Strona główna » Obyczajowe i romanse » Samotny mężczyzna

Samotny mężczyzna

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66505-02-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Samotny mężczyzna

Pięć pełnych napięcia dni w upalnej Katalonii 1982 roku. Reprezentacja Polski w piłce nożnej zatrzymuje się w podbarcelońskim hotelu. Podczas gdy Piechniczek obmyśla strategię na mecz ze Związkiem Radzieckim, a Boniek świętuje transfer do Juventusu, w budynku hotelowej piekarni ukrywa się dwójka członków ETA. Policja wpada na trop uciekinierów, zmuszając dawnego szefa komanda do działania…

Samotny mężczyzna”, poruszający thriller, który sam autor nazwał swoją „najbardziej intelektualną powieścią”, mówi o tym, jak trudno zerwać z własną przeszłością, przede wszystkim jednak o tym, co się dzieje, gdy walka z dyktaturą traci swój romantyczny rys i przeradza się w terror.

Polecane książki

Żyjemy w niezwykłych dla kobiet czasach, czasach, kiedy sięgają one po najwyższe stanowiska, masowo podejmują pracę zawodową, realizują się twórczo – czyli robią to, co od wieków mogli robić mężczyźni. Także słowo kobiety znaczy dziś dużo więcej niż niegdyś!   Ale i w przeszłości zdarzały się kobiet...
Książka ,,Prawo Unii Europejskiej" omawia kompleksowe funkcjonowanie Unii Europejskiej, koncentrując się na aspektach prawnych i zmianach wprowadzonych na mocy Traktatu z Lizbony. Zakresem publikacji objęto m.in. zagadnienia: zarys historii i koncepcje integracji europejskiej, aksjologię UE, mecha...
Tomik poezji w alegoryczny sposób opowiadający o dziele kreacji. Czy jesteśmy jedynie wytworem fabrycznym, czy też jest w skomplikowanej maszynerii naszego ciała coś więcej?...
Hans-Gert Pöttering jest jedynym eurodeputowanym należącym do Parlamentu Europejskiego nieprzerwanie od czasu pierwszych wyborów bezpośrednich w roku 1979. Pełniąc funkcje kierownicze, m.in. jako przewodniczący frakcji Europejskiej Partii Ludowej (1999–2007) i jako szef Parlamentu Europejskiego (200...
Z e-booka można dowiedzieć się m.in.: • W jaki sposób obecnie udziela się 2 dni zwolnienia na opiekę nad dzieckiem; • Jakie zmiany wejdą w życie 2 stycznia 2016 r.; • Kiedy pracownik będzie dokonywał wyboru sposobu korzystania ze zwolnienia; • Na jakich zasadach po zmianach będą korzystali ze zwolni...
Podróże jasne jak słońce!   Słoneczne plaże z drobnym białym piaskiem, morze w odcieniach jasnego błękitu, średniowieczne fortece, majestatyczne monastyry, wysokie góry, gaje oliwne i plantacje winorośli – Rodos to idealne miejsce na wakacje. Przewodnik Pascal Holiday podp...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Bernardo Atxaga

© Xavier Idoate

Bernardo Atxaga

(właśc. Joseba Irazu Garmendia; ur. 1951 w Asteasu)

Pisarz uważany za jednego z najważniejszych twórców współczesnej literatury baskijskiej. W latach siedemdziesiątych stawiał pierwsze kroki jako poeta awangardowy, a niedługo potem zdecydował się poświęcić wyłącznie działalności pisarskiej. Opublikował ponad pięćdziesiąt dzieł, w tym kilkanaście powieści, poza tym także książki dla dzieci, zbiory poezji, słuchowiska radiowe, sztuki teatralne. Jest laureatem licznych nagród, m.in Premio Crítica, Premio Nacional de Narrativa czy Premio Euskadi. Jego utwory przetłumaczono dotąd na ponad trzydzieści języków.

W listopadzie 2019 roku Bernardo Atxaga otrzymał prestiżową nagrodę Premio Nacional de las Letras Españolas, przyznaną mu za „istotny wkład w modernizację i rozpowszechnienie języków baskijskiego oraz hiszpańskiego, dokonywane poprzez prozę, w której autor w błyskotliwy sposób łączy fikcję i rzeczywistość”.

Katarzyna Sosnowska

(ur. 1979)

Tłumaczy z angielskiego, niemieckiego i hiszpańskiego, a od niedawna także z baskijskiego. Stypendystka programu „Itzultzaile Berriak” („Nowi Tłumacze”), zorganizowanego przez Baskijski Instytut Etxeparego i Baskijskie Stowarzyszenie Tłumaczy w ramach projektu „Donostia / San Sebastian Europejska Stolica Kultury 2016”. Sześciomiesięczny pobyt w Kraju Basków sprawił, że zafascynowała się tamtejszą kulturą i literaturą oraz plażami. Prywatnie zagorzała fanka piłki nożnej.

Słowo od tłumaczki

W twórczości Bernarda Atxagi sprawy baskijskie zajmują poczesne miejsce. Nie inaczej rzecz ma się w przypadku Samotnego mężczyzny, powieści, której bohaterem jest były członek ETA i która zawiera odniesienia do sytuacji politycznej Hiszpanii przed 1982 rokiem. Dla wyjaśnienia kontekstu pozwalam sobie tutaj bardzo skrótowo nakreślić baskijską trajektorię historii XX wieku.

Baskowie to – obok Katalończyków i Galisyjczyków – jeden z historycznych narodów Hiszpanii, cieszący się na przestrzeni dziejów przywilejami i własnymi prawami w ramach hiszpańskiego królestwa. Jednakże w wieku XIX o te prawa musieli oni stoczyć przegraną walkę z liberalnymi siłami centralnymi, a wkrótce potem, wraz z rozwojem przemysłu wydobywczego i hutniczego, w okolice Bilbao napłynęły tysiące ludzi z całej Hiszpanii. Ta sytuacja (w wielkim uproszczeniu, bo w grę wchodziły również inne czynniki) sprawiła, że pod koniec XIX wieku rozbudzony został baskijski nacjonalizm. Powstała wtedy Nacjonalistyczna Partia Baskijska, a język baskijski, którym do tej pory posługiwano się głównie na terenach rolniczych oraz w rybackich miasteczkach, zaczął nabierać znaczenia także wśród klasy średniej, będącej spiritus movens nacjonalizmu.

W roku 1931 w Hiszpanii powstała II Republika i baskijscy politycy zaczęli swe starania o autonomię. Jednak pierwszy autonomiczny rząd baskijski został utworzony dopiero w październiku 1936 roku, kilka miesięcy po buncie generała Franco i rozpoczęciu wojny domowej. W tym momencie baskijscy nacjonaliści, po pewnym wahaniu, zdecydowali się poprzeć siły republikańskie. Sformowano oddzielne wojsko baskijskie, którego członków zwano eusko gudariak, baskijskimi żołnierzami. Mit oddającego życie za baskijską ojczyznę gudari stał się potem jednym z kluczowych w imaginarium związanym z ETA.

Baskowie przegrali wojnę domową, wraz z całą Republiką. Sporo też przy tym wycierpieli. Wiosną 1937 roku armie Franco zbliżyły się do Bilbao, którego zajęcie było ważne ze względu na dostawy stali dla przemysłu wojennego. Na linii okopów opór stawiały niedobitki armii baskijskiej i republikańskiej, wzmacniane przez lokalne pospolite ruszenie. Gdy jednak doszło do bombardowań baskijskich miasteczek, z których najsłynniejsze to naznaczona tragicznym losem Gernika, było wiadomo, że wojna się skończyła. Wkrótce na Kraj Basków spadły represje – za udział w wojnie po niewłaściwej stronie i z powodu atawistycznej wręcz niechęci frankistowskiej Hiszpanii do swoich mniejszości narodowych. Oprócz masowych aresztowań, rozstrzeliwań i innych represji rozpoczęły się również prześladowanie baskijskiej symboliki oraz tępienie języka baskijskiego. Za jego używanie można było trafić nawet do więzienia, a dzieci w szkołach były dotkliwie karane.

Wskutek tych prześladowań, a także jako efekt ostatecznej porażki wizji baskijskich polityków, którzy do lat pięćdziesiątych z emigracji kierowali dyplomatyczną wojną przeciwko Franco, narodził się ruch wyzwoleńczy znany jako ETA (Euskadi Ta Askatasuna – Kraj Basków i Wolność). W realiach hiszpańskiego powojnia nie było to nic dziwnego, gdyż w całej Hiszpanii istniały podziemne organizacje związane z ugrupowaniami komunistycznymi, anarchistycznymi czy socjalistycznymi. ETA początkowo zajmowała się dywersją i działalnością kulturalną, by ochronić baskijskie tradycje oraz język. Szybko jednak, wobec spirali represji, doszło do eskalacji przemocy i ostatecznie pod koniec lat sześćdziesiątych ETA rozpoczęła działalność, którą określiła mianem walki zbrojnej. Najpierw jej ofiarą padali wojskowi i policjanci, uznawani za okupantów. Z czasem rozszerzono ataki na osoby postrzegane jako nastawione antybaskijsko. Istotnym elementem działalności organizacji stało się także pobieranie tzw. podatku rewolucyjnego, czyli wymuszanie okupu na lokalnych przedsiębiorcach i na osobach zamożnych. Gdy „wezwanie do zapłaty” nie spotykało się z szybkim odzewem, oporną osobę porywano i wymuszano okup na jej rodzinie. W skrajnych sytuacjach porwaną osobę zabijano. Takie akcje stanowią jedno ze wspomnień bohatera Samotnego mężczyzny.

ETA nie tylko walczyła o baskijską niepodległość, lecz również przyswoiła sobie lekcje z rewolucji kubańskiej Fidela Castro i czuła się częścią ruchu antykolonialnego. W jej szeregi wstępowało coraz więcej członków niebędących etnicznymi Baskami – potomków robotników napływających z całej Hiszpanii. Wówczas doszło do zwrotu w ideologii nacjonalistycznej – wyznacznikiem baskijskości stała się znajomość języka, a nie czystość krwi, jak w pierwotnej myśli nacjonalistycznej. Ten zwrot ideologiczny sprawił, że nacjonalizm baskijski mógł się stać ruchem prawdziwie internacjonalistycznym, skupionym na walce zarówno o niepodległość narodową, jak i o wprowadzenie socjalizmu. W ten sposób ETA zyskiwała wsparcie na świecie i przychylność międzynarodowej opinii publicznej. W roku 1970, gdy w słynnym procesie w Burgos sądzono przywódców organizacji, głosy poparcia dla więźniów przychodziły z całego świata, co doprowadziło do tego, że reżim ugiął się i nie skazał aresztantów na karę śmierci. Z kolei w 1973 roku ETA dokonała zamachu na admirała Luisa Carrero Blanco, szykowanego na następcę Franco. Dwa lata później umarł dyktator – wcześniej zdołał podpisać ostatnie wyroki śmierci na dysydentów, wśród których znajdowali się dwaj członkowie ETA: Otaegui i Pardines, czego ślad także pojawia się w powieści Atxagi. Rozpoczęła się burzliwa epoka hiszpańskiej transformacji, w trakcie której zamachy terrorystyczne przeprowadzane przez ugrupowania od prawa do lewa sceny politycznej stały się chlebem powszednim. W roku 1977 uchwalono powszechną amnestię dla więźniów politycznych. Wielu z uwolnionych członków baskijskiego ruchu oporu, tak jak bohaterowie powieści, udawało się na terytorium francuskiego Kraju Basków (które od początku stanowiło „sanktuarium ETA”), by przeczekać niepewną sytuację polityczną.

