Strona główna » Kryminał » Zbiornik 13

Zbiornik 13

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-07-03432-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Zbiornik 13

Pierwsza od 2010 roku książka nagrodzonego Impac Prize autora powieści Nawet psy. Za powieść Zbiornik 13 Jon McGregor został nominowany do The Man Booker Prize 2017. Prezentowany tom to historia życia wielu osób w cieniu tragedii jednej rodziny.

Środek zimy, pierwsze lata XXI wieku. Przebywająca na wakacjach dziewczynka zaginęła w pagórkowatym terenie w sercu Anglii. Wieśniacy zostają wezwani do pomocy w poszukiwaniach obejmujących całe wrzosowiska, policja organizuje blokady dróg, a do spokojnej zazwyczaj wsi zjeżdżają tłumy reporterów.

Poszukiwania zaginionej trwają, a życie toczy się dalej; ludzie się rodzą, umierają, wracają, wyjeżdżają, zdradzają, bogacą i ubożeją., bo taka jest kolej rzeczy, bo tak musi być. Wobec tragedii niezmienna jest też przyroda - pod krokwiami stropu kościoła wiszą nietoperze, czaple pełnią straż w nurcie rzeki, kwiczoły gnieżdżą się stadami w koronach głogów, a w głębokich lasach buszują borsuki i lisy – parzą się i walczą, polują i umierają.  

Napisana oszczędną prozą o wielkiej sile rażenia i dyskretnym wdzięku, powieść McGregora jest portretem zapracowanej wspólnoty, na której życie pada cień straty obcych ludzi. Stanowi ona zarazem studium rytmów świata natury i stale odnawialnej ludzkiej skłonności do agresji, która ujawnia się stopniowo przez trzynaście lat  trwania skutków szoku po dramacie jednej rodziny.

Polecane książki

Lektura obowiązkowa dla miłośników powieści i serialu Imperium miłości! Rok 1924. Kurt Seyit po rozstaniu z Szurą rozpoczyna życie u boku spodziewającej się dziecka Murki. Z tą znacznie młodszą dziewczyną niemal nic go nie łączy: gdy ona marzy o spokojnym życiu w domowym zaciszu, jemu zdarza się zni...
Jak nie zagubić się we współczesnym, chaotycznym i pełnym pokus świecie? Jak w pełni efektywnie wykorzystać swe życie? Jak nie marnować czasu, nie dać się zaskoczyć nieszczęściu czy uniezależnić nasze samopoczucie od tego, na co i tak nie mamy wpływu? Odpowiedzi na te i podobne pytania znajdziemy w ...
„Blaski i cienie życia małżonków to opis złożoności życia małżeńskiego, wielu przeciwstawnych doświadczeń. Opis doświadczania miłości, przyjaźni, bliskości intymnej, partnerstwa i więzi, wspólnoty i poczucia bezpieczeństwa. W większej części są to opisy doświadczeń trudnych. Wydaje się, że intencją ...
Nagrody roczne dla pracowników stanowią rodzaj wynagrodzenia ze stosunku pracy, jednak sposób podatkowego rozliczenia ich przez pracodawcę, a także ustalenie momentu ujęcia w kosztach składek ZUS uiszczonych od tych świadczeń przysparza pracodawcom wielu problemów. W opracowaniu przedstawiono jak pr...
PR nie ma ostatnio dobrej prasy. Kojarzony jest bowiem z manipulowaniem informacją, czasem wręcz z kłamstwem, a często z tzw. czarnym PR-em. Zarazem firmy, rządy i wszelkie inne organizacje muszą posiąść umiejętność skutecznego komunikowania się z klientami oraz obywatelami. I o tym właśnie jest ks...
W sierpniu 1942 roku przedstawiciele nowo powołanego do życia przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Delano Roosevelta Biura Służb Strategicznych (Office of Strategic Services – OSS) nawiązali kontakt z polskimi władzami w Londynie, w wyniku czego powstała Sekcja Polska przy OSS. Dwa lata p...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jon McGregor

Jon McGregor

Zbiornik 13

Przekład
Jolanta Kozak

Czytelnik

1

Zebrali się na parkingu godzinę przed świtem i czekali, aż ktoś im
powie, co robić. Było zimno i rozmowa się nie kleiła. Nasuwały się
pytania, lecz ich nie zadawano. Zaginiona dziewczynka nazywała się
Rebecca Shaw. Kiedy ostatnio ją widziano, miała na sobie białą bluzę z kapturem. Na horyzoncie wrzosowiska wisiała wilgotna mgła, a ziemia była
zmarznięta na kamień. Otrzymali instrukcje i wyruszyli, skrzypiąc butami
po skostniałej ziemi i zostawiając za sobą wydeptany szlak, który
zanikał, gdy wrzosy sprężyście wracały do pionu. Miała metr pięćdziesiąt
wzrostu, włosy ciemnoblond. Zaginęła przed pięcioma godzinami. Patrzyli
pod nogi i nie rozmawiali; zastanawiali się, co mogą znaleźć. Słychać
było tylko kroki, szczekanie psów przy drodze i słaby szum helikoptera
od strony zbiorników. Helikopter latał przez całą noc i nic nie znalazł,
chociaż ślizgał się reflektorami po wrzosowisku i wezbranych brunatnych
potokach. Owce Jacksona wystraszyły się i rozbiegły przez rozwaloną
furtkę, więc Jackson od kilku godzin był na nogach i zaganiał je z powrotem. Ekipy pogotowia górskiego, grotołazów i policji nie natrafiły
na żaden ślad i o północy zwołano ochotników. Nietrudno było ich
znaleźć. Połowa wsi i tak już wyległa z domów, rozmawiając o tym, co
mogło się stać. Pora roku, mówiono, nie sprzyjała wycieczkom w góry.
Część ludzi, którzy tutaj przyjeżdżają, nie zdaje sobie sprawy z tego,
jak gwałtownie pogoda może się załamać. Jak błyskawicznie zapada zmrok.
Niektórzy nie wiedzą, że gdzieniegdzie telefon komórkowy przestaje
działać, bo nie ma zasięgu. Rodzina dziewczynki kwaterowała w jednej z przerobionych stodół Hunterów. O zmierzchu wpadli z krzykiem do wsi. Noc
była za zimna na przebywanie w górach. Na pewno gdzieś się chowa, mówili
ludzie. Lada moment wyjdzie z kryjówki. Skręciła nogę w kostce. Po
prostu chciała nastraszyć rodziców. Tak teraz robią. Ludzie mieli
potrzebę gadania, wszystko jedno czego. Z pierwszym brzaskiem mgła się
rozwiała. Ze szczytu wrzosowiska widać było wieś: buczynę i gospodarstwa, wieżę kościoła i boisko krykietowe, rzekę i kamieniołom, i cementownię przy głównej drodze do miasta. Trzeba było przeszukać duży
teren, dziewczynka mogła być gdziekolwiek. Szli naprzód. Co jakiś czas
błyskały światła od szosy ledwo widocznej na horyzoncie. Zbiorniki
powleczone były płaską metaliczną szarością. Zaczął padać rzęsisty
deszcz. Ziemia szybko rozmiękła, wypływała spod ich butów oleistym
brązem. Nad szeregiem ochotników leciał wolno helikopter prasowy. Trudno
było nie popatrzeć w górę i nie pomachać. Później policja zorganizowała
konferencję prasową u Gladstone’a, ale nie miała do zakomunikowania nic
ponad to, co już wiedziano. Zaginiona dziewczynka nazywała się Rebecca
Shaw. Skończyła trzynaście lat. Ostatnio widziano ją w białej bluzie z kapturem, granatowej kamizelce, czarnych dżinsach i tenisówkach. Miała
metr pięćdziesiąt wzrostu i proste ciemnoblond włosy do ramion.
Ktokolwiek widział osobę odpowiadającą temu opisowi, proszony jest o kontakt z policją. Poszukiwania zostaną wznowione o świcie. Wieczorem
nad placem snuły się dymy z domowych kotłowni, siny blask telewizorów i podniesione głosy z podwórka za pubem. Zaczynały się wyłaniać
wątpliwości.

