w duchu, reszta klasy jęczy na głos.

– Do czterech uczniów w jednej grupie. Możecie sami wybierać grupy, ale róbcie to z głową – ciągnie.

Kurczowo uczepiam się słówka „do”, w nadziei, że zrobię projekt w jednoosobowej grupie. Wszyscy się przepychają, żeby jak najszybciej zaklepać kolegów i nie zostać piątym kołem u wozu. Ja próbuję nie zwrócić lunchu, kiedy pan Braxley odczytuje listę pogodnych tematów, takich jak Hun Attyla czy czarna śmierć.

– Dobrze, powtórzę. – Spogląda na nas zza okularów. – Podnieście ręce, jeśli chcecie zająć się tematem, a wtedy możecie stworzyć grupę z innymi, których on również interesuje.

Moje serce bije dwa razy szybciej niż zazwyczaj, czuję, że zaczynam się pocić. Poczekam i zobaczę, czy zostanie jakiś temat. Najmądrzejsze dzieciaki w klasie nagle zyskują na popularności, wszyscy chcą być z nimi w grupie. Żaden z tematów nie wzbudza entuzjazmu. Ludzie spoglądają na swoich kumpli przy każdym punkcie i bez przekonania podnoszą ręce – wszyscy poza Liptonem, który wręcz zrywa się z miejsca, żeby zaklepać sobie bitwę pod Termopilami. Adam wzrusza ramionami i też podnosi rękę. Pan Braxley rozgląda się po klasie, żeby sprawdzić, czy ktoś jeszcze chce się tym zająć.

Lipton uśmiecha się do mnie. W pośpiechu opuszczam wzrok, a pan Braxley przechodzi do następnego tematu.

Lipton bardzo ładnie się uśmiecha. Ma proste i wyjątkowo białe zęby, z niewielką przerwą między jedynkami. Powinnam była dołączyć do jego grupy, bo teraz tylko ja zostanę sama i pan Braxley pewnie zrobi ogromną aferę o to, komu potrzeba pomocy, i będzie gorzej, niż gdybym podniosła głupią łapę i wzięła bitwę pod Termopilami.

Pan Braxley wymienia jeszcze trzy tematy, zaklepane wśród trącania się łokciami i podnoszenia rąk, i w końcu dochodzimy do oblężenia Jerozolimy. Nikt się nie zgłasza, bo już nie ma nikogo poza mną. Pan Braxley podnosi wzrok znad listy.

– Vicky Decker? – mówi.

Widać, że nie ma pojęcia, kto to, choć od rozpoczęcia roku szkolnego minęło już sześć tygodni. Na szczęście widzi, że jestem jedyną osobą, która się nie zgłosiła, a kiedy unosi brwi, szybko kiwam głową. Pan Braxley zapisuje moje nazwisko, po czym przechodzi do wyjaśniania, co mamy zrobić.

Niemal słabo mi z ulgi, że nie zmuszał nikogo, żeby do mnie dołączył albo przyjął mnie do grupy, chociaż to oznacza, że muszę przygotować projekt całkiem sama. Przywykłam do tego.

Zostało jeszcze kilka minut do końca lekcji, wszyscy gadają w swoich grupach, kiedy nagle słychać trzaski interkomu.

– Panie Braxley? – Głos usiłuje przekrzyczeć hałas. – Panie Braxley?

W ciągu tych kilku sekund, zanim pan Braxley odpowie, żołądek podchodzi mi do gardła i opada do stóp, ponieważ doskonale wiem, co się zaraz stanie. Dochodzi wpół do dziesiątej.

Miałam się zjawić u szkolnej psycholog piętnaście po dziewiątej.

– Czy może pan przysłać Vicky Decker do gabinetu psychologa? – pyta głos w interkomie.

Pan Braxley potwierdza, a potem i on, i wszyscy pozostali gapią się na mnie. Nawet nie drgnę, chociaż strasznie chcę. Najbardziej na świecie pragnę zniknąć z tej sali, ale chwilowo czuję się jak jelonek w świetle reflektorów.