Wprawdzie nowa konstytucja, uchwalona w 1978 roku, zakładała autonomię dla Kraju Basków, jednak ETA nie złożyła broni. Wręcz przeciwnie, zamachy nasiliły się na początku lat osiemdziesiątych, część Basków nie czuła się w nowej Hiszpanii u siebie i nadal żądała niepodległości, część chciała wprowadzenia socjalizmu, inni zaś rozliczenia frankistowskich zbrodni. Ponadto pofrankistowska Hiszpania była krajem słabym, jej demokracja za bardzo zależała od elit dawnego reżimu, szczególnie od wojska. W lutym 1981 doszło do próby zamachu stanu. Została ona udaremniona, lecz w wielu środowiskach nadal utrzymywał się strach przed siłą wojska i policji.

Nie bez znaczenia była także wewnętrzna dynamika organizacji – ludzie, których młodość upłynęła w podziemiu, rozpaleni rewolucyjnymi ideami i życiem na krawędzi, z trudem wracali do normalnego życia. Część dawnych członków ETA zajęła się oficjalną polityką; w warunkach nowej demokracji zakładali oni partie polityczne. Minie jednak jeszcze wiele lat i zginie wielu ludzi, nim na baskijskiej lewicy zwolennicy drogi politycznej wezmą górę nad zwolennikami walki zbrojnej.

Zamachy ETA, których ofiarą wciąż padali głównie przedstawiciele sił porządkowych, spowodowały nasilenie represji w Kraju Basków, które z kolei utrzymywało poparcie dla ETA wśród ludności. Ta walka przerodziła się w tzw. brudną wojnę, w której państwo – już demokratyczne – opłacało najemników, by likwidowali osoby powiązane z baskijską opozycją. Jednocześnie ETA coraz częściej zaczęła uderzać także w ludność cywilną. Jest to moment, w którym – o czym mówi Bernardo Atxaga w wywiadzie zamieszczonym w tym tomie – baskijska walka zbrojna traci swój aspekt poetycki.

Wprawdzie wykracza to poza ramy czasowe powieści, warto jednak wspomnieć, że raz rozpędzonej machiny przemocy nie dało się zatrzymać przez kolejne trzydzieści lat, a konflikt baskijski, mimo samorozwiązania się ETA w 2018 roku (nieaktywnej od czasu „ostatecznego” zawieszenia broni w 2011 roku), nie został tak naprawdę zakończony. Nadal istnieją silne ugrupowania działające na rzecz przeprowadzenia w niedalekiej przyszłości referendum niepodległościowego, a państwo hiszpańskie chętnie sięga po hasło „wszystko to ETA”, uderzając w związane z baskijską lewicą niepodległościową media, oraz podtrzymuje wprowadzoną pod koniec lat osiemdziesiątych zasadę, że baskijscy więźniowie polityczni odbywają karę w ośrodkach oddalonych o setki kilometrów od rodzinnych stron. Jednocześnie konflikt ten nadal stanowi istotny temat dla literatury powstającej w Kraju Basków (zarówno w języku baskijskim, jak i hiszpańskim).

Przez meandry językowe i odniesienia kulturowe podczas prac nad przekładem pomogły mi przebrnąć Erika Castaños, Irantzu Duro i Ainhoa Mendizabal. Nieocenioną pomocą, jak zawsze, służyli też koledzy i koleżanki z facebookowego Forum Tłumaczy Literatury.

Samotny mężczyzna

Lecz biada samotnemu, gdy upadnie! Nie ma drugiego, który by go podniósł.

Księga Kaznodziei Salomona, 4, 10 (Biblia warszawska)

Mężczyzna, na którego mówią Carlos, wiedział, że zamarznięte morze było jedynie obrazem ze snu, wiedział także – przypominał mu o tym sucho jeden z jego wewnętrznych głosów – że powinien otrząsnąć się z letargu, wstać z kanapy i jak najszybciej udać się do saloniku hotelu, gdzie wraz z kolegami miał obejrzeć mecz. Tego dnia, w poniedziałek 28 czerwca 1982 roku, reprezentacja Polski walczyła o awans do półfinału. Ale widziane we śnie morze przyciągało uwagę tej części mózgu Carlosa, która nadal nie wracała do rzeczywistości. Przyjemne wrażenie spadania powstrzymywało go przed otwarciem oczu. Wydawało mu się, że jest kamieniem lecącym ku morzu, czymś w rodzaju asteroidy, a zamarznięte wody, ku którym zmierzał, paradoksalnie sprawiały wrażenie czegoś przytulnego, więc szykował się do przebicia pokrywy lodowej, by zanurzyć się w tym, co się pod nią kryło. Ostatecznie nie doszło jednak do zetknięcia z morzem, mimo że prawie się o nie otarł. Sen uległ zmianie – pojawił się w nim przypominający nietoperza wielki ptak, który coraz wolniej przemieszczał się nad wodami i z wysoka podziwiał drapieżnymi oczami przyprószoną śniegiem powierzchnię morza, przypominającą w tym momencie biały płaskowyż.

Carlos usiadł wygodnie na kanapie i odwrócił się plecami do okna, przez które wpadały ostatnie tego dnia promienie słońca. Nie chciał wybudzić się z tego snu, chciał zatrzymać pojawiające się w nim obrazy. Ponadto muzyka symfoniczna dochodząca z jakiegoś miejsca w morskich głębinach sprawiała, że ogarniał go spokój.

Jego pragnieniu nie stało się jednak zadość. Muzyka została zagłuszona pytaniem, które jakaś kobieta zadała paleontologowi o nazwisku Ruiz Agirre, a ponieważ nazwiska baskijskie zwracały jego uwagę, odkąd zamieszkał w Barcelonie, Carlos otworzył oczy i spojrzał na stojący przed nim szesnastocalowy telewizor. Na ekranie młody okularnik, paleontolog, odpowiadał na pytanie prowadzącej program.

„Oczywiście, że nie. Sama pani wie, że na wybrzeżu baskijskim olbrzymie pterodaktyle z trudem by przetrwały. Nawet jeśliby im się to udało, nie mogłyby latać, bo te gady, tak samo jak ich współcześni krewniacy, były zmiennocieplne, to znaczy niezdolne do utrzymania stałej temperatury ciała, tak więc między tymi lodami nie miałyby siły latać”.

„Tak, to prawda – przytaknęła z uśmiechem prowadząca program. – W epoce, o której mówimy, pterodaktyle nie mogły żyć, bo zniknęły z powierzchni ziemi miliony lat wcześniej. Musiałam jednak o nie spytać, bo moje dzieci nigdy by mi tego nie wybaczyły. Szaleją na punkcie dinozaurów”.

Był to program naukowy, w którym zarówno prowadząca, jak i paleontolog mocno się wysilali, by podtrzymać rozmowę. Carlos, nieco rozczarowany odkryciem, że jego sen miał tak banalne źródło, spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma trzydzieści, a więc za pół godziny rozpoczynał się mecz Bońka, Laty i reszty przeciwko Belgom. Mieli go pokazywać na innym kanale niż ten, który emitował właśnie program o czasach prehistorycznych.

„Boniek jest teraz wielką gwiazdą futbolu”, przeczytał Carlos w leżącej na dywanie gazecie sportowej, na którą padł jego wzrok. „Jest doceniany, kochany, a nawet, jak mieliśmy okazję zobaczyć w Barcelonie, ubóstwiany. Ponadto koledzy z drużyny bardzo go szanują, a w Polsce nikt nie zapomni, jak wstawił się za bramkarzem Młynarczykiem, który pojawił się na lotnisku w Warszawie totalnie zawiany. Kierownictwo Związku nie chciało wpuścić go do samolotu, lecz Boniek zagroził, że w takiej sytuacji on również nie leci”.

Wzrok Carlosa przeniósł się w stronę leżącej obok gazety codziennej. „Trudna sytuacja Palestyńczyków w Bejrucie”. „ETA zaprzecza, że podłożyła bombę, która poważnie zraniła dziecko”, przeczytał. To były główne wiadomości z pierwszej strony.

Chociaż nie był to jeszcze najgorętszy moment lata, temperatura w pomieszczeniu przekraczała dwadzieścia pięć stopni. Nie podnosząc się z kanapy, Carlos sięgnął do okna, by je otworzyć. Niedługo potem, gdy popołudniowa bryza ochłodziła mu twarz, ponownie zamknął oczy i znieruchomiał. Pod wpływem chłodnego wietrzyku poczuł, jak jego oczy stały się jakby dwoma gorącymi, napuchniętymi punktami, zarazem jednak przepełnione poczuciem winy myśli, które pojawiły się, gdy przeczytał nagłówki gazet, oddaliły się. Poza tym to przyjemne wrażenie wzmacniały dochodzące zza okna odgłosy owadów. Równy jak zawsze dźwięk tych samych co zawsze owadów, metaliczny i regularny, czasami wymieszany z kumkaniem żab, a innym razem – gdy synowie kucharza wyciągali swoje motocykle „Montesa” lub „Derby” – tworzący coś w rodzaju chóru z odgłosami silnika. Lubił wszystkie te dźwięki, nawet hałas motorów. Uspokajały go one i usypiały. Tak samo było tamtego dnia. Tyle że niestety nie mógł się temu poddać. Musiał rozbudzić się i zejść do saloniku. Obiecał, że wraz z Guiomarem, Ugartem i resztą obejrzy tam mecz Polaków i Belgów.

Z niemrawością charakterystyczną dla osób zaspanych Carlos dał się wciągnąć odgłosom zza okna i powrócił do pewnej myśli, która pojawiła się w jego głowie już jakiś czas temu. Regularność życia była mianowicie zbawienna, nie tylko dla zdrowia fizycznego, dla prawidłowej pracy żołądka i jelit, ale również dla życia duchowego. Kto mógł robić to, co miał robić, w momencie, w którym miał to robić, kto cieszył się miesiącami i latami pozbawionymi niespodziewanych wydarzeń, bez wątpienia wszedł na dobrą drogę. Tak, w tym tkwił cały sekret – w regularności. Jego brat też kiedyś powiedział, że regularność życia była najlepszym rozwiązaniem w trudnych chwilach. Była niczym piasek, który podsypuje się pod koła, gdy ślizgają się po lodzie.

„Trudno stwierdzić, czy ta regularność wiele mu dała. Bo gdzie jest teraz Kropotkin? Czy nie w szpitalu psychiatrycznym?”, usłyszał. To był jeden z wewnętrznych głosów, wypowiadających się w imieniu jego sumienia, ten najmniej przyjemny. Carlos potrząsnął głową. Chociaż od dawna miał w zwyczaju wysłuchiwać tych głosów – był to system, jaki wypracował w więzieniu, system rozmawiania z samym sobą – nie udało mu się dotąd zidentyfikować osoby, która w tym momencie do niego przemówiła. Zazwyczaj w jego umyśle pojawiał się ktoś znajomy, z własną sylwetką i twarzą. Ten nieprzyjemny głos nie wiązał się jednak z żadną z osób, które należały do jego przeszłości. Czasami Carlos miał wrażenie, że ten niezidentyfikowany głos był jak szczur, który rósł w jego wnętrzu i którego jedynym celem było go dręczyć.