O północy, z nastaniem nowego roku, od strony miasteczka za doliną
rozbłysły fajerwerki, których z powodu znacznej odległości nie było
słychać, więc nikt nie wyszedł popatrzeć. Potańcówkę w świetlicy
odwołano, a w przepełnionym pubie Gladstone’a nie było nastroju do
zabawy. Pół godziny po północy lokal zamknięto i ludzie rozeszli się do
domów. Na ulicach zostali tylko policjanci, jedni zgromadzeni przy
furgonetkach, inni zdążający z powrotem w góry. Nad ranem znowu się
rozpadało. Z torfowych łożysk potoków wystąpiła woda, spływająca teraz
wartkim strumieniem po wydeptanych ścieżkach na skraju wrzosowiska.
Rzeka zmętniała od górskich osadów i chlustała przez jazy. Na
wrzosowisku oznaczono chorągiewkami miejsca, gdzie rodzice i poszukiwacze już byli. Chorągiewki trzepotały na wietrze. Parking pod
centrum informacji turystycznej zapełniał się wozami transmisyjnymi,
zaczynali się zbierać dziennikarze. W świetlicy umieszczono stoły na
kozłach, zastawione zielonymi kubkami i talerzykami z plastiku, w termosach prawie już wrzało, woń smażonego bekonu rozmywała się w deszczu. W gospodarstwie Hunterów z przerobionej stodoły, w której
kwaterowali rodzice zaginionej, dobiegały głosy na tyle donośne, że
słyszał je policjant stojący na zewnątrz. Z głównego domu wyszła Jess
Hunter z kubkiem herbaty. Od strony zbiorników nadlatywał helikopter,
przesuwając się wolno wzdłuż rzeki, ponad jazem, kamieniołomem i lasami.
Nurkowie znów penetrowali rzekę. Grupa dziennikarzy, żeby zrobić
zdjęcie, czaiła się za kordonem odcinającym koński most, celując
obiektywami w puste lustro wody pod obłokiem zgęstniałych oddechów.
Niżej na polu dwóch synów Jacksona pochylało się nad padłą owcą.
Zbiorowy trzask migawek obwieścił przybycie pierwszego nurka, którego
głowa w czepku gumowego kombinezonu pojawiała się powoli nad
powierzchnią wody. Zza zakola wyłonił się drugi nurek, i trzeci. Po
kolei skoczyli w łuk mostu i zniknęli z pola widzenia. Operatorzy
wyszarpnęli kamery ze statywów i zaczęli pakować sprzęt. Jeden z synów
Jacksona nadjechał quadem przez pole i kazał dziennikarzom się wynosić.
Pusta rzeka płynęła wartko. Cementownię zamknięto na czas poszukiwań. Po
tygodniu pierwsze płatki śniegu spadły na grań za obszarem spękanej
ziemi, chociaż zdawało się, że zima jeszcze daleko. W szkole nauczyciele
nie zdejmowali w klasach płaszczy i czekali. Każde słowo zdawało się
niestosowne. W rurach grzewczych zaburczało, do czego większość
nauczycieli już przywykła, i atmosfera w pokoju nauczycielskim
rozluźniła się. Panna Dale spytała panią French, czy jej matka ma się
lepiej, a pani French naświetliła okoliczności uzasadniające odpowiedź
przeczącą. Znowu zapadła cisza punktowana pyknięciami kaloryfera. Do
pokoju weszła pani Simpson, aby podziękować nauczycielkom za wczesne
przybycie. Oczywiście wszystkie odpowiedziały, że to żaden problem.
Zwłaszcza w tych okolicznościach. Pani Simpson zaleciła, by lekcje
odbyły się normalnie, z tym że nauczycielki miały być gotowe do podjęcia
rozmowy o zaistniałej sytuacji, gdyby dzieci o to poprosiły. Na co się
zanosiło. Rozległo się pukanie do drzwi i wszedł woźny Jones z wiadomością, że ogrzewanie wkrótce będzie działać. Pani Simpson poleciła
mu, żeby koniecznie wyżwirował boisko. Jones spojrzeniem dał jej do
zrozumienia, że polecenie było zbyteczne. Pani Simpson stanęła w bramie
i witała przyprowadzone do szkoły dzieci, których rodzice czekali aż
pociecha wejdzie do środka i zamkną się za nią drzwi. Niektórzy
wyglądali, jakby mieli zamiar tak stać cały dzień. Starsze dzieci
czekały na przystanku na autobus. Już nastolatki. Pierwszy dzień szkoły,
a nie miały sobie wiele do powiedzenia. Od rana wypytywano je o zaginioną dziewczynkę, jakby mogły wiedzieć na ten temat coś więcej, niż
usłyszały w wiadomościach. Lynsey Smith powiedziała, że pani Bowman na
pewno spyta ich, czy chcą o tym porozmawiać. Słowa „o tym” ujęła palcami
w cudzysłów. Deepak zauważył, że przynajmniej przepadnie im dzięki temu
francuski. Sophie obejrzała się i na drugim przystanku zobaczyła Andrew:
czekał z Irene, swoją matką. Był ich rówieśnikiem, ale chodził do szkoły
specjalnej. Podjechał ich autobus i James przestrzegł Liama, żeby nie
robił sobie jaj z Becky Shaw. Śnieg padał i osadzał się grubą warstwą. W kościele odprawiono nabożeństwo. Pastor poprosiła policję o niedopuszczanie mediów. Powiedziała, że zaprasza wszystkich, ale żadnych
zdjęć, żadnego nagrywania, żadnych notatek. Nie życzyła sobie robienia
widowiska ze zbiorowej modlitwy. Kościelni wystawili dodatkowe krzesła,
a i tak ludzie tłoczyli się w przejściach. Mężczyźni nienawykli do
przebywania w kościele stali ze zwiniętymi kapeluszami w dłoniach,
opierając się o końce ławek. Niektórzy wyczekująco pozakładali ręce.
Ministranci rozdawali im modlitewniki otwarte na właściwej stronie.
Pastor Jane Hughes wyraziła nadzieję, że nikt nie przyszedł po łatwą
odpowiedź. Nie ma pocieszenia, mówiła, w sytuacji, w jakiej się dzisiaj
znajdujemy. Nie ma pocieszenia dla rodziców dziewczynki ani dla
krewnych, którzy specjalnie przyjechali do wsi, żeby podtrzymać ich na
duchu. Nie ma pocieszenia dla policjantów uczestniczących w poszukiwaniach. Możemy jedynie ufać, że w tym trudnym czasie Pan Bóg
jest z nami. Możemy tylko modlić się, by nas nie ogarnęła rozpacz, w której pławić się nie godzi, żeby wiara dodała nam siły do udzielenia
cierpiącej rodzinie wszelkiej potrzebnej pomocy. Pastor urwała i przymknęła oczy. Wyciągnęła ręce w geście modlitewnym. Mężczyźni, którzy
stali z założonymi rękami, nie zmienili pozycji. Kościelny zadzwonił
trzy razy i dźwięk poniósł się o brzasku poranka przez całą dolinę, aż
po stary kamieniołom. Pod koniec miesiąca pokazało się słońce i ziemia
na polach zmiękła. Nieruchomym powietrzem wstrząsały głuche tąpnięcia
osuwającego się z dachów śniegu. Chodziły plotki, ale tylko plotki, o rodzicach zaginionej dziewczynki. Że podobno odchodzą od zmysłów.