W końcu, po, zdawałoby się, godzinach oczekiwania, Jeremy Everling przerywa milczenie.

– Idziesz, Frankie?

Przez moment wydaje mi się, że chciał powiedzieć: „Vicky”, ale zapomniał mojego imienia, kiedy jednak wszyscy parskają śmiechem, uświadamiam sobie, że to zdrobnienie od Frankensteina.

Teraz naprawdę nie mogę się ruszyć.

Lipton wychyla się z ławki, dotyka mojego ramienia i szepcze:

– Vicky, masz iść do psycholożki.

Zerkam na niego, na jego miłe oczy i krzywo przyciętą grzywkę, która przypomina mi trochę grzywkę Jenny, kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy. Wcześniej tego nie zauważyłam, a teraz to spostrzeżenie wyrywa mnie z bezruchu. Kiwam głową do Liptona, zbieram rzeczy, a wszyscy wracają do przerwanych pogawędek. Idę przejściem między ławkami, skręcam i uciekam z sali.

– Ostatnio opuszczasz lekcje – mówi pani Greene. Siedzi za biurkiem, ale obraca się twarzą do wnętrza gabinetu, w którym ma wygodne fotele, migające lampki i zapachowe świece. Nosi starannie skręcone dredy do ramion i owija szyję apaszką we wzory. – Chciałam się tylko upewnić, że wszystko u ciebie w porządku.

– W porządku.

– Wszystko w porządku?

– Tak, jest dobrze. – Staram się mówić spokojnym, opanowanym głosem, ale kolano mi podskakuje, więc próbuję przytrzymać je dłonią.

– A te opuszczone lekcje? – Otwiera leżącą przed nią teczkę. – Dwie nieobecności w zeszłym tygodniu, jedna w poniedziałek, trzy wczoraj.

– Nie czułam się… Nie czułam się dobrze.

– Poszłaś do pielęgniarki? – Przegląda teczkę w poszukiwaniu nieistniejącego zwolnienia od pielęgniarki.

– Nie, do łazienki.

– Och. – Pani Greene zamyka teczkę i patrzy na mnie ciepło. – Wiesz, jeśli coś cię trapi…

– Wszystko dobrze. – Kolano znowu mi lata. Podnoszę plecak z podłogi i kładę go na kolanach, żeby dociążyć nogę. – Nic mi nie jest.

Pani Greene oddycha głęboko.

– Może kiedy następnym razem zechcesz uciec z lekcji, przyjdziesz do mnie?

To o wiele lepsza opcja niż łazienka dziewczyn. Tyle że pani Greene będzie chciała rozmawiać o tym, co jest ze mną nie tak albo wezwie rodziców do szkoły. Czasem tak robią – zbierają wszystkich nauczycieli, rodziców i psychologa i opisują, co człowiek robi nie tak i w czym mógłby się poprawić. Kiedyś podsłuchałam chłopaka, który o tym opowiadał. To było jak zasadzka, więc mówił wszystko, co chcieli usłyszeć, żeby jak najszybciej to zakończyć.

Odkurzacze zombie znowu zaczynają ryczeć, kręci mi się w głowie.

– Hej. – Pani Greene trzyma rękę na moim ramieniu. Nawet nie zauważyłam, że wyszła zza biurka i usiadła na fotelu obok mnie. – Oddychaj, Vicky. Nie musisz przychodzić, jeśli nie chcesz. To nieobowiązkowe i oczywiście poufne. Nawet nie musimy rozmawiać.

Kiwam głową i przez chwilę głęboko oddycham.

– Dobrze, przyjdę.

Oczywiście, że nie przyjdę.

Wydaje się usatysfakcjonowana i wraca do biurka po jakieś papiery z szuflady.

– Przyszło mi do głowy, że mogłabyś dołączyć do jakiegoś klubu czy koła. – Wręcza mi kilka kartek spiętych zszywkami. – To nie jest warunek, ale dobrze by było, gdybyś zaangażowała się przynajmniej w jedne zajęcia pozalekcyjne. Przyda się do podania na studia, o którym musisz wkrótce pomyśleć.