Żeby odsunąć myśl o bracie, wstał z kanapy i spojrzał przez okno. Latarnia na podjeździe hotelu właśnie się zapaliła, nieco dalej widać było drzewa oliwkowe i migdałowce, całą tę formację roślinną zwaną garigiem, którą właśnie zaczynały pochłaniać ciemności; tam też – jakieś trzysta metrów od hotelu, przy drodze do Barcelony – stacja benzynowa migała czerwonym i niebieskim światłem, a jeszcze dalej, jako ostateczne tło, masyw góry Montserrat powoli tracił wyrazistość. Tak, wszystko było jak co dzień i powtarzało swój zwykły rytm. Wkrótce, gdy na dobre zapadnie już noc, Montserrat przyjmie postać żłobionej ściany, a u jej stóp rozświetli się kościół. Następnie nadejdzie pora snu dla owadów i słychać będzie jedynie odgłosy przejeżdżających ciężarówek. Potem, około trzeciej nad ranem, zapadnie kompletna cisza. Jedynie czerwone i niebieskie światła stacji benzynowej będą nieustannie migały aż do świtu.

Carlos usiadł z powrotem na kanapie i zaczął wkładać buty. Chociaż był to widok na miejsce jego zesłania i mimo że znajdował się naprawdę daleko od swych ukochanych gór, domów i ścieżek, okolica góry Montserrat wypełniona była regularnością życia, która go uspokajała, pomagała mu pacyfikować ten zły głos, który żył w jego wnętrzu. Nie wiedział, co mu szykuje przyszłość, lecz to miejsce nie ponosiło za to odpowiedzialności.

„Myślę, że tak. Poza Altamirą i Lascaux mało jest w Europie tak znaczących jaskiń jak Ekain w Kraju Basków. Przede wszystkim znajdują się tam malunki o wielkiej wartości artystycznej, a poza tym stanowi ona bogate źródło świadectw. Znaleziono w niej wiele pozostałości, zarówno paleolitycznych, jak i neolitycznych”.

Na ekranie telewizora pojawiły się obrazki. Jeden z nich przedstawiał mapę Zatoki Biskajskiej i otaczających ją ziem. Nagle pulsujący w okolicach wybrzeża czerwony punkcik wyznaczył położenie jaskini, a zaraz potem kamera najechała na wskazane miejsce. Można było teraz dostrzec okolone paprocią i mchem wejście do groty, mokre po niedawnym deszczu.

Nie odrywając oczu od ekranu, Carlos wyciągnął rękę i podniósł słuchawkę telefonu. W tym czasie plan pokazywanych okolic poszerzał się i skała zmieniła się w bukowy las, a ten z kolei w górski szczyt, cały zielony. Na horyzoncie, za innymi szczytami, które z daleka wydawały się niebieskie, pojawiła się świetlista linia morza. Nagle, niczym wielki nietoperz z jego snu, kamera skierowała się nad góry, domy i ścieżki, które naprawdę kochał. „Tam są me ukochane góry, tam są me łąki”. Pamięć Carlosa automatycznie przywołała słowa znanej pieśni, która stanowiła podkład dźwiękowy programu telewizyjnego: „Tam są me ukochane góry, tam są me łąki. Piękne bieluśkie domy, źródła i rzeki. Stoję na granicy w Hendai, oczy otwarte szeroko. Och, Euskal Herria, Kraju Basków…”.

Wybrał wewnętrzny numer 17 i zaraz odłożył słuchawkę.

 – Oglądacie telewizję? – zapytał, gdy po tym jak ponownie wybrał numer, odpowiedziano mu z drugiej strony. Zaraz dodał nieco kpiącym tonem: – Włączcie kanał pierwszy, zobaczycie wybrzeże w okolicach Zarautz. Pomyślałem sobie, że w końcu to już dwa tygodnie od waszego wyjazdu, pewnie tęsknicie.

Minął ponad rok, od kiedy Carlos ostatni raz odwiedził strony pokazywane teraz w telewizji, i słowa o tęsknocie miały być żartem. Kobieta po drugiej stronie telefonu widocznie go nie zrozumiała, bo odpowiedziała znużonym głosem:

 – Dobrze, zaraz włączymy. Ale tęsknimy tak naprawdę za jedzeniem. Ileż można jeść same konserwy!

 – Nie można mieć wszystkiego – odparł Carlos i odłożył słuchawkę.

Na tle pokazywanych zdjęć paleontolog opowiadał o ludziach, którzy czterdzieści tysięcy lat temu żyli na terenach otaczających jaskinię. Mówił, że ich zwyczaje były zadziwiające, a najciekawsze było chyba to, że zbierali mięczaki, ale nie te jadalne, tylko takie, które posiadały piękne, kolorowe muszle, na przykład gatunek Nassa reticulata lubLittorina obtusata. Służyły im one jedynie do ozdoby. Trzeba pamiętać, kontynuował głos z ekranu, że morze nie znajdowało się tam, gdzie sięga obecnie, w XX wieku, tylko było znacznie bardziej oddalone, co najmniej dwadzieścia kilometrów od dzisiejszego wybrzeża, i że temperatura nad Zatoką Biskajską nie była tak przyjemna jak tego lata, lecz wynosiła jakieś czterdzieści stopni poniżej zera. Więc czyż to nie zaskakujące, że ci mężczyźni i te kobiety sprzed czterdziestu tysięcy lat odczuwali taką potrzebę ozdabiania się? Czy opłacało się wkładać tyle pracy i ponosić takie ryzyko wyłącznie po to, by założyć naszyjnik z muszli?

Gdy paleontolog skończył mówić, zniknęły wszystkie zdjęcia, zniknęły góry, łąki, domy, źródła, a także konie i żubry namalowane w jaskini. Na ekranie widniało tylko oblicze prowadzącej program. Malowała się na nim niecierpliwość, skrywana pod uśmiechem.

„Możemy więc stwierdzić, że byli tacy jak my, mieli swoje pomysły i kaprysy – powiedziała. – A teraz, tak szybciutko, bo kończy nam się czas, pokażemy na mapie, gdzie na wybrzeżu północnym znajdują się inne jaskinie. Jeśli w te wakacje chcecie państwo połączyć zwiedzanie z rozrywką, koniecznie je odwiedźcie. Wyjazd do Kraju Basków jest, jest, jak by to powiedzieć…”.

„Nie tak prosty jak wyjazd w inne, bardziej spokojne miejsca. Prawdę mówiąc, ostatnie zamachy wyrządzają wielkie szkody turystyce, którą państwu proponujemy”, przyszedł jej z pomocą paleontolog.

Carlos zamknął oczy i usiłował wyobrazić sobie kobiety i mężczyzn sprzed czterdziestu tysięcy lat, ubranych jedynie w naszyjniki z muszli. Było to coś więcej niż tylko przyjemny obraz. Wyczuwał, że pod tą historią kryła się jakaś głębsza prawda. Ale nazwy, które pojawiły się właśnie na mapie pokazywanej na ekranie – Biarritz, Zarautz, Gernika, Bilbao – obudziły w nim tę mroczną część podświadomości i natychmiast pojawił się Szczur, tym razem milcząco szermujący obrazami z przeszłości Carlosa, obrazami bolesnymi i nieprzyjemnymi. Zamiast plaż i białych muszli mężczyzna widział teraz główny plac w Zarautz z jego kioskiem muzycznym, a potem lekko skręcającą ulicę, przy której znajdowało się kino. Gdy tylko pojawiły się obrazy kina, wspomnienia przywołane przez Szczura stały się bardziej wyraziste, a duch Carlosa – „ciało astralne”, jak by to ujął jego brat Kropotkin – kontynuował podróż, najpierw do sali widowiskowej kina, następnie do pomieszczenia pod nią, o powierzchni czterech metrów kwadratowych. Leżał tam na pryczy przedsiębiorca, którego Carlos porwał, a potem zastrzelił.

Zadzwonił telefon. Carlos wyłączył telewizor i wyciągnął rękę po słuchawkę. Zawahał się jednak w ostatniej chwili, bo jego duch – jego „ciało astralne” – nadal unosił się nad dręczącymi obrazami z przeszłości. Najpierw zobaczył Biarritz i samego siebie w wieku dwudziestu trzech lat, siedzącego w kinie „Daguerre”, w którym często spotykali się uchodźcy polityczni. Ze swoim ówczesnym najlepszym przyjacielem Sabinem oglądał film pornograficzny. Potem Carlos przeniósł się do Gerniki, gdzie znowu zobaczył siebie, jeszcze jako nastolatka, przysłuchującego się przemówieniu swojego brata. Z tupetem i hardością, jakie zawsze go charakteryzowały, Kropotkin – ta scena zawstydzała Carlosa – recytował stary wiersz Wordswortha: „Drzewo Gerniki! […] Jakże kwitnąć możesz w tych dniach zniszczenia? Jaką nadzieję, jaką radość niosą ci słońce i bryza od strony Atlantyku, poranna rosa, słodki kwietniowy deszcz?”. Z im większym zapałem Kropotkin recytował te strofy, tym większy wstyd odczuwał Carlos.

Wreszcie udało mu się usunąć z głowy obrazy przywołane przez Szczura i podnieść słuchawkę. Najpierw usłyszał kaszel Ugartego, a następnie odgłosy tła. Wspólnik dzwonił do niego z hotelowego saloniku.

 – Czy można wiedzieć, dlaczego jeden z dyrrektorrów tego hotelu nadal do nas nie zszedł? A rraczej czy można wiedzieć, dlaczego jeden z moich wspólników nie uczestniczy w imprrezie, w którrej biorrą udział właściciele i prracownicy? – spytał Ugarte.

Nie był nigdy aktorem, ale od lat nie mówił swoim normalnym głosem. Wrzeszczał, akcentował wybrane słowa w zdaniu, a przede wszystkim zawsze kogoś przedrzeźniał.

W tle było słychać innych. Toczyła się zażarta kłótnia o to, czy w jednym z poprzednich meczów słusznie podyktowano karnego przeciwko drużynie Hiszpanii, a komentator sportowy w telewizji podawał wyjściową jedenastkę Belgów, w której nie znalazł się bramkarz Pfaff. Carlos spojrzał na zegarek, za dwadzieścia minut rozpoczynał się mecz Polaków z Belgami.

 – Już idę, tylko włożę buty – powiedział.

Jego głos był przyjemny, również wystudiowany niczym u aktora, jednak, inaczej niż w tym zawodzie, nie zdradzał najmniejszej zmiany nastroju, nie zdradzał niczego – niepewności, wątpliwości, niepokoju. Podobnie jak inne cechy charakteru Carlosa, ten niczego niezdradzający głos – który nadawał mu pozór człowieka spokojnego i zrelaksowanego – był pozostałością z czasów jego działalności w organizacji.