W lutym policja przeprowadziła rekonstrukcję z udziałem aktorów z Manchesteru. Prasę dopuszczono do gospodarstwa Hunterów z wyraźnymi
instrukcjami, co wolno filmować. Dzień był pogodny, lekko mroźny.
Przedstawiciel prasy poprosił o ciszę. Drzwi przerobionej stodoły
otwarły się, ukazując parę ludzi po czterdziestce z trzynastoletnią
dziewczynką. Kobieta była szczupłą, krótkowłosą blondynką. Miała na
sobie granatowy płaszcz od deszczu i obcisłe czarne dżinsy, wpuszczone w buty z cholewami. Mężczyzna był wysoki i kanciasty, miał ciemne kręcone
włosy i okulary w czarnej oprawie. Ubrany był w grafitową wiatrówkę z kapturem, luźne spodnie i czarne buty. Dziewczynka, wysoka jak na
trzynastolatkę, miała ciemnoblond włosy do ramion i dobrze odegraną
wściekłą minę. Była w czarnych dżinsach, białej bluzie z kapturem,
granatowej kamizelce i tenisówkach. Cała trójka wsiadła do srebrnego
samochodu zaparkowanego przed przerobioną stodołą i odjechała wolno w kierunku szosy. Fotoreporterzy biegli obok auta. Pod centrum
turystycznym aktorzy zaczekali w samochodzie na fotoreporterów, zanim
wysiedli i ruszyli na wrzosowisko. Dziewczynka ciągnęła się w ogonie i aktorzy grający rodziców odwracali się trzykrotnie, żeby ją zawołać, na
co odpowiadała w ten sposób, że kopała z furią ziemię i jeszcze bardziej
zwalniała krok. Dwoje dorosłych aktorów wzięło się za ręce i poszło
dalej, a wtedy dziewczynka przyspieszyła. Jak się potem okazało,
kolejność zdarzeń odtworzono na podstawie zeznań zebranych przez
policję. Para dorosłych pokonała pierwszą grań i zniknęła z pola
widzenia, z którego po paru chwilach ulotniła się również dziewczynka.
Fotoreporterzy utrwalali pustą scenografię. Rzecznik prasowy podziękował
wszystkim za udział. Trójka aktorów zeszła z powrotem ze wzgórza.
Cementownia wznowiła pracę, więc wszystkie drogi posrebrzał drobny pył.
Długi pociąg towarowy z hurgotem przeciął wzgórze i za łagodnym zakrętem
znikł między drzewami. Blade światło pełzło powoli przez wrzosowisko,
zahaczając o zalane jary i rowy i rozbłyskując tuż przed całkowitym
zamknięciem się chmur. Na brzegu rzeki od strony jazu stała czapla
zapatrzona w wodę. Przez noc ze wzgórz zeszła leniwa mgła. O czwartej
rano Les Thompson już nie spał i prowadził krowy przez podwórze do
dojenia. W późniejszych godzinach porannych widziano pastor jadącą
samochodem do domu Hunterów. Spędziła tam godzinę z rodzicami zaginionej
dziewczynki i po wyjściu nie rozmawiała z nikim.

Dochodzenie trwało. Pod koniec marca zrobiło się cieplej, a rodzice
dziewczynki wciąż mieszkali u Hunterów. Żadnych wieści. Jane Hughes
wybrała się do nich któregoś ranka, a mijając po drodze gospodarstwo
Jacksona, zobaczyła go, jak stał z synami przed szopą, w której kociły
się owce. Jacksonowie mieli miny mężczyzn, którzy ciężko się
napracowali, ale nie widzą potrzeby, żeby się tym chwalić. Trzymali
kubki z herbatą i papierosy. Z domu pachniało szykowanym śniadaniem.
Dopiero na widok pierwszych dzieciaków idących do szkoły Will Jackson
przypomniał sobie, że miał pojechać do matki swojego syna i odwieźć
chłopca do szkoły. Furgonetka nie chciała zapalić, więc wziął quada,
chociaż już po drodze nabrał pewności, że matce jego syna to się nie
spodoba i da jej dodatkowy argument przeciwko niemu. Gdy zajechali pod
szkołę, brama była już zamknięta, więc Will musiał zawołać Jonesa z kotłowni, żeby ją otworzył. Odprowadził syna do klasy. Pani Carter
przyjęła jego przeprosiny, usadziła chłopca na miejscu i spytała Willa,
czy klasa mogłaby odwiedzić jego gospodarstwo w czasie kocenia się
owiec. Odpowiedział, że jagnięta już zaczęły się rodzić, co wyraźnie ją
zdziwiło. Spytała, czy urodzi się ich więcej, na co Will powiedział, że
jeśli chce urządzić szkolną wycieczkę, to musi zwrócić się z tym na
piśmie do jego ojca. Była to najdłuższa od tygodni wypowiedź Willa
Jacksona. Kiedy wrócił do siebie na podwórze, wszyscy jego bracia byli w szopie. Jedna owca padła pod jego nieobecność. Odbyło się zebranie rady
parafialnej. Brian Fletcher z trudem utrzymywał porządek obrad i w końcu
musiał zgodzić się z ludźmi, że w takiej sytuacji trudno się skupić na
kwestiach parkowania. Zebranie zamknięto. Policja urządziła w sali
zebrań u Gladstone’a konferencję prasową, aby ogłosić, że poszukuje
kierowcy czerwonej furgonetki LDV Pilot. Dziennikarze dopytywali się,
czy kierowca jest podejrzany, a odpowiedzialny za sprawę detektyw
stwierdził, że wszystko jest brane pod uwagę. Siedzący obok detektywa
rodzice dziewczynki nie odzywali się. Po południu zerwał się wiatr
gnający chmury na wschód. Po ogrodzie pana Wilsona skakał kos z dziobem
pełnym suchej trawy do wymoszczenia gniazda. Pod bukami za Close pełno
było skoczogonków żywiących się pokruszonymi opadłymi liśćmi. Nocą ze
wzgórz widać było światła autostrady, czerwień i biel płynęły obok
siebie, a górą wiatr przepędzał chmury. Zaginionej dziewczynki szukano
cały czas. Szukano jej wszędzie. W pokrzywach obrastających suchy dąb na
podwórzu Thompsona. Podważano płyty chodnikowe i arkusze sklejki.
Szukano w gospodarstwie Huntera, na tyłach przerobionych stodół, w wiatach parkingowych, szopach i warsztatach, w lasach i w szklarniach, i w ogrodzonych murami ogrodach. Szukano jej w cementowni, penetrując
niepewnie wielkie hale, zaglądając ostrożnie za palety i wózki widłowe,
sprawdzając w pomieszczeniu pracowniczym i w stołówce. Biały pył
pokrywał ręce i twarze ludzi, gdy jak duchy wyłonili się na szosę. W nocy śniono o możliwych miejscach jej pobytu. W snach dziewczynka
schodziła z wrzosowiska w przemoczonym ubraniu, z posiniałą skórą, a śniący pierwszy dobiegał do niej z kocem i sprowadzał ją bezpiecznie do
domu.