Przeglądam listę. Klub książki. Koło języka chińskiego. Koło teatralne. Klub feministek. Organizacja Młodych Biznesmenów. Koło informatyczne. Klub podróżników. Klub naukowy. Nawet nie sądziłam, że mam tyle opcji nie do przyjęcia.

– Coś cię zainteresowało? – pyta pani Greene.

– Raczej nie. – Oddaję listę, a ona się jej przygląda.

– Może koło matematyczne?

Kręcę głową.

– Zespół grający na dzwonkach ręcznych?

Jeszcze szybciej kręcę głową.

– Może mi powiesz, co cię interesuje, wtedy postaram się coś zasugerować. – Siada za biurkiem.

Wbijam spojrzenie w dłonie pani Greene, złączone na blacie. Pani Greene się pochyla, jej ciało domaga się ode mnie odpowiedzi.

– Co lubisz robić w wolnym czasie?

Nie mogę jej powiedzieć, że wczoraj w wolnym czasie wklejałam się w zdjęcie nowych przyjaciół Jenny. Nie mogę jej też powiedzieć, że spędzam większość wieczorów, śledząc w mediach społecznościowych konta dzieciaków ze szkoły i ich życie, takie, jakiego pragnęłaby dla mnie matka. Wyszłabym na stukniętą stalkerkę, którą pewnie jestem.

– Spędzam dużo czasu przy komputerze – odpowiadam w końcu.

Pani Greene przegląda zszyte karki.

– To może klub młodych programistów? Poczekaj, nie. – Marszczy brwi. – Rozwiązał się. Szukamy dalej.

Przyglądam się jej, kiedy przewraca kartkę, i jeszcze jedną. W naszej szkole jest sporo zajęć pozalekcyjnych, ale nawet ona widzi, że do żadnych nie pasuję.

– Gry komputerowe? – Zauważam błysk w jej oku.

Kręcę głową. Nie gram.

– Nauczyłam się używać Adobe Illustratora i Photoshopa – mówię.

Z aprobatą kiwa głową, jakbyśmy wreszcie do czegoś doszły, i patrzy na ostatnią stronę swoich propozycji.

– Projektanci księgi rocznikowej zawsze poszukują pomocy – oznajmia. – Edycja zdjęć, opracowanie stron… Czy to brzmi interesująco?

– Nie wiem. – Myśl o dołączeniu do istniejącej grupy przyprawia mnie o mdłości.

– Może spróbujesz? Dam znać redaktorowi, że dołączysz i że interesuje cię fotografia.

– Ale nie robienie zdjęć. Nie potrafię robić zdjęć. – Nie potrafię również ukryć paniki w głosie.

Pani Greene podnosi ręce w uspokajającym geście.

– Nie ma problemu. Edycja fotografii i opracowanie graficzne, w porządku?

Z nieszczęśliwą miną kiwam głową.

– A kto jest redaktorem? – pytam.

– Marissa DiMarco. Polubisz ją.

Znowu kiwam głową. Jasne, że ją polubię, Marissa jest idealna. Będziemy dzielić tę samą przestrzeń, oddychać tym samym powietrzem. Niemal jak najlepsze przyjaciółki – tak przynajmniej odbierze to mama i od razu zacznie fantazjować o balowych zdjęciach.

To znaczy, jeśli jej powiem, a tego nie zrobię.

Uśmiecham się z przymusem do pani Greene.

– Nie mogę się doczekać – mówię.

Jenna? Jesteś tam?

Halo?

Pewnie jesteś z nowymi przyjaciółmi. Precz ze starym, nadchodzi nowe, tak?

Żartuję.

Poważnie, żartuję. Muszę z Tobą pogadać. Okej, chyba Cię nie ma. Zadzwonisz później?

Jenna?

Kiedy wchodzę do kuchni, mama przyrządza swoje popisowe smoothie w mikserze Cuisinart. Zauważa mnie dopiero wtedy, gdy go wyłączyła.

– Och! Przestraszyłaś mnie.

– Wybacz.