 – Tak, ależ prroszę. Chodź tu do nas. Solidarrność jest barrdzo ważna. Właściciele, prracownicy, wszyscy rrazem kibicujemy naszej rreprrezentacji. Naszym Polakom. Policjanci też. Hiszpańscy policjanci kibicują polskiej rreprrezentacji – mówił dalej Ugarte.

W jego żyłach krążył alkohol z kilku spożytych piw. A nową ofiarą jego zdolności imitowania stała się Danuta Wyka, tłumaczka reprezentacji Polski.

Carlos powtórzył, że już schodzi, ale najpierw podszedł do okna i otworzył je na oścież. Nadal było ciepło, temperatura prawie w ogóle nie spadała, a owady kłębiące się w gąszczach krzaków rosnących między drzewami oliwkowymi a migdałowcami nie przestawały wydawać swojego zwykłego dźwięku. Mimo to nie wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Jak wspomniał Ugarte, policjanci, którzy mieli zapewniać bezpieczeństwo Lacie, Bońkowi i pozostałym zawodnikom polskiej reprezentacji, zeszli ze swych posterunków przy wejściu i dookoła hotelu i udali się do saloniku, gdzie transmitowano mecz, a może gdzieś indziej. Przynajmniej przez okno nie było widać żadnego z nich. Pod wpływem nowej myśli Carlos szybko podszedł do telefonu i powtórzył operację sprzed pięciu minut: wybrał numer wewnętrzny 17, odłożył słuchawkę i wybrał ten sam numer ponownie.

 – Mam pewien pomysł. Mógłbym wam przynieść porządną kolację. Co wy na to? – odezwał się do słuchawki.

Mimo że się spieszył, jego głos emanował spokojem.

 – Jeśli nie będzie problemów, to przynieś. Już ci mówiłam, że mam dość tych puszek – powiedziała kobieta po drugiej stronie. – Mój kolega też się zgadza. Domyślił się, o czym rozmawiamy – dodała po chwili milczenia.

 – Przyniosę wam trochę mięsa z grilla i może jeszcze coś. Będę za niecałe pół godziny.

Za oknem góra Montserrat praktycznie zniknęła z oczu, a oświetlony kościół u jej stóp stał się najbardziej widocznym punktem całej okolicy. Gdyby istniały nietoperze takie jak ten ze snu i gdyby jeden z nich tu przypadkiem trafił i poczuł potrzebę odpoczynku, na pewno usiadłby na dachu kościoła. Carlos westchnął. Ogólnie rzecz biorąc, za oknem niewiele się działo. Jak zawsze w porach transmisji mundialowych meczów, zamarł ruch drogowy, a jedyny nietoperz znajdujący się w okolicy hotelu, niemający wiele wspólnego z tym ze snu, krążył nieregularnie w świetle hotelowej latarni. Carlos pomyślał, że przypomina on czarną chustkę rzucaną przez wiatr.

Usłyszał, że ktoś otwiera drzwi, dokładnie w tym samym momencie, w którym zamierzał zejść do hotelowej kuchni, zostawiając na boku swoje myśli. Zobaczył Pascala, pięcioletniego syna Ugartego, a za nim Guiomara, przyjaciela, z którym dzielił hotelowy apartament. Dziecko roześmiało się i rzuciło w jego stronę piłkę. Uderzyła w lampę.

 – Jak to w końcu jest, Pascal? Chcesz być d’Artagnanem czy Bońkiem? – spytał Carlos.

Chłopczyk nie przestawał się nieco histerycznie śmiać i nawet nie próbując odpowiedzieć, po raz drugi kopnął piłkę. Tym razem odbiła się od stolika i przewróciła stojak na gazety.

 – Karny! – krzyknęło dziecko.

 – Odpowiedz, Pascal. Odpowiedz na pytanie Carlosa – wtrącił się Guiomar z drugiej strony drewnianego parawanu, który oddzielał salon od drzwi wejściowych.

Nowo przybyły mężczyzna mierzył prawie dwa metry i krawędź parawanu znajdowała się na wysokości jego okularów.

 – Właśnie, odpowiedz. Kim chcesz być? D’Artagnanem czy Bońkiem? – powtórzył Carlos.

Ale chłopak był bardzo podekscytowany tym, że udało mu się wejść do apartamentu wujków, i nie zwracał uwagi na żadne pytania, tylko nieustannie się śmiał.

 – Odpowiedz mu – zwrócił się Guiomar do dziecka, wychodząc zza parawanu i zapalając papierosa. – Masz mu powiedzieć: „Jestem trochę d’Artagnanem i dlatego noszę szpadę, ale też jestem trochę przedstawicielem polskiej reprezentacji w tym hotelu i dlatego nie mogę znieść, że siedzisz tu sobie tak spokojnie, właśnie teraz, gdy Boniek i jego koledzy przygotowują się do walki”.

 – Wiem, że zaraz zacznie się mecz, ale teraz nie mogę przyjść – powiedział Carlos Guiomarowi. – Za jakieś pół godziny wszystko ci wyjaśnię.

Przy tych słowach podniósł ciągle śmiejącego się chłopca. Czasami Pascal szalał tak, że prawie tracił oddech.

 – Co się dzieje? – spytał Guiomar.

 – Co ma się dziać? Nic się nie dzieje. Muszę tylko coś zrobić.

 – Nie rozumiem – odparł Guiomar, poprawiając okulary i wbijając wzrok w podłogę. Był zaskoczony zachowaniem przyjaciela. – Może to głupstwo, ale jakoś trzeba zaznaczyć fakt, że reprezentacja Polski mieszka w naszym hotelu, dlatego powinniśmy razem świętować oglądanie ich meczu. Wszyscy już zeszli do saloniku, brakuje tylko ciebie. W końcu to ty jesteś wśród nas największym kibicem. Naprawdę, powinieneś zejść do nas. Wszystko gotowe, mamy napoje i kanapki.

 – Nie bierz tego do siebie, Guiomar. Wiem, że to ty zorganizowałeś tę imprezę, ale już ci mówiłem, teraz nie mogę przyjść. Muszę nakarmić psy i wymieszać ciasto na chleb.

 – Nie podoba mi się to. W dodatku coś kręcisz, znam cię. Myślałem, że skończyły się tajemnice między nami – odparł Guiomar.

 – Nie gniewaj się, Foksi – powiedział półżartem Carlos.

Foksi to jeden z najczęściej używanych przez Guiomara pseudonimów w czasach działalności w organizacji, pochodzący od słowa „foksterier”. Guiomara znano z tego, że był tak niezmordowany jak psy tej rasy. Jeśli nie dostawał odpowiedzi, wypytywał całymi dniami, tygodniami albo nawet latami.

 – Powiesz nam, jeśli coś trzeba zrobić. – Ta odpowiedź Guiomara należała do innych czasów i innych okoliczności, w ten sposób podkreślał on, że uważa zachowanie Carlosa za naganne.

 – Niedługo sami zobaczycie – odpowiedział mu Carlos nadal lekko kpiącym tonem i klepnął go po plecach. – Naprawdę, Foksi, nie złość się, nie ma żadnej tajemnicy. Po prostu czuję potrzebę się przejść, zanim pójdę do tych wszystkich ludzi. Tak jak jedni są zawzięci i gruboskórni, inni są nieco nietowarzyscy. Wszyscy mamy swoje przywary, sam wiesz.

 – Skoro mowa o tajemnicach, też mam jedną. – Guiomar podkreślił te słowa uśmiechem.

 – No właśnie, widzisz drzazgę w oku bliźniego, ale nie belkę we własnym.

Carlos pomyślał, że Guiomar planuje podróż, z pewnością na Kubę, bo od dawna mówił, że dobrze byłoby tam wyjechać. Nie chciał jednak o nic pytać.

 – Z tym że ja chcę powiedzieć ci o mojej, ale jeszcze nie mogę. Jutro albo pojutrze może będę mógł, ale dzisiaj nie. Dlatego nic nie mówię. Za to ty nie chcesz mi opowiedzieć o swojej. Nie jesteśmy w takiej samej sytuacji.

 – Wiesz, że zawsze taki byłem. Wcześniej też nie opowiadałem wam o swoich dziewczynach – odparł Carlos, patrząc na zegarek.

 – Wiem, że zaraz mecz – powiedział Guiomar, powtarzając gest przyjaciela. – To jak jest? Chodzisz z dwiema naraz? Maria Teresa jest na dole.

 – To rzeczywiście byłoby takie dziwne? – zażartował Carlos. – Maria Teresa ciągle pracuje i praktycznie się nie widujemy. Myślę, że robi za dwie pokojówki. Czy my w ogóle płacimy jej nadgodziny? Nie chciałbym, żeby…

 – Ugarte zajmuje się płatnościami. Ja tylko robię zakupy – przerwał mu Guiomar, przekonany, że Carlos chce zmienić temat.

Po chwili spojrzał na niego zza okularów.

 – To Beatriz jest twoją nową przyjaciółką? La nostra bellissima Beatriu?

Beatriz od sześciu miesięcy pracowała w recepcji i była najładniejszą ze wszystkich kobiet, jakie kiedykolwiek pojawiły się w okolicy. Ponieważ ubierała się z klasyczną elegancją, Guiomar nazywał ją, przywołując popularną katalońską operetkę, La nostra bellissima Beatriu.

 – Być może – odparł Carlos nieco teatralnym tonem.

„Gratulacje, Carlos”, usłyszał swój wewnętrzny głos. Szczur nie mógł odmówić sobie komentarza do tej rozmowy. „Coraz lepiej oszukujesz przyjaciół. Nie musisz się niczym przejmować. Guiomar niczego nie podejrzewa. Ale jeśli kiedyś się dowie, co się tutaj dzieje, bardzo go to zaboli. On wierzy, że jest twoim najlepszym przyjacielem i że macie do siebie pełne zaufanie”. „Spokojnie, Carlos”, nowy głos zagłuszył Szczura. Teraz sumienie Carlosa przybrało postać Sabina, przyjaciela z dawnych czasów. Od czasu ich pobytu w Biarritz w charakterze uchodźców politycznych – a szczególnie od momentu swojej śmierci – Sabino był jego dobrym duchem, jedynym głosem wewnętrznym zdolnym przeciwstawić się Szczurowi. „Musisz zachować ostrożność w obecnej sytuacji. Guiomar zrozumie, dlaczego nic mu nie powiedziałeś. Ostatecznie, gdyby znał prawdę, mogłoby to się okazać niebezpieczne”.

 – Idziemy, Pascal – powiedział Guiomar. Szybko odzyskał wesoły ton i chwycił piłkę. – Biegniemy, żeby zdążyć na początek meczu, bo ci, którzy nie oglądają meczu od początku, są kiepskimi kibicami, a my tacy być nie chcemy, prawda, Pascal? Chcesz być kiepskim kibicem?

Dziecko wrzasnęło, że nie, i zbiegło po schodach za Guiomarem.