W kwietniu, gdy pojawiły się pierwsze jaskółki, na wzgórza wrócili
turyści. Na parkingu, zarzucając plecaki na ramiona, snuli domysły na
temat dziewczynki. Dokąd mogła pójść, jak daleko mogła zajść. Gdyby
ruszyła na północ, przed zapadnięciem nocy byłaby na autostradzie. Gdyby
udała się na wschód, drogę zagrodziłyby jej zbiorniki. Gdyby poszła na
zachód, dotarłaby do urwiska, gdzie wrzosy i ziemia urywały się
strzępiasto, a po zboczu osuwał się żwir. Jaka pogoda towarzyszyła jej
wędrówce. No i w tych butach. Tyle było miejsc, w które można wpaść. Jak
to możliwe, że jeszcze jej nie znaleźli, chociaż dni były coraz dłuższe,
słońce sięgało coraz głębiej w dolinę, a pod jesionami z zimnej, czarnej
ziemi wyłaziły pierwsze świeże pastorały paproci. Wieczorami w wiadomościach pokazywano wciąż te same zdjęcia: lotnicze ujęcie ekipy
poszukiwawczej idącej gęsiego przez wrzosowisko, nurków penetrujących
wodę, rodziców dziewczynki odwożonych z miejsca akcji, samej
dziewczynki. Dziewczyna na zdjęciu była w ubraniu odpowiadającym
opisowi, a twarz miała odwróconą półprofilem. Komentowano, że wygląda
przez to tak, jakby chciała być gdzie indziej. Matkę dziewczynki znów
odwiedzili detektywi. Czasem padały nowe dla niej pytania. W szkole
przed przybyciem dzieci panna Carter napełniła wodą aluminiowe dzbanki
ze stołówki i wstawiła do nich gałęzie wierzby z baziami. Na działkach
zaczynały wschodzić fioletowe brokuły, kruche i tak słodkie, że rzadko
udawało się donieść przyzwoitą ilość do domu. Na gruntach wokół
Kamiennych Sióstr widziano geodetów. Chodziły plotki, że pracują dla
firmy prowadzącej kamieniołomy. O mało nie odwołano dorocznego balu
wiosennego1, ale gdy Irene zaproponowała, żeby dochód z niego przeznaczyć na fundusz dobroczynny na rzecz zaginionych dzieci,
trudno było czynić obiekcje. Sally Fletcher zgłosiła się do pomocy w organizacji balu, bo Irene długo i wymownie na nią patrzyła.
Zabezpieczeni linami nurkowie znowu zeszli w głąb zbiornika, a czapla
odfrunęła w górę. Drzewa na nowo okryły się liśćmi. Lekki deszczyk
kropił z szarych chmur nad polami.

Przed weekendem pierwszomajowym u rzeźnika była kolejka, ale gdzie jej
tam do kolejek z dawnych czasów. Nie takiej kolejki potrzebowali Martin
i Ruth, żeby utrzymać sklep. Martin nic na ten temat nie mówił, ale
sprawa była oczywista i nikt nie zadawał pytań. Irene stała na początku
kolejki i opowiadała wszystkim, co wie o sytuacji u Hunterów. Sprzątała
tam, więc jako tako się orientowała. Możecie sobie wyobrazić, co to
znaczy dla rodziców tej dziewczynki, mówiła. Choćby samo to, że muszą
patrzeć, jak my tutaj chodzimy koło codziennych spraw. Trudno wymagać,
żeby całe życie we wsi stanęło, powiedziała Ruth. Przyszedł Austin
Cooper z nowym numerem „Echa Doliny” i położył plik gazet na ladzie.
Ruth złożyła mu gratulacje, na co Austin w pierwszej chwili się
zmieszał, ale zaraz się uśmiechnął i rakiem wycofał do drzwi. Irene,
patrząc za nim, zapytała, czy Su Cooper jest przy nadziei. Ruth
odpowiedziała, że tak, nareszcie, a Gordon Jackson z końca kolejki
spytał, czy ma szanse zostać obsłużony przed narodzinami dziecka.
Samochód pomocy drogowej nadjeżdżał wolno wąską ulicą, a za nim, przed
wozem policyjnym, wlokła się na holu czerwona furgonetka LDV Pilot.
Furgonetka opakowana była w przezroczysty plastik. Martin wytarł ręce o fartuch i wyszedł przed sklep na nią popatrzeć. Towarzyszył mu Gordon,
który zapalił papierosa. Martin pokiwał głową. To zmienia postać rzeczy,
powiedział. Ładny mi, kurwa, przełom, burknął Gordon. Jaskółki wróciły
tłumnie; widziano, jak polatują w tę i z powrotem przez otwarte wrota
owczarni Jacksona i obory Thompsona, i zabudowań gospodarskich na wyżej
położonej działce Hunterów. W komitecie dekoracji studni wywiązała się
dyskusja, czy w ogóle wypada dekorować plansze w tym roku. W tych
okolicznościach. Nikt nie pamiętał roku bez dekorowania studni. Ale też
nigdy nie było takiego roku, jak ten. Koniec końców postanowiono zrobić
dekorację, ale skromną. Kilka razy widziano dziewczynkę. Pierwsza
zobaczyła ją Irene, na pieszym moście koło herbaciarni: dziewczynka szła
po drugiej stronie rzeki. Sama, samiuteńka, mówiła Irene. Buzię
odwróciła półprofilem i nie patrzyła mi w oczy. Znikła, zanim do niej
dobiegłam, nie wiem, w którą stronę poszła. Ale to na pewno była ona.
Zawiadomiono o tym policję, ale wysłany patrol powrócił z niczym. Tego
dnia w okolicy było dużo rodzin z dziećmi, powiedziała rzeczniczka
policji. Kiedy ja wiem, że to była ona, upierała się Irene. Padało,
rzeka wezbrała, a głogi na niskich łąkach rozkwitły pienistą bielą.
Trybuła leśna porastała obficie pobocza ścieżek, a cienie pod drzewami
zgęstniały. Żywy inwentarz przegnano na wyższe pastwiska, a herbaciarnia
przy stawie młyńskim otworzyła się na nowy sezon. Ludzie Thompsona
szykowali w szopie snopowiązałkę, żeby była gotowa na żniwa. Trawa już
wybujała, ale przez wiele dni pogoda była kiepska. Deszcz głośno i miarowo bębnił o dach. Zbiorniki napełniły się po brzegi.