Patrzę, jak wlewa do szklanki miksturę z mrożonego mango, banana, jarmużu i jogurtu. Smoothie jest gęste jak miękkie lody, więc mama podaje mi łyżkę.

– Co w szkole? Zdarzyło się coś interesującego?

– Raczej nie.

Wkładam łyżkę ze smoothie do ust, po czym wyciągam telefon, żeby sprawdzić, czy Jenna odpowiedziała na wiadomości, ale ekran po jej stronie jest pusty.

– Co u Jenny?

– To nie Jenna.

Brwi mamy podjeżdżają niemal do linii włosów.

– Nowa koleżanka?

– Hallie Bryce – oznajmiam, zaskakując siebie nie mniej niż matkę. Podobno kłamstwo rodzi kłamstwo, a to przyszło mi zaskakująco łatwo. – Pracujemy razem nad projektem na historię. Oblężenie Jerozolimy.

– To ta tancerka, prawda? Baletnica?

Kiwam głową, a mama się rozpromienia.

– Urocza dziewczynka. Jak miło, że będziecie miały szansę lepiej się poznać. Możesz ją…

– Mamo – przerywam jej, zanim zacznie fantazjować, że Hallie zostanie moją nową najlepszą przyjaciółką. – To tylko projekt. Pewnie załatwimy wszystko przez internet.

– No cóż. Tak czy inaczej, to miłe.

Już nie uśmiecha się od ucha do ucha, ale jej oczy błyszczą. Cieszy się, że mam z kimś kontakt, nieważne z kim. Pewnie właśnie dlatego w ogóle to wymyśliłam.

Przechodzę ze smoothie w rękach przez jadalnię, salon i korytarz aż do swojego pokoju, który jest najbardziej oddalonym od kuchni pomieszczeniem w całym domu. Zamykam drzwi, rzucam plecak, przez chwilę bawię się z Kat i siadam przed komputerem. Mam z tuzin zakładek do rozmaitych stron, takich jak kanały ulubionych youtuberek w rodzaju Zoelli czy Rymującej Rei, i do kont na Instagramie. Część należy do przypadkowych interesujących osób, na które się natknęłam i których zdjęcia mi się spodobały, a inne do kolegów z klasy, na których punkcie mam zapewne niezbyt zdrową obsesję.

Oczywiście znajduje się wśród nich Hallie Bryce. Jej zdjęcia są takie eteryczne i spokojne, na przykład to, na którym przybiera kształt konaru drzewa albo stoi na palcach wśród tulipanów. Dziś wygina się w tył na parkowej ławce z jedną nogą zadartą w kierunku nieba. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym udać się w publiczne miejsce, włożyć baletki i wykręcać się na wszystkie strony na oczach przechodniów. Może dlatego tak się zakochałam w jej Instagramie. Jest dla mnie superbohaterką.

Sprawdzam, co u Raja Radhakrishnana, który codziennie wrzuca selfie, i to robione w domu, nie w jakimś interesującym miejscu. Jest jak anty-Hallie, a jednak nie mogę oderwać wzroku od jego fotografii. Każdego dnia staje w tym samym kącie salonu i przybiera tę samą pozę. Zmieniają się koszule, a błyszczące czarne włosy Raja rosną i znienacka znowu są krótsze. Pokój rozjaśnia się albo ciemnieje w zależności od pogody. Szukanie zmian przypomina układanie puzzli. Dziś poduszka w skomplikowany wzorek leży na sofie pod innym kątem, a świeca na stoliku jest trochę krótsza niż poprzednio. Ciągle czekam na nową minę Raja, ale zawsze jest taka sama – ani szczęśliwa, ani smutna. Po prostu jest.

Przeglądam jeszcze parę kont ulubieńców ze szkoły – dziewczyny, która robi na drutach, drugiej, która wyprowadza psy, jeszcze jednej z bzikiem na punkcie lakierów do paznokci i książek, i chłopaka budującego samochód wyścigowy. To samotnicy, ale fascynujący.