W prostokątnym budynku hotelowym, który miał formę pawilonu, mieściło się sześćdziesiąt pokoi. W jednym z jego końców wybudowano nieco wyższą wieżę, tam znajdowały się restauracja, pomieszczenia techniczne oraz apartamenty dla właścicieli i pracowników. Carlos zszedł z trzeciego piętra w ślad za Guiomarem i Pascalem. Minął hotelową recepcję z przylegającym do niej salonikiem i ruszył w stronę restauracji i dużej kuchni. Nie było tam nikogo, ale kucharz Doro przygotował już przystawki na kolację dla Polaków – sałatkę oraz talerze z owocami morza. Kuchnia wyglądała dzięki temu na miejsce wypełnione radością i glorią, niczym kaplica oczekująca na rozpoczęcie ceremonii. Carlos prędko rozpalił grilla i rzucił dwa grube kawałki mięsa na ruszt, następnie skomponował dwa dania podobne do tych, jakie mieli podać dziś piłkarzom. Gdy tylko skończył układać jedzenie na talerzach, do kuchni dobiegł okrzyk komentatora telewizyjnego. „Gol! Gol! Gol!”, powtarzał komentator, a za nim wszyscy zebrani w saloniku, z Pascalem na czele. Niewątpliwie Boniek, Lato i pozostali chcieli zasłużyć sobie na tę wystawną kolację. Carlos przez moment zawahał się, czy pójść do saloniku i zobaczyć powtórkę akcji, ale ostatecznie został w kuchni. Im szybciej skończy, tym lepiej. Podszedł do grilla i przewrócił mięso. Jeszcze chwila i będzie gotowe.

Gdy wykładał tace papierem, poczuł na sobie czyjś wzrok. To była Nuria, młoda, pulchna pomoc kuchenna, którą Ugarte niedawno zatrudnił, ponieważ, jak twierdził, jej mąż stracił pracę. Carlos nie czuł do niej żadnej sympatii.

 – Jak tak można – powiedziała kobieta, zatrzymując się w wahadłowych drzwiach łączących kuchnię z restauracją. – Tyle mamy biedy, a pan takie drogie mięso rzuca psom. Gdzie tu sprawiedliwość.

Patrzył jej prosto w oczy i z narastającą złością słuchał tych zarzutów. Zdał sobie sprawę, że Ugarte okłamał jego i Guiomara w kwestii tej kobiety i jej męża. Ponoć oboje byli ludźmi lewicy, działali w komunistycznym związku zawodowym i z tego powodu cierpieli prześladowania, więc oczywiście należało im pomóc. Kłamstwa, ewidentne kłamstwa. Nuria nie mówiła jak komunistka, tylko jak członkini kółka różańcowego.

 – Drugi raz zwracasz mi uwagę, czym karmię psy. Za trzecim razem wywalę cię z hotelu – oświadczył spokojnym głosem Carlos.

Z tacą w ręku szybko ruszył w stronę drzwi. Pchnął je kopnięciem, tak silnym, że kobieta nie zdążyła odskoczyć.

Potarła dłonią uderzone miejsce, ale nie krzyknęła.

 – Ugarte traktuje nas jak ludzi – powiedziała prawie przez łzy.

Carlos nawet na nią nie spojrzał, tylko przeszedł do restauracji. Wiele różnych myśli kłębiło mu się w głowie i czuł narastającą wściekłość. Ta cała Nuria to tylko jakaś idiotka. A Ugarte jak zwykle kłamie. Znał go od dawna i wiedział, że podobają mu się takie krągłe babki jak ona. Poza tym – ta myśl przyszła mu do głowy, gdy wychodził już na taras – on sam był podenerwowany, za bardzo. Powinien postarać się opanować.

Odstawił tacę na jeden ze stolików na tarasie i wrócił do środka.

 – Nie chciałem cię uderzyć, przepraszam – powiedział.

Nuria jednak weszła już do komory chłodniczej i go nie usłyszała.

Wrócił na taras i szybko przyjrzał się stolikom przygotowanym do kolacji polskiej drużyny. Wszystko było stosownie udekorowane, przy każdym talerzu lampka, bukiecik kwiatów i biało-czerwona papierowa flaga. Na najdłuższym stole, przy którym mieli zasiąść zawodnicy, widać było także czerwoną flagę z gwiazdą, przywiezioną przez tłumaczkę Danutę Wykę. Tak, Doro odwalił kawał dobrej roboty, podobnie jak jego dwaj synowie, jak Maria Teresa, jak Laura – żona Ugartego. Poza tą ostatnią wszyscy stanowili personel zatrudniony przez samego Carlosa i to w dużej mierze dzięki nim hotel prosperował, zwłaszcza dzięki Dorowi, który był uznanym kucharzem. Ugarte natomiast myślał jedynie o sobie i zajmował się wprowadzaniem do hotelu głupich bab. Jak tylko wszystko się uładzi, musi z nim porozmawiać. Albo z jego żoną.

Taras wznosił się na wysokość około metra i schodziło się z niego po trzech stopniach. Carlos skierował się w stronę magazynu, w którym trzymał dwa psy myśliwskie. „Nie spiesz się tak, Carlos, trzymaj tacę jak najbardziej naturalnie. Inaczej zaczną coś podejrzewać”, poradził mu Sabino. Miał rację, starcie z Nurią wyprowadziło go z równowagi; teraz wręcz go nosiło.

Wokół hotelowej latarni nadal krążył nietoperz. Panowały te same ciemności i przytłaczała ta sama pustka, a mieszkające w gałęziach drzew oliwkowych i migdałowców owady wydawały swój niezmienny, regularny dźwięk. Carlos minął nietoperza i zszedł ścieżką prowadzącą między drzewami ku placykowi przy hotelowym magazynie i piekarni. Było już ciemno, a światła hotelu praktycznie tu nie docierały. Zatrzymał się na moment. Belle i Greta, psy zamknięte w magazynie, wyczuły jego obecność i zaczęły niecierpliwie szczekać.

 – Cicho, Belle! – mruknął Carlos, podchodząc do ściany budynku.

Starsza z suk od razu umilkła. Chwilę po niej to samo zrobiła Greta, choć zawyła jeszcze kilkakrotnie.

Setki razy przechodził tą ścieżką, więc bez problemu doniósł teraz tace do piekarni. Gdy tylko się do niej zbliżył, poczuł zapach mąki, przez który – tak jak wtedy, gdy jeden głos chóru przykrywa drugi – przebijał się inny, woń chleba, upieczonego tego popołudnia. Zatrzymał się i zaczerpnął głęboko powietrza. Miał wrażenie, że oba zapachy przenikają się i tworzą otoczkę zabezpieczającą ten niewielki budynek, jakby jeszcze jedną ścianę – oczywiście niewidzialną, choć mimo wszystko tak samo mocną jak te zbudowane z cegieł – która chroni go przed inwazją świata i jego zgiełkiem. Kochał ten budynek bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce w hotelu, właśnie z powodu tej dodatkowej niewidzialnej ochrony. Jak by to ujął jego brat Kropotkin, zapachy tworzyły aurę ochronną. Carlos spędzał tu wiele godzin. Codziennie pięć lub nawet sześć razy przechodził przez drewniane drzwi prowadzące do piekarni, przebierał się i piekł setki chlebów, które konsumowano w hotelowej restauracji. Podobnie jak samo miejsce, bardzo lubił tę pracę, przystosował się do jej regularności i wymogów. W ten sposób osiągał spokój i prawie całkiem udawało mu się tu wyciszyć Szczura – ten głos buszujący po jego sumieniu.

…to w górę błąka się duch, to w dół,

Spokoju łaknąc; tak ranna zwierzyna ucieka w las,

Choć w porze południa zwykła spoczywać w cieniu.

Lecz nigdy już nie ukoi leśne leże jej serca.

Wiersz zapisany był na kartce przypiętej pinezkami na drzwiach piekarni. Właściwie był to początek listu, jaki brat wysłał mu z więzienia. Carlos lubił prześlizgiwać się wzrokiem po tych słowach i jakby od niechcenia odczytywać jakiś wers. Tak jak godzinę wcześniej zamarznięte morze ze snu, czasami jakiś obraz nie wiadomo dlaczego go uspokajał. Dotyczyło to również wizji dzikiego zwierzęcia poszukującego schronienia w lesie.

Już miał zamknąć drzwi, gdy usłyszał hałas dobiegający z gaju oliwnego, jakby ktoś nastąpił na gałązkę. Jego myśli z miejsca się rozpierzchły. Zobaczył w ciemności rozżarzonego papierosa. Ktoś zbliżał się, machając ręką w geście pozdrowienia.

 – Nie mogłam znieść już tego gorąca w kryjówce i wyszłam zapalić – powiedziała dziewczyna, która wcześniej przez telefon poprosiła go o porządne jedzenie.

Była połową pary uciekinierów ochrzczonej przez prasę imionami Jon i Jone. Carlos poczuł woń jej perfum zmieszaną z zapachem mąki i chleba.

 – Nie ma się czym przejmować. Nikt się tu nie kręci. Nawet policja ogląda mecz w hotelu – odpowiedział bez namysłu.

Wyjście dziewczyny na zewnątrz oznaczało jednak złamanie zasad bezpieczeństwa; to go zaskoczyło.

 – Jon też ogląda mecz. Dlatego wyszłam, nie cierpię piłki nożnej. Te wrzaski komentatorów działają mi na nerwy. Są okropne, naprawdę. Przypominają mi niedzielne popołudnia za czasów Franco.

Na niebie widać było jedynie księżyc w kształcie sierpa i kilka gwiazd, Carlosowi trudno więc było wyraźnie dostrzec rysy dziewczyny. Mimo to wydała mu się ona starsza niż na zdjęciach w gazecie.

 – Naprawdę jest tam tak gorąco? Nigdy tego nie odczuwałem – powiedział poważnym tonem.

 – Upał doprowadza mnie do szału. Z pewnością już się przyzwyczaiłeś do tych śródziemnomorskich temperatur. Poza tym telewizja trąbi tylko o tym, że mamy najgorętsze lato od dawna – odparła.

Rzuciła papierosa na ziemię i zgasiła go obcasem. Miała bardzo krótkie włosy i nosiła obcisłą koszulkę na ramiączkach.

Zamyślił się, jakby czekał, aż z jej ust wydostanie się ostatni kłąb dymu. Zaraz po tym, jak lekki nocny wietrzyk rozwiał jego resztki, Carlos przemówił, cedząc słowa:

 – Powiedzieli wam, że macie siedzieć w kryjówce i nie wychylać z niej nosa. Bardzo wyraźnie to wyjaśniłem kontaktowi. Jeśli uda mu się was tu przemycić, zajmę się wami. Powinniście siedzieć w środku, mieliśmy się nigdy nie zobaczyć. Przychodzę tu dzisiaj i co? Palisz sobie papierosa pod drzewkiem, jakbyś była jakąś turystką na kempingu. Naprawdę, to bardzo ryzykowne, dla wszystkich.

Stali blisko siebie i do Carlosa, który był wysoki, prawie wzrostu Guiomara, docierał zapach perfum dziewczyny wymieszanych z wonią jej potu.

 – Niestety masz rację – zaczęła mówić, zapalając kolejnego papierosa.

W świetle zapałki Carlos dostrzegł strużkę potu błyszczącą na jej dekolcie; spływała między dwiema ściśniętymi koszulką piersiami.

 – Masz rację, nie zachowaliśmy zasad bezpieczeństwa, a najgorsze – z jej ust wydobyło się przekleństwo – że przedwczoraj widziało nas jakieś dziecko. Około jedenastej w nocy zeszliśmy z Jonem do źródła, żeby się odświeżyć, a gdy wracaliśmy, natknęliśmy się na dzieciaka z latarką. Prawie do niego strzeliłam, naprawdę niewiele brakowało.