Furgonetkę znaleziono za budynkami magazynów przy zbiorniku nr 7. Teren
ten przeszukiwano przez wiele dni po zaginięciu dziewczynki, więc
samochód musiano tam podrzucić później. Ktoś mógł widzieć przejazd
furgonetki. Ktoś mógł zapamiętać kierowcę. Policja apelowała do świadków
o ujawnienie się i próbowała namierzyć właściciela wozu. Tablice
rejestracyjne były fałszywe, a numer podwozia został usunięty.
Furgonetkę zarekwirowano i poddano gruntownemu badaniu. W konferencje
prasowe zaczęła się wkradać upiorna normalność. Wystawiono krzesła,
zgrupowano kamery w stałym miejscu. Procedura naznaczona była niejakim
znużeniem. Najgłośniej brzmiało to, co nie zostało powiedziane. Pokój
opustoszał i krzesła wyniesiono. Podłoga została zamieciona, światła
pogaszono i Tony wrócił za bar. W szopie w starym kamieniołomie wzeszedł
dziki koper, jasnozielony jak paprocie, a kiedy Winnie poszła go narwać,
znalazła tam znowu zasupłane kondomy. Najbardziej dziwiły ją te supły.
Widziano mężczyznę w grafitowej kurtce z nasuniętym kapturem, jak stał
dłuższy czas po drugiej stronie zbiornika nr 8, po czym odwrócił się i wszedł między drzewa. Martin Fowler zgłosił się na posterunek na placu i zeznał wszystko, co wiedział o kierowcy czerwonej furgonetki. Zrobił to
po rozmowie z Tonym. Martin wspomniał mu, że zna nazwisko tego człowieka
– Woods – a Tony spytał, dlaczego jeszcze nie powiedział tego policji.
Martin na to, że o takich facetach lepiej nie gadać z policją. Tony go
namówił. W opowieści o Woodsie, którą Martin przedstawił policji, były
pewne luki. Miały one związek ze złomem, kłusownictwem i czerwonym
dieslem. Wiadomo było, że Woods siedzi w tym sprawach i Martin raz dał
się wkręcić w jego interesy. Lepiej żeby policja nie wiedziała. Policję
interesowało, gdzie jest Woods, dlaczego furgonetka była schowana i czemu widziano ją w czasie zniknięcia dziewczynki. Martin zeznawał z oporami, lecz wyciągnięto z niego informacje. Później, w barze, spięty
Martin mówił Tony’emu o możliwych reperkusjach. Woods należy do tych, co
cenią sobie dyskrecję, powiedział. A człowiek jest wmieszany. To tylko,
żebyś wiedział, w co mnie wpakowałeś. Daj spokój, Martin. Ona miała
trzynaście lat. Myśl trochę. Ty nie znasz Woodsa, powiedział Martin.
Patrzyli sobie w oczy, kiedy Martin opróżniał szklankę, a potem wyszedł.
W wieczornych wiadomościach pojawił się portret pamięciowy mężczyzny.
Policja informowała, że chce wyłączyć tego człowieka z postępowania. W pawilonie krykietowym nastolatkowie zbierali się na picie. Sophie Hunter
przyniosła butelkę wina podprowadzoną z piwniczki rodziców, którzy, jak
zapewniła, zorientują się w braku za sto lat. Długo mocowali się z korkiem, aż w końcu Liam wepchnął go śrubokrętem do butelki. Znowu
rozmawiali o tej dziewczynce. James Broad zastanawiał się, czy nie
powinni jednak czegoś powiedzieć. Pozostali zakrzyczeli go, że to nie ma
sensu. Ta dyskusja trwała już od pewnego czasu. To niczego nie zmieni,
odezwała się Lynsey. Ona zaginęła. A my się tylko wpakujemy w jakieś
gówno. Ciebie tam nie było, odparł James. To było zwyczajne
nieporozumienie, powiedział Deepak. Ty nic złego nie zrobiłeś. Siedzieli
na schodkach pawilonu, pili wino i wypytywali się nawzajem, czy już na
nich działa. Żadne z nich właściwie nie wiedziało, jak powinni się
poczuć. Przestali gadać na długo przed opróżnieniem butelki. Sophie
schowała flaszkę pod schodami pawilonu i wszyscy poszli do domu. Zrobiło
się niespodziewanie ciepło, a oni co chwila zataczali się, wpadając na
siebie. Nie zdawali sobie sprawy z tego, jak głośno rozmawiają.