Fascynujące w zupełnie inny sposób są lubiane dzieciaki ze szkoły. To ludzie typu: „OMG, patrzcie na nas, jak się świetnie bawimy!”. Robią selfie z dwudziestką przyjaciół na jednym zdjęciu. Przybijają sobie piątki, łaskoczą się, przytulają i ze sztucznym uśmiechem idą przez życie. Są pewni siebie, nieustraszeni i popularni.

Znowu ląduję na YouTube, na kanale Adriana Ahna. Zamieścił nowe wideo z wczorajszego koncertu East 48. Jakość nagrania z telefonu jest słaba, ale widać, jak tłum szaleje i zgodnie skacze w rytmie dynamicznej muzyki, Adrian bębni jak szalony, włosy mu fruwają. Samo patrzenie na film dodaje energii.

Logo grupy pulsuje przed perkusją Adriana. Tak samo nazywa się droga nieopodal naszego miasta. Oglądałam wywiad z liderem, Anglikiem Rupertem, który opowiadał o tym, jak nie mogli wymyślić nazwy dla zespołu i pewnego dnia podczas jazdy samochodem postanowili, że przyjmą ją od pierwszej rzeczy, którą zobaczą za szybą. I zobaczyli znak kierujący na drogę East 48. „Mało brakowało, a nazywalibyśmy się Pani z Wózkiem albo Wielki Cmentarz”, powiedział.

Podkręcam dźwięk i znowu oglądam wideo, podskakując razem z tłumem. Niemal czuję drżenie podłogi i pulsowanie rytmu w kościach. Adrian szaleje na perkusji, a fanom całkiem odbija w tańcu. Pauzuję wideo i sejwuję zrzut ekranu. Jest rozmazany, ale podoba mi się uchwycony na nim ruch.

Nagle wpadam na pewien pomysł.

Przeciągam zdjęcie do Photoshopa i ustawiam monitor tak, że Photo Booth na komputerze zwrócony jest na pustą ścianę. Wciskam przycisk aparatu, a potem skaczę po pokoju, tańcząc jak wariatka, kiedy słyszę migawkę.

Kąt jest nieodpowiedni, a do tego z fruwającymi włosami i wzdętym swetrem wyglądam jak obłąkana. Znajduję gumkę i wiążę włosy w wysoki koński ogon. Wyszukuję w szkatułce na biżuterię parę długich kolczyków, które dostałam od mamy na święta. Zdejmuję sweter i zostaję w czarnym podkoszulku.

To, co robię później, pewnie ściągnęłoby na mnie dziwne spojrzenia, gdybym nie była sama. Rzucam się na wszystkie strony, po czym pędzę do komputera nacisnąć przycisk aparatu, i znowu się rzucam, żeby tańczyć, gdy uruchomi się samowyzwalacz. Znowu naciskam przycisk, tańczę, i znowu, i znowu, aż mam około dwudziestu zdjęć do wyboru.

Po krótkim odpoczynku wybieram najlepsze zdjęcie i za pomocą Photoshopa wpasowuję się w tłum. To trudniejsze niż w wypadku zdjęcia z autobusu. Muszę rozmazać swoją sylwetkę, zanim nałożę ją na inne, żeby nikt nie wątpił, że naprawdę tam jestem i tańczę. Temperatura barw w moim pokoju różni się od fioletowawego odcienia na zdjęciu, więc trzeba ją dostosować. Potem za pomocą aerografu wpasowuję się w scenę.

Podkręcam dźwięk, patrzę na zdjęcie i czuję się niemal tak, jakby było prawdziwe. Jestem tam, tyle że wcale się nie martwię, że ludzie się ze mnie nabijają, że fatalnie tańczę czy że nie pasuję. Jestem na koncercie i zupełnie się nie przejmuję tym, co myślą inni.

Poprawiam zdjęcie i lekko je modyfikuję, kiedy telefon zaczyna wibrować. Chwytam go i widzę, że to Jenna.

– Żyjesz! – Niemal śpiewam do komórki, nabuzowana po swojej pseudoprzygodzie. – Myślałam, że mnie olewasz.

Nic nie mówi, co jest dziwne, bo przecież to ona zadzwoniła.

– Chyba coś jest nie tak z połączeniem. Słyszysz mnie?