 – Co chcesz przez to powiedzieć? Wyciągnęłaś pistolet?

 – Tak, przecież ci mówię.

Odsunęła się od drzwi piekarni i zaczęła przeklinać pozostawione bez opieki dzieci szwendające się nocami wśród drzew, bo jaki rodzic zostawia pięcio- czy sześcioletniego dzieciaka w takim miejscu. Prawie zaczęła krzyczeć.

 – To był Pascal, syn moich przyjaciół. To jedyne dziecko w hotelu, więc się nudzi. Często przychodzi pobawić się koło źródła – powiedział Carlos.

Guiomar nazwał źródło Fontanną Derby, gdy jeden z synów kucharza Dora wpadł na niezbyt mądry pomysł, by umyć w nim swój motocykl. Nazwa była zabawna, nadawała temu miejscu wesołkowaty klimat. Teraz jednak straciło ono cały swój urok. Carlos zastanawiał się nad skutkami tego, co właśnie wyznała mu Jone.

Dziewczyna westchnęła, tym razem z rezygnacją, i wróciła do swoich skarg na upał; że temperatura w kryjówce nie spadała nigdy poniżej dwudziestu pięciu stopni, a nocami było nawet gorzej, bo ściany pomieszczenia oddawały nagromadzone w ciągu dnia ciepło, więc nie mogła spać, w dodatku utrudniała jej to konieczność dzielenia tych pięciu metrów kwadratowych z towarzyszem, wielkimi poduchami i pozostałymi złożonymi tam manelami.

 – Tak ciasne miejsce to dla nas problem. Tak naprawdę Jon i ja nie jesteśmy parą, ta obrzydliwa prasa kłamie nawet na ten temat – zakończyła z nutą wściekłości w głosie.

Carlos uświadomił sobie, że mówiła o artykułach sprzed paru tygodni, w których opisywano strzelaninę z policją i czasami porównywano Jona i Jone do Bonnie i Clyde’a. Mimo wszystko wydawało mu się, że za jej słowami kryje się pewna, skierowana do niego, wiadomość. Według jego obliczeń Jone już miesiąc znajdowała się poza terytorium, które w prasie określano mianem „francuskiego sanktuarium terrorystów”, a więc pewnie tyle samo czasu nie widziała się ze swoim chłopakiem, a to było za dużo dla dziewczyny takiej jak ona, żyjącej w ciągłym napięciu.

Wyobraził ją sobie nagą na trawie obok Fontanny Derby, a za tym pierwszym obrazem pojawił się następny, nieco bardziej śmiały, w którym ponownie ujrzał ją nagą, tyle że tym razem stojącą. W tej wizji łapał ją za ramiona i zabierał z dala od miejsca, w którym leżało jej porzucone ubranie, jakieś dziesięć metrów dalej. Wtedy pojawił się obraz trzeci, na którym mocno chwytał ją za krocze.

Te obrazy stawały się coraz realniejsze – Jone nadal znajdowała się tak blisko niego – aż przeszło mu przez głowę, by wyciągnąć rękę w stronę jej piersi. Nagle usłyszał i zobaczył w swojej głowie Sabina i to powstrzymało jego zapędy. „Członek organizacji nigdy nie powinien zapomnieć o zasadach bezpieczeństwa”, czytał Sabino z białej książeczki. To było wspomnienie kursu, w którym Carlos brał kiedyś udział. „Nie może złamać żadnej zasady bezpieczeństwa, zwłaszcza dla własnej wygody. Zachowania wygodne trudno jest nazwać bezpiecznymi, gdyż sprawiają one, że członkowie organizacji improwizują i działają bez ładu i składu. A dokładniej – wpadają w ręce policji i wyrządzają wielkie szkody organizacji. W zasadzie ten, kto stawia na wygodę, jest bardziej niebezpieczny niż zdrajca”.

Sabino od jakichś piętnastu lat leżał na cmentarzu w okolicach Biarritz i nowi członkowie organizacji, tacy jak ta dziewczyna, nie mieli szczęścia uczestniczyć w prowadzonym przez niego szkoleniu. Jone wiedziała za dużo. Wiedziała, że ukrywają ją właściciele hotelu, wiedziała, jak wygląda Carlos, wiedziała, w którym mniej więcej miejscu na obrzeżach Barcelony się znajdują. Znacznie gorsze było to, że Pascal wiedział, że kręciła się tu para nieznanych mu ludzi, w dodatku że mieli oni pistolet. Gdyby Sabino tu był, nie dałby wiary temu wszystkiemu, nie mieściłoby mu się w głowie, że jacyś członkowie organizacji mogli zachowywać się tak beztrosko. Wystarczyło, że dostrzegł u kogoś nadmierną skłonność do alkoholu lub do gadulstwa, by wyrzucić taką osobę z grupy. W takich momentach – jak wtedy, gdy musiał odsunąć Kropotkina – Sabino działał ostrożnie, nie raniąc odrzuconego. Taki mógłby bowiem zagrozić całej grupie.

 – Jak się skończyło spotkanie z dzieciakiem? – spytał Carlos.

 – Nie wiem, czy nam uwierzył. Zapytał, czy przyszliśmy zrobić wywiad z tym polskim piłkarzem, Bońkiem czy jak mu tam, a my przytaknęliśmy i powiedzieliśmy, że nikt o tym nie wie i że to musi być nasza tajemnica.

 – Nie sądzę, by udało wam się ją zachować. Ten chłopak rzadko się odzywa, ale jak już zacznie, usta mu się nie zamykają. Nie wiem, czy wam uwierzył. Ma pięć lat, ale zdaje sobie sprawę z tego, że dziennikarze nie chodzą z pistoletami. – Głos Carlosa zabrzmiał groźnie, choć on sam nadal wydawał się spokojny.

 – Proszę, nie praw mi tutaj kazań – odparła ostro dziewczyna. Szybko jednak złagodniała, położyła mu rękę na ramieniu i dodała: – Powiedziałam mu, że pistolet znaleźliśmy i że mamy zamiar go gdzieś zakopać, bo nie jest nam do niczego potrzebny. Myślę, że przynajmniej w to mógł uwierzyć. Ale naprawdę mam już dość gadania o dziecku. Nie chcę więcej o tym słyszeć.

Carlos pomyślał, że Jone i jej towarzysz pokłócili się o to, co się wydarzyło przy źródle, bo był to błąd ich obojga. Być może to właśnie był powód, dla którego zachowywała się w ten sposób. Poza tym to dziewczyna była szefem tej dwójki. Gdyby coś się stało, to ona musiałaby się tłumaczyć organizacji.

 – Są z nas zadowoleni. Odwaliliśmy kawał dobrej roboty w maju, jeszcze na początku tego miesiąca nieźle nam szło. Choć nie było łatwo. Prawie nas zlikwidowali podczas tej strzelaniny w Bilbao. Potem w całej okolicy nie było dla nas bezpiecznego mieszkania i musieliśmy spać w górach i takie tam. Od dawna mamy ten problem. Brak nam infrastruktury i ukrywanie się jest trudniejsze niż samo przeprowadzenie akcji.

Dziewczyna mówiła to jakby do siebie, znacznie już spokojniejsza. Carlos pomyślał, że nie brakowało jej sprytu, odgadła jego myśli i chciała mu wyjaśnić popełnioną nieostrożność.

 – Błędy się zdarzają, to prawda – odparł.

Niemniej nadal odczuwał niepokój. Wyjątkowo zdecydował się pomóc tej dwójce, był tylko dawnym członkiem organizacji, który zgodził się wyświadczyć przysługę starym towarzyszom walki. Gdyby złapano Jone i Jona żywych i gdyby nie mieli oni żadnego wyboru, w pierwszej kolejności poświęciliby jego i spalili kryjówkę, by chronić organizację, której ponoć brakowało infrastruktury.

„Zacząłeś wspominać piękne czasy”, usłyszał w głowie. Szczur żartował sobie z niego jak zawsze. „Nie można tego naprawić. Krzywda już została wyrządzona. Nawet jak wszystko dobrze pójdzie, na pewno będą problemy z policją. I doskonale wiesz… – ton Szczura stał się jeszcze bardziej ironiczny – doskonale wiesz, że tobie jest wszystko jedno, ty się niczego nie boisz, ale co z Guiomarem, Ugartem, Laurą, Dorem i innymi ludźmi w hotelu? Jeśli policja zamknie hotel, gdzie oni się podzieją?”. Carlos zobaczył twarze swoich wspólników jak na wiszącym w hotelowym lobby czarno-białym zdjęciu, które sobie wspólnie zrobili.

 – Naprawdę nie sądzę, żeby stało się coś poważnego – powiedziała Jone, gasząc papierosa. – Być może pistolet zrobił wrażenie na dzieciaku, który komuś o tym opowie. A jeśli nawet, to co? Nikt nie wierzy we wszystko, co mówi takie małe dziecko. A jeśli nawet ktoś uwierzy albo wręcz się tym przejmie, nie wiem, może pomyśleć, że chcieliśmy dokonać zamachu lub porwać tego całego Bońka. I co? Wydaje ci się, że podchodzę do tego zbyt optymistycznie?

 – Nie. Dobrze mówisz – odpowiedział Carlos, chociaż myślał co innego.

Skoro nie dało się cofnąć tego, co się wydarzyło, uznał, że nie ma sensu ciągle się nad tym zastanawiać. W głowie pięcioletniego dziecka zaistniał widok pistoletu i przeznaczenie zdecyduje o tym, co się stanie – czy Pascal o tym opowie, a jeśli tak, to kiedy i komu. Carlos uznał, że może tylko zachować czujność.

 – I jeszcze jedno – dodała Jone, zmieniając ton głosu i cedząc teraz słowa. – Nikogo nie powinno dziwić, że jakaś para kręci się koło źródła. Natknęłam się tam na taką małą rzecz, która dowodzi, że niektórzy chodzą tam kokosić się na trawie.

Carlos przyzwyczaił się już do ciemności panującej wokół piekarni, więc wyraźnie widział teraz usta dziewczyny. Były nieco rozchylone, Ugarte określiłby je z właściwym sobie cynizmem jako „gotowe polizać cukierek”. Wystarczyłoby tylko jedno jego słowo i dziewczyna by z nim poszła. Ponownie poczuł podniecenie. Sprawiłoby mu przyjemność, gdyby jej nagie ciało znalazło się tam, gdzie dwa dni temu dotykał nagiego ciała Marii Teresy – tak, to oni kokosili się wtedy na trawie obok źródła. Tyle że Maria Teresa nie poruszała się, gdy oświetlał jej nagość latarką, a gdy się kochali, poddawała się każdemu ruchowi jego łydki czy ramienia. A ta dziewczyna? Czy będzie chciała przyjąć tak pasywną postawę? Przypuszczał, że nie. Poza tym Maria Teresa była kobietą drobną, podczas gdy Jone nie sprawiała wrażenia miłego kociaka, w żadnym wypadku. Wydawała się krzepka i nawet w ciemności dało się dostrzec, że była umięśniona niczym sportsmenka. Carlosowi przyszło na myśl, że dziewczyna mogła spędzić jakiś czas w więzieniu, gdyż te mięśnie wyglądały na wyćwiczone w więziennej siłowni. W każdym razie nie była w jego typie. Jak to ujęła zazdrośnie Maria Teresa, jemu podobały się kobiety w stylu gejszy. Lepiej było zostawić wszystko tak, jak jest.