Rodziców dziewczynki widziano w pobliżu centrum informacji turystycznej:
wspinali się na wzgórze z dwoma detektywami. Z daleka ich ruchy wydawały
się sztywne i powolne. Szerokim łukiem obeszli miejsce, w którym
ostatnio ją widziano. Chorągiewki już usunięto i teren był
nieoznakowany. Nikt nie zwróciłby na niego uwagi, gdyby nie wiedział.
Szli starą ścieżką konną, która mijając Skały Czarnego Byka, wiodła ku
zbiornikom. Nie było ich przez prawie całe popołudnie, a gdy wrócili, na
parkingu czekali już fotoreporterzy. Minęło ponad sześć miesięcy i wciąż
nic. Żadnych odcisków palców, żadnych części garderoby, żadnych nagrań
na kamerach przemysłowych. Jakby ziemia się rozstąpiła i pochłonęła ją w całości. Dziennikarze posługiwali się tą frazą jako metaforą albo
hiperbolą; ludzie we wsi wiedzieli, że coś takiego może się zdarzyć.
Spekulowano, jak długo jeszcze rodzice dziewczynki zostaną we wsi.
Hunterowie odwołali wszystkie rezerwacje w przerobionej stodole, ale
nikt nie wiedział, ile to jeszcze może potrwać. Rodzice dziewczynki mało
się pokazywali, a Hunter był zdania, że nie dadzą za wygraną. Wszyscy
wiedzieli, że bywa u nich wielebna Hughes. Do centrum informacji
turystycznej wciąż znoszono kwiaty i świece; powstał problem, co z nimi
zrobić. Podobno widziano ojca dziewczynki – spacerował. Trudno
powiedzieć, co chciał przez to osiągnąć. Irene powiedziała, że facet źle
znosi tę sytuację, na co ją spytano, czego innego się spodziewała.
Znaleziono Woodsa: pracował jako ochroniarz na budowie w Manchesterze.
Został aresztowany i długo go przesłuchiwano. Nie stwierdzono żadnych
związków między nim a zaginioną dziewczynką, a poza tym miał alibi na
tamtą noc. Okazało się, że jego furgonetka nie była tą, którą widziano.
Woodsa zwolniono, ale zaraz potem aresztowano go ponownie pod zarzutem
kradzieży i paserstwa. Po łąkach, na południe od kościoła, spacerowały
grupkami dzikie bażanty; bażancie matki sterowały dziećmi za pomocą
podskubywania i okrzyków, a cała gromada rozpraszała się na najmniejszy
obcy hałas. Cathy Harris okrążyła łąkę i przeszła przez rzekę z psem
pana Wilsona. Wchodząc do lasu, spuściła psa ze smyczy i przecisnęła się
przez obrotową bramkę. Ludzie czekali na powrót dziewczynki, bo chcieli,
żeby im powiedziała, gdzie była. Mogła zniknąć na zbyt wiele sposobów, o których często myślano. Może zbiegła ze wzgórza i jakiś mężczyzna
zaproponował, że ją podwiezie, po czym wywiózł gdzieś daleko i zakopał
jej ciało w gęstej kępie drzew przy węźle autostrady, sto sześćdziesiąt
kilometrów na północ od wsi, gdzie leży ono teraz w zimnej, nasiąkłej
ziemi. Ludziom się śniło, że dziewczynka idzie do domu. Wędruje poboczem
autostrady, przecina wrzosowisko i wynurza się z jednego ze zbiorników,
wyłania się z ciemnoszarej wody z ociekającymi włosami i ubraniem
obwieszonym długimi zielonymi sznurami wodorostów.

Ostatnie dni sierpnia były ciężkie od upału; wszystko, co musiało się
ruszać, poruszało się powoli. Na działkach rosły bujnie fasole i kabaczki, roślinność powychodziła na ścieżki. Pszczoły przelatywały
ciężko z kwiatu na kwiat, a ślimaki obżerały się nieprzyzwoicie.
Pierwsze jagnięta już były gotowe na sprzedaż, więc synowie Jacksona
uwijali się, selekcjonując je i ładując do przyczepy. Na boisku
krykietowym wieś przegrała doroczny mecz z Cardwell. Matka dziewczynki
od czasu do czasu chodziła do kościoła. Pojawiała się tuż przed
rozpoczęciem nabożeństwa – pastor eskortowała ją do zarezerwowanego dla
niej miejsca w bocznej nawie – a wychodziła w trakcie ostatniego hymnu.
Obowiązywała niepisana umowa. Czasem Jess Hunter czekała na nią w samochodzie przed kościołem. Ludzie zrozumieli, że trzeba dać jej
spokój. Gdy przekazywano sobie znak pokoju, podawała rękę krótko, z uśmiechem, który jedni odbierali jako defensywny, a inni jako pełen
wdzięczności. Późnym latem młodzież zorganizowała poszukiwania na własną
rękę. Postanowili, że obejdą wrzosowisko i dojdą aż do zbiornika nr 13,
sprawdzając wszystkie znane sobie miejsca, które nie przyszłyby do głowy
policji. Gdyby coś znaleźli, pokazano by ich w wiadomościach. Liam
zaproponował, aby wziąć kilka puszek, zrobić z tego imprezę. Imprezę
poszukiwawczą. Lynsey odparła, że to nie jest temat do żartów. Wyruszyli
wcześnie rano – Liam, James i Deepak, Sophie i Lynsey, mówiąc rodzicom
każdy coś innego. Spotkali się na parkingu przy działkach i przecięli
bukowy zagajnik jeszcze o porannym chłodzie. Mieli swoje poglądy na to,
co stało się z Becky, oparte na tym, co o niej wiedzieli, na własnych
domniemanych zachowaniach w takiej sytuacji i na znajomości terenu.
Poznali Becky poprzedniego lata, kiedy przez dwa tygodnie mieszkała z rodzicami u Hunterów, i spędzili z nią więcej czasu, niż ludzie się
domyślali. Dlatego czuli się zaangażowani w jej sprawę. Około południa
zwolnili kroku z powodu upału i zatrzymali się na rozwidleniu drogi. U stóp wzgórza stała rudera stodoły, w której Jackson trzymał paszę i sprzęt. Chciało im się pić, więc podzielili się dwiema zaledwie puszkami
lagera, które udało im się zdobyć. We wrzosach cykały świerszcze, a po
ręce Lynsey chodził żuczek. Owce wpychały się co chwila do stodoły w poszukiwaniu cienia. Czy ktoś przeszukał to miejsce? – spytał Deepak.
Jasne, odparł Liam. Ja sam. Pożyczyłem aparat termowizyjny – nic. Deepak
walnął go standardowo za robienie ludzi w konia. Policja szukała
wszędzie, powiedział James, więc co my tu robimy? Nikt nie odpowiedział.
Lynsey i Sophie już pozamykały oczy, a skóra Sophie zaczynała brązowieć
w niskim popołudniowym słońcu. Na wrzosach pasły się motyle. Górą
przeleciał samolot. Która godzina? – spytał Liam. Koło dwunastej, rzucił
na chybił trafił James, nie otwierając oczu. Wrzosy sprężynowały pod
jego plecami. Leżeli bliżej siebie, niż to mieli w zwyczaju. Komuś
zaburczało w brzuchu, ale obeszło się bez komentarza. Z daleka słychać
było ruch na szosie i pracę maszyn rolniczych. Zasnęli. W pewnej chwili
James zobaczył mężczyznę idącego w ich stronę: szedł i dźgał wrzosy
kijem, a potem minął ich, jakby nie zauważył. Był w grafitowej kurtce z kapturem. James wstał, skinęli sobie głowami; James chciał powiedzieć,
że mu współczuje z powodu córki, ale wybąkał tylko sorry. Mężczyzna
ponownie skinął głową i poszedł dalej. Później James zastanawiał się,
czy to się w ogóle zdarzyło. Przecież za gorąco było na kurtkę z kapturem. Po południu całą piątką wdrapali się na szczyt wzgórza nad
zbiornikiem nr 8 i okazało się, że Liam przyniósł wódkę. Znaleźli
wejście do kopalni, którego wcześniej nie widzieli, i wleźli tam z latarkami, żłobiąc za sobą koleinę w błocie i strasząc się nawzajem. W chwilach wielkiego strachu Lynsey łapała za rękę Deepaka. Gdy stamtąd
wyszli, było już po zachodzie słońca i po ciemku zeszli po niewłaściwej
stronie wzgórza. Kiedy wreszcie dotarli do domów, czekała ich dużo
większa awantura, niż się spodziewali. Rodzice, wściekli, tłukli ich
mocno, a policja, która też była na miejscu, czekała, żeby z nimi
porozmawiać.