Nie odpowiada, ale coś słyszę. Przytłumione głosy w tle.

– Jenna! – wrzeszczę do aparatu. – Jesteś tam?!

Znowu nic.

Może niechcący wybrała mój numer?

Rzucam się na łóżku, podkręcam do oporu głośność w telefonie i przyciskam go do ucha. Ktoś kozłuje piłką, słychać śmiech. Jeden z głosów należy do Jenny, wszędzie rozpoznam jej śmiech. Rozlega się męski głos, słyszę fragmenty rozmowy.

– Daj spokój – mówi chłopak.

– …muszę iść. – To Jenna.

– Przecież dopiero przyszłaś.

Dwa łupnięcia piłką o podłogę.

– Ale ona czeka.

Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, spróbować głośno wrzasnąć i ściągnąć na siebie jej uwagę, ale wtedy słyszę jego odpowiedź.

– …co za nudziara… Niech czeka.

Znowu odgłosy odbijanej piłki i mamrotanie. Serce mi wali.

– …potrzebuje mnie – mówi Jenna. – Jestem jej jedyną przyjaciółką.

– Czyli przez cały dzień będziesz do niej pisała?

– Nie. – Jenna wydaje się naburmuszona.

W tle słychać łomot, jakby piłka trafiła w tablicę, a potem znów odbijanie. Po chwili zastępuje je inny dźwięk – jakby ktoś klepał piłkę.

– Powinna zacząć żyć – oznajmia.

Zasłaniam dłonią usta, nadal przyciskając telefon do ucha. Jenna milczy, zanim odpowie, co boli, ale nie aż tak, jak jej słowa.

– No tak. – Parska śmiechem. – To chyba faktycznie trochę żałosne.

Upuszczam telefon, jakby mnie parzył. Oddycham płytko i nerwowo, jak w trakcie napadu czkawki po długim płaczu. Łzy palą mnie pod powiekami. Nadal słyszę mamroczące głosy, a ta cholerna piłka tłucze mi się w piersi. Próbuję wyłączyć telefon, żeby się nie zorientowali, że słuchałam.

I żeby już nie słyszeć.

Dopiero po chwili dociera do mnie, co się stało. Jenna rozmawiała o mnie ze swoim nowym chłopakiem, który uważa, że powinnam zacząć żyć. Powiedziała mu, że jestem żałosna? Nie, wyparskała, że jestem żałosna.

Gapię się na telefon, z kciukiem nad numerem Jenny. Zadzwonię do niej i powiem, że wszystko słyszałam, i jak mogła, a ona odpowie, że przeprasza. Że skończyła z tym chłopakiem, że to palant, a potakiwała, bo czuła, że musi jako nowa i w ogóle.

Nie mogę jednak wybrać jej numeru – a co jeśli naprawdę uważa, że jestem żałosna?

Niby dlaczego miałaby tak nie uważać?

Siadam przed komputerem i wpatruję się w zmontowane zdjęcie siebie tańczącej na koncercie. I chociaż wiem, że to nieprawda, wyglądam… dobrze. Jakbym się świetnie bawiła. Nie jestem żałosna. Gdyby Jenna mnie zobaczyła, gdyby pokazała to swoim nowym przyjaciołom, nie musiałaby się za mnie wstydzić.

Wysyłam do siebie mejl ze zdjęciem, po czym włączam telefon, wklejam zdjęcie w okno tekstu, pod ostatnią żałosną prośbą do Jenny, i piszę:

Wczoraj byłam na koncercie East 48! Ale ubaw.

Wciskam „Wyślij”, ocieram łzy. Już po paru sekundach po stronie Jenny wyskakuję dymek, a potem tekst:

Jenna OMG! Zazdroszczę.

Ja Adrian był niesamowity.

Jenna !!!!!!

Ja 🙂

Jenna Nie wierzę! Zadzwoń!