„Członek organizacji może zostać schwytany w momencie, w którym najmniej się tego spodziewa”, usłyszał wówczas głos. To samo wspomnienie co wcześniej. Sabino nadal czytał z białej książeczki, a młodzi ludzie, którzy chcieli dołączyć do organizacji, uważnie go słuchali. On sam chłonął słowa Sabina. „Gdy ktoś zostanie aresztowany, bezpieczeństwo wymaga, by łańcuch został zerwany. Schwytany ma powiedzieć policji, że działa na własną rękę, że nie słyszał nigdy o żadnej organizacji. Jeśli powiążą go z innym członkiem i wykażą te powiązania za pomocą nagrań lub zdjęć, ma wyznać wówczas swoje osobiste sprawy, by się usprawiedliwić. Jeśli policja powiąże chłopaka i dziewczynę, oboje mają zwalić winę na pożądanie seksualne. Nie ma żadnego ruchu, nie ma żadnej organizacji, tylko miłość albo pożądanie”.

 – O czym myślisz? – spytała dziewczyna.

W tej samej chwili od strony hotelu rozległ się wrzask, a zaraz potem radosne okrzyki i gorące oklaski.

 – Pewnie Polska strzeliła drugiego gola – powiedział Carlos, wracając do rzeczywistości.

Zaczerpnął powietrza, a wraz z nim radości, jaką niosła ze sobą zdobyta bramka. Zaraz potem przepędził nasuwające mu się ostatnio obrazy i zastąpił je innym, do którego dawno nie wracał. Szesnastoletni piłkarz w białych spodenkach i niebieskiej koszulce prowadził piłkę do pola karnego, okiwał jednego obrońcę – przeciwnicy nosili ciemnofioletowe stroje – wyminął dwóch kolejnych, wszedł w pole bramkowe, uderzył piłkę z gracją i zaraz usłyszał okrzyk kibiców cieszących się z gola. To on był tym piłkarzem i dzięki tej bramce jego drużyna awansowała do wyższej ligi, a teraz słuchał okrzyków, widział wyrzucone w górę swetry kibiców, za nimi fabrykę z wysokim kominem, z którego unosił się słup dymu, a wyżej błękitne niebo. Na to wspomnienie Carlosa przeszedł dreszcz i poczuł coś podobnego jak wtedy, gdy we śnie zobaczył zamarznięte morze. Wydało mu się, że nocne powietrze nabrało lekkości, odgłos owadów nasilił się, a księżyc i gwiazdy stały się bardziej odległe.

 – Posłuchaj no, Yulu Brynnerze…

Poczuł, że obejmuje go ciało dziewczyny. Zapach jej potu i perfum ponownie go uderzył, tłumiąc woń piekarni.

Bez wątpienia dziewczyna źle zinterpretowała zmianę jego nastroju, jaką wywołało wspomnienie tamtego meczu. W pierwszym odruchu odsunął ją od siebie; dobiegające z hotelu hałasy rozproszyły jego pożądanie, tak jak wiatr rozbija bańkę mydlaną. Po chwili jednak zdecydował wykorzystać wskazówki Sabina dotyczące zachowania bezpieczeństwa i podjąć grę. Jeśli coś się wydarzy, będzie miał wymówkę, że pomógł tej dwójce z powodu namiętności, jaką poczuł do dziewczyny. Gdy zobaczył jej zdjęcie w gazetach, wydała mu się bardzo atrakcyjna; stracił dla niej głowę i zaprowadził ją do hotelu. A potem nie mógł się już wycofać, bo pożądanie było silniejsze niż rozsądek. Może to trochę śmieszne, ale takie powody nadawały się na historyjkę dla policji równie dobrze jak te prawdziwe. W każdym razie Guiomar i pozostali byliby poza podejrzeniami.

 – Nie jestem chyba aż tak łysy. Nie za dobrze pamiętam jego filmy, ale powiedziałbym, że mam jednak więcej włosów niż Yul Brynner. Są tak krótkie jak twoje – wyszeptał.

Rozluźnił jej uścisk i objął ją za szyję, głowa dziewczyny oparła się o jego podbródek. Gdy mocno chwycił obie jej piersi, żaden mięsień jej twarzy nawet nie drgnął.

 – Kolacja będzie zimna – powiedziała, ciężko oddychając.

 – Zajmiemy się tym później, Jone. Teraz może lepiej pójdziemy tam, gdzie pary kokoszą się na trawie. Tak naprawdę właśnie tam się wybierałem, po wodę ze źródła, której używam w piekarni.

Dziewczyna poszukała jego ust i wydała z siebie stłumione „tak”. Przez głowę Carlosa przebiegła absurdalna myśl: jeśli nie będzie mu się podobało, zdąży wrócić do hotelu, by zobaczyć powtórki bramek.

Gdy reprezentacja Polski strzeliła trzeciego gola, właśnie się ubierali. Dobiegający z hotelu okrzyk przeraził Jone, choć nie był tak głośny jak poprzedni.

 – Naprawdę nie cierpię piłki – powiedziała, marszcząc czoło, gdy tylko się pozbierała.

W świetle wiszącej na drzewku oliwnym latarki – klasycznej samochodowej, o trzech trybach – zaniepokojony Carlos obserwował dziewczynę: zapaliła czwartego czy piątego już papierosa, zmoczyła i nastroszyła swoje krótkie włosy i patrzyła ponuro. W ogóle nie wzbudzała w nim zaufania. Być może żałowała tego, co zrobili, i myślała o swoim chłopaku. Albo nie czuła się tu swobodnie, była przecież wyrwana ze swego otoczenia. Nie wróżyło to niczego dobrego. Członek organizacji, w dodatku ktoś, kto porzucił wszystko dla walki, nigdy nie powinien opuszczać swojego otoczenia. Powinien jeść, spać i rozmawiać tylko ze swoimi towarzyszami. Wychodzenie i powracanie do swojego kółka było jak nieustanna zmiana klimatu, ciało nie nadążało się do tego przyzwyczaić, a co dopiero głowa. Tak, Jone i jej towarzysz powinni jak najszybciej opuścić hotel. W przeciwnym razie będzie z nimi tylko gorzej.

Dziewczyna dała mu sygnał latarką, przerywając jego myśli. Zmieniła tryb na światło długie.

 – Zaczekaj chwilę. Zaraz będę gotów. Muszę napełnić ten kanister, żebyśmy jutro mieli chleb w hotelu – krzyknął za nią.

Dziewczyna zmierzała już w stronę piekarni.

 – Jeśli nie wrócę przed końcem meczu, Jon pomyśli sobie nie wiadomo co – odpowiedziała hardo.

Carlosowi znowu przypomniała się powtórka. Podczas mundialu pokazywali ją nawet pięć razy, w przerwach między wywiadami. Powinien zdążyć na jedną z nich.

 – Nie chcesz mi pomóc? Zabrałaś latarkę i zaraz mnie zostawisz w ciemnościach – krzyknął, kierując strumień wody do kanistra.

Dziewczyna się tym jednak nie przejęła. Machnęła ostatni raz latarką i znikła między drzewami.

Okolicę Fontanny Derby ogarnęła ciemność. Chwilę później słychać było tylko dźwięk nalewanej wody, płynącej kapryśnym, skąpym strumieniem, przypominającym malowane arabeski lub drżący płomień. Carlos zabawiał się nasłuchiwaniem tych wodnych odgłosów, zmian ich tonacji, aż napełnił dziesięciolitrowy kanister. W drodze powrotnej do piekarni – starając się o niczym nie myśleć – skupił się na odgłosach owadów, które wydawały mu się kontynuacją dźwięków wydawanych przez wodę, stałych i zmiennych zarazem. Niedługo potem zobaczył piekarnię i magazyn. „Co, znowu uciekamy przed problemami?”, usłyszał. Szczur powrócił.

„Chciałbyś, żeby wszystko było jak przedtem – mówił dalej ten zły głos jego sumienia – ale dzieciak widział pistolet Jone i tylko to się liczy. Niedługo się przekonasz, przekonasz się, jakie to będzie miało konsekwencje”. Carlos potrząsnął głową. To był jego charakterystyczny gest od czasów młodości. „Chcesz otrząsnąć się ze złych myśli, jakby to były krople wody na włosach?”, pytał zazwyczaj jego brat, gdy go na tym przyłapał. Nie zawsze jednak tym ruchem głowy udawało mu się to osiągnąć.

 – Dlaczego na mnie nie poczekałaś? – spytał, kiedy ponownie spotkali się w drzwiach piekarni.

 – Powiedziałam ci, że muszę zanieść kolację. Jon podgrzewa mięso w piekarniku. Poza tym musiałam pomyśleć – dodała nieco zmienionym, mocniejszym głosem.

 – Ty też? – odparł Carlos, stawiając na ziemi kanister.

Inaczej niż jemu, dziewczynie przemyślenia dobrze zrobiły, a przynajmniej tak mu się wydawało. Uśmiechała się, cała jej złość gdzieś znikła.

 – Pomóc ci z wodą? – spytała.

 – Dam sobie radę – odparł Carlos.

Podniósł kanister i pchnął drewniane drzwi.

Piekarnia miała trzydzieści metrów kwadratowych, a piec znajdował się w głębi, naprzeciwko drzwi. Wokół leżały stosy worków z mąką i różne narzędzia do wyrabiania ciasta, a na środku stał marmurowy stół, którego Carlos używał do przygotowywania chleba. Jone weszła do pomieszczenia pierwsza, pobiegła przed siebie niczym rozbawiona dziewczynka i schowała się za wielkim stołem. Carlos pomyślał, że wstydziła się swojego ciała, które teraz, w jaskrawym świetle, pozbawione łagodzącego wpływu ciemności, jaka panowała przy źródle, odsłaniało być może nieco za szerokie biodra – sprawiające wrażenie, jakby Jone urodziła już wiele dzieci – a także mocne uda, nieco zakłócające harmonię całej sylwetki. Postawił kanister na swoim miejscu i przypomniał sobie nagle program telewizyjny, w którym mówiono o tym, że mężczyźni z epoki paleolitycznej znosili zimno i ból, by zdobyć muszle do ozdoby. Przyszło mu do głowy, że pomiędzy obiema sytuacjami można znaleźć związek: być może trudno wyobrazić sobie, by żyjący przed czterdziestoma tysiącami lat ludzie zachowywali się tak kokieteryjnie czy też odczuwali tak silną potrzebę ozdabiania swego ciała, ale tak samo zachowywała się ta kobieta, która chciała ukryć swą brzydotę za wielkim stołem, chociaż niewielu mogłoby się spodziewać takiego zachowania po członkini organizacji, która prowadziła walkę zbrojną. Oczywiście, jeśli ją zapytać, dlaczego wstąpiła do organizacji, skąd brała siłę, by stawić czoła przyszłości, w której czekało ją tylko więzienie, cmentarz albo pogarda ze strony większości społeczeństwa, pewnie powołałaby się na idee, które widniały w dokumentach i ulotkach. Skąd jednak brał się u niej ten wstyd wobec własnego ciała i inne, równie banalne uczucia? Carlos nie był tego pewien, gdyż z trudem ogarniał całość problemu, ale czasami sądził, że chodziło o brak hierarchii. Czy w jego przypadku było coś, co przyniosło mu więcej radości niż gol strzelony w wieku szesnastu lat? „Nie ma hierarchii”, usłyszał. Szczur nie przepuścił okazji, by się wypowiedzieć i na ten temat. „Nie można jednak powiedzieć, że każda sprawa ma taką samą cenę. Gdzie się podziało te dziesięć lat spędzonych w organizacji i więzieniu? I co będzie, jeśli złapią tych dwoje i zamkną cię na kolejne dziesięć? Naprawdę, zapomnij o starych historiach i jak najszybciej wypuść stąd Jone i jej towarzysza”.