Su Cooper zmieniła pod kątem bliźniaków wystrój małej sypialni w mieszkaniu nad przerobioną stajnią. Austin chciał jej w tym pomóc, ale
mu powiedziała, że i tak ma po uszy roboty z „Echem”, a ona chce już
mieć to z głowy. Zapytał ją, czy to jakaś aluzja. Pozawieszała w oknach
zasłony w zwierzątka, złożyła drugie łóżeczko sprawniej niż pierwsze i powkręcała w sufit haki do zawieszenia karuzelek dla niemowląt.
Poskładała w szufladach małe białe ubranka, na szafie ułożyła stertę
pieluch, a na półce poustawiała zabawki. Mieszkanie było małe, ale jakoś
zmieściło się w nim wszystko, co potrzebne dla dzieci. Dawniej na tym
stryszku sypiali stajenni. Nie był przeznaczony na dom dla rodziny. Ale
Su i Austin zakochali się w nim od pierwszej chwili i postanowili zostać
tu za wszelką cenę. Su kupiła pudła na rzeczy, które dawało się wsunąć
pod łóżeczka. Wiedziała, że podobno nie należy przygotowywać wszystkiego
tak gruntownie ani tak wcześnie. Wiązały się z tym pewne przesądy. Ale
chciała mieć to z głowy. Chciała być gotowa. Jeszcze nie znała
miejscowych tak dobrze, żeby wiedzieć, czy w razie czego pomogą. Nie
wiedziała, czy Austin stanie na wysokości zadania. Obawiała się, że nie.
Podejrzewała, że jest on z tych mężczyzn, którzy z zachwytem patrzą na
swoje maleństwo, ale nie przyjdzie im do głowy, żeby mu zmienić pieluchę
albo je nakarmić. Była za to pewna, że Austin zarobi na ich utrzymanie.
Czekała z ciążą, aż się co do tego upewni. Ale co zrobić przy dziecku,
nie miałby pojęcia. Na to była przygotowana. Austin był sentymentalny i kompletnie niepraktyczny, chyba że chodziło o pisanie, redagowanie i drukowanie. Nakręciła obie karuzelki i wsłuchała się w mruczące
melodyjki, patrząc jak ślimaki i żabki zataczają kręgi w słońcu.
Zamknęła za sobą drzwi, zanim pozytywki umilkły. Borsuki w buczynie
zajadały pospiesznie, gromadząc tłuszcz na nadchodzącą zimę. Ryły w liściach węszącą, rozbrykaną bandą, wygrzebując dżdżownice i opadłe
jagody. Porastały gęstą sierścią. Rzeka zakręcała pod końskim mostem i płynęła dalej do jazu na młyńskim stawie.

Cofnięto zegary i noce prześcignęły krótkie dni. Nastolatki po ciemku
wracały szkolnym autobusem do domu. Mężczyznę odpowiadającego opisowi
ojca zaginionej dziewczynki widziano chodzącego coraz dalej od wsi, po
drugiej stronie lasu Ashbrook, za ostatnim z trzynastu zbiorników.
Donoszono o mężczyźnie w grafitowej kurtce z kapturem, wędrującym
twardym poboczem autostrady. Ludziom śniło się, że zaginioną dziewczynkę
znaleziono leżącą twarzą w dół w wodzie albo że bezpiecznie wywieziono
ją ze wsi. Minęła psotna noc2, ale nie taka, jak ostatnimi laty.
Nikt właściwie nie miał humoru, poza tym kimś, kto napchał budkę
telefoniczną balonami. Synowie Jacksona przegnali stado na ostatnią
łąkę, gdzie przez cały dzień przycinali ogony, szykując owce do
pokrycia. W szkole widać było wcześnie pozapalane światła i unoszący się
z kotłowni czarny dym. W pokoju nauczycielskim panna Carter sprawdzała
tygodniowy plan lekcji z panią Simpson. Gdy skończyły, pani Simpson
spytała pannę Carter, jak się aklimatyzuje. Panna Carter skwapliwie
skinęła głową i odpowiedziała, że dobrze, tylko ma trudności z rozpoznawaniem ludzi. Pani Simpson roześmiała się i powiedziała, że zna
ten ból – sama miała pomysł, żeby przy listach obecności zamieszczać
małe portreciki uczniów. Panna Carter wyjaśniła, że nie miała na myśli
dzieci. Sądziłam, że chodziło pani o aklimatyzację w miejscowym
środowisku, powiedziała. Pani Simpson przeprosiła i oznajmiła, że aby na
przyszłość uniknąć nieporozumień, może zapewnić, że nigdy nie wypytuje o życie prywatne nauczycieli. Nas obchodzi tylko to, co dzieje się w obrębie szkoły, dodała. Przy zbiornikach ponownie sprawdzono tamy,
zaznaczając miejsca budzące niepokój. O zmierzchu grzywacze zlatywały
się na nocleg. Ich pióra lśniły blado resztkami światła, a gruchanie
przechodziło w pomruk, zanim ucichło na całą noc.

W listopadzie Austin Cooper i jego żona wrócili do domu z bliźniętami –
wnieśli je po schodach do mieszkania nad przerobioną stajnią. Austin
odwrócił się, żeby zamknąć drzwi i stanął w progu, spoglądając z góry na
ulicę, jakby spodziewał się oklasków czy wręcz już je słyszał. Czuł, że
aplauz byłby zasłużony. Nigdy nie wyobrażał sobie, że połączy go z kimś
tak głęboka przyjaźń jak z Su, a pojawienie się po dziesięciu latach
bliźniaków było premią, której już dawno przestał się spodziewać.
Widocznie kiedyś, w jakimś życiu, zrobił coś dobrego. Irene widziała,
jak Austin zamyka drzwi, widziała ciepłe światło w oknach Cooperów i przypomniało jej się, jak przed czternastu laty przyniosła do domu
swojego Andrew. Ale gdy poszła do Gladstone’a i oznajmiła nowinę
siedzącym tam ludziom, jedynym komentarzem było: no to użyje z tymi
schodami jak pies w studni. Jak ona stamtąd staszczy wózek dla
bliźniaków? Tej pierwszej nocy Austin nie zasnął. Parzył gorące napoje
dla Su, która obdzwaniała rodzinę i przyjaciół, opowiadając w kółko
wszystko od początku, a później kręcił się po domu, zaglądając co chwila
do sypialni, żeby popatrzeć na swoją śpiącą rodzinę, aż w końcu położył
się koło Su i zasłuchał w wypełniające pokój oddechy: długie i regularne
Su, płytkie i szybkie bliźniaków, jakby wynurzali się z głębin po każdy
haust powietrza. W nocy były płacze, wybudzenia, karmienie i przewijanie, ale rozdzielały to wszystko chwile, w których słychać było
tylko oddechy i Austin miał wtedy poczucie, że wystarczy mu czuwać, żeby
zapewnić rodzinie bezpieczeństwo. Że tylko tego się teraz od niego
wymaga. Wieczorem trochę podsłuchiwał Su, gdy dzwoniła do rodziców.
Zdawało mu się, że padło słowo szczęście, ale Su paplała tak szybko, że
nie miał pewności. Żywił nadzieję, że jest szczęśliwa. Przede wszystkim
jednak wydawała się zmęczona. Tak długo czekali na to z nadzieją, ona
tak bardzo się starała – a teraz całe cielesne napięcie nie mogło
znaleźć ujścia. Wyglądało jednak na to, że to dobre zmęczenie, ulga.
Austin już przekonał się, po tym jak brała bliźniaki na ręce, jak koło
nich chodziła, jak poprawiała to czy owo, kiedy on je trzymał, że Su wie
dokładnie, co ma robić. Wie i nawet jej to nie dziwi. Była to jedna z rzeczy, które go stale zachwycały w Su, to zrównoważenie. Jakby od
początku wiedziała, że życie jest właśnie takie. Po ich pierwszej
wspólnej nocy jej twarz o poranku zdawała się mówić: No tak, oczywiście,
to się stało. Czego innego się spodziewałeś? Wczesnym rankiem paliło się
światło na dole, gdzie Austin przerobił stajnię na redakcję „Echa
Doliny”. Białe elektryczne światło raziło o świcie, a przez okno
widoczny był sam czubek głowy Austina pracującego nad ostatnimi
stronicami nowego numeru: dodawał coś do kolumny ogłoszeń, uważając
bardzo, żeby nie przekroczyć swoich uprawnień. A gdy numer tydzień
później znalazł się w skrzynkach na listy i na ladach pocztowych, ci,
którzy jeszcze nie wiedzieli, mogli przeczytać w nim ten oto skromny
komunikat: „Su Lin Cooper i Austin Cooper zawiadamiają o pomyślnych
narodzinach swoich synów bliźniaków, Hana Lee Lina i Lu Sama Lina, oraz
dziękują wszystkim za życzenia”.