Nic więcej nie piszę i nie dzwonię. Jestem na nią wściekła za to, co powiedziała, za to, że tak łatwo mnie olała. Kiedy kilka minut później rozlega się dzwonek telefon, nie odbieram. Może jutro sprawdzę pocztę głosową, a może nie. Może nabrałam Jennę i teraz myśli, że wcale nie jestem taka żałosna. Tyle że prędzej czy później uświadomi sobie, że jestem i że nic się nie zmieniło. I, co gorsza, że ją okłamałam.

Może najlepiej będzie pozwolić jej myśleć, że wyszłam i robię coś wspaniałego, więc nie będzie się dręczyć, że mnie zostawiła.

Rozdział 4

Następnego ranka wcale nie czuję się wspaniale, przywierając do ściany przed pokojem redakcji księgi rocznikowej imarząc o tym, żeby wtopić się w pomalowany beton. Marissa DiMarco tu się ze mną umówiła. Przed szkołą napisała do mnie esemesa, dzięki czemu zdążyłam zapakować dwa dodatkowe podkoszulki na wypadek nieuchronnego pocenia się, jak w tej chwili.

Widzę Raja przy szafce, jest sam. Dwójka innych hinduskich uczniów mija go i demonstracyjnie ignoruje. Jego ani wesoła, ani smutna mina znika, ale tylko na chwilę. Potem znowu jest neutralny, prostuje ramiona i odchodzi. Coś się tu dzieje, jednak nie mam pojęcia co. Rozpoznaję zieloną koszulę, którą dziś włożył. To chyba jego ulubiona, bo często pojawia się na selfie.

Fakt, że o tym wiem, potwierdza, że jestem żałosną i zdziwaczałą stalkerką.

Zbliża się Lipton, a ja w pośpiechu odwracam wzrok, kiedy drzwi do gabinetu się otwierają i pojawia się w nich głowa Marrissy, zaledwie kilka centymetrów od mojej.

– Jesteś. Wchodzisz?

Temperatura mojej twarzy rośnie o tysiąc stopni. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby zapukać. Założyłam, że spotkamy się tutaj, na korytarzu… bo jestem idiotką.

Wchodzę do środka, Marissa siada na krześle na kółkach i jeździ po pomieszczeniu.

– Krótka wycieczka – mówi. – To moje biurko, a to biurko Beth Ann, a tamto Marva. Inni zajmują miejsca tutaj. – Wskazuje na rozmaite stanowiska pracy, z komputerami i bez nich. – Już przydzieliłam układ graficzny i pisemne opracowanie sekcji, ale pani Greene mówiła, że możesz pomóc przy edycji zdjęć.

Przełykam ślinę i kiwam głową.

– Świetnie. Nasi fotografowie przegrywają zdjęcia tutaj. – Otwiera folder na ekranie swojego komputera. – Potem ktoś – zazwyczaj ja – musi je przejrzeć i wybrać najlepsze. Większość trzeba obrobić w Photoshopie, nie żeby zmieniać wygląd ludzi, ale rozjaśnić obraz, przyciąć, pozbyć się obscenicznych elementów. Może pomogłabyś przy tym?

Znowu kiwam głową.

Marissa wyrywa kartkę z notatnika i zapisuje na niej serię liter i cyfr.

– To hasło do komputera – wyjaśnia. – Możesz tu przychodzić, kiedy zechcesz. Wybierz tylko któryś plik z tych folderów, przejrzyj zdjęcia i przeciągnij te dobre tutaj.

Demonstruje mi wszystko i pokazuje, gdzie zostawiać pytania na czacie, do którego mają dostęp inni członkowie grupy. I tak oto w ciągu pięciu minut zostaję oficjalną członkinią redakcji księgi rocznikowej liceum Richardsona. Mogę przychodzić i wychodzić, kiedy tylko zechcę. Nie muszę z nikim rozmawiać, chodzić na zebrania, przybijać piątek ani nawet siedzieć w tym samym pomieszczeniu o tej samej porze co inni. Mogę po prostu wśliznąć się za komputer w kącie i robić to, co potrafię najlepiej – obserwować z boku. To nawet nie będzie podejrzane, bo teraz to moja praca, a przynajmniej zaaprobowane przez psycholożkę zajęcie pozalekcyjne.