 – Po raz pierwszy widzę, jak ktoś piecze chleb – powiedziała dziewczyna. Stali naprzeciwko siebie i Carlos mieszał stare ciasto z mąką. – Czego dodajesz do tej masy?

 – Na pewno nie dymu – odparł, widząc, że Jone zapala kolejnego papierosa.

 – Dobra – powiedziała i schowała papierosa. Paliła marlboro.

 – Pieczenie chleba nie jest trudne – zaczął wyjaśniać Carlos, nabierając chochlą wody z garnka postawionego na wolnym ogniu. – Ja robię to w prosty sposób: mieszam wodę i mąkę, a potem do ciasta dodaję trochę masy z wczoraj. To jednak nie składniki są tutaj sekretem. Chodzi o pilnowanie ciasta. Ciągle go pilnuję. Przychodzę cztery, pięć razy dziennie, żeby zamieszać ciasto.

Dziewczyna uważnie słuchała jego wyjaśnień i na koniec zagwizdała z podziwem.

 – Naprawdę ci się to podoba! – krzyknęła, jakby się tego po nim nie spodziewała.

Tak, naprawdę mu się podobało. Był dumny ze swoich umiejętności pieczenia chleba i cieszył się, gdy goście hotelowej restauracji wyraźnie żądali jego wypieków, co wydawało mu się, tak samo jak Szczurowi, dość zabawne. Często podczas bezsennych nocy, gdy w myślach ponownie przebiegał ścieżki swojego życia – to wszystko, co nastąpiło po tamtym pamiętnym golu szesnastolatka – wydawało mu się, że sens mają tylko te ostatnie lata po przybyciu do hotelu, spędzone na pieczeniu chleba. „Świetnie – mówił w takich chwilach Szczur – prawie czterdzieści lat walki na tym świecie i co jest jej owocem czy owocem całego życiowego wysiłku? Chleb, ha, ha, ha, chleb, którym drobnomieszczanin wybiera resztki sosu pomidorowego z talerza”. Te uwagi złośliwej części jego sumienia były jednak Carlosowi obojętne. Bardzo kochał swoją pracę.

 – Mówią, że jestem dobrym pasterzem chleba – powiedział do Jone, gdy nalewał wody z kanistra do utworzonego w kupce mąki krateru.

Był to wymyślony przez Guiomara żart, u którego źródła leżał, zdaniem Carlosa, pewien wyrzut. Carlos rzadko spędzał czas ze swoimi wspólnikami, jedynie czasami jadał z nimi kolację na tarasie restauracji albo grał w ping-ponga obok basenu. Jego wymówką zawsze była konieczność pilnowania chleba o niezwykłych porach.

 – Tutejszy chleb jest bardzo smaczny. Dawno nie jadłam tak dobrego chleba, naprawdę – powiedziała dziewczyna.

Zanurzyła palec w cieście i spróbowała go. Wyszła zza stołu i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Wydawało się, że z każdą chwilą jej nastrój się poprawia.

 – Woda też ma tutaj znaczenie. Woda z tamtego źródła jest wyśmienita, nie każdy piekarz ma dostęp do takiego luksusu – stwierdził Carlos, a w jego głosie dało się wyczuć pewną niecierpliwość.

Chciał już rozstać się z Jone, miał dość tych intymności, w dodatku mecz pewnie się właśnie kończył. Rozwalił kupkę mąki, która piętrzyła się na stole, i od nowa zaczął mieszać ciasto.

 – Wiem, że ta woda jest dobra, to jasne.

Dziewczyna przejechała dłońmi po włosach. Panujące w piekarni ciepło zdążyło je już prawie wysuszyć.

Carlos kontynuował rozrabianie ciasta z coraz większym wigorem. Zwykle pracował w samotności, tracąc przy tym poczucie czasu, nurzając się we własnych myślach, które postrzegał jako obłoki leniwie zstępujące na niego z dalekiego nieba. Tym razem jednak było to niemożliwe. Dziewczyna nie chciała porzucić intymności, jaka powstała między nimi, i nieustannie zadawała mu pytania. Jak trafił do tego hotelu i stał się piekarzem? Istniał jakiś powód, dla którego nie wrócił do Kraju Basków? Czy długo siedział w więzieniu? Jednocześnie rozglądała się po pomieszczeniu, sprawdzała zawartość półek albo bawiła się pokrętłem pieca.

Carlos wyjął ręce z ciasta i odwrócił się w stronę dziewczyny. Nie rozumiał, dlaczego tak się zachowywała. Wystarczało już, że naruszyła wszystkie zasady bezpieczeństwa, nawet te najbardziej podstawowe. Jej ciekawość wydała mu się zupełnie nie na miejscu.

Jone zbliżyła się do niego. Carlos zamarł w oczekiwaniu na kolejne pytanie.

 – Co sądzisz o przyjętej ostatnio polityce organizacji?

Usłyszawszy to pytanie, zrozumiał wszystko. Jego nieufne dotąd spojrzenie z miejsca się rozjaśniło. Był zaskoczony tym, co usłyszał, kierunkiem, jaki obrała rozmowa. Zapewne dziewczyna myślała sobie: „Temu facetowi niewiele brakuje, by wrócić do organizacji, dlatego zgodził się nas tu przechować. Przydałby nam się ktoś taki, bo ma dostęp do najlepszej możliwej kryjówki – hotelu parę kilometrów od Barcelony, idealnego miejsca, w którym mogliby się ukrywać nasi ludzie. Gdyby się zgodził, byłby to prawdziwy as w rękawie organizacji i rozwiązanie wielu problemów. Nie można stracić takiej okazji. Dzięki intymności, jaka się między nami nawiązała, będzie to łatwiejsze”.

Carlos nie chciał znać całego toku jej myślenia, bo reszta łączyła się z namiętnością, jaką odczuwała wobec niego Jone, i z kłamstewkami, które szeptał jej do ucha przy Fontannie Derby. Wystarczało mu to, czego już się domyślał. Wyjaśniało to jej pytania i okazywane mu zaufanie. Możliwe, że stanowiło też powód, dla którego odbyła z nim stosunek – ta świadomość sprawiła, że poczuł się jeszcze dziwniej. Miał wrażenie, że nie było w tym jednak wyrachowania, że dziewczyna raczej wymyśliła to sobie w drodze między źródłem a piekarnią i że to był powód zmiany w jej zachowaniu. Nie miał jednak pewności. Dla Jone zdobycie takiej kryjówki, jaką mógł stać się hotel, było bardzo ważne. Poza tym czy on też sobie podobnie nie pogrywał? Czy nie dał jej powodu, by tak myślała? Może w rzeczywistości dziewczyna zawsze miała na względzie tylko dobro organizacji.

 – Sądzę, że wasza walka jest w obecnych warunkach absurdalna – powiedział sucho.

Tak rzeczywiście myślał, ale ostry ton głosu, jakim wypowiedział te słowa, wynikał z odkrycia prawdziwych intencji dziewczyny.

Jone zamilkła na moment, nie wiedziała, co zrobić. Potem wyjęła papierosa z paczki.

 – Dobra – powiedziała wreszcie, gestem poprosiła o pozwolenie i zapaliła papierosa.

Nagle oboje zdali sobie sprawę z dystansu, jaki między nimi zapanował, a Carlos popatrzył na Jone jakby przez ciągnący się w nieskończoność tunel. Mogli rozmawiać, kokosić się na trawie, mogło łączyć ich pochodzenie, edukacja i doświadczenie, a jednak to wszystko nie wystarczało, by się do siebie naprawdę zbliżyli.

 – To dlaczego nas ukrywasz? Zobaczyłeś moje zdjęcie w gazecie i chciałeś mnie poznać? – dziewczyna wróciła do rozmowy po krótkiej ciszy.

Naprawdę miał wrażenie, jakby mówiła do niego z końca długiego korytarza.

 – Nie ma się o co gniewać – powiedział Carlos rozkazująco. – Ukrywam was teraz, zgoda, bo gdy mnie o to poproszono, wydawało mi się, że tak trzeba. Żadna decyzja nie jest jednak nieodwołalna. Być może następnym razem podejmę inną. Musicie to zrozumieć. Ja nie należę do organizacji. Przykro mi, ale taka jest prawda.

 – Nie musi ci być przykro z mojego powodu – powiedziała dziewczyna.

Jej głos również zabrzmiał mocno. Zaciągnęła się krótko papierosem.

Carlos nie miał chęci kontynuować tej rozmowy, nie było żadnych szans na zrozumienie. Zabrakło połączenia między dwiema końcówkami tunelu. Wrócił do stołu i ponownie zajął się wyrabianiem ciasta.

 – Dziękuję za kolację. Jak skończymy, przyniosę tacę na górę – powiedziała Jone.

Następnie uniosła pokrywę w podłodze schowka na drewno i zaczęła schodzić do znajdującego się pod nim pomieszczenia.

 – Gdyby coś się działo, zadzwonię, jak zwykle – rzucił za nią Carlos, nim klapa się zamknęła.

 – Nikt nie podsłucha? – spytała, wysuwając głowę.

Jej twarz była najładniejszą częścią jej ciała, okrągła, o pełnych ustach.

 – To komunikacja wewnętrzna, więc nie sądzę.

Dziewczyna westchnęła, a w jej pełnych ustach pojawił się papieros.

 – Może organizacja przekaże coś nowego. Mam dość tej dziupli. Prawie nie da się tam w środku palić przy tak słabej wentylacji – powiedziała.

 – Nie patrz tak na mnie, to wina organizacji. Powiedzieli mi, że będziecie tu najwyżej tydzień, a minęły już dwa.

 – Wiele kryjówek zostało spalonych. Musisz to zrozumieć.

Przymknęła oczy.

 – Do tego mamy teraz problem z dzieciakiem. Czas działa na naszą niekorzyść – dodał Carlos, nakrywając ciasto białą ścierką.

 – Dobra, Yulu Brynnerze, przekażesz mi instrukcje.

Dziewczyna zrobiła niechętną minę. Obok jej ładnej twarzy pojawiło się ramię, sięgnęło po klapę i sprawnie zamknęło ją nad sobą, równiutko z podłogą.

Carlos trochę uporządkował marmurowy stół, a także wrzucił kawałki drewna na miejsce i wyszedł z piekarni. „To w górę błąka się duch, to w dół”, przeczytał, nim zgasił światło.

Belle