Wczesnym rankiem w szkolnym hallu paliło się światło. Trwały
przygotowania do imprezy bożonarodzeniowej. Jackson naciął w lesie
ostrokrzewu i jodły, które pani Simpson rozkładała teraz na klęczkach
wokół szopki. Panna Carter poprosiła, żeby Jones przytrzymał jej
drabinę, chciała rozwiesić lametę. Pani French, zerkając od na wpół
ukończonej ściennej dekoracji z pastuszkami i owcami z waty, nie
omieszkała zauważyć, że panna Carter jest w spódniczce. A Jones
bynajmniej nie spuszcza z niej oczu. Nie chciała się wtrącać, ale
uznała, że lepiej będzie poprosić Jonesa o wystawienie krzeseł. Gdy
panna Carter spojrzała w dół i stwierdziła, że nikt nie trzyma drabiny,
zesztywniała i wbiła wzrok w ścianę naprzeciwko, starając się nie
pamiętać, że Jones niedawno wypastował podłogę. Złapała się na tym, że
myśli o Willu, ojcu Toma Jacksona, który na pewno nie zostawiłby tak
drabiny. Trzymała się kurczowo. W kościele było kolędowanie, świece i zapach świeżo ściętego modrzewia i ostrokrzewu. Olivia Hunter śpiewała
solo Cichą noc. Miała osiem lat i mnóstwo pewności siebie. Głosik
lekko jej drżał, gdy wyciągała „pokój niesie ludziom wszem”, ale na
końcu tej frazy promiennym uśmiechem zaprosiła wiernych do śpiewu. W świetlicy wystawiono wreszcie Jasia i magiczną fasolę. Kostiumy i dekoracje zostały z poprzedniego roku, a większość osób chętnie zagrała
te same role. W dniu spektaklu świetlica była pełna. Lynsey Smith sporo
urosła przez ten rok i nie wyglądała już tak chłopięco, jak wtedy, gdy
ją obsadzono w roli Jasia. Wspięła się jednak po pędzie fasoli z należytym animuszem, a gdy znikła pod osłoniętym kurtyną stropem,
grająca matkę Jasia Cathy Harris zręcznie odegrała rozpacz. Po
przedstawieniu zabrano krzesła, otwarto bufet i wniesiono tace z keksem.
Richard Clark pojawił się na widowni po raz pierwszy od lat. Przyjechał
na parę dni do matki. Odczekał jednak, aż siostry wyjadą, do czego jego
matka już przywykła, a kraj opuścił przed nowym rokiem. Richard był
człowiekiem bardzo zajętym. Bywały lata, gdy matka cieszyła się, że w ogóle go widzi. Żył na walizkach, ale co to za życie? Jak długo tak
można? Nawet nie mieli czasu usiąść i porządnie porozmawiać, a gdy
odjeżdżał na lotnisko, zazwyczaj nie wiedziała, dokąd leci. Był jakimś
konsultantem, tylko tyle wiedziała. Podobno miał nową przyjaciółkę, ale
nie wymienił jej imienia. Kiedy wyjechał, matka zmieniła pościel na
łóżku i otworzyła okno, żeby wywietrzyć, a wtedy do domu wdarły się
dźwięki kościelnych dzwonów. Odprawiano kolejne nabożeństwo w intencji
dziewczynki, w rocznicę jej zniknięcia. Tym razem obyło się bez
dodatkowych krzeseł i nikt nie stał z tyłu. Jane Hughes powiedziała
mniej więcej to samo, co rok wcześniej. I wciąż nie znamy odpowiedzi, i pozostaje nam tylko czekać. Przymknęła oczy i wyciągnęła ręce, żeby
podkreślić ciszę. Zaginiona dziewczynka miała na imię Rebecca albo
Becky, albo Bex. W dniu zaginięcia miała trzynaście lat. Ubrana była w białą bluzę z kapturem, granatową kamizelkę, czarne dżinsy i tenisówki.
Powinna teraz mierzyć ponad metr pięćdziesiąt, mogła też zmienić
uczesanie i kolor włosów. Rzecznik policji potwierdziła, że dochodzenie
trwa. Matkę dziewczynki widziano na skraju wrzosowiska: szła tym samym
szlakiem co zawsze. Zapowiadały się dalsze deszcze albo i gorzej. Zimny
wicher przewiewał cienie nad zbiornikami, a na wyżynach drobny śnieg
wirował wokół czubków drzew. Mysikróliki pożywiały się łapczywie w gałęziach modrzewia na dziedzińcu kościoła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Bal wiosenny (ang. Spring Dance, Morris Dance) – tańce organizowane na
powitanie wiosny, często z elementami teatralnymi (przyp. tłum.). [wróć]

Psotna noc (ang. Mischief Night) – tradycyjna noc psikusów w wigilię
Halloween (przyp. tłum.). [wróć]

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Reservoir 13

Copyright © 2017, Jon McGregor
All rights reserved

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Mariusz Banachowicz

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: © Jana Land/Shutterstock

REDAKCJA: Anna Suligowska-Pawełek

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”
ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Jolanta Kozak, 2018

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2018

ISBN 978-83-07-03432-4